Dziwnie się
czuję, kiedy aż tyle osób staje w mojej obronie... Nie wiem naprawdę jak się
zachować ani co powiedzieć... Chyba po prostu... dziękuję? ;_; Wzruszyłam się,
naprawdę!
Closer to
Ideal cz.4
Zaskakujące,
jak wszystko jest ze sobą powiązane.
Wszystko ma
swoją przyczynę i skutek.
Nic nie jest
bezsensowne.
I ja
wymyśliłem to na kacu?
Wziąłem
głębszy wdech, nagle wracając do świata żywych. Potrząsnąłem głową i przetarłem
oczy, otrząsając się. Stwierdziłem, że przyczyną tego rozmyślania była zbyt
duża ilość alkoholu, którą wczoraj w siebie wlałem lub jakieś problemy na tle
psychicznym – dziwne sny o basistach-wrogach z mojego zespołu już miałem, teraz
jakieś głosy odzywają się w mojej głowie… Zacząłem się o siebie odrobinę
martwić. Wiedziałem, że nie powinienem był pić. Tak to jest, jak ktoś ma słabą
głowę…
Westchnąłem
ciężko, stwierdzając, że mój żołądek kategorycznie domaga się jedzenia. Zdjąłem
okulary z nosa i rozmasowałem dwoma palcami jego nasadę, kierując się do
przedpokoju. Założyłem tam buty oraz kurtkę, a następnie, zgarniając jakieś
drobne pieniądze z komody, wyszedłem. Zawitałem do sklepu, gdzie ostatni raz
byłem chyba w… no… w każdym razie na tyle dawno temu, że już nie pamiętałem
kiedy.
Przeciętny
człowiek, wchodząc do sklepu, bierze koszyk stojący gdzieś w pobliżu wejścia, a
następnie krąży między regałami, robiąc zakupy na dłuższy okres czasu; ja tak
nie robiłem, ale nie jestem normalny ani przeciętny, co warto przypomnieć. Nie
biorąc uprzednio żadnego koszyka, czy innego podobnego wynalazku, przeszedłem
się po sklepie i to by było na tyle. Po obejrzeniu produktów, ludzie stają się
jeszcze bardziej głodni lub nagle mają na nie ochotę, więc wsadzają go do
wózka, czy koszyka. Ze mną było całkowicie odwrotnie; kiedy przyglądałem się
towarom wystawionym na półkach, zrobiło mi się jakoś niedobrze i odechciało mi
się jeść. Kupiłem jedynie kawę, pamiętając, że dzisiaj rano wygrzebywałem
resztki z dna puszki.
- Zaszalałeś
na zakupach – usłyszałem za sobą drwiący głos. – Uważaj, żeby się nie
przedźwigać, nosząc te ciężary do domu – Osamu otwarcie szydził ze mnie,
śmiejąc się głośno. – Normalnie jesteś obładowany siatami od góry do dołu…
-
Skończyłeś? – przerwałem mu, zgrzytając zębami i odwracając się do niego
przodem. – Już ci mówiłem, że w przeciwieństwie do ciebie nie wydaję ostatnich
pieniędzy na białka kulturystyczne i suplementy diety, żeby zachować obecną
sylwetkę. Pytanie tylko, po co stosujesz to wszystko? Skoro ćwiczysz, nie
powinieneś bać się o spadek kondycji… Hm… Zastanawiające – przyłożyłem palec do
brody, udając, że się zastanawiam. – Może bierzesz je, bo aż tak o siebie nie
dbasz, co? Lubisz słodycze? No, ale przecież nie twoja wina, że czekolada jest
taka dobra – prychnąłem. – Zazdrościsz mi, że potrafię dozować sobie porcje i
nie jem tylko, żeby jeść, a jedynie wtedy, kiedy jestem głodny?
- Wiesz, co?
– spojrzał na mnie z politowaniem. – Shimizu miał rację, jesteś psychiczny –
zaśmiał się. – Niby na jakiej podstawie wymyśliłeś tą bajeczkę? Że niby miałbym
ci czegoś zazdrościć? – prychnął. – Wolne żarty…
- Nie rób ze
mnie idioty, bo mimo że nie założyłem dzisiaj soczewek, ani okularów, to z
daleka widzę to oczojebne opakowanie pejoy*. Widziałem nową reklamę, w której
je pokazywali. Moim zdaniem jest niemalże fluorescencyjne– wzruszyłem
ramionami. Poza tym, ostatnio w koszu w studiu widziałem również opakowania po
ciasteczkach Hello Panda, BoroBoro i pałeczkach ze słodkim dipem yanyan**.
Tsukasa jest prawie na wszystko uczulony, przysmakiem Karyu jest Pocky i nie
tknie niczego innego, a Zero stroni od słodyczy, gdyż woli papierosy. Ja z
kolei lubię mocną kawę, więc, jak widzisz, jedyną osobą, która lubuje się w
słodyczach jesteś ty, a jakoś nie chce mi się wierzyć, że krasnoludki zaczęły
wyrzucać śmieci do naszego studyjnego śmietnika – wywróciłem oczyma. – A biorąc
pod uwagę, że tych śmieci było naprawdę dużo… To nie była jednorazowa potrzeba
uregulowania poziomu cukru we krwi – wzruszyłem ramionami, podczas gdy chłopak
patrzył na mnie okrągłymi oczyma.
- Jesteś
spostrzegawczy… - uśmiechnął się krzywo.
- Nie praw
mi komplementów, bo robi mi się niedobrze – prychnąłem.
- Znów
odzywa się w tobie odruch bulimiczki? – na sam koniec musiał mi dopiec.
Westchnąłem
ciężko, nie mając już ani siły, ani ochoty kontynuować tej durnej rozmowy.
Odwróciłem się na pięcie, pokazując Żyrafie środkowy palec, a następnie
odszedłem, kierując się w stronę swojego mieszkania.
***
Kolejna
klęska. Zacząłem już chyba dwanaście piosenek, z czego każda miała zaledwie dwa
wersy tekstu i żadnej nie mogłem skończyć. Nie mogłem również połączyć
strzępków, które zdążyłem zapisać, tworząc z nich jeden tekst, gdyż wtedy
wydawał mi się błahy, bez sensu. Na jutro miałem mieć gotową piosenkę, a w
mojej głowie wciąż gościła tylko pustka… Matko, jak ja nienawidzę takiego
pisania na „zawołanie”! Wena nie przychodzi na pstryknięcie palcami, nie można
umawiać się z nią na konkretną godzinę na spotkanie… Wena to rozkapryszona
dziwka, która przychodzi i wychodzi, kiedy jej się podoba. Czasem tylko zagląda
w okna twojego mieszkania, żebyś miał złudną nadzieję, że do ciebie przyjdzie,
że wymyślisz coś olśniewającego; a potem odchodzi, śmiejąc się z ciebie i
szydząc na potęgę. Ogólnie miałem z nią dość dobre stosunki (bez skojarzeń,
proszę), pisanie piosenek było dla mnie czynnością naturalną, bezwarunkowym
odruchem, jak kichnięcie czy kaszel.
Choć z
drugiej strony, jakby się nad tym zastanowić, pisanie wcale nie zależało od natchnienia,
a od moich uczuć. W tekstach zawierałem własne emocje, odczucia, przemyślenia…
a czerpałem je z własnych doświadczeń. A czego niby miałbym doświadczyć przez,
na dobrą sprawę, półtora dnia, jakie dostałem na napisanie nowej piosenki?
Mógłbym się przewrócić i skręcić kostkę, ale to nie było takie doznanie, o
którym można by napisać piosenkę. Jak niby miałbym to ubrać w słowa: „Ooo! Jak
mnie boli kostka, ooo!” – ludzie, proszę, przecież to jest co najmniej żałosne…
Doznania, o
których można by coś napisać, zazwyczaj rozciągały się w czasie, jak zyskanie
przyjaciela lub jego utrata; opis mieszających się uczuć, jakie przy tym
towarzyszą piszącemu; zmiana poglądu choćby w sposobie zapatrywania się na
świat – przykład na mojej osobie; jeszcze kilka lat temu uważałem, że ten świat
nie jest taki zły, że da się w nim żyć, że ludzie potrafią być dobroduszni i
pod powłoką, którą ukazują przypadkowym osobom, kryją wnętrze dostępne jedynie
dla bliskich; wnętrze piękne i dobre. Dziś już w to nie wierzę. Byłem głupi i
sentymentalny, nie wiedziałem, na czym polega życie. Dalej utrzymuję, że
człowiek czasem może mieć inne wnętrze– ale jeśli z zewnątrz jest zły, to w
środku będzie tylko jeszcze bardziej zepsuty; jeśli z zewnątrz jest dobry, to w
środku nie jest zepsuty, a doszczętnie zgniły, w dodatku przyprawiony
śmierdzącą aurą kłamstwa, którym próbuje się wybielić w oczach innych.
Ktoś
powiedziałby, że mógłbym napisać właśnie o tym – tylko, ile można o jednym i
tym samym? A nawet jeśli to, o czym bym pisał, byłoby ważne, po pewnym czasie i
ja, i czytelnicy (w tym wypadku słuchacze) mieliby dość. Zresztą… nie jestem
pierwszym rozwodzącym się, jakie są realia w zakłamaniu. Ludzie piszą o tym, bo
to zdaje się mieć głębszy sens; ale jeśli wszyscy zaczną, ci, którzy byli
pierwsi i trwali w tym niezmiennie, przestaną być indywiduami, nie będą już
oryginalni. Mówiąc prostszym językiem: ważnym tematem jest, na przykład, II
wojna światowa. Ja akurat go nie znoszę, ale są i jego pasjonaci; gdyby jednak
wszyscy zaczęli o nim pisać, straciłoby to sens. Publiczność przestałaby
czytać, bo książki mówiłyby ciągle o tym samym, przekazywałyby wciąż te same
informacje… To tak jakby ktoś codziennie przypominał mi, że nazywam się Yoshida
Hiroshi – na litość boską, przecież ja to wiem! Tak samo jak to, że II wojna
zakończyła się w 1945 roku… Właśnie dlatego nie mogę wciąż wzorować się na
jednym i tym samym, odwoływać się ciągle do jednego – bo przestałbym być
oryginalny, a moje teksty stałyby się do siebie podobne, a może nawet i takie same;
tego nie chciałem. W dodatku musiałem wymyślić coś takiego, co powaliłoby
„jury” na kolana – dosłownie i w przenośni. Tsu, Karyu i Zero znają mnie nie od
dziś, więc muszę stworzyć coś absolutnie innego, żeby się wybić, zaistnieć,
pokazać, że jestem lepszy od Osamu. Dużo lepszy…
Ponad to,
zżerała mnie ciekawość, jak pisze Żyrafa. Nie przeczytałem ani jednej jego
piosenki – nawet nie pokazał swojej wcześniejszej twórczości Karyu i Tsukasie,
aby ci ocenili czy jest jakimś podlotkiem, czy rzeczywiście może coś z niego
być i jest na tyle dobry, aby stawiać go na równi ze mną, a tym bardziej, aby
zastępować mnie nim! Po prostu Zero zaciągnął go do studia i nagle wszyscy
obwieścili mi, że wylatuję z zespołu, bo miejsce wokalisty ma objąć facet,
którego zdolności nie możemy być pewni. Ze mną D’espairsRay grało już kilka lat
i intensywnie się rozwijaliśmy, ale mimo to reszta zespołu postanowiła mnie
wyrzucić… Śmierdziało mi to robotą Shimizu; pewnie on naopowiadał liderowi i
perkusiście, jaki to jego chłopak jest wspaniały, a ja nie nadaję się nawet do
zamiatania chodnika przed jego domem… Grrr… A wszystko przez to, że Michi mnie
nie lubił; poprawka: nie znosił. I przez tak błahy powód miałem wylecieć z
zespołu, który założyłem i oddać miejsce wokalisty jakiemuś gościowi z
fizjonomią orangutana? Wolne żarty…
Wciąż
zdawałem sobie sprawę, że wygląd to nie wszystko. Nie trzeba być pięknym, żeby
być utalentowanym. Bałem się, że mimo wszystko Osamu mógł okazać się naprawdę
dobry. Zresztą… miał bardzo ułatwione zadanie; z pewnością Zero pozwolił mu
przesłuchać wszystkie nasze dotychczasowe piosenki, aby wiedział, czego będzie
się mógł po mnie spodziewać – dzięki temu mógł napisać coś podobnego, tylko to
ulepszyć; albo stworzyć coś zupełnie odwrotnego, aby przekonać jury, że mój
punkt widzenia jest zły… W dodatku Shimizu mu pomagał i będzie przekonywał
pozostałych muzyków do swojego chłopaka… Życie jest niesprawiedliwe…
Zżerała mnie
niepewność… I nagle, jak grom z jasnego nieba, doznałem olśnienia! Napiszę o
mojej niepewności! Opiszę uczucie, które teraz mi towarzyszy! Ten koncept jest
naprawdę dobry i może powstać z niego całkiem udana piosenka…
***
- I jak? –
zagadnął rudzielec zaraz po tym, jak weszliśmy do sali. – Napisaliście
piosenki? – zwrócił się do mnie i Żyrafy. Obaj pokiwaliśmy głowami, mierząc się
nienawistnymi spojrzeniami. – Świetnie! – lider klasnął w dłonie. – Hizumi,
pokaż, co tam naskrobałeś! – zaśmiał się serdecznie, a ja jeszcze bardziej
spochmurniałem.
- Dlaczego
zawsze ja mam zaczynać? Niech to – wskazałem na przeciwnika – choć raz zacznie
– burknąłem.
- Dobrze,
zacznę – odpowiedział niewzruszony czarnowłosy. – Najlepsi zawsze idą pierwsi –
uśmiechnął się wrednie, po czym podał Karyu trzy kartki formatu A4. Na
odręcznie narysowanych pięcioliniach zapisane były nuty, a poniżej tekst
piosenki.
- Hm…
Wygląda nieźle – odezwał się perkusista, który zaglądał gitarzyście przez
ramię. – Daj chłopakom chwilę, niech zapoznają się z melodią, to zaraz
zaakompaniują ci i będziesz mógł zaśpiewać…
- Zero
zapewne zna już tą piosenkę aż nazbyt dobrze – prychnąłem, spoglądając w stronę
basisty. – Znasz już chwyty na pamięć? – wyszczerzyłem się jadowicie w
najbardziej nieprzyjemny sposób, w jaki tylko potrafiłem. Musiało mi naprawdę
dobrze wyjść, bo szatyn cofnął się aż o dwa kroki, kiedy tylko spojrzał na mnie.
- Nie –
syknął, szybko reflektując się. – Nie pomagałem mu przy pisaniu tej piosenki.
Chciałem ją zobaczyć wcześniej, ale Osamu mi nie pozwolił. Widzę to pierwszy
raz na oczy – zadarł brodę do góry w wojowniczym geście.
- Taa,
pewnie… - mruknąłem, wywracając oczyma.
- Hizumi,
nie zaczynaj… - warknął na mnie Tsukasa.
- Chciałbyś…
- zmrużyłem oczy i posłałem mu drapieżny uśmiech. – Też jesteś przeciwko mnie?
- Zamknij
się z łaski swojej – wciął się Żyrafa. – Sam oddałeś mi pierwszeństwo, więc
siedź na dupie i morda w kubeł albo sam zadbam, żebyś już więcej nie odzywał
się nieproszony – zagroził mi, po czym znów wesoło zwrócił się do reszty. – Nie
musicie się z niczym zapoznawać, spokojnie. Dam wam te kartki zaraz po tym, jak
zaprezentuję to, co przygotowałem.
- Będziesz
śpiewał acapella? – zdziwił się Karyu. – To po co układałeś melodię?
- Zagram na
gitarze i zaśpiewam jednocześnie – wyjaśnił dobitnie. – W sumie… wyszła mi
ballada, więc nie potrzebuję niczego innego jak tylko gitary akustycznej –
wyjaśnił i wziął instrument, o którym mówił, ze stojaka.
Przygotował
jedną piosenkę; ja przygotowałem kilka – wena znów do mnie zawitała i nie
mogłem się powstrzymać. Jury usiadło na kanapie, a chłopak na plastikowym
krześle przed nimi, układając kartki przed sobą na podłodze. Wziął gitarę na
kolana i zaczął wygrywać kolejne akordy, kiedy ja wciąż stałem pod ścianą i ze
spuszczoną głową, ostatni raz w myślach dokonywałem poprawek moich piosenek.
Tsukasa i Karyu słuchali w napięciu, a Zero przez chwilę bawił się jakimś małym
urządzonkiem, którego z tak dużej odległości nie mogłem rozpoznać. Nie umiałem
określić, co to było, jednak zdawało się, że basista nie chciał, aby reszta
zauważyła, co trzymał w rękach, gdyż szybko wyjął je, zasłaniając się bluzą,
wykonał kilka ruchów palcami, zdawało mi się, że nacisnął kilka przycisków, po
czym z powrotem schował urządzenie do kieszeni. Chwilę potem Osamu zaczął
śpiewać. Zachowanie Michiego świadczyło tylko o tym, że musiał wcześniej
słyszeć tą piosenkę, bo wcale nie skupiał się na niej jakoś przesadnie. Trochę
olewał swojego chłopaka, ale skoro okłamał mnie i jednak pomagał mu ją pisać,
to słyszał tak wiele wersji, że z pewnością nie musiał wysłuchiwać jej kolejny
raz, aby pogrążyć mnie i zacząć skakać wokół czarnowłosego jak różowy kucyk
pony.
Głos mojego
konkurenta był głęboki i niemalże uwodzicielski. Wolny rytm i molowe dźwięki
idealnie komponowały się z jego barwą i tonem głosu oraz słowami piosenki,
która opowiadała o lśniącym uczuciu w szarym świecie. Tekst był głęboki i
przejmujący, skłaniający do głębszych rozmyślań – czyli taki, jaki zawsze
chciałem napisać. Był jednocześnie ciężki i lekki oraz melodyjny. Dopracowany w
każdym szczególe… Z trudem się do tego przyznaję, ale szczęka mi opadła.
Zacząłem się denerwować, a myśl, że wypadnę przy nim cienko, nagle zagościła w
mojej głowie. Niespodziewanie rozbolał mnie żołądek i naprawdę zacząłem obawiać
się, że mogę stracić pozycję wokalisty w D’espairsRay. Właśnie w tym momencie
piosenka dotarła do swojego punktu kulminacyjnego – rytm stał się szybki, Osamu
zaczął śpiewać głośniej i z jeszcze większą pasją. Wykrzyczał swoje myśli w
rytm muzyki… a następnie utwór po prostu się skończył. Jury wstały i zaczęły
klaskać. Zero podszedł do swojego chłopaka i przytulił się do niego, zadowolony
z jego występu. Potem… potem jakby jakaś chwila mi umknęła, a następnie wszyscy
spojrzeli wyczekująco na mnie.
-
Zaproszenie wysłać do wielmożnego pana? – burknął Żyrafa, kiedy wciąż uparcie
stałem i wpatrywałem się w nich niewidzącym wzrokiem. Odniosłem jakieś dziwne
uczucie, że oni należą do zupełnie innego świata… że… że ja już tutaj nie
pasuję…
Zgniotłem
kartki, które wciąż trzymałem w dłoni, a następnie przeszedłem przez całą
długość sali i wyrzuciłem je do śmietnika, w którym nadal mieściły się
opakowania po słodyczach. Opuściłem salę trzaskając drzwiami, a następnie
studio, w jednej chwili orientując się, że właśnie stałem się bezrobotny…
*pejoy –
japońskie słodycze
** wszystko
to japońskie słodycze; tak słodkie, że aż zęby bolą.

