Oneshot "Cuda dnia codziennego" Koichi x Tsuzuku (Mejibray), Yo-ka x Shoya (DIAURA)

Wedle życzenia post na dzień dziecka C: Niech będzie to taki minimalistyczny prezent ode mnie dla was (chciałabym jeszcze dostawać prezenty na dzień dziecka... ^^'')

Tytuł: „Cuda dnia codziennego”
Paring: Tsuzuku x Koichi (Mejibray), Yo-ka x Shoya (DIAURA)
Typ: oneshot
Gatunek: (mam nadzieję) komedia
Beta: -

Są różni ludzie na tym świecie.
Różni ludzie kochają różne rzeczy.
Niektórzy ludzie są dziwni.
Dziwnymi nazywani są przez rzeczy, które kochają.
Owi niektórzy mają czasem jakieś problemy. Tak dla przykładu, nie potrafią za bardzo dogadać się z własną rasą. W takim wypadku preferują towarzystwo jakiejś innej rasy i, na przykład, obdarzają miłością swoich pupili i zwierzęta domowe.
Ponoć miłość może czynić cuda.
Ponoć cuda mają miejsce co roku w wigilijny wieczór, kiedy to równo o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.
A co jeśli miłość ma naprawdę zdolności cudotwórcze i za jej sprawą nie tylko wigilijny wieczór, ale każdy jeden, najzwyczajniejszy dzień w roku jest swoistym, małym cudem? No właśnie, co wtedy?

Wibracje i pojedyncze, piskliwe piknięcie poinformowało mnie o nowej wiadomości. Wyjąłem telefon i obrzuciłem spojrzeniem wyświetlacz:
Wiadomość od: Kochanie ❤
„Kupiłbyś puszkę tuńczyka, co? Albo najlepiej kawałek świeżego łososia! W osiedlowym widziałem na przecenie!... chociaż w osiedlowym to pewnie świeży to on już nie będzie… Nieważne… w każdym razie sprawdź, co jest w sklepie i tym razem weź na kolację coś DOBREGO! Jeśli znów przyniesiesz mi puszkę szprotek, to sam wepchnę ci je do gardła, a potem podrapię obicie twojej nowej kanapy! Ostrzegam!
~Z wyrazami miłości od twojego ukochanego Kota”

Jak babcię kocham, ja kiedyś uduszę tego sierściucha…
Westchnąłem ciężko i rad, nie rad skierowałem się do osiedlowego sklepu. Łosoś faktycznie nie wyglądał zbyt apetycznie, był już zeschnięty, a więc wolałem nie ryzykować kupnem czegoś, co ZNÓW mogłoby nie pasować jego wysokości Kotu, psia mać… Poza tym, surowy łosoś był strasznie drogi. Starałem się dla tego niewdzięcznego, humorzastego, liniejącego przez cały rok Kocura i naprawdę chciałbym go karmić samym łososiem i kawiorem wedle jego życzenia, jednak mój skromny budżet nie pozwalał mi na to. Z tego powodu tym razem wykosztowałem się jedynie na puszkę tuńczyka i dwa piwa.
Wyszedłem ze sklepu i skierowałem się w stronę mojego bloku. Wdrapałem się na odpowiednie piętro i zadzwoniłem dzwonkiem, gdyż mając w rękach torbę z rzeczami na siłownię, aktówkę z rzeczami potrzebnymi do pracy oraz siatką z zakupami nie mogłem wygrzebać kluczy z kieszeni. Odczekałem chwilę, jednak nic się nie stało. Użyłem dzwonka jeszcze kilkakrotnie, jednak nikt nie pokwapił się, żeby mi otworzyć. W końcu westchnąłem ciężko raz jeszcze, odstawiłem pakunki na podłogę i sam sobie otworzyłem. Kopniakiem posłałem zalegające na klatce schodowej rzeczy na korytarz i podenerwowany wszedłem do mieszkania.
- Ogłuchłeś? – warknąłem do Kota, który jakby nigdy nic siedział z nogą założoną na nogę na kanapie i krytycznie przypatrywał się swoim pazurom.
- Przepraszam, z takim głębokim uczuciem to do mnie się tak odzywasz? – prychnął obruszony.
- Przepraszam, ale z taką głęboką ignorancją to do mnie się tak obnosisz? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – Yo-ka, do cholery, nie proszę przecież o wiele! Mógłbyś się czasem po prostu ruszyć i otworzyć mi drzwi! – zirytowałem się.
- A skąd niby mógłbym wiedzieć, że to ty stoisz za drzwiami? – spojrzał na mnie karcąco. – Przecież nie mamy wizjera w drzwiach! A co, jeśli otworzyłbym nieznajomemu? Wtedy byś mnie skrzyczał! – zaczął lamentować. – A co, jeśli to byłby jakiś złodziej? Co, gdyby ktoś mnie porwał? – futro zjeżyło się na jego puchatym ogonie, który niespokojnie obijał się o boki Kota.
- Yo-ka, błagam cię… Kto niby mógłby cię porwać? – prychnąłem, przewracając oczyma. – Kto by angażowałby całe przedsięwzięcie tylko po to, żeby cię uprowadzić? – machnąłem lekceważąco ręką.
- Jak to kto?! – zeskoczył z kanapy z gracją. – Każdy mógłby to zrobić! – fuknął. – Jestem w końcu rasowym kotem! – wykrzyknął z dumą i wymierzył we mnie oskarżycielsko palcem. – Wiesz, ilu złych ludzi tylko czeka, aby porwać takich jak ja i potem szantażować właścicieli na ogromne sumy okupu? – zbulwersowany ruszył w moim kierunku. – A ty to przecież nawet nie byłbyś w stanie mnie wykupić! Nie masz pieniędzy! – prychnął z pogardą. – A kto wie, co wtedy mogliby ze mną zrobić porywacze… - niemalże chlipnął.
- Nie dramatyzuj i przestań oglądać seriale – skarciłem go, schylając się do torby z przepoconymi ubraniami oraz otwierając pralkę jednocześnie. – Poza tym, jeśli chcesz mieć więcej pieniędzy to przestań cały czas wymagać, żebym ci kupował łososia i zacznij rozglądać się za jakąś pracą dorywczą – poradziłem. Yo-ka nagle zamarł w miejscu i momentalnie odskoczył, cofając się z powrotem z przedpokoju do salonu.
- Shoya, fuj! Jak te twoje ciuchy cuchną! – skrzywił się, zatykając sobie łapą nos. – Czemu ty zawsze tak śmierdzisz? – jęknął. W odpowiedzi jedynie spojrzałem na niego bezsilny. Serio, on mnie kiedyś wykończy… ale przedtem jeszcze puści z torbami! – Poza tym, co ty sobie wyobrażasz? Że niby co ja miałbym robić, jaką niby pracę znaleźć, co? – z marsową minął zaczął krążyć wokół stołu.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami, zamykając pralkę i rozglądając się za proszkiem do prania. – W gruncie rzeczy mógłbyś się zająć czymkolwiek, byleby tylko nie siedzieć bezczynie całymi dniami w domu – skwitowałem. – A tak swoją drogą, wiesz, że Koichi właśnie zalazł sobie pracę? Roznosi teraz gazety – dodałem szybko, zanim zdążył mi przerwać nabzdyczony. – Może nie zarabia kokosów, ale zawsze jakoś pomaga się utrzymać Tsuzuku, a ponad to ma na swoje drobne wydatki – rozłożyłem ręce. – Kupuje sobie karmę, na jaką ma ochotę, nowe zabawki, ubrania, zdobione obroże… - wymieniałem na palcach.
- Ja nie jestem jakimś durnym, zaślinionym kundlem, który zniżyłby się do takiego poziomu, żeby wykonywać taką prostacką robotę! – wykrzyknął ze złością i wskoczył na stół.
- Prostacka czy nie, Koichi ma teraz swój własny budżet i nie musi błagać Tsu o grosze na każdy jeden swój wydatek – wzruszyłem ramionami.
- A propos… skoro już jesteśmy przy temacie – Yo-ka znów skupił się na swoich pazurach. – Potrzebuję farby do futra – oznajmił. – Widzisz, jaki mam odrost? Jak ty o mnie w ogóle dbasz, co? – prychnął, wskazując na własny czubek głowy między sterczącymi uszami. W istocie, między tlenionymi pasmami futra dało się dostrzec ciemny pasek odrostu.
- To sobie idź do pracy i na nią zarób – odłożyłem rzeczy na swoje miejsce. – Idź zapytaj czy nie potrzebują jakiejś pomocy w rybnym, czy coś… - podsunąłem mu pomysł.
- I co jeszcze?! – syknął.
- I zbieraj się do wyjścia – dodałem.
- Co? – zdziwił się. – Gdzie idziemy? – zainteresował się, a cała jego złość, którą jeszcze chwilę temu kipiał, wyparowała w oku mgnienia zastąpiona przez czystą ciekawskość.
- Do parku – wyjaśniłem, a cały jego zapał i entuzjazm opadł. – No dawaj, Yo-ka, musisz zacząć się ruszać. Weterynarz kazał ci zacząć chodzić na spacery, bo przez to leżenie na kanapie robisz się leniwy – wytknąłem mu. – No i nie muszę chyba dodawać, że jak jesz, a się nie ruszasz to przybywa ci też nie tylko zimowego futra… - mruknąłem nieco ciszej.
- Co?! – znów się oburzył. – Insynuujesz, że jestem gruby?! – momentalnie zeskoczył ze stołu. Niefortunnie jednak zbił przy tym ogonem szklankę z wodą, która stała na blacie. Trzask tłuczonego szkła i rozbryzg wody sprawił, że przerażony Kot w jednej chwili znalazł się po drugiej stronie pomieszczenia, trzymając się w okolicach serca, jakby spodziewał się zaraz mieć zawał. – Przepraszam… - jęknął ze skruchą. – Ja nie chciałem… - głos mu się załamał, a wielkie, brązowe oczy o pionowych źrenicach zaszkliły. – Naprawdę nie chciałem… - pociągnął nosem.
- Wiem, że nie chciałeś – powiedziałem spokojnie i podszedłem do wystraszonego chłopaka, przytulając go do siebie. – To był wypadek – pogłaskałem go uspakajająco po głowie. – Następnym razem postaraj się jednak być trochę bardziej ostrożnym, dobrze? – westchnąłem. Kot w odpowiedzi jedynie pokiwał głową.
Yo-ka był charakterny jak większość Kotów. Był wybuchowy, nerwowy i dumny, ale przy tym również bardzo wrażliwy. Niekiedy doprowadzał mnie do szału, jednak koniec końców nie był z niego znowu aż taki najgorszy Kocur. W gruncie rzeczy wiedziałem, że jedynie udaje takiego opornego i hardego, gdyż tak naprawdę był dość strachliwy i kochający. Uwielbiał się pieścić i łasić, jednak sam sobie wyznaczał pewne granice, gdyż tak nakazywała mu jego Kocia duma i honor. Był nieco pokręcony i kłopotliwy, ale pomimo tego wszystkiego i tak go kochałem.
Usadziłem roztrzęsionego Kota na fotelu, a sam zabrałem się za sprzątanie. Jemu nie mogłem tego zlecić, gdyż inaczej obawiałbym się, że jakiś odłamek szkła mógłby skaleczyć mu łapę, co mogłoby być problematyczne. Może nie podejrzewałbym, że skończyłoby się to zaraz sepsą i amputacją, ale sam Yo-ka zapewne miauczałby o tym przez kolejne dwa lata i wypominałby mi to jako wielkie zaniedbanie.
- Jesteś bardzo zły? – zapytał, kiedy wyrzucałem odłamki szkła do śmietnika. Zdziwiony odwróciłem się i spojrzałem na niego. – Shoya, bardzo się gniewasz?... – spojrzał na mnie ze szczerą skruchą.
- Nie, nie gniewam się – przyznałem.
W końcu nigdy nie potrafiłem się na niego złościć. Kiedy spoglądał na mnie taki przestraszony, bliski płaczu, zawsze miękło mi serce. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że i on dobrze o tym wiedział, dlatego czasem wykorzystywał to przeciwko mnie i wysługiwał się mną, jednak nic nie potrafiłem na to poradzić. Taki już po prostu byłem. I taki już po prostu był on.
- Ja… - zająknął się. – Ja może jednak zapytam o tę pracę w rybnym… - mruknął pod nosem.
- Dobrze – skinąłem mu głową. – Ale teraz już się zbierajmy – poleciłem. – Umówiłem się z Tsuzuku na konkretną godzinę. Nie chcę, żeby musiał na nas niepotrzebnie czekać – rzuciłem, kierując się w stronę wyjścia.
Razem opuściliśmy mieszkanie i skierowaliśmy się w stronę niewielkiego parku, który mieścił się w pobliżu. Kiedy tylko przekroczyliśmy bramę, z daleka dostrzegłem rozpartego na ławce bruneta, który przywołał mnie do siebie gestem ręki.
- No proszę, co to za wamp-kot wyszedł na zewnątrz i to w dodatku w pełnym słońcu? – Tsu zaśmiał się na widok Yo-ki, na co ten przewrócił oczyma i bez słowa zajął miejsce obok mnie. – Cześć, Shoya – przywitał się ze mną.
- Cześć – odpowiedziałem i bez zbędnych ceregieli podałem mu jedną z puszek piwa, które uprzednio zabrałem ze sobą.
- Hej, dzięki! – uśmiechnął się szeroko. – To się nazywa dobry przyjaciel! – zaśmiał się.
- Mój właściciel pije piwo w miejscu publicznym… jak zwykły cham, burak i prostak – fuknął Kocur pod nosem. – Świetnie… - burknął niezadowolony.
- Wyluzuj, co? – przewróciłem oczyma. – Bo ci jeszcze policzę za tą szklankę – wytknąłem mu. – I za ten talerz z poprzedniego tygodnia – dodałem. Na te słowa Kot podciągnął nogi pod klatkę piersiową i owinął stopy ogonem, kuląc się w sobie. – Jest piątek, daj odpocząć – rozsiadłem się wygodniej. – Swoją drogą, gdzie Koichi? – zainteresowałem się, zwracając do bruneta i zostawiając urażonego Kocura samego sobie.
- Właśnie tu biegnie – Tsuzuku wskazał na różowowłosego, który w istocie właśnie zmierzał w naszym kierunku z wydzielonego pola do zabawy dla zwierząt.
- Hej, Koichi – przywitałem się.
- Cześć, Shoya! – szczeknął radośnie Pies i od razu wgramolił się na kolana swojego właściciela. – Daj mi się napić! – wydusił zdyszany, wyciągając ręce w kierunku piwa.
- Ej, ej, to nie dla ciebie! – Tsu starał się obronić swoją własność. – Zwierzaki nie mogą pić czegoś takiego!
- Nieważne! Daj mi tylko łyka! – jęknął błagalnie i w końcu dopadł puszki.
- Wystarczy! – brunet odjął różowowłosemu puszkę od ust. Psisko wciąż dyszało ciężko po długim biegu. – Z kim się tam bawisz? – zainteresował się.
- Przyszedł Yoshiatsu i Tomo! – wykrzyknął uradowany Koichi. – I jest też Manabu i Kazuki! O, o, i jest jeszcze ten nowy, ten co się niedawno wprowadził do bloku obok… - zamyślił się na moment. – Ale nie pamiętam jego imienia… - przyznał nieco zażenowany.
- No wiesz co? – Tsuzuku zaśmiał się i pogłaskał pupila po mokrych od potu włosach. – Bawisz się i nawet nie wiesz z kim? – zsunął dłoń na kark Psa, na co ten aż przymknął oczy z zadowolenia. – Hej, może weźmiesz Yo-kę ze sobą i pójdziecie wszyscy razem się pobawić? – zaproponował.
- W porządku! – różowowłosy, który wciąż jeszcze dobrze nie wypoczął, skoczył na równe nogi i nie czekając na odpowiedź Kota, chwycił go za łapę i pociągnął w swoim kierunku. Zdezorientowany Kocur zdążył mi jeszcze posłać przestraszone spojrzenie, na co ja uśmiechnąłem się do niego uspakajająco.
- Serio… Jak ty z nim wytrzymujesz? – zapytał brunet, wskazując brodą mojego pupila.
- Sam się czasem zastanawiam… - przyznałem. – Czasami naprawdę chciałbym mieć przy sobie tak pociesznego Psa jak Koichi… ale w gruncie rzeczy kocham Yo-kę takim, jaki jest – wzruszyłem ramionami.
- Miłość wiele wybacza, co? – zaśmiał się mój towarzysz.
- A tak właściwie… Czemu ty pozwalasz pić Psu piwo? – zdziwiłem się.
- Kurde, sam nie wiem, jak to tak wyszło… - przyznał nieco zmieszany. – Zanim się obejrzałem, ten już zaczął wyciągać mi butelki z lodówki, a w weekendy razem z kapciami, gazetą i puszką dla mnie, niósł też puszkę dla siebie – rozłożył bezradnie ręce. – Z jednej strony fajnie jest się z nim napić, ale z drugiej wiem, że nie powinienem mu na to pozwalać, bo to nie służy jego zdrowiu – skrzywił się nieco.
- To fakt – przyznałem mu rację.
Posiedzieliśmy na ławce i poplotkowaliśmy jeszcze przez chwilę, zanim nasze zwierzaki do nas nie wróciły – zmęczony do granic możliwości Pies i zjeżony Kot. Wziąłem mojego strachliwego kompana pod ramię i pożegnawszy się ze znajomymi, ruszyłem wraz z nim w kierunku domu.
- Yo-ka… - zacząłem.
- Jeśli zamierzasz znów na mnie narzekać, to lepiej w tej chwili zamilcz! – prychnął. – Wciąż tylko na mnie narzekasz i narzekasz! I zachwycasz się, jacy to wszyscy wokół są wspaniali tylko nie ja! – pisnął niemalże płaczliwie, uparcie odwracając głowę w innym kierunku, abym nie mógł spojrzeć w jego twarz.
- Nic podobnego! – zaoponowałem. – Chciałem tylko zapytać, co z tą pracą dorywczą… - sprostowałem.
- Zapytam jutro czy kogoś nie potrzebują… jutro… - niemal chlipnął, na co ja przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem.
- Hej, co jest Kocie? – ująłem jego pyszczek w dwa palce. On usilnie próbował uciekać gdzieś spojrzeniem. – Co to za jakieś oskarżenia, co? – zacieśniłem uścisk wokół jego pasa. – Może i czasem trochę tam na ciebie gadam… - westchnąłem. – Ale ty na mnie też, nie? – wzruszyłem ramionami. – I to nie jest nic złego. Czasem wszyscy mamy siebie dość i musimy sobie choćby trochę ponarzekać i powymyślać – widząc, że jednak niekoniecznie to chciał usłyszeć, dodałem uspakajająco: - No i nie oznacza to, że cię nie kocham albo kocham cię mniej niż kiedykolwiek wcześniej – uśmiechnąłem się i musnąłem jego usta, po czym pogłaskałem go w czułym geście po głowie.
Yo-ka od razu zaczął zadowolony mruczeć. Dwie starsze kobiety, które stały nieopodal potraktowały nas krzywymi spojrzeniami. Do naszych uszu doszły specjalnie głośniej wypowiadane komentarze o tym, jak to można okazywać więcej miłości jakiemuś zwierzęciu niżby innemu człowiekowi. Przewróciłem na to jedynie oczyma. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią i nie zrozumieją pewnych rzeczy. Cóż, ale widocznie tak już musi być… dzięki temu przynajmniej mamy jakąś różnorodność, nie? Nawet jeśli ona sama w sobie czasami nie jest dobrą rzeczą…
Weszliśmy do mieszkania. Podniosłem z podłogi ulotki reklamujące mieszkania do wynajęcia. Pobieżnie przesunąłem wzrokiem po zdjęciach, adresach i cenach.
- Spójrz, to wygląda ładnie! – blondyn wskazał na jedną z ofert. – I całkiem niedrogie! Porównywalne do tego, w którym mieszkamy teraz! – zauważył triumfalnie.
- Zgadza się – mruknąłem, nie podzielając jego entuzjazmu. – Ale tu jest dopisek, że właściciel nie życzy sobie żadnych zwierząt w mieszkaniu – wskazałem na czerwony napis, a Kot momentalnie posmutniał.
Mój pupil, jak i każde inne zwierzę, nie był mistrzem w czytaniu. Skomplikowane znaki kanji były dla niego szczególnie trudne i do czytania, i do pisania ze względu na inne ustawienie kości w kociej łapie. Z tejże racji miał problem z rozszyfrowaniem owego napisu. Niemniej, był bardzo mądrym Kotem, toteż nauczył się mniej więcej rozróżniać ceny. W większości liczył zera na końcu kwoty, ale zapamiętał również różnice między cyframi, a więc trzy nie było dla niego identyczne jak osiem, a sześć jak dziewięć, a numerki na klawiaturze telefonu nie służyły mu jedynie do tworzenia buziek i emotikonów. W gruncie rzeczy nauczył się cen dzięki przesiadywaniu w sklepie rybnym. Wiedział, że nie może naciągnąć mnie na zbyt wiele, dlatego ostro kombinował, żeby pojąć choćby podstawy matematyki… i muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem nieźle, więc mogłem być z niego naprawdę dumny.
- Nie rób takiej miny – szturchnąłem go. – Tutaj też nam się dobrze żyje – rozłożyłem ręce.
- Ale masz tak daleko do pracy… i przez to później wracasz, i wcześniej wychodzisz – wtulił się we mnie. – Tęsknię za tobą przez cały dzień, wiesz? – niemal szepnął, rumieniąc się obficie.
- Ja za tobą też, skarbie – odpowiedziałem i pocałowałem go namiętnie.
I tak już wyglądało moje życie… Wiele osób uważało mnie za dziwaka, ale mnie naprawdę wystarczał mój Kot do szczęścia. Nie szukałem już żadnej innej, drugiej połówki. Byłem szczęśliwy mogąc po prostu z nim przebywać. Jasne, Yo-ka nie był święty… ale w zasadzie, kto by chciał żyć ze świętym pod jednym dachem? Czasem dobrze jest trochę wspólnie pogrzeszyć…
Bo miłość nie wybiera, nie?

Są różni ludzie na tym świecie.
Różni ludzie kochają różne rzeczy.
Niektórzy ludzie są dziwni.
Dziwnymi nazywani są przez rzeczy, które kochają.
Owi niektórzy mają czasem jakieś problemy. Tak dla przykładu, nie potrafią za bardzo dogadać się z własną rasą. W takim wypadku preferują towarzystwo jakiejś innej rasy i, na przykład, obdarzają miłością swoich pupili i zwierzęta domowe.
Ponoć miłość może czynić cuda.
Ponoć cuda mają miejsce co roku w wigilijny wieczór, kiedy to równo o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.
A co jeśli miłość ma naprawdę zdolności cudotwórcze i za jej sprawą nie tylko wigilijny wieczór, ale każdy jeden, najzwyczajniejszy dzień w roku jest swoistym, małym cudem?


No właśnie, co wtedy?

Oneshoot [untitled] Ruki x Uruha (The GazettE)

Lektura obowiązkowa przed rozpoczęciem części właściwej: Zawsze postacią, z którą się utożsamiałam i przez którą przelewałam swoje uczucia był Hizumi. W ostatnim czasie jednak to się zmieniło i moim nowym „naczyniem” stał się Ruki. Nie potrafię dokładnie sprecyzować, dlaczego tak się stało. Może dlatego, że pomimo iż D’espairsRay jest moją miłością, to jednak oni już nie grają, nie są aktywni, a więc powoli schodzą gdzieś w tylne, zapomniane części mojego umysłu. Ponad to w tym samym czasie, kiedy „Hizu-tron” pierwszeństwa się zachwiał powstała „Dogma” i „Undying”, które absolutnie mnie porwały. W ogóle zaczęłam doszukiwać się czegoś głębszego w całym projekcie „Dark Age”. Oczywiście zapewne robię to niesłusznie i daleko mi od założeń twórców, ale tworzenie własnych interpretacji to jedno z moich masochistycznych hobby.
Jakby tego wszystkiego jeszcze było mało od jakiegoś czasu wybrałam się na "polowania" czegoś "głębszego", a więc... cóż, chyba przyda mi się paczka paracetamolu i masa czekolady (a potem godziny na siłowni i hektolitry wylanego potu ^^''). Można powiedzieć, że próbuję pojąć swoje własne, skołtunione myśli, ale wychodzi mi to ze średnim efektem, gdyż sama jak to czytam to raz mam wrażenie, że definitywnie powinnam odstawić wszystkie środki odurzające w trybie natychmiastowym, a kiedy indziej (jak już przesadzę z owymi środkami =.='') to wydaje mi się, że ma to nawet taki nieco głębszy, niewypowiedziany dźwięk, który zawsze chciałam uchwycić... 
Niemniej, teraz jest to dla mnie chwila zwątpienia T^T
Mimo to postanowiłam jednak wstawić tego shota ku chwale Sempaia ♥ oraz głównie z tego powodu, aby was nie zaniedbywać C: (gdyż ostatnia część "Piekła 2.0" jest jeszcze niegotowa i chyba muszę odłożyć nad nią pracę do weekendu, bo tu assessmenty za pasem, jeszcze testy etc.). 
No, w każdym razie zostało wam jeszcze się z cieszyć, że nie widziałyście tego, co stworzyłam na podstawie samej "Dogmy" i "Undying", bo tu dopiero czacha dymi... -.-''  Idę po tą czekoladę, może mi to pomoże (stać się normalną? xD)... xp

Ach, no i za pamięcią (i za pamięć) chciałam serdecznie i z wielką miłością podziękować Szahzei ♥ Nie myśl sobie, że nie czytałam komentarzy pod tymi starszymi postami! Ja czytam wszystko C: Dziękuję ci z całego mojego przegniłego serduszka kochana za tyle miłych słów i motywację ♥

PROSZĘ NIE BIĆ~! ;_;

Tytuł: ?
Paring: Ruki x Uruha (The GazettE)
Gatunek: dziwne
Typ: oneshoot
Beta: -

Czasami naprawdę ogarnia mnie silna, nieodparta chęć skończenia z tym wszystkim. Czasami mam ochotę skończyć z mostu, dać się porwać zimnym, niezbyt delikatnym w obyciu, spienionym dłoniom ciemnej wody. Zwiedzić dno koryta rzeki, przywitać się z własnymi, równie zdesperowanymi i znudzonymi swoją bezsensowną egzystencją poprzednikami.
Witaj, sempai. Jak się dziś miewasz?
Myślę, że obaj czujemy się podobnie – jak rozkładające się zwłoki. Po mnie może wciąż jeszcze nie widać rozpoczętego procesu gnilnego, ale wierz mi, sempai, nie jestem dużo lepszy od ciebie. Mam podobnie robaczywe serce jak i ty.
Z kolei kiedy indziej, kiedy stoję już na tym moście, pozwalając, aby porywisty wiatr rozwiewał mi włosy i wyciskał pojedyncze łzy z oczu, nie umiem się na to porwać. W takich chwilach zdaje mi się, że mętne, blade oczy sempaia, które już dawno pokryły się trupim bielmem i straciły jakikolwiek kolor, spoglądają na mnie nieprzychylnie, jakby ostrzegawczo, niemo próbując odwieść mnie od tego pomysłu. Siadam wtedy na balustradzie mostu i macham nogami nad przepaścią. Nie czuję strachu, lecz żal. Czy potrafiłbym odwrócić się od tego wszystkiego co mam? Nieważne, że jeszcze chwilę temu owe wszystko, co mnie otaczało, co trzymałem w rękach było brunatną cieczą, która trąciła jak kloaka. Bo wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że w istocie było to nic innego jak kloaka. Tkwiłem w niej po same uszy, po czubek kokardy i z czasem wydawało mi się, że zanurzam się w niej coraz głębiej, aż jej cuchnąca tafla zaczyna zamykać się nad moją głową. Niemniej, jest to moja rzecz. Nieważne, że gówno warta. Ale moja. Tylko moja. Dlatego tylko ja mogę zadecydować, co z nią zrobić.
Dyndając tak nogami w pustce oraz przyglądając się jak mój niezawiązany but niebezpiecznie balansuje na czubku moich palców, zaczynam zastanawiać się, dlaczego właściwie miałbym z tym wszystkim skończyć. Wszystkie złe myśli, które jak do tej pory mnie męczyły, wydały mi się w jednej chwili mało ważne. Wciąż nieznośnie bolały, rozpierając się gdzieś pod żebrami, ale zdawały się stracić na znaczeniu. Dlaczego ze względu na nie miałbym zrezygnować ze wszystkich pozytywów życia, odciąć się od dobrych wspomnień? Bądź co bądź było ich kilka. Ta historia z życia wzięta, którą ktoś opowiadał mi na jednej z przerw była naprawdę zabawna. Te kilka wymuszonych uśmiechów, na które musiałem zdobywać się każdego dnia. Kawa przyniesiona przez współpracownika bez wcześniejszej prośby o to – od takie spontaniczne, przyjemne zachowanie. Tak… Kloaka miała tę jedną zaletę, że była ciepła. Brzmi to obrzydliwie, ale taka prawda. Co więcej wiedziałem, co mogłem w niej znaleźć. Czułem się jak na własnych śmieciach; pewny swojego, pewny tego, co może przynieść każdy nadchodzący dzień… Jasne, dla nikogo nie powinno być zdziwieniem, że w kupie gówna można znaleźć jedynie kolejne ekskrementy i nieczystości, które również nie były warte funta kłaków, ale to zawsze było coś. Zimna pustka, do której nieraz tak bardzo pragnąłem się udać, jak sama nazwa wskazywała, jest zimna i pusta. W takim razie lepiej być wciąż żywym, ciepłym człowiekiem z ręką w nocniku czy nieożywionym przedmiotem, odpadkiem, osobliwym meblem zmrożonym w stężeniu pośmiertnym?
No właśnie… chyba warto się nad tym zastanowić – i chyba na te właśnie tory zawsze próbowały mnie nakierować wywrócone do góry białkiem, martwe oczy sempaia. Aż wzdrygnąłem się na myśl o nich. Kto by pomyślał, że moje oczy też mogłyby tak wyglądać, gdybym jednak zdecydował się na tę chłodną pustkę… Znaczy… to nie tak, żeby ktoś z moich znajomych czy rodziny rzucił się z tego mostu. Nie widziałem nawet, żeby ktokolwiek obcy się stąd rzucał, nie byłem świadkiem niczego tragicznego. Wiedziałem jednak, że ktoś kiedyś z pewnością już to zrobił. Nie byłem żadnym protoplastą, jeśli chodziło o myśli o skoku z mostu bez żadnego zabezpieczenia. Nie widziałem też nigdy trupa topielca i raczej wątpiłem, żeby ktoś pozwolił takowym spoczywać na dnie rzeki. Nie wydawało mi się, żeby władze miasta pozostały na to obojętne. Sempai był moim wyimaginowanym towarzyszem. Stworzyłem go we własnym umyśle po to, aby nie czuć się aż tak samotnym wśród tego gąszczu ludzi, który mijał mnie bez zainteresowania.
Sepmai nie miał imienia. Długo nad nim rozmyślałem, jednak ostatecznie żadne do niego nie pasowało. W końcu, dla urozmaicenia, uwierzytelnienia jego osoby w mojej głowie oraz zaciśnięcia więzi nazwałem go Nieodżałowanym. Tak, dokładnie. Skoro sam porwałeś się na taką głupotę, nikt cię nie będzie żałował ani opłakiwał, co sempai?
Uśmiechnąłem się do Nieodżałowanego po raz ostatni. Jego ręka poruszyła się pod wpływem ruchów wody w pokracznej, groteskowej imitacji machania na pożegnanie.
- Trzymaj się, bracie – rzuciłem i zeskoczyłem z barierki.
Na chodnik.
Pochyliłem się nad rozwiązaną sznurówką i zawiązałem ją w mocną kokardkę. Obrzuciłem surowym spojrzeniem własne obuwie. Z jakiej racji tak właściwie chodziłem w takich upapranych butach? To, że w wymiarze mentalnym byłem panem gnojowiska, nie oznaczało, że musiałem afiszować się z tym również w aspekcie fizycznym. Skarciłem się za to w myślach.
Jak każdego dnia, jak co dzień, wypełniając obowiązkową rutynę, ruszyłem do domu. W dziwny sposób delikatnie pokrzepiony. Może nie na tyle, aby odnaleźć sens życia, skakać po łąkach z okrzykiem „Alleluja!” na ustach, ale przynajmniej na tyle, aby potrafić znów zmusić się do kilku nieszczerych uśmiechów dla przechodniów, współpracowników i reszty ludzi, którzy przetaczali się przez moje życie niczym burza – raz intensywniej, raz nieco słabiej, ale zawsze szybko, nie zabawiając w nim nazbyt długo.
Nie wiem, dlaczego pomyślałem, że to dobra rzecz w moim życiu. Z dystansu, który nieraz udawało mi się złapać do własnej egzystencji, wymuszony uśmiech, na który musiałem zdobyć się każdego dnia, był czymś dobrym. Był pewnym przejawem kultury, może nawet swoistego treningu, abym nie zapomniał jak w ogóle się uśmiechać. Zdawało mi się, że taki uśmiech to całkiem przydatna rzecz. Na swój sposób nie pozwalał mi się tak całkowicie stoczyć w przepaść depresji. Gdybym przez cały czas bez przerwy mógł tylko narzekać i pogrążać się, pewnie już dawno dotrzymywałbym towarzystwa Nieodżałowanemu. Ten uśmiech był pewnym zabezpieczeniem, hamulcem.
Niestety nawet najlepsze hamulce mogą kiedyś puścić.
Mam nadzieję jednak, że nie stanie się to zbyt szybko.
Usiadłem do biurka, odstawiając na jego blat kubek ciepłej herbaty. Włączyłem laptopa i przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w tapetę, która w gruncie rzeczy nie przedstawiała niczego konkretnego. W końcu włączyłem pustą, nową stronę. Znudzony wpatrywałem się w dobrze znane ikonki funkcji do formatowania tekstu.
Nic.
W mojej głowie zionęła pustka.
Zimna i nieprzyjemna, podobna do tej, w której już na zawsze utknął sempai.
Jeśli twoja własna, niegdysiejsza pasja cię drażni i męczy to oznacza, że zaczyna dziać się z tobą coś złego.
Od dłuższego czasu starałem się coś napisać, jednak z marnym skutkiem. Przesunąłem palcami po wysłużonych, wklęsłych, wyślizganych klawiszach klawiatury, które niegdyś były matowe. Teraz plastik świecił się w miejscach, w których moje palce maltretowały go najczęściej. Liter i znaków już dawno nie dało się odczytać, gdyż właściwie starły się doszczętnie. Pamiętam, jak oddawałem komputer do czyszczenia do informatyka. Facet był zdziwiony faktem, iż możliwym było doprowadzić klawiaturę komputera do takiego stanu, nie znęcając się przy tym nad nią w jakiś wyszukany sposób, a po prostu używając jej.
Teraz jednak nie mogłem pisać. Kiedyś czekałem z utęsknieniem na powrót do domu, aby w końcu móc rzucić się do klawiatury. Mój powrót obwieszczał głośny stukot klawiszy i odgłos przesuwających się koralików bransoletki po plastikowej obudowie laptopa. Z lubością wsłuchiwałem się w świergot klawiatury, osobliwą piosenkę, którą mógł docenić jedynie prawdziwy zapaleniec słowa pisanego taki jak ja. Sąsiadka zza ściany w bardzo kulturalny i wysublimowany sposób zwróciła mi nawet kiedyś uwagę, że jej dzieci skarżą się, iż nie mogą spać po nocach przeze mnie, gdyż słyszą moje nocne „maratony” pisarskie. Moje palce przesuwały się po klawiszach niczym najlepsi biegacze, instynktownie odnajdując odpowiednie klawisze. Zarywałem noce na pisaniu. Wyrażałem się w ten sposób, żeby nie zwariować, dać upust skołowanym myślom… aby chłodna pustka nie wzięła nade mną góry.
Ale teraz nie mogłem. Zaciąłem się, czułem jakąś wewnętrzną blokadę. Odgłos wciskanych z dużą prędkością klawiszy irytował mnie. Sprawiał, że moje szczęki automatycznie zaciskały się tak mocno, aż czułem ból.
Drażniła mnie moja własna pasja.
Niegdysiejsza.
A więc nie zostawało mi nic innego jak kolejny, bezczynny wieczór spędzony na surfowaniu po Internecie. Pięknie. Matko, jak ja koncertowo potrafię marnować swoje życie…
Nim zdążyłem rozwinąć swój kolejny, depresyjny monolog, rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Bez większego zainteresowania dźwignąłem się z krzesła obrotowego i ruszyłem do przedpokoju. Odemknąłem drzwi, uprzednio nawet nie sprawdzając, kto raczył mnie odwiedzić o tej późnej porze.
- Sempai? – wdusiłem zszokowany na widok całkowicie przemokniętej, drżącej z zimna postaci stojącej w progu moich drzwi.
Moje serce z miejsca ruszyło do dzikiego galopu. Jego wręcz białe dłonie, na których tak drastycznie odcinały się teraz niebiesko-fioletowe żyły, dygotały. Za paznokciami malowała się gruba warstwa brudu. Jego wymięte, mokre ubranie znaczyły błotniste plamy. W szczególności w oczy rzucały się jego umorusany łokcie i kolana, co przywodziło na myśl, jakby ten musiał się czołgać lub wspinać po jakimś błotnistym, stromym zboczu.
- Hej – odezwał się przybysz, odgarniając długie włosy, które zakrywały jego twarz. Krople wody z ich końców ochlapały mnie, zatrzymując się na szkłach moich okularów. Ciemne zacieki na jego policzkach kontrastowały z jego jasną karnacją, przez co jego cera zdawała się być biała niczym kartka papieru. Przede mną w opłakanym stanie stał Uruha. – Wiem, że prezentuję się świetnie, ale… mogę wejść? – zapytał drżącym z zimna głosem.
- J-jasne… - wydusiłem z trudem, ustępując mu miejsca. – Mogę spytać, co ci się stało? – niepewnie krążyłem wokół chłopaka, oglądając go z każdej strony niczym eksponat na wystawie… eksponat w wyjątkowo marnej kondycji.
- Nie – uciął.
- W zasadzie i tak już to zrobiłem – zauważyłem, rozkładając ręce.
- Co nie oznacza, że dostaniesz odpowiedź – rzucił mi zimne spojrzenie martwych oczu.
Dosłownie martwych.
- Przygotuję ci rzeczy – rzuciłem w popłochu, speszony odwracając wzrok i uciekając do sypialni. Nie mogłem wytrzymać jego spojrzenia.
Zgodnie z obietnicą przygotowałem gitarzyście ciuchy, które był zmuszony ode mnie pożyczyć. Całe szczęście miałem w szafie kilka za dużych ubrań oraz rzeczy, które nie należały do mnie. Swego czasu zdarzało się, iż dość często bywaliśmy u siebie nawzajem z innymi członkami zespołu, więc można było powiedzieć, że siłą rzeczy wymieniliśmy się kilkoma parami spodni czy koszulkami. Shima bez słowa przyjął ode mnie stos ciuchów i zniknął w łazience, brocząc za sobą cuchnącą wodą oraz błotem.
No i w kwestii nowej wykładziny to byłoby na tyle.
Ale to nie było teraz najważniejsze.
Jak na szpilkach czekałem, aż Kouyou skończy kąpiel. Kiedy drzwi od łazienki w końcu się otworzyły, Takashima wyglądał tak jak zwykle – a więc lepiej niż większa część populacji ludzkiej. Z kamienną twarzą, która nie wyrażała nic usiadł na krawędzi łóżka. Tknięty nagłym olśnieniem podałem mu moją wciąż ciepłą, niedopitą herbatę. Przyjął ją z minimalistycznym gestem podziękowania w postaci skinienia głową. Ściągnął z łóżka białą narzutę i opatulił się nią po samą szyję.
A ja wpatrywałem się w niego – zdjęty strachem i niepokojem, pełen pytań i niedopowiedzeń, niepotwierdzonych domysłów, w jednej chwili wręcz chory od tego wszystkiego.
- Nie udało mi się – oświadczył niskim głosem.
- Co ci się nie udało? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- No ty chyba powinieneś wiedzieć – oderwał spojrzenie od martwego punktu, w który wpatrywał się przez dłuższą chwilę i w końcu spojrzał na mnie. – A może wiesz, ale nie chcesz uwierzyć… - westchnął, dopijając herbatę do końca. – Nie będę się przed tobą jakoś rzewnie tłumaczył. Po prostu chciałem sprawdzić, co ty w tym widzisz takiego pociągającego – oznajmił.
- Co proszę? – spojrzałem na niego jak na kretyna.
- Myślisz, że naprawdę tak trudno zgadnąć, o czym myślisz, przesiadując każdego dnia na tym moście? – prychnął, uśmiechając się krzywo. – Zdradziło cię też wiele innych, mniejszych rzeczy. Ale kiedy już wiesz, czego szukać, to nie jest już tak trudno dostrzec pewne detale, co? – oddał mi kubek, który ja odstawiłem na biurko. – Swoją drogą, to wciąż nie rozumiem, co ty w tym takiego widzisz. Moim zdaniem to gra nie warta świeczki. Zimno i w ogóle… - wzdrygnął się.
- Chwila, moment! – zerwałem się na równe nogi. – Chcesz mi powiedzieć, że rzuciłeś się z mostu?! – wykrzyknąłem.
- A powiedziałem coś takiego? – spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
- No nie, ale…
- No właśnie – przerwał mi. – Więc nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – zaśmiał się krótko i również wstał, odrzucając przykrycie. – Szczególnie, jeśli chodzi o tematy związane z rzucaniem się z mostu – położył mi rękę na ramieniu. – Nie warto – mruknął.
- Ale to… dlaczego?... Co ci się stało? – dukałem.
- Holowałem zalanego w trupa Reitę z baru do domu, ale on po drodze dostał jakiegoś napadu agresji i zaczął mnie odpychać, co skończyło się tak, że zrzucił mnie ze skarpy – rozłożył ręce z ciężkim westchnięciem. – Zanim się wdrapałem, nasz kochany basista zdążył poczołgać się gdzieś w mrok nocy i zostałem sam – wzruszył ramionami. – Do mnie było bardzo daleko, a nie chciałem tłuc się metrem w takim stanie, więc postanowiłem nawiedzić ciebie – wyjaśnił. – W sumie dobrze się stało, nie? – zamknął mi otwarte usta dwoma palcami. – Miałem przynajmniej powód, żeby chociażby spróbować przemówić ci do rozsądku – zakończył dość wrednym uśmiechem.
Mój mózg chyba nie nadążał z przetwarzaniem informacji…
- Co…? – wydusiłem z siebie zaledwie pojedyncze słowo.
Jego oczy wciąż były matowe i zamglone, choć usta rozciągały się w półuśmieszku. Nie wiedziałem jednak czy aby na pewno ta historyjka z Akirą nie została sklecona na szybko… Nie wiedziałem czy mogłem mu ufać. Bałem się o niego. Nie chciałem, żeby mój przyjaciel zrobił sobie krzywdę.
- Lubię cię, Takanori, ale czasami jesteś oporny na wiedzę jak totalny tłuk – wywrócił oczyma.
Znałem się z nim przecież tyle lat. Tak wiele razy mu pomagałem, a on pomagał mnie. Był moim przyjacielem. A ja jego. Z pewnością tak było. Więc przyszedł tutaj w takim stanie, żeby mnie nastraszyć. Zbudował klimat strachu i niewiedzy na wstępie, aby wzbudzić moje obawy. Nie chciał, żebym zrobił sobie krzywdę. Tak samo jak i ja nie chciałem, żeby coś stało się jemu.
Ukartował to. Przemyślał. Zrobił to specjalnie… prawda? A co jeśli jestem zbyt egoistyczny? Może on wcale nie robił tego dla mnie, a naprawdę mu się po prostu nie udało… Wciąż targały mną wątpliwości. A on to widział. Widział to w tej chwili i śmiał się ze mnie. A ja panikowałem. Nie wiedziałem, co zrobić w tej paskudnej sytuacji. Byłem zagubiony.
Najpierw dobitnie dawał mi do zrozumienia, że właśnie próbował odebrać sobie życie, ale mu się nie udało. W jakiś sposób myśl, że przyczyniłem się do tego, że wybrał skok z mostu wzorując się na moich ostatnich rozmyślaniach wpędzała mnie w poczucie winy. Z drugiej strony zaraz opowiedział mi uspakajającą historyjkę z Suzukim… Nie chciał tego zrobić. Wpadł do wody przez przypadek. To również nie było wesołe, gdyż mogło skończyć się nieciekawie, ale ostatecznie nic mu się nie stało. Wszystko było w porządku… a jednak coś tu nie trzymało się kupy. Coś odstawało od tej góry cuchnącej kloaki. Coś mi nie pasowało. Coś co raziło w oczy jak piękny, kolorowy kwiat o cudownie słodkim zapachu na stercie gnojówki. Chciałoby się powiedzieć, że to przecież niemożliwe, żeby taka przepiękna roślina mogła wyrosnąć w tak paskudnych okolicznościach, a jednak… coś było na rzeczy.
Bo od mostu do Kouyou wcale nie było daleko.
Było bliżej niż do mnie.
Spojrzałem na niego przerażony, z mętlikiem w głowie i czystym obłędem strachu w oczach. Nie wiedziałem, co było prawdą. Miałem ochotę rozpłakać się jak małe dziecko. Rzucić się na niego i okładać pięściami tak długo, aż w końcu powie, co jest prawdą. Modlić się i dziękować wszelkim bożkom, że niezależnie od tego, która wersja zdarzeń była prawdziwa, on stoi tu przede mną cały i zdrowy, choć przemarznięty.
A wtedy trafiła do mnie kolejna rzecz. Przejrzał mnie. Wiedział, o czym myślałem, z czym się zmagałem w ostatnim czasie. Niezależnie czy wymyślił tę historyjkę, czy faktycznie próbował się zabić, przyszedł tu do mnie po to, aby powiedzieć mi, żebym ja tego nie robił. Co za fantazja! Gdzie sens, gdzie logika? Byłem zagubiony jak nigdy dotąd, a on cieszył się z uzyskanych rezultatów. Wiedział, że przechodząc czy choćby spoglądając na most, już za każdym razem będzie przypominać mi się ta niewyjaśniona sytuacja. I jego triumfalny uśmiech. Zagadkowy wyraz twarzy i uparte milczenie, w którym nawet najmniejszym gestem nie chciał mi zdradzić, co jest prawdą, a co kłamstwem.
Geniusz intrygi.
Idiota, który przyprawił mnie niemal o zawał serca.
Strateg doskonały.
Kretyn, którego miałem ochotę okładać po pysku aż do nieprzytomności.
Mój przyjaciel.
Ten, który oszukał śmierć.
Możliwe, że nawet dwa razy.
Wiedział doskonale, że po takim szoku, jaki mi zaserwował, z pewnością już nie porwę się na nic głupiego. Nogi ugięły się pode mną z wrażenia. Shima przyklęknął koło mnie i objął mnie ciasno. Oddałem uścisk, ukrywając twarz w zagłębieniu jego szyi oraz wdychając zapach własnego szamponu z jego włosów. Zatrzęsłem się w jego objęciach niby w ataku febry. Po moich policzkach zaczęły spływać pierwsze łzy.
Tak, to był zdecydowanie dobry czas na łzy.
- Nie waż się mnie odstępować ani na krok – szepnął mi do ucha, po czym złożył na moich drżących wargach czuły pocałunek.

mini-seria "Piekło 2.0" cz.2/3 (Hizumi x Zero [D'espairsRay)

Nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo cieszy mnie fakt, iż spodobała wam się ta mini-seria C: Ostatecznie jednak zdecydowałam się podzielić ją na trzy części, ale bez obaw - z ręką na sercu mogę powiedzieć, że z pewnością nie rozciągnę już tego dalej i nie zrobię z tego żadnego tasiemca C:

Tytuł: „Piekło 2.0”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Typ: mini-seria
Część: 2/3
Gatunek: czarna komedia (mam nadzieję), fantasy
Beta: -

„(…) na blacie leżała koperta z pięknie wykaligrafowanym moim pseudonimem. Odstawiłem kubek z napojem, niecierpliwym ruchem rozrywając kopertę i dobierając się do jej zawartości.

„Witaj, Zero.
Na początku chciałbym podziękować Ci za Twoją sumienną pracę i przeprosić za zwłokę w czasie w mojej odpowiedzi. (…)
Niemniej, zainteresowany Twoją sprawą postanowiłem przyjrzeć się jej z bliska. Moja sekretarka, Sadako, przekazała mi informacje, które jej podałeś, jednak śmiem twierdzić, że posiadasz ich więcej. Dobrze zrobiłeś nie ujawniając wiadomości poufnych, jednak w tym wypadku, jeśli nadal oczekujesz mojej pomocy, musisz wtajemniczyć mnie w szczegóły. Wspólnie musimy złamać jedną z zasad tego miejsca, aby móc rozwiązać Twój problem.
Jeśli wciąż jesteś zainteresowany, proponuję Ci spotkanie. Będę czekał na Ciebie w moim biurze podczas przerwy na lunch. Wybacz, że wybrałem akurat taką porę, jednak jest to jedyny termin, w którym będę mógł Cię przyjąć.
Hizumi”

Kiedy skończyłem czytać list (…) poczułem jak robi mi się słabo, jakbym zaraz miał zemdleć. Sam imperator Piekła chce się ze mną spotkać? O mój boże… znaczy o mój Hizumi?... o mój diable?... No, coś w ten deseń.”


Kobieta przede mną stukała w klawisze klawiatury komputera z zawrotną prędkością, to zaraz odchylała się po wydruk z drukarki i po pobieżnym obrzuceniu go spojrzeniem, przystawiała na nim odpowiednią pieczątkę. Znów siedziałem naprzeciw Sadako oddzielony od niej szerokim blatem biurka. Tym razem jednak nie byłem tak spokojny jak ostatnim razem. Podrygiwałem nogą w nerwowym geście, zagryzałem wargi, gryzłem wewnętrzne strony policzków czy też wbijałem paznokcie w wewnętrzne strony dłoni. Stresowałem się jak cholera. Nie mogłem nic na to poradzić, mimo iż usilnie próbowałem poratować się słowami Karyu, którego spotkałem na jednym z korytarzy, kiedy kierowałem się do biura dyrektora naczelnego. Rudzielec był zdziwiony, iż Hizumi w ogóle zainteresował się moją sprawą, ale nie dał ponieść się emocjom. Twierdził, iż prędzej przyjdzie mi rozmawiać z jakimś pośrednikiem lub złożyć pisemne wyjaśnienie niżby rozmawiać z żywą postacią imperatora Piekła 2.0 twarzą w twarz. Teoria ta była niegłupia, zważywszy na to, iż niemalże od eonów nikt nie widział dyrektora wykonawczego naszej spółki. Niemniej, kortyzol i tak sprawiał, iż moja krew przypominała konsystencją dżem truskawkowy, przez co boleśnie ściśnięte ze strachu serce z trudem mogło ją pompować. Gęstość płynu, czy może już prawie galarety, wypełniającej moje naczynia krwionośne sprawiała, iż ta przesuwała się w nich ciężko i mozolnie, przez co z kolei moje stopy i dłonie były już zgrabiałe, zupełnie tak jakby galaretowata krew nie dopływała do nich już od dłuższego czasu. Próbowałem rozruszać palce, jednak te opornie reagowały na polecenia z mózgu. Ponad to drżały. Telepały się niczym w ataku febry, a ja nic nie mogłem na to poradzić. Byłem wręcz przerażony myślą, iż miałem być jedną z niewielu osób w ostatnim czasie, to znaczy w kilku ostatnich stuleciach, które przekroczyły próg prywatnego gabinetu Hizumiego. Ja – szary, zwykły, jak najbardziej przeciętny pracownik działu reklamowego. Nowicjusz. Żółtodziób. W gruncie rzeczy nikt.
Zero.
Tak, zdawało się, że jednak mój pseudonim krył więcej ukrytych znaczeń niżbym mógł przypuszczać na samym początku. Może ten ktoś, kto nadawał nowym denatom te chore pseudonimy, nie robił tego przypadkowo…
Wtem stało się. Na niewielkim urządzeniu przypominającym krótkofalówkę zapaliła się zielona lampka, a z niewielkiego głośniczka popłynął szum podobny do tego, kiedy ktoś naciśnie przycisk domofonu, aby otworzyć gościowi drzwi. Chwila prawdy właśnie zbliżała się do mnie wielkimi krokami.
- Możesz wejść, Zero – sekretarka nawet nie oderwała wzroku od monitora. – Hizumi już cię oczekuje.
Wziąłem głęboki oddech i podniosłem się z fotela. Na miękkich nogach ruszyłem w kierunku drzwi, które znajdywały się dokładnie naprzeciw tych, do których chciałem się skierować - to znaczy do wyjścia. Niestety, skoro zabrnąłem w to wszystko aż tak daleko, trzeba było mi to teraz kontynuować. Trzeba było myśleć, baranie, w co się pcha zanim zaczęło się wzruszać swoimi historyjkami o nieszczęśliwej miłości prywatną sekretarkę imperatora Piekła.
Pamiętaj, żeby oddychać, powtarzałem sobie w myślach. Oddychaj. Wdech i wydech. Oddychanie to ważna rzecz. Oddychaj, do cholery!
Zapukałem. Odczekałem chwilę, ale nie usłyszałem żadnego zaproszenia. W końcu niepewnie uchyliłem drzwi, wręcz zakradając się do środka. Rozejrzałem się, jednak gabinet wydawał się być pusty. Był bardzo obszerny, żeby nie powiedzieć kolosalny. Na wprost mnie mieściły się ogromne okna sięgające od podłogi do sufitu, z których rozlegał się widok na tętniące życiem w dole miasto. Po mojej lewej stronie stały dwie niewielkie, skórzane, białe kanapy, z których obie miały po dwa siedziska. Między nimi został ustawiony szklany stolik na białym, włochatym dywanie. Blat stoliku zaścielały puste już filiżanki lub kubki z niedopitą zawartością. Po podłodze wyłożonej jasnymi, drewnianymi panelami walały się różne dokumenty z kolorowymi karteczkami, na których z kolei znajdywały się dyspozycje, co należało zrobić z daną makulaturą. Po mojej prawej na podwyższeniu stało ogromne biurko z trzema laptopami i jednym komputerem stacjonarnym. Na tym blacie również walało się mnóstwo papierów oraz filiżanek. Gdzieniegdzie dostrzegłem także małe talerzyki z niedojedzonym ciastem lub innymi słodyczami. Dookoła tego chaosu zostały ustawione szafy pancerne, które jakoś karykaturalnie przypominały mi metalowe sztachety w płocie, które odgradzały zaśmiecony teren, aby nikt nie mógł zobaczyć nieładu, jaki tutaj panował.
Co jak co, spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego. Bo niby jak miałem zakładać, że naczelny dyrektor naszej korporacji jest… śmieciarzem, w gruncie rzeczy?
Nagle jedno z ciężkich odrzwi metalowej szafy zatrzasnęło się z hukiem. Ze strachu aż podskoczyłem, momentalnie doszukując się sprawcy hałasu. I oto przede mną stanął niewysoki, żeby nie powiedzieć po prostu niski, chuderlawy mężczyzna w sięgających ramion, czarnych włosach. Owy mężczyzna nosił okulary, w których szkłach odbijały się prostokąty monitorów komputerów. Pod jego oczami malowały się sińce i wory, co nakierowało mnie na myśl, iż nie sypiał on regularnie. Cerę miał bladą, poszarzałą, ale oblicze bardzo łagodne i pogodne. Wąskie, blade usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu na mój widok. Brunet ubrany był wręcz niemożliwie zwyczajnie, a więc miał na sobie jeansy, kolorową koszulkę z nadrukiem i narzuconą na ramiona flanelową koszulę w kratę, której rękawy podwinięte miał do łokci. Na jego nadgarstkach bujało się kilka bransoletek, na szyi połyskiwał pojedynczy, drobny naszyjnik.
- Witaj, Zero – mężczyzna odezwał się głębokim, niskim głosem, który zdawał się zupełnie nie pasować do jego wątłej postury. – Usiądź, proszę – wskazał mi krzesło naprzeciw biurka. – Tylko uważa… - urwał, kiedy rozległ się suchy szelest papieru, świadczący o tym, że jednak nie udało mi się wyminąć wszystkich przeszkód w postaci porozrzucanych dokumentów. – Nieważne, po prostu siadaj – machnął ręką. – Teraz przynajmniej wiesz, dlaczego rzadko zapraszam kogoś do swojego biura – zaśmiał się. – To taka moja mała, prywatna stajnia Augiasza – rzucił na blat biurka wypchane po brzegi trzy papierowe teczki i sam zajął miejsce na obrotowym fotelu obciągniętym czarną skórą.
Chwila… „mojego gabinetu” – odbiło mi się w głowie. W sensie, że… ten facet… ten facet to Hizumi? TO ma być Hizumi? Ten niski, drobny, niepozorny gość, na którego nawet nie zwróciłbym uwagi, gdybyśmy jechali razem w windzie? TO ma być imperator Piekła?! A gdzie on ma coś z diabła?
- Shimizu Michi… - mruknął, przeglądając zawartość teczek. – Zgadza się? – podniósł na mnie na moment wzrok.
- Zgadza… - mruknąłem. – Ja… - zająknąłem się. Nie bałem się już. Byłem po prostu tak zdziwiony, że nie mogłem z siebie wydusić żadnego spójnego zdania. To, co tutaj zastałem tak zupełnie nie pasowało do żadnych moich wyobrażeń odnośnie samego pomieszczenia, jak i osoby dyrektora naczelnego, iż w mojej głowie powstał niemniejszy chaos niż ten, który trwał sobie w najlepsze dookoła nas. – Dziękuję za pomoc… - powiedziałem cicho, nagle poczuwając się do jakiejś powinności podziękowania za okazane mi zainteresowanie.
- Jeszcze nie masz za co – mruknął brunet, wertując papiery w tą i w tamtą. – Opowiedz mi całą historię raz jeszcze. Chcę to usłyszeć z pierwszego źródła. Ze szczegółami – zaznaczył, nie odrywając wzroku od tekstu. – Przede mną nie możesz niczego zataić.
A więc zacząłem mówić. Po raz kolejny opowiedziałem całą historię o tym, jak umarłem, dlaczego i po co właściwie znalazłem się pośród prywatnego rozgardiaszu Hizumiego. Mężczyzna słuchał uważnie, choć cały czas zajęty był dokumentami. Na jego przyjaznej, choć zmęczonej twarzy malował się wyraz pełnego skupienia.
Kiedy pierwszy szok minął, język mi się rozplątał. Zacząłem nawijać o najdrobniejszych szczegółach, które z pozoru mogły wydawać się nieistotne. Powiedziałem nawet o moich dziwnych przeczuciach i wahaniach, co do tego czy to, co robię jest słuszne. O tym, że nie byłem już pewien czy wciąż darzę tę kobietę uczuciem, czy po prostu poszukuję jej w jakiejś „rutynie”, czy w imię „czegoś dobrego”. Sam nie wiedziałem, dlaczego zacząłem opowiadać o tak prywatnych rzeczach. To już przecież nie mogło pomóc jej odnaleźć. Było to głupie posunięcie z mojej strony, gdyż Hizumi mógł to przecież źle odebrać. Mógł pomyśleć, że najpierw zawracam mu głowę swoimi Orfeuszowymi historiami, a potem kiedy on już bierze się do pracy, to mówię: „Nie, nie stary, daj spokój. Wrzuć na luz i się nie przemęczaj. Olej to, bracie, bo ja też już to olałem.”. Niemniej, z jakiś niezrozumiałych dla mnie powodów w pewnym momencie poczułem się przy nim swobodnie. Byłem tu nowy i nie nawiązałem jeszcze żadnych głębszych znajomości. Co prawda polubiłem Karyu, jednak nawet jemu nie zwierzyłem się z własnych sprzecznych przemyśleń, kiedy przy brunecie to wszystko spłynęło ze mną z siłą wodospadu. Słowotok po prostu wylał się z moich ust, a ja nie miałem nad nim żadnej kontroli i mogłem jedynie grzecznie czekać, aż ten raczy się skończyć.
Dyrektor wykonawczy poderwał w końcu głowę znad teczek i przyjrzał mi się. Wtedy spiąłem się. Obawiałem się, że zdenerwuje się moim wahaniem lub w takim wypadku każe mi się wynosić i radzić sobie na własną rękę, jednak ten tylko wydał z siebie głęboki pomruk. Przesunął teczki na bok i sięgnął do jednego z laptopów. Sięgnął również po jedną z filiżanek, jednak zaraz malowniczo się skrzywił.
- Nie znoszę zimnej kawy – odpowiedział na moje pytające spojrzenie.
Wtem do pomieszczenia weszła Sadako z tacą, na której stały kolejne dwie filiżanki z gorącą już kawą. Na jej widok brunet rozpromienił się. Kobieta uraczyła nas napojem, uprzednio z gracją przedzierając się przez morze makulatury. Zręcznie lawirowała między kolejnymi dokumentami, ostrożnie stawiając stopy i balansując przy tym srebrną tacą, aby nie spadły z niej filiżanki. Obrzuciwszy spojrzeniem gabinet, westchnęła ciężko.
- Jestem sekretarką, Hizumi, nie sprzątaczką – pozwoliła sobie przypomnieć, spoglądając na mężczyznę z ukosa.
- Jesteś złota – uśmiechnął się, przyjmując od niej gorącą kawę. – Nie myśl, że nie doceniam twojej wielozadaniowości – skinął jej głową z uznaniem.
- Dlaczego ty zawsze urządzasz tu taki barłóg? I jak zwykle muszę zostawać po godzinach, żeby to sprzątać… - przewróciła oczyma.
- To się samo dzieje! – brunet uniósł ręce w obronnym geście i wzruszył ramionami. – Sam się zastanawiam, jak to jest możliwe… - mruknął, zdejmując okulary i rozmasowując obolałą nasadę nosa.
- Nie przepracowuj się – rzucił sekretarka troskliwie. – Przyjdę później – obiecała, na co właściciel gabinetu skinął jej głową.
Kobieta ponownie unikając wszelkich przeszkód, dotarła do drzwi. Przy tej dwójce, która poruszała się niemalże z gracją primabaleriny, poczułem się jak słoń w składzie porcelany.
I nagle zdałem sobie sprawę z zażyłości w relacji między Sadako a jej przełożonym. Byli względem siebie bardzo poufali. Nie zwracali się do siebie grzecznościowo, a wręcz po przyjacielsku… a może nie tylko? Kto wie, może byli dla siebie kimś więcej niż tylko współpracownikami? Wtem przeszło mi przez myśl, iż w takim wypadku Hizumi mógł pomagać mi tylko i wyłącznie ze względu na (domniemaną) ukochaną, którą wzruszyłem swoją ckliwą historią. Nie powiem, nieco dziwnie się z tym poczułem…
Kiedy tylko drzwi zamknęły się za znikającą kobietą, imperator Piekła wrócił do pracy. Jego chude, długie palce przebiegły szybko po klawiaturze raz i drugi. Ze zdziwieniem zauważyłem, iż klawisze były tak wysłużone, że nie było już widać na nich znaków, a sam plastik był wyślizgany i wklęsły przez nieustannie maltretującego go właściciela. Hizumi postukał w obudowę laptopa, a w szkłach jego okularów mogłem zobaczyć odbicie ekranu, na którym przewijały się niezliczone ilości wyszukanych elementów. Wtem nagle wszystkie znikły i wyświetlił się komunikat informujący o błędzie systemu.
- Przykro mi, Zero – odezwał się. – Jedyne, co mogę ci powiedzieć to, to że twojej ukochanej nie ma w Piekle – rozłożył bezradnie ręce.
- Nie ma? – powtórzyłem. – Na pewno? – upewniałem się jak przygłupi dzieciak, nie mogąc w to uwierzyć. I choć już sam przed sobą głośno przyznałem się, że nie byłem pewien czy tak naprawdę chciałem stanąć twarzą w twarz z kobietą, dla której odebrałem sobie życie, to teraz jednak poczułem niemały zawód.
- Mogę ci za to poświadczyć własną ręką – mężczyzna rozparł się na fotelu. – Sam stworzyłem ten program i wiem, że jeśli kogoś nie ma w tej bazie danych, to znaczy, że nie ma go także w Piekle 2.0 – wyjaśnił spokojnie.
- To znaczy, że jest w Czyśćcu albo w Niebie, tak? – upewniłem się, na co brunet przytaknął. – Czy w takim razie mógłbyś chociażby sprawdzić, w którym z tych miejsc ona się znajduje? – zapytałem, zapominając o tytułowaniu przełożonego „per pan” ze względu na wcześniejszą bezwstydną poufałość między nim a sekretarką.
- Niestety nie mogę tego zrobić – pokręcił głową. – Widzisz, Czyściec i Niebo nie leżą w mojej dziedzinie – wzruszył ramionami. – To jakby dwie oddzielne, inne firmy, które chronią dane osobowe swoich pracowników i do których osoby z zewnątrz nie mają dostępu – tłumaczył. – Wybacz, ale w zaistniałej sytuacji naprawdę nie mogę zrobić dla ciebie nic więcej – powiedział, a na jego twarzy malował się autentyczny ból i złość na samego siebie, iż nie zdołał mi pomóc w zadawalającym dla mnie stopniu.

***

Karyu nachylił się nad stołem i odciągnął ode mnie mój kufel z piwem. Spojrzał na mnie marszcząc brwi, a następnie upił łyk mojego trunku, gdyż swój zdążył już wypić podczas gdy ja opowiadałem mu swoją historię.
- Ty już więcej nie pij, co? – westchnął ciężko.
- Nie kpij sobie, dobra? – przewróciłem oczyma. – Mówię ci, jak było!
- Acha, więc ty na serio uważasz, że nasz szef, zwierzchnik całego, pieprzonego Piekła to kurdupel w okularach z dziecinną manią na punkcie słodyczy i kawy? – spojrzał na mnie z politowaniem. – Ponad to twierdzisz, że zapewne już nieraz każdy z nas miał okazję go zobaczyć, ale mit o tym, iż nikt od wieków go nie spotkał powstał przez to, że jest taki niepozorny i nikt nie zwrócił na niego uwagi? – upewnił się.
- Dokładnie – przytaknąłem.
- Jak ty trzasnąłeś tym łbem o lód, to ci się tam chyba coś poprzestawiało – jęknął, kręcąc palcem wskazującym koło własnej skroni, tym samym pokazując, że jest ze mną coś nie tak.
- A co, spodziewałeś się, że uraczę cię opowieścią o siwiejącym już facecie ostrzyżonym na pałę z poprzecinaną bliznami mordą i najlepiej jeszcze wydłubanym jednym okiem? Oczekiwałeś historyjki o weteranie wojennym, który obalił Lucyfera? Chłodnego, wyrachowanego dziadygi liczącego sobie eony z szeroką piersią, na której wciąż nosi stare odznaczenia i medale? – fuknąłem.
- No już prędzej… - mruknął rudzielec. – Choć w gruncie rzeczy to nie oczekiwałem niczego – wzruszył ramionami. – Słuchaj… Nie pomyślałeś może przez chwilę, że to nie był Hizumi? W końcu nie przedstawił ci się tym imieniem, nie? – niechętnie skinąłem mu głową. – Może to jakiś jego kolejny pracownik… wiesz, taki bliższy, bardziej zaufany niż rada nadzorująca – rozłożył  ręce. – My, jako rada, jesteśmy jednymi z jego najbliższych współpracowników, ale nie jest to równoznaczne z tym, że jesteśmy jego przyjaciółmi. Może znalazł sobie kogoś do zadań poufnych… - odezwał się bez cienia zawodu w głosie.
- Ale mówił, że to jego gabinet… - przypomniało mi się.
- Gabinet… - prychnął mój towarzysz. – To biuro. Pomieszczenie – machnął lekceważąco ręką. – Wiesz, ile razy ja już zmieniałem gabinet w Centrali? – przewrócił oczyma. – To wśród pracowników utarło się, że ten pokój zajmuje Hizumi. Niestety, jak jest naprawdę, nikt nie wie. Nie zwróciłeś nigdy uwagi, że na tych drzwiach nie ma żadnej plakietki? Nigdzie nie ma powiedziane czy napisane, że on tam urzęduje osobiście. Może to zaledwie gabinet jego prawej ręki czy coś…
Westchnąłem cierpiętniczo. Zrozumiałem, że nie zdołam przekonać Karyu. On żył swoimi własnymi wyobrażeniami na temat Hizumiego i nie zamierzał sprzeniewierzać im się tylko ze względu na mnie. Bądź co bądź przebywał tutaj jednak znacznie dłużej ode mnie. Zdążył utwierdzić się w swoich prawdach, więc zmiany nie przychodziły mu już tak łatwo jak mnie.
- Wybacz, Zero, muszę się zbierać – rzucił, spoglądając na zegarek na swoim przegubie. – Muszę odebrać kolejnego żółtodzioba ze szpitala – wyjaśnił.
- Idziesz jeszcze do pracy? – zdziwiłem się. – Przecież piłeś… - zauważyłem.
- A myślisz, że dlaczego cały czas jeżdżę taksówką? – zaśmiał się. – Na trzeźwo nie dałbym rady w kółko się powtarzać – rozłożył bezradnie ręce. – No, to do następnego – rzucił, wyjmując pieniądze z portfela. Odwrócił się w stronę wyjścia, aby odejść, jednak nagle drgnął, zatrzymując się w miejscu, jakby coś niespodziewanie mu się przypomniało. – A co do Hizumiego… - odwrócił się przez ramię. – Radzę zapomnieć ci o całej tej sprawie. Przestań szukać tej dziewczyny i zajmij się swoimi obecnymi obowiązkami – odezwał się już nie tak wesoło jak wcześniej.
Przez chwilę jeszcze siedziałem oniemiały, przyglądając się odchodzącej postaci rudego. Nie spodziewałem się, że ten facet, który zdradzał tak lekceważące podejście do wszystkiego, nagle może stać się taki stanowczy i poważny. Jego słowa zabrzmiały władczo, niemal jak rozkaz. Skrzywiłem się.
Podniosłem się z miejsca, orientując się, że Karyu zostawił wystarczająco dużo pieniędzy, aby zapłacić za nas obu. W takiej sytuacji po prostu zostawiłem zapłatę na stoliku i wyszedłem z lokalu. Było już ciemno, choć na ulicy wciąż przewijało się dużo osób. Wiele z nich dopiero co skończyło pracę lub wracało z robionymi na szybko zakupami. W końcu był już sobotni wieczór. W Piekle można było pracować na różne zmiany i umowy, ale to właśnie niedziela dla wielu potępionych pozostawała jedynym dniem wolnym w tygodniu. Z tej racji dzień ten spędzało się zazwyczaj z rodziną lub przyjaciółmi, spacerując i wypoczywając, a większość instytucji publicznych czy chociażby nawet sklepów była zamknięta.
W tłumie ciągnącym po szerokim chodniku dostrzegłem znajomą postać. Nie namyślając się długo, rzuciłem się za nią. Niełatwo było przedostać się przez barierę ludzi do wciąż oddalającej się ode mnie kobiety w beżowym płaszczu. Żeby do niej dotrzeć, musiałem wręcz taranować sobie drogę, rozpychając się łokciami i posyłając przeprosiny na prawo i lewo, usprawiedliwiając się pośpiechem. Kiedy już dosięgłem jej ramienia, byłem nieźle zdyszany.
- Zero? – zdziwiła się kobieta. – Co ty tutaj robisz?
- Wybacz, ale… - próbowałem wydusić z siebie słowa pomiędzy głębokimi oddechami, które nabierałem, aby uspokoić tłukące się w klatce piersiowej serce. – Masz może chwilę? – zapytałem w końcu. – Chciałbym z tobą porozmawiać… tylko przez moment – zaznaczyłem, wiedząc jej niezadowoloną minę. Zapewne i ona śpieszyła się, aby zrobić ostatnie zakupy. – Sadako, proszę… - jęknąłem żałośnie.
- No dobrze – skapitulowała, odciągając mnie w boczną uliczkę, abyśmy nie torowali przejścia dla innych przechodniów. – O co chodzi? – zapytała.
- O Hizumiego – odparłem rzeczowo. Prywatna sekretarka imperatora Piekła 2.0 uniosła brwi w zdziwieniu. – Wiesz, że wszyscy myślą, że nie widzieli go od wieków?
- Nie widzieli Hizumiego od wieków? – powtórzyła. – Co za idiotyzm! Przecież on wiecznie gdzieś kręci się po Centrali…
- No właśnie – przerwałem jej. – Moim zdaniem problem polega na tym, że pracownicy nie wiedzą, jak on wygląda – przedstawiłem jej swoją opinię. – Wiesz, mijały lata, do Piekła trafiali nowicjusze tacy jak ja, którzy byli karmieni przez innych zabobonem, iż Hizumi jest wręcz nieuchwytny, a pomimo tego, że jest naszym dobroczyńcą, to w pewien sposób jest też przerażający – tłumaczyłem dalej, widząc jej skonsternowaną minę.
- Hizumi… przerażający? – prychnęła. – Przecież on jest naprawdę przyjemną osobą… nie no, przyznaję, trochę roztrzepaną, ale nie zmienia to faktu, że jest naprawdę niezastąpiony.
- Wiesz… Nie znam go zbyt dobrze, ale myślę, że należałoby to sprostować – Sadako skinęła głową, przyznając mi rację. – Tak pomyślałem sobie, że… może mógłbym napisać o nim artykuł albo coś? – rozłożyłem ręce. – Przyznaję jednak, że do sprostania temu zadaniu potrzebowałbym twojej pomocy. Zależałoby mi na poznaniu twojego zdania o nim.
- Zero, z przyjemnością ci pomogę, ale to chyba nie jest najlepszy ani czas, ani miejsce na to – nerwowo oglądała się w kierunku głównej ulicy. – Poza tym na sam przód powinieneś porozmawiać o tym pomyśle z nim – zauważyła, po czym wyciągnęła z torebki niewielki notes i długopis. Zapisała coś na kartce, po czym podała mi ją. – To jego adres. Myślę, że powinieneś go odwiedzić osobiście, gdyż w pracy jest bardzo zajęty i mógłby nie znaleźć czasu, aby cię wysłuchać – wyjaśniła.
- Dziękuję – wydusiłem z siebie, spoglądając na zapisany pochyłym pismem adres z niedowierzaniem. – Ach, Sadako, jeszcze jedno! – zawołałem, widząc, że kobieta szykuje się do odejścia. – Wybacz, że pytam o to tak bezpardonowo, ale… Czy wy jesteście razem? – niemal wykrztusiłem z siebie z trudem.
- Co takiego? – sekretarka Hizu aż wytrzeszczyła na mnie oczy. – Nie, oczywiście, że nie! – zaśmiała się. – Dlaczego niby tak pomyślałeś? – spojrzała na mnie z niezrozumieniem. – Zero, ja mam już męża… ale z pewnością nie jest nim Hizumi – zachichotała. – Widzisz… bardzo go lubię, ale to jedynie mój szef. Nie jest to typ osoby, z którą chciałabym się związać – wzruszyła ramionami. – Muszę już iść! – pomachała mi na odchodne. – Do zobaczenia! – pożegnała się.
- Ta… właśnie… zobaczenia… - wymruczałem pod nosem.
Nagle poczułem się jak skończony idiota… Jak mogłem, do cholery, pomyśleć, że Sadako związała się z Hizumim? Może Karyu miał rację? Może naprawdę trochę za mocno uderzyłem się głową o lód podczas własnego samobójstwa?

***

Z cały czas rosnącą gulą w gardle stanąłem przed apartamentowcem w centrum miasta i wcisnąłem jedyny przycisk na domofonie, przy którym nie została umieszczona karteczka z nazwiskiem lokatora.
- Słucham? – usłyszałem trzeszczący głos imperatora Piekła 2.0. Przez moment przeszło mi przez myśl, co ja w ogóle wyprawiam? Może jeszcze wciąż nie było za późno na odwrót?
- To ja, Zero. Wybacz, że przeszkadzam ci w dzień wolny, ale chciałbym z tobą o czymś porozmawiać… - wydusiłem z siebie z trudem, jakby na przekór własnym myślom.
- Och, Zero! Dobrze się składa, że właśnie przyszedłeś. Wejdź!
Rozległ się brzęczący dźwięk oznajmiający o zwolnieniu blokady drzwi. Niepewnie wszedłem do budynku, nie wiedząc, gdzie się kierować. Jednak na całe moje szczęście jedne z drzwi prowadzące do prywatnego mieszkania otworzyły się, a zza nich wyłonił się Hizumi, który przywołał mnie do siebie gestem ręki. Strażnik, którego mijałem po drodze, posłał mi nieprzychylne, niepewne spojrzenie.
- Masz naprawdę dobre wyczucie czasu – brunet przepuścił mnie w drzwiach, wpuszczając do własnego mieszkania.
Dziwnie się czułem przekraczając próg domu władcy absolutnego jednej z trzech krain zaświatów. W ogóle dziwnym wydało mi się to, iż Hizu po prostu mieszkał w bloku, w najzwyklejszym apartamencie w centrum miasta zamiast w jakimś wielkim zamczysku czy willi z basenem… To, jak bardzo zwyczajnym i przyziemnym typem pozostawał mój główny przełożony było dla mnie czymś wręcz trudnym do pojęcia i przyswojenia.
Właściciel mieszkania zaprowadził mnie do salonu, w którym panował półmrok za sprawą na wpół zasłoniętych rolet w oknach. Spodziewałem się zastać tutaj podobnego rozgardiaszu, jaki panował w gabinecie imperatora Piekła 2.0, ale o dziwo w jego zaciszu domowym panował względny porządek. Jedynym, co było tu dość nie na miejscu to puste butelki po winie, które walały się po podłodze. No i w sumie… jakby się tak zastanowić to ten zalegający na szezlongu facet też nieco psuł odbiór estetyczny całego pomieszczenia…
Na wciśniętej w kąt salonu leżance rozwalony półleżał wysoki, blady mężczyzna z czerwonymi włosami w nieładzie, które sięgały mu linii szczęki. Jedną ręką zakrywał sobie oczy, a druga w bezradnym geście spoczywała na podłodze. Ubrany był w białe, staromodne ubrania, które przypominały jakieś ceremonialne szaty…
- Gabrysiu – zaczął łagodnie zwierzchnik Piekła, jednak mężczyzna nie zareagował w żaden sposób. – Gabrysiu – powtórzył, ale znów nie uzyskał żadnego odzewu. – Gabrielu, do ciężkiej cholery, podnieś żeś się z miejsca! – poirytowany postawą czerwonowłosego krzyknął. Zdziwiony aż podskoczyłem z miejsca ze strachu. Hizumi, pomimo swojej wątłej postury, miał bardzo mocny głos…
Dopiero, kiedy brunet wrzasnął, owy Gabriel gwałtownie wywindował się do siadu. Niestety, zdawało się, iż zaraz pożałował, iż porwał się na to tak szybko, gdyż złapał się za głowę i jęknął żałośnie.
- Na litość Pańską, Hizumi, czy ty chcesz mnie wykończyć? – jęknął najwidoczniej trawiony syndromem dnia poprzedniego mężczyzna.
- Jeszcze nie – brunet uśmiechnął się diabolicznie. – Wszak jeszcze możesz się na coś przydać – zaśmiał się pod nosem, a następnie zgarnął stojącą na stoliku pod telewizorem butelkę wody i podał ją znajomemu. – Gabrysiu, to jest Zero – przedstawił mnie w końcu. – Wspominałem ci o nim wczoraj – przypomniał mu.
Gabriel zmrużył jadowicie zielone oczy i przyjrzał mi się z uwagą. Szybko jednak opuścił wzrok i przetarł oczy pięściami. Zatoczył się przy tym i wsparł na oparciu mebla, co naprowadziło mnie na myśl, że minie jeszcze trochę czasu zanim ten wróci do pełnej świetności.
Chwila… moment… Gabriel… tylko nie mówcie mi, że to jest TEN Gabriel?!
- Przepraszam… - odezwałem się wreszcie. – Ale czy ty jesteś…? – urwałem, nie mogąc nawet dokończyć pytania.
- Tak, jam ci jest archanioł Gabriel, pan snów i objawień, anioł zemsty i śmierci – skłonił się niezbyt nisko i wyszczerzył krzywo. – Raczę zaznaczyć, że z lubością zajmuję się raczej tymi dwoma ostatnimi dziedzinami, które obejmują moje tytuły – zaśmiał się niewesoło. – Tak, po godzinach przychodzę i upijam się u Hizumiego, mojego wielkiego arcywroga – parsknął, jednocześnie odpowiadając na moje nieme pytanie, które z pewnością mógł odczytać z mojej twarzy. – Gdzie sens, gdzie logika, pytasz? – wydął usta. – Też się nad tym zastanawiałem… - westchnął. – Szukałem na to pytanie odpowiedzi przez wiele wieków, ale nie udało mi się jej znaleźć. Nie to, żebym cię zniechęcał czy uważał, że jesteś zbyt przeciętny, żeby tobie się to udało, ale jakoś śmiem wątpić, że skoro ja nie znalazłem odpowiedzi, to ty tym bardziej – machnął lekceważąco ręką. – Więc możesz poddać się już na starcie. Tak będzie prościej – rozłożył ręce. – Niemniej, jeśli chce ci się w to wszystko bawić i może jakimś cudem uda ci się chociażby trafić na jakąś sensowną poszlakę, to przekręć do mnie – prychnął, składając palce w taki sposób, aby jego dłoń przypominała słuchawkę telefonu.
- Gabriel, panuj nad sobą – Hizumi zwrócił mu uwagę. – Nie rozmawiamy teraz o twoich problemach prywatnych – zauważył. Spojrzałem na niego z niezrozumieniem. – Gabriel ma depresję – wyjaśnił mi półszeptem.
- Z jakiego powodu? – dociekałem.
- Bóg jest strasznym tyranem, a Gabriel jako Jego prawa ręka musi znosić wszystkie Jego wybuchy złości i powstrzymywać Go od pochopnych decyzji, takich jak na przykład zniszczenie ludzkości, żeby nie dopuścić do drugiego potopu czy czegoś równie dramatycznego… - przewrócił oczyma. – No i pomimo tego, że Gabryś jest regentem Królestwa Niebieskiego i zwierzchnikiem Czyśćca to tak faktycznie nie ma nad nimi żadnej władzy – wzruszył ramionami – ale za wszelkie niedociągnięcia dostaje mu się po dupie – sprostował. – To wszystko odbija się na jego stanie psychicznym… Wiesz, nie ma łatwo… - spojrzał na czerwonowłosego ze współczuciem.
- Dlatego też przy okazji każdego urlopu zaszywam się w jednym z luksusowych kurortów w Piekle 2.0 – dodał główny zainteresowany, któremu wydawało się wcale nie przeszkadzać to, iż niejako właśnie obgadywaliśmy go. – Hizu, jakie to szczęście, że obaliłeś Lucka! – wykrzyknął nagle, wyrzucając ręce w powietrze. – Dzięki tobie mam przynajmniej jakieś miejsce, do którego mogę zwiać chociażby na chwilę… Serio, dobrze, że rozprawiłeś się z tym podstawionym sługusem Pana – skrzywił się malowniczo.
Lucek podstawionym sługusem Pana… Kto by pomyślał, że drugi z kolei tyran w historii Piekła mógł być pionkiem samego Boga? No i kto by pomyślał, że zaledwie chwilę po przekroczeniu progu mieszkania obecnego imperatora Piekła 2.0 mogłem dowiedzieć się takich interesujących rzeczy?
Ciekawym też wydawał się fakt, iż nawet aniołowie, ba!, sam archanioł Gabriel uciekał podczas każdego urlopu, aby bawić w Piekle… Cóż za oksymoron i groteska w jednym! Niemniej, dowodziło to także tego, że ten Raj wcale nie był znowu taki wspaniały, skoro Gabryś regularnie, choć na krótko z niego dezerterował. Wyglądało na to, że w zaświatach panował jakiś odwrócony porządek, przez co Piekło było prawdziwą utopią, a Niebo miejscem, od którego chce się uciec jak najdalej…
- Dobrze, o tym może porozprawiamy kiedy indziej – uciął Hizumi, który zauważył, że archanioł mógłby podzielić się ze mną pewnymi informacjami, które z pewnością miały pozostać znane tylko osobom z najwyższego szczebla władzy. – Tymczasem skupmy się na czymś innym – polecił. – Zero, masz może jakąś sprawę do Gabriela? – posłał mi zachęcający uśmiech.
- W zasadzie… wychodzi na to, że tak… - pozwoliłem sobie zająć miejsce na fotelu i odetchnąć głęboko. – Właściwie… - zacząłem dość nieskładnie. – Szukam pewnej dziewczyny… Wiem, że umarła, wiem, że nie ma jej z pewnością w Piekle i znam jej imię, które nosiła za życia – zacząłem, jednak nim zdążyłem dojść do sedna, anioł przerwał mi.
- I ja mam ją znaleźć i do ciebie przyprowadzić, tak? – prychnął, kręcąc głową. – Słuchaj, odin (ros. Один), zwei, san… czy który ci tam numerek z kolei przypisali – wywrócił oczyma. – Z nas dwóch – wskazał na siebie i Hizu – to ja tu jestem ten zły – zaśmiał się pod nosem. – Skoro jesteś pewien, że nie ma jej w Piekle, to wnioskuję, że ten tu obecny – znów wskazał na bruneta – z sercem na tacy przeszukał dla ciebie cały spis ludności, żeby znaleźć tą twoją piękną, ale wybacz, ja nie jestem tak uczynny – rozłożył bezradnie ręce. – Poza tym drugą główną różnicą, która nas dzieli jest to, że on ma faktyczną władzę, a ja jestem szefem na moim podwórku tylko z tytułu – westchnął ciężko. – Nie pomogę ci, bo nie jestem w stanie – wyznał. – Do zorganizowania poszukiwań na skalę Czyśćca i Nieba musiałbym wołać o interwencję Pana. Hizumi w Piekle ma swoje komputery, programy i inne zabawki, za pomocą których był w stanie zaprowadzić tu ład i porządek, ale my w Królestwie czegoś takiego nie mamy – cmoknął z niezadowoleniem. – Jasność jest wszechwiedząca, więc nie potrzebuje komputera. O ile w Piekle namierzysz wszystkich bez problemu, o tyle bez wstawiennictwa Bożego w Niebie nie zdziałasz nic w takim gąszczu zagubionych duszyczek – spojrzał na mnie zbolały. – W gruncie rzeczy, jeśli ktoś trafi do Nieba czy Czyśćca, to jest już stracony…
Z wrażenia aż zaniemówiłem. Wpatrywałem się w archanioła wytrzeszczonymi oczami z otwartymi ustami i nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie powiedział. No patrzcie… A mówi się, że biurokracja to największe zło…
Koniec końców w oczach czerwonowłosego nie mogłem znaleźć niechęci, pychy, lenistwa czy żadnej innej złej cechy, która mogłaby odwodzić go od udzielenia mi pomocy. Szybko zrozumiałem, że on chciałby mi pomóc – pomóc w ten sam sposób, w który zrobił to Hizu – jednak po prostu nie był w stanie tego zrobić. W jego intensywnie zielonych oczach mieszkała udręka wywołana poczuciem bezsilności i nieprzydatności. Pewnie, że chciał pomagać. W końcu to anioł – niby ten dobry, nie? W jego naturze leżało świadczenie dobrej posługi. W krótkim czasie zrozumiałem, że jego depresja była wywołana bezradnością wobec cudzej krzywdy. Zastanawiałem się, ile osób przyszło już do niego z podobną prośbą i ile razy on już zmuszony był odpowiedzieć: „Chciałbym, ale nie mogę. Wybacz mi.”, gdyż był tylko zwykłym pionem, figurą z dobrymi intencjami. W tej jednej chwili nabrałem dla niego pełnego zrozumienia. Zrobiło mi się go żal.
Już chciałem jakoś przeprosić, podziękować choćby za przejawianie dobrych chęci, jednak Gabriel uciszył mnie, nim zdążyłem wydać z siebie choćby pojedynczą monosylabę. Machnął na mnie ręką i pokręcił głową.
- Twoje słowa i tak nic nie zmienią, ale miło wiedzieć, że jesteś człowiekiem z manierami – uśmiechnął się blado, a następnie poderwał się z miejsca. – Dobra, miło było, panowie, ale czas się zbierać – przeciągnął się, aż coś strzeliło mu w kręgosłupie. – Będę się zwijał, Hizu – oznajmił.
- W takim stanie…
- Wezmę taksówkę – przerwał właścicielowi mieszkania.
- Jasne… - mruknął brunet.
- Jak Rafał skończy się na mnie drzeć za to, że znów wyszedłem nic nie mówiąc, a Michał przemebluje mi mordę i uporam się już z tym całym burdelem tam na górze, to… - zamyślił się na moment. – Zadzwonię za jakieś trzy dni, okej?
- Pewnie, przecież wiesz, że zawsze jestem pod telefonem – dyktator Piekła 2.0 rozłożył ramiona.
- Jak zwykle, żeby wspierać, pomagać i radzić, co? – prychnął, uśmiechając się krzywo. – Co z ciebie za diabeł? – zaśmiał się, po czym skierował do wyjścia. – Do następnego! – rzucił na odchodne, a potem słychać już było tylko plask zamykanych drzwi frontowych.
Przez dłuższą chwilę trwaliśmy z Hizumim w ciszy.
- Dziękuję – odezwałem się w końcu.
- Co proszę? – brunet drgnął, jakbym dopiero co wyrwał go z zamyślenia.
- Dziękuję za twoją pomoc – wstałem i podszedłem do niego. – Nawet jeśli Niebo i Czyściec są poza twoją dziedziną, to i tak postanowiłeś mi pomóc – uśmiechnąłem się ciepło. – Dziękuję – powtórzyłem. – Jestem twoim dozgonnym wdzięcznikiem… znaczy… - zająknąłem się. – Jakby nie patrzeć to już umarłem, więc… - zafrasowałem się.
- Rozumiem, o co ci chodzi – zaśmiał się, kładąc mi rękę na ramieniu. – Wybacz, że wszyło jak wyszło. Sam powinienem porozmawiać o tym z Gabrielem, ale akurat przyszedłeś w czas, kiedy ten jeszcze gościł w moim mieszkaniu, więc z jakiejś racji uznałem, że dobrym pomysłem będzie, jeśli sami się dogadacie – westchnął. – Wybacz, nie przewidziałem takiego obrotu spraw – spojrzał na mnie niepewnie. – Mimo iż Gabriel jest moim wieloletnim przyjacielem, to wciąż nie wiem o nim wszystkiego, jak i o tym, jak funkcjonuje Niebo – usprawiedliwił się. – Wiesz, są to pewne tematy tabu między nami…
- Nie jestem ani zły, ani niezadowolony – zaprzeczyłem. – Nie masz za co mnie przepraszać – pogłębiłem uśmiech. – W zasadzie… może nawet dobrze, że wszyło, jak wyszło? – wzruszyłem ramionami. – W gruncie rzeczy chyba nigdy nawet nie wierzyłem w to, że ta sprawa dobrnie do końca, więc cieszę się, że wszystko zakończyło się tak szybko i sprawnie – wyznałem szczerze.
- Nie jesteś rozczarowany? – zdumiał się.
- Nie liczyłem na zbyt spektakularne rezultaty – sprostowałem.
- Och… - mruknął brunet, pochmurniejąc.
- Koniec końców wszystko zakończyło się dobrze – odetchnąłem głęboko. – Teraz mogę być już spokojny. Wiem, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby ją odszukać i wiem, że ty też zrobiłeś wszystko, co mogłeś, za co jestem ci tak niezmiernie wdzięczny – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. – Nie mogę ani sobie, ani tobie nic zarzucić. Ale dzięki temu, że sprawa ta wreszcie dobiegła końca, mogę skupić się na swoich bieżących obowiązkach – wyznałem.
- Ach, tak… - Hizumi nie zdawał się być jakoś pocieszony moją mową. – Właśnie… Właściwie to po co do mnie przyszedłeś? – zapytał. – I skąd znasz mój adres?
- Sadako mi go dała – wyjaśniłem. – W gruncie rzeczy przyszedłem właśnie w sprawie mojej bieżącej pracy…
Wyjaśniłem mu sprawę z jego rzekomą nieuchwytnością oraz moim pomysłem na napisanie artykułu o jego osobie, aby przybliżyć go nieco społeczeństwu i rozwiać wszelkie dziwne, nieco gorszące mity i plotki, które krążyły na jego temat. Brunet był niemniej zdziwiony niż jego sekretarka. Zdawało się, że żył w słodkiej nieświadomości tego, co sądzą o nim jego pracownicy…

***

- Nie możesz żywić się samymi słodyczami – pouczyłem go, wyrywając mu z ręki kolejny batonik. – To, że jesteśmy martwi, nie oznacza, że tym samym przestaliśmy borykać się ze wszelkimi problemami zdrowotnymi. Może miażdżycy nie dostaniesz, ale za to przytyć zawsze możesz – spojrzałem na niego zwycięsko.
- A weź daj mi spokój, co? – warknął rozeźlony. – Od stuleci się tak stołuję, więc, z łaski swojej, nie pouczaj mnie! – wyciągnął w moim kierunku ręce w desperackiej próbie odzyskania swojej własności, jednak owe próby spełzły na niczym. – Oddaj, mówię!
Oto władca piekieł – niewysoki, niższy nawet ode mnie, szczupły facet o łagodnym, litościwym wyrazie twarzy. Nie wyglądał na dużo starszego ode mnie, jednak dobrze pamiętałem, jak Karyu wspominał o tym, że w Piekle wygląd może być zwodniczy. Kiedy tak na niego spoglądałem, sam zacząłem zastanawiać się, dlaczego przy naszym pierwszym spotkaniu spodziewałem się ujrzeć rosłego mężczyznę z siwiejącymi już włosami i zaciętą miną – słowem, typowego wojskowego. Jeszcze parę blizn na twarzy by się przydało, tubalny głos o władczym tonie i wiecznie ściągnięte brwi w grymasie niezadowolenia lub złości… A tu proszę, zamiast budzącego strach dyktatora dostałem dorosłego faceta z dziecięcą obsesją na punkcie słodyczy – toć to…
- Trzeba mieć jakieś uciechy w życiu, nie? – w końcu odebrał swoje śniadanie. – Nawet jeśli już jest się martwym… - mruknął niewesoło, rozrywając opakowanie.
…urocze.
Hizumi w żadnym stopniu nie był przerażający, on tak naprawdę… był niemal rozkoszny. Co więcej nie wyglądał na kogoś z jakiejś „wyższej rasy”. Właściwie to nie różnił się niczym od Tsukasy, Karyu czy w końcu choćby ode mnie. Z tego co zauważyłem, oprócz obsesji na punkcie słodyczy, miała parę innych swoich specyficznych zachowań i upodobań. Między innymi, często było mu zimno. Udało mi się nie raz, nie dwa zaobserwować, jak wzdrygał się, kiedy przechodziły go nieprzyjemne dreszcze wywołane zbyt niską dla niego temperaturą. Ponad to spał zakopany pod niebotyczną ilością pierzyn i koców, a teraz, siedząc we własnej kuchni w swojej prowizorycznej piżamie, miał gęsią skórkę. Jakby tych absurdów wciąż było mało, Hizumi cechował się duszą romantyka. Zdecydowanie nie był typem tyrana, który dąży po trupach do celu. Wyglądało na to, że wcale nie pożądał władzy, a może nawet przeszkadzała mu ona. Po całej jego postawie i zachowaniu mogłem wywnioskować, że z chęcią odciąłby się od tego wszystkiego, co w jakikolwiek sposób łączyło się z zarządzaniem i zaszył się… gdziekolwiek. Władza sprawiała, że był samotny. Praca kradła mu czas i życie, oddalała od ludzi, niszczyła relacje. Nie trzeba było być psychologiem ani filozofem, aby to odkryć. Szybko zdałem sobie sprawę, że nie tylko ja miałem błędne oczekiwania, co do postaci Hizumiego. Ale cóż się dziwić? Kto by pomyślał, że taka drobna osóbka może skrywać w sobie tyle siły, aby przewrócić cały dotychczasowy porządek i stworzyć własny, a następnie stanąć na jego czele i wziąć na barki cały jego ciężar? Wszyscy podziwiali go i dziękowali mu za stworzenie Piekła 2.0, ale w gruncie rzeczy obawiali się, że jest to następcą podobnym do swojego poprzednika, Lucyfera. Nie mieli okazji zobaczyć, jak wspaniałą osobą mógł okazać się ich zwierzchnik…
- Hizumi? – brunet spojrzał na mnie wciąż śmiertelnie obrażony za to, że śmiałem zabrać mu jego słodycze. Na ten widok zachichotałem. – Co ty na to, żebym ci coś dzisiaj ugotował? Coś normalnego – zaznaczyłem, na co mężczyzna odparł mi jedynie prychnięciem. – Będzie ci smakowało, obiecuję – zaśmiałem się.

Z powodu artykułu w ostatnim czasie spędzałem dużo czasu z Hizu. Obaj zgodnie stwierdziliśmy, że najlepiej będzie przedstawić społeczeństwu portret ich władcy widziany oczami innej osoby – to znaczyło, że nie zamierzałem publikować obrazu, w jakim brunet widział sam siebie, ale w jakim ja go widziałem. Z tej racji potrzebowałem nieco czasu, aby go poznać i wystawić mu jakąś opinię. Póki co, wszystko szło ku dobremu. Wyłapywałem coraz więcej ciekawych drobnostek i anegdot w jego zachowaniu i wyglądzie. Coś czułem, że ten artykuł mógł zrobić prawdziwą furorę.