Monsters cz.11

Ech, niezbetowane, bo Hoshii. jest zajęta, ale zdecydowałam się to opublikować, bo mi statystyki spadają... z kwietnia na maj statystyki obniżyły się o 5000!!!!!!!! Idę sobie popłakusiać... ;_;
Jak Hoshii. znajdzie czas i mi to sprawdzi to poprawię i wstawię wersję zbetowaną.


MONSTERS CZ.11




- No… dobrze – odwzajemnił gest i nakrywając własną dłonią moją, zaczął opowiadać głębokim, spokojnym głosem, od którego zrobiło mi się ciepło… sam nie wiem dlaczego.
W mojej głowie rozbrzmiało jedno stwierdzenie: „Ten chłopak nie mógłby kłamać”; a było to dla mnie tak oczywiste, jak to, że od szarej masy oddziela mnie właśnie on. To on był moją „wyjątkowością” i formą wyrażenia się. To on był moim „my ray in my despair”; a zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz.

Shimizu przemawiał łagodnym i ciepłym głosem, przez co kiedy go słuchałem, zrobiło mi się naprawdę błogo. Przymknąłem powieki i wsłuchiwałem się w opowieść o… moim życiu. To było dość dziwne, ale przecież takie były fakty.
Ciepły, przyjemny wiatr targał nam włosy, przez co wpadały mi one do oczu. Michi cierpliwie, za każdym razem w identycznie czułym geście odgarniał mi je z twarzy. Wszystko zdawało się być takie zgodne, zgrane; podmuchy wiatru, słowa i gesty chłopaka. To wszystko sprawiło, iż zapragnąłem, aby ta bajka nigdy się nie kończyła. Do uczucia błogości doszło również poczucie bezpieczeństwa, które gwarantowała mi bliska osoba, jaką był dla mnie basista. Nerwy, których od kilku dni byłem źródłem, opuściły mój umysł, przez co w końcu mogłem się rozluźnić; to z kolei skutkowało tym, iż… zasnąłem.

***

Obudziłem się może nie na najwygodniejszej poduszce, jednak przyjemne otępienie jakie towarzyszy lawirowaniu między snem a jawą dodawało tej chwili swoistego uroku. Niby jedną nogą w świecie rzeczywistości, a za drugą Morfeusz wciąż ciągnął mnie w stronę swojej sennej krainy. Ponadto czar miłych odczuć, jakich doznałem przed zaśnięciem wciąż trwał.
Otworzyłem powoli oczy, orientując się, że nie jestem wcale w łóżku. Zamiast białej pościeli dostrzegłem szczupłe, długie nogi w czarnych rurkach. Nogi te zaczynały się gdzieś w połowie ud, co było co najmniej dziwne… Zmarszczyłem brwi i przekręciłem się na drugi bok, uznając, że te obrazy to wciąż sprawka podstępnego Morfeusza, który robił sobie ze mnie żarty, podsyłając takie głupie sny. Z drugiej strony, kiedy się obróciłem, z kolei ujrzałem rozporek, guzik od spodni i kawałek szarej bluzki. Biorąc sytuację na „chłopski rozum”, skoro tu są biodra i krok, a tam reszta nóg zaczynająca się w połowie ud… to ja gdzieś w połowie tych ud muszę leżeć. Spojrzałem w górę, a moim oczom ukazał się napis „Fallen Angels 1989” (ha, nadruk z mojej koszulki, którą miałam założoną, pisząc to xD od aut.) na szarej koszulce. Wyżej znajdowały się szczupłe ramiona, smukła szyja, na której zostały zawieszone dwa krzyżyki i… nagle poczułem, jak czyjeś palce zatapiają się w moich włosach i przeczesują je delikatnie.
- Jak się spało, śliczny? – zapytał Shimizu, uśmiechając się do mnie promiennie. W odpowiedzi mruknąłem coś niewyraźnie, przytulając się do jego nóg i obejmując rękoma w pasie. – Wybacz, że nie przeniosłem cię do łóżka, jednak kiedy tylko próbowałem cię podnieść zaczynałeś się budzić i…
- Podjąłem decyzję – odezwałem się znienacka, przerywając mu. Wywindowałem się do siadu, ziewając i przeciągnąłem się, a szatyn patrzył na mnie uważniej niż kiedykolwiek wcześniej. – Chcę z tobą być – uśmiechnąłem się i niemalże usłyszałem, jak spadł mu kamień z serca. Szczerze, myślałem, że ta odpowiedź będzie oczywista, a wypowiedzenie jej przeze mnie na głos to tylko proforma, jednak okazało się, iż Michi naprawdę bał się, że mógłbym go odepchnąć. Po tym co dla mnie zrobił? Przecież to nawet tak nie wypada… - Ale jeśli ty chcesz być ze mną to wciąż musisz się wykazać naprawdę dużą cierpliwością do mnie – posmutniałem trochę. - Wiesz, że…
- Zrobię wszystko, aby być z tobą – przyciągnął mnie do siebie, mocno obejmując. – Tak się cieszę… - szepnął, a po chwili poczułem, jak jego łzy spływają po mojej szyi w zagłębienie obojczyka.
On naprawdę się bał…
To było dla niego takie ważne…
… a mimo to nie okazywał tego. Zapewne, kiedy zasnąłem zżerała go niepewność, jednak nie dał nic po sobie poznać. Wciąż uśmiechał się i udawał, że nic się nie stało; czyli ukrywał przede mną swoje prawdziwe uczucia. Nie chciał powiedzieć mi o swojej obawie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wszystko kręci się wokół mnie. Ja mam amnezję, mnie matka wywiozła do Ameryki, mnie zrobiono wodę z mózgu… mnie bolała głowa, ja miałem obawy, ja się bałem… ale przecież Zero też jest człowiekiem! Co prawda dość specyficzny z niego typ, ale cóż… też ma swoje uczucia; a wszystkie je starannie maskował i chował za maską uśmiechu, abym ja poczuł się lepiej. Odsunąłem się od niego odrobinę i spojrzałem na jego twarz kątem oka – poszarzała i zmęczona. Na moje nieszczęście Shimizu wyłapał mój wzrok i zaraz ponownie uśmiechnął się do mnie ciepło, przez co w mojej głowie zrodziło się porównanie, że basista bardziej wygląda jak amatorsko pomalowana chińska porcelanowa lalka niż młody chłopak. Zrobiło mi się strasznie głupio, a jego słowa odbiły się echem od ścian mojej czaszki: „Zrobię wszystko, aby być z tobą” – dopiero zrozumiałem, ile on poświęcał, znosząc moje kaprysy, humorki, chwile namysłu, niepewności… Kosztowało go to wiele nerwów, jednak nigdy się nie poskarżył. Mimo iż pewnie nieraz miał ochotę krzyknąć na mnie czy sam wybuchnąć płaczem, nie zrobił tego, kontrolował swoje odruchy po to, aby być dla mnie ostoją i podporą. Tylko… tylko, że tak nie da się żyć. Nie da się żyć, tłumiąc w sobie uczucia i emocje. On w ten sposób się wyniszczał; a robił to tylko po to, abym ja mógł się uśmiechnąć. Kolejny raz pomyślałem, na jakiego wspaniałego chłopaka trafiłem…
Ale tak nie mogło być dłużej. Podczas gdy on znał mnie na wylot, ja, zdałem sobie sprawę, że mogę o nim nic nie wiedzieć. Tylko raz dał upust swoim emocjom, jednak i tak nie do końca – kiedy zdenerwowałem go, mówiąc, że pod wpływem kaprysu, chciałem, aby mnie pocałował, a potem odsuwałem się od niego. Trafiło do mnie, jak niewyobrażalnie musiało go to zaboleć, skoro zganił mnie, a nie zbył tej uwagi wymuszonym uśmieszkiem. Zrozumiałem, że byłem egoistą. Cholernym egoistą. Co prawda to moje życie zostało wywrócone do góry nogami, ale nie mogłem przez to zapominać o Michim.
- Shimizu… - szepnąłem i spojrzałem w jego szkliste oczy. Chłopak zamrugał kilkakrotnie, aby opanować się i ponownie przywołać na twarz ten uśmieszek… Otarłem kciukami mokre ślady od łez na jego policzkach, po czym ułożyłem palec na jego pełnych wargach. – Byłem egoistą… Przepraszam – już szykował się, aby coś powiedzieć, jednak w tym momencie mocniej przycisnąłem mu palec do ust, dając mu do zrozumienia, że ma się nie odzywać. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że zaraz zacząłby wpajać mi, że nie mam za co przepraszać. – Nigdy więcej nie ukrywaj przede mną swoich emocji, dobrze? – znów chciał coś powiedzieć, zapewne zaprzeczyć, że nie ukrywał przede mną uczuć, dlatego znów go uciszyłem. Ująłem jego twarz w dłonie, przyglądając mu się z nabożną czcią. Był tak perfekcyjny… - Nie rób tego więcej, bo… - zacząłem gładzić jego policzek grzbietem dłoni. - … bo cię kocham – szepnąłem i pocałowałem go.
Chłopak od razu oddał pocałunek. Objął mnie mocno w pasie, przyciągając mnie tak blisko siebie, niemalże odejmując mi tym dech w piersiach. Objąłem go za szyję, uchylając wargi, kiedy przejechał po dolnej językiem. Szatyn wsunął język do moich ust, na co zadrżałem z podniecenia. Jego dłonie zjechały niżej, na moje pośladki. Chwycił mnie mocno, podnosząc i sadzając sobie na kolanach. Usiadłem na nim okrakiem. Zero zaczął ugniatać moje pośladki, a ja nie protestowałem. Podobało mi się to. Zwinnie manewrował językiem w moich ustach, pieszcząc podniebienie i mój język. Chciałem umościć się na nim odrobinę wyżej, przez co przez przypadek otarłem się o niego. Sam byłem tym zaskoczony. Jęknąłem wprost w jego usta, na co chłopak uśmiechnął się i wznowił salwę pocałunków. Tym razem zaczął nieco agresywniej; zaczął przygryzać moje wargi, drocząc się ze mną. Odpowiadałem mu tym samym i kiedy zdawało się, że lepiej być nie może…
- Wiem, że to może nie najodpowiedniejszy chwila… - Karyu, który stał w drzwiach balkonowych, odchrząknął znacząco. Niechętnie odsunęliśmy się od siebie z basistą i spojrzeliśmy na rudzielca. – Hizumi, napisałeś tą piosenkę?
- Co? – zdziwiłem się. – Aa… - dopiero po chwili zrozumiałem, o co mu chodziło. Wciąż byłem otępiały po pocałunku z Michim i jedyne, o czym mogłem myśleć to jego słodkie, miękkie wargi, które były tak cholernie kuszące… - Nie, nie napisałem. Zapomniałem, bo… jakoś inne rzeczy mnie zaabsorbowały – spojrzałem znacząco na szatyna, który uśmiechnął się do mnie drapieżnie i skubnął zębami moją wargę. Chciał ponownie mnie pocałować, jednak lider mu na to nie pozwolił.
- Przypominam, że wciąż tu jestem! – pomachał ręką przed naszymi twarzami, które dzielił zaledwie centymetr. – Ja rozumiem, że perypetie miłosne są bardzo ważne i w ogóle… - zatoczył dłonią koło – jednak konkurs też znajduje się na piedestale rzeczy ważnych. Hizumi, jutro mamy występ!
- Co? Już jutro? – zdziwiłem się.
- Ano jutro. Zero ci nie powiedział? Zresztą… Nieważne. Musisz to napisać, jasne?! – krzyknął na mnie. – Pamiętaj, że robisz to nie tylko dla zespołu, ale również dla siebie; jeśli nie będziemy mieć piosenek, nie wygramy, a jeśli nie wygramy to nie zdobędziemy kasy; a jeśli nie zdobędziemy kasy, nie wrócisz do domu – rozłożył ręce.
- Dobra, zrozumiałem aluzję – machnąłem ręką. – Idę pisać – chciałem wstać z kolan Zero, jednak on mi na to nie pozwolił.
- Karyu, daj nam jeszcze z dziesięć minut… - mruknął kuszącym głosem basista, a ja nie mogłem mu się oprzeć.
Znów zaczęliśmy się całować, na co gitarzysta jedynie westchnął cierpiętniczo i wrócił do pokoju. Podczas pocałunków Shimizu zaczął się ze mną bawić; zaczął mnie podszczypywać i łaskotać, a przede wszystkim nie chciał wypuścić mnie ze swoich objęć, przez co te dziesięć minut rozciągnęło się trochę w czasie. Powiedziałbym, że nawet trochę bardzo, bo niebo „nagle” zrobiło się czarne i pojawiły się na nim gwiazdy. Weszliśmy do pokoju dopiero kiedy zrobiło mi się zimno. Yoshitaka leżał na łóżku, słuchając muzyki, a Tsukasa grał na telefonie w jakąś grę. Michi oświadczył, że idzie wziąć prysznic i klepnął mnie w tyłek. Po sprośnej propozycji wspólnej kąpieli, na którą ja jedynie się zarumieniłem, chłopak zniknął za drzwiami łazienki, a ja usiadłem na swoim łóżku i wygrzebałem jakiś pierwszy lepszy notatnik z torby oraz długopis. Już chciałem zacząć kreślić pierwsze znaki, kiedy niespodziewanie przysiadł się do mnie Tsu.
- Widzę, że nieźle ci się układa z Zero? – zaśmiał się.
- Masz rację – uśmiechnąłem się.
- Mam nadzieję, że nie jesteś już na mnie zły za tamten incydent… Wiesz, nie zdawałem sobie sprawy ze wszystkich trudności z jakimi przyszło ci się zmierzyć – spuścił głowę w pokorze.
- Nie, nie jestem już zły – przyznałem. – W sumie… mnie też trochę poniosło. Przepraszam.
- Odchodząc od tego tematu… – odezwał się chwilę później. – Zero bardzo się zmienił odkąd z nim jesteś; na lepsze, oczywiście – podkreślił. – Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem go tak szczęśliwego i rozmownego. Stał się zupełnie innym człowiekiem – zaśmiał się serdecznie.
I tak zacząłem długą, naprawdę długą rozmowę z perkusistą. W międzyczasie Shimizu zdążył wyjść z łazienki. Chłopak podszedł do mnie, cmoknął mnie w usta, życząc dobrej nocy i sam ułożył się do snu. Karyu również zasnął, a ja z Kenjim konspiracyjnym szeptem rozmawialiśmy do pierwszej w nocy. Potem obaj stwierdziliśmy, że jesteśmy już tak zmęczeni, iż nie mamy siły kontynuować rozmowy, a zeszła ona już na całkiem inne tematy. Oota również poszedł spać, a ja starałem się coś wymyślić, gdyż nadal nie napisałem tego nieszczęsnego tekstu, jednak nic z tego nie wychodziło. Oczy same mi się zamykały, a mózg nie funkcjonował już tak jak powinien. Wziąłem szybki prysznic, po czym zasnąłem, obiecując sobie, że napiszę tę piosenkę z samego rana.

***

Obudził mnie delikatny dotyk na ramionach i drobne pocałunki na karku. Uporczywie powtarzające się słowa, że mam się obudzić powoli zaczęły mnie irytować. Westchnąłem niezadowolony, mocniej wciskając twarz w poduszkę.
- Yoshi-chan, wstawaj. Jest już jedenasta, a my o trzynastej mamy występ – cichy głos dostał się do mojego ucha.
- Muszę? – jęknąłem zaspany, licząc na odpowiedź przeczącą. Tak bardzo chciało mi się spać…
- Niestety tak – moje marzenie o zostaniu w łóżku nie zostało jednak spełnione.
Śmiertelnie obrażony mruknąłem coś pod nosem, po czym przewróciłem się na plecy, spoglądając na uśmiechniętego Shimizu. Chłopak miał dziś dobry nastrój, a jego uśmiech był szczery. Promienny i niewymuszony. „Zaraził” mnie nim, dlatego moje kąciki ust również powędrowały do góry.
Niespiesznie wygrzebałem się z ciepłej pościeli i zacząłem się ubierać. Z małą pomocą Zero doszedłem do wniosku, że zakładanie spodni na lewą stronę nie jest dobrym pomysłem. Umyłem twarz i uczesałem włosy, względnie doprowadzając się do ładu. Uwieszony na basiście opuściłem pokój, gdyż sam nie byłbym w stanie tego zrobić. Byłem wciąż tak zaspany, że potykałem się o własne nogi. Zjechaliśmy windą na parter i poszliśmy do restauracji na śniadanie. W sumie tylko ja jadłem, podczas gdy szatyn sączył kawę, z racji tego, że on wcześniej zjadł z gitarzystą i perkusistą. Musiałem wypić trzy mocne kawy zanim mogłem stwierdzić, że jako-tako kontaktuję już w tym światem. Podczas posiłku Shimizu opowiadał mi o tym, jak mniej więcej wyglądać ma nasz występ i stroje sceniczne.
Zanim wyszliśmy z restauracji było po godzinie dwunastej, a na korytarzu zwerbował nas zdyszany rudzielec, który zdawał się nas szukać po całym hotelu. Wszyscy bez wyjątku zostaliśmy wrzuceni do autokaru i przewiezieni pod wynajętą halę, gdzie dzisiaj mieliśmy zaprezentować swoje umiejętności. Rzecz jasna nie jechali wszyscy uczestnicy konkursu na raz, bo byśmy się nie zmieścili. Z tego, co mówił do mnie Matsumura wywnioskowałem, że pierwszy etap został podzielony na kilka dni; dokładnie to na trzy. Codziennie występowało dwadzieścia zespołów, a każdy z nich miał zaprezentować dwie piosenki. Pierwotnie, Mosnters miało występować już w pierwszym dniu, jednak jako D’esapirsRay występowaliśmy dopiero trzeciego, ostatniego dnia ze względu na to, że zapisaliśmy się jako ostatni uczestnicy.
Droga nie była długa. Dojechaliśmy po jakiś piętnastu minutach pod… hangar, tak na dobrą sprawę. Autokar wypełniony muzykami po brzegi zatrzymał się przed gigantycznym wejściem do blaszanego olbrzyma. Hangar został zbudowany na planie kwadratu, jednak jego dach nie był płaski, a lekko wypukły. Stalowe wzmocnienia, na których się podpierał przecinały się pod kątem prostym, przez co przypominały sklepienia kołyskowe. W środku na pierwszy rzut oka nie znajdowało się nic. Totalnie i absolutnie nic. Wyglądało to na wielki, pusty magazyn, jednak kiedy wszyscy podeszliśmy wystarczająco blisko światła rozbłysły oślepiając nas oraz ukazując wielką scenę. Ta wielka wolna przestrzeń, na której aktualnie staliśmy była zapewne przeznaczona dla fanów i widzów, którzy przychodzili tu na rozmaite koncerty. Na owej scenie stała trójka ludzi – dwóch mężczyzn, jeden ubrany w drogi garnitur, drugi w poszarpanych spodniach i bluzce z Metallicy oraz kobieta ubrana w długą, elegancką, czerwoną suknię i spiętych włosach w ciasny kok. Wszyscy przedstawili się po kolei; facet wyglądający na mój gust na bankiera był w rzeczywistości przedstawicielem studia Sony Music. Kobieta wyciągnięta istnie z barokowego zamku z Europy była znanym i szanowanym menagerem i jej zadaniem było oszacowanie, który zespół „sprzeda” się na rynku i przede wszystkim, za ile; a co się z tym wiąże, czy warto w niego inwestować. Ostatni mężczyzna o wyglądzie rockmana, po prostu był rockmanem. Był gitarzystą z niedawno rozwiązanego zespołu amerykańskiego, którego nazwy nie znałem, gdyż nie lubiłem amerykańskiego rocka. O wiele bardziej gustowałem w jrocku.
Po przedstawieniu się, wyjaśnili zasady i kolejność występowania zespołów. Tak jak już wiedziałem pierwszy etap został podzielony na trzy dni i codziennie występowało dwadzieścia zespołów. Każdy zespół miał wykonać dwie piosenki, a po występnie mieli wysłuchać krótkich opinii jur, które stanowiła wyżej wymieniona trójka. Zespół miał wejść na scenę po wywołaniu jego nazwy; nie wcześniej, nie później. Z sześćdziesięciu zespołów, jakie brały udział w konkursie miało przejść do następnego etapu czterdzieści, a wyniki miały zostać wywieszone jeszcze dzisiaj wieczorem na głównym holu w hotelu, w którym obecnie pomieszkiwaliśmy.
Dali nam pół godziny na przygotowanie się. Może nie byłem dziś w najlepszej kondycji umysłowej, jednak na całe szczęście reszta zespołu lepiej się trzymała i pomyślała o zabraniu sprzętu oraz stroi scenicznych i wszystkiego, co będzie nam do nich potrzebne. A co do sprzętu… Nie to, że każdy za każdym razem rozkładał swój od początku – jedynie gitarzyści mieli wziąć ze sobą swoje gitary – perkusja był rozstawiona i każdy zespół korzystał z tej samej, tak samo jak mikrofon ustawiony na środku sceny na statywie – ale spokojnie, nie były to jakieś tandetne rzeczy! Perkusja była firmy „Pearl”, więc gdy tylko Tsukasa ją zobaczył oczy zapaliły mu się jak małe żaróweczki („Pearl” to jedna z lepszych firm produkująca perkusje. Taka wyższa półka, bym powiedziała od aut.). Próbowałem skupić się na przygotowaniach, jednak marnie mi to szło. Byłem rozkojarzony i zestresowany, przez co wciąż rozglądałem się dookoła przyglądając się, co robią inni, aby nie wypaść gorzej. Jedni zaczęli przebierać się w stroje sceniczne, drudzy ćwiczyli po raz ostatni przed występem swoje utwory; słysząc te czyste głosy i piękne gitarowe brzmienia poczułem się jak niedouczony grajek z ulicy… Zagryzłem wargę, próbując wmówić sobie, że będzie dobrze, kiedy ktoś nagle mocno złapał mnie za ramię.
- Słyszysz co się do ciebie mówi? – fuknął na mnie Karyu.
- Przepraszam, nie słyszałem, co mówiłeś – mruknąłem, nerwowo drepcząc w miejscu i drapiąc paznokciami wewnętrzne strony dłoni, które zaczęły mi się pocić.
- Gdzie masz te teksty piosenek? – zapytał, marszcząc brwi.
- Co? Jakie teksty…? – gitarzysta spojrzał na mnie z chęcią mordu. – Ja… Znaczy…
- Nie masz? – syknął cicho, a mnie przeszły nieprzyjemne dreszcze.
- Nie no… Ja… Tylko… Znaczy się… - dukałem. – No wiesz… - spuściłem głowę.
- Zabiję cię, Hizumi! – Karyu rzucił się na mnie z zamiarem rozerwania mi gardła i wydrapania pazurami oczu, jednak w ostatniej chwili za tył bluzki złapał go Tsukasa, który próbował go poskromić za wszelką cenę. – Uduszę! Poćwiartuję! Zarżnę jak psa! Utopię! – wygrażał, wyciągając ręce w moją stronę, które nagle zdały mi się być nienaturalnie długie, a jego paznokcie niemożliwie ostre i niebezpieczne. Cofnąłem się kilka kroków w tył, a Zero mimo wszystko pociągnął mnie jeszcze do tyłu; tak na wszelki wypadek. – Wypatroszę, zapakuję i wyślę do Chin, gdzie zrobią z ciebie wołowinę w pięciu smakach, debilu!
- Dobra, Karyu uspokój się – mruknął Shimizu.
- Jak ja mam się uspokoić?! Jak?! Przecież ten tuman nie napisał piosenek! Co my niby mamy teraz przestawić?! – Karyu darł się jak opętany, przez co kilka osób spojrzało na niego niemalże z przerażeniem wypisanym na twarzy. – Niech ja cię tylko dorwę w swoje ręce! Obiecuję, że cię własna matka nie pozna! Zrobię ci taką jesień średniowiecza z dupy, że popamiętasz mnie do końca życia!
- Daj spokój, wrzaskiem nic nie zdziałasz ani tym bardziej nie pomożesz – upomniał go basista. – Hm… Sytuacja nie jest ciekawa, ale coś wymyślimy…
- Jak to „sytuacja nie jest ciekawa”?! – warknął rudzielec, dalej trzymany na „smyczy” przez perkusistę. – Ta sytuacja jest chujowa! No proszę, panie optymisto, jak zamierzasz niby z tego wybrnąć?! Hm?! – jeszcze nigdy w życiu nie widziałem, żeby Yoshitaka aż tak się wściekł.
- Jeszcze nie wiem… Hizu, masz chociaż jakiś pomysł na piosenkę? – szatyn położył mi rękę na ramieniu.
- No… taki ogólny zarys to mam… - skłamałem, aby nie rozwścieczyć gitarzysty jeszcze bardziej.
Ech, miałem napisać piosenkę, ale najpierw przyszedł Zero i zacząłem z nim rozmawiać, niemalże się z nim pokłóciłem, potem zacząłem to wszystko naprawiać, zasnąłem na jego kolanach, całowaliśmy się i przekomarzaliśmy do wieczora, następnie rozmawiałem z Tsukasą do pierwszej w nocy, zaspałem, a Michi obudził mnie dopiero o jedenastej i nie napisałem w końcu tej nieszczęsnej piosenki. Cholera, zawsze coś, zawsze ktoś musiał przyjść… i jakoś tak wyszło, że tego nie napisałem…
- Dobra, liczmy na to, że szczęście się do nas uśmiechnie i zostaniemy wywołani jako jedni z ostatnich; do tego czasu, Hizumi, postaraj napisać się piosenkę…
- D’espairsRay! – basista nie skończył nawet zdania, kiedy już zostaliśmy wywołani na scenie. „Jesteśmy w dupie” – pomyślałem bezradnie.
Weszliśmy na scenę; bez makijażu, stroju scenicznego, przygotowanych piosenek i żadnego planu na występ… Nie zdążyliśmy nawet się przebrać czy wykonać makijażu, gdyż zaczęliśmy się kłócić… Karyu podszedł do mikrofonu i chyba chciał przeprosić za to, że jesteśmy nieprzygotowani i musimy zrezygnować, kiedy nagle popchnąłem go, odsuwając od mikrofonu.
- Co ty robisz?! – syknął na mnie.
- Zamknij się i graj – szepnąłem do niego.
- Niby co?
- Cokolwiek!
Shimizu i Oota spojrzeli na mnie zdziwieni. Machnąłem na perkusistę ręką, a on zrozumiawszy, o co chodzi zaczął wybijać rytm. Po chwili dołączył się również i Zero, który zdążył już podłączyć swój bas oraz Karyu, który co i rusz posyłał mi spojrzenie ciskające gromami. Znałem tę melodię. Ba, nawet wiedziałem jak ją zagrać na basie, gdyż jako chwilowy basista Monsters, uczyłem się jej.

„Myself under control”*

Zacząłem improwizować ze względu na to, że innego wyjścia nie miałem, a nie mogłem pogrążyć kolejnego zespołu i zmusić go do tego, aby przeze mnie nie wziął udziału w tym konkursie.

„I'd seel my soul
moeagaru kizu ou tamashii
heart like a hole
ushinau mono wa nai sa
hakanaku chiri yuku tame ni fukaku kizamu”*

Tak, zdecydowanie ciężko jest wymyślać tekst piosenki na poczekaniu, a w dodatku
mieszać dwa różne języki. Jako zespół pochodzący z Japonii chciałem, aby tekst był w języku japońskim, abyśmy w ten sposób „promowali” Japonię i Visual Kei (pomińmy to, że występowaliśmy w zwykłych t-shirtach, jeansach oraz trampkach, a nie w jakiś wymyślnych lateksowo-skórzanych strojach) jednak to nie było takie proste. Mój japoński wciąż nie był perfekcyjny i ograniczał się do tych „przebłysków z poprzedniego życia”, dlatego nieraz musiałem uzupełniać tekst wstawkami angielskimi. Nie brzmiało to źle, gdyż wiele jrockowych zespołów tak robiło, jednak słyszałem, że jest to niedopracowane… a może tylko mi się tak zdawało, bo Zero uśmiechnął się do mnie jednocześnie w pokrzepiający i aprobujący sposób. To dodało mi otuchy. Zamknąłem oczy i nie zważając już na nic poddałem się muzyce.

„Wake up
scene
tada hitotsu dake te ni suru made wa tsutaetai”*

            Czułem jakby muzyka przepływała przez moje ciało, sterując nim jak zabawką na pilota. Zdjąłem mikrofon ze statywu, nie chcąc się tak ograniczać do stania w miejscu jak pozostali. Wymachiwałem rękami, poruszałem się w rytm, skakałem, zginałem się w pół growlując, przyciskałem dłoń do torsu wyciągając wyższe dźwięki… Nie myślałem nad tym, co robię, po prostu dałem ponieść się muzyce. Miałem wrażenie, jakby ktoś co chwila przepuszczał przez moje ciało drobne impulsy elektryczne o różnych natężeniach. To było takie cudowne… a jednocześnie odrobinę przerażające, choć sam nie wiem dlaczego czułem tę dozę strachu. Nie obawiałem się wcale jaką ocenę wystawią nam jury, czy przejdziemy do następnego etapu, czy nie; nie bałem się już nawet reakcji Karyu – śpiewałem z głębi serca opisując moje emocje, odczucia, doświadczenia i myśli; otworzyłem się przed nieznanymi mi ludźmi, którzy mogli mnie za to zbesztać – i chyba tego się tak bałem. Tego, że pogardzą mną za to, co wyśpiewałem, że mnie zranią, wykorzystując te wszystkie intymne myśli, jakich nie odważyłbym się powiedzieć nawet Shimizu…
            Jedna piosenka skończyła się. Kenji chwilę po tym już zaczął wygrywać kolejny rytm, a ja znów zacząłem improwizować.

„Itsuwari no namida to misekake de tsumi to kasaneteiku
"is not it a mistake?"**

            Strach nie opuszczał mnie. Świadomość, że patrzy na mnie stanowczo za dużo ludzi również nie była przyjemna i nie dodawała mi odwagi. Stanie na środku sceny także nie pomagało – przez to, że stałem na środku i byłem wystawiony na ostrzał spojrzeń każdego znajdującego się człowieka utwierdzał mnie tylko w tym, że jestem takim hipocentrum wstrząsu, jakim był ten występ; bo inaczej się tego nazwać nie dało. To był wstrząs – dla mnie, pozostałych muzyków z mojego zespołu i zapewne dla jur również; kto widział, aby występować będąc tak kompletnie nieprzygotowanym do niczego?

„Lies...
Kowashite tsunaide kasanete kazasare
Right...
Mayoi wa damarasete
"i change the world."**

            Mimo wszystko nie chciałem zakończyć tego tak szybko. Czas wcale mi się nie dłużył ani nie powiedziałbym, że to było moje najgorsze doświadczenie w życiu. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie każdy jest tak ambitny, aby szukać ukrytego sensu w pracy artysty; nawet jeśli będzie ona improwizacją. Znaleźć drugie dno i dobrze je odczytać to wcale nie jest łatwe zadanie. A kto podjąłby się tego, żeby mnie zranić? Przecież to było obce mi środowisko i mimo iż rywalizacja zapewne doprowadzi tych ludzi do gróźb, a może i bójek, jednak raczej nikt nie pokwapi się, aby zranić mocniej niż złamanie nosa – bo ból psychiczny jest bardziej dotkliwy niż fizyczny. Odrzucenie to najgorsza rzecz, jaka może spotkać człowieka.

„The times is over now...      
I draw a new scene...”**

            Poza tym… zapewne nikt tu nie zna japońskiego, a raczej nie myślę, żeby ktoś ślęczał nad słownikami by przetłumaczyć coś, aby mnie zranić. Mnie - jednostkę, która może zniknąć szybciej niż się pojawić. Nikt nie będzie bawić się w tak wysublimowane metody… a bynajmniej taką mam nadzieję.
            Nieco uspokojony własnymi myślami zakończyłem drugą piosenkę. Teraz tylko wysłuchać uwag…

***

Po godzinie dwudziestej pierwszej zeszliśmy do głównego holu hotelu. Stanęliśmy przed wielką tablicą korkową i odszukaliśmy na niej długą listę zespołów, która weźmie udział w drugim etapie konkursu. Zacząłem szukać nazwy D’espairsRay od samego dołu, kiedy nagle Karyu wskazał pozycję, na której się znaleźliśmy.
- Piętnaste miejsce. Nie jest źle – mruknął rudzielec. – Ale mogło być lepiej… W każdym razie ciesz się, bo dziś cię nie wypatroszę – chłopak dźgnął mnie palcem w mostek, po czym odszedł.
- Cieszy się, że przeszliśmy do następnego etapu, ale nadal jest na ciebie obrażony za to, że nie napisałeś piosenek – wyjaśnił Tsukasa.
- A… Aha… - mruknąłem mało inteligentnie.
- Brawo – Zero objął mnie od tyłu i pocałował w policzek. – Przeszliśmy dalej, nawet jeśli tylko improwizowałeś – ułożył brodę na moim ramieniu.
Zastanawiało mnie tylko jedno… dlaczego nikt nie cieszył się z tego, że przeszliśmy? Wszyscy odebrali to tak, jakbym powiedział, że jutro rano będzie wschód słońca. Nikogo to nie zdziwiło. Nie ucieszyło. Aż tak wysoko się cenili i to piętnaste miejsce im nie odpowiadało? A może chodziło o coś zupełnie innego?

*tekst piosenki „Closer to Ideal”


**tekst piosenki „Tainted World”

Chcecie, żebym napisała coś z Matenrou Opera albo Crazy Shampoo?

Oneshoot Kanda x Allen (D.gray-man)

Mimo iż parę osób zdeklarowało, że tego nie przeczyta, duża ilość przyznała, że nie zna ani mangi, ani anime o tej nazwie to cóż... i tak to wstawiam, bo przecież znalazły się i osoby, które  powiedziały, że przeczytałyby coś z tym paringiem :) 
Ten shoot jest naprawdę dziwny i żyje swoim własnym życiem... pisany z potrzeby serca...
Ostrzegam, że może w najbliższym czasie pojawić się jeszcze parę shootów z paringami z anime, ale z pewnością nie będą one częste - zostaję przy j.rocku, ale anime może być przyjemną odskocznią, prawda? 

Tytuł: Jeśli masz sekret…
Paring: Kanda x Allen (D.gray-man)
Typ: oneshoot
Gatunek: ?

Jeśli masz sekret, ludzie zapragną do poznać.
Po prostu… od tak.
Niektórzy będą próbowali otworzyć cię łomem…
Niektórzy przyciągną cię delikatną, pajęczą nicią, czekając aż sam otworzysz się w swoim kokonie…

Allen irytował mnie od samego początku, kiedy tylko zjawił się w Głównej Kwaterze Dowodzącej. Denerwowało mnie jego dziecinne zachowanie; obserwując go czasem zastanawiałem się, dlaczego wpuszczają tu małpy w ludzkim przebraniu. A potem… potem zapytałem sam siebie, dlaczego, do jasnej cholery, ja go obserwuję?! Dlaczego podczas posiłku, siedząc przy stole na drugim końcu sali obserwuję, jak wyjada połowę zapasów Czarnego Zakonu, dochodząc do wniosku, że on nie ma umiaru i jest żarłokiem. Dlaczego podczas walki często obserwuję baczniej go niż wroga, przyglądając się, jak atakuje kolejną akumę nie stosując żadnych technik, nawet nie zastanowiwszy się chwilę, jakiego ciosu teraz użyje i gdzie go skieruje… Dlaczego nie mogłem opuścić wzroku, kiedy już bez munduru egzorcysty, schodził do podziemi z Lavim, żeby udać się do miasta i przesiadując w swoim pokoju, uważnie nasłuchiwałem jego kroków, które rozpoznawałem z łatwością od innych, kiedy po powrocie do Kwatery kierował się do swojego pokoju, mijając po drodze mój.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie tylko go obserwowałem, ale i słuchałem. Nasłuchiwałem jego kroków, słów, które wypowiadał, choć czasem nie odpowiadałem mu, przez co Allen mógł myśleć, że go ignoruję; i dobrze, nie chciałem, żeby myślał, że między nami może nawiązać się jakaś nić przyjaźni – mnie nie wciągnie do „pajęczyny przyjaźni” jaką utkał wokół wszystkich mieszkających w Głównej Kwaterze… wszystkich oprócz mnie, rzecz jasna. Słuchałem jego rozmów z innymi, słuchałem jak inni mówią o nim, jednak nigdy nie zabrałem wtedy głosu. Odzywałem się do niego rzadko, utrzymując dystans; i tak miało już pozostać.
- Kanda? – mruknął cicho, przerywając niczym niezmąconą ciszę.
Niestety, stało się – dostałem misję, na którą musiałem zabrać ze sobą tego żółtodzioba. Akurat jeden jedyny raz musiałem dzielić z kimś pokój; nie udało zdobyć się osobnych. I tym kimś musiał być właśnie on… Ja to mam szczęście, naprawdę…
- Co? – burknąłem, wciąż nie odwracając się do niego przodem.
W naszym pokoju znajdowały się dwa pojedyncze łóżka, stojące równolegle do siebie, oddzielone niewielką wolną przestrzenią. Ja spałem przy ścianie, on przy oknie. Uporczywie wpatrywałem się w tą oliwkowozieloną ścianę, która teraz, w nocy, wydawała mi się być szara. Mimo iż byłem odwrócony do niego tyłem, czułem na plecach jego palące spojrzenie.
- Dlaczego ty mnie tak nie lubisz? W sumie to… nikogo należącego do Czarnego Zakonu nie lubisz… Nie jesteś zadowolony z tego, że jesteś egzorcystą? – westchnąłem cierpiętniczo, wywracając oczami i nie odpowiadając mu. – Kanda… Proszę, odezwij się. Chcę wiedzieć…
- Jesteś taki nieznośny, dziecinny… – prychnąłem.
- Dlaczego tak uważasz? Proszę, wyjaśnij mi to.
- Nie będę z tobą rozmawiać. Jest noc, do cholery! Musimy jutro wcześnie wyruszyć, więc pozwól i mi, i sobie wyspać się, bo jeśli myślisz, że przewiduję jakieś przystanki i odpoczynki to grubo się mylisz – syknąłem.
Chwila ciszy.
Dwa jego oddechy i rytm bicia mojego serca, który dostosował się do tempa jego oddechów. To dziwne? Niepokojąco dziwne…
- Chcesz wiedzieć dlaczego? – nie wytrzymałem i podniosłem się, widując do siadu. Białowłosy skinął głową, wstając ze swojego łóżka. Podszedł i usiadł blisko mnie, a ja odsunąłem się znacznie, mimo iż jego bliskość nie przeszkadzała mi. –  Nie żywisz do nikogo urazy; jak dziecko. Kiedy ktoś cię skrzywdzi, płaczesz; jak dziecko. Szybko się przywiązujesz; jak dziecko. Jesteś ufny i wierny; jak dziecko… Wszystko robisz, jak dziecko…
- To prawda. Szybko przywiązuję się do nowopoznanej osoby i jestem wobec niej ufny. Nie zawsze wychodzi mi to na zdrowie, ale cóż… łzy czasem są wskazane – uśmiechnął się delikatnie, a we mnie wezbrał gniew. – Ale niby do kogo miałbym żywić urazę?
- Do twoich rodziców, którzy cię porzucili, do twojego przybranego ojca, który cię przeklął, do Crossa, który cię wykorzystywał i kazał ci pracować jako dzieciak, byś spłacał jego długi…
- Nie jestem na nich zły…
- Właśnie; nie jesteś – przerwałem mu. – Nie jesteś na nich zły, bo jesteś jak dziecko; szybko zapominasz o tym, co złe. Nie potrafisz żywić urazy, chcesz myśleć, że ten świat jest dobry, piękny i wspaniały, ale…
- Ale taki nie jest – teraz z kolei to on mi przerwał. – Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wcale się nie okłamuję. Gdyby ten świat byłby taki cudowny nie byłoby w nim choćby akum, z którymi walczymy. Nie byłoby Milenijnego Earla, smutku, rozpaczy i ludzi, którzy tak jak ty żywią urazę. Jestem trochę inny niż myślisz; zdaję sobie sprawę z wad tego świata. Tylko… ja widzę zawsze dwie strony; tą lepszą i gorszą. Moi rodzice przecież dali mi życie – i to jest ta dobra strona. Gdyby nie oni, w ogóle nie byłoby mnie. Owszem, porzucili mnie ze względu na wygląd mojej ręki – i to jest ta zła strona, ale dzięki temu zaadoptował mnie Mana. Ojczym wychowywał mnie, jak własne dziecko i nauczył wielu rzeczy, z których korzystam do dziś. Tak, przeklął mnie za to, że zamieniłem go w akumę, a następnie zniszczyłem, ale dzięki temu moje lewe oko widzi dusze akum, przez co mogę stwierdzić kto nią jest, a kto nie. To ciężkie brzemię, ale przydatne. Po śmierci Many znalazł mnie Cross, który sprowadził mnie na drogę egzorcysty. Kazał mi pracować jako dzieciak, wydawał moje ciężko zarobione pieniądze, często mnie karał, a jego metody nauczania były bardzo brutalne, przez co nie raz popadałem w depresje… Ale to dzięki niemu zostałem egzorcystą; gdyby nie on, nigdy nie spotkalibyśmy się – spojrzał na mnie uważnie, a ja otworzyłem usta ze zdziwienia. – Wszystko ma swoje plusy i minusy. Pytanie, co chcesz zobaczyć? Ty widzisz te złe strony i roztrząsasz je… dlatego jesteś taki oziębły wobec ludzi, gdyż traktujesz ich jako zagrożenie i… zachowujesz się tak, jak się zachowujesz… - wzruszył ramionami. – Każdy, kto został egzorcystą przeszedł przez swoje prywatne piekło; a ty nieustannie wracasz do tych niemiłych wspomnień. Jednak to właśnie one są twoją siłą. Przez chęć zemsty jesteś taki uparty i dążysz do celu - i to jest dobre. Ale nie ufasz ludziom i zachowujesz wobec nich duży dystans – a to źle. Ja potrafię się śmiać i lubię ludzi – to dobrze. Ale jestem naiwny – a to źle…
Nigdy w życiu nie spodziewałbym się usłyszeć tak sensownego kazania po chłopaku, który najczęściej jedynie wołał, że jest głody i zawiadamiał, że w pobliżu znajdują się akumy, używając do tego swojego lewego przeklętego oka… Spojrzał na mnie bystro, a ja aż się zląkłem…
- W gruncie rzeczy jesteś dobry… bardzo dobry – uśmiechnął się. – Dlatego tak bardzo cię lubię.
- Lubisz mnie? – zdziwiłem się.
- Lubię. Nawet jeśli ty mnie nie lubisz – powiedział, a ja dopiero w tym momencie dostrzegłem, że ten uśmiech jest maską, a za nią czają się łzy. Allen próbował się opanować, jednak kolejne słone krople i tak opuściły jego duże, szare oczy…
- Wystawiasz swoje serce na srebrnej tacy, przez co każdy może cię zranić; to dlatego tyle płaczesz – westchnąłem, wstając i podchodząc do okna, odwracając się do niego tyłem.
- Ty z kolei tak wiele ukrywasz… - szepnął.
- I tak ma właśnie być – prychnąłem. – Dzięki temu ludzie nie wiedzą jak mnie zranić.
- Na początku są ciekawscy i chcą poznać twoje sekrety, a później się zniechęcają i krzywo na ciebie patrzą, jeśli im ich nie wyjawisz…
- Nie obchodzi mnie to, jak na mnie patrzą ani co o mnie myślą – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Wiesz… Ja też mam swój sekret. Ale tylko jeden… jedyny – wyznał i nawet moje najszczersze chęci nie pomogły, aby oprzeć się pokusie dowiedzenia się, co to za sekret. To takie ludzkie… takie błahe… Powinienem umieć wstrzymać, stłumić to w sobie, a jednak nie potrafiłem… to było takie irytujące… Zgrzytnąłem zębami i uderzyłem pięścią w parapet, karcąc się w duchu za słowo, które wypowiedziałem:
- Jaki?
- Gdybym ci powiedział to nie byłby już sekret, a ja w rzeczywistości stałbym się zwykłym smarkaczem… A ty, ile masz sekretów?
- Dużo… Bardzo dużo… - gniew ustąpił niespodziewanemu… śmiechowi… Zachichotałem pod nosem, uśmiechając się słabo. – Jedne są ważniejsze, inne mniej istotne…
- I naprawdę nie masz nikogo, komu mógłbyś o tym powiedzieć?
- Nie ufam ludziom… - wyjaśniłem, kiedy nagle trafiło do mnie, że… mu mógłbym zaufać; a może inaczej  - już zaufałem! Bo niby jak wyjaśnić inaczej moje zainteresowanie nim; słuchanie jego i o nim, przyglądanie się mu… I mimo wszystkich jego wad uważałem go za naprawdę dobrego chłopaka i nigdy nie powiedziałem nikomu tak wiele o moich uczuciach jak jemu właśnie w tej chwili. Cholera, a miałem z nim nie rozmawiać! Wciągnął mnie w tą pajęczynę przyjaźni… a może zrobił to już wcześniej?
- Wiesz… jednak zrobię z siebie dzieciaka w twoich oczach, bo wiem, że jesteś dyskretny i tobie mogę zaufać. Za to cię tak lubię, Kanda… Chciałbym, żebyś był moim przyjacielem; to jedyny mój sekret – powiedział cicho, wpatrując się w swoją lewą rękę, która jednocześnie była bronią przeciwko akumom i jakby próbował ją przede mną ukryć. – Ale wiem, że to niemożliwe… Ty mnie nawet nie lubisz… I na samym początku, kiedy tylko zjawiłem się w Kwaterze Głównej powiedziałeś, że się mnie brzydzisz ze względu na… - urwał, naciągając mankiet białej koszuli na czerwoną dłoń, pasożytniczy typ Inosence.
- Nie brzydzę się tobą – odpowiedziałem, ponownie zajmując obok niego, tym razem znacznie bliżej niż poprzednio. – Zresztą… chyba nawet da się ciebie lubić – pokręciłem głową, uśmiechając się nikle. Białowłosy spojrzał na mnie z nadzieją, która rozbłysła w jego oczach. – Jak jeszcze zrozumiesz w końcu, że nie zbawisz całego świata i nie wszyscy są tak empatyczni i optymistycznie nastawieni do życia jak ty to byłbyś całkiem znośny… Pojmij w końcu, że na tym świecie niestety istnieją również takie osoby jak ja… złe do szpiku kości…
- Ty nie jesteś zły! – oburzył się, jakbym obraził jego, a nie siebie. Zaśmiałem się cicho.
- Nawet jeśli wbiłbym ci sztylet w plecy utrzymywałbyś, że zrobiłem dobrze i należało ci się… - wywróciłem oczyma. - Gdybyś jeszcze był asertywny to mógłbym naprawdę cię polubić, Allen – specjalnie sięgnąłem po jego lewą, a nie prawą dłoń, której tak się wstydził. Ścisnąłem ją, a chłopak spróbował mi ją wyrwać, jednak byłem zbyt silny, dlatego nie udało mu się to.
- Kiedy mi tak zależy… - szepnął, a jego oczy stały się na powrót szkliste. – A… Powiedz mi, czy gdybym był taki sam jak ty, byłbyś zdolny zakochać się we mnie?
- Znienawidziłbym cię gdybyś był taki jak ja – spojrzałem na niego uważnie. – Wiesz… W sumie… Dobrze, że jesteś jaki jesteś – szepnąłem, powoli przybliżając się do niego, a następnie składając na jego ustach motyli pocałunek. Jedną ręką wciąż ściskałem jego dłoń, a drugą odgarnąłem przydługie włosy, które zasłaniały długą bliznę ciągnącą się od czoła po policzek. Przez te wszystkie niedoskonałości Allen popadał w samokrytycyzm, widząc w innych niemalże bożyszcza, a w sobie nieudacznika… jednak mnie to wszystko przyciągało – ta jego niepewność, naiwność, blizna na twarzy, zmieniona, czerwona ręka z wyżłobionym krzyżem na grzbiecie dłoni, który lśnił szmaragdowym światłem, kiedy chłopak aktywował swoje Inosence, białe włosy, przez które wyglądał starzej. Czułem podświadomą potrzebę zaopiekowania się nim i pocieszenia go, kiedy był taki kruchy i delikatny. Czułem potrzebę czekania na jego uśmiech, który byłby zapłatą za wszelkie moje trudy. Więc dlaczego wcześniej zapierałem się przed tym? Cóż… Chyba dlatego, że teraz dałem mu się omotać… Oprócz tych podświadomych potrzeb czułem również jak niewidzialna, cienka pajęcza nić owija się wokół mnie, przyciągając do białowłosego, nie pozwalając mi od niego odejść. Cholera, dałem się złapać…
Nachyliłem się nad nim jeszcze raz, ponownie smakując jego ust, tym razem nieco dłużej. Poczułem, że Allen chce pogłębić pieszczotę, dlatego rozchyliłem wargi w zapraszającym geście, jednak on nawet nie zdążył wsunąć języka do moich ust, gdyż zrzuciłem go ze swojego łóżka.
- Nie pozwalaj sobie – uśmiechnąłem się cwaniacko. – To dopiero pierwsza randka. Minie jeszcze dużo czasu zanim pozwolę ci na pewne rzeczy. Dziś dałem ci się do siebie przekonać, nie wystarczy? Co sobie wyobrażałeś; że od razu dam ci się przelecieć? – podniosłem jedną brew.
- Szczerze to liczyłem na to – zaśmiał się pod nosem, na co ja prychnąłem i położyłem się, tradycyjnie, odwracając do niego tyłem. – Jesteś kapryśny - chłopak podniósł się z podłogi i ułożył za mną, przylegając ściśle do moich pleców. Objął mnie jedną ręką w pasie; lewą. Widząc czerwoną dłoń i czarne paznokcie (nie od brudu, nie xD oa aut.) uśmiechnąłem się pod nosem. Więc jednak powoli się przełamywał…
- Za karę jutro będziesz walczył ze wszystkimi akumami na drugim poziomie, jakie spotkamy, a ja sobie odpocznę, kiedy ty będziesz się męczył – zawyrokowałem.
- Jesteś okrutny – zachichotał i musnął ustami mój kark.
- Zaraz każę ci jeszcze walczyć ze wszystkimi akumami na pierwszym poziomie – zagroziłem. – Nie pozwalaj sobie…
- A ty to sobie możesz?
- No i przegiąłeś! Walczysz jutro sam ze wszystkimi akumami! Ja mam jutro wolne! Nie dyskutuj ze mną, smarkaczu, bo jesteś o jakieś sto lat za młody, żeby tak się ze mną kłócić i droczyć…
- I tak cię kocham. Dobranoc, Yu-chan.
I weź człowieku nie wścieknij się na takiego… Co on ze mną robił? I w jak krótkim czasie? Bo przecież należał do Czarnego Zakonu zaledwie od pół roku, z czego dwa spędziłem na misji i nie spotykałem się z nim. Cholera, jego pajęcza nić zamieniła się w sznur marynarski… Nieustannie mnie do siebie przyciągał, a ja byłem uwięziony i wiedziałem, że nie ma sensu nawet próbować się opierać, bo to wszystko byłoby jedynie stratą moich nerwów i sił… Było w nim coś magnetycznego…
- Nie kocham cię. Dobranoc, Moyashi* - burknąłem, splatając nasze dłonie, co było kompletnym zaprzeczeniem tego, co powiedziałem.
Allen zasnął z błogim uśmiechem na ustach już nawet nie denerwując się za określenie, jakiego użyłem wobec niego. Hm… Chyba musiał mnie naprawdę kochać, skoro nie pieklił się o to przezwisko. Kiedy ktoś inny go tak nazwał potrafił się obrazić, a mnie nawet słowa nie powiedział, mimo iż to właśnie ja wymyśliłem tą nazwę.
Wszystko to zaobserwowałem i usłyszałem. Zwróciłem na to uwagę. Chyba naprawdę muszę go kochać…

*Moyashi – kiełek fasoli


Oneshoot Hizumi x Zero (D'espairsRay)

Do napisania tego natchnął mnie wyjazd z moją koleżanką i jej mamą. Dokładniej to natchnął mnie ich samochód bez klimatyzacji, kiedy stałyśmy ponad półtorej rodziny w gigantycznym korku…
Dobra, nic mądrego więcej nie mam do napisania, więc wracam do oglądania D.gray-man! <3 Endżoj!

Tytuł: „Tak to jest, kiedy pożycza się auto od lidera…”
Paring: Zero x Hizumi (D’espairsRay)
Typ: Oneshoot
Gatunek: komedia (?), yaoi
Beta: Hoshii.

- Jesteśmy w dupie! – wrzasnął zirytowany Hizumi, wyrzucając ręce w powietrze. – W wielkiej, zadrzewionej dupie pełnej robali i insektów; dupie mającej potoczną nazwę „las” – spojrzał na mnie z ukosa.- Tu nie ma klimatyzacji! – jęknął. – Zginę! – zaczął lamentować, a we mnie wzbierała chęć popełnienia złego uczynku… bardzo, bardzo złego uczynku…
- Co się czepiasz? – warknąłem, będąc równie zirytowany, jak mój towarzysz. – Moja wina, że Karyu jeździ takim gruchotem? Zresztą… Przypominam ci, że ja też tu jestem! – pomachałem mu ręką przed oczyma, wciąż nie odrywając wzroku od wyboistej, leśnej drogi, przez którą się przedzieraliśmy; innego określenia po prostu nie mogłem użyć.
- Mogłem jechać z Tsukasą… On zna drogę! I ma klimatyzację! – znów zaczął jęczeć.
- Kurwa, Hiroshi, opanuj się, bo wrzeszczysz jakbyś zaraz miał rodzić! – zganiłem go. – Mnie też nie odpowiada taki obrót wydarzeń, ale cóż… Ja musiałem pożyczyć samochód siostrze, a ty nie masz go wcale, więc ciesz się, że Matsumura w ogóle pożyczył nam to coś, bo inaczej targalibyśmy się z naszymi bagażami na piechotę – zgrzytnąłem zębami, widząc jego minę, która sygnalizowała, że szykuje się do kontrataku.
- Wypraszam sobie, nie potrzebuję auta. Świetnie sobie radzę komunikacją miejską… – założył ręce na piersiach. – Której tutaj nie ma – syknął.
- A co ja mam ci na to poradzić? Metro wybudować?! – taak, coś czułem, że dziś popełnię morderstwo… bardzo, ale to bardzo okrutne morderstwo…
- Na przykład – prychnął niczym obrażona księżniczka.
- Z czego? Z patyków i liści? – spojrzałem na niego jak na osobę niespełna rozumu. – A może dorzucę ci jeszcze do tego willę z basenem i stajnią? – sarknąłem.
- Stajnię możesz sobie podarować. Nie lubię koni.
- Dlaczego nie lubisz koni? – zapytałem z czystej ciekawości.
- Bo śmierdzą – odpowiedział dobitnie, a ja strzeliłem klasyczne „face palm”.
- Mogłem w ogóle nie jechać na ten wyjazd… - mruknąłem do siebie.
- Przecież sam zaproponowałeś wspólne wakacje, Zero! – zauważył.
Racja. To ja zaproponowałem, abyśmy całym zespołem pojechali na jakieś mini-wakacje.W sumie to był tylko pretekst, żeby wyrwać się ze studia – zauważyłem, że perkusista i wokalista mają tak samo dość ciężkiej pracy w upalne i przede wszystkim parne lato; jednak nasz lider-despota jakoś nie mógł tego zauważyć i męczył nas w nieskończoność. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, Karyu zgodził się na ten wyjazd. Od początku nie wierzyłem, że na to przystanie, jednak okazało się, że nawet on ma swoje granice i nie potrafi pracować 23/7. Tak, pracował dwadzieścia trzy godziny – średnio godzinę dziennie spędzał na paleniu papierosów.
Skoro już umówiliśmy się na wspólny wypad, wciąż pozostawało pytanie, gdzie pojedziemy.Padały różne propozycje, jednak aż tak pięknie być nie mogło i w Yoshitace musiał odezwać się tyran. Gitarzysta bezapelacyjnie ogłosił, że jedziemy nad jezioro, którego nazwa była tak długa, że za chuja nie mogłem jej zapamiętać. Karyu uwielbiał wędkować, więc dla niego ten wyjazd zapewne będzie bardzo udany, jeśli tylko dopisze nam pogoda. Natomiast pozostała trójka, w którą wliczałem się również ja, nie lubiła wędkowania. Tsukasa zaraz po wejściu na łódkę dostawał choroby morskiej, Hizu brzydził się dotknąć żywej ryby - odrzucał go śluz, którym była cała pokryta, wyłupiaste oczy, poruszające się, według niego, dziwnie skrzela, a przede wszystkim zapach; dla niego ryba świeżo wyciągnięta z wody śmierdziała; nie oszukujmy się, dla Yoshidy prawie każde żywe zwierzę śmierdziało i dlatego ich nie lubił – a mnie to po prostu nudziło. Miałem masę ciekawszych zajęć niż spędzenie całego dnia na niskim, plastikowym stołeczku w szuwarach, czy na łódce i grzebania w robalach… Ale grunt, że wyrwaliśmy się ze studia.
Tak jak już wspomniałem, musiałem pożyczyć samochód siostrze, a Hizumi go nie posiadał, dlatego musieliśmy rozdysponować dwa auta, które na pozostały: auto Tsukasy i Karyu. W tym momencie warto podkreślić, że samochód Ooty miał jedynie dwa miejsca, więc cały zespół nie pomieściłby się tam. Pewnie teraz zapytacie, dlaczego nie pojechaliśmy samochodem lidera – w końcu to pięcioosobowe combi. No niby tak, ale… zawsze jest jakieś „ale”. W tym wypadku było ich kilka: stare volvo Matsumury jest, jak wynika z samego określenia, stare. Bardzo stare. Dwudziestoletnie. I rozpada się. Prawie nic tu nie działa. A wygodnicki Karyu postanowił podróżować z klasą; dlatego podpiął się pod perkusistę, zmuszając mnie i wokalistę do tortur, jakich zaznawaliśmy przez tą wyprawę. Pół biedy jakbyśmy jeszcze jechali po autostradzie, czy choćby po jakimkolwiek wyasfaltowanym szlaku – ale nie! Yoshitaka musiał wynająć domek w środku lasu… Na łonie natury, bez zasięgu, z robalami, gdzie było chyba duszniej niż na Shibuya… To chyba była zemsta gitarzysty za to, że ostatnio zgubiłem jego kostkę do gry, a Hiroshi nie chciał przynieść mu kawy…
- Wiesz… chyba się zgubiliśmy… - odezwałem się po dłuższej chwili. – Tsu mówił, że droga przez las powinna być krótka…
- Mówiłem ci to dwie godziny temu… - westchnął zakładając nogi na tablicę rozdzielczą.
- Karyu cię zabije, kiedy dowie się, że położyłeś nogi na tablicy rozdzielczej… - mruknąłem.
- Nie zdąży.
- Co nie zdąży? – nie zrozumiałem, o co mu chodziło.
- Nie zdąży mnie zabić. Uprzedzi go ten ukrop. Czuję, jak mi się wnętrzności gotują! Ja chcę klimatyzację! W dodatku ten samochód jest czarny… - westchnął żałośnie. – Czemu nie może być biały? Przynajmniej nie przyciągałby tak promieni słonecznych!
Chwila ciszy.
…
- Hizu…?
- Tak? – spojrzał na mnie spod półprzymkniętych powiek, gdyż nie miał siły nawet utrzymać otwartych oczu. Włosy przykleiły mu się do czoła, skroni i karku; tak samo jak mnie. Dlaczego rockmani muszą mieć długie włosy? Ewidentnie wszystko stanęło nam na przekór…
- Przeżegnaj się – poleciłem.
- Co? – ściągnął brwi w niezrozumieniu, a następnie spojrzał przez przednią szybę na to, co właśnie okazało się być naszą następną przeszkodą. – O Matko Święta… - wyszeptał., wykonując moje polecenie.
Góra. Wielka, gigantyczna, olbrzymia góra nagle wyrosła przed nami jak spod ziemi. Droga, którą jechaliśmy pięła się na sam jej szczyt,a urwisko było strome; niemalże pionowe! Westchnąłem cierpiętniczo, spoglądając na Yoshidę, który ukrył twarz w dłoniach.
- Nie damy rady tam podjechać… - odezwałem się. – Ale mimo wszystko możemy spróbować… - wzruszyłem ramionami. Skoro Karyu zgodził się na urlop; co teoretycznie było tak prawdopodobne jak to, że gdybym masturbował się kaktusem, odczułbym przyjemność; to niby dlaczego nie spróbować podjechać pod niemalże pionową górę dwudziestoletnim volvo bez klimatyzacji i wycieraczek?
- Rób co chcesz… Nadal utrzymuję, że zginiemy… Co za różnica czy prędzej, czy później? – mruknął załamany.
Zrobiłem to, co chciałem – pomalutku, na drugim biegu próbowałem wspiąć się na tą cholerną górę. Mimo moich starań i szczerych chęci, skończyło się na tym, że zatrzymaliśmy się w połowie drogi na szczyt z sercami w gardłach.
- To co teraz? Dachowanie i po nas? – prychnął Hizumi. – Jakoś nie myślę, żeby ten samochód miał na tyle wytrzymałą klatkę bezpieczeństwa, żebyśmy uniknęli śmierci – powiedział całkowicie poważnie. – Tu wszystko jest przeżarte rdzą…
Jego słowa nie demotywowały mnie. Nie słuchając go, docisnąłem gaz do samej podłogi, jednak oprócz głośniejszego ryku silnika, nic się nie stało. Słyszeliśmy doskonale pracujące tłoki z dwóch powodów: mieliśmy uchylone okna, żeby jakoś się wentylować i nie mieliśmy radia. Nie wspomniałem o tym wcześniej? Ono też było zepsute…
Stwierdzając, że to podejście się nie uda, powoli zacząłem puszczać gaz i pozwoliłem autu stoczyć się w dół. W odpowiednich momentach dociskałem hamulec, aby uniknąć dachowania, które przewidywał Yoshida. Mimo dwóch korzeni, które przyprawiły mnie o palpitacje serca, udało nam się zjechać. Ponownie znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Ledwo obaj zdążyliśmy złapać oddech, aby się uspokoić, a ja docisnąłem sprzęgło i wrzuciłem luz (czyli drążek zmiany biegów nie był „wciśnięty” w żaden bieg; wiem, że może jeszcze nie każdy miał okazję próbować swoich sił w prowadzeniu auta od aut.). Zacząłem dociskać gaz, jednak póki nie wrzuciłem biegu, samochód wciąż stał w miejscu. Trochę się bałem, gdyż to, co chciałem zrobić było naprawdę niebezpieczne, ale cóż… innego wyjścia nie miałem. Kiedy wskazówka na obrotomierzu wskazywała maksimum, jakie mogłem wycisnąć z tego szrota, ponownie docisnąłem sprzęgło i od razu wrzuciłem piąty bieg (w tym aucie był to najwyższy bieg; na początku szukałem szóstego biegu, ale przypomniałem sobie, że to nie moje suzuki). Samochód wyrwał do przodu, a ja kurczowo ściskając kierownicę, po raz pierwszy w życiu zacząłem się modlić.Już myślałem, że się udało, kiedy nagle… tylne koła zawisły w powietrzu! Nie dość, że skarpa była niemalże pionowa, to na jej szczycie był tak wysoki uskok, że staruszek Karyu nie zdołał wjechać… do końca. Samochód bujał się na krawędzi i co i rusz czułem, jak przednie koła odrywają się od gruntu.
- Shimizu…? – pisnął dopiero teraz wystraszony Hiroshi spoglądając na mnie z nadzieją na ratunek.
- Wstań – rozkazałem.
- Co?! – krzyknął zdumiony.
- Wstań i pochyl się do przodu. Najlepiej usiądź na tablicy rozdzielczej, żeby przeważyć auto – wyjaśniłem, a on zrozumiawszy, o co mi chodzi, wykonał polecenie.
Ja również pochyliłem się do przodu, jedną nogę wciąż trzymając na pedale gazu. Kiedy upewniłem się, że samochód nieco stabilniej opiera się już na gruncie, a nie lewituje w powietrzu, nacisnąłem gaz. Tylne koła wirowały nie dotykając podłoża, podczas gdy przednie walczyły o przyczepność. Mimo tak patowej sytuacji, poruszyliśmy się nieco do przodu, a po chwili było słychać tylko trzask, jak tył samochodu uderza w ziemię. Udało się! Spojrzeliśmy na siebie zdziwienie z Yoshidą – tego bym się nie spodziewał! Hizumi zamrugał kilkakrotnie, a następnie rzucił się na mnie i krótko pocałował w usta.
- Żyjemy! – krzyknął triumfalnie, a ja zaśmiałem się, czując wielką ulgę.
Wjechaliśmy na równinę. Po prawej stronie rozciągał się las, który nagle w pewnym miejscu kończył się – wyglądał tak, jakby ktoś uciął go nożem. Dalej była się owa równina, która z kolei delikatnie opadała w dół, gdzie mieściło się jeziorko albo raczej dzikie oczko wodne. Niestety nasza droga nie była długa. Zajechaliśmy może jakieś dwanaście metrów, a następnie spod maski zaczęły wydobywać się kłęby siwego dymu. Wysiadłem z tego trupa na kółkach, a następnie otworzyłem maskę.
- Silnik się przegrzał! – krzyknąłem do wokalisty, który właśnie wysiadał.
- Mówiłem już, że jesteśmy w dupie?
- Tak, a co? – spojrzałem na niego niepewnie.
- Wtedy byliśmy dopiero między pośladkami. Teraz jesteśmy już całkiem w dupie. Dosłownie – jęknął, opierając się plecami, o brudną karoserię.
- Mamy pustą butelkę po wodzie? – zapytałem, spoglądając w stronę oczka wodnego.
- Nie. Wyrzuciłem przez okno. Dlaczego pytasz?
- Musimy jakoś ostudzić silnik, a nie mamy nic innego niż woda. Nie chcę marnować pitnej, dlatego pomyślałem, że moglibyśmy zaczerpnąć stamtąd – wskazałem palcem zbiornik wodny.
- Nie mów, że umiesz naprawiać samochody! – spojrzał na mnie z politowaniem.
- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz – prychnąłem. – Mój ojciec miał warsztat samochodowy, w którym pomagałem jako dzieciak, a potem dorabiałem jako nastolatek – wyjaśniłem, a czarnowłosy popatrzył na mnie z uznaniem.
- Nie… Nie wiedziałem – spojrzał na mnie wielkimi oczami.
- Mamy jakiś inny przedmiot, do którego można by nalać wody?
- Do walizki ani naszych ciuchów nie nalejesz, więc nie… - rozłożył bezradnie ręce.
- W takim razie musisz mi pomóc…
Pociągnąłem go za koszulkę w stronę oczka. Sam pochyliłem się nad taflą wody i nabrałem jej w złączone dłonie, a następnie skierowałem się z powrotem w stronę auta.
- No chyba nie myślisz, że nosząc wodę w rękach ostudzimy silnik! To zajmie nam co najmniej dwa lata!
- A masz jakiś inny pomysł? – wylałem tę odrobinę wody, jaką udało mi się donieść na silnik. Słychać było tylko cichy syk, a następnie woda zamieniła się w gorącą parę, która buchnęła mi w twarz. – Nie mogę zabrać się za naprawę gorącego silnika – wyjaśniłem. – No chyba, że chcesz, żebym stracił ręce, ale w takim razie możesz od razu szukać nowego basisty i dzwonić na pogotowie telefonem, który nie ma tutaj zasięgu – wywróciłem oczyma. – Nie stój tak tylko mi pomóż!

***

Narzędzia znalazłem w skrzynce obklejonej naklejkami z HootWeels pod siedzeniem kierowcy. Dowód na to, że Karyu często musiał bawić się w „polowe”  naprawy i najwyraźniej stosował metody „aby tylko dojechać!”, gdyż zapewne innych nie znał. Mimo znalezionych narzędzi nie mogłem zabrać się za naprawę silnika, gdyż ten wciąż był gorący – rzecz jasna nie udało nam się go ostudzić.
- To napraw chociaż klimatyzację! – zażądał wokalista.
- Proszę cię bardzo. Mogę nabić klimatyzację (tak to się fachowo określa od aut.), ale po co ci to skoro i tak nie będziesz mógł jej włączyć? Klimatyzacja działa tylko wtedy, kiedy samochód jest włączony; a samochód jest włączony, kiedy pracuje silnik. A my nie możemy włączyć silnika, bo jest przegrzany i nie mamy możliwości, żeby go ostudzić –wzruszyłem ramionami.
- Wszystko się wali – jęknął, będąc prawie bliskim łez. – Mam dość… - westchnął i usiadł na trawie.
- Ja również – przyznałem z bólem, a następnie usiadłem obok niego i objąłem go po przyjacielsku. Chłopak oparł głowę na moim ramieniu. – Ale wiesz co?
- Co? – burknął.
- Mam pomysł – ponownie wstałem i podszedłem do oczka wodnego. – Jest cholernie gorąco, więc możemy się wykąpać – próbowałem zachęcić go uśmiechem.
- Ta woda jest brudna – oj, Hizumi-mieszczuch przyzwyczajony do chlorowanej krytej pływalni…
- Ale zimna – zanurzyłem palec w wodzie, a gdy się wyprostowałem Hiroshi skoczył na mnie, przez co obaj wylądowaliśmy w oczku. Nawet nie zdążyliśmy się rozebrać.
Przez chwilę pluskaliśmy się beztrosko jak małe dzieci, kiedy nagle Yoshida zesztywniał i spiął się.
- Zero…? – przełknął głośno ślinę.
- Coś się stało? – zapytałem, patrząc na niego z nabożną czcią. Taak, zdecydowanie podobało mi się to, jak mokry, biały podkoszulek prześwitywał, ładnie ukazując jego tors i brzuch.
- Ja nie chcę nic mówić, ale… - wziął głębszy wdech – TU COŚ PŁYWA!!! – wydarł się tak głośno, jak jeszcze nigdy na nagraniu ani koncercie. Wystraszył mnie tym nagłym wrzaskiem, przez co zachwiałem się na grząskim gruncie i poleciałem do tyłu. Napiłem się brudnej wody, zacząłem pluć i wycierać język o grzbiet dłoni. – Shimizu, no!
- Co „no”? – rozłożyłem ręce, nie wiedząc, czego ode mnie oczekuje.
- No zrób coś! – pisnął. Typowy mieszczuch… Chyba muszę zacząć wyciągać go poza miasto, aby uświadomić mu, że świat nie kończy się poza granicami Tokio… ale najpierw zaczniemy delikatnie; czyli od małego zoo.
- Pewnie ci się zdaje… - mruknąłem i pokonując opór wody, podszedłem do niego. Spojrzałem w dół, jednak w mętnej wodzie niczego nie mogłem dostrzec.
- Shimizu… to jest wielkie! Ja się boję! – skulił się w sobie. – Wiesz, że nie znoszę wszelkiego rodzaju dzikich, wolno żyjących zwierząt!
- Tak, wiem. Wiem również, że lubisz tylko chomiki, dlatego masz ich piętnaście i znasz ich imiona lepiej, niż ludzi z naszej ekipy technicznej – wywróciłem oczyma, kiedy nagle… poczułem, że coś ociera się o moje nogi! Zesztywniałem, gdyż zdawało się, że w istocie ta ryba, czy co to tam było, musiało być wielkie…
- Michi!
- Ee… - zaciąłem się. – Dobra… Spokojnie, nic się nie stało- próbowałem go uspokoić, a przy okazji i siebie. – Powoli wyjdziemy z wody tak, jakby nigdy nic – zadecydowałem.
Obaj powoli wykonaliśmy pierwszy krok, a zaraz potem rozpaczliwie rzuciliśmy się w kierunku brzegu, ledwo powstrzymując się od wołania o pomoc. Pierwszy usiadłem na wąskim pasie piasku, który otaczał jeziorko. Następnie wyciągnąłem Hizu i usadziłem go obok siebie. Chłopak wtulił się w mój bok, walcząc z odruchem wymiotnym. No tak, nad wyraz brzydził się żywych ryb – ale ryba w sushi to już co innego; to jest już dobre.
Spojrzałem niepewnie w stronę wody, na której powierzchni ukazała się… siatka. Tak, siatka. Taka najzwyklejsza siatka „szelestka”, którą można wziąć ze sklepu. „Oto nasz potwór z Loch Ness…” – pomyślałem zażenowany własną głupotą.
- Yoshi…? – chłopak podniósł głowę, a ja brodą wskazałem mu białą reklamówkę pływającą na powierzchni dzikiego oczka wodnego. Czarnowłosy również się zażenował i zarumienił, zapewne uważając, że to on wyszedł na głupszego, gdyż narobił tyle krzyku, o coś, co pływało wokół niego. – Chyba lepiej będzie, jeśli to przemilczymy… - stwierdziłem po dłuższej chwili. Naprawdę nie wiedziałem nawet, jak mógłbym to skomentować…
- Muszę się zgodzić – mruknął cicho i wstał. Otrzepał spodnie z piasku i… - Zero… - i znów zaczął jęczeć. Boże, czy to mu się nigdy nie znudzi?
- Co? – odwróciłem się w jego stronę.
- Jestem cały zielony… Ty też – zauważył.
- Woda zaczęła kwitnąć. Jesteśmy cali w drobnych glonach… - wzruszyłem ramionami, widząc jak mój towarzysz pobladł na twarzy. – Nie dość, że nie lubisz dziko żyjących zwierząt, to roślin pewnie też, co? Inie tylko tych z naturalnego środowiska… Tak, widziałem tego zasuszonego kaktusa na parapecie w twojej kuchni – zaśmiałem się cicho.
- Co ja zrobię, że nie lubię natury?! Staram się trzymać od tego jak najdalej! Najlepiej czuję się w moim suchym mieszkaniu, gdzie jedynymi żywymi formami życia są ja i moje chomiki. Im więcej technologii, kabli, cegieł i cementu, którymi mogę odgrodzić się od natury, tym lepiej! – zadarł brodę w buntowniczym geście, na co ja zachichotałem.
Wstałem i podszedłem do niego, po czym złapałem za dolną krawędź jego bluzki, podwijając ją. Hizumi zrobił dwa razy większe oczy i strzelił mnie po rękach, a następnie odsunął się na kilometr.
- Co ty robisz?! – wydarł się.
- Chcę ci pomóc. Zdejmij to. Przecież masz ubrania na zmianę – wskazałem na bagażnik, w którym znajdowały się nasze walizki z ciuchami. – Wytrzesz się ręcznikiem… - powiedziałem obojętnie, a on spłonął rumieńcem. Zapewne odebrał to, jako troskliwy gest ze strony przyjaciela, więc głupio mu teraz było, że tak gwałtownie mnie odepchnął.
- Ano… tak – pokiwał głową i otworzył tylne drzwi. Następnie nachylił się nad bagażnikiem, pięknie wypinając się w moją stronę. Zachłysnąłem się powietrzem, jednak na szczęście nie zrobiłem niczego pochopnie. Hiroshi odsłonił zasłonę i z niemałym trudem, ale wyciągnął swoją walizkę i ułożył ją na kanapie. Wspominałem, że klapa bagażnika również się nie otwierała? Nie? No to już wiecie.Przez to, aby coś włożyć lub wyciągnąć z bagażnika trzeba było pokonać przeszkodę, jaką w tym wypadku stanowiło oparcie dla pasażerów.
Chłopak ściągnął mokrą koszulkę i rzucił ją na dach samochodu. Następnie zaczął wycierać się dokładnie ręcznikiem. Przyjemnie się go oglądało, jednak, żeby nie wzbudzić podejrzeń, wyciągnąłem również i swój bagaż, i także zacząłem się przebierać. Hizumi odpiął pasek, a następnie zsunął z siebie spodnie. Przyglądałem mu się dyskretnie, uśmiechając nikle pod nosem. Nie mogłem przegapić takiej okazji…
- Masz zamiar założyć jeszcze spodnie? – zapytałem, widząc, że przygotowuje sobie suche, szare dresy i odkłada je na bok.
- Tak. Dlaczego pytasz?
- Sam mówiłeś, że niemal się gotujesz. Nie będzie ci w nich za gorąco?
- A co? Mam paradować przy tobie w samych bokserkach? – zakpił.
- Dlaczego by nie? Jeśli ci to przeszkadza to wybacz, ale ja właśnie zamierzam tak zrobić. Jest ukrop, a nie mam ochoty sam wydawać na siebie tak strasznego wyroku gotowania się w spodniach…
- W sumie… Może masz rację? – kiwnął głową, a następnie owinął się ręcznikiem w pasie i zdjął mokrą bieliznę. Niech go szlag… a myślałem, że będę mógł bezkarnie na niego popatrzeć…
- Zmęczony jestem, a ty? – zapytałem, kiedy skończyłem się przebierać.
- Też – uśmiechnął się delikatnie, gdyż na więcej zapewne nie miał siły.
- Robi się już późno – popatrzyłem w powoli szarzejące niebo. – Prześpijmy się. Jutro pomyślimy, co robić dalej…
Tak, ta wypowiedź była dwuznaczna… jednak Hizu tego nie wyłapał. Dla niego byłem tylko przyjacielem.
- D-dobrze – ziewnął rozdzierająco.
Nasze bagaże przeniosłem na przednie siedzenia, a następnie opuściłem oparcia dla pasażerów w tylnej kanapie, przez co zyskaliśmy dużo miejsca. Bagażnik i tylna kanapa były rozmiarów przeciętnego małżeńskiego łóżka. W końcu to combi, więc bagażnik był duży.
Yoshida wygrzebał ze swojej walizki małą poduszkę, a następnie zwinnie wskoczył do naszego prowizorycznego łóżka i położył się na brzuchu, tak jak miał w zwyczaju spać.
- Twardo – zaczął marudzić. „Z nim to jak z dzieckiem… im bliżej wieczora, tym bardziej zmęczone i marudne” – pomyślałem rozbawiony, a następnie ułożyłem się obok niego.
- Niestety, to nie pięciogwiazdkowy hotel – uśmiechnąłem się półgębkiem, układając się na plecach. – Możesz położyć się na mnie – zaoferowałem się.
Mój scenariusz zakładał, że będzie jak w filmie; Hizu ułoży głowę na moim torsie, a następnie w magiczny sposób w tym samym momencie wyznamy sobie uczucie, którym ja darzyłem wokalistę od długiego czasu. Niestety, to nie był film, a okrutna rzeczywistość…
- I co jeszcze? – prychnął, a następnie odwrócił się do mnie tyłem. Przewróciłem oczyma, przeklinając w duchu jego upartość.
- Nie to nie – starałem się powiedzieć to obojętnie, co nawet mi wyszło.
Zamknąłem oczy, uznając, że dziś znów mi się nie udało i obmyślając plan na następny dzień, kiedy czarnowłosy zaczął się kręcić i rzucać z boku na bok.
- Co znowu? – zapytałem, kiedy już nie wytrzymałem tego wzdychania i wiercenia się.
- Nie mogę zasnąć – wyznał. – I chce mi się pić.
„Naprawdę… jak z dzieckiem…” – pokręciłem głową i sięgnąłem po butelkę wody, która była już prawie całkiem opróżniona. Na podróż wzięliśmy ze sobą dwie – jedną dla niego, jedną dla mnie, jednak jak moglibyście się domyślić, większość wypił Hizumi. Oblicze chłopaka rozjaśniło się, kiedy zobaczył picie i wyrwał mi butelkę z rąk. Zaczął łapczywie pić, przy czym stróżka wody pociekła mu z kącika ust w bardzo erotycznym geście… Już chciałem powiedzieć, żeby nie wypił wszystkiego, bo mi też doskwiera pragnienie, jednak powstrzymałem się w ostatniej chwili. Przecież i tak mnie nie posłucha. „Nie słucha… jak dziecko…” – ponownie pokręciłem głową i z powrotem położyłem się, kiedy nagle Hizu podetknął mi pod nos wodę.
- Chcesz? – zapytał, ocierając usta i brodę grzbietem dłoni.
- Dzięki – uśmiechnąłem się, przyjmując od niego butelkę.
Wypiłem zdawało mi się, że wszystko, gdyż podzieliliśmy się resztkami. Kiedy odsunąłem gwint od ust zacząłem się cicho śmiać, spoglądając na Hiroshiego, który ściągnął brwi w niezrozumieniu.
- Z czego się śmiejesz?
- Przyszło mi coś głupiego do głowy.
- Co takiego? – dociekał.
- Pomyślałem, że gdybyś był oblany zimną wodą to zacząłbym cię lizać – parsknąłem śmiechem, na co wokalista spojrzał na mnie z reprymendą.
- Uważaj, bo…
- Nie wierzysz? – przerwałem mu.
- Oczywiście, że nie! – wywrócił oczyma.
- To się połóż, a się przekonasz – uśmiechnąłem się szelmowsko, a Yoshida, jak zwykle pewny swojego, wykonał moje polecenie.
Wlałem te nieśmiertelne kilka kropelek napoju, które zostają zawsze na dnie każdej butelki, do jego pępka, a następnie nachyliłem się nad nim. Wsunąłem język w jego pępek, a gdy cieniutka strużka spłynęła po jego delikatnej skórze, zlizałem ją. Chłopak odchylił głowę do tyłu i mruknął. Widząc, że mu się to podobało, kontynuowałem. Zszedłem na podbrzusze, które również lizałem, zachwycając się jego wspaniałym smakiem, aż dotarłem do linii bokserek. Delikatnie uniosłem gumkę, by wsunąć pod nią język, jednak wtedy Hiroshi odepchnął mnie.
- Shimizu! – pisnął zarumieniony.
- Cii, spokojnie… - szepnąłem, przeczesując dłonią jego włosy. – Nie chcę zrobić ci nic złego… - uspokoiłem go, a następnie zmusiłem, aby ułożył się w poprzedniej pozycji.
Jedyne, co się zmieniło to układ jego nóg – wcześniej swobodny, teraz trzymał mocno złączone uda, uniemożliwiając mi do siebie dostęp. Zacząłem gładzić je od zewnętrznych stron, podziwiając jego zgrabne nogi. Następnie zawisłem nad nim, jedną ręką opierając się na wysokości jego głowy, a drugą wciąż pieszcząc uda. Uśmiechnąłem się do niego ciepło, po czym pocałowałem go w usta. Pierwszy pocałunek był niepewny, jednak kiedy Hizumi zaczął go odwzajemniać, ośmieliłem się. Zacząłem mocniej napierać na jego wciąż zaciśnięte uda, a wkrótce zmuszony pod moim naciskiem, rozsunął nogi. Ułożyłem się wygodnie między nimi, wciąż nie przestając go całować. Zacząłem dotykać go po wewnętrznych stronach, szybko zbliżając się do krocza. Dotykałem go przez materiał bielizny, na co on odpłacił mi się głośnym jękiem. Wykorzystałem ten moment i wsunąłem język między jego rozchylone wargi. Hiroshi przez chwilę bał się i uciekał przede mną, jednak z czasem oddał i ten pocałunek, dołączając swój język do zabawy. W tym czasie uniosłem delikatnie jego biodra i zsunąłem z niego bokserki. Oderwałem się od jego ust i spojrzałem na niego w negliżu. Uśmiechnąłem się, po czym musnąłem jego usta jeszcze raz. Znalazłem się między jego nogami i zacząłem go onanizować ręką. Yoshida odchylił głowę do tyłu, eksponując piękną szyję, do której przylgnąłem ustami. Zacząłem go całować, niekiedy przygryzając i zostawiając malinki. Dłonią wciąż przesuwałem po jego męskości, chcąc go podniecić – wychodziło mi to aż nadmiernie dobrze, czego efektem były jego urwane jęki i pomruki. Kiedy czułem, że jest już blisko zaprzestałem pieszczot, za co zostałem obrzucony wściekłym spojrzeniem.
- Proszę… - jęknął błagalnie, rozkładając przede mną nogi jeszcze szerzej.
- A na początku nie chciałeś… - zaśmiałem się przystawiając mu dwa palce do ust.
- Proszę! – krzyknął, wyginając się w moją stronę. Chyba mu się spodobało…
- Obliż – poleciłem. – To się tobą zajmę – uśmiechnąłem się szerzej, widząc jak moje palce znikają w jego ustach.
Hizumi dokładnie naślinił moje palce, pozostawiając na nich grubą warstwę. Nie chcąc przedłużać jego katuszy, ponownie uniosłem go delikatnie i rozdzieliłem jego pośladki, wsuwając w niego pierwszy palec. Skrzywił się, jednak nie zatrzymał mnie. Włożyłem w niego palec do końca, a następnie zacząłem nim poruszać. Po chwili dodałem drugi palec i zacząłem go rozciągać. Chciałem go dobrze przygotować, bo przecież obiecałem, że nie zrobię mu krzywdy… Zobowiązałem się do czegoś i zamierzałem to wypełnić.
Kiedy był już odpowiednio przygotowany, wyjąłem z niego palce i zacząłem na niego napierać swoją erekcją. Podniecało mnie oglądanie go w negliżu, jego jęki, pomruki, prośby o więcej, reakcje jego ciała na mój dotyk… wszystko to powodowało stan, w jakim obecnie byłem. Wchodziłem w niego powoli, starając się nie sprawić mu tym bólu. Hiroshi objął mnie nogami w pasie i rękami za szyję, całkowicie mi się oddając. Robiło się coraz goręcej, przez co nieznośny upał jeszcze bardziej nam doskwierał. Chwilę odczekałem, aż przyzwyczaił się do mojej obecności w sobie i uczucia wypełnienia, po czym zacząłem się w nim poruszać. Kochanek wbijał mi paznokcie w plecy, jednak nie przeszkadzało mi to. Jedną ręką onanizowałem go, chcąc, aby jak najszybciej poczuł przyjemność; równocześnie wciąż całowałem go po szyi lub przejeżdżałem po całej jej długości językiem, od czasu do czasu powracałem do jego ust. Z czasem Hizu zaczął wychodzić naprzeciw moim pchnięciom, przez co mogłem się w niego wbić jeszcze głębiej.
- S-szyybciiej… - wystękał, przyciągając mnie do siebie jeszcze mocniej.
Wykonałem jego polecenie i zacząłem się w nim szybciej poruszać. Dostosowałem się do rytmu jego ciała, jednocześnie szukając jego czułego punktu. Wchodziłem w niego pod różnymi kątami, aż w końcu dostałem to, czego chciałem:
- AAA! Tak! Nnn! Właśnie tu! –krzyknął, oddając się słodkiej ekstazie.
Raz za razem uderzałem w jego prostatę, za co odwdzięczał mi się głośnymi jękami, a nawet krzykami. Wił się pode mną z rozkoszy, od czasu do czasu popędzając lub błagając, żebym wszedł w niego mocniej. Spełniałem wszystkie jego zachcianki, czym doprowadziłem go do skraju wytrzymałości. Po chwili Yoshida doszedł, zaciskając na moim penisie mięśnie, przez co również osiągnąłem spełnienie. Rozlałem się w nim i nie mając siły utrzymać się dłużej, opadłem na jego drobne ciało.
- Nienawidzę cię… - szepnął zachrypniętym głosem. – Przez ciebie jest mi jeszcze goręcej…
Nie odpowiadając na zaczepkę, wyszedłem z niego, a on westchnął. Ponownie znalazłem się między jego nogami. Zacząłem lizać jego pośladki, spomiędzy których wypływała moja sperma. Zlizywałem ją, jednocześnie go czyszcząc. Kilka razy wsunąłem w niego język, przez co czarnowłosy jęknął. Kiedy skończyłem, opadłem na miejsce obok niego, spoglądając mu w oczy. Wokalista uśmiechnął się i musnął moje usta, po czym sam zaczął zlizywać swoją spermę z mojego podbrzusza.
- Kocham cię… - szepnąłem, przyciągając go do pocałunku.
- A ja miałem ochotę na seks – wyznał rozbrajająco. Gdybym stał, na pewno bym upadł. – Żartowałem! Też cię kocham! – ułożył głowę na moim torsie, obejmując mnie czule. I już było jak w filmie. Po chwili, wyczerpani zasnęliśmy.
A morał tej bajki jest taki: czasem dobrze znaleźć się w dupie, bo można w kogoś wejść… albo nie! Inaczej! Każda sytuacja ma jakieś pozytywy – tak ładniej brzmi.

EPILOG:

Ktoś zastukał w szybę. Niechętnie podniosłem powieki, przez co zostałem oślepiony przez promienie słoneczne. Przetarłem oczy i delikatnie wysunąłem się z objęć Hizumiego. Wywindowałem się do siadu i spostrzegłem stojących koło samochodu Tsukasę i Karyu. Perkusista patrzył na nas z rozbawieniem, a lider z przerażeniem. Otworzyłem tylne drzwi i wyjrzałem do nich.
- JA WAM WIĘCEJ NIE POŻYCZĘ SAMOCHODU! – wydarł się gitarzysta, przez co mój ukochany obudził się. Zdezorientowany rozejrzał się dookoła siebie, a zrozumiawszy, że wciąż jest nagi i pod ostrzałem nie tylko mojego spojrzenia, zaczerwienił się i próbował zakryć intymne miejsce. Ja natomiast bezwstydnie przeciągnąłem się i zapytałem Ooty:
- Co wy tu robicie?
- Domek, który zarezerwował Karyu mieści się jakieś dwadzieścia metrów w tamtym kierunku – wskazał za siebie. – Przyszliśmy… Znaczy Karyu przyszedł na ryby, a ja poopalać się, kiedy nagle spostrzegliśmy was w samochodzie – zaśmiał się serdecznie.
- Będę musiał go spalić… - jęknął rudzielec.
- To dobry pomysł – odezwał się Hizumi. – Ten grat wciąż się psuje! Silnik się przegrzał i nie mogliśmy jechać dalej; to dlatego Zero mnie przeleciał!
- Nie dramatyzuj – puściłem do niego oczko i przysunąłem się bliżej, obejmując go w pasie. – A co? Źle ci było? – zapytałem retorycznie.
Mimo wszystko…

                                   … fajne te wakacje.