Closer to Ideal cz.3






Closer to Ideal cz.3

Zjadając czwarty ołówek z rzędu, przekreśliłem kolejną pięciolinię. Chwilę uporczywie wpatrywałem się w kartkę z nutami i tekstem pod nimi zapisanym, po czym zorientowałem się, że przekreśliłem nie to, co trzeba!
- Cholera! – warknąłem wściekły, sięgając po raz wtóry po szklankę z alkoholem.
Ogółem stroniłem od alkoholu. Nie lubiłem pić; nie ciągnęło mnie do tego, mimo iż byłem zapraszany na rozmaite imprezy, gdzie napoje wysokoprocentowe lały się strumieniami – wtedy jedynie udawałem, że piję, wylewając alkohol za kołnierz, a następnie odstawiałem grę pt. „potrafię obić się o wszystkie ściany, a ty nie” przy publiczności, a gdy ona już zniknęła za zakrętem, drzwiami czy tego podobnym przeszkodom, prostowałem się i szybkim krokiem kierowałem się do swojego mieszkania. Teraz natomiast piłem, pisząc piosenkę; dwoiło mi się już w oczach, dlatego przekreśliłem nie tę pięciolinię, co powinienem.
Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się uciekać przed problemami w taki sposób. Byłem zażenowany swoją postawą, ale nie umiałem inaczej. To wszystko było winą tego pieprzonego Osamu i Shimizu! Tak mnie zdenerwowali! Ale Tsukasa nie był lepszy; jego podejście do sprawy wyrzucenia mnie z zespołu było tak lekceważące, że aż trudno opisać to słowami! Jego postawa, która jednoznacznie wyrażała: „Tak, Hizumi, mam cię kompletnie w dupie.” podziałała na mnie jak czerwona płachta na, zaznaczę, rozjuszonego już byka. Karyu też nie był święty; udawał, że nic się nie stało i świetnie się bawił, podczas gdy ja traciłem ostatnie nerwy.
Wszyscy mieli coś na sumieniu… a najgorsze z tego wszystkiego, że ja również…
Westchnąłem ciężko i oparłem się na oparciu kanapy, stwierdzając, że w takim stanie jestem zdolny jedynie zjeść kolejne ołówki, ale na pewno nie napisać coś sensownego. Rzuciłem kartki na niski stolik mieszczący się przed sofą i upiłem kolejny łuk alkoholu. Chyba się pogrążam…

***

Coś nagle spadło mi na głowę. Po chwili zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nic nie spadło, a po prostu zostałem uderzony. Z gniewnym wyrazem twarzy odwróciłem się i zobaczyłem za sobą…
- Co ty tu, do cholery, robisz? – burknąłem na chłopaka, który obszedł dookoła kanapę i stanął naprzeciw mnie. Następnie wyrwał mi szklankę z ręki i odstawił ją.
- Co TY robisz, Hizu… - westchnął rozżalony Zero. – Nie tak to miało się potoczyć… - pokręcił głową.
- Weź się zamknij i wypierdalaj z mojego mieszkania! – krzyknąłem. – Nie mam ochoty oglądać mojego ostatniego gwoździa do trumny przed śmiercią – skrzywiłem się i próbowałem sięgnąć po szklankę, jednak on mnie uprzedził i zdzielił po palcach.
- Zostaw! – pogroził mi palcem. – Hizumi…
- Mówiłem, że masz się zamknąć! – przerwałem mu. - Nie chcę, żebyś mnie dobijał we własnym domu!
- Człowieku, weź się uspokój! – nie wytrzymał i w końcu krzyknął na mnie. Mimo moich protestów usiadł obok mnie na kanapie i uwięził moją dłoń w uścisku. Obejmował ją obiema rękami i palcami delikatnie gładził jej grzbiet oraz wewnętrzną stronę. – Wcale nie chcę dla ciebie źle…
- Nie, wcale! – wywróciłem oczyma, ponownie mu przerywając. – Właśnie dlatego, że chcesz dla mnie jak najlepiej, sprowadziłeś tego przygłupa i wystawiasz na ciężką próbę moje nerwy, z których niedługo nie zostaną nawet strzępy! Dziękuję za taką troskę! – prychnąłem.
- Uspokój się… - wziął głębszy wdech. – Nie chcę dla ciebie źle, naprawdę. Musisz mi uwierzyć. To wszystko, czego ci przysporzyłem, a i owszem, było celowe, abyś w końcu zrozumiał, że nie możesz wiecznie oszukiwać siebie i innych – ścisnął moją dłoń i spojrzał na mnie z bólem. – Nie mogę dłużej oglądać jak doprowadzasz do własnej autodestrukcji…
- Oszukiwać? – zaśmiałem się. – Czy ja cię kiedykolwiek okłamałem? Jestem szczery aż do bólu!
- Cały czas mnie oszukujesz! Nawet teraz! Udajesz, że nic się nie stało, że wszystko jest w porządku… kiedy tak naprawdę doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, że tak nie jest. Męczysz się z tym; widzę to. Wystarczy chwilę dłużej cię poobserwować, aby zauważyć, że twój uśmiech wcale nie jest szczery; nigdy. Nawet kiedy spotykasz się ze swoimi „przyjaciółmi” i wychodzisz z nimi na piwo, nie bawisz się tak jak oni. Odliczasz sekundy do momentu, aż będziesz mógł zakończyć to żałosne przedstawienie i będziesz mógł uciec do swoich bezpiecznych czterech ścian, gdzie ukrywasz się przed złem całego świata. Nie jesteś awanturnikiem; wręcz przeciwnie, jesteś przygnębiony i sam sobie szkodzisz. Zamykasz się w jakiś dziwnych, wyimaginowanych przez siebie ideałach gwiazdy rocka i osoby towarzyskiej, zmuszając się do czegoś, czego nie lubisz robić. Męczysz siebie i osoby, którym na tobie zależy. W ten dość drastyczny sposób, którego się podjąłem, chcę ci pokazać, jak twoje zachowanie jest dla mnie, Tsukasy i Karyu niewygodne; uświadomić ci, że nie jesteś wszystko lekceważącym narcyzem-pijakiem – przysunął się do mnie i delikatnie przygarnął do siebie. – Wyrażasz się jedynie w muzyce, dlatego jesteś wspaniałym wokalistą. Gdyby nie muzyka, która daje ci pełne pole do popisu, już dawno załamałbyś się. Więc na szali stawiam coś bardzo ważnego dla ciebie i daję ci ultimatum; albo zrozumiesz, że wyniszczasz sam siebie i przestaniesz to robić, albo pożegnasz się z muzyką i będziesz musiał radzić sobie ze swoim problemem sam. Pamiętaj, że masz przyjaciół… ale takich prawdziwych, a nie takich, którzy od czasu do czasu wyciągną cię tylko na bilard i piwo – spojrzał mi głęboko w oczy, a mi zakręciło się w głowie. Sam już nie wiem czy to przez to jego głębokie wejrzenie, którym zdawało mi się, że lustruje moją duszę, czy przez zbyt dużą dawkę alkoholu.
- Shimizu… - chłopak słuchał mnie z uwagą napiętą jak struna - … pierdolisz jakieś kacabaje – wybełkotałem.
- Mam nadzieję, że obudzisz się w porę i naprawdę nie będziemy musieli wyrzucić cię z zespołu; uwierz, że tego nie chcę – pokręcił głową.
- Chcesz, chcesz! – zaśmiałem się gorzko. – Chcesz mnie wyrzucić z zespołu i lizać się na koncertach ze swoją Żyrafą, ot co!
- Nie masz pojęcia, co wygadujesz – powiedział smutno i wstał, ciągnąc mnie za sobą. Zatoczyłem się i ponownie usiadłem na tyłku na kanapie. Zero przerzucił sobie moją rękę przez barki i pomógł mi utrzymać się w pozycji pionowej. – Położę cię w sypialni… - mruknął cicho.

***

Obudziłem się w nocy nie dość, że z potwornym bólem głowy to w dodatku zlany zimnym potem. W mojej głowie, wciąż odbijały się słowa basisty, choć… nie wiedziałem czy nasze spotkanie było prawdziwe, czy było jedynie moim pijackim urojeniem.
Zapaliłem nocną lampkę, która stała na stoliku koło łóżka, czego zaraz pożałowałem. Zakląłem cicho pod nosem i zacząłem wściekle mrugać, aby przyzwyczaić się do panującej jasności. Kiedy w końcu udało mi się to zrobić, obok lampki dostrzegłem tabletki i szklankę z wodą. Do szklanki przyczepiona była mała, żółta karteczka z napisem „przeciwbólowe” i narysowana strzałka w dół, wskazująca leki. Nigdy nie byłem aż tak przezorny, dlatego zdziwiło mnie to, co zobaczyłem. Uniosłem wysoko brwi, zastanawiając się, skąd to się mogło tutaj wziąć. Po zaledwie niepełnej minucie zrezygnowałem z tak intensywnego myślenia, gdyż ból głowy wzmógł się. Bez zastanowienia łyknąłem tabletki, po czym ponownie opadłem na poduszki, a po kolejnych kilku minutach, zasnąłem.

***

Po godzinie dwunastej, czterech mocnych kawach, z okularami na nosie i gryząc już szósty ołówek, ponownie przybrałem się do komponowania piosenki. Siedziałem na podłodze przed stolikiem w salonie, podczas gdy gitara akustyczna leżała na kanapie. Uderzałem pogryzionym ołówkiem w kant blatu, wystukując rytm i próbując dobrać do niego słowa. Niestety na moje nieszczęście nic, tak jak wczoraj, nie szło po mojej myśli. Nawet mój ojczysty język sprzeciwił się przeciwko mnie, gdyż słowa piosenki, które co i rusz powstawały w mojej głowie, okazywały się albo zbyt długie, albo zbyt krótkie, aby równomiernie i z sensem rozłożyć je pod nutami.
Piosenka, którą zamierzałem stworzyć, choć marnie mi to szło (miałem dopiero zapisane dwie pięciolinie i trzy linijki tekstu), miała nosić nazwę „R.E.M. -Fuyu no genchou”. Skrót „R.E.M.” wziął się od fazy snu, a pomysł na wykorzystanie akurat tego słowa w tytule podsunął mi mój wyimaginowany basista – tak, uznałem, że nasze spotkanie nie mogło być realne ze względu na to, że Zero nigdy się tak nie zachowywał. Był tak samo wredny, zgryźliwy i nie do wytrzymania jak ja. Nie umiałby być troskliwy w żaden sposób – tym bardziej w tak pogmatwany, jakim był ten, który wymyślił sobie mój senny Michi; karząc mnie chciał udowodnić mi, że udawałem kogoś innego, dobijając tym samego siebie. Zresztą… ten plan Shimizu z mojego snu był niezrozumiały nawet dla mnie, więc z jakiej racji niby basista miałby zrozumieć moje sny? I przede wszystkim, wiedzieć o nich?
Nie umiałby być troskliwy względem mnie.
Nie umiałby.
I kropka.
Ten sen był dziwny, dlatego zainspirował mnie. Chciałem przedstawić swój punkt widzenia, który obejmował to, że wszystko, co się wokół nas dzieje jest jak ten sen – ulotne i przede wszystkim dziwne; i trzeba być dziwnym, żeby utrzymać się na powierzchni, żeby coś osiągnąć, coś mieć… żeby umieć w tym świecie żyć.
Tylko szkoda, że tak marnie mi to szło… Czy to wina tego, że zżerała mnie niepewność? Po części na pewno, choć nie chciałem się do tego przyznać. Bałem się, że Osamu, mimo moich złorzeczeń i zapewnień samego siebie, że w praktyce to ja okażę się lepszy, będzie górą, a ja znów się zbłaźnię. Cholera, nie dość, że do napisania piosenki do pomocy miał Shimizu, to w dodatku Michi był w „jurach”, przez co z pewnością wesprze swojego chłopaka! Ech, życie jest niesprawiedliwe… O, kolejny wers do teksu piosenki! A… a może jednak nie? Przecież to takie płytkie… Muszę wymyślić jakieś lepsze sformułowanie… ale co ma „niesprawiedliwość” do „dziwności” i „snu”?
Czemu pisanie piosenek na „zamówienie” jest takie trudne?
Wsunąłem ołówek między zęby i znów zacząłem go gryźć. Po chwili zacząłem pluć drewnem, krzywiąc się. W końcu doszedłem do wniosku, że przydałoby się zjeść coś pożywniejszego niż drzazgi, którymi żywiłem się od rana. Z ciężkim westchnieniem dźwignąłem się z podłogi i udałem się do kuchni. Otworzyłem lodówkę, gdzie wiał halny, albowiem nic jadalnego tam się nie znajdowało. Nie licząc dwóch przeterminowanych jogurtów, kilku czarnych lakierów do paznokci, widelca (?), który nie wiem, jak się tam znalazł oraz ogryzka nie było tam kompletnie nic. No i jak ja mam niby przybrać na wadze?
Wzruszyłem ramionami i zamknąłem z powrotem lodówkę, po czym odwróciłem się w stronę okna. Wyjrzałem przez nie… kiedy nagle poczułem się zupełnie tak, jakby kopnął mnie prąd! Wzdrygnąłem się, a w mojej głowie znów zahuczało, jednak tym razem z pewnością nie była to wina alkoholu.

„Miałem sen... Zachowałem profil twojej twarzy.”
(D’espairsRay – R.E.M -Fuyu no genchou)*

„Obejmuję mój ambitny sen, śpiąc ostrożnie… obudzony przez czyjeś słowa, w intrygach losu (…) Ulotne, usychające myśli… Skoro masz otwarte oczy, jakie sny śnisz?” (D’espairsRay – Tsuki no Kioku –fallen-)*

Powtarzałem te wersy uparcie w myślach, dochodząc do wniosku, że sen jest tym samym, co marzenie; z tą malutką różnicą, że do marzenia ludzie potrafią się przyznać, a sen to marzenie umysłu, do którego człowiek nie chce się już przyznać.

„Przytrzymany siłą, okradziony nawet z marzeń, wznoszę ręce do nieba”
(D’espairsRay – Hai to Ame)*

„Gdziekolwiek jestem, gonię za tym życzeniem…. Tonę… Nawet jeśli to nie przybliży prawdy, wciąż będę jej szukał”
(D’espairsRay – Tsuki no Kioku –fallen-)*

Zdałem sobie również sprawę, że życzenie i sen to wiara. Marzenia i sny nie miałby racji bytu w naszym umyśle, gdybyśmy w nie nie wierzyli. Człowiek najpierw śni, wmawiając sobie, że to, co wyśnił, jest niemożliwe, potem, zdawałoby się, że na przekór samemu sobie, zaczyna wierzyć i robić pierwsze kroki w stronę spełnienia ów snu – aż w końcu go osiąga. Ale czy zawsze? Czasami ograniczamy się jedynie do wiary…

„Chcę wierzyć, że nawet z poszarpanymi skrzydłami, lecąc pod wiatr, możesz iść na koniec świata”
(D’espairsRay – Brillant)*

Przeróżne, nieskładne zdania, słowa i sentencje dryfowały na powierzchni mojego umysłu. Nie mogłem zrozumieć ich głębszego sensu, ale zdawało mi się, że go posiadają. Nie wiedziałem już czy sam je wymyśliłem; teraz, czy wcześniej; czy może zasłyszałem je gdzieś, może przeczytałem…?
Wiara i marzenia są również wspomnieniami. Człowiek jest sentymentalny. Nie uwierzę nikomu, kto powiedziałby mi, że nigdy nie oglądał się za siebie. Ludzie tak po prostu mają, że rozpamiętują – ale przez to uczymy się na własnych błędach… czasami. Spoglądając wstecz zauważamy także swoje postępy. Dostrzegamy to, że rozwijamy swoje umiejętności; dzięki temu z kolei potrafimy wierzyć w siebie i wyznaczać sobie coraz to trudniejsze cele, do których droga jest bardziej wyboista i usłana przeszkodami. Spoglądając na kolejny problem, myślimy: „Skoro wcześniej udało mi się pokonać coś większego, to teraz to wyzwanie nie będzie to dla mnie problemem!”. Więc wspomnienia też mają tu dużo do „powiedzenia”.

„Moje wspomnienia spłukane letnim deszczem (…)”
(D’espairsrRay – Squall)*

Ale z tymi wspomnieniami, życzeniami, marzeniami i snami trzeba uważać – jak ze wszystkim. Trzeba zawsze liczyć się z ryzykiem, że sen może przerodzić się w koszmar…

„Koszmar o niekończącym się wydźwięku (…)”
(D’espairsRay – Screen)*

Trzeba także wziąć poprawkę na to, że to wszystko może być iluzją – i w rzeczywistości zapewne nią jest. Te wszystkie wyobrażenia są iluzjami dopóki człowiek nie zacznie wprowadzać ich w życie. Dopóki nie podejmę trudu osiągnięcia swojego marzenia, to marzenie jest tylko iluzją – tak samo jak koszmar, którym w przypadku niepowodzenia, może okazać się ów marzeniem…

„Muszę porzucić niezłamane iluzje, spalić na proch wszystko, co widzę”
(D’espairsRay – Maze)*

… dlatego zawsze dobrze jest mieć coś trwałego, czego zawsze można się złapać i wyrwać z iluzji i koszmarów, wrócić do rzeczywistości, która mimo iż nie zawsze jest różowa, to zawsze prawdziwa i pewna. Dobrze jest mieć taką „linę bezpieczeństwa” w razie niebezpieczeństwa.
Przezorny zawsze ostrożny…

„Jedynie twój głos jest do mnie przywiązany, dlatego go szukam (…) Nie potrzebuję już tej szarady, zatarłem kłamstwa (…) Dalej gubię się, więc chwytam twoje ręce. Szukam ich po omacku; myśli, które wyślizgnęły się by igrać z ciemnością”
(D’espairsRay – Maze)*
…
Zaskakujące, jak wszystko jest ze sobą powiązane.
Wszystko ma swoją przyczynę i skutek.
Nic nie jest bezsensowne, choć z pozoru mogłoby się tak wydawać.

I ja wymyśliłem to na kacu?


______________________________
*Wszystkie tłumaczenia zapożyczyłam ze strony tekstowo.pl; Hoshii. nie podjęła się tłumaczeń tych piosenek.


Liceum cz.14

Ło, byle coś z Rukim wstawić, a tu już 20 komentarzy w jeden wieczór... O.o Skoro się tak dobrze spisałyście to wam wstawię to, o co prosicie. Następne będzie "Monsters", "Closer to Ideal", "Le Ciel", oneshoot Ryoga x Koichi, a na końcu Gara x Tetsu. To ostatnie jeszcze ktoś czyta?

„Liceum cz.14”

– No to zbieram się z moimi chłopakami. Wam też radę się ulotnić zanim przyjadą glin… O rzesz kurwa… - przeklął, spoglądając gdzieś w dal ponad naszymi głowami.
Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy czerwono-niebieskie światła radiowozów.
„No pięknie…” – pomyślałem załamany.

Wszyscy, jak na zawołanie, stanęli jak wryci i przez chwilę wpatrywali się w migające światła. Pierwszy ocknął się Kyo, który pociągnął Rukiego za rękę, zmuszając go tym samym, aby wstał. Po chwili pomógł wywindować się i mi.
- Uciekajcie – syknął przez zaciśnięte zęby. – Póki jeszcze jest czas… Odejdźcie powoli, nie biegnijcie, aby nie wydało się, że mieliście coś wspólnego z tym zamieszaniem. Udawajcie zwykłych uczniów szkoły, do której należy ten akademik – wskazał wzrokiem szarego kolosa.
Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem, nie utrzymując z przyjacielem kontaktu wzrokowego, by w istocie wyglądać jak niepozorny uczeń męskiej szkoły. Złapałem Takę za przedramię i wolnym, ale jednocześnie zdecydowanym krokiem ruszyłem w stronę budynku. Kilka aut zatrzymało się przed boiskiem, z których zaczęli wysiadać policjanci. Może plan Nishimury by wypalił, gdyby nie to, że akurat w najgorszym momencie odwróciłem się i spojrzałem na radiowozy, chcąc ocenić liczbę funkcjonariuszy. Jak już wspomniałem, zrobiłem to w najgorszym momencie, gdyż właśnie wtedy jeden z mężczyzn w mundurze nawiązał ze mną kontakt wzrokowy. Spanikowałem i szybko popchnąłem Matsumoto do środka, po czym sam ruszyłem za nim.
- Stój! – usłyszałem za sobą krzyk policjanta.
„Cholera!” – wrzasnąłem w myślach i popchnąłem Maleństwo, aby przyspieszyło kroku. Ruki również był zestresowany, a widząc niepewność wypisaną na mojej twarzy, spiął się jeszcze bardziej. Znów był bliski łez. Chciałem go przytulić, pocieszyć, pocałować… ale nie mogłem tego zrobić. Nie było w tej chwili na to czasu.
Trzask drzwi – już wiedziałem, że funkcjonariusz podążył za nami.
- Zatrzymaj się! – podbiegł do nas i szarpnął mnie za ramię. Niechętnie zatrzymałem się i zwróciłem do niego przodem, spuszczając głowę i wbijając wzrok w podłogę. – Dlaczego oddaliliście się z miejsca zdarzenia? – zapytał groźnie, a mnie zaczęło łupać w skroniach. Przełknąłem głośno ślinę.
- Bo my… - zająknąłem się. – Znaczy ja, zadzwoniłem na policję, kiedy zobaczyłem tą bójkę i nie chciałem mieć kłopotu z tymi chłopakami – wymyśliłem na poczekaniu.
- Ale rozumiem, że nie braliście w niej udziału?
- Nie – pisnął cienko Takanori, chowając się za mną. Wziąłem głębszy wdech, żeby się uspokoić.
- To możecie mi wyjaśnić, dlaczego jesteście tacy brudni? – spojrzał na nas podejrzliwie, wskazując na nasze ubrania. Dopiero teraz zauważyłem, że byliśmy cali w piachu, a na ubraniach mieliśmy czerwone plamy po krwi (niekoniecznie naszej – Ruki był w krwi Uruhy) oraz zielone ślady po trawie.
- No… znaczy… Trochę nas tam popychali – bąknąłem, nie mogąc wymyślić niż lepszego.
- A możesz mi wyjaśnić, co ty tutaj w ogóle robisz, chłopcze? – zwrócił się do mnie. – Nie wydaje mi się, żebyś uczęszczał do tej szkoły…
- Na jakiej podstawie pan tak uważa? – odważyłem się zadać pytanie, jednak wzrokiem nadal lustrowałem podłogę.
- Nie masz mundurka, tak jak on – wskazał na Matsumoto, który położył mi dłoń na ramieniu, kurczowo ją zaciskając.
- Bo… przebrałem się wcześniej – palnąłem.
- A mam ci udowodnić, że nie chodzisz tu do szkoły? – prychnął.
- Ależ on tutaj chodzi do szkoły! – dobiegł nas głos ze schodów. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem… Shimizu! – Nawet dzieli ze mną pokój! – powiedział pewnie, przez co w żaden sposób nie było widać po nim, że kłamie.
- Nie – policjant, którego najwyraźniej jedynie rozbawił nasz teatrzyk, pokręcił głową. – Spójrz na mnie – rozkazał, po czym szarpnął za moją bandanę, zdejmując ją. – Akira Suzuki – spojrzał na mnie z politowaniem – kiedy przestaniesz robić ze mnie idiotę? – dopiero teraz go poznałem; dopiero teraz, kiedy na niego spojrzałem. To był ten sam policjant, który zgarnął mnie i Takę z punktu widokowego!

***

I tak oto wylądowałem na komisariacie; znowu. Na początku było tu dość tłoczno, gdyż wielu chłopców zmuszeni byli odebrać rodzice, ale ich kara skończyła się na tym. Niestety moja nie. Siedziałem teraz na plastikowym krześle w wąskim korytarzu, naprzeciwko Sakiego, który od czasu do czasu przykładał zakrwawioną gazę do nosa, z którego sączyła mu się krew.
- I co? Fajny koniec, nie? –zaśmiał się niewesoło. – Ja dostanę kuratora, a ty proces – skrzywił się.
- A czy nie o to właśnie ci chodziło? – założyłem ręce na piersi.
- Mniej więcej – uśmiechnął się kwaśno. – A mniej więcej, to nie osiągnięcie zamierzonego celu…
- Więc… - westchnąłem. – Dostaniesz kuratora – potarłem brodę. – W takim razie, kiedy mogę spodziewać się zobaczyć cię w poprawczaku? Wiesz, chcę się przygotować psychicznie na ponowne spotkanie z takim ćwierćinteligentem, który narobił mi tyle kłopotów – syknąłem.
- Dokładnej daty ci nie powiem, ale możesz spodziewać się mnie niebawem – znów przyłożył gazę do nosa.
Po chwili z gabinetu kuratora wyszła moja matka. Była zapłakana, a na jej twarzy malowała się bezradność i bezbrzeżny smutek. Spojrzała na mnie pustym wzrokiem i podeszła do mnie szybko, po czym przytuliła mocno, więżąc w stalowym uścisku.
- Akira… - szepnęła. – Powiedz mi… gdzie popełniłam błąd jako rodzic? – rozpłakała się, a mnie coś ścisnęło serce. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, jak wielki popełniłem błąd… i to przecież nie pierwszy. Pojąłem, jak wiele osób krzywdziłem, popełniając te błędy…
- Mamo… - po moich policzkach również zaczęły płynąć łzy. – To… To nie twoja wina. To wszystko przeze mnie…

***

I tak oto wylądowałem w sądzie. Nawet nie ubrałem się zbyt elegancko, najzwyczajniej w świecie nie miałem na to siły. Jeansy, trampki i czarna koszula… nie poznawałem siebie… Nawet włosów nie ułożyłem, dlatego praktycznie nic nie widziałem przez grzywkę – w sumie cieszyłem się z tego: na własnej rozprawie raczej nie mogłem zobaczyć nic ciekawego. Głowa bolała mnie od płaczu… Jak mogłem zawieść matkę? Takanoriego? Sięgnąłem dna…
Zdawało mi się, że ktoś coś mówi, jednak nie słuchałem co – i tak wiedziałem, jaki będzie osąd mojego kuratora, który będzie ostatnim gwoździem do mojej trumny. Na szczęście bądź nieszczęście, kurator miał wypowiedzieć się dopiero na sam koniec. Siedziałem jak na szpilkach i nerwowo bębniłem palcami w blat stołu. Naprawdę chciałem mieć to już za sobą…
„W sumie – pomyślałem – nie powinno być tak źle… Kyo obiecał, że będzie próbował mi jakoś pomagać…” – starałem się myśleć optymistycznie, ale kiepsko mi to wychodziło. Z zamyślania wyrwał mnie dopiero odgłos stukania, towarzyszący szybkiemu krokowi. Podniosłem głowę i zobaczyłem, jak przede mną przechodzi Shimizu. Zaraz, zaraz… Właśnie przede mną przedefilował rudzielec, który próbował uratować mnie przed policjantem w akademiku… Co on tu, do cholery, robił?
Chłopak usiadł na wyznaczony miejscu i przysunął sobie mikrofon do ust. Najwidoczniej przemyślał to, co miał do powiedzenia, bo mówił bardzo spójnie i bez ani jednego zająknięcia. Przez moment jedynie wsłuchiwałem się w jego głos i studiowałem mimikę, kompletnie nie zwracają uwagi, a może nawet i nie rozumiejąc sensu jego wypowiedzi. Dopiero potem trafiło do mnie, że… on mnie broni!
- Dlatego nie uważam, żeby Akira powinien trafić do ośrodka wychowawczo-poprawczego. To naprawdę dobry przyjaciel i pomocny chłopak, jednak przez swoją popularność zyskał niestety także kilku wrogów, którzy oczerniają go, spiskują przeciwko niemu. Gdyby nie te kilka osób, dzisiejsza rozprawa nie odbyłaby się. Myślę, że przedstawione przeze mnie argumenty świadczą o tym, że nie ma żadnych wskazań, aby uznać, że Akira jest agresywny – zakończył, po czym zajął swoje poprzednie miejsce.
Potem kolejno wypowiadali się: moja siostra, Uruha, Aoi i Kyo, choć kątem oka zauważyłem, że kiedy Nishimura zaczął mnie wybielać, kurator skrzywił się. Widocznie znał już go – i to od tej gorszej strony.
Siedziałem otępiały, zszokowany przyglądając się kolejnym mówcom. Tego się… nie spodziewałem… Zadziwili mnie… Każdy z nich mówił o mnie ciepło i podawał przykłady, kiedy któremuś z nich pomogłem. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że… może nie jestem znowu taki zły?
Nie tylko Shimizu, ale każdy z nich był świetnie przygotowany. Potrafili wybrnąć z każdego pytania oskarżyciela, przy czym przedstawiali mnie jako wzór cnót i zalet. Przez całe życie nie usłyszałem tylu miłych słów, jak w tym czasie… Zrobiło mi się ciepło na sercu i uśmiechnąłem się pod nosem. To byli… moi prawdziwi przyjaciele. Do szczęścia potrzebowałem tylko ich; nie jakiejś durnej reputacji, „przyjaciół”, którzy wbiliby mi nóż w plecy (dosłownie), tylko po to, żeby zająć moje miejsce w szkolnej hierarchii. Dopiero teraz pojąłem znaczenie słowa przyjaźń – jak wiele ono znaczy. Przyjaźń to nie pożyczenie drobnych na wodę, czy długopisu na sprawdzianie… Przyjaźń to nierozerwalna więź łącząca dwóch ludzi, którzy są w stanie zaryzykować wszystko dla twojego uśmiechu. Przyjaźń nie zna pojęcia dobra i zła. Przyjaciel podpali dla ciebie komendę główną policji, abyś nie uronił gorzkiej łzy smutku i rozczarowania. Zrobi to dla ciebie, by choć na chwilę odciągnąć twoją uwagę od zmartwień. Przyjaciel będzie dbał, abyś płakał tylko ze szczęścia, nigdy rozgoryczenia. Dla przyjaciela twój uśmiech jest zapłatą, rekompensującą wszystko.
Do tej pory myślałem, że taką definicję przyjaźni można spotkać jedynie w książkach i to w dodatku o tematyce fantastycznej czy science-fiction, a tu proszę… sam ją sformowałem i to w dodatku na podstawie własnych przemyśleń i uczuć, które wszystkie na raz w jednym momencie odezwały się we mnie. To było tak niezwykłe… Tylko dlaczego musiałem przysporzyć i znieść tyle cierpień, żeby choć raz doznać uczucia błogości i zadowolenia?
Podobno, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach – ja raczej powiedziałbym, że kto nie ma w głowie, ten dostaje po głowie…
W momencie, kiedy myślałem, że to już koniec wystąpień moich przyjaciół, wstał Ruki. Jak zwykle w butach na koturnach, w których dzisiaj mało się nie zabił, podszedł do wyznaczonego miejsca. Był cały spięty i denerwował się – jego mięśnie były napięte do granic możliwości, przez co po drodze dwa razy omal nie potknął się o własne nogi, nerwowo wyłamywał sobie palce ze stawów i zagryzał wargi.
- Zgaduję, że ty również zamierzasz bronić pana Suzukiego? – zapytał dość znudzonym głosem oskarżyciel, który szykował się do przypuszczenia kolejnego ataku słownego. Taka kiwnął głową i pisnął ciche potwierdzenie. – Jak się nazywasz?
- Takanori Matsumoto – przedstawił się i otworzył usta, aby coś powiedzieć, jednak kiedy rozejrzał się po sali i zobaczył, ile osób go obserwuje, z powrotem je zamknął i zaciął się. Miał tremę? Spojrzałem na niego współczująco i próbowałem pokrzepić go ciepłym uśmiechem. Maleństwo wyłapało moje spojrzenie i przestało zwracać uwagę na pozostałych. – Uważam, że nie powinieneś trafić do poprawczaka, bo… bo tak – zachichotał, jednak nie był to nerwowy śmiech. Nagle wydawało mi się, że wcale nie jesteśmy na sali sądowej, a w jego pokoju i prowadzimy prywatną, swobodną rozmowę. Zdawało się, że blondynek również podobnie się poczuł, gdyż zaczął się zwracać tylko i wyłącznie do mnie i używał prostego, codziennego słownictwa w przeciwieństwie do jego poprzedników, którzy postawili na wzniosłe słowa. – Może ktoś uzna, że to nie jest argument, ale dla mnie jest… i wiem, że dla ciebie też, Akira, bo zawsze liczyłeś się z moim zdaniem. Nigdy mnie nie skrzywdziłeś; wręcz przeciwnie, broniłeś mnie! I… i chyba dlatego też chcę mieć cię wciąż przy sobie; bo się boję. Boję się Sakiego i jemu podobnych, boję się świata, gdyż według mnie jest on szary i zły, pełen zawiści i sprzecznych uczuć, z których z niezrozumiałego dla mnie powodu zawsze wygrywają te złe. Panoszy się tu wielu ludzi, którzy wykorzystują mój strach; wykorzystują mnie, a ja… ja po prostu nie umiem się postawić. Znaczy… umiem, ale… ale wewnątrz wciąż czuję się poniewierany; tylko przy tobie to uczucie znika. Zawsze miałem wrażenie, że jesteś jedyną bezinteresowną osobą, która chce mi pomóc, na której mogę się wesprzeć. Wiele osób uważa mnie za wariata; może w rzeczywistości nim jestem, ale jeśli nawet… to chcę mieć przy sobie kogoś, kto nie pozwoliłby mi zwariować… tak do końca. Chcę cię mieć przy sobie, bo nikogo innego nie mam – westchnął. – Jak… Jak to trudno powiedzieć – uśmiechnął się, jakby niedowierzając i pokręcił głową, na chwilę przymykając powieki. – Nigdy wcześniej nie powiedziałem ci, jak wiele dla mnie znaczysz. Nie potrafiłem powiedzieć ci tego w cztery oczy, a teraz przyznaję się do tego publicznie – spojrzał na osoby obecne na rozprawie, jednak zdawało się, że już mu nie przeszkadzają, gdyż skupił się na mnie. Mówił… z serca. Nie miał przygotowanej żadnej mowy, tak jak pozostali. – Zmieniłeś mnie, Aki, zmieniłeś na lepsze; i chcę, abyś robił to dalej. Jesteś mi bliski… najbliższy… nie oszukujmy się, jesteś dla mnie całym światem! Jesteś moim obrońcą, pocieszycielem, spowiednikiem, doradcą, powiernikiem sekretów, motywatorem… Jesteś moim przyjacielem… najlepszym… Nie – pokręcił głową i uśmiechnął się znacząco – jesteś kimś znacznie więcej! Wiem, że powinienem był przygotować się do tego wystąpienia, ale nie potrafiłem. Kiedy myślałem o tobie wczoraj, potrafiłem jedynie zalewać się łzami i karmić myślą, że mi cię zabiorą. Teraz… Teraz, kiedy patrzę w twoje lśniące oczy, wiem, że tak się nie stanie, bo jesteś dobrym człowiekiem. Zbyt wiele osób walczy o ciebie, aby zbagatelizować nasze rozpaczliwe wołanie… o twoją wolność i przyszłość. To ty zawsze walczyłeś za wszystkich, broniąc nas niczym lew; dziś chcemy ci się odpłacić… wszyscy… My wszyscy, którym kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób pomogłeś – uśmiechnął się pięknie. – A jeśli… jeśli nawet nasze wystąpienia nic nie dadzą… – nagle spochmurniał. – To będzie tylko potwierdzenie tego, że moje przeświadczenie, że ten świat wypełniony jest niesprawiedliwością i złem, jest słuszne. Bo jak można skazać dobroczyńcę jak złoczyńcę? – podszedł do mnie, po czym przytulił krótko, lecz mocno, a następnie zajął swoje poprzednie miejsce, starając się opanować łzy.
Przez chwilę na sali wszyscy milczeli, rozpatrując słowa blondyna. Idealną ciszę, w której słychać było jak mucha rozpaczliwie obija się o szybę, przerwał huk otwieranych drzwi. Odwróciłem się w tamtą stronę i zobaczyłem…!
- Jeśli ośmielacie nazwać się ludźmi – chłopak nawet nie podszedł do mikrofonu, a przemawiał stojąc na środku pomieszczenia, jednak mówił na tyle donośnie, że każdy mógł go doskonale usłyszeć – to stwierdzicie, że Akira nie zasługuje na drugą szansę… - chwila napięcia, podczas której moje serce przestało pracować. – Bo nie wykorzystał nawet pierwszej – Suga uśmiechnął się zadziornie, po czym skierował się w moją stronę i ukłonił się przede mną nisko. – Wybacz mi. Pojąłem swoje błędy dopiero w momencie, kiedy dowiedziałem się, jakim chamem jest mój brat. To przez niego i przeze mnie borykasz się dzisiaj z takimi nieprzyjemnościami – skrzywił się. – Jeśli już ktoś szuka osób winnych trafienia do ośrodka wychowawczo-poprawczego to jestem to ja, Suga Inoto oraz mój brat, Saki Inoto.
„Inoto? – powtórzyłem w myślach. – Więc to takie jest rozwiązanie zagadki dotyczące nazwiska braci SS…”.
Szatyn ukłonił się przede mną jeszcze raz, praktycznie szorując włosami po posadce, po czym zajął pierwsze lepsze wolne miejsce.
Teraz w skupieniu oczekiwałem na wypowiedź mojego kuratora. Siwiejący już mężczyzna podszedł do mikrofonu i spojrzał na mnie, po czym westchnął, kręcąc głową i uśmiechnął się ciepło.
- Akira to… kłopotliwy chłopak, ale jakie dziecko nie sprawia kłopotów? Tym bardziej w okresie dojrzewania, kiedy hormony buzują…! Myślę, że wystąpienia jego tak licznych przyjaciół mówią same za siebie. Przyjaciół nie zdobywa się w dwa dni; tym bardziej takich – spojrzał na Rukiego, który zarumienił się. – Myślę, że bez sensu jest odczytywanie wszystkich notatek na jego temat i powoływanie się na kolejne osoby trzecie. Przedstawienie, jakie przed chwilą zostało tutaj odegrane, jest bardzo wymowne i jednoznaczne; ten chłopak zasługuje na jeszcze jedną szansę. Kara z pewnością go nie minie, ale myślę, że ośrodek wychowawczo-poprawczy jest zbyt surowym wyrokiem.
…

***

- Wniosek o przeniesienie Akiry Suzuki do ośrodka wychowawczo-poprawczego został oddalony – zawyrokował sąd, a mnie spadł kamień z serca. Znów zacząłem normalnie oddychać.
Wszyscy zerwali się na równe nogi z okrzykami radości na ustach. Pierwszy podbiegł do mnie Taka i rzucił mi się na szyję. Objąłem go mocno, wtulając w siebie. Po chwili Takanori złączył nasze wargi w namiętnym pocałunku. Całowaliśmy się zachłannie, wręcz rozpaczliwie. Odsunęliśmy się od siebie dopiero, kiedy zabrakło nam tchu. Spojrzeliśmy sobie w oczy i wybuchliśmy gromkim śmiechem. Maleństwo ponownie się we mnie wtuliło. Dopiero po dłuższej chwili zorientowaliśmy się, że jesteśmy obserwowani… i wcale nie chodziło o naszych przyjaciół, ludzi z rozprawy czy sędziego… Podniosłem głowę i spojrzałem na moją matkę… która, o dziwo, uśmiechała  się. Podeszła do nas i przytuliła.
- Moje kochane chłopaki… - szepnęła.


Yo-ka x Ruki "A ty mi coś obiecasz, okej?"

„A ty mi coś obiecasz, okej?”

- Nie mów tak! – zganił mnie. – Nawet nie wiesz, ile jesteś warty! Zrobisz, co chcesz, ale… ja myślę, że to nie jest zły chłopak. Z pewnością sobie z ciebie nie żartuje i skoro, jak sam powiedział, wiele o tobie wie i nie odrzuciło go to… wytłumaczenie jest jedno – zależy mu na tobie! On może pomóc ci z tymi rozterkami… kto wie? Może cię zmieni? Może wywróci całe twoje życie do góry nogami? Uważam, że warto spróbować, ale… zrobisz, co chcesz – powtórzył, wzruszając ramionami. – A teraz wybacz, ale muszę odrobić pracę domową, bo jutro będę pytany – wstał i podniósł z podłogi swoje rzeczy.
Przesiadłem się na swoje łóżko i położyłem się na nim, nie dbając nawet o to, że mundurek zapewnie się pogniecie. Zasłoniłem twarz dłońmi w akcie bezradności… Kai nic mi nie pomógł… Z pewnością sobie ze mnie żartuje, a ja nadal nie wiem, co zrobić…
Ech…
Chyba, że…
Nie, nie, to głupi pomysł…
A może jednak?

***

Minęły dwa dni od mojego ostatniego spotkania z blondynem. Widywałem go codziennie na korytarzu, jednak nie odważyłem się podejść. Kiedy chłopak był daleko ode mnie, miałem wielką ochotę się z nim spotkać i sprawdzić, tak jak doradził mi Kai, czy Yo-ka w istocie był do mnie zastawiony w „ten” sposób czy może jedynie udawał zainteresowanie moją osobą. Niestety, kiedy tylko dostrzegałem zarys jego postaci, stawałem jak słup soli i jedyne, co mogłem zrobić, to przyglądać mu się z daleka. Oczywiście to nie umykało jego uwadze, dlatego nieraz spoglądał również na mnie, ale kiedy tylko pojawiało się niebezpieczeństwo, że nasze spojrzenia się skrzyżują, ja spuszczałem głowę i zakrywałem oczy grzywką.
Ogólnie byłem osobą nieśmiałą. Dodatkowo on mnie onieśmielał, a jakby tego wszystkiego było mało, dobijali mnie jego koledzy, którzy zawsze kręcili się w pobliżu. Widać było, że czasami miał już tego dość, ale ci lgnęli do niego jak muchy do lepu i nic nie robili sobie z jego miny cierpiętnika i lakonicznych odpowiedzi, którymi próbował ich zbyć. W sumie… chyba z tego wszystkiego najgorsi byli właśnie oni. Tworzyli taki mur wokół Yo-ki, którego nie mogłem pokonać, gdyż za bardzo się bałem. Ta moja „fobia” odzywała się we mnie głośno i wyraźnie, paraliżując wszystkie mięśnie. Poza tym, warto też dodać, że w pobliżu blondyna zawsze znajdował się również Akira, który za wszelką ceną próbował rozkochać w sobie najpopularniejszego i najbogatszego chłopaka w szkole. Oczywiście nadal szło mu to marnie, ale wystarczyło jedno jego spojrzenie, żebym nie dość, że spuścił głowę i zakrył oczy włosami, to w dodatku odszedł w przeciwnym kierunku z podkulonym ogonem.
A potem się rozchorowałem. Zacząłem kichać i kaszleć, głowa pękała mi w szwach. Kiedy Kaia zaczęło irytować moje ciąganie nosem, ten wręcz siłą wywlókł mnie z pokoju trzymając za ubrania i zaprowadził do pielęgniarki, która dała mi jakieś tabletki i zimy okład na czoło, gdyż jak się okazało, miałem gorączkę, i kazała zostać kilka dni w pokoju.
I tak oto utknąłem samotnie w tych czterech ścianach z samopoczuciem kota rozjechanego na autostradzie. Nudziło mi się nieprzeciętnie. Zbyt mocno bolała mnie głowa, żeby czytać książki czy słuchać muzyki, a telewizor był na głównym holu, co oznaczało, że nie mogłem nic obejrzeć. Za bardzo bałem się reakcji innych uczniów na widok rozwalonego, niskiego chłopaka z przekrwionymi oczyma, zaczerwienionym nosem, do którego co chwila przykładał chusteczki, otwartymi ustami, przez które oddychał, w pogniecionej piżamie i z rozczochranymi włosami, który oglądał jakąś telenowelę lub, co gorsza, zasnął. Tak więc nie pozostawało mi nic innego, jak leżenie i gapienie się w biały sufit.
Przez to, że opuszczałem lekcje, robiły mi się zaległości. Nie otwierałem podręcznika, ale wiedziałem, że tak jest. Ogólnie uczyłem się dość dobrze, a przedmioty humanistyczne były dla mnie pestką, jednak nie mogłem tego samego powiedzieć o przedmiotach ścisłych. Informatykę jeszcze lubiłem, fizykę trochę mniej, ale dało się znieść, z matmy nie błagałem o nic innego jak trzy, a chemia… Westchnąłem ciężko, nie będąc pocieszonym myślą, że znów będę musiał prosić Tanabe, żeby wytłumaczył mi materiał. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że miał ciekawsze zajęcia. Mógł mi pomóc raz czy dwa, ale to zdarzało się już notorycznie, a nie chciałem nadużywać jego przyjaźni do tak błahych spraw… z drugiej strony, kiedy znów pomyślałem o chemiku i niedawnym incydencie, w który wmieszał się również Yo-ka, status tej sprawy z błahej przechodził w przerażającą. Naprawdę bałem się tego nauczyciela, a strach podsycała świadomość, że mnie nie cierpiał. Z tego powodu mogłem się spodziewać, że tuż po moim powrocie do szkoły, będę pytany z chemii…
Westchnąłem ponownie i przekręciłem się na bok. Sięgnąłem po tabletki na ból gardła leżące na szafce nocnej, a następnie po moją nadal nierozpakowaną torbę z książkami. Wyjąłem z niej podręcznik do znienawidzonego przeze mnie przedmiotu i otworzyłem na stronie, gdzie został zamieszczony test do rozwiązania przez ucznia, aby ten mógł przygotować się do sprawdzianu. Pomyślałem, że przerobienie tego będzie dobrym pomysłem. Zadanie pierwsze i już mina mi zrzedła. Bełkot, bełkot, dużo trudnych słów i skomplikowanych znaków, które ciężko nawet przeczytać. Że co mam niby zrobić? No… Ee… „Dobra, wrócę do tego później…” – obiecałem sobie. Mój wzrok spoczął na następnym zadaniu, które było przyczyną mojej następnej porażki. „Do… do tego też wrócę później…” – pisnąłem w myślach, drapiąc się po głowie i zastanawiając, o co tu też może chodzić… W głowie nadal mi huczało, oczy łzawiły, kiedy zbyt mocno wysilałem się, żeby coś przeczytać, bo tekst rozmazywał się. Nie mogłem się skupić, a uczucie bezradności jeszcze bardziej mnie demotywowało. Zadanie trzecie i trzecia koncertowa klęska. No, to by było na tyle. Nie potrafiłem zrobić absolutnie nic. Dalej nawet nie chciałem już czytać, bo tylko utwierdziłbym się w tym, że chemia definitywnie była moją najsłabszą stroną. Odrzuciłem książkę nawet nie zastanawiając się, gdzie upadnie. Opadłem na poduszki i zagrzebałem się w pościeli, postanawiając przespać się trochę. Może sen mi trochę pomoże…

***

Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Sen odrobinę pomógł, jednak nie zmienił tego, iż nadal czułem się fatalnie. Byłem otępiały i chciałem dalej spać, jednak ktoś dobijający się do drzwi znów przypomniał o sobie, nawalając w nie pięścią. Zrozumiawszy, że niedane mi jest pospać w spokoju, chciałem się odezwać, dając tym samym nieproszonemu gościowi znak, aby wszedł, zobaczył, że Kaia nie ma i poszedł w diabły, jednak spomiędzy moich warg nie wydobył się żaden dźwięk. Byłem tak chory, że gardło całkowicie odmówiło mi posłuszeństwa i bolało tak, jakby wbijało się w nie setki tysięcy szpileczek. Nie zamierzałem wychodzić spod nagrzanej pościeli, dlatego zdecydowałem się nic nie robić.
Pukanie nie rozległo się kolejny raz. Myślałem, że natręt sobie poszedł, rozumiejąc, że Yutaki nie ma w pokoju, dlatego też ponownie ułożyłem się do snu, kiedy usłyszałem charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciłem się i spojrzałem przez ramię na nowoprzybyłego.
- Takanori, dlaczego mnie ignorujesz? – Yo-ka stanął w progu, zakładając ręce na piersiach. – Wiesz, że to nieładnie udawać, że cię nie ma? – zapytał sarkastycznie. W odpowiedzi wskazałem na własne gardło, a następnie skrzyżowałem dłonie, dając mu do zrozumienia, że nie mogę nic powiedzieć. Chłopak westchnął i zamknął za sobą drzwi, a następnie podszedł do mojego łóżka i usiadł na jego krawędzi. – Gdzie ty się tak załatwiłeś, co? Ech, wybrałeś sobie porę na chorobę… - pokręcił głową, wyglądając przez okno. – Taka ładna pogoda, chciałem wyciągnąć cię na spacer, ale skoro jesteś przykuty do łóżka, nic nie mogę na to poradzić… - sięgnął po tabletki na gardło, które niezmiennie leżały na swoim miejscu i wziął jedną w dwa palce, podsuwając mi ją pod usta. – Otwórz buzię – zaśmiał się, mówiąc przesłodzonym głosikiem, jakim zwraca się do małego dziecka. Posłusznie wykonałem polecenie, a on włożył mi tabletkę do ust.
„(…) włożył mi (…) do ust” – to co najmniej źle brzmi”, pomyślałem. Zaraz jednak przyłapałem się na tym i zganiłem w myślach. „Do cholery, Ruki, o czym ty myślisz? Przecież on ci tylko podał lekarstwo!” – próbowałem uspokoić samego siebie. To było dziwne, z racji tego, że nigdy wcześniej nie miewałem podobnych myśli…
- Przyniosłem ci zeszyty – przyłożył mi rękę do czoła, sprawdzając temperaturę – ale widzę, że nie masz ani siły, ani ochoty na przepisywanie ich, mam rację? – upewnił się, a ja pokiwałem głową. Następnie nachylił się nade mną i pocałował w czoło. Spojrzałem na niego wystraszony i mimo że nie mogłem nic powiedzieć, moja mina wyrażała wszystko, czyli mówiła: „Co ty, do cholery jasnej, wyrabiasz?! Chcesz mnie o zawał przyprawić?!” lub coś w tym kontekście… - No nie patrz tak na mnie – zaśmiał się. – Tylko sprawdzam ci temperaturę. Mam zimne dłonie – usprawiedliwił się. – Za to usta gorące… - mruknął pod nosem, jednak i tak usłyszałem. Spojrzałem na niego niepewnie, nie widząc czy jednak wyjście spod tej nagrzanej kołdry i ucieknięcie stąd gdzie pieprz rośnie, nie byłoby dobrym pomysłem. – Możemy pójść na pewien układ – kontynuował niezrażony. – Ja przepiszę za ciebie te wszystkie notatki – wyjął ze swojego plecaka pokaźny stos zeszytów – a ty mi coś obiecasz, okej?
- Co… obiecać…? – wyskrzeczałem z trudem, czując jak szpilki jeszcze dotkliwiej wbijają się w moje podrażnione gardło.
- Coś – wzruszył ramionami. - Jeszcze nie wiem, czego mógłbym od ciebie chcieć, ale po prostu będziesz moim dłużnikiem, dobrze? Umówimy się tak, że będziesz musiał mi oddać jedną przysługę – uśmiechnął się. – Nie bój się, nie będę kazał ci zabijać, gwałcić ani brać udziału w jakiś orgiach! – zaśmiał się, widząc moją niepewną minę. – To jak będzie?
Po chwili namysłu w końcu pokiwałem głową. Naprawdę nie miałem ochoty ślęczeć nad tymi zeszytami, a nie mogłem wziąć notatek od Kaia, gdyż ja byłem w klasie „a”, a on „c” i zapewne było tak, że z jednego przedmiotu przerobili już więcej tematów niż my, a z drugiego odwrotnie. Byłem wdzięczny Yo-ce za oferowaną pomoc, ale to i tak nie zmniejszało moich podejrzeń, co do tej „przysługi”. Miałem nadzieję, że nic nie stracę na tym układzie…
- Starałem się notować wszystko, co wydawało mi się być ważne i pisać w miarę najprościej, abyś nie miał problemu ze zrozumieniem, o co chodziło – a on dalej gadał i gadał…
Jego głos był przyjemny dla ucha, więc dobrze mi się go słuchało, mimo że nie zwracałem już uwagi na sens wypowiadanych słów. Nie miałem siły się na tym skupić. Byłem totalnie wypompowany. Czułem się tak, jakbym dopiero co przebiegł maraton, podczas którego ktoś strzelał mi w głowę z pistoletu do paintballu. Ukołysany jego aksamitnym głosem, ponownie zasnąłem.

___________

Dobra, trochę tego już napisałam, więc teraz moje pytanie do was: Co chcecie jako następną notkę?
1. Closer to Ideal cz.3
2. Gara x Tetsu cz.4
3. Le ciel cz.2
4. Liceum cz.14
5. Oneshoot Ryoga (BORN) x Koichi (Mejibray)
6. Monsters cz.10
Odpowiedzi piszcie w komentarzach! <3

Monsters cz.9

xMidziak, wybacz, że cię pominęłam! Jesteś tutaj stałą bywalczynią i przede wszystkim komentatorką, a twoje wypowiedzi są naprawdę długie i konstruktywne, za co kłaniam ci się w pas i mówię wielkie "Arigatoooooo!!!" Mam nadzieję, że wybaczysz mi tą zniewagę; ale spokojnie, mam coś na przeprosiny (nie wypada być gołosłowym):

Z dedykiem dla xMidziak:


MONSTERS CZ.9



- Przed chwilą dostałem informację, że zostałeś zgłoszony przez dwa zespoły; przez nas i przez „Monsters”. Zostałeś przez to zdyskwalifikowany, a my mamy znaleźć sobie innego basistę – szczęka opadła mi do podłogi, mocno w nią uderzając i wbijając się w dół na dobre kilka centymetrów.
Jak to…
… zdyskwalifikowany?

Tak oto mój świat został złamany – dosłownie, przełamany na pół. Absolutnie nie wiedziałem, jak miałem się zachować. W myślach wciąż pytałem siebie, co JESZCZE może pójść nie tak i jak długo JESZCZE wytrzymam w tym pasie nieszczęść… Najpierw ręce, a zaraz potem całe moje ciało zaczęło drżeć. Czułem się taki… kompletnie niepotrzebny, nigdzie niepasujący… Ogarnęła mnie przejmująca pustka i zimno, którego źródło było jakby wewnątrz mnie.
- A… A… Aha… - mruknąłem po dłuższej chwili, nie wiedząc co innego mógłbym powiedzieć.
Przepchnąłem się między pozostałymi z powrotem do pokoju, chwyciłem swoją torbę, która wciąż nienaruszona leżała pod ścianą i wyszedłem, cicho zamykając za sobą drzwi. Nie należałem już do zespołu, więc z jakiej racji miałem dzielić z nimi pokój? I tak było tam tylko pięć łóżek, więc nie chciałem im wadzić jeszcze dotkliwiej niż wcześniej. Pierwszy raz w życiu poczułem się bezradny i rozbity. Zawsze szukałem pozytywnej strony, próbowałem odbić się od dna, nie pozwalałem na użalanie się nad sobą… a kiedy nie radziłem sobie z jakimiś problemami uciekałem w świat muzyki – w bezpieczny kąt, gdzie mogłem bezkarnie wyrazić każdą tłumioną emocję; począwszy od płaczu, a skończywszy na krzyku. Tworząc muzykę czułem się wolny, nie byłem oceniany, nie musiałem się nikomu podporządkowywać, nie wpasowywałem się w żadne „klucze”… byłem sobą… a teraz nawet z tego przewrotny los mnie ograbił. Nie miałem nic. Nie miałem przyjaciół, którzy odrzucili mnie ze względu na moją niepewną orientację, dachu nad głową, z racji tego, że znajdowałem się w Nowym Jorku, którego absolutnie nie znałem, a zostałem zdyskwalifikowany z konkursu, którego organizatorzy załatwiali uczestnikom miejsca w hotelu; jako że od tego momentu nie byłem już jego uczestnikiem, nie mogłem upominać się o dodatkowe miejsce; to, które było pierwotnie przeznaczone dla mnie, zajęła Ashley. Nie miałem żadnego zajęcia ani choćby pomysłu na to, czym mógłbym się zająć… straciłem tożsamość. Pozbawiając mnie możliwości wyrażenia się, jaką była dla mnie muzyka, nie byłem już tym samym człowiekiem. Nie byłem już Yoshidą Hiroshi… Wtopiłem się w bezimienny, szary tłum ludzi, który kiedyś tak bardzo mnie przerażał; nigdy nie chciałem, żeby do tego doszło. Wypowiadałem się, wykrzykiwałem swoje myśli tylko po to, aby być tą wybijającą się jednostką, aby szary tłum wskazywał mnie palcem… po to, aby mieć własną tożsamość, aby nie wpasowywać się w ogólnie przyjęte zasady i normy. Każdy człowiek jest inny, więc z jakiej racji pięćdziesięciu mężczyzn nosi ten sam garnitur, kiedy tak naprawdę podoba się on jednemu? Jak można zmuszać się do czegoś, tylko po to, aby wbić się w ten bezimienny tłum? Teraz to zrozumiałem: nie robi się tego z wyboru. Tłum jest pozbawiony własnego zdania, a może i rozumu. Zawsze ktoś stoi „ponad” i to właśnie ten ktoś wymaga, aby jego podwładni wbili się w te normy, aby nie wyróżniali się i po prostu ciężko dla niego pracowali. Tych pięćdziesięciu mężczyzn do założenia identycznego garnituru zmusił szef, bo gdyby tego nie zrobił, jeden z pracowników przyszedłby do pracy w dresie, drugi w brudnym podkoszulku… więc lepiej wszystko trzymać w ryzach; wiadomo, że co za dużo to niezdrowo – ale co z tego, że wiadomo, skoro nikt nie chce tego zauważyć? Ja zauważyłem i zacząłem o tym mówić, pisać o tym piosenki (w zespole to ja pisałem teksty dla wokalisty), dlatego byłem wytykany palcami. Byłem z tego dumny, cieszyłem się, że nie należę do tej szarej masy… ale wszystko można zepsuć, sprawić, by przestało działać… Kiedy odetniesz dopływ prądu, lampa przestanie świecić; kiedy zabierzesz muzykowi sposobność do komponowania i demotywujesz go, przestanie grać. Taka prosta zależność… Zaczynałem powoli czuć, jak ten bezimienny tłum upomina się o mnie; spojrzeniami przechodniów bez wyrazu, dotknięciem dłoni, szturchnięciem, które poganiało mnie w stronę tego, czego zawsze chciałem uniknąć…
Stojąc między tysiącami przewijających się koło mnie nowojorczyków, czułem się strasznie samotny. Nie czułem się już nawet formą osobową – raczej rzeczą, która była niczyją własnością w obcym mieście, wśród nieznanych ludzi, którzy za nic w świecie nie wyciągną do mnie pomocnej dłoni, załamany i zniechęcony…
Skręciłem z głównej ulicy w jakąś boczną odnogę i ruszyłem przed siebie w ciemność. Zdawało mi się, że słyszałem za sobą kroki, ale nawet nie odwróciłem się. Nie miałem ochoty oglądać kolejnego składnika bezimiennego tłumu… tam wszyscy są tacy sami, a ja jeszcze zdążę się na nich napatrzeć… aż będę rzygał tym widokiem.
Powoli szorowałem nogami po chodniku z głową nisko zwieszoną między ramionami. Miałem ochotę ukryć się gdzieś… ale gdzie? Mój bezpieczny kąt został odebrany… Nie miałem już zespołu; czułem się fatalnie.
Skończył się kolejny długi blok z czerwonej cegły, identyczny jak poprzednie sześć, które już minąłem.Jednak teraz było trochę inaczej. Nagle zderzyłem się ze ścianą lodowatego wiatru. Niechętnie podniosłem głowę i zorientowałem się, że zabudowania się skończyły. Wszędzie rozlegała się równina, po której beztrosko hulał wiatr.Na owej równinie niedługo miały powstać kolejne bloki z czerwonej cegły, o czym świadczyły ogrodzone wysoką siatką place budowy. Fundamenty zostały dopiero wylane, dlatego już żadna ściana nie chroniła mnie przed bezlitosnymi podmuchami. Zszedłem z równiutkiego chodnika wyłożonego kostką brukową i wstąpiłem na ulicę. Przez jakieś kolejne sto metrów wciąż szorowałem nogami po asfalcie, a następnie rozpoczęła się przede mną piaszczysta, nieutwardzona droga, po której jeździły tylko maszyny budowlane. „Najbardziej surowa faza powstawania kolejnej szarej dzielnicy” – pomyślałem, jednak w jakiś irracjonalny sposób ta myśl mnie pocieszyła, mimo że nie dało się tego wyczytać z mojej twarzy. To było po prostu przyjemne. Coś innego. Dobrze jest czasem poczuć chłodny, nocny wiatr w betonowej dżungli, w której wszystko gnije.
Zatrzymałem się na środku piaszczystej drogi, wciągając zimne, orzeźwiające powietrze. Spojrzałem w niebo, na którym nie chciała zaświecić nawet jedna gwiazdka. Miałem teraz ochotę pozostać w tych ciemnościach do końca życia, ukrywając się przed spojrzeniami tłumu…
 Nagle ktoś mocno objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Poczułem przyjemne ciepło bijące od tej osoby. Nawet nie krzyknąłem; chyba nie miałem na to siły, a może podświadomie już wiedziałem, że składnikowi bezimiennego tłumu nie wypada krzyczeć? Bo krzycząc, wybijasz się, a tego właśnie masz nie robić, jeśli należysz do szarej masy.
Stalowy uścisk w pewnym sensie był wyrazem motywacji, którą musiałem w sobie znaleźć. Był takim przypomnieniem, że życie nie jest bajką. Poczułem jakby ten uścisk był rozmową z przyjacielem, bardzo bliską mi osobą, która doradzała mi właśnie w taki sposób; posługując się identycznymi argumentami. Miałem takie wrażenie, mimo że żadne słowo nie padło, a osoba za mną mogła być mi całkiem obca… ale nie była. Przesunąłem zmarzniętymi palcami po szczupłych dłoniach, które splotły się na moim brzuchu. Znałem je. Znałem aż za dobrze. Odchyliłem głowę do tyłu, układając ją na ramieniu tej osoby. Zaciągnąłem się charakterystyczny zapachem i spróbowałem dostrzec twarz.
- Zero… - szepnąłem, na co chłopak drgnął. –Źle się czuję… - wyznałem.
Taka była prawda; łeb pękał mi w szwach, w skroniach nieprzyjemnie dudniło, oczy piekły i było mi zimno, ale najgorsze było wewnętrzne zimno, przez co czułem się tak, jakby ktoś wbił we mnie sopel, który teraz topniał , oddając niską temperaturę mojemu ciału.
Michi przekręcił mnie w swoich objęciach tak, że teraz stałem do niego przodem. Uśmiechnął się słabo, po czym jeszcze mocniej zacieśnił uścisk, jednocześnie zmuszając mnie, abym przylgnął do niego całym ciałem. Wtuliłem się w niego i objąłem za szyję, układając głowę na jego barku. Ukryłem twarz w jego włosach i znów zacząłem drżeć… co wcale nie było spowodowane chłodem. Drżałem z nerwów i emocji, które teraz ze mnie uchodziły. Po mojej twarzy spłynęły pierwsze łzy. Zacząłem cicho łkać, a on niewzruszenie obejmował mnie. Dzięki swojej stabilności stał się moją podporą – nie tylko w sensie fizycznym. Nie mając siły utrzymać się dłużej na nogach, uwiesiłem się na nim.
Nie wiem, czy staliśmy tak kilka minut, czy może kilka godzin, ale było mi to potrzebne. Kiedy w końcu opanowałem się, odsunąłem się delikatnie od niego i ze spuszczoną głową wyszeptałem:
- Przepraszam…
Shimizu grzbietem dłoni otarł ostatnie łzy z moich policzków, po czym chwycił mnie za podbródek i zmusił, abym na niego spojrzał. Nie uśmiechnął się, ani nie skrzywił. Z pozoru miał obojętny wyraz twarzy, ale w jego oczach zobaczyłem tyle ciepła, że aż nie mogłem uwierzyć, że chłopak, który uchodził za potwora i mima potrafił zawrzeć tyle uczuć w krótkim spojrzeniu. Podejrzewałem, że nie umiałby wyrazić słowami tych emocji, zwłaszcza, że był słabym mówcą… Zamiast mówić, przyciągnął mnie do siebie i ucałował moje drżące usta. Następnie w czułym geście przeczesał moje włosy i złapał mnie za rękę, splatając nasze palce. Pociągnął mnie w stronę, z której przyszedłem, nie odzywając się przy tym ani razu.

***

Zero zaprowadził mnie z powrotem do hotelu, jednak innego pokoju. Do pokoju swojego zespołu. Dwie trzecie „Monsters” siedziało na jednym łóżku i rozmawiało o czymś przyciszonymi głosami. Michi zdjął z ramienia moją torbę, którą ode mnie przejął i położył na jednym z wolnych łóżek. Tak, mieściły się tutaj cztery łóżka, bo przecież tyle liczył skład „Monsters”… kiedyś.
Następnie basista puścił moją dłoń i zostawiając mnie na środku pokoju, wyszedł na balkon. Spojrzałem na Tsukasę i Karyu, którzy uśmiechnęli się do mnie ciepło.
- Cześć – powiedział cicho rudzielec. – Dawno się nie widzieliśmy – przywitał mnie jak starego przyjaciela, a następnie poklepał miejsce na łóżku obok siebie w zapraszającym geście. Posłusznie usiadłem koło niego.
Zrobiło się dość niezręcznie… Wbiłem wzrok w podłogę, nie wiedząc zbytnio co zrobić. Kiedy Shimizu wyszedł, znów poczułem się gorzej. Pragnąłem teraz jego bliskości i ciepła, a on po prostu wyszedł sobie zapalić.
- Wiesz… - odezwał się perkusista. – Chcieliśmy cię przeprosić za sytuację, która miała teraz miejsce…
- Znów się nie odzywa? – zapytałem, przerywając Tsu i spoglądając tęskno za szatynem w stronę szklanych drzwi.
- Tak – mruknął Tyczka.
- A już było tak dobrze… - westchnąłem przypominając sobie nasze coraz dłuższe rozmowy w jego mieszkaniu oraz wymiany smsów. – Dlaczego znów tak się w sobie zamknął?
- Nie zamknął się w sobie – ciągnął lider. – Czuje się winny, bo to był jego pomysł, aby zapisać cię w składzie „Monsters”. Również zostaliśmy poinformowani o tym, że zostałeś zdyskwalifikowany, co łączy się z tym, że już nie należysz, bynajmniej w tym konkursie, ani do „Le’veil” ani„Monsters”. Zero widział, jak wychodziłeś z hotelu z torbą, jak byłeś przybity tą wiadomością, że przez nasz głupi błąd pozbawiliśmy cię sposobności wzięcia udziału w konkursie. Próbowałem przemówić mu do rozsądku, uświadomić, że to wina całej naszej trójki, ale obwinia tylko i wyłącznie siebie – wyjaśnił.
- Przecież chciał dobrze… - pociągnąłem nosem. – Chyba…
- Chciał, żebyś z nami zagrał; chciał ponownie cię spotkać i być blisko ciebie, to wszystko – wzruszył ramionami. – Chciał dobrze – potwierdził. – Wszyscy chcieliśmy… ale on nie może sobie tego wybaczyć.
- Przecież… w sumie nic takiego się nie stało – próbowałem mówić obojętnym tonem.
- Stało się i wszyscy to wiemy, więc nie rób z nas idiotów, Hizu. Gdyby nic się nie stało, nie miałbyś takiej zbolałej miny; i tego właśnie Zero nie może znieść. Uważa, iż to jego wina, że jesteś teraz przygnębiony i smutny… - przeciągnął kciukiem po moim policzku – że płakałeś… W jego mniemaniu, on doprowadził cię do płaczu, więc nie wybaczy sobie tego przez bardzo długi czas…
Spojrzałem zdziwiony na Karyu, po czym zamrugałem kilkakrotnie. Shimizu… aż tak mnie kochał? To było takie… dziwne. Takie ciepłe i mocne uczucie w świecie bez wyrazu…
Wstałem i skierowałem się na balkon. Michi z pewnością usłyszał, że wszedłem, ale nawet nie drgnął. Stanąłem obok niego. Chłopak opierał przedramiona o barierkę balkonu i palił papierosa, zgadywałem, że już nie pierwszego.
- Zero… – odezwałem się cicho, jednak nie zareagował. – Zero… - powtórzyłem, myśląc, że może niedosłyszał. – Shimizu – odezwałem się głośniej, jednak nadal nie reagował. Zastygł w swojej pozycji jak kamienny posąg. – Shimizu, proszę, spójrz na mnie – poprosiłem, jednak nie kwapił się do wykonania mojej prośmy. – Michi, do cholery! – zdenerwowała mnie jego lekceważąca postawa.
Basista w końcu podniósł głowę i spojrzał na mnie przez ułamek sekundy, a następnie znów opuścił wzrok. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że wcale mnie nie lekceważy, tylko wstydzi się spojrzeć mi w twarz. Ale… na tym placu budowy sam kazał mi na siebie spojrzeć, a teraz?
- Obwiniasz się za to, co się stało? – zapytałem, a jego odpowiedzią było tylko kiwnięcie głową. – Ech… Idioto – westchnąłem, po czym przytuliłem się do niego. – Przecież nic nie zrobiłeś… - próbowałem go pocieszyć. Nie chciałem, żeby się zamartwiał; już jednym zdołowanym byłem ja, dziękujemy, drugiego nie potrzebujemy. Zero objął mnie o wiele delikatniej niż poprzednio, uprzednio wyrzucając papierosa za barierkę.
- Masz rację, jestem idiotą – szepnął mi na ucho zachrypniętym głosem. – Zacząłem robić zanim pomyślałem i doprowadziłem cię tym do łez – na oślep dotknął mojego policzka. – Nigdy nie zapomnę widoku twojej zapłakanej twarzy. Nigdy nie powinienem był do tego dopuścić, a tym bardziej doprowadzić. Zraniłem cię. Przeze mnie straciłeś szansę na wygraną, przyjaciół, zespół, to ja namieszałem w twoim życiu i zniszczyłem jego sielankowy obraz… Utknąłeś w obcym mieście bez możliwości powrotu… Wybacz, ale nie mam nawet prawa na ciebie patrzeć. Nazwałbym cię moim skarbem, ale nie należysz do mnie; nie możesz być z kimś, kto tak cię zranił. Widok twoich łez wrył się w moją pamięć i nigdy jej nie opuści… Nie potrafię… spojrzeć ci w oczy – dokończył drżącym głosem. – W oczy, które wypełniały łzy smutku i rozpaczy… - odepchnął mnie i zamierzał odejść, ale chwyciłem go za bluzę, którą miał na sobie.
- Nie odchodź! – warknąłem. Ponownie przylgnąłem do niego, przytulając się do jego pleców i splatając dłonie na jego brzuchu tak, jak zrobił wcześniej on.
- Wybacz… Naprawdę… wybacz mi, bo nie potrafię wybaczyć sobie twoich łez… – szepnął łamiącym się głosem i uwolnił się z mojego uścisku. Ostatni raz odwrócił się do mnie przodem i pocałował mnie w czoło - …aniołku – pogładził mnie po włosach, przy czym ani razu na mnie nie zerknął. Następnie… odszedł. Wszedł do pokoju, a potem bez słowa go opuścił, zamykając za sobą cicho drzwi.
Jeszcze przez długi czas wpatrywałem się w zamknięte drzwi oczami rozszerzonymi w bezbrzeżnym zdumieniu. Czy on nie rozumiał, że takim zachowaniem sprawił, że to ja zacząłem się obwiniać? Cholera, gdybym nie przyjechał na ten pieprzony konkurs, nie byłoby takiego problemu! Przeze mnie Zero znów stał się nieszczęśliwy i zimny… Nie, to nie był jakiś tam sobie Zero! To był Shimizu! Zero był basistą grającym ze swoim zespołem w klubach – Shimizu był moim przyjacielem, który przeze mnie znów stał się tak odległy i nieprzyjemny… Co tam konkurs; konkurs odbyłby się normalnie i obaj wzięlibyśmy w nim udział, gdybym tylko go nie poznał, gdyby nie zebrało mi się na wycieczki krajoznawcze po ojczyźnie! Gdyby nie to wszystko, byłoby dobrze… ale z drugiej strony, nigdy ponownie nie spotkałbym Michiego, a teraz już nie potrafiłem wyobrazić sobie bez niego życia. Uzależnił mnie od siebie.
- Co za głupoty wygadujesz, Michi? – warknąłem pod nosem, ale było już za późno…
   … a może i nie?
Wróciłem do pokoju i spojrzałem na pozostałych dwóch muzyków, którzy, jak na zawołanie, ciężko westchnęli.
- Nie wiedziałem, że jest taki ckliwy… - prychnął Tsu, za co zrugałem go spojrzeniem. – No co? Przesadza – wzruszył ramionami. – Zresztą… ty też – powiedział dobitnie. – Dobra, nawaliliśmy, zdyskwalifikowali cię z konkursu, ale to chyba jeszcze nie jest powód do lamentów, płaczów i dramatycznych rozstań, co? – prychnął.
- Jeśli nie wiesz, o co chodzi, to się nie udzielaj, a przede wszystkim nie komentuj… - syknąłem wściekle.
- Słuchaj, Hizu, nie chcę cię zdenerwować, bo widzę, że emocje w tobie jeszcze nie opadły. Może miałeś gorszy dzień, może coś ci się przytrafiło i podszedłeś do tej sprawy za bardzo „na serio”. W końcu to tylko konkurs – wywrócił oczyma. – Świat się nie zawali, jeśli nie weźmiesz w nim udziału – nie w tym, to w następnym.
- Oota Kenji, radzę ci się zamknąć w tej chwili… – zgrzytnąłem zębami. Rudzielec biernie obserwował naszą dyskusję, nie udzielając się.
- To może ty się zamkniesz, księżniczko na ziarnku grochu? – wstał i podszedł do mnie, a następnie popchnął mnie na ścianę. – Jak ci coś nie pasuje, zawsze możesz wyjść! – wskazał drzwi. – Kurwa, księżniczko, Zero napije się i wróci jutro pijany, wytrzeźwieje, a my wrócimy do domu, tak samo jak i ty; nad czym tu płakać? Nie udawaj już, że jesteś taki delikatny i przede wszystkim nie mieszaj do tego Shimizu, bo potrzebujemy go! Mamy problem ze znalezieniem wokalisty, nie potrzeba nam jeszcze, żeby odszedł od nas basista!
- Ja jestem księżniczką na ziarnku grochu?! – krzyknąłem oburzony. – Wasz problem z wokalistą jest dla mnie niczym! Mam to gdzieś! Uważasz to, że moja matka przez kilkanaście lat okłamywała mnie, perfidnie wykorzystując moją amnezję, wmawiała mi, że jestem Amerykaninem, odizolowała mnie od Shimizu, z którym prawdopodobnie wcześniej się znałem i całkowicie zmieniła moją historię, nie jest problemem?! To, że Michi próbuje mi wmówić, że jestem gejem, a ja już sam nie wiem, jakiej jestem orientacji, przez co straciłem przyjaciół według ciebie również nie jest problemem?!  To, że osoba, której teraz najbardziej ufałem, którą był Zero, wypięła się na mnie i wyszła sobie, dlatego że miała poczucie winy także jest mało istotne, prawda?! Teraz zostałem całkowicie sam; nie mogę ufać ani własnej matce, ani „przyjaciołom”, ani osobie, którą możliwe, że kocham, bo jej tu, do kurwy nędzy, nie ma! Ten konkurs był po prostu ostatnim gwoździem do trumny, bo przez niego straciłem zespół, na który przez lata wykładałem ostatnie pieniądze i używając nadludzkiej siły starałem się nie dopuścić do jego rozpadu! Oota, jeśli uważasz, że do takiego stanu doprowadziła mnie jakaś durna dyskwalifikacja, to jesteś kretynem! Do takiego stanu doprowadziły mnie jej przyczyny oraz skutki! – wydarłem się na chłopaka, który zaniemówił. Wpatrywał się we mnie okrągłymi oczami, otwierając i zamykając usta, z których nie wydobywał się żaden dźwięk.
- Ja… Ja nie wiedziałem… - pisnął w końcu.
- Dlatego kazałem ci się zamknąć – warknąłem, a następnie idąc w ślady Zero, wyszedłem z pokoju, trzaskając drzwiami. Przymknąłem powieki i wciągnąłem głośno powietrze, próbując się uspokoić.
- Wiedziałem o tym wszystkim – usłyszałem znajomy głos, na którego brzmienie szybko otworzyłem oczy i skierowałem wzrok w stronę mówcy. – Ale obwiniałem się, że przyczyniłem się do tej sytuacji, która stała się twoim „ostatnim gwoździem” – wyznał Shimizu, który stał pod ścianą i opierał się o nią plecami. – W sumie… to wszystko przeze mnie… Cały ten bajzel w twoim życiu wywołałem ja; gdybym siedział cicho, tak jak należy, nie uważałbyś matki za kłamcę, nie straciłbyś przyjaciół, zespołu…
- Przecież mówiłem, że to nie twoja wina… - westchnąłem i podszedłem do niego. Rozłożył ramiona w zapraszającym geście, a ja wtuliłem się w niego ufnie. – Shimizu… nie odchodź. Jesteś mi teraz potrzebny – szepnąłem. – A jeśli już tak bardzo chcesz odchodzić, to przynajmniej weź mnie ze sobą – położyłem głowę na jego torsie i wsłuchiwałem się w rytmiczne bicie serca.
- No… zobaczymy jak z tym będzie… - zachichotał pod nosem.
- I jeszcze jedno…
- Co takiego? – dociekał.
- Masz się znów odzywać. Tak normalnie… Chcę z tobą rozmawiać. Możesz mi to obiecać?
- Obiecuję – uśmiechnął się delikatnie, a ja wyprostowałem się i mniej więcej zrównałem nasze twarze.
- Mam jeszcze jedno życzenie… - przygryzłem dolną wargę.
- Jakie? – objął mnie ciaśniej.
- Wiesz… Ja… Ja chcę ci wierzyć… W tą historię, jak wcześniej się poznaliśmy, jak się we mnie zakochałeś… jak ja zakochałem się w tobie … - spuściłem na chwilę wzrok, ale zaraz znów utkwiłem go w pięknej twarzy chłopaka.
- Cieszy mnie to – pogłębił uśmiech.
- Jesteś mi naprawdę bliski – mówiłem coraz ciszej, mimo iż wcale nie tak miało być. Speszyłem się i poczułem jak na moich policzkach wykwitają dorodne rumieńce. – I… I ja… ja chcę to kontynuować… i pogłębić… - uśmiechnąłem się delikatnie, a chłopak zamrugał kilkakrotnie nie rozumiejąc, o co mi chodzi. – Chcę pogłębić nasze stosunki… - Zero zachłysnął się powietrzem i odkaszlnął kilkakrotnie, patrząc na mnie jak na kosmitę.
- Chyba źle to ubrałeś w słowa… - podniósł jedną brew.
- Nie – pokręciłem głową. – Dobrze. Po prostu… pocałuj mnie – wydusiłem z siebie.
Michi spojrzał na mnie zaskoczony, jednak nie protestował (jeszcze by się ośmielił!). Zamienił nas miejscami tak, że teraz on przyciskał mnie do ściany. Objął mnie mocno w pasie, a następnie przyciągnął do siebie. Nachylił się i złożył delikatny pocałunek na moich ustach. Zadrżałem z podniecenia i zaplotłem mu ręce na szyi, chcąc znaleźć się jeszcze bliżej. Miałem ochotę kontynuować, jednak odsunął się ode mnie, na co skrzywiłem się.
- Jeszcze… - tupnąłem niezadowolony nogą. W tym momencie obok nas przebiegła w niemalże rekordowym tempie wystraszona pokojówka ze swoim wózkiem z detergentami, jedną ręką zasłaniając sobie oczy.
- Chyba publika nas nie lubi – zaśmiał się, po czym rozejrzał, czy nikogo nie ma w pobliżu. Kiedy upewnił się, że jesteśmy sami, ponownie mnie pocałował.
Tym razem mocniej przylgnął do moich warg. Smakował ich w drobnych całusach, a kiedy mu się to znudziło, chwycił mnie za kark i przyciągnął jeszcze bliżej siebie. Polizał moje usta, które rozchyliłem pod wpływem chwili. Wsunął w nie swój zwinny język, a mnie przeszły dreszcze przyjemności. Jednocześnie jego ręka zjechała z dolnych partii moich pleców na pośladki. Klepnął mnie dość mocno w tyłek, zahaczając językiem o mój, pieszcząc nim moje podniebienie… Zrobiło mi się gorąco, a sopel, który wcześniej tkwił we mnie, roztopił się pod wpływem przyjemnych doznań, jakie sprawiał mi Shimizu. Odsunęliśmy się od siebie dopiero, kiedy zabrakło nam tchu. Spojrzeliśmy sobie w oczy i uśmiechnęliśmy się. Zero jeszcze raz musnął moje usta, po czym osunął się odrobinę.
- Przepraszam za moje głupie zachowanie… - westchnął. – Wiedziałem, że potrzebujesz mojego wsparcia, ale nie mogłem znieść widoku twojej zapłakanej twarzy, aniołku – pogładził mnie po włosach, co ostatnio weszło mu w nawyk.
- Dlaczego nazywasz mnie „aniołkiem”?  - zmieniłem temat, nie chcąc kontynuować tego przygnębiającego, z którego nie wynikało nic dobrego.
- Bo jesteś taki niewinny i słodki – uśmiechnął się, po czym złapał mnie za rękę i splótł nasze palce. – Chodź, aniołku, polatamy trochę – zaśmiał się. – Idziemy się przejść – pociągnął mnie w stronę windy.
Byłem zmęczony po locie, wszystkich przeżyciach i wybuchach emocji, ale nie odmówiłem. Byłem gotów zgodzić się na wszystko, byleby tylko być bliżej Zero, którego teraz naprawdę potrzebowałem. Nie chciałem, żeby znów strzeliło mu coś do łba z „dramatycznymi rozstaniami”, jak to ujął Tsukasa.
Kiwnąłem głową i dałem mu się poprowadzić.

***

Siedzieliśmy z Zero pod drzewem w wyludnionym o tej porze parku. Chłopak opierał się plecami o pień, a ja, usadowiony miedzy jego rozchylonymi nogami, półleżałem na nim, trzymając głowę na jego torsie. Shimizu chwycił moje dłonie i bawiąc się moimi palcami, ułożył je na moim brzuchu.
- Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie martwi… - wyznałem po dłuższej chwili.
- Jaka? – zapytał przejęty.
- Nie mam jak wrócić do domu… Organizatorzy konkursu załatwiali nam bilet tylko w jedną stronę i hotel tutaj. Bilet powrotny mieliśmy zorganizować sobie sami…
- Nie pomyślałeś o tym? – zdziwił się. – Yoshi-chan, gdzie ty miałeś głowę? – zmarszczył brwi.
- Już nawet nie chodzi o to, że nie pomyślałem o powrocie… bardziej martwi mnie, że nie chcę wracać do domu – westchnąłem. – Nie chcę wracać do matki, która jest większym despotą niż Stalin i cały czas mnie oszukuje! Nie umiem spojrzeć jej w twarz… Nie chcę i nie umiem – pokręciłem głową załamany. – Poza tym… chcę być blisko ciebie. Tylko przy tobie czuję się dobrze i bezpiecznie, ale ty mieszkasz na drugim końcu świata! – jęknąłem żałośnie. – Nie wiem już, co robić…
Michi przez chwilę nie odzywał się i ścisnął mocniej moje dłonie. Pocałował mnie w czubek głowy, a następnie oparł na niej brodę.
- Ja też nie wiem, co masz zrobić… co mamy zrobić – poprawił się. – Coś… Coś wymyślimy – westchnął, zdając sobie sprawę, w jak patowej sytuacji się znaleźliśmy…