Monsters cz.3


Chcecie macie - nowy odcinek Monsters - zaledwie dzisiaj dostany  zwrotnie od mojej bety, więc nowiutki :) Cieszę się, że spodobała wam się ta seria ;]




MONSTERS CZ. 3

- Straciliśmy wokalistę – mruknął rudy. Basista pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć „Wiem”.
- I co teraz zrobicie? – zaciekawiłem się.
- Poszukamy następnego… ale najpierw pójdziemy się napić – powiedział ciemnowłosy i ruszył schodami w dół. Wszyscy poszliśmy za jego przykładem.

Przebyliśmy tę samą drogę do drzwi wyjściowych i wyszliśmy z klubu. Karyu nie zamknął go – przez chwilę zastanawiałem się dlaczego, ale postanowiłem jednak o to nie pytać, widząc, że to nie jest najlepsza pora na pytania. Byliśmy podzieleni na dwie grupy. Z przodu szli, w znacznej odległości od siebie Tsukasa i Tyczka, rozmawiając o czymś półszeptem. Oboje byli spięci, a ich rozmowa wypełniona była po brzegi, wyćwiczoną przez nich, sztuczną grzecznością. Natomiast ja i Zero, jakieś dwanaście kroków za nimi, szliśmy razem w ciszy. Basista znajdował się znacznie bliżej mnie niż lider perkusisty, jednak milczeliśmy. Znaczy… Chciałem jakoś zacząć rozmowę, ale nie wiedziałem jak. Zdawałem sobie sprawę, że na każde moje pytanie chłopak jedynie pokiwa lub pokręci głową, ewentualnie wzruszy ramionami. Muzyk idący obok mnie, mimo iż nie był zbyt rozmowny, przez cały czas taksował mnie spojrzeniem, uśmiechając się pod nosem. Jego wyraz twarzy w ogóle się nie zmienił, odkąd zobaczyłem go po raz pierwszy studiu. Jego usta wciąż były rozciągnięte w delikatnym, ciepłym uśmieszku… ale coś nie pasowało mi w tym grymasie.
„Hm… Może nie daje mi spokoju to, że ludzie zmieniają wyrazy twarzy, a on nie!” – narzuciłem sobie tę myśl jako odpowiedź na moje rozterki, jednak wiedziałem, że nie tylko to jest tego przyczyną. Po prostu chciałem przestać myśleć o jego twarzy!... Dziwnie się czułem rozmyślając w ten pokręcony sposób o facecie, o którym praktycznie nic nie wiedziałem i który w dodatku nie odzywał się…
Doszliśmy pod kolejny klub, a ja zacząłem się zastanawiać, dlaczego chłopaki przyszli tu, a nie zostali w klubie, w którym występowali? Karyu miał pokaźny ten pęk kluczy… może miał w nim i te, które pasowałby do antywłamaniowych zasłon, za którymi ukryte były butelki z rozmaitymi alkoholami? Obrzuciłem wzrokiem średniej wysokości, zgniłozielony budynek jeszcze raz i zaraz zrozumiałem powód ich decyzji – obok wielkiego plakatu zawieszonego nad otwartymi na oścież drzwiami z „krzaczkami” znajdował się różowy neon, przestawiający rozbierającą się kobietę. Klub ze striptizem; mogłem się domyślić…
Weszliśmy do środka. Po ścianach głównej sali, gdzie mimo wczesnej pory znajdowało się dużo ludzi, biegały czerwone lasery. Kiedy zaledwie przekroczyłem próg, uderzył we mnie zapach tytoniu, alkoholu i potu oraz głośna muzyka, przez co zakręciło mi się w głowie. Na parkiecie szalały stada roznegliżowanych awanturników, na krzesłach ustawionych ciasnym kołem pod owalnymi podestami ze srebrnymi rurami, wokół których owijali się prawie nadzy striptizerzy i striptizerki, siedzieli nieźle wstawieni imprezowicze, rzucający pieniędzmi w tancerzy, których ciała podziwiali. Skierowaliśmy się do metalowych schodów, którymi weszliśmy na piętro. Pierwsze piętro było wąskie – w tym znaczeniu, że ciągnęło się jedynie pod ścianami, gdzie były ustawione stoliki z półkolistymi kanapami dookoła. Można było powiedzieć, że piętro było tak naprawdę czymś w rodzaju balkonu, gdyż można było stąd, z góry oglądać ludzi tańczących na parterze. Przyznam, że dawało to ciekawy efekt.
Zajęliśmy stolik, przy którym, na całe szczęście, nie było żadnych „tych od rozrywki”. W ogóle na piętrze nie było żadnych tancerzy… i dobrze, bo nawet nie miałem ochoty oglądać, jak ktoś się rozbiera.
„Moja dziewczyna zabiłaby mnie, gdyby wiedziała, że tutaj przyszedłem… Zresztą… Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal, czy jakoś tak… W sumie to zamierzam się tylko napić, więc nic się nie stanie. Nie mam zamiaru zdradzić swojej dziewczyny, a poza tym Japonki jakoś mnie nie pociągają…” – bezwiednie wzruszyłem ramionami.
Po chwili Tsu przyniósł drinki. Napój każdego z nas miał inny kolor; mi przypadł akurat niebieski (w japońskich klubach podają tylko drinki na bazie sake plus dodatki, jak np. śliwkowe wino. Nie piją wódki, bo nie znają czegoś takiego. Amerykańskich klubów, gdzie podają kamikaze, blue heaven, blue lagoon, blue ocean itd., itp., etc jest w Japonii raptem KILKA… Tutaj zrobiłam tak na potrzeby opowiadania – wybaczcie, że nie trzymam się tak szczegółowo wytycznych co do japońskiego upodobania alkoholi -.-). Upiłem łyk. Drink był słodki i przyjemnie drażnił przełyk.
- Więc tu zbiera się wasz „sztab kryzysowy”? – zapytałem, przekrzykując muzykę. Tyczka spiorunował mnie wzrokiem.
- Jak się nie podoba, to zawsze możesz wyjść… - syknął tuż przy moim uchu.
- Ja tylko zadałem pytanie – wzruszyłem ramionami, zakładając nogę na nogę. Nadal czułem na sobie ciekawskie spojrzenie Zero i ledwo powstrzymywałem się od uderzenia go w twarz, żeby tylko przestał się gapić. - Więc jak?
- Nie kpij – rzucił nieprzyjaźnie perkusista. Zdziwił mnie u niego ten ton, z racji, że jeszcze nigdy nie odzywał się do mnie w ten sposób. - Nasz zespół się rozpada… Nikt z nas już nie wie, co ma robić… - westchnął.
- To przez to, że nie możecie znaleźć odpowiedniego wokalisty?
Basista kiwnął głową, obracają szklankę w ręku i przyglądając się jak alkohol wiruje pod wpływem tegoż ruchu, oblewając ścianki szklanki.
- Chyba czas rozwiązać działalność… - gitarzysta był wyraźnie załamany. W pewnym sensie zrobiło mi się go szkoda. Nie umiałem sobie wyobrazić, jakbym się zachował, gdyby to mój zespół miał się rozpaść… – To nie ma już sensu. Dostajemy coraz gorsze notowania, nie mamy dobrego wokalisty, nie piszemy nowych piosenek, klub ograniczył ilość naszych występów, dostajemy za nie coraz mniej pieniędzy… - oparł łokcie na stole i zgarbił się mocno, aż jego plecy wygięły się w idealny łuk; zupełnie jakby ktoś narysował jego kręgosłup używając do tego cyrkla. – Czy na tym jebanym świecie nie ma jeszcze jednej osoby, która potrafi śpiewać i zależy jej na muzyce tak samo jak nam?
- Uważasz, że im nie zależało na zespole, tak? – rudy kiwnął głową. – W jakim sensie „nie zależało”? Co takiego złego niby robili?
- Chodzi o to – wciął się Tsu – że dla wszystkich wokalistów, z którymi współpracowaliśmy nasza muzyka była jedynie odskocznią od codziennych zajęć. Coś jak książka: czytam, kiedy mam na to ochotę i chwilę czasu. Nie przywiązywali do tego żadnej wagi. Dla nich liczył się zysk i możliwość pochwalenia się znajomym, że wystąpili na scenie…
- Nie dla wszystkich wokalistów… - mruknął cicho Tyczka, a ja spojrzałem na niego pytająco. – Ech… Na samym początku mieliśmy jeszcze jednego gitarzystę i wokalistę, którzy byli naprawdę dobrzy. Im zależało na muzyce… To z nimi założyliśmy „Monsters”. Planowaliśmy wybić się i może nawet wejść na rynek muzyczny, ale… nie udało się. Oni odeszli…
- Dlaczego odeszli z zespołu? – wypaliłem.
Tsukasa i Karyu popatrzyli na siebie z bólem w oczach.
„Oj… Chyba zadałem niewłaściwe pytanie…” – pomyślałem. Nie dostałem odpowiedzi. - „Ci dwaj coś zrobili… Ciekaw jestem co.” – przeszło mi przez myśl.
Znów nastała cisza. Każdy wpatrywał się w swoją szklankę i pogrążył się we własnych myślach; ja również. Doszedłem do wniosku, że zacząłem zadawać się z psychopatami i to w dodatku z mroczną przeszłością! Narcyz oraz samozwańczy król wszystkich i wszystkiego przyczynili się do tego, że rozwój ich zespołu umarł śmiercią tragiczną w zalążku, a temu wszystkiemu przyglądał się mim, który najwyraźniej postanowił udawać, że nic się nie stało.
Kiedy o tym myślałem, Zero wstał z pustą już szklanką w ręku. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że moja także jest już pusta. Perkusista i lider znów zaczęli o czymś rozmawiać, jednak znów nie słyszałem o czym; tym razem była to wina głośnej muzyki.
- Zero? – złapałem go za rękę. – Mógłbyś przynieść mi coś innego? Pieniądze oddam ci później.
Brunet uśmiechnął się szerzej i przytaknął, zgarniając moją szklankę. Odszedł, a pozostała dwójka muzyków zaniemówiła. Przenosili zdezorientowane spojrzenia ze mnie na oddalającą się postać basisty i z powrotem.
- Co? – zapytałem, nie wiedząc, o co chodzi.
- Zero… On… Spełnił twoją prośbę? – wydukał rudy.
- To nie może być nasz Zero! Uprowadzili biedaka i podstawili jakiegoś aktora!
Spojrzałem na nich jak na debili.
- Nie rozumiem, co jest takiego zadziwiającego w tym, że wykonał to, o co go prosiłem… To chyba normalne…
- Nie dla Zero! On robi wszystko na przekór! Jeśli powiesz mu, że ma przyjść na dziewiątą, specjalnie będzie stał pod drzwiami i wejdzie dziewiąta pięć; jeśli każesz mu zmienić dolne „e” na „f”, to on na złość naskrobie na pięciolinii „fis” (to znaczy „f” z krzyżykiem – ogólnie chodziło tutaj o nuty od aut.)! Rozumiesz? On nigdy nie wykonuje niczyich poleceń, a twoje nie dość, że wykonał, to jeszcze się uśmiechnął! – zaczął lamentować Kenji.
Poczułem się dość… niezręcznie. Nie wiedziałem, co mam na to odpowiedzieć, dlatego po cichym mruknięciu „acha”, wstałem i ruszyłem w stronę baru. Usiadłem na wysokim krześle i opierając łokcie o krawędzie baru, ukryłem twarz w dłoniach. Głowa mnie bolała – nie podobała mi się muzyka, którą tutaj puszczano…
Ktoś postawił przede mną butelkę z piwem. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że obok mnie siedzi basista z pytaniem zaszyfrowanym na twarzy.
- Oni są dziwni… - westchnąłem, a on roześmiał się dźwięcznie i posłał mi spojrzenie, które mówiło: „Dopiero to odkryłeś? Powiedz mi coś, czego nie wiem!”.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Z twarzy chłopaka zniknął ten uśmieszek i zastąpiła go neutralny wyraz, który zdawał mi się być… bardziej prawdziwy? Bardziej odzwierciedlać jego osobowość, której w ogóle nie znałem? Jego oczy były o wiele piękniejsze od oczu perkusisty… Były wręcz hipnotyzujące, jednak miałem jakieś dziwne wrażenie, że on specjalnie nie chce mnie zahipnotyzować; chce mi dać wolny wybór, chce, żebym sam podjął decyzję czy chcę na niego patrzeć, czy też nie. Po tej chwili, speszyłem się i opuściłem wzrok, a muzyk ujął mój nadgarstek i ściągnął z krzesła, ciągnąc w tłum, a następnie do stolika. Perkusista i gitarzysta jako-tako zdążyli dojść do siebie po przeżytym szoku, jednak widząc nas razem, zaczęli coś szeptać. Skrzywiłem się – nienawidziłem tego, kiedy ktoś obgadywał innych w tak perfidny sposób… w dodatku kiedy pod słowem „innych”, kryła się moja osoba…
Wszyscy skończyliśmy to, co piliśmy – ja i Zero piwo, Karyu i Tsu dopiero pierwsze drinki. Tym razem to Tyczka pofatygował się do baru i przyniósł kolejną serię drinków. Zauważyłem, że zostawił moją pustą butelkę po piwie.
- Zagramy w butelkę – wyjaśnił, uprzedzając moje pytanie. – Jako że to twoja butelka, możesz zaczynać – zezwolił, zasiadając obok mnie.
- No… Dobra – zaniepokoił mnie jego ton. Z góry założył, że będę grał… On naprawdę lubił się rządzić! Położyłem butelkę na środku stołu i zakręciłem. Wypadło na Tsu. – Gramy na pytania i wyzwania, czy same wyzwania?
- Same wyzwania – ciemnowłosy uśmiechnął się. – Będzie ciekawiej…
- W takim razie… Ech… Co by ci tu wymyślić… Karyu, mogą być chamskie zadania? – wolałem się upewnić.
- Jeśli masz namyśli striptiz, to oczywiście, że tak – odpowiedział.
- Skąd wiedziałeś, że właśnie o tym myślę?
- A nie wiem… Tak jakoś… Ale ogólnie to mogą być chamskie zadania – zgodził się.
- Ee… Spoko, ale czy nie zauważył żaden z was, że nie ma żadnej rury do striptizu w pobliżu naszego stolika? – zagadnął perkusista.
- A co to za problem? – zdziwiłem się. – Od czego masz stół? – wzruszyłem ramionami, a lider spojrzał na mnie z uśmiechem. Jego wzrok mówił: „Dobra robota!”.
- A nie możesz wymyślić mi czegoś innego? – bąknął niezadowolony.
- Sam mówiłeś, że ma być ciekawie – wyszczerzyłem się wrednie. – I nie, nie mogę wymyślić ci czegoś innego. Hm… Chociaż możemy wprowadzić zadanie karne – zaproponowałem, a wszyscy spojrzeli na mnie zaciekawieni. – Osoba wskazana musiałaby wykonać zadanie karne, gdyby nie chciała wykonać pierwszego zadania. Oczywiście to karne byłoby znacznie gorsze i wiązałoby się z czymś nieprzyjemnym…
- Tak, myślę, że to dobry pomysł – przytaknął rudy. – Przynajmniej jest jakaś alternatywa…
- Więc jakie byłoby to moje zadanie karne? – zapytał Tsu.
- Niech pomyślę… Może by tak… albo nie. Wiem! Już wiem! Pozwolisz Karyu wprowadzić się do siebie na stałe i przepiszesz mieszkanie na niego, czyli to on ma zostać jego właścicielem – uśmiechnąłem się, a Tsukasa spojrzał na mnie przerażony.
- Boże, Hizumi, nie myślałem, że potrafisz być taki okrutny… - spojrzał na mnie wzrokiem zbitego szczeniaka, jednak ja uparcie trwałem przy swoim. W końcu westchnął cierpiętniczo i polecił. – Weźcie szklanki ze stołu…
Wszedł na stół i kilkoma łykami dopił swojego drinka, chyba po to, by dodać sobie odwagi. Uklęknął na blacie, a jego nogi rozjechały się bardzo powoli w erotycznym geście. Przesunął dłonią po swoim kroczu i przygryzł dolną wargę. Jego dłonie zsunęły się na wewnętrzną część ud. Zaczął się dotykać, odchylając głowę do tyłu.
- Hizumi, każ mu na nas patrzeć. Chcę widzieć jego twarz – odezwał się gitarzysta.
Perkusista zamarł i spojrzał na mnie, a ja kiwnąłem głową, na znak, że ma wykonać polecenie Karyu. Tsu spojrzał na mnie kwaśno i wsunął sobie rękę pod koszulkę, wbijając wzrok w Tyczkę, któremu zdawało się to odpowiadać. Lider oblizał spierzchnięte wargi i upił łyk alkoholu. Ciemnowłosy zdjął z siebie koszulkę i wciąż patrząc na rudego, rzucił górną częścią garderoby w Zero, który zręcznie ją złapał. Zrozumiałem, że Karyu i Kenji prowadzili jakiś dziwny pojedynek, którego stałem się narzędziem…
Tsukasa oblizał palec wskazujący i przejechał nim od mostka, aż po dolne partie brzucha. Wsunął dłoń pod materiał spodni. Położył się na stole i zaczął poruszać ręką. Karyu wydał zduszony jęk, przygryzając momentalnie wargi, żeby żaden kolejny, niepożądany dźwięk nie wydostał się spomiędzy nich. Perkusista drażniąco wolnym ruchem rozpiął swój rozporek i zaczął powoli zsuwać z siebie dolną część ubrania. Wydawało mi się, że jeżeli jeszcze chwilę się tak pobawi, Tyczka rzuci się na niego i mu pomoże w rozbieraniu się.
W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mi się to podoba… w sensie ten cały striptiz Tsukasy. Ale przecież to był mężczyzna! Chociaż… On sam był homoseksualistą, podobnie jak mój najlepszy przyjaciel z Ameryki, więc… może mieli na mnie jakiś wpływ? To jak mój kolega za każdym razem dotykał mnie i na powitanie całował w policzek; to jak miałem u niego zostać na noc i za każdym razem nalegał żebyśmy spali w jednym łóżku; to jak uwielbiał się na mnie kłaść i niekiedy nawet zasypiać, kiedy oglądaliśmy wspólnie filmy… To jak Tsu po akcji z brakiem wolnych pokoi w hotelu zaproponował, że przenocuje mnie, choć w ogóle się nie znaliśmy (i notabene nadal nie znamy); to jak klepnął mnie w tyłek i powiedział, że chętnie by mnie przeleciał… Hm… Tak, to mogło mieć na mnie jakiś wpływ.
Spojrzałem kątem oka na basistę, który siedział niewzruszony. Tak naprawdę, to szybko przeniósł wzrok na rozbierającego się kolegę na stole, kiedy zauważył, że na niego patrzę. Przez cały czas obserwował mnie i zupełnie nie przejmował się Tsukasą – traktował go jak powietrze. Ten facet zaczyna mnie przerażać…
Perkusista zdjął w końcu spodnie, które wylądowały pod stołem. Zawisł nad blatem, opierając się na kolanach i dłoniach. Przeszedł niczym seksowna kocica niemalże na samą krawędź stołu i uśmiechnął się zawadiacko.
- Wystarczy. Wykonałem swoje zadanie.
- Jeszcze bokserki, skarbie… - zauważył rudy.
- Hizu, mam się dalej rozbierać? – zapytał.
Spojrzałem na czarną, obcisłą bieliznę chłopaka, której w istocie się nie pozbył. Poczułem gulę w gardle. Z jednej strony wiedziałem, że gdybym powiedział „tak”, to byłoby bardzo niestosowne, a poza tym Tsu mógłby się na mnie obrazić… Jednak z drugiej strony, sam chciałem, aby kontynuował. W dodatku palące spojrzenie Karyu było pewnego rodzaju motywatorem…
- Nie zmuszam cię, ale jeśli masz ochotę… - uśmiechnąłem się niby cwaniacko.
- Nie mam ochoty – odpowiedział beznamiętnie, wpatrując się w Tyczkę. – I tego nie zrobię. Teraz moja kolej by zakręcić butelką.
Błyskawicznie się ubrał i zakręcił. Wypadło na lidera zespołu, który głośno przełknął ślinę. Na jego szczęście, perkusista był łaskawy – uniósł pustą szklankę w jednoznacznym geście.
- Stawiasz kolejkę – zawyrokował.
Rudy znów poszedł do baru i przyniósł kolejne procenty. Kiedy każdy miał już swojego drinka, chłopak chwycił butelkę i zakręcił. Butelka wykonała sześć bardzo, ale to bardzo powolnych okręgów – zupełnie jakby było to wszystko w zwolnionym tempie; a może to tylko mnie się tak wydawało, gdyż podświadomie przewidywałem, co się za chwilę stanie?
- Zero! Świetnie! – Karyu klasnął w dłonie. – To będzie zemsta, Hizumi – spojrzał na mnie jadowicie, choć na dnie jego źrenic nie dostrzegłem furii, a może jedynie nienasycenie. – Zero, pocałuj go! – wskazał na mnie, a ja drgnąłem.
- A jakie jest karne zadanie? – zapytałem z paniką wyraźnie zaznaczoną w głosie.
- Ale ja nie chcę karnego zadania – po raz pierwszy basista odezwał się.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Jego głos był głęboki i melodyjny. Był symfonią najpiękniejszych dźwięków, jakie kiedykolwiek słyszałem. Chciałem słuchać jego głosu w nieskończoność, jednak chłopak najwyraźniej nie zamierzał jakoś rozwijać tej wypowiedzi. Kiedy ja zachwycałem się tym, w jaki cudowny sposób się odezwał, on przysunął się do mnie i musnął moje usta.
– Nie zamykasz oczu podczas pocałunku? – zapytał, owiewając moje wargi ciepłym oddechem, przez co na moment zapomniałem, jak się oddycha.
Zamrugałem kilkakrotnie zanim sens jego słów do mnie dotarł. Był tak blisko mnie… Znaczy… Cały czas siedział lub szedł koło mnie, ale teraz… ta bliskość była jakaś inna. Zero pachniał czekoladą; takiej też właśnie barwy były jego włosy i tęczówki – czekoladowej.
- Zamykam… - wyszeptałem i zamknąłem oczy, a on ponownie mnie pocałował.
To był pierwszy raz, kiedy całowałem się z chłopakiem. Jego dłoń wylądowała na moim kolanie, na co zadrżałem. Całował delikatnie i zmysłowo, zupełnie jakby bał się, że zaraz mogę się rozpaść, zepsuć. Objąłem go jedną ręką za szyję, a drugą położyłem na jego biodrze – zrobiłem to całkowicie instynktownie. Wyłączyłem myślenie, poddając się impulsom, emocjom, chwili… Skubnął zębami moją dolną wargę – otworzyłem oczy; on również. Przez moment wpatrywaliśmy się w siebie, po czym uśmiechnęliśmy się delikatnie i znów zaczęliśmy się całować. Jego druga ręka znalazła się na moich plecach. Przesunął językiem po mojej dolnej wardze, a ja uchyliłem usta, dzięki czemu po chwili wsunął w nie język. Zadrżałem i jęknąłem wprost w jego rozchylone wargi. Jego dłoń zaczęła sunąć w górę moich pleców aż złapał mnie za kark i przysunął bliżej siebie. Zatopił palce w moich włosach. Oddawałem pocałunki z pasją, drżąc – nie mogłem tego opanować! Trząsłem się, jakbym dostał jakiegoś wstrząsu anafilaktycznego, jednak kiedy chłopak objął mnie ciaśniej, zniwelował te moje mini-wstrząsy. Nasze koniuszki języka stykały się i bawiły razem. Całowaliśmy się, zdawało się, całe wieki. Odsunęliśmy się od siebie dopiero, kiedy zabrało nam tchu. Nasze usta połączył cieniutki „mościk” ze zmieszanej śliny. Zero pocałował mnie ponownie, niszcząc ten „mościk” – ten ostatni pocałunek był już krótki i o wiele mniej pasjonujący od poprzedniego.
Spojrzeliśmy na resztę. Patrzyli na nas wytrzeszczonymi gałami z szczękami na podłodze. Właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie, co zrobiłem – całowałem się z facetem! I w dodatku zachwycałem się tym! Jego miękkimi ustami i sposobem, w jaki całował… Nie! Co to miało być, do cholery?!
- Ja już nie gram – oświadczył brunet i odsunął się nieznacznie, zabierając rękę z moich pleców. W tym miejscu, gdzie trzymał dłoń, poczułem teraz nieprzyjemny chłód. – Będę tylko obserwował.
- No dobra… Więc zadanie przechodzi na ciebie, Hizumi – powiedział Tsukasa, starając się zachowywać normalnie, choć widać, że nadal był wstrząśnięty… i to mocno.
- Dlaczego na mnie? Nie powinieneś zakręcił butelką jeszcze raz? – próbowałem się wymigać.
- Nie. To byłoby niesprawiedliwe, bo ja i Karyu już odbębniliśmy swoje. Teraz czas na ciebie… - uśmiechnął się wrednie. – Hm… Lubisz śpiewać?
- Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Świetnie! W takim razie idziesz na karaoke! – wykrzyknął roześmiany.
- Co?! W życiu! Zresztą… gdzie ty tu widzisz karaoke, w barze ze striptizem? – spojrzałem na niego jak na człowieka niespełna rozumu.
- To jest Japonia. W każdym klubie jest karaoke – wskazał na wyznaczony kąt, gdzie na ścianie na interaktywnej tablicy był wyświetlany tekst jakiejś piosenki. Młoda dziewczyna stała przy mikrofonie i bujając się w rytm, śpiewała, choć mało kto ją słyszał ze względu na to, że muzyka, do której tańczyli imprezowicze na parkiecie, zagłuszała ją. – Tam jest. Idź. My zaraz do ciebie dołączymy… żeby posłuchać, oczywiście.
- Zadanie karne! – jęknąłem.
- Pieprz się z Zero – wyszczerzył się nienaturalnie… myślałem, że nie można uśmiechnąć się aż tak szeroko… - Tu i teraz. Na stole. Chcę to oglądać. A ty masz być na dole – spojrzałem na niego błagalnie, a on przybrał triumfalny wyraz. – I nawet nie proś, żebym wymyślił ci coś innego. Więc co wybierasz?
- Przez ciebie się skompromituję… - warknąłem.
- Nie bój się, seks z Zero nie jest aż tak wielką porażką. Można upaść niżej – zaśmiał się Karyu. Zrugałem go spojrzeniem, choć basista nie przejął się docinkami lidera. Na powrót utkwił spojrzenie we mnie.
- Nie to miałem namyśli… - wstałem i powoli, niczym skazaniec na egzekucję, powlokłem się w stronę „kącika karaoke”.
Zanim zdążyłem tam dojść, dziewczyna, którą widziałem, zdążyła już zejść ze sceny i dołączyć do swoich piszczących koleżanek. Odwróciłem się, mając nadzieję, że chłopaki nadal siedzą jeszcze przy stoliku, a mi uda się jakoś wtopić w tłum ludzi i przebrnąć do wyjścia – niestety; stolik był już pusty. Chwilę po tym, zauważyłem rudą czuprynę Tyczki, która górowała nad innymi niczym wieżowiec wśród domków jednorodzinnych.
„Kurwa, Hizumi, skąd ty bierzesz takie porównania?” – zadziwiłem sam siebie.
Gitarzysta dostrzegł mnie i szepnął coś na ucho Tsukasie i Zero, a następnie machnął na mnie ręką w ponaglającym geście. Westchnąłem, krzywiąc się i podszedłem do kogoś w rodzaju DJ’a, który siedział za małym stolikiem z komputerem i plątaniną kabli. Miał znużony wyraz twarzy i słuchawki na uszach. Podszedłem do niego i szturchnąłem w ramię. Chłopak niechętnie oderwał wzrok od monitora, gdyż przerwałem mu jakże pasjonującą grę w pasjansa.
- Co chcesz zaśpiewać? – zapytał po japońsku.
- No właśnie sęk w tym, że nie chcę w ogóle śpiewać – odpowiedziałem po angielsku i spojrzałem na niego, licząc, że zrozumie. - Przegrałem zakład – skłamałem - i teraz muszę zaśpiewać, a chodzi o to, że kompletnie tego nie potrafię. Moi kumple stoją gdzieś tam – wskazałem palcem miejsce, gdzie niedawno widziałem lidera – więc mam nadzieję, że nie zorientują się, kiedy trochę bym ich oszukał…
- Co chcesz w takim razie zrobić? – odezwał się po angielsku. Amen! Czyli jednak nie muszę się męczyć! Kumaty facet…
- Pomyślałem, że zapewne będą chcieli posłuchać jak się upokarzam, więc może po prostu mógłbyś puścić jakąś piosenkę razem z oryginalnym wokalem, a ja bym tylko poudawał, że śpiewam? – chłopak spojrzał na mnie z politowaniem. – Tak, wiem, że to głupi pomysł, ale z pewnością lepszy od tego, który zakłada, że miałbym naprawdę sam śpiewać…
- Nie mam tu oryginalnych piosenek, a jedynie same podkłady do karaoke. Sorry – wzruszył ramionami.
- A nie masz może nagrane jak ktoś śpiewał? – zapytałem z nadzieją. To była moja ostatnia deska ratunku…
- Nie - … która, kurwa, złamała się, przy czym dała mi w pysk i pociągnęła ze sobą na dno. Jestem w dupie! – Ale mogę dać ci coś łatwego… Na przykład jakąś balladę, w której musiałbyś jedynie przeciągać słowa, a tak naprawdę więcej byś tam mówił, niż śpiewał. Co ty na to?
- Ech… Niech będzie… Chyba nic innego nie wymyślę… - poddałem się.
- To idź na scenę i ustaw sobie mikrofon, a ja zaraz włączę podkład i napisy…
- Acha! I daj coś po angielsku z łaski swojej… - dodałem szybko.
- Taa, jasne… Domyśliłem się, że będzie u ciebie ciężko z japońskim – zaśmiał się wrednie, a ja przewróciłem oczyma.
Wszedłem na scenę i z szybko bijącym sercem zacząłem ustawiać mikrofon. Wzrokiem wyszukałem dwójkę moich oprawców i ich milczącego kolegę. Tsu posłał mi rozbawione spojrzenie, a ja skrzywiłem się i zrobiłem minę pod tytułem: „Poczekaj na swoją kolej… Odpłacę ci się…”. Po chwili zaczęła lecieć rockowa muzyka. Zdziwiłem się i spojrzałem na chłopaka za komputerem, który rozłożył bezradnie ręce. Uderzył pięścią w klawiaturę laptopa i zaczął nim potrząsać, jednak muzyka nie chciała się wyłączyć.
„No bez jaj… Zacięło się?” – pomyślałem załamany. Karyu wybuchnął śmiechem, który przebił się przez kakofonię panującą w klubie.
Na tablicy interaktywnej pojawiły się pierwsze… „krzaczki”?!
„Zginę!” – jęknąłem w myślach.
Spojrzałem jeszcze raz na „Dj’a”, jednak on odpowiedział mi gestem, który nakazywał mi śpiewanie. Spóźniłem się z kilkoma pierwszymi słowami, które ledwo skleciłem. Kilka osób stanęło pod sceną, a ja poczułem, że się rumienię. Uwielbiałem grać na gitarze przed publicznością, a im była liczniejsza tym wspanialej się czułem, jednak… śpiewać? Nawet kiedy w szkole miałem zaśpiewać coś na zaliczenie na lekcji muzyki, odwlekałem to jak tylko się dało i wymyślałem najdziwniejsze wymówki, paplając wszystko, co mi ślina na język przyniosła…
Byłem gadułą, ale z pewnością nie śpiewakiem, więc po zaledwie połowie pierwszej zwrotki, zachrypłem. Szczerze mówiąc, mój głos lepiej brzmiał z tą chrypą… Uśmiech z twarzy perkusisty i gitarzysty spełzł smętnie, a kąciki ust Zero powędrowały ku górze – nie wiem dlaczego, ale ten jego gest pokrzepił mnie. Przez chwilę miałem wrażenie, że od początku we mnie wierzył… co za niedorzeczność!
Pod sceną zebrało się więcej gapiów, a ja spiąłem się pod ich ciekawskimi spojrzeniami. Czułem się niekomfortowo i mimo iż wszystkie moje mięśnie były napięte, gardło rozluźniło się i wydobywały się z niego coraz czystsze dźwięki. Nie znałem tej piosenki i nawet nie wiedziałem czy czytałem wszystko poprawnie, ale mniejsza z tym – coraz więcej ludzi schodziło się, żeby mi się przyjrzeć. Uśmiechnąłem się nieśmiało i zacząłem śpiewać głośniej. Kiedy nadszedł czas na refren poczułem przemożną chęć growlowania… pomińmy to, że growlowałem zaledwie dwa razy w życiu, kiedy wokalista mojego zespołu uparł się, że muszę się tego nauczyć. Pomińmy też to, że podczas tych ćwiczeń efekty mojej pracy były niezbyt zadawalające…
„A co mi tam! W końcu nie ma tu żadnych zawodowców, a to nie jest żaden konkurs i większość mnie nie usłyszy – mogę spróbować!” – jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Byłem zszokowany, kiedy z mojego gardła wydał się charkot, w którym ukryte były słowa piosenki. - „Udało mi się? Udało mi się!” – cieszyłem się jak małe dziecko i poczułem się jak w domu. Usłyszałem, że muzyka staje się głośniejsza, więc i ja zacząłem jeszcze głośniej śpiewać. Coraz bardziej mi się podobało.
Muzyka, do której ludzie piętro niżej tańczyli, przycichła i stała się jedynie tłem. Nagle zrobiło się strasznie cicho i słychać było jedynie mój głos i podkład piosenki, który już się kończył. Tekst skończył się, a ja na sam koniec wydarłem się… bo taki miałem kaprys; bo uznałem to za słuszne.
            Koniec. Piosenka skończyła się i dopiero wtedy zorientowałem się, że wszyscy się na mnie patrzą. Dosłownie wszyscy; nawet ci z parkietu pięto niżej, spoglądali w moją stronę. Zapadła kompletna cisza, a ja poczułem się niezręcznie… i to cholernie! Miałem ochotę stamtąd uciec! Jeszcze nigdy nie byłem w takiej sytuacji…
Aż w końcu Zero wstał i zaczął klaskać, uśmiechając się od ucha do ucha. Wszyscy poszli za jego przykładem i po całym klubie rozniosły się głośne oklaski, gwizdy i piski pochwały. Stanąłem jak wryty i przez chwilę nie ruszałem się, po czym uśmiechnąłem się szeroko i ukłoniłem, następnie schodząc ze sceny. Ruszyłem w stronę muzyków, z którymi tutaj przyszedłem i wcisnąłem się na czerwoną kanapę między Zero i Karyu.
- Więc nie umiesz śpiewać, tak? – zagadnął basista, a wszyscy roześmiali się jednocześnie. Nie wiedziałem, o co im chodzi, co ich tak rozbawiło. Widząc moje zdezorientowanie, Tsu wyjaśnił:
- To chyba dość oczywiste, że teraz tak łatwo się od nas nie uwolnisz, prawda Karyu?
Gitarzysta był wpatrzony we mnie jak w obrazek. Wolno pokiwał głową.
- Nie sądziłem, że neandertalczyk potrafi śpiewać… - poklepał mnie po ramieniu. – Koniec picia panowie. Jutro próba! Na dziesiątą! Z nowym wokalistą!


Wyniki głosowania

1. Aoi x Uruha 26 głosów na 106 = 24,52%
2. Reita x Ruki 10 głosów na 106 = 9,43%
3. Uruha x Ruki 0 głosów na 106 = 0%
4. Toshiya x Kyo 4 głosy na 106 = 3,77%
5. Toshiya x Ruki 12 głosów na 106 = 11,32%
6. Ruki x Shinya 2 głosy na 106 = 1,88%
7. Ruki x Kyo 5 głosów na 106 = 4,71%
8. Ruki x Yo-ka 27 głosów na 106 = 25,47&
9. Ruki x Takeru 0 głosów na 106 = 0%
10. Kai x Die 2 głosy na 106 - 1,88%
11. Hizaki x ? 1 głos na 106 = 0,94%
12. Kazuki x ? 8 głosów na 106 = 7,54%
13. Miyavi x ? 0 głosów na 106 - 0%
I paringi dodatkowe, które proponowałyście w trakcie głosowania:
14. Die x Shinya 1 głos na 106 = 1,88%
15. Kaoru x Kyo 1 głos na 106 = 1,88%
16. Die x Shinya 1 głos na 106 = 1,88%
17. Reita x Uruha 4 głosy na 106 = 3,77%
18. Reita x Ruki x Kazuki 1 głos na 106 = 1,88%

Oto wyniki;  jak widać wygrał paring 8! 


Szczerze to i ja cieszę się z takiego obrotu sprawy, bo sama  mam już dość Aoihy.
(Dodam jeszcze tylko, że w głosowaniu wzięło udział jeszcze kilku moich znajomych ze szkoły.)
Niedługo możecie się spodziewać czegoś z nowej serii :)

Wy decydujecie! Cz.2

No dobra, to sprawy mają się tak:
Najczęściej zostały typowane oto te zespoły:

The GazettE:
1. Aoi x Uruha
2. Reita x Ruki
3. Uruha x Ruki

Dir en Grey:
4. Toshiya x Kyo (to akurat na wiadomości prywatnej dostałam od kolejnego kochanego anonima)

I mieszanki xD:
5. Ruki x Toshiya (The GazettE x Dir en Grey)
6. Ruki x Shinya (The GazettE x Dir en Grey)
7. Ruki x Kyo (The GazettE x Dir en Grey)
8. Ruki x Yo-ka (The GazettE x DIAURA)
9. Ruki x Takeru (The GazettE x SuG)
10. Kai x Die (The GazettE x Dir en Grey)

Oraz "paringi niepełne", jak to nazwałam, czyli wytypowana jedynie jedna osoba:
11. Hizaki (Versailles)
12. Kazuki (ScReW)
13. Miyavi

Piszcie w komentarzach numer paringu (lub osoby "niesparingowanej" + kogoś z kim chcielibyście ją zobaczyć) - to co uzyska największą ilość głosów; wygrywa!

A teraz kilka słów ode mnie, tak prywatnie:
Jak widzę największym zainteresowaniem i poparciem cieszy się nasz drogi Ruki, do którego oczywiście nic nie mam, ale do Reity... jak dla mnie to on jest trochę... hm... zbyt toporny jak na "rolę" w tym fanficku... Z kolei wydaje mi się, że Uruha jest zbyt wpatrzony w siebie...
Nie chcę nic nikomu sugerować, bo jeżeli wygra Aoiha, czy Reituki no to i tak z tym napiszę, ale... no przyznam się, po raz kolejny, że gazeciaki mi się przejedli i mimo to że bardzo mi schlebiacie, kochane, mówiąc, że umiem ich fajnie wykreować, to ja mam wrażenie, że oni w tych naszych wszystkich opowiadaniach mają "swoją własną osobowość" - to takie stereotypy, których żadna z nas nie potrafi złamać... A co do tej toporności Reity - ja nie chcę wam za dużo zdradzać, więc nie będę mówiła dlaczego tak mi się wydaje, ewentualnie kiedyś zaznaczę w tekście powód dlaczego taka myśl zagościła w moim bolącym od nadmiaru pomysłów umyśle.
Fajnie byłoby coś wybrać niekonwencjonalnego, nie uważacie? Nie chcecie się tak oderwać od tych stereotypów?
Jak dla mnie na przykład, pasował by mi to Toshiya i Kazuki, albo Toshiya i Shinya - ale jeszcze raz powtarzam; JA NIE CHCĘ WAM NIC ZDRADZAĆ ANI SUGEROWAĆ! To takie moje prywatne rozterki, bo w końcu ja też chcę swój głos powiedzieć jawnie i głośno :)

Nie mogę doczekać się na ostateczne wyniki <3

OGŁASZAM WSZEM I WOBEC, ŻE GŁOSOWANIE ZAKOŃCZY SIĘ RÓWNO O GODZINIE PIĘTNASTEJ W CZWARTEK, DWUDZIESTEGO GRUDNIA 2012!!!

Głosowanie rozpoczęte: ;]



Wy decydujecie! (głosowanie)

Kolejne kazanie, czyli kilka informacji...

Po pierwsze - nie wiem, czy w ogóle skończę serię "Co by było gdyby..."; tak zastanawiam się nad tym i mam masę pomysłów, ale zaraz potem zawsze wpadam na jakiś fajniejszy i odstawiam to na bok, więc... Może skończę to, kiedy będę miała jakiś kryzys weny (choć takowego jak dotąd nigdy nie miałam, bo mam 147498374347389479374 pomysłów na minutę, tylko czasu brak na spisanie ich wszystkich), ale nie spodziewajcie się tego za szybko.

Jakoś tak zawsze wychodziło, że wszystkie opka miały po siedem-dziewięć części, ale "Liceum" będzie jeszcze myślę, że przez parę ładnych rozdziałów trwać, tylko że nie wiem kiedy kolejne się pojawią - dlaczego? Informacje niżej.

"Monsters" tak samo jak "Liceum" będzie miało kontynuację, ale nie wiem kiedy... Raczej "Monsters" możecie spodziewać się szybciej z racji tego, że trzecią część mam już napisaną, tylko moja beta musi to jeszcze sprawdzić. A co dalej? Znów się powtórzę - nie wiem.

A teraz wyjaśnienie, dlaczego te trzy serie będą chwilowo zastopowane lub ich kolejne epizody będą pojawiać się rzadziej - nowa. Tak, tak, kolejna seria. Wiem, że to z jednej strony głupie, bo przecież tych trzech, wyżej wymienionych jeszcze nie skończyłam, a zaczynam kolejną, (nie bać się! Na poprzednim blogu przecież kiedyś ciągnęłam pięć na raz i wszystkie skończyłam! Pamiętacie? xD Kto pamięta?) ale po prostu nie mogę się powstrzymać!
Będzie to coś również o tematyce szkolnej, prawdopodobnie również o liceum. Taką rzeczą, która popchnęła mnie do tego była wiedza, o liceum w Japonii (bo przecież w serii "Liceum" akcji w samej szkole praktycznie nie ma, a tak w ogóle to japońska szkoła wygląda zupełnie inaczej - teraz już to wiem), którą zdobyłam z... tamtaratatam! Z filmu yaoi pt. "Takumi-kun" (swoją drogą świetne yaoi [choć moim zdaniem jest to bardziej shounen-ai], które naprawdę przyjemnie się ogląda - od razu uprzedzę, że ten kto zamierza obejrzeć to: pierwszą część z polskimi napisami można obejrzeć nawet na youtube, ale kolejne [ja odlądałam do czwartej części] są już tylko w angielskiej wersji językowej. Poszatkowane części z angielskimi napisami można obejrzeć na youtube albo ściągnąć z chomika; ja preferuję chomika, bo tam jest od razu cały film). Jest tam pokazana szkoła męska, która po prostu mnie urzekła! Przyznam się od razu, że ściągnę trochę z fabuły filmu, ale przerobię to po swojemu, rzecz jasna.

Teraz pozostaje pytanie: Jaki chcecie paring? I to jest to właśnie GŁOSOWANIE!
Najlepiej byłoby gdyby to nie były takie... równorzędne paringi jak np. Kaoru x Die, gdzie tak na dobrą sprawę niekoniecznie wiadomo kto MUSI być seme, a kto uke (chodzi o to, że Die nie jest uważany za taką delikatną, zniewieściałą postać, której potrzebuję do tego opowiadania - więc ci panowie są "tak samo męscy w naszych wyobrażeniach")
Potrzebuję takich paringów, gdzie będzie wyraźnie zaznaczone zniewieściałe uke i męski ale nie zaborczy seme.
Więc:
JAKI CHCECIE PARING? Z KIM CHCECIE KOLEJNE OPOWIADANIE? O KIM NAPISAĆ?

Odpowiedzi oczywiście piszcie w komentarzach - liczę na was!!!!

Dziękuję za uwagę :)

Liceum cz.9

No tak... Miały być Despy, ale trzecia część się jeszcze pisze, więc jak na razie wrzucam wam to :) To jest wersja druga, bo pierwszą zjebałam, najnormalniej w świecie zjebałam... Pisane o 5:50 nad ranem (o 6:50 wstaję do szkoły ^^), więc wybaczcie, ale właśnie o tej porze mój mózg jest najbardziej spaczony - oto tego efekty.
Endżoj!

Liceum cz.9”

[Ruki]

Kilka kolejnych dni Akira spędził u mnie. Powoli dochodził do siebie, jednak po bójce z Sakim zostały mu wyraźnie odznaczające się sińce i zadrapania. Chłopak był cichy i spokojny… jeszcze nigdy w życiu nie widziałem Reity w takim stanie. Wyglądał, jakby ktoś wymordował mu połowę rodziny! Chodził jak struty i w pewnym momencie zrobiło mi się go nawet żal. Ten moment miał miejsce w moim pokoju, kiedy zaledwie wyszedłem spod prysznica i ubrany jedynie w niezapięte spodnie stałem przed biurkiem  wycierając mokre włosy ręcznikiem, jednocześnie czytając sms’a, którego właśnie dostałem. Znowu te wiadomości sieciowe…
Byliśmy sami w mieszkaniu, gdyż moja babcia poszła załatwić coś w urzędzie. Stałem tyłem do drzwi, dlatego nie zauważyłem, kiedy blondyn bezszelestnie wszedł do mojego pokoju. Przesunął palcami wzdłuż mojego kręgosłupa, na co podskoczyłem jak oparzony i momentalnie obróciłem się w jego stronę.
- Wystraszyłeś mnie! – odetchnąłem głębiej, widząc, że to tylko on.
- Takanori… ja… - zacinał się niczym porysowana płyta. – Chciałem ci podziękować i przeprosić. Już dawno powinienem był to zrobić – spuścił głowę, jednak kątem oka dostrzegł, jak ściągam brwi w niezrozumieniu, dlatego kontynuował, ponownie podnosząc wzrok na mnie. – Dziękuję, że przekonałeś swoją babcię, żebym mógł tutaj zostać… gdyby nie ty pewnie teraz wałęsałbym się po ulicach, nie mając nawet dokąd pójść. Dziękuję, że nie zostawiłeś mnie na lodzie… chociaż powinieneś był tak postąpić. Za to całe ubliżanie z mojej strony w szkole, powinieneś jeszcze śmiać się z mojej patowej sytuacji, jednak ty postanowiłeś mi pomóc. Właśnie za to przepraszam; za moje zachowanie – mówił cicho i powoli, jakby ważył wartość każdego słowa. Jego twarz była ściągnięta wyrazem bólu i skruchy. – Jesteś prawdziwym aniołem… - szepnął, uśmiechając się blado. – Chcę żebyś wiedział, że wszystko, co wcześniej mówiłem o tobie i do ciebie, było jednym, wielkim kłamstwem. Taka… Jesteś dla mnie bardzo ważny – nachylił się nade mną. Wciąż przybliżał się do mnie, nie zamykając oczu i przyglądając mi się uważnie. Stałem jak słup soli i nie wiedziałem, co mam zrobić, ani tym bardziej nie wiedziałem, co on chce zrobić… kiedy nagle mnie olśniło! On chciał mnie pocałować! Spanikowałem. Moje ciało nie reagowało na żadne impulsy z mózgu, dlatego też nie poruszyłem się choćby o milimetr, jednak serce ścisnęło mi się boleśnie, przestając bić; zupełnie tak, jakbym zaraz miał mieć zawał. W moich oczach widniało bezbrzeżne przerażenie; doskonale o tym wiedziałem, musiało tak być. Kiedy Akira miał już mnie pocałować, a jego usta znajdowały się zaledwie milimetry od moich, chłopak zatrzymał się. Spojrzał mi w oczy i odsunął się. – Przepraszam… - wyszeptał, odskakując na drugi koniec pokoju. – Ja… Znaczy… Przepraszam!... To, co chciałem zrobić jest niewybaczalne! Ale… Proszę, wybacz mi… To nie tak miało wyglądać… Takanori, zrozum… - gubił się i plątał we własnych słowach.
Kiedy się odsunął, serce znów zaczęło bić, a wszystkie mięśnie rozluźniły się. Zadrżałem mimowolnie i chwyciłem wilgotny ręcznik, który spadł na podłogę. Odwróciłem się i ruszyłem ku drzwiom.
- Proszę – powiedziałem, kierując się z powrotem do łazienki, by kompletnie się ubrać.


[Aoi]

- I? – zapytałem, zakładając nogę na nogę i rozsiadając się wygodniej na ławce w parku.
- I nie zamierzam ci go oddać – warknął Saki, taksując mnie spojrzeniem.
- Suga… Weź mu coś powiedz – machnąłem ręką, będąc znudzonym tym całym przedstawieniem.
Saki zakochał się w MOIM Takanorim… Doprawdy… żałosne. Przecież od początku było ustalone, że blondyn będzie należał tylko i wyłącznie do mnie. Nie wiem, co strzeliło ciemnowłosemu do łba, ale zamierzałem mu to wybić. Że niby ma jakiś bunt przeciwko mnie powstawać? O dobra Kannon… Jaki Saki jest tępy… Przecież doskonale wiedział, że ze mną nie wygra. Poza tym, mam po swojej stronie jego brata.
- Wiesz, Aoi… - mrugnął Suga, rzucając niedopałek na ziemię i przydeptując go butem. – Znamy się już kilka ładnych lat i szczerze powiedziawszy, to nawet cię lubię… ale Saki to mój brat, i wybacz, ale jestem zmuszony stanąć po jego stronie. Rozumiesz, więzy krwi do czegoś zobowiązują – zaśmiał się. Spojrzałem na niego zszokowany.
- Że co?! – wrzasnąłem.
- No właśnie to; zostajesz sam – syknął brunet i spojrzał na mnie wyzywająco. Poderwałem się z ławki na równe nogi.
- Jaja sobie ze mnie robicie?! Nie dam się na to nabrać!
- Aoi, to nie są żarty… - powiedział niepokojąco poważnie szatyn.
Saki wyłamał sobie palce ze stawów, przez co rozniósł się charakterystyczny trzask chrząstek. Bracia zbliżyli się do mnie o krok, zaciskając dłonie w pięści. Dwaj na jednego? Niech będzie i tak…


[Uruha]

Ogólnie to nienawidziłem poniedziałków. Są straszne, a w dodatku mam wtedy najwięcej lekcji. Dziś jednak zapowiadało się bardzo ciekawie, gdyż miałem zamiar dotrzymać słowa danego Yuu i zniszczyć jego reputację w szkole. Shiro był uważany za supermana, bo miał odwagę postawić się Reicie, ale odkąd  nie chodził do szkoły, nie wykazał się w żadnej innej dziedzinie. Postanowiłem pobawić się w taką „przekupę na targu” i rozgadać parę niemiłych słów na jego temat. Co jak co, ale akurat fantazji do takich rzeczy, to ja miałem aż nadto, dlatego nim skończyła się piąta lekcja, wszyscy wiernie powtarzali między sobą moje kłamstwa i plotkowali o nich. Idąc środkiem korytarza, przyglądałem się grupkom uczniów stojących pod ścianą i rozmawiających przyciszonymi głosami. Słyszałem jedynie strzępki zdań, ale to wystarczyło, aby na moich ustach pojawił się triumfalny uśmiech.
Tak, panie Shiroyama, jest pan oficjalnie skończony…


[Ruki]

- Jutro pewnie babcia nie pozwoli ci zostać w domu i będziesz musiał iść do szkoły, co? – zagadnął Reita, kiedy wspinaliśmy się po schodach na punkt widokowy.
- Nie wiem… Może coś wymyślę, żeby jednak zostać. Jakoś nie widzi mi się konfrontacja z którymś z tych psychopatów w szkole… szczególnie, że ciebie tam nie będzie… - dodałem ciszej.
- Tak, mnie też się to nie podoba. Najwyżej dorysuję ci czerwonym mazakiem parę kropek na twarzy i powiemy, że masz ospę wietrzną – uśmiechnął się.
- Ach, nie ma to jak pomysły rodem z przedszkola – zaśmiałem się.
Doszliśmy na kraniec punktu widokowego, gdzie dalej rozciągała się tylko przepaść. Oparliśmy się o barierkę. Spojrzałem w niebo – było już ciemno, gwiazdy lśniły dziś mocniej niż kiedykolwiek… albo to tylko mi się zdawało… już sam nie wiedziałem. Czasami myślałem, że wszystko jest snem… Tyle nierealnych wydarzeń miało miejsce w tak krótkim czasie, że aż ciężko objąć to rozumem…
- Zostało ci to – zauważył Akira.
- Co takiego mi zostało? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Wpatrywanie się w gwiazdy. Zawsze lubiłeś obserwować nocne niebo. Pamiętam – pokiwał głową, wracając do wspomnień. – Czasami, nawet kiedy już zacząłem zachowywać się jak skończony idiota, kiedy wracałem w nocy do domu, widziałem słaby blask lampki nocnej z okna twojego pokoju i zarys twojej postaci siedzącej na parapecie z zeszytem na kolanach. Zawsze pisałeś wtedy piosenki i wiersze - zatkało mnie. Nie wiedziałem, że Akiego nadal w pewnym stopniu interesowało to, co robiłem. – Ty lubisz obserwować gwiazdy, a ja ciebie. Pamiętasz, jak często tu razem przychodziliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, podziwiając to, co według nas najpiękniejsze… ty gwiazdy, ja ciebie – uśmiechnął się, a ja poczułem, że się rumienię. Uważał, że jestem piękny?
- Pamiętam – przytaknąłem.
- Nigdy nie przestałem cię obserwować. Nawet, kiedy widziałem cię tylko w oknie, lubiłem siadać na krawężniku czy na ławce i przyglądać się, jak szybko notujesz kolejne pomysły, aby te ci nie uciekły… ten nikły uśmieszek, którego mimo iż nie mogłem zobaczyć, zawsze byłem pewien, że widnieje na twoich ustach… ten niepocieszony gest, kiedy przeczesywałeś dłonią włosy, spoglądając na zegarek i stwierdzając, że jest już po drugiej w nocy, a ty jeszcze musisz wziąć prysznic i przygotować się do lekcji… - jego uśmiech pogłębił się, a ja wytrzeszczyłem oczy. On… znał te wszystkie szczegóły? Widział mnie? Obserwował? Lubił to robić?
- Jak… Znaczy… Skąd ty to wszystko wiesz?
- Jesteś dla mnie ważny. Obojętnie, co mówiłem wcześniej i jak bardzo broniłem się przed tą myślą; wiedz, że nadal jesteś dla mnie ważny – przysunął się do mnie i zaczął gładzić wierzch mojej dłoni, zaciśniętej na zimnej barierce.
Rozprostowałem palce, które on momentalnie pochwycił i splótł nasze dłonie. Zalała mnie fala gorąca… ten niewinny gest wstrząsnął mną od góry do dołu. Znów poczułem, że się rumienię. Reita przyglądał się naszym dłonią z uwagą, jakby to był ostatni raz, kiedy mógł mnie dotknąć. Czy… Czy on chciał wykonać pierwszy ruch? Pierwszy krok ku zmianie naszych nastawień do siebie? Zachęcony tą myślą, tym razem to ja przysunąłem się do niego. Nasze ramiona stykały się. Chłopak spojrzał na mnie z sielankowym wyrazem twarzy; to było coś pięknego. Chciałem oglądać go zawsze w takim stanie. Uśmiechnąłem się ciepło i stanąłem na palcach, by zbliżyć się do jego ust. Uświadomiłem sobie, że wcześniej w pokoju również tego chciałem; chciałem żeby mnie pocałował, ale w ten czas wciąż jeszcze byłem pełen obaw. Teraz, widząc ten spokój wymalowany na jego obliczu, wszystkie niepewności zniknęły jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Blondyn, widząc co chcę zrobić, pochylił się nade mną i już niemal musnął moje wargi, kiedy znów pocałunek nie dopełnił się.
- Akira Suzuki? – rozległ się donośny głos za nami. Obaj obróciliśmy się. Za nami stał policjant w pełnym umundurowaniu i niezwiastującą niczego dobrego miną.
- Tak – odpowiedział chłopak.
- Pojedziesz ze mną na komisariat, twój kolega także – zawyrokował.


[Uruha]

Wychodziłem właśnie z publicznej biblioteki. Oddałem książki, które ostatnio przeczytałem i teraz kierowałem się do auta. Musiałem jedynie przejść przez park. Był już wieczór, właściwie to prawie noc i było tu pusto i cicho. Nie lubiłem, kiedy panował tu taki spokój; w horrorach właśnie w takich momentach, kiedy piękna dziewczyna jest zupełnie sama i bezbronna, zza drzewa wyskakuje jakiś czub z piłą mechaniczną albo tasakiem i ją zabija… Brr… Wzdrygnąłem się.
Została mi ostatnia alejka do przejścia. Z daleka już widziałem bramę. Obok niej dostrzegłem również jakiś czarny zarys. Przez chwilę wydawało mi się, że to tylko cień rzucany przez drzewo, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że jest to człowiek. Nie jakiś pijak, czy żebrak… nie. Jakaś młoda osoba. Przyspieszyłem kroku, zastanawiając się czy przypadkiem tej osobie nic się nie stało. Kiedy do niej doszedłem zorientowałem się, że to… Aoi!
- Co ty tu, u diabła, robisz? – zdziwiłem się.
Chłopak nie odpowiedział. Siedział skulony, trzymając głowę między kolanami. Wyglądał mizernie, jego ubranie było podarte i brudne. Miał bluzkę z krótkim rękawem, a bluzę trzymał na kolanach. Wiał przeszywający wiatr. Zacząłem zastanawiać się czy nie jest mu zimno… Drżał. Przykucnąłem przy nim i położyłem mu rękę na ramieniu. Wiem, że powinienem nadal być na niego wściekły i najlepiej zostawić go tu w takim stanie, jednak… co ja poradzę, że mam miękkie serce i zaraz robi mi się wszystkiego żal? Jak tak dalej pójdzie, to zacznę zbawiać świat…
- Coś się stało? – zapytałem niepewnie.
Brunet podniósł głowę. Z jego włosów spadło kilka małych listków. Oczy miał zaczerwienione i szkliste, wyglądał, jakby powstrzymywał się od wybuchnięcia płaczem. Lewe oko miał podbite, wargę w pobliżu kolczyka pękniętą, na policzku rysowała się długa, czerwona pręga, która zaczynała się tuż pod nosem, a kończyła dopiero na skroni.
- Kto cię pobił?
- Nieważne… - wyszeptał, spuszczając wzrok na trawę, na której siedział.
Wyciągnąłem rękę w jego stronę, którą on w jednej chwili złapał. Uwięził mój nadgarstek w stalowym uścisku, po czym znów spojrzał na mnie. Widząc, że nie chcę zrobić mu krzywdy, puścił moją rękę. Przeczesałem palcami jego włosy, wyplątując z nich listki. Były zadbane i jedwabiste w dotyku.
- Kto ci to zrobił? – powtórzyłem pytanie.
- To… nieważne – pokręcił głową. – Niedługo codziennie będę tak wyglądał…
- Co? O czym ty mówisz? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
Yuu opowiedział mi w skrócie historię z braćmi SS i streścił przebieg spotkania z grupą uczniów z naszej szkoły, która dokończyła dzieło Sakiego i Sugi. Chłopak nie miał żądnych szans na wygraną; co prawda na początku był tylko szatyn i ciemnowłosy, ale Saki potrafił się bić jak mało kto, może poziomem nawet dorównywał Reicie czy Kyo. Grupka nastolatków, na którą się natknął na pewno nie była jakimiś wyszkolonymi bokserami, ale było ich siedmiu… a Aoi był sam i w dodatku już po jednej bójce. Kiedy zrozumiałem, że uczniowie zaatakowali go ze względu na plotki, jakie dzisiaj rozpuściłem w szkole, zrobiło mi się głupio. W sumie… dostał od Sugi i Sakiego to, na co już zasłużył, więc ta druga walka mogła zostać pominięta… ale nie została. I to była moja wina, o czym oczywiście mu nie powiedziałem.
- Dlaczego nie pójdziesz do domu? Mogę cię odwieść, jeśli chcesz – zaoferowałem się, czując wyrzuty sumienia.
- I co mi to da, że wrócę do domu? Matka jeszcze na mnie naskoczy, a ojciec wyrzuci z domu za to, że znów się biłem… - powiedział cicho. – I jeszcze każą mi iść jutro do szkoły, na co nie mam najmniejszej ochoty…
- Zamierzasz ukrywać się przed nimi? Szlajać po mieście, dopóki plotki nie ucichną?
- Na przykład… - zgodził się.
- To bez sensu! – wyrzuciłem ręce w powietrze. – Musisz to przemyśleć i…
- Przemyślałem i doszedłem do wniosku, że nie chcę wracać ani do domu, ani do szkoły – powiedział twardo, a ja westchnąłem i wstałem. – Uruha?
- Tak? – spojrzałem na niego i wyciągnąłem rękę w jego stronę, w geście pomocy. Wstał.
- Dziękuję – szepnął.
- Za co? – zdziwiłem się.
- Za to, że w ogóle się mną zainteresowałeś. I przepraszam za… wszystko. Za całą akcję z Rukim, Sugą i Sakim… Dostałem już za swoje… - spuścił głowę w pokorze. – Ja… Nigdy nie miałem na celu obrażenia ciebie. I nigdy nie uważałem cię za głupiego…
- Taa… - mruknąłem, niezbyt przekonany.
- Naprawdę! – postąpił krok w moją stronę i spojrzał na mnie. Jego oczy lśniły.
- No tak… Wierzę ci – chciałem mu wierzyć, ale jakoś nie mogłem się przemóc. – Co zamierzasz teraz zrobić?
- Nie wiem… Przejdę się albo… no nie wiem… Nie mam tu żadnych przyjaciół, u których mógłbym się zatrzymać…
- Chodź – pociągnąłem go za rękę i poprowadziłem w stronę samochodu.
- Dokąd?
- Pokażę ci pewne miejsce za miastem, które lubię odwiedzać, kiedy nie mam się, gdzie podziać. Może tobie również się spodoba. Jakoś łatwiej mi się tam myśli nad sprawami, które pozornie wydają się beznadziejne… Może doznasz tam jakiegoś olśnienia, co robić dalej – uśmiechnąłem się do niego pocieszająco.
Obaj wsiedliśmy. Włączyłem silnik i wyjechałem z parkingu, po czym skręciłem na wylotówkę z miasta. Jechaliśmy w ciszy. Brunet wyglądał przez okno. Był zmęczony, ledwo powstrzymywał ziewnięcia. Wyglądał jak płochliwe, małe zwierzątko, które może uciec przy każdym twoim podejrzanym ruchu. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Zawsze roześmiany, odważny i pewny siebie, a teraz… cichy, zagubiony, bezbronny…
Droga nie była daleka. Zaraz za miastem odbiłem w lewo i znaleźliśmy się zamiast na autostradzie na dość wąskiej, jednopasmowej ulicy. Po jakiś dziesięciu minutach zatrzymałem się przed szlabanem i wjazdem do lasu. Wysiedliśmy. Chłopak był totalnie zagubiony, nie wiedział, jak ma się zachować, ani czego może się spodziewać. Ponownie ująłem jego nadgarstek i pociągnąłem go za rękę. Yuu szedł za mną, a ja cały czas go trzymałem. Jakoś tak… nie mogłem go puścić… Zresztą, wydawało mi się, że on teraz potrzebuje choćby tego głupiego uścisku dłoni.
- Uruha?
- Tak?
- Jesteś jeszcze na mnie zły? Bo w tym centrum handlowym… byłeś na mnie wściekły… - zapytał cicho.
- Byłem zły, ale… już mi przeszło – palnąłem.
Chciałem powiedzieć: „Byłem zły, ale widzę, że skrzywdziłem cię równie mocno jak ty mnie, więc chyba mamy wyrównane rachunki. Poza tym wyglądasz tak słodko, kiedy okazujesz skruchę, że nie mogę się na ciebie napatrzeć” – jednak w porę powstrzymałem się, zanim zdążyłem wygadać zbyt dużo.
- Jesteś bardzo wyrozumiały… Mimo to… Jeszcze raz bardzo przepraszam.
- Zapomnijmy o tym, okej? – zaproponowałem. Ciemnowłosy spojrzał na mnie zdziwiony.
- Dobrze – uśmiechnął się słabo. W jego oczach nadal czaiły się łzy.
Doszliśmy do wielkiej, prostokątnej polany w środku lasu. Polana tak naprawdę była niezalesioną częścią skarpy, na której zasadzony został las. Z czasem, zamiast mchów, których szczerze nienawidziłem ze względu na obrzydliwe robale, które w nich żyły, polanka stałą się łąką. Usiedliśmy mniej więcej na jej środku, blisko siebie. Spojrzałem w ciemne niebo, na którym radośnie migotały gwiazdy.
- Kouyou? – drgnąłem, kiedy wypowiedział moje imię, a nie przezwisko. – Nie jest ci chłodno? Masz zimne dłonie… - dopiero teraz zauważyłem, że Aoi trzyma mnie za rękę.
- No… Zrobiło się już zimno – przyznałem. Chłopak podał mi bluzę, którą cały czas miał przewieszoną przez rękę. – Dzięki – uśmiechnąłem się i ubrałem ją. Ponownie ujął moją dłoń, przysuwając się jeszcze bliżej.
- Wiem, że to głupie, ale… Ech… Nieważne – machnął ręką i odsunął się ode mnie.
- Co nieważne? Nie ma takiej sprawy, która byłaby nieważna! O co chodzi, Shiro?
- Ja… Em… Nigdy nie przejmowałem się ludźmi, ani ich opinią… Zadawałem się jedynie z tymi, którzy mogli mi coś dać… coś materialnego… Nie rozumiałem, dlaczego ludzie przyjaźnią się… ot tak sobie. Teraz rozumiem, że to nie było żadne „ot tak sobie”. Oni, kiedy potrzebowali wsparcia, dostawali je od przyjaciół, a ja… Potrzebuję dzisiaj kogoś takiego. Kogoś, na kim mógłbym się wesprzeć. Czyjejś bliskości i… - przerwałem mu, widząc jak się męczy.
- Chodź tu – poleciłem.
Na powrót przysunął się do mnie i oparł czoło na moim barku. Ułożyłem brodę na jego głowie. Po chwili poczułem, jak ukrywa w twarz w zagłębieniu mojej szyi i… jego łzy spływają po mojej skórze, pod koszulkę, wsiąkając w jej materiał. Objąłem go ciasno ramionami i szeptałem uspakajające słowa.
- Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy… - powiedział cicho.
- Wiem. Dokładnie tyle, ile dla mnie – uśmiechnąłem się ciepło i położyłem rękę na jego torsie, po czym pchnąłem go do tyłu. Chłopak położył się na trawie, a ja ułożyłem się na nim. Objąłem go za szyję, a on mnie na wysokości żeber. Przymknąłem powieki. Przez chwilę trwaliśmy w ciszy. Oblizałem spierzchnięte usta, przy czym przez przypadek musnąłem koniuszkiem języka jego szyję. Kiedy otworzyłem oczy i zamrugałem kilkakrotnie, łaskocząc go rzęsami, zadrżał. Reagował na każdy mój najmniejszy ruch. Przesunął ręką po moich plecach.
- Wiesz… Czasami mam wrażenie, że patrzyłem nie tam, gdzie trzeba.
- To znaczy? – nie zrozumiałem go.
- Chyba byłem zbyt zapatrzony w Takanoriego, żeby… - podniosłem głowę, aby spojrzeć mu w oczy. - … żeby dostrzec ciebie – szepnął i pocałował mnie czule w usta.
W pierwszym momencie byłem zaskoczony, do tego stopnia, iż zapomniałem, jak się oddycha. Chłopak odsunął się ode mnie, nie widząc żadnej inicjatywy z mojej strony i już chciał zacząć przepraszać, kiedy ja uśmiechnąłem się promiennie i pocałowałem go mocno. Zaczęliśmy się turlać po trawie i obsypywać pocałunkami. W pewnym momencie, kolano Yuu jakimś dziwnym trafem wylądowało między moimi nogami, przez co jęknąłem. Brunet wykorzystał tę chwilę słabości i przewrócił mnie na plecy, siadając na mnie okrakiem. Następnie pochylił się nade mną i zaczął całować. Oddawałem wszystkie pocałunki. Zaplotłem ręce na jego szyi, podczas gdy on trzymał dłonie na moich biodrach. Polizał moją dolną wargę, a ja uchyliłem usta. Chętnie z tego skorzystał i wsunął język do moich ust. Jęknąłem zadowolony, obejmując go mocniej.
Kto spodziewałby się, że…


[Ruki]

Policjant zawiózł nas na komisariat radiowozem. Wrzucili nas do jakiejś małej klitki, gdzie stał stół z dwoma krzesłami i mieściło się jedno okno. „Full service” – pomyślałem sarkastycznie. Usiedliśmy z Reitą pod ścianą naprzeciwko drzwi, gdyż nie byliśmy pewni czy krzesła wytrzymają pod naszym ciężarem. Byłem cholernie zdenerwowany – do tego stopnia, że trzęsły mi się ręce tak, jakbym był na Syberii w samych bokserkach.
- Spokojnie – Akira złapał mnie za rękę. – Wszystko, co może się wydarzyć, z pewnością będzie dotyczyć mnie. Nie bój się. Nic ci się nie stanie – mówił łagodnym tonem.
- Ale ja boję się o ciebie… - szepnąłem, a blondyn spojrzał na mnie… z czułością?
Nachylił się nade mną i w końcu udało nam się pocałować, tym razem nikt ani nic nam nie przeszkodziło. Od razu rozchyliłem wargi, czując ciepłe i miękkie usta chłopaka na swoich. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Objąłem go za szyję, a on mnie w pasie. Aki posadził mnie sobie na kolanach. Jedną rękę zsunąłem na jego tors, a później na brzuch i zacząłem go dotykać. Kręciło mi się w głowie i czułem, że zaraz odlecę, jednak wypełniało mnie od środka tak wspaniałe uczucie, że nie mogłem tego przerwać… Ja nie mogłem, ale ktoś inny już tak.
- Akira! – usłyszeliśmy za sobą krzyk i jak oparzeni odkleiliśmy się od siebie. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że w drzwiach stoi matka Reity…


Monsters cz.2

Co prawda nie ma jeszcze 10 komentarzy i nie powinnam dodwać kolejnej notki, ale coż... to była pierwsza, wprowadzająca, nuda część więc i tak jestem wmiarę zadowolona z wyniku 7 komci... Zresztą ten tekst dotyczy Despów, o których tak mało osób czyta ;_; Nie wiedzą co dobre! xD No nic...
Mam nadzieję, że ta część bardziej przypadnie wam do gusty :)


"Monsters" cz.2

Droga do domu Tsukasy minęła nam na rozmowie. Chłopak niby wydawał się być ciekawą osobą, jednak nadal byłem sceptyczny. Zachowywał się dość specyficznie, a po dłuższym czasie jego towarzystwo zaczęło mnie męczyć. Nie łatwo jest wytrzymać z takim narcyzem, jakim był ten chłopak.
Zatrzymaliśmy się pod średniej wielkości blokiem. Żeby do niego dojść, trzeba było przejść przez parking, na który ciemnowłosy spojrzał z nieodgadnioną miną. Ruszyłem w stronę budynku, sądząc, że zapewne tutaj mieszka, skoro mnie tu przyprowadził, jednak Tsu nadal stał na krawężniku i z zaciśniętymi ustami wpatrywał się w parking, jakby to było jezioro magmy, czy jakaś inna przeszkoda, której nie mógł pokonać.
- Coś się stało? – zapytałem zatrzymując się.
- Tak. Stało się… i to coś bardzo niedobrego – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- A konkretnie to, co się stało? – oprałem się o samochód, przy którym akurat się zatrzymałem. Jego wzrok na ułamek sekundy zwrócił się na mnie, a następnie przeniósł się na auto obok mnie. – Jakiś nieproszony gość? – zgadywałem.
- Bardzo, bardzo niedobrze… - pokręcił głową i szybkim krokiem skierował się w stronę bloku.
Tym razem narzucił takie tempo, że musiałem za nim niemalże biec. Wbiegliśmy po schodach na czwarte piętro, przez co poczułem ostre kłucie w boku i zacząłem dyszeć ze zmęczenia, kiedy tylko stanąłem na korytarzu. Tsu zdawał się nie być w ogóle zmęczony wysiłkiem, jaki przed chwilą wykonał i wpadł jak burza do jednego z mieszkań, drąc się od progu:
- Karyu! Wypierdalaj z mojego domu! – wydarł się tak głośnio, że mimo iż nadal stałem na korytarzu, zaświszczało mi w uszach. Skrzywiłem się i ruszyłem za moim „przewodnikiem”.
- Tak, też się cieszę, że cię widzę, Tsu – odezwał się nieznajomy.
Razem z właścicielem mieszkania ruszyłem do salonu, gdzie rozwalony na czarnym, skórzanym fotelu półleżał chłopak, który przypominał mi tyczkę – był tak samo długi i chudy. Wyglądał niemalże groteskowo. Jedną z długich rąk opierał na podłokietniku i podtrzymywał nią głowę z rudo-blond włosami i wydatnym nosem. Trzymał na niesamowicie chudych udach jakiś magazyn i przeglądał go, nie przejmując się furią i żądzą mordu wymalowaną na twarzy Tsukasy, który ostatkiem sił powstrzymywał się przed dokonania morderstwa.
– Nie masz nic przeciwko żebym pomieszkał u ciebie kilka dni?... Ewentualnie tygodni, czy wprowadził się na stałe? Świetnie! – wykrzyknął „uradowany”, nie czekając na odpowiedź ciemnowłosego i nie odrywając wzroku od lektury. – Enya wyrzucił mnie z domu… Jestem za wywaleniem go z zespołu!
- Karyu, litości, to już drugi wokalista w ciągu trzech miesięcy! Od tego czasu nie stworzyliśmy żadnej dobrej piosenki! – westchnął cierpiętniczo. – Zresztą… Czy ja mam napisane na czole „Caritas”?! Moje mieszkanie to nie przytułek! – zbulwersował się.
- Przecież tylko ja miałbym u ciebie zamieszkać, a nie cały batalion żołnierz… - podniósł wzrok na kolegę, przy czym zobaczył również i mnie. Zaciął się, nie kończąc zdania i uśmiechnął się wrednie, taksując mnie spojrzeniem, od którego mało mnie nie zemdliło. – Rozumiem… Przytułek, powiadasz – zaśmiał się krótko i niedźwięcznie. – Nowy „kolega”? – zapytał z kpiną. – Przecież on nawet nie jest przystojny! – klasnął w dłonie. – Ej! Czy ty w ogóle zrozumiałeś jakiekolwiek słowo z tego, co mówiłem? – zapytał już po angielsku.
- Tak – przyznałem. Szczerze, to w miarę szło mi z japońskim; dużo rozumiałem ze słuchu, byłem w miarę osłuchany, z racji tego, że słuchałem japońskiej muzyki, jednak znacznie gorzej było u mnie z pisaniem, czytaniem i mówieniem. – A co do tego, że nie jestem przystojny… Hm… Może jakoś specjalnie urodą nie grzeszę, ale cieszę się, że w tym towarzystwie jest osoba, która wygląda znacznie gorzej ode mnie – uśmiechnąłem się jadowicie.
Ciemnowłosy, który stał krok przede mną, odwrócił się do mnie przodem i rzucił mi zdziwione spojrzenie, po czym uśmiechnął się pokrzepiająco, jakby chciał powiedzieć „Oby tak dalej, a zapunktujesz u mnie!”. Odpowiedziałem chłopakowi tym samym, po czym obaj roześmialiśmy się głośno. Karyu, najwyraźniej obrażony, podszedł do mnie szybko i dźgnął palcem w tors.
- Jeszcze tego pożałujesz… - syknął. – Nie będzie za mnie kpił jakiś przygłupi Amerykaniec! – spojrzałem na niego zaskoczony.
- Jeśli już, to Amerykanin – poprawiłem go. – A tak na marginesie, skąd wiesz, że pochodzę z Ameryki? Tylko nie mów, że ty też byłeś przewodnikiem wycieczek turystycznych, bo w to akurat nie uwierzę… Wszyscy by pouciekali – dodałem ciszej.
- Nie, nie byłem żadnym przewodnikiem turystycznym, ale w przeciwieństwie do ciebie umiem czytać – pokazał mi telefon z wiadomością sms, gdzie widziałem same „krzaczki”, z których nic nie zrozumiałem. – Ta wysunięta szczęka, jak u neandertalczyka – chwycił mnie za podbródek – sugeruje, na jakim poziomie intelektualnym jesteś – prychnął. – Będę tak łaskaw i przetłumaczę ci, co tu jest napisane. Otóż mój miły kolega Tsu, którego miałeś już nieprzyjemność poznać, napisał mi w tym sms’ie, że spotkał Japończyka, który nie jest Japończykiem, pochodzi z Ameryki i kompletnie nie radzi sobie, począwszy od tego, że nie umie czytać, a jego japoński rani mu uszy, a kończąc na tym, że nie potrafi sobie znaleźć lokum – syknął. Cofnąłem się i spojrzałem w bok, gdzie przed chwilą stał Tsukasa, chcąc zapytać, co miał znaczyć ten sms, jednak już go tam nie było.
„Dlaczego napisał o mnie w sms’ie do tego całego Karyu? I kiedy, do cholery, go napisał? Przecież przez całą drogę rozmawialiśmy… nie widziałem, żeby wyciągał telefon…” – przeszło mi przez myśl.
– Ale nie raczył mi wspomnieć, że zamierza cię gościć u siebie… - odwrócił się ode mnie i na powrót zasiadł na swoim poprzednim miejscu. – Ech… Gdybym wiedział, pojechałbym do Zero… - westchnął.
Rudzielec znów zaczął czytać gazetę, ignorując mnie. Już miałem zapytać, kim jest ten cały Zero, kiedy do salonu ponownie wszedł właściciel mieszkania z trzema butelkami piwa w rękach. Bez słowa podał mi jedno, tak samo jak Tyczce – tak nazwałem w myślach Karyu. Usiadłem z Tsu na białej, narożnej kanapie, obok której mieścił się fotel zajmowany przez chudzielca.
- Jutro próba, prawda? – zagadnął Karyu, chcąc przerwać ciszę. Tsukasa nachylił się nad szklanym stolikiem mieszczącym się przed sofą i zgarnął z niej pilota, po czym włączył telewizor, przełączając na jakąś stację muzyczną.
- Nie, jutro nie ma próby.
- Jak to? – zdziwił się chłopak.
- No tak to. Zero powiedział, że nie może jutro przyjść.
- A to niby dlaczego nie może przyjść? – zmarszczył groźnie brwi, przenosząc wzrok na kolegę.
- Nie wiem – ciemnowłosy wzruszył ramionami. – Wiesz, jaki jest Zero… Nigdy nic nie mówi, tylko rzuca jakieś lakoniczne odpowiedzi, a to i tak od święta. Ostatnio bardzo polubił „ruski argument”, to znaczy „nie, bo nie” i „tak, bo tak” – wywrócił oczyma.
- Zamorduję go kiedyś… - wyszeptał rudy. – Miała być próba! Jak zarządzam próbę, to ma się ona odbyć! – skrzyżował ręce na piersi.
- Karyu… Przestań. I tak nic by z tego nie wyszło – westchnął właściciel domu. – Pomyśl: spotkałbyś się z Enyą, zaczęlibyście się kłócić, wypominać potknięcia i taki byłby tego finał – wzruszył ramionami.
- Nie moja wina, że jest chujowym wokalistą! Śpiewać ledwo co umie, ale obrażać się i gadać na mnie to już tak! Musimy znaleźć nowego wokalistę!
- Karyu… - Tsukasa spojrzał ostrzegawczo na kolegę.
- Sorry, że się wtrącę, ale… ty jesteś liderem zespołu? – zapytałem.
- Tak – potwierdził rudzielec nadal będąc nadąsanym; jednak nie wiem, czy na tego całego Zero, że nie zamierzał przyjść na próbę, na Enyę, że go wyrzucił z domu i podobno był złym wokalistą, czy może wciąż na mnie, że go obraziłem?
- A jak nazywa się wasz zespół?
- „Monsters”.
- Och… Jak oryginalnie – przewróciłem oczyma.
- Nie podnoś mi ciśnienia jeszcze bardziej, neandertalczyku jeden! – warknął, po czym rozmasował obolałe skronie. – Musimy zrobić tę próbę i postawić naszemu wokaliście jasne warunki. Albo się zmieni i do nas dostosuje, albo wypierdolę go na zbity pysk! Mam już dość jego humorków! A, no i niech w końcu napisze jakiś tekst i zacznie śpiewać, bo przez niego nic nowego nie gramy!
- A jak chcesz zrobić próbę bez basisty? Z samą gitarą prowadzącą i perkusją sobie nie poradzimy! – zauważył Tsu.
- Który z was jest perkusistą, a który gitarzystą? – znów się wciąłem.
- Karyu to gitarzysta i lider, a ja jestem perkusistą – wyjaśnił ściszonym głosem ciemnowłosy, kiedy Tyczka zaczęła się drzeć:
- Nie obchodzi mnie to! Jakoś musimy sobie poradzić i doprowadzić Enyę do porządku, bo ja już dłużej z nim nie wytrzymam!
- Ten Zero to basista, tak? – domyśliłem się.
- Tak – odpowiedzieli obaj muzycy na raz.
- Wiecie… Ja nie chcę się narzucać, czy coś, ale byłem basistą w zespole Le’vell i jakby co… to tak jednorazowo mogę zastąpić waszego basistę – podsunąłem nieśmiało.
Tsukasa spojrzał na mnie przez ramię i już chciał coś powiedzieć, ale został wyprzedzony przez rudego.
- Chłopczyku! – krzyknął. – My gramy j-rocka! To się zupełnie różni od tego twojego prostackiego american rock! Jesteśmy grupą Visual-kei, choć zgaduję, że nawet nie wiesz co to znaczy! Gramy ostrego rocka z tak szybkimi partiami gitarowymi, że nie nadążysz za nimi, choćbyś nie wiem jak się starał! – zawołał, choć w jego głosie bardziej dominowała rozpacz, niż chęć poniżenia mnie.
- Czekaj, czekaj… - odezwał się perkusista. – Le’vell, powiadasz… Kiedy byłem w Ameryce na wschodnim wybrzeżu, z którego, jak już wcześniej ustaliliśmy, pochodzisz, byłem na koncercie, a raczej na konkursie początkujących zespołów stylizowanych na Visual-kei z Ameryki… Czy przypadkiem twój zespół tam nie występował?
- Tak! – uśmiechnąłem się. – Zajęliśmy wtedy trzecie miejsce, bo nasz gitarzysta rytmiczny był chory i nie występował…
- Słuchasz jrocka? – zdziwił się gitarzysta.
- No tak – kiwnąłem głową i uśmiechnąłem się do niego, choć jeszcze parę chwil temu byłem pewien, że nigdy tego nie zrobię. – I od dziewiątego roku życia gram na gitarze – pogłębiłem uśmiech, ukazując zęby. – Myślę, że poradzę sobie z waszymi piosenkami.
Muzycy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym Tsu odezwał się:
- A ja myślę, że dobrze byłoby dać ci szansę, skoro możesz się na coś przydać – podsumował. Karyu nie wyglądał na przekonanego, jednak w końcu westchnął i kiwnął głową.
- Niech będzie… Tsu, daj mu nuty i niech poćwiczy. Sprawdź przy okazji czy coś potrafi, czy tylko udaje jak Enya– podniósł się z fotela. Wyglądał jakby był strasznie zmęczony. Jego twarz nagle poszarzała. – Ja idę się przejść po mieście. Może zajdę do Zero i spróbuję z nim pogadać…


***

Przez cały wieczór i pół nocy ćwiczyłem kilka piosenek, których nuty dał mi perkusista. Użyczył mi gitary Karyu, w związku z tym, że nie zabrałem ze sobą swojego basu. Nie myślałem, że jadąc na wycieczkę krajoznawczą do swojej ojczyzny, będę miał okazję grać w zespole jrockowym…
Tę noc spędziłem w łóżku z Tsukasą. Znaczy… nie w tym sensie! Po prostu spałem z nim w jednym łóżku i tyle. Karyu nocował na kanapie w salonie. Kenji przez pewien czas, kiedy ćwiczyłem, przysłuchiwał się i od czasu do czasu mnie chwalił, a potem, kiedy był już zmęczony, zasnął otulony spokojną melodią ballady, jaką właśnie grałem. Muszę przyznać, że ich piosenki, nawet mi się spodobały. Kiedy już skończyłem, ułożyłem się na brzegu łóżka, obok chłopaka i równie szybko jak on, zasnąłem.
W końcu nadszedł świt, a wraz z nim zamieszanie. Tyczka przyniósł nam kilka słodyczy w ramach śniadania, które pochłonęliśmy z ciemnowłosym w locie i czym prędzej cała nasza trójka ubrała się i doprowadziła do porządku. Następnie lider niemal wypchnął mnie i perkusistę z mieszkania, i wcisnął do swojego samochodu (rozklekotane, srebrne subaru impreza, zawsze spoko), którego widok wczoraj tak zdenerwował Tsukasę. Mimo, iż byli znajomymi, grali w jednym zespole, a Karyu nawet wprosił się do mieszkania ciemnowłosego, miałem dziwne wrażenie, że się nie lubią. Zresztą rudzielec mnie również nie lubił… basistę planował zamordować… i z tego, co zrozumiałem, to do ich obecnego wokalisty także nie żywił jakiś ciepłych uczuć… Czy istniała chociaż jedna osoba, którą on lubił?
Dojechaliśmy pod wąski, wysoki, oszklony budynek jakiegoś klubu. Nad wejściem zamieszczone były wielkie „krzaczki-neony”, które teraz były wyłączone. Z pewnością była to nazwa klubu, jednak nie potrafiłem jej odczytać. Tyczka podszedł do dwuskrzydłowych drzwi i wyjął z kieszeni pęk kluczy. Odnalazł ten właściwy i otworzył nam drzwi. Weszliśmy do środka. Klub był tak naprawdę wielką halą z dużą sceną po lewej stronie i dwoma długimi, przeciwległymi do siebie barami po prawej. Szafki z alkoholami były zasłonięte metalowymi, antywłamaniowymi zasłonami. Przed blatami barów stało po kilkanaście, ustawionych w rządku, wysokich stołków z czerwonymi siedziskami.
Podeszliśmy do sceny i zatrzymaliśmy się naprzeciw drzwi, ukrytych wprost w scenie. Drzwi były wykonane z takiego samego, jasnego drewna jak scena, przez co łatwo było je przeoczyć. Jedyną rzeczą, jaka zwracała na siebie uwagę to srebrna klamka. Lider znów odszukał właściwy klucz i otworzył kolejne drzwi. Weszliśmy za nim.
- To pomieszczenie dla muzyków. Tutaj przebieramy się w stroje sceniczne i zostawiamy nasze prywatne ciuchy oraz instrumenty – wyjaśnił Tsu, widząc jak rozglądam się po pomieszczeniu.
Po bokach mieściły się toaletki z lustrami, które zostały okolone przez nagie żarówki, jarzące się miękkim, żółtym światłem – ten widok przypomniał mi kilka tandetnych filmów, które obejrzałem z moją dziewczyną o pseudo gwiazdkach muzyki, czy teatru, których kariery w końcu zaczęły rozkwitać, aż w końcu dostawały się do Hollywood, czy Broadway.
Tak, miałem dziewczynę.
- Nad nami jest scena? – zapytałem.
- Tak – odpowiedział Karyu, biorąc jedną z wielu gitar ze stojaka. Wziął również inną, większą i podał mi ją. – To bas Zero. Nie zniszcz go.
- Musi tu być strasznie głośno, kiedy na scenie ktoś występuje, prawda? – nie zwróciłem uwagi na dopowiedzenie rudego. W końcu nie jestem dzieckiem i umiem się obchodzić z basem!
- Prawda – uśmiechnął się Tsukasa. – Dlatego my zawsze występujemy pierwsi i się zmywamy, zanim ktoś narobi hałasu – zaśmiał się i podszedł do jednej z toaletek, wysunął szufladę i wyjął z niej pałeczki do perkusji.
- Każdy ma tutaj swoje miejsce? – wskazałem na toaletki.
- Tylko ci, którzy, jak my, grają tutaj, że tak powiem, stale – mruknął rudzielec. – Reszta „przechodnich” muzyków nawet nie jest tutaj wpuszczana.
Przeszliśmy przez całą długość tej dziwnej przebieralni i dotarliśmy do jej końca, gdzie mieściły się betonowe schody. Wspięliśmy się po nich i znaleźliśmy się „na powierzchni” sceny. Byliśmy za kulisami, gdzie ukryta była perkusja, za którą usiadł ciemnowłosy, obracając pałeczki między palcami.
- Nie wychodzimy na scenę? – zdziwiłem się.
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. To tylko próba, a nie występ. Poza tym, nie chce mi się ponownie ustawiać perkusji – wyjaśnił perkusista.
- Mhm… - mruknąłem i usiadłem na podłodze w siadzie skrzyżnym. Chciałem nastroić gitarę, ale okazało się, że nie muszę tego robić. Była w idealnym stanie. Wyjąłem z tylnej kieszeni złożone na czworo kartki i rozłożyłem je przed sobą, postanowiwszy, że dobrze by było jeszcze raz przećwiczyć piosenki zespołu „Monsters”.
Każdy zajął się sobą. Ja ćwiczyłem, Tsukasa od czasu do czasu wygrywał jakiś rytm na perkusji, ale w większości bawił się telefonem. Karyu natomiast usiadł za biurkiem, które się tutaj mieściło i zajął jakimiś papierami. Nie wiem czy były to jakieś dokumenty, czy tylko sobie rysował, ale jakoś mnie to nie obchodziło. Po dłuższym czasie, kiedy chyba dwudziesty raz skończyłem grać piosenkę „Furachi na toiki to amai uso” i zaczęło mi się to już nudzić, ktoś niespiesznie wszedł po schodach i rzucił wszystkim obecnym znudzone spojrzenie – dość wysoki chłopak o czarnych włosach, które w świetle zyskiwały dziwny granatowy blask. Był szczupły i może nawet mógłby być przystojny, gdyby nie to, że jego urodę przyćmiewał wyraz nonszalancji wyraźnie wypisany na jego twarzy i wielki, garbaty nos, który przypominał mi dziób tukana. Kiedy go zobaczyłem, ledwo powstrzymałem się od wybuchnięcia śmiechem.
- No, jestem – odezwał się wysokim głosikiem, a ja podniosłem jedną brew obrzuciwszy go spojrzeniem jeszcze raz, chcąc się upewnić, czy jest prawdziwy, czy moja wyobraźnia robi sobie ze mnie jaja. – No, jestem – powtórzył.
- I co? Chcesz, żeby ci zdjęcie zrobić? – palnąłem, nie wiedząc, na co czeka. Myślał, że mu brawa zaczniemy bić, a może od razu owacje na stojąco?
Kiedy się odezwałem, chłopak zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem, a lider i perkusista wybuchli gromkim śmiechem.
„Oj, chyba obraziłem jego książęcą mość” – pomyślałem, widząc minę nowoprzybyłego. Jego gesty wręcz ociekały arogancją; a myślałem, że to Tsukasa jest największym narcyzem, jakiego spotkałem w życiu…
- Co to jest? – wskazał na mnie. – I gdzie jest ta niedorozwinięta forma życia Zero? – zapytał, a ja zacząłem się zastanawiać, jak Karyu mógł z nim mieszkać.
- Zero dzisiaj nie mógł przyjść, a to jest nasz zastępczy basista – odpowiedziała Tyczka, wstając zza biurka. – Rozpoczniemy w końcu próbę, czy masz jeszcze coś do powiedzenia, Enya? – zapytał rudzielec głosem wypranym z jakichkolwiek uczuć.
- Nie. Możemy zaczynać – zmierzył mnie wzrokiem i powiedział coś, ale nie zrozumiałem, co.
- Możesz przełożyć na angielski? Mój japoński jest… hm… kiepski, delikatnie rzecz ujmując – poprosiłem.
- Nie. Jeśli jesteś na tyle tępy, żeby mnie nie rozumieć, to znak, że nie musisz wiedzieć, o czym mówię – odpowiedział nadal po japońsku, a ja zgrzytnąłem zębami.
- To akurat zrozumiałem – syknąłem. Dobra, może i nie jestem jakiś piękny i do tego Karyu mógł się przyczepić, ale z pewnością nie dam wyzywać się od głupków!
- Świetnie. To miałeś zrozumieć – podszedł do mikrofonu i usiadł na wysokim stołku, takim samym, jakie stały przy barach. Rzuciłem mu wściekłe spojrzenie, ale on mnie zignorował i zakładając nogę na nogę, spojrzał wyczekująco na lidera. – Zaczynamy?
- Tak – potwierdził. – Zaczniemy od „MONOKURO ni natta saigo no hi” – zarządził. – Hizumi, masz nuty?
Skinąłem głową i wstałem. Przez chwilę zastanawiałem się skąd zna moje przezwisko, ale zaraz doszedłem do wniosku, że z pewnością powiedział mu Tsukasa. Jeszcze przed rozpoczęciem piosenki, Tyczka podszedł do mnie i położył rękę na ramieniu, po czym wskazał spojrzeniem wokalistę i pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć coś na kształt: „Nie przejmuj się”. Potem zaczęliśmy grać. Piosenka była melancholijna, ale przyjemnie się ją grało – można było wyczuć wszelkie uczucia, jakie towarzyszyły autorowi podczas jej tworzenia, które zostały zamknięte w akordach i pasażach. Niektóre chwyty znałem już na pamięć, ale wolałem jednak patrzeć w kartkę z nutami, żeby się nie pomylić. Przygrywka się skończyła i wszedł, nieco spóźniony wokal. Głos chłopaka był nosowy i bardzo mi się nie podobał. Za wysoki i za skrzekliwy do tej piosenki, jak i, w ogólnym pojęciu, do muzyki rockowej. Nie wyobrażałem sobie, jakby on miał growlować! Ogólnie, to nie był znów aż taki tragiczny, ale to był poziom, jak to ująłem, dobrego, wiejskiego wesela, a nie poziom j-rockowego zespołu, który gra w klubach! Oderwałem wzrok od nut i spojrzałem na znudzonego wokalistę, który przyglądał się swoim paznokciom. Boże, przecież on się nawet nie stara! Przestałem grać. Wszyscy spojrzeli na mnie.
- Nie chcę się wtrącać, zwłaszcza, że jestem tutaj jednorazowo, ale czy mógłbyś chociaż udawać, że interesuje cię ta piosenka? – zapytałem grzecznie, hamując złość. Wyobraziłem sobie jak podchodzę do Enyi i wymierzam mu siarczystego policzka; na tę myśl aż się uśmiechnąłem.
- Nie będziesz mi mówić, co mam robić! – oburzył się.
- I życia ustawiać… - mruknąłem, przewracając oczyma. – Taak, za dużo amerykańskich seriali oglądasz…
- Karyu, ucisz go!
- Z wielką chęcią, ale on ma rację, Enya – rudy stanął po mojej stronie. – Musimy sobie wyjaśnić klika rzeczy – jego ton był złowieszczy. Zdjął gitarę, której pasek przełożony miał przez ramię i oparł ją o biurko, po czym sam usiadł na jego blacie.
Zaczęło się istne pandemonium. Tsukasa i Karyu oskarżali wokalistę o to, że nie zależy mu na zespole i jest główną przyczyną jego niepowodzeń, a chłopak bronił się rękami i nogami, twierdząc, że to dzięki niemu „Monsters” nadal istnieje, bo Tyczka nie potrafi przewodzić grupie i jego nowym hobby stało się zwalnianie wokalistów. W jego ocenie Tsu był zapatrzony jedynie w siebie (co było prawdą) i to jego nie interesuje zespół. Enya przedstawiał się jako ucieleśnienie wszelkich zalet i pozytywów, twierdząc, że całe dobro na świecie to jego zasługa. Żaden z nich nie miał czystego sumienia; Karyu był po prostu wredny i odstraszający, Tsukasa był narcyzem, a Enya przewartościowaną księżniczką na ziarnku grochu – jednak wszyscy potrafili jedynie wytykać sobie błędy, tak jak przewidywał perkusista, zamiast dojść do jakiegoś porozumienia. Wtedy zrozumiałem nazwę zespołu; „Monsters” – potwory o okropnej osobowości i jeszcze gorszym usposobieniu. Zastanawiałem się, jaki może być nieobecny basista? Jeszcze gorszy?
Nie wiem dlaczego, ale kiedy doszedłem do tego wniosku przypomniała mi się piosenka Girugamesh „Kowarete iku Sekai”…
Nie udzielałem się. Nie znałem wokalisty i nie należałem do tego zespołu, dlatego usunąłem się w cień i siadając pod ścianą obserwowałem wszystko z bezpiecznej odległości, na wypadek gdyby miało dojść do rękoczynów.
- I właśnie straciliście kolejnego wokalistę! Odchodzę! Teraz jesteście zadowoleni?! – ryknął Enya, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając po kolei wszystkimi drzwiami, przez które przechodził.
- No i świetnie kurwa! – krzyknął gitarzysta, kopiąc z wściekłością biurko.
Usłyszałem za sobą cichy chichot. Odwróciłem się i zobaczyłem za sobą kolejnego chłopaka. Miał półdługie, brązowe włosy, sięgające do ramion, ładne oczy podkreślone eyelinerem i wydatne usta. Ogólnie… był cholernie przystojny! Miał na sobie jedynie białą bokserkę i długi naszyjnik w kształcie pionka szachowego. Na podkoszulek miał narzuconą cienką, brązową kurtkę, w której kieszeniach trzymał ręce. Uśmiechnął się do mnie ciepło. Reszta zdawała się go nie zauważyć.
- Długo tutaj stoisz? – zapytałem, a on odpowiedział mi skinieniem głowy. – Wszystko słyszałeś? – potwierdził. – Kim jesteś? – nie odpowiedział. Wyciągnął rękę po bas, który trzymałem na kolanach. – Basista, tak? Zero, mam rację? – kiwnął głową.
Zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie chce mi odpowiedzieć.
„Wiesz, jaki jest Zero… Nigdy nic nie mówi, tylko rzuca jakieś lakoniczne odpowiedzi, a to i tak od święta. Ostatnio bardzo polubił „ruski argument”, to znaczy „nie, bo nie” i „tak, bo tak” – przypomniały mi się słowa Tsu. Czyli po prostu nie był zbyt rozmowny? Zero usiadł na stołku wokalisty i zaczął grać coś szybkiego. Lider i perkusista spojrzeli na niego.
- Straciliśmy wokalistę – mruknął rudy. Basista pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć „Wiem”.
- I co teraz zrobicie? – zaciekawiłem się.

- Poszukamy następnego… ale najpierw pójdziemy się napić – powiedział ciemnowłosy i ruszył schodami w dół. Wszyscy poszliśmy za jego przykładem.