Yaoi attack - come back to Gdańsk + konkurs

Witam, witam! Po prostu nie mogłyśmy powstrzymać się z Amidamaru i wykonałyśmy kolejny nalot na Gdańsk xD Sprawdziłyśmy - nasze poprzednie działa nadal są widoczne i nikt ich nie zepsuł. Oto kilka nowych naszych pomysłów, a tak naprawdę może i produktów xp

Dobra, rozpoczynam Amiadmaro-Kito Mango-telezakupy! Licytacje; ceny proszę pisać w komentarzach!

1. Przedmiot pierwszy to rzecz codziennego użytku - papier toaletowy (szary) marki Hizumi&Zero (na sej strajtaśmie właśnie jest napisane Hizumi i Zero, ale nie wiem, czy to jest widoczne, bo jakieś takieś zdjęcie nieciekawe wyszło :-/ )
Punkt odbioru: toaleta kina Cinem City "Krewetka" w Gdańsku xD - przedostatnia kabina


2. Przedmiot numer dwa: spłuczka marki Hizumi&Zero! (tak, wiem to zdjęcie jest powalające - ach ta moja odbijająca się ręka i telefon ;D) Za serduszko naliczamy dopłaty ;p
Punkt odbioru: toaleta kina Cinema City "Krewetka" w Gdańsku - ostatnia kabina


3. Przedmiot trzeci to drzwi do yakuzowni, jak głosi sam napis:


Zostały one przez nas pięknie ozdobione przez: karykaturę Kyo (moja robota xD nie zabijać mnie za to!), rozterki na temat Kyo (wokalisty) i Kyo (z taką kresą nad "o", ale nie chce mi się już tego szukać w wordzie xD Sorry. W każdym bądź razie to Kyo z kreską nad "o" oznacza dzisiaj), matematyczne serduszko (pierwiastek z dziewięciu - robota Ami), mój niedokończony napis w hiraganie (akurat jakiś gościu szedł, więc nie mogłam dokończyć :'( ) oraz listę członków yakuzy, do której te drzwi należą ("gang krzywych zębów - so cute" - taka nazwa, jakby się ktoś pytał xD). Na tej liście znajdują się: Tooru Niimura, Yoshida Hiroshi oraz Tanabe Yutaka - ewentualnych, kolejnych kandydatów proszę zgłaszać w komentarzach.
Punkt odbioru: nie mam pojęcia - gdzieś naprzeciwko małej kawiarni, gdzie nie ma kawy 


4. Przedmiot czwarty i zarazem ostatni to dziwaczny świecznik wraz ze świeczką marki Hizumi&Zero (robota Ami). 
Punkt odbioru: dziwna knajpa naprzeciwko kina Cinema City "Krewetka", gdzie ściany są sklejone taśmą klejącą xD



A teraz kilka bonusów:

1. Dzwonienie do ludzi domofonami i pytanie się, czy nie widzieli może naszego kolegi Shimizu Michi'ego lub Yoshidy Hiroshi. Niestety nikt nie widział... Jakby ktoś z was widział ich, to proszę napisać w komentarzu!
Dodam, że dzwoniłyśmy do gościa o nazwisku... Stoper. Tak, właśnie Stoper - nie zmyślam!
I tekst Amidamaru "Panie Stoper, ma pan Stoperan?" - do tej pory się z tego śmieję xD

2. Idziemy sobie kulturnie chodnikiem z kawą za cholerne 7,50 i słyszymy jak facet za nami rozmawia przez telefon:
- Co?... Nie... Hiro... Hiroczi? Nie, no mówię Hiro!
Porozumiewawcze spojrzenie między Kitą a Amiadamaru.
- W sensie Hiroshi? Yoshida? - Ami.
- A może Hiroto z Alice Nine? - Kita.
- No... Właśnie! Kira! Kyo? - znów się odzywa ten facet.
Kolejne porozumiewawcze spojrzenie.
- Kira z Death Note? - Kita.
- Kyo z Dir en Grey? - Ami.
- Kyo został Kirą - Kita.

3. Azjato-podobny; tak nazwałam chłopaka, który siedział w tunelu i grał na gitarze. Bynajmniej wyglądał na takiego z daleka xD Chciałam do niego podejść i zapytać się, czy zagrałby mi Guren albo Screen, ale niestety nie było już czasu (na jeden autobus i tak już się spóźniłam, więc sorry... powiedziałam, że nie będę do niego biegać... >.<) Ale następnym razem jak będzie to obiecałam sobie i Ami, że dam mu nawet wydrukowane nuty xD Jak już ma grać, to niech gra porządnie!

No dobra - z yaoi atack to tyle, bo byłam krótko, więc za dużego pola do popisu nie miałyśmy. Miał byś wypad do sex shopu, ale zapomniałam! Przypomniało mi się dopiero w autobusie... Cholerna skleroza! Może następnym razem nam się uda...
A propos następnego razu... wydaje mi się, że trzecie yaoi atack będzie najlepsze, gdyż, o zgrozo, żeby tylko wypaliło, będzie charakteryzacja, więc możliwe, że zobaczycie jak wyglądamy, chociaż niczego nie obiecuję (Boże, mój krzywy ryj... Masakra...).
To by było na tyle.

KONKURS!!!

Chcesz wziąć udział w yaoi atack i spotkać się ze mną? Napisz w komentarzu, gdzie mieszkasz! (Jeżeli mieszkasz w takiej małej miejscowości jak ja, to napisz duże miasto, do którego masz najbliżej) Miasto, które zostanie wymienione najwięcej razy, wyrywa! Postaram się na długi weekend przyjechać właśnie do Ciebie!
Osoby z trójmiasta i okolic - piszcie Gdańsk. Jeżeli chcecie się spotkać; piszcie do mnie na maila - po coś go w końcu założyłam, nie? Ustalimy pasujący wszystkim termin!


A teraz podziękowania, bo wszyscy dziękują, a ja wyjdę na taką nieczułą, że nic wam się nie odpłacę... xD

Amidamaru - Boże, mam to wszystko wymieniać? No dobra; dziękuję za to, że: spotykasz się ze mną, niszczysz ze mną swoje miasto i razem ze mną jesteś wandalem, piszesz ze mną sms i tracisz na mnie kasę, za to, że piszesz najdłuższe komentarze, po których nawet Red Bull'a nie muszę pić, bo ty mi dodajesz skrzydeł, za to, że jednak piszesz, nie opuściłaś bloga i nie pozwoliłaś mi popełnić samobójstwa z powodu niedomiaru twoich opowiadań, za to, że kiedy pisałam jeszcze na onet'cie nawet na telefonie czytałaś moje wypociny i złamałaś hasło do wi-fi, mój ty hackerze jeden <3 etc. Pamiętaj, że cię kocham!

Anonimie - każdy osobniku miłujący yaoi, który nie masz czasu wymyślić sobie pseudonimu i podpisać się na dole komentarz; dziękuję za wszystko. Nie będę wymieniać każdego anonimowego komentarz, bo mi życia chyba by nie starczyło...

Aoi Konoe - wspierasz mnie dziewczyno... ale i tak będę zła i na ciebie nakrzyczę! Napisz mi coś wreszcie! Ja chcę "Coocon"! I pamiętaj o Tsu x Hizu. Bardzo ucieszyła mnie twoja propozycja, co do wspólnego napisania ficka - lubię pisać z innymi osobami :)

Lilien - OMG, że tak się ładnie wyrażę... tu też jest długa lista - przez pewien okres czasu cię nie było, ale teraz znów powróciłaś! Dziękuję za to, że jesteś przy mnie przez... w sumie przez cały czas. Odkąd pisałam na onet'cie ty byłaś już stałym odwiedzającym. Jesteś jednym z moich głównych motywatorów, dla których wciąż piszę. Pamiętaj, że cię kocham!
xMidziak - a ciebie to zbesztać powinnam, a nie chwalić, bo mnie tu wywyższasz i przez ciebie będę jeszcze bardziej zadufana w sobie, ot co! Cały czas powtarzasz mi jak ja to cudownie piszę... Twój ostatni tekst mnie po prostu zabił: "PS Chciała bym cię móc kiedyś zaprosić do siebie, ale jak na razie to nie mam poziomu ._. " - jeśli ja mam jakiś poziom... to literatura polska schodzi na psy... Mimo wszystko miło jest choćby poudawać, że ci wierzę, iż w istocie masz mnie za taką "pisarkę" ;] Twoje słowa są bardzo miłe - zauważyłam, że coraz częściej widzę twoje komentarze pod postami i są one coraz dłuższe - to się chwali! <3 Pamiętaj, że cię kocham!

mi rai - twoje komentarze są na ogół krótkie, ale cieszę się, że w ogóle wysilasz się, żeby postukać trochę w tą klawiaturę xD 

Reila - Chwalisz mnie podobnie jak xMidziak, ale ja zapewniam cię, że nie jestem taka za jaką mnie uważasz. Twoje komentarze na ogół również nie są długie, ale treściwe i także motywują.Pamiętajcie, że każdy - nawet najkrótszy komentarz motywuje i jest pokarmem dla autora!

No, myślę, że najbardziej aktywnych nagrodziłam <3 :*Smuci mnie tylko to, że dużo osób, które kiedyś zaglądały na mojego bloga na onet, dziś zaginęły. Zresztą... W porównaniu do tamtych statystyk, mam wrażenie, że coraz mniej osób porywa się na to "szaleńcze i nieprzyzwoite" pisanie komentarzy. W takim razie moje pytanie do was brzmi: Dlaczego? To moja wina? Zmienił mi się w jakiś sposób styl pisania - na gorsze?


Oneshoot Ryoga x Kifumi (BORN)


Tytuł: Red Desire
Paring: Ryoga x Kifumi (BORN) dlaLilien :*
Typ: oneshoot
Gatunek: yaoi-cuspospolituj
Beta: Hoshii.

Dedykowane dla Lilien :*


- Ja i tak was nie rozumiem… - przewrócił oczyma basista.
- Boże, czego ty znowu nie rozumiesz? – westchnął cierpiętniczo K.
- No tego całego klipu… Dlaczego wy jesteście tacy sztampowi? Czemu zawsze musi występować tam dziewczyna? Przecież to jest już nudne! – prychnął i opadł na kanapę, zajmując ją całą dla siebie, dlatego ja i Tomo musieliśmy usiąść na podłodze.
- Nie podoba ci się oglądanie półnagiej kobiety w naszym klipie? – zdziwił się Ray, który podczas nagrywania owego teledysku, który nie podobał się Kifumi’emu, jak zahipnotyzowany wpatrywał się w dziewczynę bez stanika. – Dziwny jesteś… - machnął na niego ręką. – Jak dla mnie to cycków nigdy za wiele… - rozmarzył się.
- A ja nie wiem, co was w tym tak podnieca – kontynuował swój wywód Kifumi, zakładając ręce pod głowę. – Nie umiecie nikogo wyrwać na imprezie? Internet wam odcięli i dostępu do Red Tube nie macie? – prychnął.
- A co? Wolałbyś oglądać półnagiego mężczyznę w naszym klipie? – wciął się Tomo.
- No na przykład! – basista ożywił się nieco. – To przynajmniej byłoby coś innego! Teraz,nieważne jaki klip włączysz:wszędzie gołe baby. Mnie się to nie podoba! Mam tego dość! Jakbym chciał obejrzeć porno, poszedłbym do burdelu! – lamentował.
- A czego ty się spodziewałeś? – zganił go K. – Przecież piosenka nosi nazwę „Red Desire”. Myślałeś, że pokażemy tam teletubisie na łące i wycięte zdjęcia Kai’a z The GazettE zamiast tego śmiejącego się słoneczka?
- A propos tego słoneczka… - odezwał się Ray, ale zaraz został uciszony przez perkusistę.
- Nawiązując do tego faceta, o którym wcześniej mówiliśmy… Kifumi, czy ty się dobrze czujesz? Chcesz pokazać jakieś yaoi w naszym klipie?! Wiesz jakby na to zareagowała publiczność?! – wydarł się.
- A co mnie publiczność? – rozwalony na kanapie muzyk wzruszył ramionami. – Fankom by się spodobało. Zresztą, narobilibyśmy dużo szumu, więc pisaliby o nas w gazetach! Zyskalibyśmy na popularności!
- Ta… Bylibyśmy znani jako pederaści i zboczeńcy – fuknął K.
- A tak uważają nas za normalnych facetów, którzy gapią się na cycki baby, która w samych majtkach i jakiejś dziwnej masce, której także nie rozumiem, wystąpiła w naszej piosence, tak?
- Dokładnie – potwierdził gitarzysta.
- I to niby ja tu jestem dziwny… - Kifumi załamał się i pokręcił głową z politowaniem dla całego, zboczonego świata. – I jest jeszcze jedna rzecz, której nie rozumiem…
- Jezu, zlituj się nad nami – westchnął Ray, łapiąc się za głowę. – Będziesz roztrząsał sprawę tej maski? Dobra, jest dziwna, ale, cholera, nie my ją projektowaliśmy, więc daruj!
- Nie o tym chciałem powiedzieć – warknął basista, przewracając się na bok, po czym pogładził mnie po włosach. – Ryoga – zwrócił się do mnie. Drgnąłem na wydźwięk mojego imienia – możesz mi wyjaśnić, dlaczego, do kurwy nędzy, ty gryzłeś tą dziewczynę po kolanach? I dlaczego to zostało wyemitowane?!
Wyrwany z letargu spojrzałem zdumiony na basistę, po czym potrząsnąłem głową, aby się w niej rozjaśniło. Kiedy trafiły do mnie jego słowa, odpowiedziałem z głupią miną:
- A miałem ciebie gryźć po kolanach? – zdumiałem się, na co wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem. Tylko ja i ciemnowłosy mierzyliśmy się spojrzeniami. Ja nie wiedziałem, co zrobić (a tym bardziej nie rozumiałem, co tak rozśmieszyło pozostałych), a Kifumi wydawał się intensywnie nad czymś myśleć. Gdy w końcu śmiech ucichł, basista odezwał się:
- To nie jest głupie! – reszta zespołu spojrzała na niego jak na idiotę, jednak on się tym nie przejął i wpatrywał się wciąż we mnie. – Z tym facetem, to rzeczywiście byłaby przesada… Miałeś rację Tomo, mogłoby to zostać przez wielu uznane za niesmaczne, ale gdybyśmy tak ograniczyli siętylko do naszej piątki?
- W sensie, że mamy lizać się między sobą i pokazać to w klipie? – upewnił się Ray.
- A co? Już nie raz tak robiliśmy! Trochę fanservice’u nie zaszkodzi, a spodoba się fanom! Nagrajmy to jeszcze raz!
- Bez urazy, ale nikt nie będzie cię gryźć po kolanach, Kifumi – westchnął perkusista.
- Ja mogę – zdeklarowałem się i położyłem dłonie na kolanach basisty, opierając się o niego i jednocześnie odwracając tyłem do reszty. – Ładne masz te kolanka… - uśmiechnąłem się i w zaczepny sposób zacząłem ciągnąć zębami za materiał rurek, które miał dziś na sobie. Przez to, że były obcisłe, od czasu do czasu przygryzałem także jego skórę… a wcale nie robiłem tego delikatnie. Ciemnowłosy przeczesał palcami moje włosy, odgarniając grzywkę, która wpadała mi do oczu.
- Ryoga… to wygląda conajmniej… źle… - zauważył K. – Wiesz… siedzisz na podłodze między rozchylonymi nogami Kifumi’ego, przez co wyglądasz, jakbyś miał mu zaraz… no wiesz… - przewrócił oczyma.
- Obciągnąć? – dokończyłembezwstydnie.
- Ta, właśnie…
- Ej! To będzie fajne! – wykrzyknąłem. – Ogólnie ten pomysł Kifumi’ego może wypalić! Wiecie… Możemy nagrać to właśnie w taki sposób!
- Taki, to znaczy jaki? – dociekał K.
- Możemy „sklecić” ten klip z takich dwuznacznych urywków! Nikt nie będzie się z nikim pieprzył ani rozbierał, ale będziemy pokazywać właśnie coś takiego – że niby wygląda, jakbym chciał obciągnąć naszemu basiście, ale przecież tego nie zrobię!
- To byłoby przynajmniej oryginalne, a nie takie sztampowe! – dodał chłopak, który chwilę po tym, jak to powiedział, podniósł mnie i usadził na własnych kolanach, po czym zaczął gładzić moje udo. Pozostali spojrzeli na nas krzywo.
- No nie wiem…
- Nie jestem przekonany…
- Może lepiej zostawmy to tak jak jest… - próbowali się wymigać.
- Oj, dajcie spokój! Możemy tylko spróbować! Jeśli w trakcie nagrywania, czy po obejrzeniu pełnych efektów naszej pracy,uznamy, że to jednak nie jest dobre, nie musimy tego publikować! – próbowałem ich zmotywować.
- Bez urazy dla nikogo, ale nie chciałbym wylądować na jakiejś stronie xxx w filmiku, w którym wyglądam jakbym któremuś z was miał się zarazsprzedać… - odezwał się jasnowłosy gitarzysta,który wyglądał jakby zjadł właśnie całą cytrynę.
- Dajcie nam szansę! – jęknął błagalnie basista, zaciskając dłoń na moim kolanie.
- No dobra – westchnął perkusista, który również nie był zachwycony naszym pomysłem. – Szansę możemy wam dać. Napiszcie scenariusz, który pokazywałby jak wy to widzicie. Potem to przeanalizujemy i stwierdzimy, czy w ogóle ktoś oprócz was będzie chciał w tym wystąpić…

***

- Matko! To też odpada! Kifumi, nie oszukujmy się! To jest niewypał! – załamałem się. – Oni nie będą chcieli w tym wystąpić!
- Ryoga, nie trać nadziei! – próbował mnie pocieszyć. – Nie gnieć tej kartki! No nie wyrzucaj jej! – sapnął wściekły, kiedy wrzuciłem kolejną papierową kulkę do śmietnika. Basista wstał i podszedł do papierowej góry wyglądającej z plastikowego kubła i zaczął szukać w niej kartki, którą tam dorzuciłem. – Nie możesz nastawiać się na „anty”. Ty już wymyślasz… A to w tym Ray nie będzie chciał zagrać, a na to K się nie zgodzi… daj spokój! Przedstawimy im sześćdziesiąt tysięcy wersji i na którąś będą musieli się zgodzić! – rozwijał zgniecione kartki jedną po drugiej aż w końcu zalazł to, czego szukał. – Ha! Mam! – przebiegł wzrokiem po tekście. – A nie… to jednak nie to – westchnął. – Ale to też się nada. Łap! – rzucił we mnie papierową kulką, która odbiła się od mojej głowy. Zacząłem kląć pod nosem. – No mówiłem, żebyś złapał… - podszedł do mnie i uderzył mnie lekko pięścią w ramię. Spojrzałem na niego zawistnie, jednak w moim wyrazie twarzy wyłapał inne uczucie, które za wszelką cenę chciałem ukryć. – Wiem, że jesteś smutny – objął mnie ręką. – Ja też chciałbym, żeby to przeszło…
- Ja nawet nie mam nic do tej półnagiej baby, ale chciałbym zrobić coś oryginalnego! Narobić dużo szumu! – wyrzuciłem ręce w powietrze. –Jednak, jak zawsze, musi być jakieś pierdolone „ale”! – wkurzyłem się. Z jednej strony niby byłem wściekły, a z drugiej totalnie wykończony tą wściekłością i bezradnością zarazem. Ułożyłem głowę na ramieniu chłopaka i ziewnąłem. Była już noc, a my nadal siedzieliśmy w tej naszej nieszczęsnej salce w studiu…
- No wiesz, zawsze istnieje taka opcja, że oni będą sobie tańczyć, grać i tak dalej – machnął ręką, podkreślając, iż jest to nieistotne – a my możemy się całować – wzruszył ramionami. – Jeśli oni nie będą chcieli być oryginalni to my będziemy!
- Jak tylko nasza dwójka tak zrobi, to nie będziemy oryginalni! Bo to już było! BREAKERZ tak zrobili w „Real Love”! Tak samo zachowywała się ta dwójka z ADAMS!
- Tych ostatnich, o których mówisz nie znam, ale wierzę ci na słowo… Myślisz, że żeby wzbudzić prawdziwe zainteresowanie i wywołać skandal, to musi wziąć w tym udział cały zespół?
- No! – jęknąłem. – Wiesz… dwójka to nic, ale piątka… to już coś!
- Pięciokącik? – zachichotał.
- Fajnie by było, ale oni się nie zgodzą… - westchnąłem i wyrwałem się z jego objęć, po czym położyłem się na sofie, zwijając w kulkę. – Jestem zmęczony… - wyznałem.
Kifumi ułożył się za mną i objął mnie w pasie, przyciągając do siebie. Miałem na sobie grubą bluzę i było mi zimno, a on był w samej koszulce z krótkim rękawem i grzał jak piecyk. Odwróciłem się do niego przodem i przywarłem do jego torsu, chcąc się nieco ogrzać.
- Masz zimne dłonie – zauważył, chwytając moje ręce i bawiąc się moimi palcami.
- Bo mi zimno – mruknąłem.
Basista wsunął moje dłonie pod swoją bluzkę, układając je na swoim brzuchu. Kifumi był tak gorący, że jego rozgrzana skóra niemal parzyła mi palce. Kiedy poczułem to gorąco aż zachłysnąłem się powietrzem z wrażenia. Po chwili przytuliłem się do niego całym ciałem, chcąc odebrać mu trochę tej wysokiej temperatury. Ciemnowłosy gładził mnie po głowie, a następnie zaczął masować mój kark. Jego długie, szczupłe i przede wszystkim gorące palce były przyczyną przyjemnych dreszczy, które mną wstrząsały. Kiedy chłopak zauważył to, wsunął dłoń pod moją bluzę i raz za razem przejeżdżał palcami wzdłuż kręgosłupa. Chichotałem wtedy i wyginałem się w różne strony; łaskotało mnie to. Kiedy znudziła mu się już ta zabawa, przeszedł do następnej. Zaczął wciskać mi palce między żebra i podszczypywać mnie, przez co śmiałem się jeszcze głośniej i wierzgałem nogami. Rękami próbowałem jakoś bronić się przed jego kolejnymi atakami, ale moje próby spełzły na niczym, gdyż nie umiałem zmusić go, żeby wyjął ręce spod mojej bluzy.
- Ki… Kifumi! Przestań! – zwijałem się ze śmiechu i próbowałem go jakoś odepchnąć, ale nie wychodziło mi to.
- Ale dlaczego? Mnie się to podoba – zachichotał i przewalił mnie na plecy, po czym usiadł na mnie okrakiem i rozpiął moją bluzę. – Chyba już ci cieplej? – uśmiechnął się, kiedy pokiwałem głową. Wyjął moje ręce z rękawów, a następnie nachylił się nade mną. Przez chwilę zastanawiałem się, co zamierzał zrobić, kiedy nagle… znów wbił mi palce między żebra, przez co zaśmiałem mu się prosto w twarz! – Nie pluj, z łaski swojej – zaśmiał się.
- Ja? Ja nie pluję, ot co! – zachichotałem, a on znowu mnie zaatakował. – No, przestań! – znów zacząłem się śmiać i wiercić.
- Miałeś mi coś zaoferować w zamian! – przypomniał.
- Au! – zawyłem. – To boli! Przestań, bo nie mogę się skupić, żeby wymyśleć, co ci dać w zamian!
- Nie możesz się skupić… Słaby argument – zaśmiał się i znów zaczął mnie maltretować.
- A czego… Au!... byś chciał w zamian za to, że przestałbyś robić mi krzywdę? – poszedłem na łatwiznę; nie mogłem wymyślić niczego sensownego.
- Hm… - wyprostował się, nadal siedząc na mnie okrakiem i przez chwilę zastanowił się. – Odpowiesz mi trzy razy tak.
- Ale… Na co? – nie rozumiałem, o co mu chodziło.
- Po prostu przytaknij, a przestanę się nad tobą „znęcać” – uśmiechnął się.
- No… dobra – pokiwałem głową. W sumie to… conibymogłem stracić na takim układzie?On przestałby mnie dręczyć, a ja po prostu miałem mu trzy razy powiedzieć tak. – Mam powiedzieć tak, tak, tak. I tyle? – zdziwiłem się.
- Nie – zachichotał i zszedł ze mnie. – Red desire?
- Co? – zgłupiałem, jednak pod siłą nacisku jego wzroku mniej więcej zrozumiałem. – Aaa… Kumam! Tak!
- Sex on the beach?
- Tak!
Kifumi wstał i nic już więcej nie mówiąc, pociągnął mnie za rękę. Wyprowadził mnie ze studia, uprzednio nawet nie zabierając stamtąd naszych rzeczy, czy zamykając drzwi na klucz. Wyszliśmy na parking, gdzie chłopak władował mnie do swojego samochodu. Byłem totalnie zagubiony i nie rozumiałem jego zachowania, przez co przez chwilę czułem się jak uprowadzony główny bohater w filmie akcji.
- Gdzie jedziemy? – zapytałem, jednak on mi nie odpowiedział, a jedynie uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Znaleźliśmy się na obrzeżach miasta. Basista zboczył z głównej trasy i zaczął manewrować po coraz węższych uliczkach. W prawo, w lewo, w prawo, w prawo, w lewo… i zgubiłem się. Kompletnie nie wiedziałem, gdzie się znajdowaliśmy. Z dziwną miną spojrzałem na ciemnowłosego, który nadal uśmiechał się pod nosem. Nagle przed nami jakby spod ziemi wyrosła zielona ściana lasu.
- Chyba się zgubiliśmy… - powiedziałem cicho, na co on zachichotał i wjechał do lasu.
Wtedy to już w ogóle poczułem się jak w filmie – jak w tych wszystkich horrorachklasy B, a nawet C, kiedy morderca wywozi swoją ofiarę do lasu, przywiązuje ją do drzewa, a potem zabija w bestialski sposób siekierą. Po udanej masakrze zazwyczaj jeszcze przygląda się swojemu „dziełu”, a nieraz nawet obliże swoje palce, które są w hektolitrach keczupu albo czerwonej farby, która miała być imitacją krwi. Zaśmiałem się, kiedy wyobraziłem sobie Kifumi’ego w roli takiego mordercy. To wyglądało wręcz groteskowo!
Jechaliśmy po jakiejś piaszczystej drodze, a właściwie dróżce, która nie była przeznaczona dla samochodów, o czym świadczyła choćby jej szerokość – co chwilę jakieś gałęzie bębniły o boczne lusterkai szyby.Bałem się, że auto się zakopie i za chwilę razem będziemy musieli je pchać, na co nie miałem najmniejszej ochoty, jednak obyło się bez tego. Dojechaliśmy… na plażę. Na dziką, niestrzeżoną plażę, która chyba była częścią parku krajobrazowego, a może nawet i narodowego, chociaż nie byłem tego pewien. W końcu basista zatrzymał się i wyłączył silnik, po czym wysiadł, dając mi ręką znak, żebym poszedł w jego ślady. Zrobiłem to bezzwłocznie i podbiegłem do niego.
- Po co tutaj przyjechaliśmy?
- Pięknie, prawda? – udał, że nie usłyszał mojego pytania.
Co, jak co, ale musiałem przyznać, że miał rację. Niebo było bezchmurne, a wielki talerz księżyca wyglądał urzekająco w towarzystwie cudownie migających setek gwiazd. Woda leniwie, wręcz ospale falowała. Wydawała się być srebrna od blasku księżyca, który się w niej odbijał. Od strony morza wiała delikatna i rześka bryza, która unosiła nasze włosy. Uśmiechnąłem się – lubiłem takie widoki. Piasek, po słonecznym dniu, nadal był ciepły i czysty. Wszędzie było cicho i pusto; istny raj dla weny, która nagle do mnie zawitała. Zacząłem przeszukiwać kieszenie w nadziei, że znajdę długopis, czy choćby kredkę do oczu (już nie potrzebna była mi kartka – mogłem pisać na rękach), kiedy basista znów złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Objął mnie w pasie i poprowadził w głąb plaży. Zaprowadził mnie na wydmy, po czym pchnął mnie tak, że usiadłem na piasku. On również usiadł; naprzeciwko mnie i uśmiechnął się pięknie.
- Po co mnie tutaj przyprowadziłeś? – zapytałem, a muzyk popchnął mnie jeszcze raz, tak, że tym razem położyłem się.
Zawisł nade mną i spojrzał mi w oczy. Jego oczy lśniły i widziałem w nich płomyczki radości, której z pewnością nie umiałbym opisać słowami. Nie wiedziałem, z czego się tak cieszył. Zacząłem o tym rozmyślać, kiedy nagle… pocałował mnie! Delikatnie muskał moje usta, a kiedy nie wyczuł z mojej strony żadnego oporu, polizał moją dolną wargę. Uchyliłem usta, choć sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Może to była chwila słabości, a może chciałem tego już od dawna… Może myślałem, że ciemnowłosy chciał „poćwiczyć” do tego klipu? To wytłumaczenie chyba było najgłupsze, ale tak wiele zrodziło się ich w mojej głowie, że nawet nie zauważyłem, kiedy objąłem go za szyję i zacząłem oddawać pocałunki. Nasze języki splotły się i zaczęły razem bawić. Co chwilę przechodziły mnie dreszcze, co chłopak doskonale mógł wyczuć.
W pewnym momencie Kifumi wsunął rękę pod moją bluzkę i zaczął mnie dotykać. Na początku spiąłem się, ale kiedy zaprzestał, poczułem niedosyt. Sugerując mu, że ma wznowić pieszczotę, sam zacząłem go dotykać. Nie chciałem się spieszyć, ale… nie wyszło. Po prostu nie dałem rady i po chwili zdarłem z niego koszulkę, odrzucając ją. Pożądanie wzięło nade mną górę. Basista pozbył się także mojej górnej części garderoby, po czym zszedł z pocałunkami na szyję. Raz całował, raz lizał, a od czasu do czasu nawet przygryzał skórę na mojej szyi, pozostawiając na niej drobne malinki. Kiedy tak się ze mną bawił, wzdychałem głośno, dając mu tym samym znak, że mi się podoba. Dotarł do torsu, gdzie nie zabawił długo – na chwilę jedynie zatrzymał się przy sutkach, ale w jego planach było coś zupełnie innego. Zjechał od razu na podbrzusze i dopiero wtedy zrozumiałem, że tutaj zaczyna się zabawa. Chłopak wsunął mi język do pępka i przez moment się tak bawił, a następnie po prostu zaczął mnie lizać. Czułem jak podniecenie zbierało swoje żniwa w postaci ubywającego w zastraszającym tempie miejsca w moich spodniach. Nie wiedziałem, że, zpozoru, taka drobna pieszczota, mogła być tak przyjemna… Kifumi nie zaprzestając kreślenia językiem na moim podbrzuszu szlaczków, rozpiął mi rozporek, a po chwili zdjął ze mnie spodnie, co dało mu możliwość zejścia jeszcze niżej. Pojękiwałem cicho, kiedy od czasu do czasu wsuwał język za linię bokserek. W momencie, kiedy myślałem, że zdejmie ze mnie ostatnią część garderoby, on zaczął całować mnie po wewnętrznych stronach ud. Zachłysnąłem się powietrzem i rozsunąłem przed nim nogi, dając mu do zrozumienia, że tego chcę. Robiło mi się coraz goręcej, mimo że piasek stawał się coraz zimniejszy. Kiedy był już naprawdę blisko mojego krocza, próbowałem zacisnąć dłonie na sypkim piachu tak jak na pościeli, ale oczywiście nie wychodziło mi to.
- Proszę… Zrób to wreszcie… - wyjęczałem, kiedy lizał moją męskość, przez materiał bielizny.
Basista uśmiechnął, po czym w końcu zlitował się nade mną i ściągnął ze mnie bokserki. Polizał żołądź, po czym, już bez zbędnych gier, wziął mnie w usta. Powoli poruszał głową do przodu i do tyłu, chcąc tym samym przedłużyć zabawę. Było mi cholernie dobrze… Korzystając z tego, że chłopak wybrał tak ustronne miejsce, pozwoliłem sobie na… jakby to ładnie ująć? Głośne potwierdzanie przyjemności, jaką on mi sprawiał. Krzyczałem na całe gardło, wplątując palce w jego włosy i delikatnie go za nie ciągnąc. Na początku chciałem, żeby przyspieszył, ale potem zrozumiałem, że takie „słodkie tortury” są o wiele przyjemniejsze. Zresztą… to przedłużanie dawało mu więcej czasu na „popisy”. Muzyk wyczyniał ze mną cuda, a ja krzyczałem jego imię, wychwalając go pod same niebiosa. Miałem wrażenie, że złapałem Boga za nogi… a kiedy pomyślałem, że to dopiero początek, uznałem, że moim Bogiem właśnie został Kifumi. Ssał, lizał i przygryzał moje przyrodzenie sprawiając mi niewyobrażalną przyjemność. Mimo, iż było mi tak dobrze, wiedziałem, że przy takim tempie nie dojdę. Jak się okazało basista też o tym wiedział (mentalista jeden, no!) i w pewnym momencie nagle ostro przyspieszył, przez co po kilku chwilach spuściłem się w jego usta.
- Aaach! – krzyknąłem. – Prze… Przepraszam – wyszeptałem, kiedy zauważyłem, że ciemnowłosy wszystko przełknął.
Pocałował mnie, jakby chciał powiedzieć „nie przepraszaj”, po czym zdjął swoje spodnie. Wtedy nagle mi się przypomniało, że on nie rozebrał się jeszcze! Zacząłem szamotać się z jego bielizną; Kifumi trochę mi pomógł i już był od niej uwolniony. Kiedy ogarnąłem go wzrokiem, uśmiechnąłem się do siebie, po czym przyciągnąłem go do jeszcze jednego pocałunku. Chłopak na oślep sięgnął do swoich spodni i wyjął coś z ich kieszeni. Po tym, oderwał się ode mnie, a ja otworzyłem oczy i kiedy zobaczyłem, co trzyma w ręku, zaśmiałem się.
- No chyba żartujesz – prychnąłem i wyrwałem mu z ręki prezerwatywę, po czym wyrzuciłem ją gdzieś za siebie. – Jestem czysty jak łza. Niczym się nie zarazisz – powiedziałem dobitnie.
Chłopak uśmiechnął się i pocałował mnie jeszcze raz. Potem podstawił mi trzy palce, które ja dokładnie oblizałem, pozostawiając na nich grubą warstwę śliny. Basista podniósł mnie delikatnie i zaczął napierać na moje wejście pierwszym z palców, jednocześnie znów przywierając do moich ust. Na początku nie było przyjemnie… Krzywiłem się, jednak wiedziałem, że później mi to zrekompensuje. Kiedy dodał drugi palec i zaczął mnie rozciągać, gryzłem go w dolną wargę, ciągnąc za nią, kiedy bolało i wyginałem się w przeróżne strony. Przy trzecim palcu, jęczałem z bólu i mrugałem wściekle, starając się nie uronić łzy. Muzyk widząc, że źle to znosiłem, zaczął onanizować mnie drugą ręką, aby odciągnąć moją uwagę od bólu. Kiedy uznał, że byłem wystarczająco dobrze przygotowany, wyjął ze mnie palce, a ja poczułem się dziwnie pusty w środku. Zaraz potem jednak zaczął na mnie napierać swoją erekcją, a ja zachłysnąłem się powietrzem. Wchodził we mnie powoli, mocno zaciskając dłoń na moim przyrodzeniu – mimo to i tak odczuwałem ból. Dawno już nie kochałem się z mężczyzną, dlatego musiałem swoje „ścierpieć”. Ciemnowłosy scałowywał moje łzy. Wszedł we mnie do końca, jednak nie poruszał się, dając mi czas na przyzwyczajenie się do jego obecności we mnie. Wziąłem kilka głębszych wdechów i rozluźniłem się na tyle, na ile w tym momencie mogłem i zacząłem się pod nim poruszać, dając mu znać, że już jestem gotowy.
- Nie jestem ze szkła… - uśmiechnąłem się mimo łez, co on odwzajemnił i pocałował mnie ponownie.
Jego pierwsze ruchy były bardzo powolne i płytkie; mimo to i tak głośno jęczałem. Z czasem ból zamieniał się w przyjemność, a ja rozluźniłem się już całkowicie i zacząłem go popędzać. Powtarzałem jego imię jak mantrę, wychodząc naprzeciw jego pchnięciom, aby wbił się we mnie jeszcze głębiej. Kochanek wchodził we mnie pod różnymi kątami, szukając mojego czułego punktu. Jęczałem wprost do jego ucha, wbijając paznokcie w delikatną skórę na plecach. Nasze oddechy stawały się coraz płytsze, a pchnięcia głębsze. Co chwila zalewały mnienowe fale gorąca. Obaj byliśmy już blisko, gdy nagle Kifumi trafił w moją prostatę.
- Tak! Tak! Nnn!... Właśnie tu! – krzyczałem wijąc się pod nim z rozkoszy.
Teraz trafiał już raz za razem, przez co po chwili doszedłem i zacisnąłem na nim mięśnie. Chłopak wykonał jeszcze kilka chaotycznych ruchów, po czym sam rozlał się we mnie, zalewając moje wnętrze spermą. Kiedy to poczułem, zadrżałem z przyjemności. Ciemnowłosy opadł na mnie wykończony. Przez chwilę obaj regulowaliśmy oddech, a gdy jemu jako-tako już się to udało, ponownie podniósł się, wyszedł ze mnie, na co jęknąłem rozżalony i położył się koło mnie, obejmując ręką w talii. Przylgnąłem do jego torsu i ukryłem nos w zagłębieniu jego szyi, nadal ciężko dysząc.
- Byłeś wspaniały… - szepnąłem mu na ucho.
- Ty również – odpowiedział mi i pocałował mnie w ramię, po chwili układając na nim głowę.
Przez moment jeszcze odpoczywaliśmy, po czym Kifumi delikatnie odsunął się ode mnie i pocałował mnie krótko. Uśmiechnął się zawadiacko, po czym odezwał się:
- Red desire – dotknął mojej męskości, na co ja cicho westchnąłem i zarumieniłem się, zrozumiawszy, o co mu chodzi. – Sex on the beach – zatoczył dłonią koło, pokazując wszystko, co nas otaczało. Również uśmiechnąłem się i wtuliłem w niego jeszcze mocniej.
- Ale jak do tej pory powiedziałem tylko dwa razy tak – zauważyłem.
- Nie jesteś zły? – zapytał z wątpliwością, która odbiła się w jego głosie.
- Niby za co? – zdziwiłem się.
- Za to, że… praktycznie cię do tego zmusiłem – spuścił wzrok.
- Praktycznie, to ty jesteś debilem, Kifumi – przewróciłem oczyma i pocałowałem go w szyję. – Obiecałem ci, że powiem trzeci raz tak, więc… słucham. Co jest tą trzecią rzeczą?
- Wiesz… Chyba do końca nie przemyślałem tej gry – podniósł się na łokciu i wyraźnie sposępniał. – Obawiałem się, że w ogóle się nie zgodzisz… że mnie odrzucisz… Potem, kiedy już się niemo zgodziłeś, bałem się, że później będziesz na mnie zły… Zresztą… to nie był najdelikatniejszy sposób w jaki chciałbym ci przekazać coś... bardzo ważnego…
- Dobra, zgodziłem się na seks, nie jestem zły, wręcz przeciwnie; jestem zadowolony i zaspokojony – zbyłem go, chcąc wreszcie usłyszeć „kocham cię”. Boże, to tak trudno powiedzieć? Przecież już się kochaliśmy! Włożenie jest łatwiejsze od wypowiedzenia dwóch słów? Przecież nie brał ze mną ślubu! Najpierw będzie związek, poznawanie się etc. A dopiero później coś ewentualnie dalszego… - Więc co to za trzecia rzecz? – udawałem, że się nie domyślam.
- Ryoga – zganił mnie wzrokiem. – Nie popędzaj mnie…
- No dobrze, dobrze – uśmiechnąłem się słodko, przewracając oczyma i kreśląc niewidoczne znaczki na jego torsie.
- To, co chcę ci powiedzieć jest bardzo ważne… i nie powinno występować w tej mojej głupiej grze. To bardzo poważna sprawa i broń Boże, nie odpowiadaj „tak” tylko dlatego, że zgodziłeś się na nią, jasne? – rzucił mi poważne spojrzenie.
- Jasne – uśmiechnąłem się. – Ale ta gra jest fajna… I uczy angielskiego – zaśmiałem się. – Kontynuuj to! – zmroził mnie wzrokiem. – Wiem, wiem… Mam nie zgadzać się ze względu na grę… ale chodzi mi o to, żebyś powiedział to w taki fajny sposób – wyszczerzyłem się. – Wiesz… Było Red desire, Sex on the beach… i? – „Areyou love me?”; dopowiedziałem sobie trzecią rzecz w myślach. Albo nie… to chyba nie ma być w formie pytania tylko równoważnika zdania, więc powinno być „Love me”, nie? Rozmyślałem, w jaki sposób Kifumi w końcu to powie, kiedy z letargu wyciągnął mnie właśnie jego głos.
- Jak chcesz… Red desire?
- Yes – „zabłysnąłem” znajomością języków obcych.
- Sex on the beach?
- Yes.
Chwila ciszy.
- Marry me?
- Ye… - zatkało mnie. – Co? – wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Marry me? – powtórzył wyraźnie zestresowany. Zza siebie wyjął małe pudełeczko i otworzył je. W środku oczywiście był pierścionek… Na chwilę zapomniałem jak się oddycha. Płuca zaczęły mnie palić żywym ogniem, łzy napłynęły mi do oczu…
- Yes! – krzyknąłem w końcu i rzuciłem się na niego, przytulając mocno.
Chłopak na ślepo włożył mi obrączkę na palec i pocałował namiętnie. Zastygliśmy w pocałunku, smakując naszego niezatwierdzonego przez państwo ani Kościół małżeństwa.



DODATKI:
- Kifumi! Pobawimy się jeszcze raz w tą twoją grę? Ale teraz ja będę mówił!
- No dobrze, skarbie…
- Ale zmienimy trochę zasady, ok? Ja będę mówił seriami, bo mam znacznie więcej wymyślonych rzeczy niż ty… I niech stracę… Możesz powiedzieć tak lub nie.
- Zaczynajmy.
- Buy me a dog… no, no… Buy me a cat! Yeah! I want acat! And buy me a car. Buy house with garden for us. Give me more sex. Give me something sweet to eat.
- Yes, yes, yes, yes, yes – uśmiechnął się.
- Give me a baby. I want know your parents. Go with me to sex shop.
- No, no, yes.
- Czemu nie chcesz mieć ze mną dziecka?!
- Chcę, ale to fizycznie niemożliwe, skarbie!
- Pierdolony ginekolog się znalazł… A czemu nie poznasz mnie ze swoimi rodzicami?!
- Bo cię kocham i nie chcę żeby stała ci się krzywda. Zresztą… Gdybyśmy się razem u nich pojawili, jestem pewien, że przeprowadziliby na nas takie eksperymenty, że żaden z nas nie mógłby mieć dzieci….
- Chcę mieć z tobą dzieci!
- Mogę ci kupić lakę BabyBorn…
- Taką z logo naszego zespołu?
- Co?
- No mówisz: Baby Born. To znaczy, że to lalka, która wygląda jak dziecko i ma logo naszego zespołu? No bo przecież żadna kobieta nie mogła urodzić lalki – nie mogła jej zrobić „born”! Cholerne kobiety, czemu tylko one mogą rodzić?!
- BabyBorn to nazwa tej lalki…
- Aaa… A kupisz mi taką z logo naszego zespołu?
- Oczywiście kochanie. Dla ciebie wszystko.
ect. xD

Monsters cz.5



MONSTERS CZ. 5

- A jeśli ta osoba tego nie zrozumie? – przerwałem mu. – Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że jesteś mentalistą i potrafisz sprawić, by ludzie za każdym razem myśleli lub dostrzegli to, co ty chcesz im pokazać.
- Dopiero wtedy się odzywam – światła na jego twarzy tworzyły kolorowe mozaiki. Wyglądał cudownie w tym świetle. Chciałem zapamiętać go takim do końca życia.
- Mam rozumieć, że chciałeś mi coś przekazać, ale ci się to nie udało… dlatego tak nagle zacząłeś ze mną rozmawiać?
Muzyk spojrzał na mnie łagodnie i takowo również się uśmiechnął, po czym położył rękę na mojej dłoni, którą zaciskałem kurczowo na barierce. Delikatnie długimi, smukłymi palcami gładził grzbiet mojej dłoni.
- Dokładnie tak… - szepnął patrząc mi w oczy.

Pod jego natarczywym spojrzeniem speszyłem się i wbiłem wzrok w nasze dłonie, a dokładniej moją dłoń, którą gładził Zero. Dziwnie się czułem – jeszcze nigdy nie spotkałem się ani z podobnym człowiekiem, ani nie znalazłem się w podobnej sytuacji z chłopakiem. Gdybym jeszcze miał do czynienia z płcią przeciwną, zapewne wszystko byłoby okej, ale… co miałem zrobić, kiedy on dotykał mnie w taki sposób, w jaki dotyka się, na przykład, swoją dziewczynę? A może w Japonii to było normalne? Albo oni mieli tutaj jakiś inny „system” okazywania sobie uczuć… No tak, jestem Amerykaninem i gówno o tym wiedziałem, więc mogłem jedynie tak sobie „gdybać”. Kurde, nawet nie miałem do kogo zwrócić się ze swoimi wątpliwościami! Karyu zabiłby mnie śmiechem, a Tsukasa wydałby mnie Karyu… który zabiłby mnie śmiechem po raz drugi. A Zero? No jak zapytać go w takiej sytuacji?
Czułem się, co najmniej tak, jakby on próbował mnie poderwać! Nie no, nie miałem nic do homoseksualistów – w końcu Tyczka i jego perkusista, z którym mieszkałem przez kilka dni byli razem i to tolerowałem… i mógłbym nawet zaakceptować to, że basista również był gejem, czy biseksualistą, a ten zespół tworzyli sami pederaści, jakby to powiedziała moja mama, ale… Przecież ja z Michim znałem się zaledwie kilka dni! No… tydzień, może trochę więcej, jednak – przynajmniej w moim mniemaniu – to za krótki czas żeby się w kimś zakochać! W dodatku przecież w ogóle się nie znaliśmy… Wiedzieliśmy o sobie tylko tyle, że obaj lubiliśmy japońskiego rocka, graliśmy na basach i potrafiliśmy powiedzieć, jak ten drugi ma na imię. To chyba trochę za mało…
„Boże, o czym ja myślę!” – zganiłemsię i ledwo powstrzymałem od wykonania klasycznego „face palm”. – „To zwykły dotyk, nic poza tym! Yoshida, opanuj się i swoją wyobraźnię!” – oj źle ze mną, źle…
Shimizu spojrzał na mnie ciekawsko, jednak ciepły uśmiech nadal widniał na jego ustach. Nie wiem, dlaczego Karyu i Tsu mówili o nim jak o jakimś cichym monstrum – fakt, może nie odzywał się zbyt często, ale kiedy go przycisnąłem, nawet powstała między nami jakaś mini-dyskusja. Zero od pierwszego momentu, kiedy go spotkałem wydawał mi się być przyjazny, choć jednocześnie dość specyficzny… ale pozostaje jedno pytanie: Dlaczego pozostali dwaj muzycy wmawiali mi, że basista to prawdziwy jeździec apokalipsy? Jaki mieli w tym cel? Może nie chcieli, żebym znalazł tutaj przyjaciół – żebym cały czas czuł się jak outsider, aż w końcu łaskawie opuścił ich kraj i dał im święty spokój? No dobra, Karyu rzeczywiście mógłby się tym kierować, jednak Tsukasa? W końcu on sam zaproponował mi żebym u niego zamieszkał, a teraz chciał mnie wyrzucić? Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć… Może i Oota był narcyzem, którego najbardziej interesował własny czubek nosa, ale nie był zły, czasem wręcz pomocny, więc…
A może myśleli, że w jakiś sposób „zdegraduję” ich ukochanego Zero, dlatego woleli mnie trzymać z daleka, a wiadomo, jak w najbardziej przystępny sposób odseparować jedną osobę od drugiej - tej pierwszej wcisnąć jakieś kity, tak, żeby potem nie chciała się już zadawać z tą drugą! To wydawało mi się całkiem niegłupie… Ale znów pozostawało pytanie, czy Kenji byłby do tego zdolny? Może rudzielec coś mu nagadał, albo przekupił go w wiadomy sposób (no skoro byli razem to chyba sprawy łóżkowe nie były im obce) i wmówił, że to ja byłem tym złym i niedobrym?
Ech… Tyle pomysłów zrodziło mi się w głowie, jednak żadnego nijak nie mogłem potwierdzić. Żeby te wszystkie moje domysły jakoś poprzeć, musiałbym ich lepiej poznać i stwierdzić, czy perkusista i lider byli na tyle źli, aby wyciąć mi taki numer. Jednak żeby ich poznać potrzebowałbym trochę czasu… Z Tsu jeszcze mógłbym nawiązać jakiś kontakt, jednak biorą pod uwagę Tyczkę… oj, tu potrzebowałbym ogromu czasu, a przecież aż tyle go nie miałem, bo za dwa tygodnie znów miałem wrócić do Ameryki. Żeby to wszystko sprawdzić i rozważyć wszelkie możliwości potrzebowałbym niezależnej osoby trzeciej, która zechciałaby mi pomóc, a przy okazji nie wygadała nic chłopakom… Ale przecież ja nie znam żadnej takiego osoby! Oprócz Zero, Karyu i Tsukasy nie znam tutaj nikogo…
Ale zaraz, zaraz! Nagle doznałem olśnienia! Enya! Były wokalista Monsters! On jest tą osobą trzecią, która… chwila, chwila… olśnienie po olśnieniu! Przecież on również mnie nie lubił po tym, jak naskoczyłem na niego za to, że traktował muzykę jak grzebanie w śmieciach i w ogóle nie zależało mu na zespole… Zresztą, nie wiedziałem gdzie on mieszkał… A nawet gdybym znał adres to i tak nic by mi to nie pomogło, bo przecież nie znałem Tokio i zaraz bym się w nim zgubił!
Mimo wszystko postanowiłem spróbować…
- Zero? Wiesz może, gdzie mieszka ten cały Enya? – zapytałem cicho.

***

Wysiadłem z taksówki przed małym blokiem nadal miętosząc w ręku karteczkę z adresem byłego wokalisty, który został zapisany pochyłym pismem basisty. Cóż… Spodziewałem się, że czarnowłosy zaraz po tym, jak otworzy drzwi, naskoczy na mnie, nawrzeszczy, ewentualnie pobije i wyrzuci na ulicę, a ja z podkulonym ogonem wrócę do domu Shimizu, ale mimo to nie traciłem nadziei, że mógłbym się dowiedzieć czegoś ważnego i interesującego na temat ludzi, którzy stali się moim jedynym otoczeniem przez kilka ostatnich dni.
Wszedłem do małego budynku i wspiąłem się po schodach na drugie piętro. Stanąłem przed drzwiami z cyferką 12 i z wielką obawą, zapukałem. W chwilę po tym usłyszałem dźwięk jakby coś spadło, potem kilka siarczystych przekleństw w języku angielskim (czyżby ktoś się mnie tu spodziewał?) aż w końcu drzwi się uchyliły i zobaczyłem w nich burzę poczochranych, czarnych włosów, a następnie za nimi zaspaną twarz.
- Czy ty, kurwa, wiesz, która jest godzina? – warknąłpo angielsku.
- Wiem, wiem. Przepraszam, że nachodzę cię o tej porze, ale…
- A tak w ogóle,to po co żeś tu przylazł, przychlaście? – burknął. – I skąd masz mój adres?
- Ja tylko na chwilę… obiecuję – dodałem widząc niepewność w jego oczach.
Po chwili wahania chłopak mrucząc pod nosem coś po japońsku, czego nie mogłem zrozumieć,wpuścił mnie do swojego mieszkania.
- Jeżeli Tsukasa wyrzucił cię z domu za to, że dotknąłeś jakiejkolwiek jego rzeczy, czy,o zgrozo, zepsułeś ją, to nawet nie licz, że cię przenocuję! – wcelował we mnie palcem w oskarżycielskim geście. – Jestem rasistą!
- Em… Ale ja też jestem Japończykiem, wiesz? Tylko wychowałem się w Ameryce – podsunąłem usłużnie.
- Właśnie! Wychowałeś się w Ameryce i zachowujesz się jak typowy amerykański przychlast, więc dla mnie jesteś durnym Amerykańcem!
- Amerykaninem – poprawiłem go.
Przeszliśmy do salonu, w którym ściany były koloru błękitnego. Komplet białych mebli składający się z dwóch foteli, komody i szafki, na której ustawiony był telewizor sprawiały, że miałem wrażenie, iż nagle temperatura spadła o jakieś dwa stopnie. Było tu tak zimno i nieprzyjemnie… mimo wszystko nie dałem nic po sobie poznać. Właściciel mieszkania usiadł na jednym z foteli, po czym wskazał mi miejsce naprzeciw siebie. Zdziwiłem się, że jeszcze mnie nie wygnał – uznałem to za dobry omen, dlatego podjąłem rozmowę.
- Nie bój się, nie chcę prosić cię o żadną przysługę – założyłem nogę na nogę. – Aktualnie mieszkam u Zero, który, bynajmniej jak na razie, nie daje mi jakiś jednoznacznych znaków świadczących o tym, że chce mnie wyrzucić na bruk…
- Mieszkasz u Zero? – wytrzeszczył oczy. Niepewnie kiwnąłem głową, nie rozumiejąc, co go tak zdumiało. Po chwili były wokalista roześmiał się. – To musisz mieć tam z nim niezły Armagedon! Boże, oddałbym wszystko żeby tylko nie mieszkać z Shimizu! – klasnął w dłonie. – Jak ty znosisz ten horror?
- Horror? – powtórzyłem, mrugając kilkakrotnie jakby to miało mi pomóc i rozjaśnić umysł. – Zero jest bardzo przyjazny… - wzruszyłem ramionami. – W sumie… Między innymi przyszedłem do ciebie również w jego sprawie.
- Co masz namyśli? – podparł głowę na dłoni i taksował mnie uważnym spojrzeniem.
- Przyszedłem dowiedzieć się czegoś o wszystkich członkach zespołu Monsters. Proszę, wyjaśnij mi najpierw, o co chodziło z tymi dwoma poprzednimi muzykami, którzy odeszli… - Enya podrapał się po głowie, po czym skrzywił się i westchnął.
- Myślałem, że przyszedłeś z jakąś ważniejszą sprawą… - wzruszył ramionami. – Ale no nic… Nie wiem, co się tam dokładnie wydarzyło, bo nie należałem wtedy do zespołu. W ogóle znam tylko bardzo pobieżną historię z tamtych czasów Monsters. Karyu i Tsukasa nie chcą o tym rozmawiać, a Zero udaje słup soli – wywrócił oczyma. – W każdym razie, kiedyś po jednym z występów, podsłuchałem ich rozmowę w garderobie. Wiem tylko, że poprzednimi członkami zespołu był jakiś Takeru i Miyawaki. Nigdy tych ludzi osobiście nie spotkałem, więc nie mogę ci nic o nich powiedzieć. Słyszałem tylko, jak Tsukasa mówił, że już dawno temu trzeba było zakończyć działalność zespołu, bo kiedy odeszli ci dwaj, których ci wcześniej wymieniłem, Monsters porządnie podupadło.
- A wiesz może dlaczego ci dwaj odeszli? – dopytywałem.
- Po części… - mruknął niechętnie. – Chodziło o związek Tsu i Karyu. Podobno jakaś nieciekawa sytuacja miała miejsce między jedną, a drugą dwójką i dlatego Takeru, i Miyawaki odeszli. Podejrzewam, że Oota i Matsumura przesadzili trochę z „fan service’m po koncercie” – wzruszył ramionami. – Wiem również, że od tamtej pory chłopcy ukrywali się ze swoim związkiem i nie afiszowali się tak. Nie wiem, czy przeszli na jakieś „cold” stosunki, czy może jedynie udają takich niezainteresowanych sobą nawzajem jedynie przy osobach postronnych, ale w każdym razie skończyło to się w miarę szczęśliwie.
- „W miarę szczęśliwie”? – zacytowałem go. – O co ci chodzi?
- Takeru i Miyawaki odeszli, zespół nieco się popsuł, ale nasze gołąbeczki nie zrezygnowały ze swojej miłości… bynajmniej nie całkowicie – wzruszył ramionami i ziewnął rozdzierająco. – No to chyba opowiedziałem wszystko, co wiedziałem – potarł brodę w geście zamyślenia. – Teraz ty mi odpowiedz na pytanie. Jak Zero może być „przyjazny”?
- Em… - zafrasowałem się. – No normalnie… On cały czas uśmiecha się delikatnie, wykonuje wszystko, o co go poproszę… tylko nie mówi za wiele… chociaż kilka godzin wcześniej, zanim tutaj przyszedłem, staliśmy na balkonie i nawet udało nam się nawiązać coś w rodzaju konwersacji – powiedziałem, przyglądając się swoim paznokciom. Jego pytanie wydało mi się być dziwne… Czyżby Karyu przewidział, że mógłbym wpaść na genialny pomysł spotkania się z Enyą i jego również w jakiś sposób przekupił, żeby ten wmówił mi, że basista jest zły?
- Nie wierzę! – wykrzyknął, wyrzucając ręce w powietrze. – Chyba nie mówimy o tej samej osobie! – spojrzał na mnie jak na idiotę.
- No i tu właśnie też chciałem się ciebie o coś spytać… - powoli przeniosłem wzrok na niego. – Karyu i Tsu również wmawiali mi, że Michi jest chodzącym zwiastunem śmierci, jednak on jest dla mnie bardzo dobry. Kiedy byliśmy razem w barze i Zero odniósł moją pustą szklankę, a następnie przyniósł mi piwo, chłopcy nie mogli pozbierać szczęk z podłogi! Siedzieli przez jakieś dziesięć minut w osłupieniu i wpatrywali się we mnie z otwartymi ustami, jakbym… nie wiem… powiedział, że go kocham! – palnąłem pierwszą lepszą absurdalną rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
- Czekaj, czekaj… - zdawało się, że czarnowłosy również dostał zatwardzenia mózgu po tej informacji. – Ja powiem jak wyobrażam sobie tą sytuację, a ty potem powiesz jak było naprawdę, okej? – przytaknąłem. – Zero bierze od ciebie szklankę z niedopitym drinkiem i albo wylewa ci go na głową, albo na koszulkę, i śmiejąc się cicho odchodzi z twoją szklanką, gdyż pomylił się i myślał, że to jego. Potem kupił dwa piwa, bo uznał, że nie opłaca mu się dwa razy chodzić do baru i z powrotem, a następnie jednak stwierdził, że to piwo jest niedobre i oddał jedną butelkę tobie – wysnuł swoją teorię, na co ja pacnąłem się otwartą dłonią w twarz.
- Nie – pokręciłem głową. – Zero wstał i kierował się do baru, żeby odnieść swoją szklankę, więc złapałem go za rękaw i poprosiłem żeby wziął od razu i moją, na co on kiwną głową, uśmiechnął się lekko i to zrobił. Potem Karyu i Tsukasa zaczęli się tak we mnie ostentacyjnie wpatrywać, więc wolałem zmyć się. Wstałem i skierowałem się do baru, przy którym usiadłem, a obok mnie zaraz pojawił się Shimizu i wręczył mi butelkę piwa – wyjaśniłem.
Cisza.
Cisza.
Dźwięk przełykanej śliny.
Cisza.
Cisza.
- KŁAMIESZ! – wykrzyknął, zrywając się na równe nogi.
- Nie! – zaprzeczyłem szybko.
- Kłamiesz! To niepodobne do Zero! Nie dość, że nie zabił cię za to, że go zaczepiłeś i miałeś do niego jakąś prośbę, to w dodatku uśmiechnął się do ciebie i kupił ci piwo? Prędzej uwierzę w to, że się z nim całowałeś! – zasłonił dłonią oczy.
- Ja… ja całowałem się z nim – spuściłem wzrok na podłogę. Notabene, ładne miał te ciemne panele podłogowe… - Graliśmy w butelkę i jeden z chłopaków wymyślił mi takie zadanie! Miałem do wyboru, albo go pocałować, albo pieprzyć się z nim na stole… więc z dwojga złego wybrałem to pierwsze – wyrzuciłem to z siebie szybko, widząc, że Enya szykuje się do kolejnej serii zaprzeczeń i oskarżania mnie o kłamstwo.
„Z dwojga złego” – moje własne słowa odbiły się echem w mojej głowie… W sumie… to ten pocałunek nie był taki zły… Co ja się oszukuję! Podobało mi się! To znaczy, że jestem bi?
Chłopak, zupełnie jakby coś ścięło go z nóg, spadł ciężko na swoje poprzednie miejsce i wbił we mnie ten sam oszołomiony wzrok, którym taksowali mnie perkusista i lider w barze.
- Posłuchaj… - odezwał się tak cicho, że musiałem wytężyć słuch żeby go usłyszeć. – Osoby bez serca to zazwyczaj te same osoby, które miały go kiedyś za dużo… Znam Zero od początku gimnazjum i powiem ci, że kiedyś to była najbardziej empatyczna osoba, jaką kiedykolwiek spotkałem. Potem… Potem coś w jego życiu się zmieniło. Nie wiem co – pokręcił głową. – Jakiś pas nieszczęść… Ktoś go strasznie skrzywdził… Podobno źle to zniósł i przez długi czas nie chodził do szkoły. Wtedy wszyscy się o niego martwili; bo w końcu jak można nie martwić się o osobę, która z pewnością przebiła swoim miłosierdziem Matkę Teresę z Kalkuty? Cała szkoła go znała… Codziennie ktoś do niego pisał, przychodził, jednak jego matka odsyłała wszystkich z kwitkiem i zapewnieniem, że Shimizu niedługo wrócić do szkoły… To była trzecia klasa gimnazjum. Minęło półrocze, a Michi  dopierozjawił się w szkole. Wtedy był już zupełnie inny. Na początku nikt go nie poznał. Przestał się kimkolwiek interesować, nikomu nie pomagał, a wręcz przeciwnie – szkodził. Wyrobił sobie jakiś dziwny, czarny humor, przez co bawiły go ludzkie nieszczęścia. Odizolował się od większości ludzi, jednak mimo swojej zmiany nadal miał swój mały haremik złożony z najwierniejszych fanek. Te głupie dziewczyny myślały, że to taki nowy image Zero; że mimo wszystko, pod tą nową powłoką w środku kryje się czuły romantyk, który swoją oblubienicę będzie obsypywał płatkami róż i codziennie wręczał jakieś drobne upominki. Ale tak wcale nie było… Shimizu zaczął interesować się również chłopcami; zaczął eksperymentować… Opuścił się w nauce, a wolny czas poświęcał na grę na gitarze. Ja również się od niego odciąłem, o ile można tak powiedzieć, bo jak można odciąć się od kogoś, kogo codziennie spotykasz na klatce schodowej? Mieszkaliśmy w jednym bloku… Zero zmienił się nie tylko z charakteru, ale również z wyglądu. Zapuścił włosy, przefarbował na brązowo, zaczął lubować się w czarnych ubraniach, mimo że kiedyś twierdził, że czarną koszulkę założy tylko i wyłącznie na jakiś pogrzeb – westchnął. – Tak jak mówiłem, starałem się odciąć od niego. Jakoś obaj skończyliśmy gimnazjum. Potem nasze drogi się rozeszły – poszliśmy do innych szkół. Wyprowadziłem się do Osaki, ale kiedy skończyłem technikum, wróciłem do Tokio. Wtedy pierwszą osobą, z którą ponownie się spotkałem był on. Pomyślałem, że może ta „chandra” już mu się skończyła; że znów jest normalny, dlatego zaczepiłem go na ulicy, za co Zero odpłacił mi się tym, że mało nie zmiażdżył mi nosa. Pomijając to, zaczęliśmy jakąś nieskładną rozmowę, a dokładniej to monolog z mojej strony, bo on praktycznie na żadne moje pytanie nie odpowiedział. W końcu w jakiś sposób wywiedziałem się, że Michi należy do Monsters, ale okazało się, że nie mają wokalisty, więc wkręciłem się na to miejsce, bo… bo chciałem być bliżej Shimizu. Zaczęły mnie zżerać wyrzuty sumienia, że zamiast mu pomóc w tych trudnych dla niego chwilach, odepchnąłem go jak pozostali. Chciałem mu to jakoś zrekompensować, a zresztą… - nagle urwał.
- Co „a zresztą”? – podskoczyłem na siedzeniu z ciekawości.
- Nie, nic – pokręcił głową i utkwił wzrok w bliżej nieokreślonym punkcie.
- Dokończ – zażądałem, na co on westchnął głośno.
- Późno już. Zaraz będzie druga w nocy. Moja dzielnica o tej porze nie jest najbezpieczniejsza, więc powinieneś już wracać – polecił i wstał, po czym podszedł i złapał mnie za rękę, podrywając na równe nogi. Zaciągnął mnie pod drzwi, po czym je otworzył i czekał aż wyjdę, a gdy zobaczył, że nie zamierzam tego zrobić, wypchnął mnie. Chciał mi zamknąć drzwi tuż przed nosem, ale wystudiowanym ruchem domokrążcy wsunąłem nogę między drzwi a futrynę.
- Dokończ – powtórzyłem. Enya pokręcił głową i uśmiechnął się gorzko.
- Ach, ten amerykański upór – przewrócił oczyma. – A zresztą… to była moja szkolna miłość – szepnął cicho i szybko. – Dobranoc –zamknął drzwi. Po chwili usłyszałem charakterystyczny dźwięk zasuwanej zasuwy i już wiedziałem, że moja audiencja u byłego wokalisty dobiegła końca.
Przez kilka następnych minut stałem jeszcze w osłupieniu i wpatrywałem się w drzwi, po czym w końcu przyswoiłem wszystko, co powiedział mi czarnowłosy i wyszedłem z jego bloku. Następnie skierowałem się na jedną z głównych ulic, gdzie złapałem taksówkę i podając drugi adres, który miałem zapisany na karteczce, ruszyłem w drogę powrotną do domu basisty. Zastanawiało mnie, co też mogło wpłynąć tak na Shimizu? Co go tak zmieniło? Jakie drastyczne przeżycie? Ech, od tego wszystkiego jedynie rozbolała mnie głowa. Nic mądrego nie byłem w stanie wymyślić.
Taryfa zatrzymała się, a ja zapłaciłem otyłemu kierowcy i ponownie znalazłem się na ulicy. Spojrzałem na blok, w którym mieszkał muzyk i jeszcze raz zastanowiłem się, czy na pewno chcę się z nim spotkać. Może tym razem znajdzie się jakiś wolny pokój w hotelu?
Spojrzałem w górę i wypatrzyłem jeden z najwyższych balkonów, który należał do mieszkania Zero. Przez szklane drzwi balkonowe widziałem słaby promień żółtego światła. Jeszcze nie spał? To dziwne… Przecież mówiłem mu, że wychodzę i prawdopodobnie wrócę późno… ale po co niby miał na mnie czekać?
Wszedłem do budynku i skierowałem się do windy. Wjechałem na odpowiednie piętro, po czym wszedłem do mieszkania chłopaka. Sam nie wiem dlaczego, ale widok jaki tam zastałem wywołał u mnie uśmiech. Michi leżąc na leżance obok włączonej małej lampki, która dawała owe słabe światło, które widziałem z ulicy, zasnął w otoczeniu pustych kubków po kawie i książce. Najwidoczniej starał się jak tylko mógł doczekać mojego powrotu, jednak Morfeusz i tak z nimwygrał. Shimizu spał spokojnie i, wydawałoby się na pierwszy rzut oka, głęboko. Przez chwilę z jakąś dziwną fascynacją przyglądałem się, jak jego klatka piersiowa rytmicznie unosi się i opada, po czym nagle jakbym się ocknął z letargu. Trafiło do mnie, że zapewne jest mu zimno, bo mimo iż miał długie spodnie, to na odsłoniętych ramionach, z racji tego, że miał bluzkę z krótkim rękawem, pojawiła się gęsia skórka. Zgarnąłem z sofy puszysty, czarny koc i przykryłem go nim, przysiadając na krawędzi leżanki. Chłopak wziął głębszy oddech i poruszył się delikatnie, kiedy nakrywałem go kocem, ale wydawało mi się, że się nie obudził. Wyglądał pięknie w tym miękkim, żółtym świetle… wyglądał tak pięknie, iż wydawało mi się, że to tylko złudzenie optyczne. Żeby uświadomić sobie, że to rzeczywistość opuszkami palców przesunąłem po jego policzku i uśmiechnąłem się pod nosem. Jego cera była tak idealna jak on sam… Kiedy nagle…! Tak zapatrzyłem się w jego twarz, że nawet nie zauważyłem, kiedy sięgnął do mojej ręki i nakrył ją własną dłonią, przyciskając do swojego policzka. Przestraszony w pierwszym momencie chciałem odskoczyć, ale uniemożliwił mi to. Po chwili otworzył oczy i spojrzał na mnie zamglonym wzrokiem.
- Gdzie byłeś tak długo? – zapytał zachrypniętym od snu głosem.
Teraz dylemat: powiedzieć mu prawdę, czy nie?
- A wiesz… - mruknąłem niezbyt skory do rozmowy. – Postanowiłem trochę połazić po mieście i zakręciłem się… Nie mogłem znaleźć drogi powrotnej do twojego mieszkania, ale w końcu jakoś mi się to udało – uśmiechnąłem się sztucznie.
- Yoshida – chłopak spojrzał na mnie srogo. – Nie rób ze mnie idioty, dobrze? – skrzywił się. Pierwszy raz widziałem, żeby uśmiech zniknął z jego twarzy. – Uwierz mi, mam mózg i się nim posługuję od czasu do czasu! Skoro wziąłeś ode mnie adres Enyi to z pewnością u niego byłeś, choć nie podejrzewam żeby twoja wizyta u niego trwała więcej niż dziesięć minut, bo nie lubi gości i rzadko kiedy wpuszcza kogoś do swojego mieszkania. W takim razie pytam się, co robiłeś przez pozostały czas? – rzucił mi wyczekujące spojrzenie.
- No mówię, że kręciłem się po mieście… - bąknąłem.
- A ja wcale nie widzę, że kłamiesz – westchnął i pokręcił głową z politowaniem. – Hizu… - powiedział prosząco, a ja łaskawie na niego spojrzałem. – Enya to nie jest miły i fajny koleżka, z którym mógłbyś, przysłowiowo, konie kraść. Zawsze otaczało go jakieś dziwne towarzystwo, które, obawiam się, że mogłoby zrobić ci krzywdę. Każdy następny ruch tego chłopaka jest nie do przewidzenia, a poza tym nie wolno mu ufać, bo on nigdy nie dotrzymuje swoich obietnic; jego słowo jest nic nie warte. To jeden z najlepszych kłamców jakich w życiu poznałem! – zaraz, zaraz… To znaczy, że to wszystko, co mi powiedział mogło być kłamstwem? Na szybko skleconą historyjką?! No pięknie! Zmarnowałem wieczór na słuchanie jakiś bajek! – Mógł cię zaprowadzić w jakiś ciemny zaułek, gdzie sprzedałby cię swoim „kolegom” na organy… ale skoro wróciłeś o własnych siłach i nie krwawisz to wnioskuję, że nic podobnego nie miało miejsca… - mruknął ciszej i wywindował się do siadu, po czym… objął mnie w pasie! Przyciągnął mnie do siebie iwsunął ręce pod moją koszulkę gładząc dolne partie pleców.
- Ej! -  odsunąłem się trochę on niego, wyrywając z uścisku. – Spasuj z tym, okej? Znów zaczynasz, jak na tym murku? – wypomniałem mu.
- No nerki nadal masz dwie – uśmiechnął się krzywo. – Dzięki Bogu! A co do tego, co miało miejsce na murku… Jeszcze raz przepraszam – pochylił głowę w akcie skruchy. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego Japończycy witając, czy przepraszając kłaniają się sobie… jak dla mnie to było śmieszne! Co prawda moja mama też zawsze tak robiła, więc byłem z tym oswojony, jednak nie zmienia to faktu, że mnie to bawiło! – Ale przynajmniej przypomniałeś mi, że jeśli już, to mam się bawić z tobą, a nie tobą… - uśmiechnął się zadziornie, na co ja zareagowałem prychnięciem.
- Chciałbyś… - rzuciłem, cicho się śmiejąc. – Ale zaraz, zaraz…. „Przypomniałeś” sobie o tym? Przecież my się tydzień temu poznaliśmy!
- Aa… No jak dla ciebie to tak – pokiwał głową. – A tak dokładnie to tydzień i trzy dni temu – pokazał mi język.
- O, widać, że byłeś dobry z matematyki… w przeciwieństwie do mnie… A o co ci chodzi z tym „jak dla ciebie to tak”? Zero, mówisz jakimiś zagadkami! – zganiłem go. – Jak dla mnie? To ja cię poznałem tydzień i trzy dni temu, a ty w jakiś magiczny sposób poznałeś mnie wcześniej? – wywróciłem oczyma i prychnąłem.
- No… W pewnym sensie można tak powiedzieć – zgodził się.
- Co? – spojrzałem na niego jak na człowieka niespełna rozumu.
- Ech… Nieważne – pokręcił głową. – Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Teraz, nawet gdybym ci wytłumaczył, nie uwierzyłbyś mi – westchnął.
- Em… Co ty ćpasz, Zero? – zmarszczyłem brwi.
- Widzisz, nawet nie zacząłem opowieści, a ty już masz mnie za jakiegoś postrzeleńca! – uśmiechnął się kwaśno, ale jednocześnie jakoś przyjaźnie. – A wracając do głównego tematu… co robiłeś tak długo z Enyą, albo po zakończeniu wizyty u niego?
Przez chwilę zastanawiałem się. I znów ten dylemat: Powiedzieć mu prawdę, czy nie? Nie umiałem przewidzieć jak zareaguje, gdy dowie się, że poszedłem do byłego wokalisty tylko po to, by wypytać o jego zespół i niego samego… Może Zero nie życzyłby sobie żebym łaził po obcych ludziach i wypytywał ich o niego? Może to zdenerwowałoby go?
- Cały czas byłem u Enyi – wzruszyłem ramionami. – Woda na herbatę się długo gotowała… - prychnąłem, nie mogąc wymyślić nic lepszego. – I w istocie, miałeś rację; zielona jest tutaj bardzo popularna – założyłem nogę na nogę.
            Chłopak westchnął i z powrotem opadł na leżankę. Chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował z tego i zamilkł, wpatrując się we mnie uporczywie. Wiedział, że mnie to peszy, zapewne licząc na to, że w ten sposób skłoni mnie do gadania. Nic z tego! Trzymałem się twardo – mimo że z rumieńcami na twarzy i wzrokiem utkwionym w podłodze, ale przynajmniej się nie złamałem!
- Przestaniesz robić ze mnie głupka? – zapytał znudzonym głosem.
- No mówię ci, że cały czas byłem u niego! – zbulwersowałem się. No co jak co, ale to jeszcze była prawda.
- Ale ja zapytałem się, co tam robiłeś – przypomniał. – Bo ten wykręt z gotującą się wodą i herbatą słabo ci wyszedł…
Westchnąłem ciężko i spojrzałem na niego. Shimizu może nie był zły, a rzeczywiście jedynie zatroskany, ale mimo to i tak obawiałem się, że tą informacja mogłem go rozzłościć. Chyba takie przeczucie u mnie spowodowało zniknięcie uśmiechu z jego twarzy. Bo może obawiał się, że Enya powiedział mi o nim trochę za dużo? Ale…jakby się tak nad tym głębiej zastanowić, to przecież Zero mówił, że nie zna lepszego krętacza od czarnowłosego, więc może mnie oszukał? Może ta opowiastka z zespołem i historią Michi’ego była fałszem? A może tylko jedna była zmyślona? Albo obie prawdziwe? Miałem totalny mętlik w głowie! Westchnąłem ponownie i w końcu podjąłem decyzję.
- Shimizu… Czy to prawda, że się zmieniłeś? Że kiedyś byłeś rozmowny i wiecznie uśmiechnięty – że odnosiłeś się do wszystkich tak, jak do mnie?
Basista na początku ściągnął brwi w dość gniewnym grymasie, ale zaraz na powrót się uspokoił. Rozłożył ręce w zapraszającym geście i zrobił mi miejsce. Przez chwilę się wahałem, jednak poddałem się pod naciskiem jego spojrzenia. Ułożyłem się obok muzyka, kładąc głowę na jego ramieniu, gdyż innej możliwości nie miałem – po prostu nie było miejsca. Tą samą ręką, na której ułożyłem głowę, on gładził mnie po plecach. Znów poczułem się dziwnie i nieswojo, jednak… jednocześnie jakoś przyjemnie. Czując ciepło jego ciała ogarnął mnie błogi spokój. Ułożyłem ręce na jego brzuchu, gdyż nie miałem, co z nimi zrobić.
Dziękowałem w duchu wszystkim bożkom i im podobnym za to, że nie ma tu mojej dziewczyny; gdyby zobaczyła mnie i Michi’ego w takiej pozycji, prawie obściskujących się na wąskiej leżance z pewnością by mnie zabiła! Zresztą… pewnie już trzeci raz popełniłaby morderstwo na mojej skromnej osobie: pierwszy raz, gdyby dowiedziała się, że całowałem się z Zero w klubie; drugi, kiedy dowiedziałaby się o tym spotkaniu na murku… W tym momencie w głowie rozbrzmiało mi pytanie Karyu, które kiedyś mi zadał: „Jakiej ty jesteś w końcu orientacji? Niby masz dziewczynę, a po trzech drinkach i butelce piwa, liżesz się z basistą z mojego zespołu, jakbyście byli parą od zawsze…”. Już miałem zacząć zastanawiać się nad tym, czy preferuję kobiety, czy też mężczyzn, a może ich oboje, kiedy moje rozmyślenia przerwał głos Shimizu.
- Wiesz… To długa historia… W sumie to jest ta sama opowieść, która dotyczyła tego jak poznałem cięwcześniej niż ty mnie. Takjak już mówiłem, nie uwierzyłbyś mi od razu, więc nie będę ci tego opowiadał. Wszystko powiem ci w swoim czasie, dobrze? – teraz z kolei głaskał mnie po głowie, wplatając palce w kosmyki moich włosów i delikatnie za nie ciągnąc. Niechętnie zgodziłem się, nie widząc innej opcji. –Mimo wszystko mogę cię delikatnie naprowadzić – zachichotał. – Chcesz? – spojrzał mi w oczy. Nasze twarze były tak blisko siebie, że wystarczyło, żeby któryś z nas przysunął się o kilka milimetrów, a nasze usta złączyłby się w pocałunku. Niepewnie kiwnąłem głową, uważając, żeby nasze wargi nie zetknęły się. – Rozumiem, że możesz nie wierzyć mi, Karyu, Tsu, czy Enyi, ale… własnej matce chyba ufasz, co? – zgłupiałem.
- A co ma do tego wszystkiego moja matka? – zdziwiłem się.
- Zapytaj się. Może ci odpowie – zachichotał, przybliżając się powoli.
- O co mam się zapytać?
- Na przykład o mnie – chyba chciał mnie pocałować, ale szybko odsunąłem się, udając, że nie domyśliłem się tego, co zamierzał. Usiadłem odwrócony do niego tyłem, aby nie mógł zauważyć moich pokaźnych czerwonych plam na policzkach. Shimizu, zdawało mi się, że, o zgrozo, zawiedziony (!)westchnął i również usiadł. Przez chwilę przyglądał się moim plecom. Obawiałem się, że może mnie przytulić i uwięzić w swoich ramionach, jednak na szczęście nie zrobił tego. Wstał i rzucił: - Idę wziąć prysznic – oznajmił i zniknął za drzwiami łazienki.
Dopiero, kiedy Michi zniknął z mojego pola widzenia zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób moja matka mogła być powiązana z historią Zero i tym, że on, jak twierdził, poznał mnie wcześniej? Przecież ja byłem pierwszy raz w Japonii! Chyba, że… chyba, że on był w Ameryce… Ale w takim razie, co robił w Albany? Moje małe miasteczko raczej nie jest jakoś szczególnie znane i rzadko kiedy odwiedzał je jakiś turysta. Zresztą… nigdy nie widziałem tam żadnego Azjaty, nie licząc mnie i mojej matki. A może… nasi rodzice kiedyś się znali? Moja matka była Japonką i w Japonii wychowała się oraz dorastała – wyjechała z kraju dopiero kiedy skończyła dwadzieścia trzylata ze swoim mężem Amerykaninem, którego poznała na jakimś bankiecie, na który wysłał ją jej pracodawca. Rok później urodziła mnie, a mój ojciec zginął w wypadku kolejowym w tym samym czasie. Od momentu, kiedy wyjechała, zerwała wszelkie kontakty ze znajomymi z Kraju Kwitnącej Wiśni… więc jak to mogło być ze sobą powiązane? Chyba że moja matka znała rodziców Shimizu lub jednego z nich z czasów szkolnych; z czasów zanim wyjechała?
Ech... Znów miałem więcej pytań niż odpowiedzi. A Zero nie chciał mi nic powiedzieć! Opadłem na leżankę i jeszcze przez chwilę zastanawiałem się nad tą zagadką, próbując coś ze sobą połączyć. W końcu powieki zaczęły mi ciążyć. Zgadywałem, że jest już koło trzeciej w nocy, a ja byłem zmęczony, przysłowiowo, jak koń po westernie. Dałem za wygraną i zasnąłem.

Nie wiem, czy spałem dwie minuty, godziny, czy dni, ale w każdym bądź razie nie wyspałem się. Nadal byłem zmęczony i nie miałem na nic siły. Z trudem utrzymywałem otwarte oczy. Przed sobą zauważyłem znów uśmiechniętego basistę. Miał mokre włosy, więc zgadywałem, że dopiero niedawno skończył się kąpać. Mówił, coś do mnie, ale jego słowa dochodziły do mnie z dużym opóźnieniem.
- Co? – udało mi się wybełkotać.
- Zasnąłeś – poinformował mnie.
- Aa… - mruknąłem mało inteligentnie. – To wyjaśnia to przeniesienie w czasie… Samochody już latają? – paplałem wszystko, co mi ślina na język przyniosła.
- Nie – zaśmiał się i po chwili poczułem, że lewituję! Nie, chwila! To Zero wziął mnie na ręce jak pannę młodą! – Choć, przyszykowałem ci kąpiel.
- Kąpiel? – powtórzyłem z niedowierzaniem. Teraz miałem ochotę jedynie wziąć szybki prysznic i iść spać, a nie moczyć się w wannie, ale… - A po co kąpiel?
- Bo jak się pytałem, czy chcesz to mruknąłeś coś na kształt „mhm…”, co ja uznałem za zgodę – zaniósł mnie do łazienki i postawił na zimnych kafelkach.
- Aha… - pokiwałem głową i zachwiałem się, jednak chłopak szybko mnie złapał i nie pozwolił upaść.
- Pomóc ci, czy sam dasz radę się rozebrać?
- Idź, ty pederasto jeden! – zaśmiałem się i niby obrażony odepchnąłem go. W jego głosie słychać było jedynie troskę, jednak ja jakoś nie przywykłem do tego, żeby ktoś pomagał mi się rozbierać. – Sam dam radę – poinformowałem go.
- A ty myślisz tylko o jednym… - przewrócił oczyma. – Ja ci tylko chciałem pomóc – zachichotał, kierując się do wyjścia.
- Ta, już ja znam tą twoją pomoc! – rzuciłem bluzką w zamykające się drzwi.
Szybko pozbyłem się reszty ubrań i wszedłem do gorącej wody. Hm… Szczerze powiedziawszy, to ta kąpiel nie była znowu takim złym pomysłem. Ciepła woda uspakajała mnie i pozwalała chociaż na chwilę zapomnieć o tych wszystkich rozterkach i problemach, które mnie dopadły w tak krótkim czasie. Oparłem głowę na zagłówku zrobionym z czegoś gumo-skóro-podobnego i odprężyłem się. Moje mięśnie rozluźniły się. Poczułem się zupełnie lekko… i śpiąco.

- Yoshi… Yoshi – obudził mnie cichy szept i ciepły oddech na moim uchu. Niechętnie podniosłem powieki i znów zobaczyłem przed sobą Shimizu.
- Nie dasz mi się wyspać… - jęknąłem żałośnie.
- Zasnąłeś w wannie – powiedział roześmiany, a ja pomachałem ręką w wodzie.
- Zimna – skrzywiłem się, ale zaraz coś do mnie trafiło: przecież ja jestem nagi! Kiedy zdałem sobie z tego sprawę szybko podniosłem się i zacząłem układać nogi w taki sposób żeby zasłonić wiadome miejsce. – Em… Mógłbyś na chwilę wyjść? Zaraz się oporządzę… - zarumieniłem się.
- Jasne – zaśmiał się i wyszedł. – Czekam w sypialni – krzyknął.
Boże, ten chłopak tak mnie onieśmiela! Przez niego non stop się rumienię!
Wyszedłem z wanny i wytarłem się do sucha, po czym przewiązałem się ręcznikiem w pasie. Kiedy wyciągałem korek z odpływu, mało z powrotem nie wpadłem do wanny, ale jakoś udało mi się utrzymać równowagę. Posprzątałem po sobie i wyszedłem z łazienki, kierując się do sypialni. Podszedłem do szafy i wyciągnąłem z niej swój odpowiednik piżamy. Zero leżał na łóżku i najwidoczniej też już przysypiał, ale próbował nie zasnąć, przyglądając mi się. Ubrałem o rozmiar za dużą koszulkę i bokserki, tym razem pamiętając by się zbytnio nie obnażać przed nim. Potem rzuciłem mokry ręcznik na krzesło, gdyż nie chciało mi się z powrotem odnosić go do łazienki. Westchnąłem i usiadłem na łóżku. Przez chwilę tak siedziałem, gdyż miałem o czymś pomyśleć… ale zapomniałem o czym. Byłem tak zmęczony, że moje myślenie zostało całkowicie wyłączone. W końcu Michi pociągnął mnie za bluzkę i siłą położył obok siebie, po czym przylgnął do moich pleców, obejmując mnie delikatnie w pasie.
- Pamiętaj, że jutro na dziesiątą próba – mruknął sennie, a ja kątem oka dostrzegłem wyświetlacz elektronicznego budzika na szafce. 5;15! Pięknie! – Dobranoc.
- Dobranoc – wybełkotałem.
Normalnie zapewnie odsunąłbym się od Zero, albo kazałbym mu się odsunąć lub poszedłbym spać nawet na kanapę, ale byłem zbyt zmęczony. Z tym usprawiedliwieniem, dałem się porwać Morfeuszowi.