Closer to Ideal cz.4


Dziwnie się czuję, kiedy aż tyle osób staje w mojej obronie... Nie wiem naprawdę jak się zachować ani co powiedzieć... Chyba po prostu... dziękuję? ;_; Wzruszyłam się, naprawdę!


Closer to Ideal cz.4


Zaskakujące, jak wszystko jest ze sobą powiązane.
Wszystko ma swoją przyczynę i skutek.
Nic nie jest bezsensowne.

I ja wymyśliłem to na kacu?

Wziąłem głębszy wdech, nagle wracając do świata żywych. Potrząsnąłem głową i przetarłem oczy, otrząsając się. Stwierdziłem, że przyczyną tego rozmyślania była zbyt duża ilość alkoholu, którą wczoraj w siebie wlałem lub jakieś problemy na tle psychicznym – dziwne sny o basistach-wrogach z mojego zespołu już miałem, teraz jakieś głosy odzywają się w mojej głowie… Zacząłem się o siebie odrobinę martwić. Wiedziałem, że nie powinienem był pić. Tak to jest, jak ktoś ma słabą głowę…
Westchnąłem ciężko, stwierdzając, że mój żołądek kategorycznie domaga się jedzenia. Zdjąłem okulary z nosa i rozmasowałem dwoma palcami jego nasadę, kierując się do przedpokoju. Założyłem tam buty oraz kurtkę, a następnie, zgarniając jakieś drobne pieniądze z komody, wyszedłem. Zawitałem do sklepu, gdzie ostatni raz byłem chyba w… no… w każdym razie na tyle dawno temu, że już nie pamiętałem kiedy.
Przeciętny człowiek, wchodząc do sklepu, bierze koszyk stojący gdzieś w pobliżu wejścia, a następnie krąży między regałami, robiąc zakupy na dłuższy okres czasu; ja tak nie robiłem, ale nie jestem normalny ani przeciętny, co warto przypomnieć. Nie biorąc uprzednio żadnego koszyka, czy innego podobnego wynalazku, przeszedłem się po sklepie i to by było na tyle. Po obejrzeniu produktów, ludzie stają się jeszcze bardziej głodni lub nagle mają na nie ochotę, więc wsadzają go do wózka, czy koszyka. Ze mną było całkowicie odwrotnie; kiedy przyglądałem się towarom wystawionym na półkach, zrobiło mi się jakoś niedobrze i odechciało mi się jeść. Kupiłem jedynie kawę, pamiętając, że dzisiaj rano wygrzebywałem resztki z dna puszki.
- Zaszalałeś na zakupach – usłyszałem za sobą drwiący głos. – Uważaj, żeby się nie przedźwigać, nosząc te ciężary do domu – Osamu otwarcie szydził ze mnie, śmiejąc się głośno. – Normalnie jesteś obładowany siatami od góry do dołu…
- Skończyłeś? – przerwałem mu, zgrzytając zębami i odwracając się do niego przodem. – Już ci mówiłem, że w przeciwieństwie do ciebie nie wydaję ostatnich pieniędzy na białka kulturystyczne i suplementy diety, żeby zachować obecną sylwetkę. Pytanie tylko, po co stosujesz to wszystko? Skoro ćwiczysz, nie powinieneś bać się o spadek kondycji… Hm… Zastanawiające – przyłożyłem palec do brody, udając, że się zastanawiam. – Może bierzesz je, bo aż tak o siebie nie dbasz, co? Lubisz słodycze? No, ale przecież nie twoja wina, że czekolada jest taka dobra – prychnąłem. – Zazdrościsz mi, że potrafię dozować sobie porcje i nie jem tylko, żeby jeść, a jedynie wtedy, kiedy jestem głodny?
- Wiesz, co? – spojrzał na mnie z politowaniem. – Shimizu miał rację, jesteś psychiczny – zaśmiał się. – Niby na jakiej podstawie wymyśliłeś tą bajeczkę? Że niby miałbym ci czegoś zazdrościć? – prychnął. – Wolne żarty…
- Nie rób ze mnie idioty, bo mimo że nie założyłem dzisiaj soczewek, ani okularów, to z daleka widzę to oczojebne opakowanie pejoy*. Widziałem nową reklamę, w której je pokazywali. Moim zdaniem jest niemalże fluorescencyjne– wzruszyłem ramionami. Poza tym, ostatnio w koszu w studiu widziałem również opakowania po ciasteczkach Hello Panda, BoroBoro i pałeczkach ze słodkim dipem yanyan**. Tsukasa jest prawie na wszystko uczulony, przysmakiem Karyu jest Pocky i nie tknie niczego innego, a Zero stroni od słodyczy, gdyż woli papierosy. Ja z kolei lubię mocną kawę, więc, jak widzisz, jedyną osobą, która lubuje się w słodyczach jesteś ty, a jakoś nie chce mi się wierzyć, że krasnoludki zaczęły wyrzucać śmieci do naszego studyjnego śmietnika – wywróciłem oczyma. – A biorąc pod uwagę, że tych śmieci było naprawdę dużo… To nie była jednorazowa potrzeba uregulowania poziomu cukru we krwi – wzruszyłem ramionami, podczas gdy chłopak patrzył na mnie okrągłymi oczyma.
- Jesteś spostrzegawczy… - uśmiechnął się krzywo.
- Nie praw mi komplementów, bo robi mi się niedobrze – prychnąłem.
- Znów odzywa się w tobie odruch bulimiczki? – na sam koniec musiał mi dopiec.
Westchnąłem ciężko, nie mając już ani siły, ani ochoty kontynuować tej durnej rozmowy. Odwróciłem się na pięcie, pokazując Żyrafie środkowy palec, a następnie odszedłem, kierując się w stronę swojego mieszkania.

***

Kolejna klęska. Zacząłem już chyba dwanaście piosenek, z czego każda miała zaledwie dwa wersy tekstu i żadnej nie mogłem skończyć. Nie mogłem również połączyć strzępków, które zdążyłem zapisać, tworząc z nich jeden tekst, gdyż wtedy wydawał mi się błahy, bez sensu. Na jutro miałem mieć gotową piosenkę, a w mojej głowie wciąż gościła tylko pustka… Matko, jak ja nienawidzę takiego pisania na „zawołanie”! Wena nie przychodzi na pstryknięcie palcami, nie można umawiać się z nią na konkretną godzinę na spotkanie… Wena to rozkapryszona dziwka, która przychodzi i wychodzi, kiedy jej się podoba. Czasem tylko zagląda w okna twojego mieszkania, żebyś miał złudną nadzieję, że do ciebie przyjdzie, że wymyślisz coś olśniewającego; a potem odchodzi, śmiejąc się z ciebie i szydząc na potęgę. Ogólnie miałem z nią dość dobre stosunki (bez skojarzeń, proszę), pisanie piosenek było dla mnie czynnością naturalną, bezwarunkowym odruchem, jak kichnięcie czy kaszel.
Choć z drugiej strony, jakby się nad tym zastanowić, pisanie wcale nie zależało od natchnienia, a od moich uczuć. W tekstach zawierałem własne emocje, odczucia, przemyślenia… a czerpałem je z własnych doświadczeń. A czego niby miałbym doświadczyć przez, na dobrą sprawę, półtora dnia, jakie dostałem na napisanie nowej piosenki? Mógłbym się przewrócić i skręcić kostkę, ale to nie było takie doznanie, o którym można by napisać piosenkę. Jak niby miałbym to ubrać w słowa: „Ooo! Jak mnie boli kostka, ooo!” – ludzie, proszę, przecież to jest co najmniej żałosne…
Doznania, o których można by coś napisać, zazwyczaj rozciągały się w czasie, jak zyskanie przyjaciela lub jego utrata; opis mieszających się uczuć, jakie przy tym towarzyszą piszącemu; zmiana poglądu choćby w sposobie zapatrywania się na świat – przykład na mojej osobie; jeszcze kilka lat temu uważałem, że ten świat nie jest taki zły, że da się w nim żyć, że ludzie potrafią być dobroduszni i pod powłoką, którą ukazują przypadkowym osobom, kryją wnętrze dostępne jedynie dla bliskich; wnętrze piękne i dobre. Dziś już w to nie wierzę. Byłem głupi i sentymentalny, nie wiedziałem, na czym polega życie. Dalej utrzymuję, że człowiek czasem może mieć inne wnętrze– ale jeśli z zewnątrz jest zły, to w środku będzie tylko jeszcze bardziej zepsuty; jeśli z zewnątrz jest dobry, to w środku nie jest zepsuty, a doszczętnie zgniły, w dodatku przyprawiony śmierdzącą aurą kłamstwa, którym próbuje się wybielić w oczach innych.
Ktoś powiedziałby, że mógłbym napisać właśnie o tym – tylko, ile można o jednym i tym samym? A nawet jeśli to, o czym bym pisał, byłoby ważne, po pewnym czasie i ja, i czytelnicy (w tym wypadku słuchacze) mieliby dość. Zresztą… nie jestem pierwszym rozwodzącym się, jakie są realia w zakłamaniu. Ludzie piszą o tym, bo to zdaje się mieć głębszy sens; ale jeśli wszyscy zaczną, ci, którzy byli pierwsi i trwali w tym niezmiennie, przestaną być indywiduami, nie będą już oryginalni. Mówiąc prostszym językiem: ważnym tematem jest, na przykład, II wojna światowa. Ja akurat go nie znoszę, ale są i jego pasjonaci; gdyby jednak wszyscy zaczęli o nim pisać, straciłoby to sens. Publiczność przestałaby czytać, bo książki mówiłyby ciągle o tym samym, przekazywałyby wciąż te same informacje… To tak jakby ktoś codziennie przypominał mi, że nazywam się Yoshida Hiroshi – na litość boską, przecież ja to wiem! Tak samo jak to, że II wojna zakończyła się w 1945 roku… Właśnie dlatego nie mogę wciąż wzorować się na jednym i tym samym, odwoływać się ciągle do jednego – bo przestałbym być oryginalny, a moje teksty stałyby się do siebie podobne, a może nawet i takie same; tego nie chciałem. W dodatku musiałem wymyślić coś takiego, co powaliłoby „jury” na kolana – dosłownie i w przenośni. Tsu, Karyu i Zero znają mnie nie od dziś, więc muszę stworzyć coś absolutnie innego, żeby się wybić, zaistnieć, pokazać, że jestem lepszy od Osamu. Dużo lepszy…
Ponad to, zżerała mnie ciekawość, jak pisze Żyrafa. Nie przeczytałem ani jednej jego piosenki – nawet nie pokazał swojej wcześniejszej twórczości Karyu i Tsukasie, aby ci ocenili czy jest jakimś podlotkiem, czy rzeczywiście może coś z niego być i jest na tyle dobry, aby stawiać go na równi ze mną, a tym bardziej, aby zastępować mnie nim! Po prostu Zero zaciągnął go do studia i nagle wszyscy obwieścili mi, że wylatuję z zespołu, bo miejsce wokalisty ma objąć facet, którego zdolności nie możemy być pewni. Ze mną D’espairsRay grało już kilka lat i intensywnie się rozwijaliśmy, ale mimo to reszta zespołu postanowiła mnie wyrzucić… Śmierdziało mi to robotą Shimizu; pewnie on naopowiadał liderowi i perkusiście, jaki to jego chłopak jest wspaniały, a ja nie nadaję się nawet do zamiatania chodnika przed jego domem… Grrr… A wszystko przez to, że Michi mnie nie lubił; poprawka: nie znosił. I przez tak błahy powód miałem wylecieć z zespołu, który założyłem i oddać miejsce wokalisty jakiemuś gościowi z fizjonomią orangutana? Wolne żarty…
Wciąż zdawałem sobie sprawę, że wygląd to nie wszystko. Nie trzeba być pięknym, żeby być utalentowanym. Bałem się, że mimo wszystko Osamu mógł okazać się naprawdę dobry. Zresztą… miał bardzo ułatwione zadanie; z pewnością Zero pozwolił mu przesłuchać wszystkie nasze dotychczasowe piosenki, aby wiedział, czego będzie się mógł po mnie spodziewać – dzięki temu mógł napisać coś podobnego, tylko to ulepszyć; albo stworzyć coś zupełnie odwrotnego, aby przekonać jury, że mój punkt widzenia jest zły… W dodatku Shimizu mu pomagał i będzie przekonywał pozostałych muzyków do swojego chłopaka… Życie jest niesprawiedliwe…
Zżerała mnie niepewność… I nagle, jak grom z jasnego nieba, doznałem olśnienia! Napiszę o mojej niepewności! Opiszę uczucie, które teraz mi towarzyszy! Ten koncept jest naprawdę dobry i może powstać z niego całkiem udana piosenka…

***

- I jak? – zagadnął rudzielec zaraz po tym, jak weszliśmy do sali. – Napisaliście piosenki? – zwrócił się do mnie i Żyrafy. Obaj pokiwaliśmy głowami, mierząc się nienawistnymi spojrzeniami. – Świetnie! – lider klasnął w dłonie. – Hizumi, pokaż, co tam naskrobałeś! – zaśmiał się serdecznie, a ja jeszcze bardziej spochmurniałem.
- Dlaczego zawsze ja mam zaczynać? Niech to – wskazałem na przeciwnika – choć raz zacznie – burknąłem.
- Dobrze, zacznę – odpowiedział niewzruszony czarnowłosy. – Najlepsi zawsze idą pierwsi – uśmiechnął się wrednie, po czym podał Karyu trzy kartki formatu A4. Na odręcznie narysowanych pięcioliniach zapisane były nuty, a poniżej tekst piosenki.
- Hm… Wygląda nieźle – odezwał się perkusista, który zaglądał gitarzyście przez ramię. – Daj chłopakom chwilę, niech zapoznają się z melodią, to zaraz zaakompaniują ci i będziesz mógł zaśpiewać…
- Zero zapewne zna już tą piosenkę aż nazbyt dobrze – prychnąłem, spoglądając w stronę basisty. – Znasz już chwyty na pamięć? – wyszczerzyłem się jadowicie w najbardziej nieprzyjemny sposób, w jaki tylko potrafiłem. Musiało mi naprawdę dobrze wyjść, bo szatyn cofnął się aż o dwa kroki, kiedy tylko spojrzał na mnie.
- Nie – syknął, szybko reflektując się. – Nie pomagałem mu przy pisaniu tej piosenki. Chciałem ją zobaczyć wcześniej, ale Osamu mi nie pozwolił. Widzę to pierwszy raz na oczy – zadarł brodę do góry w wojowniczym geście.
- Taa, pewnie… - mruknąłem, wywracając oczyma.
- Hizumi, nie zaczynaj… - warknął na mnie Tsukasa.
- Chciałbyś… - zmrużyłem oczy i posłałem mu drapieżny uśmiech. – Też jesteś przeciwko mnie?
- Zamknij się z łaski swojej – wciął się Żyrafa. – Sam oddałeś mi pierwszeństwo, więc siedź na dupie i morda w kubeł albo sam zadbam, żebyś już więcej nie odzywał się nieproszony – zagroził mi, po czym znów wesoło zwrócił się do reszty. – Nie musicie się z niczym zapoznawać, spokojnie. Dam wam te kartki zaraz po tym, jak zaprezentuję to, co przygotowałem.
- Będziesz śpiewał acapella? – zdziwił się Karyu. – To po co układałeś melodię?
- Zagram na gitarze i zaśpiewam jednocześnie – wyjaśnił dobitnie. – W sumie… wyszła mi ballada, więc nie potrzebuję niczego innego jak tylko gitary akustycznej – wyjaśnił i wziął instrument, o którym mówił, ze stojaka.
Przygotował jedną piosenkę; ja przygotowałem kilka – wena znów do mnie zawitała i nie mogłem się powstrzymać. Jury usiadło na kanapie, a chłopak na plastikowym krześle przed nimi, układając kartki przed sobą na podłodze. Wziął gitarę na kolana i zaczął wygrywać kolejne akordy, kiedy ja wciąż stałem pod ścianą i ze spuszczoną głową, ostatni raz w myślach dokonywałem poprawek moich piosenek. Tsukasa i Karyu słuchali w napięciu, a Zero przez chwilę bawił się jakimś małym urządzonkiem, którego z tak dużej odległości nie mogłem rozpoznać. Nie umiałem określić, co to było, jednak zdawało się, że basista nie chciał, aby reszta zauważyła, co trzymał w rękach, gdyż szybko wyjął je, zasłaniając się bluzą, wykonał kilka ruchów palcami, zdawało mi się, że nacisnął kilka przycisków, po czym z powrotem schował urządzenie do kieszeni. Chwilę potem Osamu zaczął śpiewać. Zachowanie Michiego świadczyło tylko o tym, że musiał wcześniej słyszeć tą piosenkę, bo wcale nie skupiał się na niej jakoś przesadnie. Trochę olewał swojego chłopaka, ale skoro okłamał mnie i jednak pomagał mu ją pisać, to słyszał tak wiele wersji, że z pewnością nie musiał wysłuchiwać jej kolejny raz, aby pogrążyć mnie i zacząć skakać wokół czarnowłosego jak różowy kucyk pony.
Głos mojego konkurenta był głęboki i niemalże uwodzicielski. Wolny rytm i molowe dźwięki idealnie komponowały się z jego barwą i tonem głosu oraz słowami piosenki, która opowiadała o lśniącym uczuciu w szarym świecie. Tekst był głęboki i przejmujący, skłaniający do głębszych rozmyślań – czyli taki, jaki zawsze chciałem napisać. Był jednocześnie ciężki i lekki oraz melodyjny. Dopracowany w każdym szczególe… Z trudem się do tego przyznaję, ale szczęka mi opadła. Zacząłem się denerwować, a myśl, że wypadnę przy nim cienko, nagle zagościła w mojej głowie. Niespodziewanie rozbolał mnie żołądek i naprawdę zacząłem obawiać się, że mogę stracić pozycję wokalisty w D’espairsRay. Właśnie w tym momencie piosenka dotarła do swojego punktu kulminacyjnego – rytm stał się szybki, Osamu zaczął śpiewać głośniej i z jeszcze większą pasją. Wykrzyczał swoje myśli w rytm muzyki… a następnie utwór po prostu się skończył. Jury wstały i zaczęły klaskać. Zero podszedł do swojego chłopaka i przytulił się do niego, zadowolony z jego występu. Potem… potem jakby jakaś chwila mi umknęła, a następnie wszyscy spojrzeli wyczekująco na mnie.
- Zaproszenie wysłać do wielmożnego pana? – burknął Żyrafa, kiedy wciąż uparcie stałem i wpatrywałem się w nich niewidzącym wzrokiem. Odniosłem jakieś dziwne uczucie, że oni należą do zupełnie innego świata… że… że ja już tutaj nie pasuję…
            Zgniotłem kartki, które wciąż trzymałem w dłoni, a następnie przeszedłem przez całą długość sali i wyrzuciłem je do śmietnika, w którym nadal mieściły się opakowania po słodyczach. Opuściłem salę trzaskając drzwiami, a następnie studio, w jednej chwili orientując się, że właśnie stałem się bezrobotny…

*pejoy – japońskie słodycze
** wszystko to japońskie słodycze; tak słodkie, że aż zęby bolą.


Oneshoot Koich (Mejibray) x Ryoga (BORN)


To jest co najmniej dziwne... Ostrzegam już na wstępie, żeby nie było!
Do napisania tego zainspirowało mnie poniższe zdjęcie i strój Ryogi (BORN), w którym występował w teledysku do "Red Desire".

Z dedykacją dla wszystkich nolife’ów z całego świata xD


Tytuł:Dzień nolife’ów
Paring: Koichi (Mejibray) x Ryoga (BORN)
Typ: oneshoot
Gatunek:shounen-ai
Beta: Hoshii.

- Koichi! Wyłaź z tej łazienki, bo chcę ci w końcu opowiedzieć, co się działo podczas wyjazdu! – krzyknął Ryoga, czekając na mnie pod drzwiami.
Ryoga przez trzy miesiące był w trasie koncertowej ze swoim zespołem. Próbowałem namówić Tsuzuku, żebyśmy połączyli siły, ale niestety Mejibray nie wyrobili się na czas z nowym albumem, więc nie mogłem pojechać w trasę z moim kochankiem; bo niby co mój zespół miałby zagrać? Ano właśnie…
Ale na całe szczęście mój blondyn wrócił wczoraj w nocy. Był zmordowany po prawie ośmiogodzinnym locie, jednak wystarczyło mu sił, żeby okazać mi, jak bardzo za mną tęsknił – ślady po tym czyściłem w tym momencie mokrymi chusteczkami.
- Mów! Słyszę cię! – odkrzyknąłem, wyrzucając ostatnią chusteczkę i upewniając się, że jestem już czysty, przystąpiłem do nakładania podkładu.
- Nie będę przecież mówił do drzwi! – burknął.
- Mów! Zaraz wyjdę tylko muszę zrobić makijaż!
- Wychodzisz gdzieś? – zdziwił się.
- Nie, ale nie chcę, żeby ci oczy spłonęły w oczodołach – zaśmiałem się niewesoło. Naprawdę nie lubiłem pokazywać się komukolwiek bez choćby podkreślonych oczu tuszem do rzęs oraz czarną kredką.
- Ale masz poczucie humoru… - prychnął. – Przecież dla mnie jesteś najpiękniejszy, wiesz o tym.
- Wiem, ale i tak wolę nie narażać twojego zdrowia! Dobra, nieważne… Mów, co się działo podczas trasy! – zażądałem.
- Ech, no dobrze… - usłyszałem jak usiadł pod drzwiami. Kiedy upewniłem się, że dobrze rozprowadziłem fluid, sięgnąłem po czarną kredkę, którą obrysowałem kontur oka. Kochanek zawsze śmiał się ze mnie, bo wykonując to, otwierałem usta. To był jakiś odruch bezwarunkowy. Nie umiałem inaczej, przez co Ryoga twierdził, że zachowuję się jak baba… i chyba właśnie dlatego to ja zostałem tę bardziej kobiecą częścią naszego związku. – Wiesz, to było duże przedsięwzięcie…
- I długie… stanowczo za długie… - mruknąłem pod nosem, ale zdawało się, że tego nie usłyszał, gdyż niezrażony kontynuował wywód.
- Przygotowywaliśmy się do tego przez ponad miesiąc! Mieliśmy w zanadrzu plany B, C, a nawet i D! Zdawało się, że byliśmy przygotowani na wszystkie ewentualności… - urwał.
- A jednak okazało się, że nie byliście? – uśmiechnąłem się pod nosem. – Skąd ja to znam… Złośliwość rzeczy martwych – sięgnąłem po tusz do rzęs.
- Dokładnie!
- Co poszło nie tak? – zapytałem, po czym stanąłem dwa kroki dalej i przejrzałem się w lustrze, obrzucając swoje odbicie surowym spojrzeniem. Dla Ryogi chciałem wyglądać jak najlepiej. Założyłem włosy za ucho, po czym poprawiłem marynarkę, którą miałem na sobie. Niebieskie jeansy, czarna bluzka bez jakichkolwiek napisów i marynarka w panterkę do siebie pasują, prawda? (jak na zdjęciu wyżej od aut.)
- Nie uwierzysz! – krzyknął muzyk zza drzwi. – Sam do tej pory nie mogę w to uwierzyć…! – urwał, gdy wyszedłem z łazienki. Wbił we mnie wzrok i zamarł w bezruchu. Po chwili zrobiło się naprawdę niezręcznie, a ja zacząłem zastanawiać się, czy coś się stało. Odwróciłem się za siebie, upewniając, że nic, ani nikt za mną nie stoi, że nie wysadziłem umywalki (raz rozsadziłem rury, bo wylałem tajemniczy specyfik na kaca domowej roboty Meto do odpływu zamiast go wypić; do dziś twierdzę, że otarłem się o śmierć), ani nic nie zniszczyłem. Nie zauważając nic podejrzanego, zacząłem przyglądać się sobie – założyłem bluzkę na lewą stronę? Niemożliwe! Ubrudziłem się?
- Co się stało? –nie wytrzymałem i w końcu zapytałem prosto z mostu. Ryoga wskazał palcem na marynarkę, po czym uderzyłsię otwartą dłonią w czoło, załamując się.
- Złośliwość rzeczy martwych, mówisz… - westchnął cierpiętniczo.
- Nie rozumiem o co ci chodzi – wzruszyłem ramionami. – Co jest z tą marynarką nie tak?
- To, że jest częścią mojego stroju scenicznego! – spojrzał na mnie jak na kretyna. – Koichi, występowałem w tym stroju w klipie do piosenki „Red Desire”, która była gwoździem naszych występów. Cała trasa miała właśnie taką nazwę!
- Dalej nie rozumiem… - zrobiłem głupią minę.
- Tym jedynym problemem, z którym się spotkaliśmy, był pewien brak w moim stroju scenicznym! Brakowało właśnie marynarki, przez co na początku występowałem w samych jeansach i t-shircie z logo zespołu, a potem zamówili coś na szybko i wychodziłem na scenę w tym, co po prostu wcisnęli mi w ręce! – dalej nie rozumiałem jak to się miało do tego, w co dzisiaj byłem ubrany. – Koichi! Pamiętasz w ogóle jak wyglądał ten strój?
- No właśnie... Ee… Nie – przyznałem w końcu.
- W panterkę. Był w panterkę – wyjaśnił. – Już coś świta w tej różowej główce?
- Nie – pokręciłem głową. Najwidoczniej miałem dziś zatwardzenie mózgu, gdyż nadal nie mogłem pojąć, o co mu chodzi.
- Ta marynarka to część mojego stroju scenicznego! To ty narobiłeś nam tyle problemów! – potrzebowałem chwili na „przetrawienie” jego słów. Dopiero potem do mnie trafiły.
- A… Aha – mruknąłem mało inteligentnie. – Ja… Ja przepraszam… - szepnąłem speszony. – Naprawdę przepraszam, Ryoga! Ja nie chciałem… nie wiedziałem… - zacząłem dukać i jąkać się. – Po prostu… chciałem mieć blisko siebie coś, co należałoby do ciebie… a ta marynarka pachniała twoimi perfumami i… i… leżała na krześle w studiu, więc po prostu ją wziąłem… myślałem, że mogę… - spuściłem głowę, nie mając odwagi utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego.
Blondyn westchnął cierpiętniczo, po czym podszedł do mnie i pogłaskał po głowie, wplatając palce w moje włosy. Złapał mnie za kark, a następnie zmusił, żebym przysunął się do niego. Musnął kilkakrotnie moje usta, patrząc mi w oczy.
- Czyli uważasz, że mój złośliwy Kucyk Pony jest „martwy”? – spojrzał na mnie rozbawiony.
- Tylko nie Kucyk Pony! – burknąłem, zakładając ręce na piersi. Naprawdę nie lubiłem, kiedy mnie tak nazywał; przecież wcale nie byłem słodki i nie hasałem po łąkach! To, że miałem różowe włosy i lubiłem, trzymając wokalistę ze rękę podczas spaceru podskakiwać, niczego jeszcze nie dowodziło i nie dawało kochankowi prawa mówienia tak na mnie! – O co ci teraz chodzi? – zamrugałem kilkakrotnie.
- Koichi, czy ty wiesz, jak się nazywasz? – zaśmiał się. – Mam wrażenie, że nie żyjemy na tej samej planecie – zaczął delikatnie masować palcami mój kark.
- Nie jestem nolife’m, jeśli o to ci chodziło – skrzywiłem brzydko usta. – Zresztą… Ryoga, jest dopiero ósma rano!
- Wiem, że mój Kucyk Pony budzi się dopiero po dziesiątej, ale to nie zwalnia cię z myślenia – pokręcił głową, uśmiechając się pod nosem. – Naprawdę mój Kucyk jest „martwy”! – udał, że przeraził się.
- Ryoga! – pisnąłem, tupiąc nogą ze złości. Blondyn stłumił napad śmiechu; zawsze bawiły go moje reakcje, można by powiedzieć, na wszystko. Kiedy się śmiałem; on też się śmiał, kiedy się złościłem; on się śmiał, kiedy byłem zmęczony; on się śmiał… Powtarzał, że byłem komiczny – przez to moje tupanie nogą, „zapowietrzanie” się podczas śmiechu, przez co praktycznie dławiłem się własnym śmiechem, miną nieprzytomnego cierpiętnika, gdy chciałem spać… - Nie dość, że wyzywasz mnie od jakiś bajkowych stworzeń, to jeszcze gadasz, że jestem martwy! Czy ty piłeś? Dobrze się czujesz? – obrzuciłem go krytycznym spojrzeniem.
- Czuję się wyśmienicie – zachichotał. – Sam powiedziałeś, że to była „złośliwość rzeczy martwych”, a przecież to ty zabrałeś moją marynarkę – wyszczerzył się. – Więc stąd moje pytanie; mój Kucyk uważa się za „martwego”? A tak na marginesie… nie wyzywam cię, tylko się z tobą droczę! – wytknął mi język. Potrzebowałem kolejnej chwili na to, aby jego słowa do mnie dotarły.
- Przecież nie zrobiłem tego złośliwie! – broniłem się. – I nie, wcale nie uważam się za martwego! To ty jakoś dziwnie odbierasz moje słowa! Nie wiedziałem, że ta marynarka będzie ci potrzebna i że jest częścią twojego stroju scenicznego; dlatego nie mogłem zrobić tego złośliwie! Zresztą… „Złośliwość rzeczy martwych” to tylko głupie powiedzenie, które pozwoliłem sobie zacytować, a ty… ty… skończ już z tymi głupimi żarcikami, bo wcale nie jesteś zabawny! – prychnąłem, obrażony i zdjąłem marynarkę, którą następnie wcisnąłem mu w ręce. – Weź to sobie, jeśli ten głupi ciuch ma być powodem twoich irytujących docinków! – odwróciłem się na pięcie i zamierzałem ponownie zamknąć się w łazience, kiedy niespodziewanie wokalista złapał mnie za rękę i jednym, zwinnym ruchem przycisnął do swojego torsu.
- Koichi, spokojnie! – objął mnie w pasie. – Przecież nie chciałem cię obrazić! – narzucił mi marynarkę na ramiona. – Na razie nie jest mi do niczego potrzebna… Wiem, że to tylko głupie powiedzenie, ale dzisiaj naprawdę kiepsko ci idzie kojarzenie faktów, co mnie rozbawiło; to dlatego zacząłem z ciebie żartować, że uznałeś, iż jesteś „martwy” – wytłumaczył się. – Przepraszam. Nie chciałem cię zdenerwować. Nie kłóćmy się… w dodatku o takie głupoty – uśmiechnął się delikatnie. – Wiesz, że cię kocham… - szepnął i objął mnie mocniej, po czym pocałował w czoło… a następnie zaczął niemal pluć! Wytarł język o wierzch swojej dłoni, przez co spojrzałem na niego jak na idiotę.
- I kto tu zachowuje się jak zombie z innej planety? – prychnąłem.
- Najadłem się twojego podkładu! – skrzywił się. – Goorzkie… - jęknął, a ja nie wytrzymałem i zacząłem się głośno śmiać. – Chyba dzisiaj jakiś dzień nolife’ów! – zaśmiał się blondyn.
- Ej! Przypominam ci, że ja, w porównaniu do ciebie, nie zachowuję się jak zombie z innej planety! Mów za siebie! Ja jestem bardzo żywotny! – podkreśliłem.
- Tak? – zapytał cwaniacko.
- Tak! – odpowiedziałem szybko, nie wiedząc, czym to może grozić.
Ryoga złapał mnie za pośladki, a następnie podniósł. Pisnąłem wystraszony, odruchowo oplatając go nogami w pasie i rękami za szyję. Chłopak zaśmiał się, po czym rzucił mnie na łóżko.
- Uch! Ciężki jesteś! – jęknąłem, kiedy usiadł na mnie okrakiem.
- Nie narzekaj – zaśmiał się i zaczął całować mnie po szyi, którą mu wyeksponowałem, odchylając głowę do tyłu.
Pozostawił kilka malinek, a następnie podążył w dół. Kiedy dotarł do bluzki, która zaczęła mu przeszkadzać, pociągnął za jej materiał, odkrywając mój tors. Mógł to zrobić, bo była rozciągliwa; mimo to usłyszałem charakterystyczny dźwięk pękających włókien. Wokalista skupił się na prawym sutku. Zaczął go drażnić językiem i delikatnie przygryzać, na co reagowałem mruczeniem i cichymi, urwanymi jęknięciami.
- W takim razie pokaż mi, jaki jesteś żywotny – zachichotał, spoglądając mi prosto w oczy.
- Z chęcią! – przyciągnąłem go do namiętnego pocałunku, podczas którego jednocześnie zacząłem go rozbierać, a on dotykać mojego krocza przez materiał spodni…

Ha, ha jestem wredna małpa i skończę w takim momencie xD

Le Ciel cz.2


2. Pierwsza noc
– Niedługo osiemnasta, o dziewiętnastej otwierają, więc możemy zacząć się już przygotowywać. Nauczę cię robić makijaż – obiecał. – Nie ma innego wyjścia – dopowiedział szybko, widząc moją minę.

Okazało się, że makijaż był całkiem przyjemny. W sumie… spodobało mi się manipulowanie własnym wyglądem – używając czerni i metalicznych odcieni szarości, wyglądałem drapieżnie, kiedy natomiast stawiałam na delikatne odcienie bieli i beżów, wyglądałem niewinnie i, jak to określił Will, wręcz rozkosznie. Mój współlokator stwierdził, że już wcześniej musiałem być zniewieściały, skoro podobało mi się siedzenie przed lustrem i przeglądanie się w nim.
W końcu nadeszła godzina dziewiętnasta, a serce podeszło mi do gardła. Oprócz makijażu, Will pomógł wybrać mi ubrania i dobrać fryzurę. Ubrałem się w czarne legginsy i coś białego, tuniko-podobnego; owa bluzka, którą założyłem miała bardzo długie, szerokie rękawy sięgające mi niemalże do samych kolan, głęboki dekolt i odsłaniała ramiona. Była szeroka i bardzo wygodna, a w dodatku wykonana z przyjemnego w dotyku materiału.
- Tak tu o nas dbają? – zapytałem zdziwiony.
- Tak – przytaknął chłopak. –Kiedy prosisz o ciuchy, zawsze dostaniesz te z najwyższej półki; ale tu nie chodzi o to, żeby nam dogodzić… Chodzi o to, abyśmy lepiej się prezentowali i kusili możliwie jak najwięcej potencjalnych klientów – westchnął ciężko.
Chwilę później do drzwi pokoju zapukał Karyu, który w geście powitania ucałował moją dłoń. Następnie ujął mnie pod łokieć i sprowadził po schodach piętro niżej. Will szedł za nami, przez co miałem wrażenie, że kroczył w moim cieniu, a mój „opiekun” specjalnie promuje mnie już na wejściu. Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy wyglądało jak bawialnia w barokowym zamku. Jak zwykle wszystko opływało tu w przepych. Parkiet był wykonany z ciemnego drewna, takiego samego, z jakiego zostały wykonane schody, którymi zeszliśmy. Ich podstawa była znacznie szersza niż szczyt, dlatego kiedy spojrzałem na nie z dołu, zauważyłem, że zostały wykonane na kształt trójkąta – początkowe stopnie były bardzo długie, a wyższe coraz mniejsze. Na ścianach zostały pozawieszane wielkie obrazy przedstawiające przyrodę nieożywioną, a same ściany zostały obklejone kremową tapetą w złote i miedziane wzory. Naprzeciw schodów mieścił się wielki, biały kominek, w którym palił się ogień. Pod ścianami czekali już potencjalni klienci, przyglądający się wchodzącym „opiekunom” ze swoimi „podopiecznymi”. Na środku sali w okręgu zostało ustawione kilkanaście masywnych krzeseł, na których siedziało już kilku chłopców; wszyscy byli mniej więcej w moim wieku. Karyu poprowadził mnie w stronę najbliższego wolnego krzesła i gestem dłoni kazał mi usiąść. Bezzwłocznie wykonałem jego polecenie, po czym rudzielec oddalił się ode mnie; wmieszał się w tłum klientów i obserwował mnie z daleka. Podczas gdy inni chłopcy uśmiechali się zalotnie do podstarzałych mężczyzn, z którymi zapewne dzisiaj będą musieli spędzić noc, ja spuściłem głowę i wbiłem wzrok w podłogę. Nie miałem odwagi jej podnieść. Czułem na sobie ciekawskie spojrzenia, które wcale nie dodawały mi odwagi. Przełknąłem głośno ślinę i zacisnąłem mocno dłonie na szerokim siedzisku krzesła.
Goście zaczęli krążyć wokół nas, przyglądając się nam. Użyłem liczby mnogiej, choć tak naprawdę miałem wrażenie, że gapią się tylko i wyłącznie na mnie. Nadal nie podnosząc głowy, kątem oka przyglądałem się osobom, które kręciły się najbliżej mnie. Byli to głowie, tak jak już wcześniej wspomniałem, mężczyźni po czterdziestce, ubrani w bardzo drogie eleganckie stroje, które miały odzwierciedlić ich majątek. Przyszło tu także kilka młodszych oraz całkiem siwych panów, zauważyłem też cztery, czy pięć kobiet w długich sukniach… Zastanawiałem się,ile będą trwać te podchody i kiedy w końcu ktoś do mnie podejdzie i zaprowadzi dopokoju. Zadrżałem… dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo się tego bałem. Przecież… zupełnie nie wiedziałem, co miałbym zrobić, a nawet nie zapytałem o to Willa! Nie przyszło mi to do głowy!
Wykrakałem. Jakiś facet w bordowej marynarce ruszył w moją stronę, a ja zacząłem się stresować. Nagle do sali wbiegł Hizumi. Odwróciłem głowę w jego stronę i już miałem odpowiedzieć uśmiechem na przyjazne spojrzenie, które mi rzucił, jednak w tym momencie niespodziewanie z tłumu wyłonił się Karyu. Podszedł do bruneta i szarpnął go za ramię, szepcząc mu coś na ucho, przy czym marszczył brwi. Widocznie nie był zadowolony z tego, że Hizu pojawił się tutaj…
- Jeśli nie ja, to on – powiedział głośno, a jego głos odbił się echem. Mówiąc to, wskazał dłonią na mężczyznę w bordowej marynarce, który zatrzymał się w pół kroku i zmierzył nowoprzybyłego groźnym spojrzeniem. – Och, najmocniej przepraszam panie Burton – ukłonił się niezbyt nisko. – Oczywiście to nie było żadne oskarżenie – uśmiechnął się sztucznie. – Tak, jak kiedyś zwrócił mi pan uwagę, powinienem bardziej panować nad swoim niewyparzonym językiem i przede wszystkim nad tym, jak głośno mówię – szybko podszedł do faceta i złapał go za łokieć. – Czy byłby pan łaskaw mi wybaczyć?
- Oczywiście, panie Yoshida – burknął tamten, tęskno spoglądając w moją stronę. Hizumi widocznie grał na zwłokę… ale dlaczego i po co? – Ale niech mi to będzie ostatni raz… Naprawdę, jeśli już chce pan kogoś omawiaćza placami, niech przynajmniej robi pan to ciszej – fuknął, po czym chciał podejść do mnie, jednak brunet szarpnął go.
- Jeszcze raz przepraszam. Chciałbym to panu jakoś wynagrodzić, choć zapewniam, że nie były to żadne pomówienia ani oskarżenia względem pana – pociągnął go w stronę wyjścia. Mężczyzna sapnął niezadowolony, jednak najwidoczniej nie wypadało mu odmówić. Bo co miał powiedzieć? „Nie przepraszaj mnie, bo zaraz ktoś zabierze mi sprzed nosa chłopaka, którego chciałem zaciągnąć do pokoju i…”… Nawet w myślach nie chciałem kończyć tego zdania. Obaj wyszli.
Kilku kolejnych rzucało sobie wyzywające spojrzenia i zaczęli się do mnie zbliżać. O matko… jeszcze gorzej – jęknąłem w myślach. Pierwszy podszedł do mnie wąsaty, postawny mężczyzna w popielatym garniturze, przez co wyglądał jak polityk… ale co niby miał robić polityk w burdelu? Ach, zapomniałem, że to Francja… Tu takie rzeczy nie były szokujące; a bynajmniej tak twierdził Will – wierzyłemmu, bo cóż innego mogłem zrobić? Przecież nie miałem własnych wspomnień, a doświadczenia (o ile takie posiadałem) utraciłem przez zanik pamięci…
- Witaj, azjatycki chłopczyku – przywitał się i dotknął opuszkami zrogowaciałych palców mojego policzka, uśmiechając się… w przerażający dla mnie sposób.
Ktoś zaczął się przepychać przez ludzi.Po chwili ze zgromadzenia znów wyłonił się Hizu, który złapał mnie za rękę i pociągnął, zmuszając w ten sposób, abym wstał. Przyciągnął mnie do siebie i objął jedną ręką w pasie.
- Ta azjatycka piękność jest moja – fuknął, po czym skierował się ze mną z powrotem w stronę schodów.
Kilka osób zaczęło rzucać nieprzyjemne komentarze pod jego adresem, jednak się tym nie przejął. Wspięliśmy się po schodach na wyższe piętro, po czym Hizumi poprowadził mnie w przeciwny korytarz do tego, którym szedłem razem z rudzielcem. Dziwnie się czułem, kiedy on mnie prowadził, a nie ja jego… W sumie, ja tu mieszkałem, nie? Ale, jak widać, on znał ten budynek lepiej niż ja, bo przecież utraciłem pamięć. Ciekawiło mnie, czy Hizumi często tutaj przychodził…
Zastanawiałem się, czy nie powinienem podziękować mu za ratunek od tych zboczeńców… kiedy nagle sobie uświadomiłem, że ja przecież w żadnym stopniu nie znam Hizumiego! Nie wiem, czy jest taki sam jak inni, czy może nawet jeszcze gorszy… Przypomniał mi się incydent sprzed kilku godzin, kiedy to brunet przyciskał do ściany Willa, niemal go w nią wbijając, dając mu ostatnią szansę na zwrot pieniędzy. Wystraszyłem się nieco…
Doszliśmy na koniec korytarza. Hizumi podszedł do ostatnich drzwi, otworzył jei wszedł, ciągnąc mnie za sobą. Zamknął drzwi od środka na klucz, zapewne, żeby… nikt nam, to znaczy mu, nie przeszkadzał; zadrżałem z przerażenia, zdając sobie sprawę, że to, co nieuniknione stanie się już niedługo… dokładnie za chwilę…
- Nie bój się – przyciągnął mnie do siebie i objął w pasie. – Mówiłem, że cię nie skrzywdzę – uśmiechnął się ciepło i przeczesał moje włosy w ten sam sposób, w jaki zrobił to w moimpokoju.
Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Stałem jak słup soli w jego objęciach i z przerażeniem wpatrywałem się w niego. Serce waliło mi jak szalone, a w głowie nieprzyjemnie huczało…
- Ja… Znaczy… - zająknąłem się.
- Spokojnie. Wszystkiego cię nauczę – szepnął mi na ucho, przybliżając się do mnie jeszcze bardziej i zacieśniając uścisk.
Zaraz po tym jak to powiedział, zjechał dłońmi z moich pleców na pośladki, a następnie wziął mnie na ręce. Pisnąłem, nie spodziewając się tego, na co zachichotał cicho. Odruchowo oplotłem go nogami w pasie i rękami za szyję, żeby nie spaść. Położył mnie delikatnie na łóżku, a następnie usiadł na mnie okrakiem.
- Więc, Zero… - uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco i powoli zaczął o mnie ocierać. – To twój pierwszy raz po utracie pamięci, tak? – zapytał, a ja spojrzałem na niego zdziwiony.
- Skąd wiesz?
- Karyu mi powiedział – zaczął gładzić moją szyję. – Nie miał wyboru; mógł oddać cię w moje ręce albo komuś innemu, kto z pewnością by cię skrzywdził – nachylił się nade mną i zaczął całować od prawego obojczyka w górę. Zatrzymał się przy linii szczęki. – Więc jak? To twój pierwszy raz?
- T… Tak – szepnąłem cicho, a on owiał moje ucho gorącym oddechem. Przeszły mnie dreszcze.
- Obiecuję, że będę delikatny, ale mimo wszystko i tak możesz poczuć dyskomfort – polizał moje ucho, a ja zarumieniłem się. – Nie opierajsię i nie wyrywaj, a na pewno na tym skorzystasz, rozumiesz? – upewnił się.
- Mhm… - mruknąłem na potwierdzenie.
Podwinął moją bluzkę i zaczął mnie dotykać. Zachłysnąłem się powietrzem, kiedy poczułem zimne palce na podbrzuszu. Odsłonił mój brzuch i przejechał dłońmi po bokach mojego ciała. Uśmiechnął się do siebie, po czym zdjął ze mnie górną część garderoby. Zaczął całować mnie wzdłuż mostka, a następnie językiem drażnić prawy sutek. Wciągnąłem głośno powietrze. Drugi podszczypywał dłonią. Pomrukiwałem cichutko, starając się nad sobą panować, jednak to nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Kiedy znudziło mu się to zajęcie, wznowił pocałunki, którymi obsypywał moją klatkę piersiową i brzuch. Kiedy doszedł do pępka, wsunął do niego język, a ja położyłem ręce na jego barkach, delikatnie je masując. Następnie brunet uniósł delikatnie moje biodra i zdjął ze mnie legginsy. Leżałem pod nim w samej bieliźnie i czułem się co najmniej… źle. Dorodne rumieńce wykwitły na mojej twarzy, huczenie w głowie wzmogło się, a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ból brzucha i odruch wymiotny. Hizumi wyprostował się i ogarnął mnie wzrokiem, przekrzywiając głowę. Spojrzał na mnie z bólem w oczach i nachylił się nade mną ponownie.
- Wiem, że gdybyś miał wybór, nigdy byś tego nie zrobił – założył mi włosy za ucho, które uwolniły się z klamry, spiętej z tyłu głowy w mało wyszukanej fryzurze. – Ale niestety nie masz wyboru… Oszczędziłbym ci tego i mógłbym przesiedzieć tu z tobą całą noc grając w karty, czy po prostu gadając o pierdołach, ale to nie miałoby wtedy sensu. Wiesz, że od dziś każdy twój dzień będzie wyglądał właśnie tak – skrzywił się. – W końcu musiałbyś się komuś oddać; a janie chcę dla ciebie źle. Chcę, żebyś wiedział, czego mogą od ciebie oczekiwać klienci – spojrzał mi w oczy. – Proszę, nie bój się mnie… naprawdę nie ma czego – uśmiechnął się do mnie miło, a ja spróbowałem odpowiedzieć mu tym samym, chociaż nie byłem pewien, czy mi się udało. Chciał mnie pocałować, kiedy nagle zebrałem w sobie tyle odwagi, by się odezwać:
- Hizu? – zapytałem cicho.
- Tak? – spojrzał na mnie uważnie.
- A zagrasz kiedyś ze mną w karty? – chłopak zaśmiał się serdecznie, a ja widząc, że naprawdę nie chce mnie skrzywdzić, rozluźniłem się nieco i również pozwoliłem sobie na szczery uśmiech.
- Pewnie – zgodził się.
- Jutro? – zaproponowałem.
- Zobaczymy… Nie wiem, czy jutro, ale obiecuję, że wpadnę pograć z tobą w karty – ponownie zaśmiał się, po czym pocałował mnie.
Objąłem go za szyję i oddawałem pieszczotę. Rozchyliłem usta, kiedy polizał moją dolną wargę. Wsunął język do środka, co nieco mnie skrępowało. Nie wiedziałem, jak miałem się zachować, jednak zaraz mnie nakierował, wciąż zachęcając mój język do zabawy. Nasze koniuszki splotły się w erotycznym tańcu. Hizumiał wprawę i świetnie całował. Całkowicie mu się oddałem, gdyż to, co robił, podobało mi się i sprawiało przyjemność.
Jedną ręką opierał się na wysokości mojej głowy, a drugą gładził moje udo, powoli zbliżając się do krocza. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że leżałem już prawie nagi, a on wciąż był kompletnie ubrany. Zacząłem rozpinać guziki kamizelki, którą miał na sobie, a następnie koszuli. Przejechałem dłonią po jego odsłoniętym torsie.  Nie mogłem zdjąć z niego ubrań, gdyż nie chciał mi w tym pomóc i nie oderwał ode mnie dłoni. Wsunął rękę pod moją bieliznę. Mój jęk zatonął w jego pełnych wargach, które ściśle przylegały do moich. Palcami przesuwał po całej długości mojego przyrodzenia, wywołując u mnie dreszcze i kolejne jęknięcia, które skutecznie tłumił. Zaczął mnie onanizować. Zalała mnie fala gorąca. „Obiecuję, że będę delikatny, ale mimo wszystko i tak możesz poczuć dyskomfort” – przypomniały mi się jego słowa. Zacząłem zastanawiać się, o co też mogło mu chodzić z tym dyskomfortem? Przecież było mi tak dobrze…
Hizumi zdjął ze mnie bokserki, po czym wyprostował się i zsunął z siebie kamizelkę oraz koszulę. Spojrzał na mnie raz jeszcze i uśmiechnął się, a ja speszyłem się, odruchowo złączając uda i próbując zasłonić wiadome miejsce. Niestety, Hizu nie pozwolił mi na to i ponownie rozłożył przed sobą moje nogi. Nachylił się nad moim kroczem i polizał żołądź. Jęknąłem głośno, zaciskając dłonie na pościeli. Chłopak uśmiechnął się, po czym przejechał językiem po prąciu. Wypuściłem powietrze z płuc, na chwile zapominając jak się oddycha. Następnie wziął do ust żołądź i zaczął delikatnie ssać i drażnić mnie językiem. Dłońmi masował wewnętrzne strony moich ud. Chwilę się tak ze mną bawił, po czym wziął mnie całego w usta i zaczął poruszać głową w przód i w tył, liżąc i ssąc, od czasu do czasu przygryzając. Zrobiło mi się gorąco, a odruch wymiotny i ból brzucha ustąpiły. W głowie nadal huczało, ale już nie tak nieprzyjemnie; teraz był to jedynie głuchy odgłos pędzącej krwi pompowanej przez zawrotnie szybko bijące serce. Po niedługim czasie doszedłem w jego ustach z krzykiem. Brunet przełknął wszystko, oblizując się.
- Dobrze, że jestem twoim pierwszym – zaśmiał się niby obrażony, a ja zarumieniłem się obficie.
- Prze… Przepraszam – wysapałem.
- Nie szkodzi, ale… klienci raczej tego nie lubią, chociaż sam Bóg nie wie, jakie potrafią mieć fetysze – wzruszył ramionami, trochę mnie strasząc. – Zresztą… Jedynie niewielki odsetek będzie się z tobą tak bawił; większość będzie oczekiwała, że ty się nimi zajmiesz…
- W takim razie… dlaczego mi to zrobiłeś? – zapytałem nie rozumiejąc jego intencji.
- Żebyś poczuł trochę przyjemności i rozluźnił się – pogładził mnie po włosach. –Poza tym… teraz wiesz, jak to się robi – zamienił nas pozycjami, tak, że teraz on był na dole, a ja na górze. – Powtórz wszystko, co ci pokazałem – poprosił i rozłożył przede mną nogi. Spojrzałem na niego przestraszony.
- Ale…
- Wiem, że nie umiesz. Teraz tylko się uczysz, jasne? – przyciągnął mnie do krótkiego pocałunku.
Niepewnie kiwnąłem głową, po czym rozpiąłem jego spodnie. Powoli, z jego pomocą, zsunąłem je z niego. Następnie zacząłem masować jego uda, próbując odwzorować każdy jego ruch. Brunet mruknął zadowolony, ale wciąż wpatrywał się we mnie, co trochę mnie krępowało. Mimo to postanowiłem dodać coś od siebie; zacząłem uciskać jego krocze przez bokserki. Hizumi mruknął głośniej, co trochę mnie wystraszyło, choć sam nie wiedziałem dlaczego. Obawiając się, że zrobiłem coś złego, szybko spojrzałem na jego twarz.
- Dobrze… - szepnął. – Tylko… szybciej… Ach! – odchylił głowę do tyłu, oddając się pieszczocie.
Po chwili zdjąłem z niego bieliznę i oblizałem wargi. Bałem się, że cośspieprzę, że coś mu zrobię i stracę jedyną osobę, która zdawało się, że chce dla mnie dobrze, że już więcej go nie zobaczę… Bałem się i jego samego, ale zdecydowanie wolałem spędzić tę noc z Hizu, niż z którymś z tych zboczeńców, którzy kręcili się piętro niżej.
Nachyliłem się nad jego męskością i niepewnie polizałem ją, wciąż uważnie obserwując jego twarz. Chłopak pokiwał głową, dając mi znak, żebym kontynuował. Wziąłem do ust żołądź i zacząłem ssać, a następnie chciałem wziąć go całego, ale… nie potrafiłem. Nie miałem wprawy i nie umiałem tego zrobić. Gdy włożyłem sobie jego penisa za głęboko do ust, mało nie zacząłem się krztusić. Mimo wszystko starałem się sprawić mu jak najwięcej przyjemności, co chyba mi wychodziło, gdyż brunet jęczał, wyginając się w moją stronę. Kiedy doszedł, zachłysnąłem się jego nasieniem i zacząłem kaszleć. Nie byłem na to przygotowany! Odsunąłem się od niego i próbowałem się uspokoić, ale to znów nie okazało się takie proste. Łzy napłynęły mi do oczu i zrobiło mi się niedobrze. Hizumi poklepał mnie po plecach, po czym przyciągnął mnie do siebie.
- Spokojnie… - szepnął, a mnie zrobiło się naprawdę głupio. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. – Nic się nie stało… - uspokajał mnie. – Już dobrze? – w odpowiedzi pokiwałem głową. Jeszcze raz pogłaskał mnie po plecach, po czym ułożył mnie na wznak na łóżku, ponownie siadając na mnie okrakiem. – Jesteś gotowy na zabawę główną?
- A… W takim razie… co to było? – zamrugałem kilkakrotnie.
- Gra wstępna – odpowiedział bez skrupułów i sięgnął do szafki, po czym wyjął z niej małą buteleczkę i otworzył ją. W powietrzu rozniósł się przyjemny zapach wiśni. – To jest lubrykant – wyjaśnił, widząc moją minę. – Muszę cię nawilżyć, żeby tak nie bolało, kiedy będę w ciebie wchodził – dodał i rozsunął moje nogi, po czym podniósł mnie delikatnie. Wylał trochę żelu na palce, po czym rozdzielił moje pośladki i zaczął napierać jednym z nich na mnie. Spiąłem się. – Jeśli się rozluźnisz, na pewno odczujesz masę przyjemności – zachęcił. Czułem się co najmniej dziwnie, ale spełniłem jego prośbę… a bynajmniej w pewnym stopniu.
Brunet wsunął we mnie palec, na co jęknąłem głośno. W końcu dowiedziałem się, jak czuje się mniej więcej osoba, która dostała skierowanie na kolonoskopię lub badanie prostaty… Nic przyjemnego…
Hizumi poruszał we mnie palcem, a ja wzdychałem i prężyłem się, nie wiedząc zbytnio jak się zachować. Następnie dodał drugi palec, a ja jęknąłem z bólu i zrobiłem nieciekawą minę. Zagryzłem wargi. Brunet szeptał mi do ucha uspakajające słówka, uparcie powtarzając, żebym się rozluźnił. W pewnym momencie chciałem mu przypomnieć, że to ja miałem jego palce w tyłku, a nie odwrotnie i skoro jest taki mądry, możemy się zamienić, ale na całe szczęście nie powiedziałem tego głośno. I weź tu się poczuj swobodnie, człowieku, kiedy ktoś w łóżku bawi się z tobą w urologa i zwiedza ostatni odcinek twojego układu pokarmowego…
Dodał trzeci palec, a ja krzyknąłem z bólu. To już była przesada; czy on chciał mnie rozerwać?! Po moich policzkach spłynęły łzy…
- M… Mówiłeeś, że… że zroobisz to…. To deli… delikatnie – wychlipałem, łapiąc go za nadgarstek.
- Uwierz mi, że właśnie tak robię – drugą ręką zaczął mnie onanizować. – Wybacz… Pierwszy raz zawsze jest najboleśniejszy.
Przyjemność mieszała się z bólem, jednak to drugie było znacznie silniejsze. Wziąłem głęboki wdech drżącymi ustami, a chłopak wyjął ze mnie palce, kiedy uznał, że byłem już odpowiednio przygotowany. Obrócił mnie na brzuch i kazał się wypiąć. Czułem się wręcz upokorzony… Cała ta sytuacja wydała mi się nierealna… „Wiesz, że od dziś każdy twój dzień będzie wyglądał właśnie tak” – i jeszcze jego słowa, które dobijały mnie i odbijały się echem w mojej głowie.
Już zrozumiałem, co miał namyśli, mówiąc o „dyskomforcie”…
Brunet przyciągnął mnie do siebie, a następnie znów zaczął mnie onanizować, przez co zgadywałem, że i tym razem zamierza zrobić mi coś nieprzyjemnego. Po chwili poczułem jak coś ponownie rozdziela moje pośladki. Skrzywiłem się i jęknąłem, kiedy Hizu zaczął we mnie wchodzić. Zwiesiłem głowę między ramionami, z trudem mogąc się utrzymać w pozycji klęczącej. Cały drżałem, jednak najgorzej było z rękami, na których musiałem głównie się utrzymywać. Ledwo potrafiłem utrzymać wyprostowane łokcie… Chłopak poruszył się i wszedł we mnie głębiej; jęknąłem głośniej, po czym zacząłem ciężko dyszeć. W tym momencie ręce ugięły się pode mną i upadłem na poduszki, jednak nie odsunąłem się od Hizumiego, nie mogłem tego zrobić – trzymał mnie w pasie. Wszedł we mnie do końca, a ja ponownie zagryzłem usta, żeby nie krzyknąć. Poczułem w ustach metaliczny smak. Krew spłynęła mi po brodzie i skapnęła na białą poduszkę. Brunet zauważył to.
- Nie rób sobie krzywdy – zganił mnie i zmusił mnie, abym przestał gryźć wargę, po czym podsunął mi dłoń pod usta. Ugryzłem go, kiedy poruszył się delikatnie.
- Boli! – jęknąłem żałośnie. Teraz mogłem zauważyć odciski własnych zębów na grzbiecie jego dłoni.
- Zaraz przestanie, obiecuję – szepnął mi na ucho, po czym powoli zaczął się we mnie poruszać.
Jęczałem, sapałem i gryzłem go, powoli oswajając się z obecnością czegoś (lub raczej kogoś) obcego w moim wnętrzu. Kolejne pchnięcia stawały się głębsze i mocniejsze, a ja powoli zaczynałem odczuwać przyjemność. Rozluźniłem się nieco, co spowodowało pomruk u chłopaka. Znów zrobiło mi się gorąco, dodatkowo czułem jego gorący oddech na plecach. Hizu zaczął całować mnie po karku i barkach. Przyjemność wciąż rosła wraz z siłą pchnięć i ich coraz szybszym tempem. Łapczywie nabierałem powietrza, jednak wciąż było mi go mało. Płuca paliły żywym ogniem. Oddech stał się nierówny i płytki, serce waliło boleśnie o żebra… ale było mi dobrze.
- Aaa! Nnn! Właśnie tu! – krzyknąłem, kiedy brunet odnalazł mój czuły punkt.
Uderzał w niego raz za razem doprowadzając mnie na skraj wytrzymałości. Byłem już naprawdę blisko. Hizumi mocniej zacisnął dłoń na moim przyrodzeniu i zaczął nią szybciej poruszać, przez co doszedłem. Zacisnąłem na nim mięśnie, a on rozlał się we mnie. Wyczerpany opadłem na łóżko, a on na mnie.
- Podobało się? – zaśmiał się, wychodząc ze mną. Jęknąłem, znów czując pustkę wewnątrz… To naprawdę dziwne uczucie.
- Mmm… - odmruknąłem, jednak sam nie wiedziałem, czy było to potwierdzenie, czy zaprzeczenie. Byłem zbyt zmęczony, żeby dać nawet krótką odpowiedź. Oczy same mi się zamykały…

[Hizumi]
Wiedziałem, że teoretycznie nie powinienem pozwalać mu zasypiać, a jeśli nawet to już się stało, miałem go obudzić, kazać mu się ubrać i z powrotem iść na dół, ale zrobiło mi się go szkoda. Naprawdę polubiłem tego dzieciaka. Może dlatego, że jako jedyny nie był zepsuty, a może miałem po prostu ochotę na seks z prawiczkiem…
„A zagrasz kiedyś ze mną w karty?” – przypomniało mi się pytanie, które zadał i znów zaśmiałem się cicho. Był po prostu rozczulający… Szkoda, że trafił do „Le Ciel” chociaż… gdyby tutaj nie trafił, nigdy bym go nie poznał. Zero spodobał mi się. Ułożyłem się koło niego, objąłem jedną ręką w pasie i sam zasnąłem.

***

Z rana obudziłem się skołowany, ale i szczęśliwy. Poruszyłem się i wywindowałem do siadu. Zero nadal spał jak zabity; wyglądał jak aniołek z poczochranymi włosami i rozchylonymi ustami, przez które oddychał. Uśmiechnąłem się ciepło i pogładziłem go po głowie, po czym sięgnąłem po swoje spodnie i wyjąłem z nich telefon. Spojrzałem na zegarek na wyświetlaczu. 9;04! Pięknie! Godzinę temu powinienem być w robocie! Pewnie pod moim gabinetem stoi już sznur ludzi czekających na wypłatę lub rozkazy, co mają robić, aby przygotować lokal do wieczornego otwarcia, bo przecież te sieroty nie poradzą sobie beze mnie! Przekląłem siarczyście i szybko zacząłem się ubierać. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że jestem obserwowany przez parę zaspanych oczek. Zapiąłem ostatni guzik koszuli i zacząłem zapinać guziki kamizelki, spoglądając na Zero… Tuląc się do kołdry znad której widać było jedynie jego rozczochrane włosy i jedno oko, wyglądał przesłodko. „Było warto” – pomyślałem, po czym podszedłem do niego i pocałowałem w czoło… jakoś nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie zrobić. Szatyn uśmiechnął się do mnie ciepło, obejmując mnie ze szyję.
- Idziesz już? – zapytał zaspany.
- Już dawno temu powinienem wyjść – rzuciłem. – Przepraszam i do zobaczenia – pożegnałem się z nim krótkim całusem i wyszedłem z pokoju, zostawiając go i dając mu czas na doprowadzenie się do porządku. Dopiero po opuszczeniu pomieszczenia zdałem sobie sprawę, że potraktowałem go jak kochanka, a nie jak… nawet w myślach nie chciałem go tak nazwać.
Kierowałem się do wyjścia, kiedy niespodziewanie na mojej drodze pojawił się Karyu, który zatrzymał mnie szarpnięciem za ramię.
- Jeśli go skrzywdziłeś… - syknął.
- Nic mu nie zrobiłem – prychnąłem. – Ile razy mam ci powtarzać, że nie wszyscy zachowują się jak twój ojciec? – rudzielec zgrzytnął zębami.
- Dlaczego nie odprowadziłeś go z powrotem?
- Bo nie – warknąłem.
- Słuchaj – pchnął mnie na ścianę. – W swoim kasynie możesz się rządzić i robić, co ci się podoba, ale nie tutaj, jasne? To już nie jest twoje podwórko i…
- Zapłacę za całą noc, nie bój się! – odepchnąłem go. – Nie jestem durny, znam zasady! – wyciągnąłem z kieszeni plik pieniędzy i wcisnąłem go w ręce Matsumurze.
- Nie o to mi chodziło!
- A o co? – zdziwiłem się.
- Dobra, spędziłeś z nim całą noc i o to nie mogę mieć do ciebie żalu, w końcu taka jego profesja… - skrzywił się. - … ale możesz mi wyjaśnić, co zrobiłeś Burtonowi?
- Uśpiłem go – wzruszyłem ramionami.
- Snem wiecznym! – rudzielec wyrzucił ręce w powietrze.
- Jak to? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Zabiłeś go! – ryknął.
- Co?! – wrzasnąłem. – Nigdy w życiu! Przycisnąłem mu do twarzy gazę nasączoną środkiem usypiającym i zostawiłem go pod ścianą!
- Facet się przekręcił! Podobno ktoś podał mu trutkę na szczury! Policja szuka winnego, a ty będziesz głównym podejrzanym, bo z nim wyszedłeś i są tego świadkowie!
- Nie otrułem go! Miałem na pieńku z sukinsynem, ale nie posunąłbym się do czegoś takiego! Uwierz, że jedynie przytknąłem mu do twarzy gazę ze środkiem usypiającym! To był zwykły lek, tylko w dużej dawce! Sam to biorę, kiedy nie mogę zasnąć! – broniłem się.
- Wiesz, że nie jesteś lubiany i wszyscy staną przeciwko tobie, a policji nie będzie się chciało dociekać prawdy… to jest Francja, nie Japonia! Szykuj się na proces!
Zbladłem i poczułem mdłości.
- Cholera, że też się przeprowadziłem… - szepnąłem do siebie, wbijając wzrok w podłogę. Nagle dostrzegłem czyjeś nogi… podniosłem wzrok i zobaczyłem… - Zero? Co ty tu robisz?
- Ty nie potrafiłbyś zabić – odezwał się słabo - … prawda?