Gara x Tetsu 4


Zgodnie z zamówieniem :)
Następne będzie "Le Ciel", a potem oneshoot Koichi (Mejibray) x Ryoga (BORN) - ostrzegam już, że to ostatnie jest psychiczne... (/.-)            

Gara założył nogę na nogę i posłał mi ciężkie spojrzenie. Ewidentnie chciał mnie sprowokować, jednak tym razem nie zamierzałem ulegać mu, tak jak to miałem w zwyczaju. Prychnąłem, trzymając niedopalonego papierosa w ustach i jednocześnie szukając zapalniczki po kieszeniach.
            - Proszę – Die podsunął mi pod nos przedmiot, którego szukałem.
Spojrzałem na czerwonowłosego bez wyrazu i przyjąłem zapalniczkę. Wokalistę strasznie irytowała obecność gitarzysty z innego zespołu na naszej próbie. Mężczyźni próbowali nie zwracać na siebie uwagi, ale Garze szło to co najmniej beznadziejnie. Kątem oka wciąż widziałem jak ciemnowłosy zaciskał szczęki, a żyłka na jego skroni co chwilę się ukazywała, co zdradzało jak bardzo przeszkadzało mu to. Daisuke natomiast całą swoją uwagę skupiał na mnie i próbował zmusić mnie, abym i ja zaabsorbował się nim – niestety bez skutku.
Z jednej strony chyba właśnie tego pragnąłem – żeby Die w jakiś magiczny sposób zainteresował mnie do tego stopnia, żebym w końcu nie zwracał uwagi na tę pieprzoną żyłkę na skroni Gary i jego zaciśnięte szczęki! Żebym w końcu traktował go jak normalnego człowieka, a nie fascynujący eksponat muzealny, z którym trzeba delikatnie się obchodzić i najlepiej go nie dotykać; najlepiej stać od niego jak najdalej, aby nawet powietrze, które wydychałem nie zaszkodziło mu – a jednocześnie nie dało się o „od tak” zapomnieć o tym chłopaku i nawet, kiedy próbowałem od niego odejść zawsze musiałem się odwrócić i spojrzeć na niego ten ostatni raz… który, rzecz jasna, nie był ostatnim razem, bo Asada wyłapywał to moje spojrzenie i nawiązywał między nami jakąś niewidzialną i nieokreśloną nić porozumienia, która kazała mi do niego wrócić.
To się nazywa być między młotem a kowadłem… Z jednej strony wokalista terroryzował mnie spojrzeniem, z drugiej gitarzysta po raz drugi próbował złapać mnie na smycz. I komu tu się poddać?
Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się dymem do dna płuc, próbując nie oszaleć – a bynajmniej nie w obecności tych dwóch pępków świata.
Siedziałem na krześle naprzeciw Gary, który taksował mnie spojrzeniem. Ja natomiast utkwiłem wzrok w punkcie bliżej nieokreślonym nad jego głową, próbując ignorować to, że jego spojrzenie było jak stężony kwas, którym ktoś oblał mnie od stóp do głów, kiedy nagle na kolana zwalił mi się czerwonowłosy. Jednocześnie założył mi ręce na szyję. Niechętnie objąłem go, gdyż czułem, że chłopak zaraz zleciałby z moich nóg, gdybym tego nie zrobił. Zaciągnąłem się i wypuściłem szary obłok z ust, po czym gitarzysta ułożył głowę na moim ramieniu, przylegając do mnie całym ciałem.
- Widzę, że wróciłeś na stare śmieci, Tetsu – odezwał się jadowicie Gara, który wyglądał jakby zaraz miał się na mnie rzucić i udusić gołymi rękami. – A może zostałeś na nie z powrotem zaciągnięty? – spojrzał przelotnie na Andou. Oczy ciemnowłosego błysnęły niemalże drapieżnie. Chłopak, którego trzymałem na kolanach już chciał jakoś nieprzyjemnie odpowiedzieć prowokatorowi, ale na szczęśnie uprzedziłem go.
- Jak widzisz… - odpowiedziałem obojętnie, co Dai uznał chyba za potwierdzenie tego, że należę już do niego, gdyż wtulił się we mnie jeszcze mocniej i wytknął język wokaliście. Mówiłem, że on czasami zachowywał się jak dziecko?
Atmosfera pod zdechłym Azorkiem…

***

Wyszliśmy ze studia, a Die skakał wokół mnie szczęśliwy – aż w nadmiarze; nawet jak na niego. Westchnąłem i otworzyłem samochód, po czym wsiadłem do niego. Włożyłem kluczyk do stacyjki, kiedy nagle coś plasnęło. Zdziwiony spojrzałem na roześmianego chłopaka, który właśnie wsiadł i zamknął za sobą drzwi.
- Coś się stało? – zapytał nadal uśmiechnięty.
- Co ty tu robisz? – podniosłem jedną brew.
- Wpraszam się do ciebie – oznajmił wesoło, kładąc mi rękę na udzie. – Chyba nie masz nic przeciwko, kochanie? – zapytał przesłodko.
- A co z Kaoru? – zdobyłem się na cynizm.
- Pieprz go – skrzywiłem się na jego słowa. – Znaczy… Nie przejmuj się nim. Tą sprawą zajmę się później – jego ręka zawędrowała wyżej. – Jedźmy już do ciebie – szepnął uwodzącym głosem i pocałował mnie w policzek.

***

Po kolejnym, ostrym seksie z gitarzystą nie miałem nawet siły podnieść się i otworzyć drzwi, kiedy ktoś zaczął w nie bezceremonialnie nawalać pięściami.
- Będę się zbierać, kotku – Daisuke zapiął szarą bluzę i pochylił się nade mną by ostatni raz pocałować.
- Zadzwoniłeś po Kaoru, żeby po ciebie przyjechał?
- Tak – kiwnął głową i założył buty, krzywiąc się, kiedy musiał się schylić. – Nie chcę tułać się taryfami…
- Powiesz mu?
- O czym? O nas? – upewnił się. – Oczywiście! Ale jeszcze nie teraz… Najpierw pomału będę pakował jego rzeczy, aż nadejdzie dzień, kiedy wystawię dwie walizki do przedpokoju i wskażę mu drzwi, oznajmiając, że ty się do mnie wprowadzasz, skarbie – przeczesał palcami moje włosy.
- Brutalne – zaśmiałem się. – Podoba mi się – uśmiechnąłem się cierpko, stawiając się w sytuacji lidera zespołu czerwonowłosego. Nie lubiłem Kaoru, ale… cóż… to było trochę nie na miejscu. On naprawdę kochał Die i doskonale o tym wiedziałem. On był zdecydowany, a ja nie. Andou także nie był zdecydowany; kto wie, czy ja kiedyś nie wystawię tak walizek z rzeczami gitarzysty? Albo on moich? Ten związek miał wiele wątpliwości i składał się głównie z niedopowiedzeń… - Nie pakuj go znowu aż tak szybko – dodałem.
- Jak sobie życzysz – posłał mi całusa, po czym wyszedł z sypialni i otworzył drzwi, gdzie spotkał swojego rozjuszonego kochanka. – Kaoru! Co tak długo?! – zbeształ go na „dzień dobry”.
- Piętnaście minut na ciebie czekałem! I co ty, do kurwy nędzy, robisz u Tetsu?! – wydarł się i zaczął wyglądać w poszukiwaniu mojej szanownej osoby. Oparłem się o framugę drzwi, jednocześnie zapinając pogniecione spodnie. Ciemnowłosy obrzucił mnie nieprzyjemnym spojrzeniem i skrzywił się na mój widok.
- Interesy, skarbie. Kanały przerzutowe na papierosy same się nie zrobią – prychnął. – A coś palić trzeba – zachichotał i wyjął paczkę papierosów z kieszeni, po czym wsunął między wargi ostatniego z nich. Odwrócił się i pomachał mi, uśmiechając się miło, po czym przecisnął się między kochankiem a framugą i wyszedł na korytarz. W tym momencie w dwóch susach doskoczyłem do lidera i złapałem go za rękę.
- Schowaj wszystkie walizki, torby i temu podobne, i obserwuj, czy twoje rzeczy nie znikają ze swoich miejsc – odezwałem się konspiracyjnym szeptem.
- Co? – zdziwił się.
- Jestem na tyle dobry, że cię ostrzegam. Niedługo możesz się wynieść i zostać postawionym przed faktem dokonanym. Nie pozwól sobie na to – spojrzałem na niego ostro. Chłopak wydawał się niewiele rozumieć z moich słów, a wyraz jego twarzy niemo prosił o to, abym powiedział coś jeszcze, ale to było niemożliwe. I tak za dużo mu przekazałem. Odepchnąłem go od drzwi, po czym zamknąłem je tuż przed jego nosem i przekręciłem klucz w zamku.
Nie minęła chwila, a już ktoś znów zaczął dobijać się do moich drzwi. Westchnąłem rozżalony i otworzyłem.
- Czego? – warknąłem. W odpowiedzi zostałem oślepiony fleszem. Zamrugałem kilkakrotnie i przetarłem oczy, po czym niepewnie znów je otworzyłem. – Hizumi, czy ciebie posrało?! – krzyknąłem na chłopaka, który śmiał się do ekranu aparatu, który trzymał w rękach.
- Ale minę strzeliłeś – zachichotał. – Idziemy robić zdjęcia? Podobno kiedyś to lubiłeś… Ładna dziś pogoda. Nie będzie potrzeba lampy błyskowej – wyszczerzył się.
- Nigdzie nie idę – chciałem i jemu zamknął drzwi przed nosem, ale nie dał się tak zbyć.
- Idziesz – poinformował mnie i wepchnął w głąb mieszkania, po czym zaczął się po nim rozglądać.
- Czego szukasz? – zmarszczyłem brwi. Był u mnie pierwszy raz. Ogólnie nigdy jakoś nie trzymałem się z nim szczególnie blisko, dlatego dziwiło mnie jego najście. Czyżby… o nie! Teraz on chciał się bawić w mojego nauczyciela?!
- Gdzie jest sypialnia? – zapytał, a ja spojrzałem na niego jak na debila.
- A co ty chcesz od mojej sypialni? Mam z kim sypiać, dziękuję! – prychnąłem, po czym pod siłą nacisku jego wzroku dodałem ciszej. – Pierwsze drzwi na lewo.
Chłopak bez słowa wszedł do pokoju i chwilę się tam krzątał, po czym wyszedł i rzucił czymś we mnie.
- Zakładaj koszulkę i idziemy – poinformował mnie.
- Przecież powiedziałem, że nigdzie nie idę! – zaprotestowałem. – Zresztą… Mam jeszcze parę spraw do załatwienia na mieście… - próbowałem się wymigać.
- To się świetnie składa. Załatwisz te wszystkie sprawy po drodze, bo jedziemy właśnie do miasta. Będziemy kręcić się po centrum.
- Matko! Ty też będziesz mnie tam ciągnąć?! Po co? Widzę po twojej minie, że nie odpuścisz, ale wybacz, jestem zmęczony po prawie dwugodzinnym seksie i chciałbym odpocząć. Poza tym… czemu chcesz jechać do centrum robić zdjęcia? Przecież na obrzeżach jest ładniej. Więcej wolnej przestrzeni i w ogóle…
- Nawet nie wiesz, ile piękna można znaleźć w centrum naszej stolicy – nie dawał za wygraną. – Wiem, że nie chcesz tam jechać, bo nie lubisz ludzi, Tetsu. Ty nie lubisz każdego, kto nie jest Garą albo Die. Nie lubisz ludzi, których nie znasz; nawet tych, z którymi nie musisz rozmawiać. Po prostu irytuje cię to, że oni mają takie samo prawo do egzystowania na tym świecie tak jak ty – a co gorsza, egzystują obok ciebie. Ich sama obecność doprowadza cię do szału – spojrzał na mnie z politowaniem. Oj, chyba Hizu nie zamierzał być tak litościwy jak Tatsu.
- Nieprawda – fuknąłem, ale mimo wszystko założyłem koszulkę. Przecież ja nie Kaoru, żeby przyjmować gości będąc do połowy roznegliżowanym.
- Prawda. Przykładem tego jest choćby to, że mnie nie lubisz. A tak nawiązując do tego dwugodzinnego seksu… To jest dla ciebie dużo? Dla Zero to jest gra wstępna… - zaśmiał się.
- A kto powiedział, że cię nie lubię? Po prostu cię nie znam i jakoś nie fascynuje mnie to, ile twój chłopak potrafi cię rżnąć… Zresztą to zależy jeszcze od tego jaki uke jest „żywotny” – odbiłem piłeczkę.
- Nie znasz mnie i nie lubisz jednocześnie. Przyznaj to! Nie chcesz mnie poznać, dlatego nie chcesz ze mną wyjść! A tak na marginesie… Jestem bardzo „żywotny”, o to się nie martw – uśmiechnął się oszczędnie.
- Nie znanie kogoś, a nie lubienie to dwie różne sprawy, wiesz? I nie chodzi o to, że nie chcę cię poznać, tylko to ty przyszedłeś w nieodpowiednim czasie! – broniłem się.
- Ja wiem, że to są dwie różne sprawy – ale nie dla ciebie. Jak widać teoretycznie o tym wiesz, ale w praktyce… tego nie stosujesz. Zamykasz się, Tetsu. W ten sposób nic nie osiągniesz… a bynajmniej nie to, co byś chciał osiągnąć. I to twoje wieczne zwalanie na kogoś winy… Nigdy nie jest twoja wina; nigdy! Lepiej jest zgonić na kogoś, prawda? Ale powiedzmy sobie szczerze: zawsze przyjdę o nieodpowiedniej porze, bo mnie nie lubisz – jak prawie całego społeczeństwa japońskiego i ludności świata. Z siedmiu miliardów ludzi na Ziemi tolerujesz dwie. Nawet własna matka cię irytuje; przyznaj mi rację!
- Nieprawda!
- Prawda! I skończyły ci się argumenty!
- Hizumi, jak Boga kocham, zaraz zrobię ci krzywdę… - warknąłem, zaciskając ręce w pięści.
- Przyznaj to! Przyznaj to! Przyznaj to! Nie lubisz ludzi! Zamykasz się w sobie! Przyznaj to! – krzyczał, podskakując, przez co był jeszcze bardziej irytujący.
- Dobra! Nie lubię cię i mam cię dość! Przyznałem to, więc teraz daj mi święty spokój i wynocha! – wskazałem mu drzwi. Hiroshi momentalnie się opanował i stanął w miejscu. Ochłonął i uśmiechnął się do mnie ciepło, przez co totalnie zgłupiałem.
- Ty spełniłeś moją prośbę, ja spełnię twoją – ukłonił się nisko i wyszedł, tak jak mu kazałem.
Cicho zamknął za sobą drzwi, a ja przez dłuższą chwilę tępo się w nie wpatrywałem. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez niego odbiło się echem w mojej głowie. To taka… zależność? Niepewnie sięgnąłem po klamkę i otworzyłem drzwi. Za nimi nadal stał były wokalista D’espairsRay.
- Wiedziałem, że zrozumiesz, bo tępy nie jesteś i nigdy nie byłeś – powiedział, gasząc papierosa na ścianie i rzucając niedopałek na podłogę. – Tylko trochę się zagubiłeś… Chodź, wyjaśnię ci wszystko po drodze – pociągnął mnie za rękę w stronę windy.

***

Hizumi zaprowadził mnie do starej altanki, w której po raz pierwszy spotkałem Garę. Chłopak w międzyczasie, kiedy szliśmy do tego parku robił zdjęcia. Ja nie wziąłem aparatu – od pewnego czasu stał się on dla mnie urządzeniem zakazanym. Za każdym razem, kiedy brałem go w ręce wspomnienia zalewały mój umysł, co, wbrew temu, co ktoś mógłby pomyśleć, nie było wcale przyjemnym doświadczeniem. Usiadłem na kamiennych, popękanych płytach i ostrożnie oparłem się o próchniejące drewno owinięte przez dziki bluszcz. Hizu nie wszedł do środka, a jedynie przykucnął przy wejściu i zaczął robić mi zdjęcia.
- Co ty robisz? – spojrzałem na niego gniewnie. – Przestań – spuściłem głowę doznając również mało przyjemnego deja vu. Chłopak wykonał moje polecenie i zajął miejsce obok mnie. Wcisnął mi w ręce aparat, pokazując po kolei zdjęcia, które mi wykonał. – Usuń to – warknąłem. Znów przypomniał mi się Gara…
- Wiem, że próbujesz zapomnieć. Czasem zapomnienie jest najlepszym rozwiązaniem… a czasem zupełnie odwrotnie. To wszystko odnosi się do zależności międzyludzkich – wzruszył ramionami.
- Ee? – spojrzałem na niego jak na kogoś niespełna rozumu. – Nie rozumiem.
- Dobrze, że przynajmniej masz odwagę to przyznać – uśmiechnął się delikatnie. – To jest coś podobnego do naszego sporu w twoim mieszkaniu. Ty wykonałeś to, o co cię prosiłem, ja wykonałem to, o co ty prosiłeś. Oczywiście w życiu nie zawsze jest tak pięknie, bo nie wszyscy ludzie będą chcieli iść z tobą na ugodę, ale to był tylko taki przykład. Może wyjaśnię ci to na twoim życiu, tak bardziej ogólnikowo: wpadłeś w błędne koło. Izolujesz się od ludzi, więc oni też się od ciebie chcą odizolować, co ty rozumiesz jako delikatną sugestię, że jesteś niechciany. Uważasz, że oni nie lubią ciebie, więc ty nie lubisz ich. Człowiek ma taki system ochronny, który każe mu zapomnieć o tym, co niedobrego spotkało go w życiu, o tym, co go skrzywdziło. Dlatego często osoby, które padły ofiarą, na przykład, gwałtu prawie zawsze nie pamiętają twarzy gwałciciela. I to również działa u ciebie. Ty próbujesz zapomnieć o ludziach, więc oni też nie chcą o tobie pamiętać. Tylko nie wiesz, że porwałeś się z motyką na księżyc – nie da się zapomnieć o całym świecie! Tetsu, ludzie to świat! Gdyby nie ludzka praca nie byłoby dzisiaj Tokio, tego apartamentowca, w którym mieszkasz, tej altanki, w której teraz siedzimy! To wszystko to ludzka praca – nasza praca, a więc można powiedzieć, że to po prostu… my, ludzie. Świadectwo, które po sobie zostawiliśmy – spojrzał na mnie pytająco. – Rozumiesz już?
- Chcesz mi powiedzieć, że mam być bardziej otwarty?
- Dokładnie – kiwnął głową.
- Czyli… jeśli nie jestem otwarty i nie chcę poznawać ludzi, oni też nie chcą mnie poznawać i wydają opinię o mnie, że jestem jakiś dziwny i nie warto się ze mną zadawać. Zależy mi tylko na Garze lub Die, jednak w tym ferworze, w którym chcę zapomnieć o ludziach, którzy wydali o mnie taką niepochlebną opinię, próbuję zapomnieć również o Asadzie i Andou, co przekłada się na to, że…
- Gara zachowuje się jak się zachowuje, a Die szaleje i robi co mu się żywnie podoba – prychnął. – Wiesz, czasem nie trzeba czekać na reakcję innych, czasem tą reakcję trzeba spowodować – poklepał mnie po ramieniu i wstał. – Nie oszukujmy się, obaj wiemy jaki jest Daisuke. Dasz mu palec, on weźmie całą rękę – jak wsadzisz rękę do kieszeni, to on też ci tak zrobi i nie będzie patrzył na konsekwencje swojego czynu. Ja go widzę jako faceta, który mimo swoich lat, jeszcze nie dorósł. Kaoru kocha tego dzieciaka całym sercem i stara się go chronić jak tylko potrafi. Ma do niego naprawdę ogrom cierpliwości; odpowiedz sobie, czy ty też potrafiłbyś okazać jej aż tyle? A jeżeli nawet tak, to przez jaki okres czasu? Die to przykład człowieka, który wywołuje reakcję, nie czekając na nią. Sam do ciebie przyszedł. Ale to, że on chce wywołać reakcję, nie oznacza, że ty musisz mu rzeczywiście ulegać. Wiesz, nie chcę ci nic sugerować, ale ja zawsze uważam, że skoro coś raz się zakończyło to nie ma sensu wracać do tego pięćdziesiąt razy… Może JUŻ powinieneś dać sobie spokój z Die? Szczególnie, że on… sam wiesz jaki jest; zresztą nie będę się powtarzał. Gara ma tak samo ciężki charakter jak ty, ale… to on jest tą stroną, która łaknie okazywania wobec niej miłości w bardzo dobitny sposób…
- Chcesz powiedzieć, że mimo iż nie byłeś u nas w sypialni to domyślasz się, że to on był uke? – niepewnie skinął głową. – Masz rację… Ale czy tu znowu nie ma tej zależności międzyludzkiej?... To nie będzie tak, że kiedy ja okażę mu uczucie to on mi też? – zacząłem głośno rozmyślać.
- Wiesz… Te zależności międzyludzkie różnie wyglądają między różnymi ludźmi. Słabo znam Garę, ale widzę, że się męczycie. Nie znam cię zbyt dobrze, ale chcę ci pomóc – uśmiechnął się. – Jakby co wiesz, gdzie mnie szukać – odwrócił się i odszedł.
„Może te wszystkie nauki tych moich „nauczycieli” nie są takie głupie? Może… oni rzeczywiście nie chcą dla mnie źle?... Bo w sumie… to wszystko, co powiedział mi Tatsu i Hizu… miało sens i przełożenie na życie codzienne; co gorsza na moje życie codzienne, co potwierdzało choćby to, że chłopcy zawsze tłumaczyli mi wszystko na przykładach sytuacji, z którymi nierzadko się spotykałem…”
Ktoś mógłby powiedzieć, że po dojściu do takiego wniosku z pewnością musiałbym od chwili obecnej zacząć stosować się do wszystkich rad, które zostały mi udzielone przez najbliższe kilka dni – nic bardziej mylnego. Nawet nie wiesz, drogi Czytelniku, jak trudno jest zmienić choćby odrobinę swoje życie; a co dopiero wywrócić je do góry nogami… A jako że byłem człowiekiem nerwowym, który chce wszystko teraz, już i natychmiast moja metamorfoza zakończyła się na, tym razem, samotnym wieczorze z butelką whisky i rozbitą szklanką, której nie mogłem utrzymać w roztrzęsionych dłoniach.
Smutne? Nie do końca – gdyby nie alkohol z pewnością nie porwałbym się na wycieczkę przez pół miasta, żeby stanąć porządnie przyćmiony niemałą dawką bursztynowego trunku pod drzwiami Makoto. Przez chwilę zastanawiałem się, jak ja się tutaj, do ciężkiej cholery, znalazłem, bo drogi bynajmniej nie pamiętałem, aż w końcu bezpardonowo zacząłem napierdalać do drzwi.
- Gara wiem, że tam jesteś! Otwieraj! – zacząłem się drzeć.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Potem usłyszałem kilka szeptów, aż w końcu drzwi stanęły otworem, a w nich wokalista w…
- Tetsu, co ty tu robisz? – zapytał oschle. Jego słowa były jak pociski z lodu. Jebany, zimowy książę się znalazł… - Jesteś kompletnie pijany! – fuknął.
- A ty to abstynent? – prychnąłem i szarpnąłem go za szarą bluzę, którą miał na sobie. – No tak totalnie zalany to nie jestem… bo poznam to nawet w grobie – potrząsnąłem nim. – To nie jest twoja bluza. A na całe twoje nieszczęście wiem do kogo ona należy… - syknąłem, zataczając się.
- Nie wiem, o czym mówisz – wzruszył ramionami i wyrwał się z mojego uścisku. – Zresztą… nie będę rozmawiał z tobą w takim stanie! – odwrócił się i chciał zamknąć drzwi, ale uniemożliwiłem mu to.
Wcisnąłem się do jego mieszkania i rozejrzałem. Pusto; no tak, mogłem się domyśleć, że nie znajdę go na środku pokoju. Pewnie kazał mu się ukryć – choćby na wszelki wypadek.
- Wyłaź Die! Wiem, cholero, że gdzieś tu się ukrywasz! – krzyknąłem na całe gardło.
- Oszalałeś! – wrzasnął Gara. – Co niby miałby u mnie robić Die? Czy ty jesteś normalny?! Przecież dobrze wiesz, że od dłuższego czasu nie utrzymujemy już ciepłych stosunków – wywrócił oczyma i założył ręce na piersi, będąc pewnym tego, co mówi.
- Nigdy nie widziałem bardziej przekonującego kłamcy niż ty, Makoto – uśmiechnąłem się do niego krzywo. – No! Śmiało, Dai! Miej tą cywilną odwagę pokazać mi się!
W pokoju po lewej coś ciężko westchnęło, następnie skrzypnęło, a po chwili na korytarzu, w którym staliśmy pojawił się czerwonowłosy. Wokalista spojrzał zszokowany, a jednocześnie wściekły na gitarzystę. Zgadywałem, że nie spodziewał się tego, iż Dai naprawdę się ujawni.
- Daj spokój, Gara. On i tak wiedział – wytłumaczył się Andou. Ciemnowłosy spojrzał na mnie wstrząśnięty.
- Asada, za jakiego ty masz mnie idiotę? – spojrzałem na niego z wyższością. Pierwszy raz wzbudziłem w tym chłopaku uczucia, które odmalowałyby się na jego twarzy tak wyraźnie. – Mimo wszystko muszę ci pogratulować, Andou. Świetnie to wymyśliłeś. Można powiedzieć na ciebie wiele złego, ale na pewno nie to, że nie jesteś pomysłowy i nie masz wyobraźni – zaśmiałem się gorzko.
- Kiedy się zorientowałeś? – zapytał chłodno, a raczej mroźnie, Daisuke.
- Wiesz… Mam kilka takich dobrych wróżek, które z każdym spotkaniem otwierają mi szerzej oczy. Na razie były dwie, ale myślę, że to nie koniec. Dziś jedna zasugerowała mi, żebym zastanowił się nad tobą… zawsze badałem pod tym względem Garę – spojrzałem na chłopaka, o którym teraz mówiłem. – Badałem każdy twój ruch i przyglądałem mu się z nabożnością… Dziś z tej samej perspektywy oceniłem i ciebie – znów zwróciłem się do gitarzysty. – Zobaczyłem wiele pojedynczych puzzli, które razem składały się w jedną całość. Cholera, nie chciałem w to wierzyć! Aż musiałem się napić! – znów zaśmiałem się niewesoło. – Nie wiedziałem, że potrafisz być taką szują, Die… Chciałeś mieć każdego z nas; przywiązywałeś nas do siebie różnymi zagraniami psychologicznymi i nie powiem, nawet dobrze ci to wychodziło. Skłóciłeś nas między sobą, żebyśmy nie myśleli zbiorowo – wiadomo, że co dwie, czy nawet trzy głowy to nie jedna i razem moglibyśmy na coś wpaść; ba, wydałoby się, że po prostu się kurwisz – spojrzałem na niego z obrzydzeniem. – Miałeś ze mną największy problem, więc poświęciłeś mi najwięcej czasu, ale przecież nie mogłeś zapomnieć także o Garze i Kaoru… prawda? Kaoru zaczął cię nudzić, bo z nim prowadziłeś „legalny” związek i tylko on kochał cię tak naprawdę. Gara został twoim przyjacielem, z którym równie dobrze jak pogadać, mogłeś także się przespać, a ja… kim ja byłem dla ciebie? Jakbyś to ładnie określił?
- Kochankiem. Odskocznią od pozostałej dwójki, kiedy tamci mi się znudzili – uśmiechnął się wrednie, a Asada wybałuszył na niego oczy.
- Znudzili…? – szepnął zszokowany wokalista.
- Chciałeś mieć wszystkich, Dai, nie będziesz miał nikogo – zaśmiałem się okrutnie. – Gara już wie – wie o tym, że oszukiwałeś jego, Kaoru i mnie, skłóciłeś naszą trójkę i bawiłeś się nami – wie już, że oszukiwałeś nas wciskając słodkie kłamstewka… Jego już straciłeś, mnie także… Kaoru zaraz się dowie – wzruszyłem ramionami.
- Myślisz, że ci uwierzy? – prychnął. – Prędzej już ty byś ode mnie odszedł. Wiem, że nie odejdziesz, Tetsu. Jesteś za słaby. To było takie zagranie, tak? Chcesz, żebym poświęcał ci najwięcej uwagi z tej trójki? Proszę bardzo – rozłożył ręce, podkreślając tym gestem jaki on to też jest „szczodry”. – Przyszedłeś mnie odbić, mój rycerzu na białym koniu? – zaśmiał się.
- Nie – pokręciłem głową i uśmiechnąłem się drapieżnie. – Przyszedłem porozmawiać z Garą, ale skoro sam już się do wszystkiego przyznałeś, to chyba temat zakończony? Oczywiście jeszcze tylko odwiedzę Kaoru i wszystko wróci do porządku dziennego… - odwróciłem się na pięcie i chciałem wyjść.
- Nic mu nie powiesz! – syknął czerwonowłosy, szarpiąc mnie za ramię. W jego oczach zobaczyłem strach. Dopiero teraz zrozumiał, że nie żartowałem.
- Przecież mówiłeś, że Kaoru to przeszłość… - szepnął zagubiony Makoto.
- Widzisz? Wpadłeś – zaśmiałem się w twarz gitarzyście. – Chciałeś mieć wszystkich, nie będziesz miał nikogo – wyszedłem, trzaskając drzwiami.

Monsters cz.10


Ach niech wam będzie, że już wstawię... xD W tym rozdziale przede wszystkim chciałam podkreślić to, że nie jest tak łatwo przeprowadzić się z Ameryki do Japonii (choćby problemy prawne - zmiana adresu zamieszkania, tłumaczenia kart, dokumentów) etc. i dalej związki, związku uczucia, przywiązania xD Wiem, że to lubicie ;p Ach, i przypominam, że na razie w tym opowiadaniu jest Le'veil (ze zmienionym składem rzecz jasna, bo w rzeczywistości oprócz Hizu był tam jeszcze Tsukasa) oraz Monsters (fikcyjny zespół, który sobie wymyśliłam) i nie są oni jeszcze sławni, bo nawet nie ma D'espairsRay, a tak na dobrą sprawę porządne (czyt. rozchwytywane) EP Despów ukaże się dopiero w 2004 roku, czyli pięć lat po ich założeniu. Ale dobra, czytajcie, a wszystkiego się dowiecie ;) 
Endożoj!




MONSTERS CZ.10

– Coś… Coś wymyślimy – westchnął, zdając sobie sprawę, w jak patowej sytuacji się znaleźliśmy…

Trzymając się blisko siebie, krążyliśmy po parku. Obaj zamyśliliśmy się, pogrążając w małym świecie naszych myśli. Po naprawdę długiej chwili, ciszę przerwał Zero, który raptownie zatrzymał się i usiadł na ławce, ciągnąc mnie za sobą.
- W sumie… Skoro nie chcesz wracać do domu, możesz zamieszkać ze mną – zaproponował.
- Shimizu… Nie wiem, czy byłeś orłem z geografii, ale widzisz różnicę między położeniem Japonii, a Ameryki? Bo ja tak, i to ogromną! W sumie… dobrze mi się z tobą mieszkało przez te kilkanaście dni, ale ty mieszkasz na drugim końcu świata, a nie drugim końcu ulicy, czy miasta – nie mogę sobie od tak polecieć znowu do Japonii – westchnąłem.
- Niby czemu? – wzruszył ramionami. – Nic nie stoi na przeszkodzie…
- Stoi – przerwałem mu. – Choćby to, że nie mam pieniędzy, a logicznym jest, że lot z Nowego Jorku do Albany będzie tańszy, niż do Tokio. Poza tym… mam się tak po prostu spakować i z tobą polecieć? Moja matka nie będzie nic wiedziała; zacznie się denerwować aż w końcu zgłosi moje zaginięcie i zrobi się nieprzyjemna sytuacja… Skoro nienawidziła cię do tego stopnia, że potrafiła opuścić swoją ojczyznę tylko po to, żeby „ratować” mnie przed tobą, myślę, że gdyby dowiedziała się, że nie dość, że cię ponownie spotkałem, to uciekłem do Japonii właśnie z tobą i mieszkam właśnie u ciebie, pozwałaby cię do sądu – rozłożyłem bezradnie ręce.
- Niby o co by mnie pozwała? – prychnął.
- O uprowadzenie… albo wymyśliłabycoś innego – wzruszyłem ramionami. – Skoro potrafiła zrobić zemnie Amerykanina i zmienić całą moją historię, wywracając życie do góry nogami, to raczej udupienie ciebie nie byłoby dla niej problemem – wywróciłem oczyma.
- Normalnie możnaby z tej historii zrobić scenariusz do filmu kryminalnego! – próbował mnie rozbawić, ale niezbyt mu to wyszło. Uśmiechnąłem się sztucznie samymi kącikami ust. – Oj, wiem Yoshi-chan, że nie jest ci do śmiechu – objął mnie jedną ręką w pasie. – Ale ty byś nie zeznawał przeciwko mnie? – upewnił się.
- Shimizu, przestań pieprzyć farmazony! Ten plan jest nierealny i tyle! Zresztą… dobra, może moja matka jest spiskowcem, może nabrałem do niej uprzedzeń, jednak… to nie zmienia faktu,że dalej jestmoją matką. Jedyne, co było prawdą w historii, którą mi wcisnęła jest to, że mój ojciec nie żyje. Wychowywała mnie samotnie, a to wcale nie jest łatwe zadanie; zdaję sobie z tego sprawę… Wiele przeszła: śmierć męża, mój wypadek samochodowy, amnezja… może wiadomość o naszym związku była dla niej dobijająca i postanowiła rozpocząć nowe życie w Ameryce. Może nawet zniosłaby nasz związek, gdyby nie ten cholerny wypadek; może to było dla niej za wiele… Nie wiem, co myślała, jakie miała zamiary… może postąpiła źle, ale w końcu każdy popełnia błędy, a jakby nie patrzeć, ubierała mnie, karmiła, zapewniała dach nad głową, wykształcenie… nie mogę tak po prostu zwiać, jak jakiś rozkapryszony bachor!
- Najpierw na nią naskakujesz, a potem bronisz…
- Michi, zrozum, jestem rozdarty! Nie wiem, co mam robić… nagle świat, w którym zdawało mi się, egzystowałem od urodzenia, upadł. Wszystko straciło barwy, wydaje mi się być szare, takie same i bezsensu… Mam wrażenie, że nikomu nie mogę zaufać, bo wszyscy knują jakieś intrygi… - ponownie westchnąłem, a chłopak objął mnie ciaśniej.
- Mi możesz zaufać – spojrzał mi w oczy.

***

Obudziłem się gdzieś po godzinie dwunastej. Tak to jest, kiedy szlaja się w nocy po parku i idzie spać po godzinie trzeciej nad ranem…
Wróciliśmy z Zero do hotelu. Basista uznał, że pomimo tego, iż już nie braliśmy udziału w konkursie, raczej nie powinni wyrzucić nas z pokoi. W końcu były zarezerwowane i opłacone, więc co za różnica, czy ktoś w nich rzeczywiście mieszkał, czy stały puste?
Wywindowałem się do siadu, przyciągając przy tym i ziewając rozdzierająco. Ogarnąłem wzrokiem pokój, orientując się, że jestem w nim sam. Pozostałe trzy łóżka były już idealnie, jak od linijki, zaścielone i puste. Zasłony wciąż były zaciągnięte – pewnie dlatego, że nie chcieli mnie budzić. Uśmiechnąłem się pod nosem… Pewnie Shimizu nie chciał mnie budzić.
Ziewnąłem jeszcze raz, po czym wstałem i odsłoniłem okna. „Przynajmniej pogoda ładna.” – stwierdziłem, czując się o wiele lepiej niż wczoraj. Ubrałem się i względnie doprowadziłem do porządku, wykonując poranną toaletę, po czym wyszedłem z pokoju. Skierowałem się do windy i zjechałem na parter, gdzie mieściła się restauracja. Już po przekroczeniu progu zobaczyłem pozostałą trójkę muzyków; Karyu pomachał w moją stronę. Podszedłem do stolika, przy którym siedzieli i zająłem miejsce koło Tsukasy, który chyba wciąż czuł wyrzuty sumienia za to, że tak na mnie wczorajnaskoczył.
- Która najlepsza? –zapytał rudzielec, podsuwając mi pod nos zapisaną serwetkę. Niektóre wyrazy na niej były pokreślone, inne ledwo dało się przeczytać…
- Co najlepsza? – nie zrozumiałem, o co mu chodzi.
- No nazwa!
- Ale na co?
- Nazwa zespołu!
- Zakładacie nowy zespół? – zdziwiłem się. – A co z „Monsters”?
- „Monsters” nie ma wokalisty i się sypie – westchnął Matsumura.
- Tak a propos… nie „zakładacie”, a „zakładamy” – odezwał się Zero, uśmiechając do mnie miło. – Pomyśleliśmy, że skoro już tutaj jesteśmy, szkoda byłoby przesiedzieć cały wyjazd na dupie i słuchać jak grają inni. Niech też posłuchają, jak my gramy!
- Poza tym, Michi powiedział, że nie masz pieniędzy na powrót, więc wymyśliliśmy, że gdyby udało nam się coś wygrać, zyskałbyś kasę na lot powrotny! – dodał Tsu, który widząc, iż nie jestem już na niego zły, ośmielił się nieco.
- Ale… dalej nie rozumiem – pokręciłem głową. – To ja zostałem zdyskwalifikowany, a wy nie. Wy mieliście znaleźć sobie wokalistę – przypomniałem. – Wciąż jesteście zapisani w składzie „Mosters” w tym konkursie – zauważyłem.
- Już nie – Karyu ponownie zabrał głos. – Zgłosiliśmy organizatorom, że „Monsters” wycofuje się. Ten zespół nigdy nie mógł znaleźć wokalisty…  - pokręcił głową. – Dlatego chcemy założyć nowy, który weźmie udział w tym konkursie; a ty, mój drogi, zostałeś zdyskwalifikowany, jako basista „Le’veil” i wokalista „Monsters”. Nie było mowy o tym, że nie możesz znaleźć sobie nowego zespołu i zagrać w nim – uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco. – Tylko potrzebujemy nazwy i logo…
- Jestem w desperacji… - westchnąłem. (po angielsku brzmiałoby to „I’m in despair” – to ważne dla dalszego rozwinięcia opowiadania od aut.).
To wszystko wydało mi się być takie desperackie – zakładanie zespołuna siłę, aby zyskać dla mnie kasę…choć szansa, że w istocie zdobylibyśmy ją była maleńka; szukanie ratunku tam, gdzie go nie ma…
- Musisz szukać promienia nadziei – odpowiedział Shimizu. (ang. „You mus tlooking for a ray of hope” – też bardzo ważne; przypominam, że mówią po angielsku, bo japoński Hizumiego wciąż kuleje i ma tylko te „przebłyski” od aut.)
- Tsa… - mruknąłem. – Zaraz… Co ty powiedziałeś? – spojrzałem na chłopaka zdziwiony.
- Że musisz szukać promienia nadziei – powtórzył. – A co?
- A co powiecie na… - wyrwałem Tyczce długopis z ręki i na odwrocie serwetki napisałem wielkie: „Despairs Ray”, a następnie impokazałem.
- Fajne – uśmiechnął się Tsukasa.
-Ale mało oryginalne – skrytykował gitarzysta.
- A może „Mosters” było bardziej oryginalne? – spojrzałem na niego z politowaniem, na co on jedynie wywrócił oczyma. – No właśnie… - prychnąłem. – Jak się nie podoba, mogę to połączyć – wzruszyłem ramionami.
- Zrobić z tego jedno słowo? Tak byłoby lepiej – wciął się Michi. Według życzenia zrobiłem kreskę, którą połączyłem „s” i „R”, i tak oto wyszło „DespairsRay”.
- Ale przydałoby się coś takiego od siebie… - jęknął wciąż nieprzekonany Yoshitaka.
- A co ja mam ci tu wstawić od siebie? Portret narysować? – sarknąłem, kręcąc głową.
- Portret możesz sobie darować, ale jakiś znak by się przydał…
- Znaki są w logo – zauważył perkusista.
- Może jakiś znak interpunkcyjny? – zaproponował Zero. – Mamy do wyboru: dwukropek, średnik, kropkę, przecinek, nawias, cudzysłów, apostrof, znak zapytania, wykrzyknik… - zaczął wymieniać.
Lider przejął ode mnie długopis i serwetkę i na końcu nazwy napisał wykrzyknik, przez co otrzymaliśmy: „DespairsRay!”.
- Wygląda to, co najmniej, banalnie – skrzywił się Kenji. – Już lepiej było bez tego…
- Masz rację – poparłem go. – Moim zdaniem kropkę, przecinek, nawias, dwukropek, wykrzyknik i znak zapytania możemy sobie darować, bo będzie wtedy wyglądało, jakby dwa słowa wyrwane z jakiegoś zdania były sklejone w jedno. Trzeba wstawić coś takiego, żeby nie było AŻ tak widać, że to są dwa słowa, a nazwa własna.
- Czyli znak nie może być pomiędzy „despairs” a „ray”, bo uwydatniałby to, że są to dwa słowa, a nie nazwa własna – odezwał się Tsukasa.
- Do dyspozycji został nam średnik, cudzysłów i apostrof – podsumował basista. – Ja bym stawiał na średnik. Tylko gdzie go wstawić?
Rudzielec napisał poniżejkolejną wersję nazwy naszego nowego zespołu: „D;espairsRay”.
- Co wy na to? – zapytał, będąc dumnym z siebie.
- A może tak? – Oota wziął od niego chusteczkę i napisał jeszcze inaczej: „Despair’sRay”.
- Sam już nie wiem… - westchnął Michi. – W sumie… to nie jest ważne… Może być „DespairsRay” i tyle – wzruszył ramionami. – Nie róbmy problemu tam, gdzie go nie ma i nie zastanawiajmy się nad pierdołami, typu, gdzie wstawić średnik, a gdzie apostrof…
Długopis i serwetka znów wylądowały przede mną. Zacząłem kombinować, a jednym z efektów jaki otrzymałem było połączenie dwóch powyższych pomysłów: „D;espair’sRay”. Uznałem, że to już przesadzone. Zamieniłem kolejnością znaki, kiedy nagle mnie olśniło, a tak naprawdę, kiedy zobaczyłem, jaka kombinacja liter i znaków wygląda naprawdę dobrze. „D’espairsRay”.
- Ta-dam! – wydarłem się, pokazując im moje dzieło.
- Dobra, nieważne, może być i tak – Shimizu machnął ręką w lekceważącym geście.
- Nie znasz się! To jest ważne! – udałem, że się obrażam. – To jak? Może być?
- No… może – Karyu niechętnie się zgodził, nie będąc zadowolonym z tego, że jego pomysł nie przeszedł. – A co z logo?
- Mówisz, masz – mruknąłem robiąc kolejną poprawkę; pogrubiłem litery i zmieniłem ich „czcionkę” na bardziej mroczną i fikuśną (coś w rodzaju czcionki, którą został zapisany „DeathNote”), a następnie dodałem kolejne znaki i otrzymałem: „+D’espairsRay+”.
- Dlaczego dostawiłeś z przodu i z tyłu plusy? – zdziwił się Tsukasa.
- To są krzyże!
- Yyy… Niech już będzie… ale kształt liter fajny – uśmiechnął się Shimizu.

***

Karyu, gdyż znów on bezsprzeczniezostał wybrany liderem zespołu,poszedł zgłosić nas ponownie na konkurs, licząc, że organizatorzy nas dopuszczą. Poszli z nim również Tsukasa i Zero, ale w sumie nie wiedziałem dlaczego… może miało to coś wspólnego z zadaniem, jakie dostałem do wykonania?
Mianowicie miałem napisać tekst piosenki. Tyczka powiedział, że mają skomponowanych kilka utworów jeszcze z czasów „Monsters”, które nigdy nie były przedstawiane publicznie, bo nie mieli wokalisty, co z kolei łączyło się z tym, że nie miał kto napisać do nich tekstów.
Siedziałem na balkonie, pijąc już drugą kawę i starając się wymyślić coś sensownego. Nie było łatwo… Uczucie, że z wybijającej się jednostki stałem się składnikiem szarej masy demotywowało mnie. Nie, wcale nie uważałem się za „nadczłowieka” – w końcu nie byłem ani specjalnie sławny, ani bogaty, czy choćby piękny. Byłem zwykłym chłopakiem z przedmieścia, który lubił głośno i przede wszystkim metaforycznie wyrazić wszystko, co czuł i myślał. Szary tłum nie składał się w moim mniemaniu z ludzi, którzy zaliczają się do tych „zwykłych” – wstają, piją kawę, ubierają dzieci i robią im kanapki do szkoły; odwożą dzieci do owej szkoły, idą do pracy, odbierają dzieci ze szkoły, jedzą kolację i idą spać. Tak wygląda życie większości ludzi na tym świecie, ale to, czy człowiek zawozi te dzieci do szkoły Fiatem 126p („maluchem” od aut.) czy Mercedesem SLS, to już nie ważne. Nie każdy ma szczęście urodzić się w pełnej, bogatej rodzinie, w której wszyscy są dyrektorami i mają co najmniej magistrat na koncie – szarą masę tworzą ludzie ubezwłasnowolnieni. Bo co z tego, że pan magister inżynier do spraw budowlanych jeżdżący Ferrari Enzo ma najnowsze ciuchy, na które ja musiałbym pracować cały rok? Co z tego, że przez innych jest odbierany, jako człowiek sukcesu i kwintesencja dobrego gustu, skoro mu się te zajebiście drogie ciuchy nie podobają i ma zupełnie inny gust, ale nie okaże tego tylko dlatego, aby być całkowicie akceptowanym przez społeczeństwo. Będzie gonił za nieustannie zmieniającą się modą, mimo że będzie już rzygał wiosenną kolekcją Gucciego; właśnie dlatego będzie należał do tej szarej masy – i nieważne jak kolorowo się ubierze, ani jak bardzo oczojebny będzie lakier jego nowego samochodu – i tak będzie szary.
Z kolei facet z niepełnym wykształceniem podstawowym, który może z matematyką nie miał zbyt wiele wspólnego, ale za to ma zdolności manualne, w moich oczach będzie o wiele bardziej kolorowy, jeśli tylko będzie chciał taki być. Wiadomo, że nie będzie śledził nowych kolekcji Armaniego, bo po prostu nie byłoby go stać na takie ubrania. Nie będzie udawał kogoś, kim nie jest. Jadąc do miasta, wcale nie będzie udawał mieszczanina; pozostanie sobą i ani to, że sweterek w serek już dawno wyszedł z mody, ani to, że coś bardziej „na topie” można dostać choćby w secondo handzie nie wpłynie na niego; bo sweterek jest ciepły, na dworze, do cholery, piździ, a o zdrowie trzeba dbać, prawda? I to jest ważne. Ten sam facet z niepełnym wykształceniem podstawowym zostanie budowlańcem i będzie zajmował się wykończeniami i malowaniem ścian – ale nie będzie podawał się za Van Gogha czy Picasso; i o to w tym wszystkim chodzi. Taki facet z osobowością skomplikowaną jak prosty metalowy drut nie będzie pisał wierszy, komponował piosenek ani pisał do nich tekstów – może nawet nigdy nad tym się nie zastanowi, bo będzie miał ważniejsze sprawy na głowie i to wyda mu się błahe. I dobrze. Taka będzie jego opinia. I będzie miał do niej prawo. Muzyka nie jest jedyną formą wyrażenia się – można to robić malując, rysując, tańcząc, szyjąc… praktycznie wykonując każdą czynność, którą się lubi, ale w szczególności dodając do tego odrobinę swojego „ja”. Niektórym przychodzi to tak łatwo, że nawet tego nie zauważają – ten facet swoją postawą, ubiorem i niezbyt wysublimowanymi żartami będzie wyrażał się, mimo iż pewnie nigdy nie będzie tego świadom.
Taka jest definicja „szarego tłumu”.
„Grunt to nie dać się zwariować” – jak mówiła moja nauczycielka w liceum. Szkoda, że tak ciężko trzymać się tego gruntu…
Z rozmyślań wyrwało mnie ciche pukanie. Odwróciłem się w stronę drzwi balkonowych, w których stał Shimizu i uśmiechał się do mnie delikatnie.
- Dostaliśmy jeszcze jedną szansę. D’espairsRay przeszło – pogłębił uśmiech i usiadł na podłodze koło mnie.
- To dobrze – mruknąłem i przymknąłem oczy, odchylając głowę do tyłu, opierając ją na ścianie.
- Źle się czujesz? – zmartwił się.
- Nie… ja raczej… Wciąż czuję się… nie na miejscu… - wyznałem. – Czuję się jak jakiś obcy…
- To minie – zapewnił mnie i złapał za rękę. Otworzyłem oczy i spojrzałem na niego niepewnie, po czym wysunąłem dłoń z jego uścisku. – Coś nie tak?
- Ja… Jeszcze nie przywykłem do tego, że okazujesz mi uczucia tak… dobitnie. Zapewnianie mnie o nich w smsach to zupełnie co innego…
- Wczoraj jakoś ci to nie przeszkadzało – zauważył. – Sam chciałeś, żebym cię pocałował na korytarzu, a teraz…
- To był… kaprys? – przerwałem mu.
- Kaprys? – powtórzył z niedowierzaniem, a następnie ściągnął brwi. – Yoshida, naprawdę staram się być dla ciebie wyrozumiały i próbuję postawić się na twoim miejscu; rozumiem, że przeżyłeś szok po tym, jak nagle fundamenty twojego życia zostały porządnie naruszone, ale moja cierpliwość też ma swoje granice – jego oblicze stało się surowe. – Nigdy więcej nie mów mi, że przez kaprys, czy pod wpływem chwili zebrało ci się na uczuciowość. Albo mnie kochasz, albo nie. Nie chcę się bawić w „dziś mnie pocałuj, jutro przytul, pojutrze wypierdalaj” – warknął. Najwidoczniej gouraziłem, mimo iż nie miałem takiego zamiaru.
- Shimizu… przepraszam, nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało – powiedziałem cicho.
- Kocham cię i wiem, że nie jest ci teraz łatwo, ale na litość boską, chociaż spróbuj się w końcu określić, bo, bez urazy, ale zachowujesz się jakbyś dostał okresu. Raz mnie kochasz, raz odtrącasz, raz całujesz, raz wyrywasz mi rękę… Przez takie zachowanie nie wiem, jak mam się przy tobie zachować, a uwierz, że chcę ci jedynie pomóc – wziął głębszy oddech, żeby się uspokoić.
- Ja… Ja naprawdę przepraszam – spuściłem głowę, a on odwrócił się i zamierzał odejść, zapewne chcąc dać mi czas do namysłu nad własnymi uczuciami, jednak w ostatniej chwili złapałem go za rękę. – Zaczekaj! – wstałem i stanąłem naprzeciw niego. – Naprawdę nie chciałem cię urazić… To źle zabrzmiało. Palnąłem głupotę, nawet nie przemyślawszy wcześniej tego, co chcę powiedzieć. Przepraszam – spuściłem głowę w pokorze. – Podziwiam cię za ten ogrom cierpliwości, którym wykazujesz się względem mnie. I… I przepraszam za to, że jestem dla ciebie takim utrapieniem…
Chłopak westchnął i pokręcił głową, a następnie ujął mój podbródek w dwa palce i zmusił, abym na niego spojrzał.
- Wcale nie jesteś utrapieniem – nachylił się i chciał mnie pocałować, jednak w ostatniej chwili zreflektował się i musnął ustami jedynie mój policzek. – Mimo wszystko prosiłbym, żebyś dał mi jasną odpowiedź, bo nie wiem czy mam się przyzwyczaić do traktowania cię jak przyjaciela, czy jednak mogę okazywać ci uczucia – przeczesał palcami moje włosy. – Raz się z tego cieszysz, raz jest ci to obojętne, raz ci to przeszkadza…
- Wiem, że jestem niezdecydowany – zaśmiałem się nerwowo, ponownie mu przerywając. – A biorąc pod uwagę to, że zjadłem dziś dwie tabliczki czekolady…
- Nie zaszkodzi ci – uśmiechnął się i wbił mi palec pomiędzy żebra, na co ja odskoczyłem. – Więc…
- Nie odchodź – ponownie złapałem go za rękę i pociągnąłem na podłogę. Szatyn usiadł obok mnie. – Opowiedz mi.
- Co mam ci opowiedzieć? – zdziwił się.
- O nas. Chcę się z tym oswoić, żeby później nie mieć już żadnych „kaprysów” i stwierdzić, co do ciebie czuję…
- Wiesz, minęło kilka ładnych lat, a nikt nie powiedział, że ponownie musisz się we mnie zakochać – stwierdził dość smutno.
- Przestań – delikatnie uderzyłem go w ramię, a następnie ułożyłem na nim głowę. – Opowiedz mi jak było kiedyś… między nami. Tak ze szczegółami – poprosiłem.
- Od samego początku?
- Tak. Opowiedz mi o każdym spleceniu dłoni i czułym spojrzeniu – uśmiechnąłem się do niego.
- No… dobrze – odwzajemnił gest i nakrywając własną dłonią moją, zaczął opowiadać głębokim, spokojnym głosem, od którego zrobiło mi się ciepło… sam nie wiem dlaczego.
W mojej głowie rozbrzmiało jedno stwierdzenie: „Ten chłopak nie mógłby kłamać”; a było to dla mnie tak oczywiste, jak to, że od szarej masy oddziela mnie właśnie on. To on był moją „wyjątkowością” i formą wyrażenia się. To on był moim „my ray in my despair”; a zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz.

Wiecie, że „Monsters” ma już 73 strony? ;D

Closer to Ideal cz.3






Closer to Ideal cz.3

Zjadając czwarty ołówek z rzędu, przekreśliłem kolejną pięciolinię. Chwilę uporczywie wpatrywałem się w kartkę z nutami i tekstem pod nimi zapisanym, po czym zorientowałem się, że przekreśliłem nie to, co trzeba!
- Cholera! – warknąłem wściekły, sięgając po raz wtóry po szklankę z alkoholem.
Ogółem stroniłem od alkoholu. Nie lubiłem pić; nie ciągnęło mnie do tego, mimo iż byłem zapraszany na rozmaite imprezy, gdzie napoje wysokoprocentowe lały się strumieniami – wtedy jedynie udawałem, że piję, wylewając alkohol za kołnierz, a następnie odstawiałem grę pt. „potrafię obić się o wszystkie ściany, a ty nie” przy publiczności, a gdy ona już zniknęła za zakrętem, drzwiami czy tego podobnym przeszkodom, prostowałem się i szybkim krokiem kierowałem się do swojego mieszkania. Teraz natomiast piłem, pisząc piosenkę; dwoiło mi się już w oczach, dlatego przekreśliłem nie tę pięciolinię, co powinienem.
Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się uciekać przed problemami w taki sposób. Byłem zażenowany swoją postawą, ale nie umiałem inaczej. To wszystko było winą tego pieprzonego Osamu i Shimizu! Tak mnie zdenerwowali! Ale Tsukasa nie był lepszy; jego podejście do sprawy wyrzucenia mnie z zespołu było tak lekceważące, że aż trudno opisać to słowami! Jego postawa, która jednoznacznie wyrażała: „Tak, Hizumi, mam cię kompletnie w dupie.” podziałała na mnie jak czerwona płachta na, zaznaczę, rozjuszonego już byka. Karyu też nie był święty; udawał, że nic się nie stało i świetnie się bawił, podczas gdy ja traciłem ostatnie nerwy.
Wszyscy mieli coś na sumieniu… a najgorsze z tego wszystkiego, że ja również…
Westchnąłem ciężko i oparłem się na oparciu kanapy, stwierdzając, że w takim stanie jestem zdolny jedynie zjeść kolejne ołówki, ale na pewno nie napisać coś sensownego. Rzuciłem kartki na niski stolik mieszczący się przed sofą i upiłem kolejny łuk alkoholu. Chyba się pogrążam…

***

Coś nagle spadło mi na głowę. Po chwili zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nic nie spadło, a po prostu zostałem uderzony. Z gniewnym wyrazem twarzy odwróciłem się i zobaczyłem za sobą…
- Co ty tu, do cholery, robisz? – burknąłem na chłopaka, który obszedł dookoła kanapę i stanął naprzeciw mnie. Następnie wyrwał mi szklankę z ręki i odstawił ją.
- Co TY robisz, Hizu… - westchnął rozżalony Zero. – Nie tak to miało się potoczyć… - pokręcił głową.
- Weź się zamknij i wypierdalaj z mojego mieszkania! – krzyknąłem. – Nie mam ochoty oglądać mojego ostatniego gwoździa do trumny przed śmiercią – skrzywiłem się i próbowałem sięgnąć po szklankę, jednak on mnie uprzedził i zdzielił po palcach.
- Zostaw! – pogroził mi palcem. – Hizumi…
- Mówiłem, że masz się zamknąć! – przerwałem mu. - Nie chcę, żebyś mnie dobijał we własnym domu!
- Człowieku, weź się uspokój! – nie wytrzymał i w końcu krzyknął na mnie. Mimo moich protestów usiadł obok mnie na kanapie i uwięził moją dłoń w uścisku. Obejmował ją obiema rękami i palcami delikatnie gładził jej grzbiet oraz wewnętrzną stronę. – Wcale nie chcę dla ciebie źle…
- Nie, wcale! – wywróciłem oczyma, ponownie mu przerywając. – Właśnie dlatego, że chcesz dla mnie jak najlepiej, sprowadziłeś tego przygłupa i wystawiasz na ciężką próbę moje nerwy, z których niedługo nie zostaną nawet strzępy! Dziękuję za taką troskę! – prychnąłem.
- Uspokój się… - wziął głębszy wdech. – Nie chcę dla ciebie źle, naprawdę. Musisz mi uwierzyć. To wszystko, czego ci przysporzyłem, a i owszem, było celowe, abyś w końcu zrozumiał, że nie możesz wiecznie oszukiwać siebie i innych – ścisnął moją dłoń i spojrzał na mnie z bólem. – Nie mogę dłużej oglądać jak doprowadzasz do własnej autodestrukcji…
- Oszukiwać? – zaśmiałem się. – Czy ja cię kiedykolwiek okłamałem? Jestem szczery aż do bólu!
- Cały czas mnie oszukujesz! Nawet teraz! Udajesz, że nic się nie stało, że wszystko jest w porządku… kiedy tak naprawdę doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, że tak nie jest. Męczysz się z tym; widzę to. Wystarczy chwilę dłużej cię poobserwować, aby zauważyć, że twój uśmiech wcale nie jest szczery; nigdy. Nawet kiedy spotykasz się ze swoimi „przyjaciółmi” i wychodzisz z nimi na piwo, nie bawisz się tak jak oni. Odliczasz sekundy do momentu, aż będziesz mógł zakończyć to żałosne przedstawienie i będziesz mógł uciec do swoich bezpiecznych czterech ścian, gdzie ukrywasz się przed złem całego świata. Nie jesteś awanturnikiem; wręcz przeciwnie, jesteś przygnębiony i sam sobie szkodzisz. Zamykasz się w jakiś dziwnych, wyimaginowanych przez siebie ideałach gwiazdy rocka i osoby towarzyskiej, zmuszając się do czegoś, czego nie lubisz robić. Męczysz siebie i osoby, którym na tobie zależy. W ten dość drastyczny sposób, którego się podjąłem, chcę ci pokazać, jak twoje zachowanie jest dla mnie, Tsukasy i Karyu niewygodne; uświadomić ci, że nie jesteś wszystko lekceważącym narcyzem-pijakiem – przysunął się do mnie i delikatnie przygarnął do siebie. – Wyrażasz się jedynie w muzyce, dlatego jesteś wspaniałym wokalistą. Gdyby nie muzyka, która daje ci pełne pole do popisu, już dawno załamałbyś się. Więc na szali stawiam coś bardzo ważnego dla ciebie i daję ci ultimatum; albo zrozumiesz, że wyniszczasz sam siebie i przestaniesz to robić, albo pożegnasz się z muzyką i będziesz musiał radzić sobie ze swoim problemem sam. Pamiętaj, że masz przyjaciół… ale takich prawdziwych, a nie takich, którzy od czasu do czasu wyciągną cię tylko na bilard i piwo – spojrzał mi głęboko w oczy, a mi zakręciło się w głowie. Sam już nie wiem czy to przez to jego głębokie wejrzenie, którym zdawało mi się, że lustruje moją duszę, czy przez zbyt dużą dawkę alkoholu.
- Shimizu… - chłopak słuchał mnie z uwagą napiętą jak struna - … pierdolisz jakieś kacabaje – wybełkotałem.
- Mam nadzieję, że obudzisz się w porę i naprawdę nie będziemy musieli wyrzucić cię z zespołu; uwierz, że tego nie chcę – pokręcił głową.
- Chcesz, chcesz! – zaśmiałem się gorzko. – Chcesz mnie wyrzucić z zespołu i lizać się na koncertach ze swoją Żyrafą, ot co!
- Nie masz pojęcia, co wygadujesz – powiedział smutno i wstał, ciągnąc mnie za sobą. Zatoczyłem się i ponownie usiadłem na tyłku na kanapie. Zero przerzucił sobie moją rękę przez barki i pomógł mi utrzymać się w pozycji pionowej. – Położę cię w sypialni… - mruknął cicho.

***

Obudziłem się w nocy nie dość, że z potwornym bólem głowy to w dodatku zlany zimnym potem. W mojej głowie, wciąż odbijały się słowa basisty, choć… nie wiedziałem czy nasze spotkanie było prawdziwe, czy było jedynie moim pijackim urojeniem.
Zapaliłem nocną lampkę, która stała na stoliku koło łóżka, czego zaraz pożałowałem. Zakląłem cicho pod nosem i zacząłem wściekle mrugać, aby przyzwyczaić się do panującej jasności. Kiedy w końcu udało mi się to zrobić, obok lampki dostrzegłem tabletki i szklankę z wodą. Do szklanki przyczepiona była mała, żółta karteczka z napisem „przeciwbólowe” i narysowana strzałka w dół, wskazująca leki. Nigdy nie byłem aż tak przezorny, dlatego zdziwiło mnie to, co zobaczyłem. Uniosłem wysoko brwi, zastanawiając się, skąd to się mogło tutaj wziąć. Po zaledwie niepełnej minucie zrezygnowałem z tak intensywnego myślenia, gdyż ból głowy wzmógł się. Bez zastanowienia łyknąłem tabletki, po czym ponownie opadłem na poduszki, a po kolejnych kilku minutach, zasnąłem.

***

Po godzinie dwunastej, czterech mocnych kawach, z okularami na nosie i gryząc już szósty ołówek, ponownie przybrałem się do komponowania piosenki. Siedziałem na podłodze przed stolikiem w salonie, podczas gdy gitara akustyczna leżała na kanapie. Uderzałem pogryzionym ołówkiem w kant blatu, wystukując rytm i próbując dobrać do niego słowa. Niestety na moje nieszczęście nic, tak jak wczoraj, nie szło po mojej myśli. Nawet mój ojczysty język sprzeciwił się przeciwko mnie, gdyż słowa piosenki, które co i rusz powstawały w mojej głowie, okazywały się albo zbyt długie, albo zbyt krótkie, aby równomiernie i z sensem rozłożyć je pod nutami.
Piosenka, którą zamierzałem stworzyć, choć marnie mi to szło (miałem dopiero zapisane dwie pięciolinie i trzy linijki tekstu), miała nosić nazwę „R.E.M. -Fuyu no genchou”. Skrót „R.E.M.” wziął się od fazy snu, a pomysł na wykorzystanie akurat tego słowa w tytule podsunął mi mój wyimaginowany basista – tak, uznałem, że nasze spotkanie nie mogło być realne ze względu na to, że Zero nigdy się tak nie zachowywał. Był tak samo wredny, zgryźliwy i nie do wytrzymania jak ja. Nie umiałby być troskliwy w żaden sposób – tym bardziej w tak pogmatwany, jakim był ten, który wymyślił sobie mój senny Michi; karząc mnie chciał udowodnić mi, że udawałem kogoś innego, dobijając tym samego siebie. Zresztą… ten plan Shimizu z mojego snu był niezrozumiały nawet dla mnie, więc z jakiej racji niby basista miałby zrozumieć moje sny? I przede wszystkim, wiedzieć o nich?
Nie umiałby być troskliwy względem mnie.
Nie umiałby.
I kropka.
Ten sen był dziwny, dlatego zainspirował mnie. Chciałem przedstawić swój punkt widzenia, który obejmował to, że wszystko, co się wokół nas dzieje jest jak ten sen – ulotne i przede wszystkim dziwne; i trzeba być dziwnym, żeby utrzymać się na powierzchni, żeby coś osiągnąć, coś mieć… żeby umieć w tym świecie żyć.
Tylko szkoda, że tak marnie mi to szło… Czy to wina tego, że zżerała mnie niepewność? Po części na pewno, choć nie chciałem się do tego przyznać. Bałem się, że Osamu, mimo moich złorzeczeń i zapewnień samego siebie, że w praktyce to ja okażę się lepszy, będzie górą, a ja znów się zbłaźnię. Cholera, nie dość, że do napisania piosenki do pomocy miał Shimizu, to w dodatku Michi był w „jurach”, przez co z pewnością wesprze swojego chłopaka! Ech, życie jest niesprawiedliwe… O, kolejny wers do teksu piosenki! A… a może jednak nie? Przecież to takie płytkie… Muszę wymyślić jakieś lepsze sformułowanie… ale co ma „niesprawiedliwość” do „dziwności” i „snu”?
Czemu pisanie piosenek na „zamówienie” jest takie trudne?
Wsunąłem ołówek między zęby i znów zacząłem go gryźć. Po chwili zacząłem pluć drewnem, krzywiąc się. W końcu doszedłem do wniosku, że przydałoby się zjeść coś pożywniejszego niż drzazgi, którymi żywiłem się od rana. Z ciężkim westchnieniem dźwignąłem się z podłogi i udałem się do kuchni. Otworzyłem lodówkę, gdzie wiał halny, albowiem nic jadalnego tam się nie znajdowało. Nie licząc dwóch przeterminowanych jogurtów, kilku czarnych lakierów do paznokci, widelca (?), który nie wiem, jak się tam znalazł oraz ogryzka nie było tam kompletnie nic. No i jak ja mam niby przybrać na wadze?
Wzruszyłem ramionami i zamknąłem z powrotem lodówkę, po czym odwróciłem się w stronę okna. Wyjrzałem przez nie… kiedy nagle poczułem się zupełnie tak, jakby kopnął mnie prąd! Wzdrygnąłem się, a w mojej głowie znów zahuczało, jednak tym razem z pewnością nie była to wina alkoholu.

„Miałem sen... Zachowałem profil twojej twarzy.”
(D’espairsRay – R.E.M -Fuyu no genchou)*

„Obejmuję mój ambitny sen, śpiąc ostrożnie… obudzony przez czyjeś słowa, w intrygach losu (…) Ulotne, usychające myśli… Skoro masz otwarte oczy, jakie sny śnisz?” (D’espairsRay – Tsuki no Kioku –fallen-)*

Powtarzałem te wersy uparcie w myślach, dochodząc do wniosku, że sen jest tym samym, co marzenie; z tą malutką różnicą, że do marzenia ludzie potrafią się przyznać, a sen to marzenie umysłu, do którego człowiek nie chce się już przyznać.

„Przytrzymany siłą, okradziony nawet z marzeń, wznoszę ręce do nieba”
(D’espairsRay – Hai to Ame)*

„Gdziekolwiek jestem, gonię za tym życzeniem…. Tonę… Nawet jeśli to nie przybliży prawdy, wciąż będę jej szukał”
(D’espairsRay – Tsuki no Kioku –fallen-)*

Zdałem sobie również sprawę, że życzenie i sen to wiara. Marzenia i sny nie miałby racji bytu w naszym umyśle, gdybyśmy w nie nie wierzyli. Człowiek najpierw śni, wmawiając sobie, że to, co wyśnił, jest niemożliwe, potem, zdawałoby się, że na przekór samemu sobie, zaczyna wierzyć i robić pierwsze kroki w stronę spełnienia ów snu – aż w końcu go osiąga. Ale czy zawsze? Czasami ograniczamy się jedynie do wiary…

„Chcę wierzyć, że nawet z poszarpanymi skrzydłami, lecąc pod wiatr, możesz iść na koniec świata”
(D’espairsRay – Brillant)*

Przeróżne, nieskładne zdania, słowa i sentencje dryfowały na powierzchni mojego umysłu. Nie mogłem zrozumieć ich głębszego sensu, ale zdawało mi się, że go posiadają. Nie wiedziałem już czy sam je wymyśliłem; teraz, czy wcześniej; czy może zasłyszałem je gdzieś, może przeczytałem…?
Wiara i marzenia są również wspomnieniami. Człowiek jest sentymentalny. Nie uwierzę nikomu, kto powiedziałby mi, że nigdy nie oglądał się za siebie. Ludzie tak po prostu mają, że rozpamiętują – ale przez to uczymy się na własnych błędach… czasami. Spoglądając wstecz zauważamy także swoje postępy. Dostrzegamy to, że rozwijamy swoje umiejętności; dzięki temu z kolei potrafimy wierzyć w siebie i wyznaczać sobie coraz to trudniejsze cele, do których droga jest bardziej wyboista i usłana przeszkodami. Spoglądając na kolejny problem, myślimy: „Skoro wcześniej udało mi się pokonać coś większego, to teraz to wyzwanie nie będzie to dla mnie problemem!”. Więc wspomnienia też mają tu dużo do „powiedzenia”.

„Moje wspomnienia spłukane letnim deszczem (…)”
(D’espairsrRay – Squall)*

Ale z tymi wspomnieniami, życzeniami, marzeniami i snami trzeba uważać – jak ze wszystkim. Trzeba zawsze liczyć się z ryzykiem, że sen może przerodzić się w koszmar…

„Koszmar o niekończącym się wydźwięku (…)”
(D’espairsRay – Screen)*

Trzeba także wziąć poprawkę na to, że to wszystko może być iluzją – i w rzeczywistości zapewne nią jest. Te wszystkie wyobrażenia są iluzjami dopóki człowiek nie zacznie wprowadzać ich w życie. Dopóki nie podejmę trudu osiągnięcia swojego marzenia, to marzenie jest tylko iluzją – tak samo jak koszmar, którym w przypadku niepowodzenia, może okazać się ów marzeniem…

„Muszę porzucić niezłamane iluzje, spalić na proch wszystko, co widzę”
(D’espairsRay – Maze)*

… dlatego zawsze dobrze jest mieć coś trwałego, czego zawsze można się złapać i wyrwać z iluzji i koszmarów, wrócić do rzeczywistości, która mimo iż nie zawsze jest różowa, to zawsze prawdziwa i pewna. Dobrze jest mieć taką „linę bezpieczeństwa” w razie niebezpieczeństwa.
Przezorny zawsze ostrożny…

„Jedynie twój głos jest do mnie przywiązany, dlatego go szukam (…) Nie potrzebuję już tej szarady, zatarłem kłamstwa (…) Dalej gubię się, więc chwytam twoje ręce. Szukam ich po omacku; myśli, które wyślizgnęły się by igrać z ciemnością”
(D’espairsRay – Maze)*
…
Zaskakujące, jak wszystko jest ze sobą powiązane.
Wszystko ma swoją przyczynę i skutek.
Nic nie jest bezsensowne, choć z pozoru mogłoby się tak wydawać.

I ja wymyśliłem to na kacu?


______________________________
*Wszystkie tłumaczenia zapożyczyłam ze strony tekstowo.pl; Hoshii. nie podjęła się tłumaczeń tych piosenek.


Liceum cz.14

Ło, byle coś z Rukim wstawić, a tu już 20 komentarzy w jeden wieczór... O.o Skoro się tak dobrze spisałyście to wam wstawię to, o co prosicie. Następne będzie "Monsters", "Closer to Ideal", "Le Ciel", oneshoot Ryoga x Koichi, a na końcu Gara x Tetsu. To ostatnie jeszcze ktoś czyta?

„Liceum cz.14”

– No to zbieram się z moimi chłopakami. Wam też radę się ulotnić zanim przyjadą glin… O rzesz kurwa… - przeklął, spoglądając gdzieś w dal ponad naszymi głowami.
Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy czerwono-niebieskie światła radiowozów.
„No pięknie…” – pomyślałem załamany.

Wszyscy, jak na zawołanie, stanęli jak wryci i przez chwilę wpatrywali się w migające światła. Pierwszy ocknął się Kyo, który pociągnął Rukiego za rękę, zmuszając go tym samym, aby wstał. Po chwili pomógł wywindować się i mi.
- Uciekajcie – syknął przez zaciśnięte zęby. – Póki jeszcze jest czas… Odejdźcie powoli, nie biegnijcie, aby nie wydało się, że mieliście coś wspólnego z tym zamieszaniem. Udawajcie zwykłych uczniów szkoły, do której należy ten akademik – wskazał wzrokiem szarego kolosa.
Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem, nie utrzymując z przyjacielem kontaktu wzrokowego, by w istocie wyglądać jak niepozorny uczeń męskiej szkoły. Złapałem Takę za przedramię i wolnym, ale jednocześnie zdecydowanym krokiem ruszyłem w stronę budynku. Kilka aut zatrzymało się przed boiskiem, z których zaczęli wysiadać policjanci. Może plan Nishimury by wypalił, gdyby nie to, że akurat w najgorszym momencie odwróciłem się i spojrzałem na radiowozy, chcąc ocenić liczbę funkcjonariuszy. Jak już wspomniałem, zrobiłem to w najgorszym momencie, gdyż właśnie wtedy jeden z mężczyzn w mundurze nawiązał ze mną kontakt wzrokowy. Spanikowałem i szybko popchnąłem Matsumoto do środka, po czym sam ruszyłem za nim.
- Stój! – usłyszałem za sobą krzyk policjanta.
„Cholera!” – wrzasnąłem w myślach i popchnąłem Maleństwo, aby przyspieszyło kroku. Ruki również był zestresowany, a widząc niepewność wypisaną na mojej twarzy, spiął się jeszcze bardziej. Znów był bliski łez. Chciałem go przytulić, pocieszyć, pocałować… ale nie mogłem tego zrobić. Nie było w tej chwili na to czasu.
Trzask drzwi – już wiedziałem, że funkcjonariusz podążył za nami.
- Zatrzymaj się! – podbiegł do nas i szarpnął mnie za ramię. Niechętnie zatrzymałem się i zwróciłem do niego przodem, spuszczając głowę i wbijając wzrok w podłogę. – Dlaczego oddaliliście się z miejsca zdarzenia? – zapytał groźnie, a mnie zaczęło łupać w skroniach. Przełknąłem głośno ślinę.
- Bo my… - zająknąłem się. – Znaczy ja, zadzwoniłem na policję, kiedy zobaczyłem tą bójkę i nie chciałem mieć kłopotu z tymi chłopakami – wymyśliłem na poczekaniu.
- Ale rozumiem, że nie braliście w niej udziału?
- Nie – pisnął cienko Takanori, chowając się za mną. Wziąłem głębszy wdech, żeby się uspokoić.
- To możecie mi wyjaśnić, dlaczego jesteście tacy brudni? – spojrzał na nas podejrzliwie, wskazując na nasze ubrania. Dopiero teraz zauważyłem, że byliśmy cali w piachu, a na ubraniach mieliśmy czerwone plamy po krwi (niekoniecznie naszej – Ruki był w krwi Uruhy) oraz zielone ślady po trawie.
- No… znaczy… Trochę nas tam popychali – bąknąłem, nie mogąc wymyślić niż lepszego.
- A możesz mi wyjaśnić, co ty tutaj w ogóle robisz, chłopcze? – zwrócił się do mnie. – Nie wydaje mi się, żebyś uczęszczał do tej szkoły…
- Na jakiej podstawie pan tak uważa? – odważyłem się zadać pytanie, jednak wzrokiem nadal lustrowałem podłogę.
- Nie masz mundurka, tak jak on – wskazał na Matsumoto, który położył mi dłoń na ramieniu, kurczowo ją zaciskając.
- Bo… przebrałem się wcześniej – palnąłem.
- A mam ci udowodnić, że nie chodzisz tu do szkoły? – prychnął.
- Ależ on tutaj chodzi do szkoły! – dobiegł nas głos ze schodów. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem… Shimizu! – Nawet dzieli ze mną pokój! – powiedział pewnie, przez co w żaden sposób nie było widać po nim, że kłamie.
- Nie – policjant, którego najwyraźniej jedynie rozbawił nasz teatrzyk, pokręcił głową. – Spójrz na mnie – rozkazał, po czym szarpnął za moją bandanę, zdejmując ją. – Akira Suzuki – spojrzał na mnie z politowaniem – kiedy przestaniesz robić ze mnie idiotę? – dopiero teraz go poznałem; dopiero teraz, kiedy na niego spojrzałem. To był ten sam policjant, który zgarnął mnie i Takę z punktu widokowego!

***

I tak oto wylądowałem na komisariacie; znowu. Na początku było tu dość tłoczno, gdyż wielu chłopców zmuszeni byli odebrać rodzice, ale ich kara skończyła się na tym. Niestety moja nie. Siedziałem teraz na plastikowym krześle w wąskim korytarzu, naprzeciwko Sakiego, który od czasu do czasu przykładał zakrwawioną gazę do nosa, z którego sączyła mu się krew.
- I co? Fajny koniec, nie? –zaśmiał się niewesoło. – Ja dostanę kuratora, a ty proces – skrzywił się.
- A czy nie o to właśnie ci chodziło? – założyłem ręce na piersi.
- Mniej więcej – uśmiechnął się kwaśno. – A mniej więcej, to nie osiągnięcie zamierzonego celu…
- Więc… - westchnąłem. – Dostaniesz kuratora – potarłem brodę. – W takim razie, kiedy mogę spodziewać się zobaczyć cię w poprawczaku? Wiesz, chcę się przygotować psychicznie na ponowne spotkanie z takim ćwierćinteligentem, który narobił mi tyle kłopotów – syknąłem.
- Dokładnej daty ci nie powiem, ale możesz spodziewać się mnie niebawem – znów przyłożył gazę do nosa.
Po chwili z gabinetu kuratora wyszła moja matka. Była zapłakana, a na jej twarzy malowała się bezradność i bezbrzeżny smutek. Spojrzała na mnie pustym wzrokiem i podeszła do mnie szybko, po czym przytuliła mocno, więżąc w stalowym uścisku.
- Akira… - szepnęła. – Powiedz mi… gdzie popełniłam błąd jako rodzic? – rozpłakała się, a mnie coś ścisnęło serce. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, jak wielki popełniłem błąd… i to przecież nie pierwszy. Pojąłem, jak wiele osób krzywdziłem, popełniając te błędy…
- Mamo… - po moich policzkach również zaczęły płynąć łzy. – To… To nie twoja wina. To wszystko przeze mnie…

***

I tak oto wylądowałem w sądzie. Nawet nie ubrałem się zbyt elegancko, najzwyczajniej w świecie nie miałem na to siły. Jeansy, trampki i czarna koszula… nie poznawałem siebie… Nawet włosów nie ułożyłem, dlatego praktycznie nic nie widziałem przez grzywkę – w sumie cieszyłem się z tego: na własnej rozprawie raczej nie mogłem zobaczyć nic ciekawego. Głowa bolała mnie od płaczu… Jak mogłem zawieść matkę? Takanoriego? Sięgnąłem dna…
Zdawało mi się, że ktoś coś mówi, jednak nie słuchałem co – i tak wiedziałem, jaki będzie osąd mojego kuratora, który będzie ostatnim gwoździem do mojej trumny. Na szczęście bądź nieszczęście, kurator miał wypowiedzieć się dopiero na sam koniec. Siedziałem jak na szpilkach i nerwowo bębniłem palcami w blat stołu. Naprawdę chciałem mieć to już za sobą…
„W sumie – pomyślałem – nie powinno być tak źle… Kyo obiecał, że będzie próbował mi jakoś pomagać…” – starałem się myśleć optymistycznie, ale kiepsko mi to wychodziło. Z zamyślania wyrwał mnie dopiero odgłos stukania, towarzyszący szybkiemu krokowi. Podniosłem głowę i zobaczyłem, jak przede mną przechodzi Shimizu. Zaraz, zaraz… Właśnie przede mną przedefilował rudzielec, który próbował uratować mnie przed policjantem w akademiku… Co on tu, do cholery, robił?
Chłopak usiadł na wyznaczony miejscu i przysunął sobie mikrofon do ust. Najwidoczniej przemyślał to, co miał do powiedzenia, bo mówił bardzo spójnie i bez ani jednego zająknięcia. Przez moment jedynie wsłuchiwałem się w jego głos i studiowałem mimikę, kompletnie nie zwracają uwagi, a może nawet i nie rozumiejąc sensu jego wypowiedzi. Dopiero potem trafiło do mnie, że… on mnie broni!
- Dlatego nie uważam, żeby Akira powinien trafić do ośrodka wychowawczo-poprawczego. To naprawdę dobry przyjaciel i pomocny chłopak, jednak przez swoją popularność zyskał niestety także kilku wrogów, którzy oczerniają go, spiskują przeciwko niemu. Gdyby nie te kilka osób, dzisiejsza rozprawa nie odbyłaby się. Myślę, że przedstawione przeze mnie argumenty świadczą o tym, że nie ma żadnych wskazań, aby uznać, że Akira jest agresywny – zakończył, po czym zajął swoje poprzednie miejsce.
Potem kolejno wypowiadali się: moja siostra, Uruha, Aoi i Kyo, choć kątem oka zauważyłem, że kiedy Nishimura zaczął mnie wybielać, kurator skrzywił się. Widocznie znał już go – i to od tej gorszej strony.
Siedziałem otępiały, zszokowany przyglądając się kolejnym mówcom. Tego się… nie spodziewałem… Zadziwili mnie… Każdy z nich mówił o mnie ciepło i podawał przykłady, kiedy któremuś z nich pomogłem. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że… może nie jestem znowu taki zły?
Nie tylko Shimizu, ale każdy z nich był świetnie przygotowany. Potrafili wybrnąć z każdego pytania oskarżyciela, przy czym przedstawiali mnie jako wzór cnót i zalet. Przez całe życie nie usłyszałem tylu miłych słów, jak w tym czasie… Zrobiło mi się ciepło na sercu i uśmiechnąłem się pod nosem. To byli… moi prawdziwi przyjaciele. Do szczęścia potrzebowałem tylko ich; nie jakiejś durnej reputacji, „przyjaciół”, którzy wbiliby mi nóż w plecy (dosłownie), tylko po to, żeby zająć moje miejsce w szkolnej hierarchii. Dopiero teraz pojąłem znaczenie słowa przyjaźń – jak wiele ono znaczy. Przyjaźń to nie pożyczenie drobnych na wodę, czy długopisu na sprawdzianie… Przyjaźń to nierozerwalna więź łącząca dwóch ludzi, którzy są w stanie zaryzykować wszystko dla twojego uśmiechu. Przyjaźń nie zna pojęcia dobra i zła. Przyjaciel podpali dla ciebie komendę główną policji, abyś nie uronił gorzkiej łzy smutku i rozczarowania. Zrobi to dla ciebie, by choć na chwilę odciągnąć twoją uwagę od zmartwień. Przyjaciel będzie dbał, abyś płakał tylko ze szczęścia, nigdy rozgoryczenia. Dla przyjaciela twój uśmiech jest zapłatą, rekompensującą wszystko.
Do tej pory myślałem, że taką definicję przyjaźni można spotkać jedynie w książkach i to w dodatku o tematyce fantastycznej czy science-fiction, a tu proszę… sam ją sformowałem i to w dodatku na podstawie własnych przemyśleń i uczuć, które wszystkie na raz w jednym momencie odezwały się we mnie. To było tak niezwykłe… Tylko dlaczego musiałem przysporzyć i znieść tyle cierpień, żeby choć raz doznać uczucia błogości i zadowolenia?
Podobno, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach – ja raczej powiedziałbym, że kto nie ma w głowie, ten dostaje po głowie…
W momencie, kiedy myślałem, że to już koniec wystąpień moich przyjaciół, wstał Ruki. Jak zwykle w butach na koturnach, w których dzisiaj mało się nie zabił, podszedł do wyznaczonego miejsca. Był cały spięty i denerwował się – jego mięśnie były napięte do granic możliwości, przez co po drodze dwa razy omal nie potknął się o własne nogi, nerwowo wyłamywał sobie palce ze stawów i zagryzał wargi.
- Zgaduję, że ty również zamierzasz bronić pana Suzukiego? – zapytał dość znudzonym głosem oskarżyciel, który szykował się do przypuszczenia kolejnego ataku słownego. Taka kiwnął głową i pisnął ciche potwierdzenie. – Jak się nazywasz?
- Takanori Matsumoto – przedstawił się i otworzył usta, aby coś powiedzieć, jednak kiedy rozejrzał się po sali i zobaczył, ile osób go obserwuje, z powrotem je zamknął i zaciął się. Miał tremę? Spojrzałem na niego współczująco i próbowałem pokrzepić go ciepłym uśmiechem. Maleństwo wyłapało moje spojrzenie i przestało zwracać uwagę na pozostałych. – Uważam, że nie powinieneś trafić do poprawczaka, bo… bo tak – zachichotał, jednak nie był to nerwowy śmiech. Nagle wydawało mi się, że wcale nie jesteśmy na sali sądowej, a w jego pokoju i prowadzimy prywatną, swobodną rozmowę. Zdawało się, że blondynek również podobnie się poczuł, gdyż zaczął się zwracać tylko i wyłącznie do mnie i używał prostego, codziennego słownictwa w przeciwieństwie do jego poprzedników, którzy postawili na wzniosłe słowa. – Może ktoś uzna, że to nie jest argument, ale dla mnie jest… i wiem, że dla ciebie też, Akira, bo zawsze liczyłeś się z moim zdaniem. Nigdy mnie nie skrzywdziłeś; wręcz przeciwnie, broniłeś mnie! I… i chyba dlatego też chcę mieć cię wciąż przy sobie; bo się boję. Boję się Sakiego i jemu podobnych, boję się świata, gdyż według mnie jest on szary i zły, pełen zawiści i sprzecznych uczuć, z których z niezrozumiałego dla mnie powodu zawsze wygrywają te złe. Panoszy się tu wielu ludzi, którzy wykorzystują mój strach; wykorzystują mnie, a ja… ja po prostu nie umiem się postawić. Znaczy… umiem, ale… ale wewnątrz wciąż czuję się poniewierany; tylko przy tobie to uczucie znika. Zawsze miałem wrażenie, że jesteś jedyną bezinteresowną osobą, która chce mi pomóc, na której mogę się wesprzeć. Wiele osób uważa mnie za wariata; może w rzeczywistości nim jestem, ale jeśli nawet… to chcę mieć przy sobie kogoś, kto nie pozwoliłby mi zwariować… tak do końca. Chcę cię mieć przy sobie, bo nikogo innego nie mam – westchnął. – Jak… Jak to trudno powiedzieć – uśmiechnął się, jakby niedowierzając i pokręcił głową, na chwilę przymykając powieki. – Nigdy wcześniej nie powiedziałem ci, jak wiele dla mnie znaczysz. Nie potrafiłem powiedzieć ci tego w cztery oczy, a teraz przyznaję się do tego publicznie – spojrzał na osoby obecne na rozprawie, jednak zdawało się, że już mu nie przeszkadzają, gdyż skupił się na mnie. Mówił… z serca. Nie miał przygotowanej żadnej mowy, tak jak pozostali. – Zmieniłeś mnie, Aki, zmieniłeś na lepsze; i chcę, abyś robił to dalej. Jesteś mi bliski… najbliższy… nie oszukujmy się, jesteś dla mnie całym światem! Jesteś moim obrońcą, pocieszycielem, spowiednikiem, doradcą, powiernikiem sekretów, motywatorem… Jesteś moim przyjacielem… najlepszym… Nie – pokręcił głową i uśmiechnął się znacząco – jesteś kimś znacznie więcej! Wiem, że powinienem był przygotować się do tego wystąpienia, ale nie potrafiłem. Kiedy myślałem o tobie wczoraj, potrafiłem jedynie zalewać się łzami i karmić myślą, że mi cię zabiorą. Teraz… Teraz, kiedy patrzę w twoje lśniące oczy, wiem, że tak się nie stanie, bo jesteś dobrym człowiekiem. Zbyt wiele osób walczy o ciebie, aby zbagatelizować nasze rozpaczliwe wołanie… o twoją wolność i przyszłość. To ty zawsze walczyłeś za wszystkich, broniąc nas niczym lew; dziś chcemy ci się odpłacić… wszyscy… My wszyscy, którym kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób pomogłeś – uśmiechnął się pięknie. – A jeśli… jeśli nawet nasze wystąpienia nic nie dadzą… – nagle spochmurniał. – To będzie tylko potwierdzenie tego, że moje przeświadczenie, że ten świat wypełniony jest niesprawiedliwością i złem, jest słuszne. Bo jak można skazać dobroczyńcę jak złoczyńcę? – podszedł do mnie, po czym przytulił krótko, lecz mocno, a następnie zajął swoje poprzednie miejsce, starając się opanować łzy.
Przez chwilę na sali wszyscy milczeli, rozpatrując słowa blondyna. Idealną ciszę, w której słychać było jak mucha rozpaczliwie obija się o szybę, przerwał huk otwieranych drzwi. Odwróciłem się w tamtą stronę i zobaczyłem…!
- Jeśli ośmielacie nazwać się ludźmi – chłopak nawet nie podszedł do mikrofonu, a przemawiał stojąc na środku pomieszczenia, jednak mówił na tyle donośnie, że każdy mógł go doskonale usłyszeć – to stwierdzicie, że Akira nie zasługuje na drugą szansę… - chwila napięcia, podczas której moje serce przestało pracować. – Bo nie wykorzystał nawet pierwszej – Suga uśmiechnął się zadziornie, po czym skierował się w moją stronę i ukłonił się przede mną nisko. – Wybacz mi. Pojąłem swoje błędy dopiero w momencie, kiedy dowiedziałem się, jakim chamem jest mój brat. To przez niego i przeze mnie borykasz się dzisiaj z takimi nieprzyjemnościami – skrzywił się. – Jeśli już ktoś szuka osób winnych trafienia do ośrodka wychowawczo-poprawczego to jestem to ja, Suga Inoto oraz mój brat, Saki Inoto.
„Inoto? – powtórzyłem w myślach. – Więc to takie jest rozwiązanie zagadki dotyczące nazwiska braci SS…”.
Szatyn ukłonił się przede mną jeszcze raz, praktycznie szorując włosami po posadce, po czym zajął pierwsze lepsze wolne miejsce.
Teraz w skupieniu oczekiwałem na wypowiedź mojego kuratora. Siwiejący już mężczyzna podszedł do mikrofonu i spojrzał na mnie, po czym westchnął, kręcąc głową i uśmiechnął się ciepło.
- Akira to… kłopotliwy chłopak, ale jakie dziecko nie sprawia kłopotów? Tym bardziej w okresie dojrzewania, kiedy hormony buzują…! Myślę, że wystąpienia jego tak licznych przyjaciół mówią same za siebie. Przyjaciół nie zdobywa się w dwa dni; tym bardziej takich – spojrzał na Rukiego, który zarumienił się. – Myślę, że bez sensu jest odczytywanie wszystkich notatek na jego temat i powoływanie się na kolejne osoby trzecie. Przedstawienie, jakie przed chwilą zostało tutaj odegrane, jest bardzo wymowne i jednoznaczne; ten chłopak zasługuje na jeszcze jedną szansę. Kara z pewnością go nie minie, ale myślę, że ośrodek wychowawczo-poprawczy jest zbyt surowym wyrokiem.
…

***

- Wniosek o przeniesienie Akiry Suzuki do ośrodka wychowawczo-poprawczego został oddalony – zawyrokował sąd, a mnie spadł kamień z serca. Znów zacząłem normalnie oddychać.
Wszyscy zerwali się na równe nogi z okrzykami radości na ustach. Pierwszy podbiegł do mnie Taka i rzucił mi się na szyję. Objąłem go mocno, wtulając w siebie. Po chwili Takanori złączył nasze wargi w namiętnym pocałunku. Całowaliśmy się zachłannie, wręcz rozpaczliwie. Odsunęliśmy się od siebie dopiero, kiedy zabrakło nam tchu. Spojrzeliśmy sobie w oczy i wybuchliśmy gromkim śmiechem. Maleństwo ponownie się we mnie wtuliło. Dopiero po dłuższej chwili zorientowaliśmy się, że jesteśmy obserwowani… i wcale nie chodziło o naszych przyjaciół, ludzi z rozprawy czy sędziego… Podniosłem głowę i spojrzałem na moją matkę… która, o dziwo, uśmiechała  się. Podeszła do nas i przytuliła.
- Moje kochane chłopaki… - szepnęła.