Mini-seria "Codename: Apocalypse" - rozdział I

Dziś przychodzę do was z czymś innym, nowym (wiem, niektóre osoby pewnie mają ochotę mi natrzaskać ^^'') - nie tylko jest to jednak nowa mini-seria (zakładam, że będzie ona miała trzy rodziały), ale przy tym i nowy dla mnie gatunek, w którym jeszcze nie próbowałam swoich sił. Zazwycaj uciekałam do przeszłości w swoich opowiadaniach, jednak tym razem zdecydowałam się wybiec w przyszłość. W końcu w życiu trzeba spróbować kiedyś wszystkiego, prawda? 
Koniecznie dajcie mi znać, co myślicie o moich pierwszych próbach przeniesienia was do futurystycznej przyszłości! ♥ Mam nadzieję, że mini-seria przypadnie wam do gustu, bo ja, przyznam szczerze, nieźle się bawiłam pisząc to dla was ♥♥♥

Jakby co, postacie autorskie C:



„Codename: Apocalypse”

ROZDZIAŁ I

Nieodległa przyszłość
Tak nieodległa, że to aż przerażające

- Wychodzę – oświadczyłem.
- O tej porze? Dokąd? – zdziwiła się matka.
- P… Przejść się – mruknąłem i wyminąłem kobietę, starając się na nią nie patrzeć. Źle się czułem okłamując ją, a już tym bardziej wciskając jej taki cienki kit, ale w ostatnim czasie wyzbyłem się już wszelkich dobrych wymówek.
- Tylko wracaj szybko! – zawołała zatroskana. – Tyle się teraz słyszy o przemocy w mieście! – złapała się za głowę. – Nie chcę, żeby coś ci się stało!
- Będę na siebie uważał – obiecałem burkliwie i wsunąłem stopy w buty.
- I pamiętaj, unikaj tych niebezpiecznych typów, co to bawią się w tą wirtualną rzeczywistość! – przestrzegła. Na te słowa zamarłem na moment. Czyżby już się domyślała?
- Będę – odparłem chłodno i wyszedłem.
Westchnąłem ciężko obserwując przez moment swój własny, zmrożony oddech w postaci białego kłębu pary zanim ten nie zniknął w bezlitosnym mroku nocy. Niespiesznie ruszyłem przed siebie. Wepchnąłem zgrabiałe dłonie w kieszenie kierując się w coraz ciaśniejsze i coraz słabiej oświetlone uliczki między strzelistymi, betonowymi kolosami.
„Niebezpieczne typy bawiące się w wirtualną rzeczywistość”, jak nazwała ich moja rodzicielka, byli w istocie graczami. Amatorami, fanami lub obsesyjnymi nałogowcami, którzy mierzyli się wzajemnie ze sobą w sztucznie wygenerowanych warunkach. Technologia rozwijała się w zawrotnym tempie, jej postęp był wręcz zastraszający, przez co sam czas zdawał się płynąć szybciej, gdyż te same miejsca i ludzie z roku na rok, a nawet z miesiąca na miesiąc zmieniali się za jej sprawą nie do poznania. Zasady jednak, na których opierały się gry, praktycznie zostawały takie same. Od długich lat w większości chodziło o jedno. O zwyciężenie przeciwnika. O rozlew krwi.
Tak długo, jak była to wciąż wirtualna krew, nie było problemu. Kiedy wracałem wspomnieniami do czasów, kiedy przeciwnicy podobnych rozrywek krzyczeli, że gry promowały przemoc i źle wpływały na dzieci, chciało mi się śmiać. Przecież wówczas krew rozlewała się tylko na ekranie. Nie była niczym innym jak zbitkiem kolorowych pikseli. Teraz było inaczej. Gracze chcieli więcej. Doznania wzrokowe już im nie wystarczały. Chcieli czuć. Więc koncerny technologiczne wyszły im naprzeciw, aby sprostać im oczekiwaniom. Stworzyli urządzenia, które pozwalały na odczuwanie wszelkich bodźców generowanych przez sztuczną rzeczywistość – smak, zapach, temperaturę, ból… w szczególności zadbali o to, żeby to ostatnie doznanie było wierną kopią oryginału. Biorąc udział w walkach w grach odczuwaliśmy ból. Zapytasz więc, kto chciałby grać w gry, w których faktycznie możesz się poturbować? Jaki był w tym sens? Czy nie łatwiej było zwyczajnie zaczepić grupkę osiedlowej „inteligencji”, żeby ta kogoś sprała, jeżeli delikwent szukał „mocnych wrażeń”? Ano nie wszystko było takie proste. Główny problem polegał na tym, że osiedlowe młotki należały do dziedziny tej prawdziwej rzeczywistości, od której tak często przecież chcieliśmy uciec. W prawdziwym życiu często stawaliśmy twarzą w twarz z sytuacjami, na które nie mogliśmy poradzić zbyt wiele albo nawet nic. To irytowało ludzi. Sprawiało, że ci wciąż szukali nowych alternatyw i skutecznych sposobów na odcięcie się od realnego świata. Jednym z takowych sposobów były gry. Sztuczna rzeczywistość potrafiła być łudząco podobna do tej prawdziwej lub skrajnie różna. Wciąż jednak zapewniała realne odczucia i to przyciągało kolejnych graczy. Ponad to w świecie wygenerowanym przez komputer mogliśmy się bronić. Jeśli zaszła taka potrzeba, mogliśmy zabijać. Bezkarnie. A nawet jeśli nie bezkarnie, to zawsze przecież można było także wyrżnąć wszystkich przedstawicieli prawa. Ze słabego leszczyka, popychadła w mgnieniu oka mogliśmy stać się jednymi z najpotężniejszych istot sztucznego świata, którym trzęśliśmy od podstaw i w którym ustalaliśmy zasady, zgarnialiśmy wszystko, co się dało. Poczucie władzy i bezkarności uzależniało. Działało gorzej niż narkotyk.
Oczywiście gry, w których faktycznie można było się uszkodzić wzbudziły wiele kontrowersji i oficjalnie zostały zakazane ze względu na możliwość poważnego poturbowania gracza, a nawet śmierci. Ponoć takie skrajne przypadki również miały miejsce, choć nie mówiło się o tym głośno. Póki co były to tylko miejskie legendy i plotki.
Jak zwykle tam, gdzie pojawiały się regulacje prawne, pojawiała się również „ciemna strona mocy” w postaci mafii, yakuzy i gangów. Typki spod ciemnej gwiazdy umożliwiały graczom branie udziału w symulacjach, które dostarczały wszelkich bodźców i oferowały nagrody pieniężne dla zwycięzców. Walki uliczne weszły na inny poziom, ewoluowały. Ich głównym atutem było to, że dzięki dobrodziejstwu sieci nie musieliśmy już ograniczać się do zwykłego wymieniania ciosów z kilkoma miejskimi grupkami drobniejszych przestępców i trudnej młodzieży. Teraz mogliśmy walczyć z przeciwnikami z całego świata, z którymi mogliśmy połączyć się w jedną krótką chwilę. To oznaczało także, że na całym świecie gdzieś zawsze znalazł się gotowy dla ciebie przeciwnik – o każdej porze dnia i nocy, w momencie, kiedy byłeś gotowy i w nastroju do walki. Yakuza zbierająca zakłady zarabiała na podobnych walkach krocie, gdyż te odbywały się non stop.
Zatrzymałem się w niemalże wyludnionej części miasta i wszedłem do podniszczonego pustostanu. Nie byłem tu już po raz pierwszy, toteż grupka oprychów zbita w ciasny okręg rzuciła mi jedynie znudzone, szybkie spojrzenie. Niezainteresowani moją osobą wrócili do raczenia się wzajemnie swoimi niemalże heroicznymi historiami. Minąłem ich tak samo obojętny na fakt ich egzystencji i wkroczyłem do obszernego pomieszczenia, które w przeszłości prawdopodobnie było halą produkcyjną. W sali zebrało się już całkiem sporo ludzi. Więcej niż zazwyczaj. Gapie ściskali w morderczym uścisku niewielkie podwyższenie na planie koła sklecone na szybko z kilku gołych desek i płyt pilśniowych, które walały się wszędzie dookoła. Przy krawędziach „sceny” zostały ustawione wielkie monitory plazmowe na metalowych stelażach – wszystko ustawione tak, żeby widzowie mogli dobrze przyglądać się wirtualnej walce. Za metalowymi nogami stelaży i plecami monitorów, w ich cieniach skrywali się organizatorzy walk nazywani współczesnymi lanistami oraz sami „gladiatorzy”, który grzecznie czekali w rządku, aby uiścić opłatę wstępną, a następnie na swoją kolej. Na kilku krzesłach tudzież fotelach wyciągniętych ze śmietników siedziało kilka śmiałków, którzy jako pierwsi zgłosili się do walki. Wszyscy oni mieli zamknięte oczy, przez co wyglądali jakby ucięli sobie zbiorową drzemkę, jednak atmosfera sielanki była zakłócona przez ich wykrzywiające się w bólu twarze i sińce w głębokim śliwkowym odcieniu, które wykwitały na ich ciałach jakby znikąd. Gracze miotali się na swoich miejscach niespokojnie, od czasu do czasu któryś z nich machnął którąś z kończyn, krzyknął krótko lub wydał z siebie jakiś inny dźwięk. Wyglądało to tak, jakby chcieli zerwać się z miejsca i uciec, ale wciąż byli pod wpływem paraliżu sennego, przez co nie panowali w pełni nad swoimi ciałami. Jakby byli uwięzieni w koszmarze, z którego nie mogli się wydostać.
- Aoki! – usłyszałem znajomy głos. – W końcu postanowiłeś się pokazać! – Narazu, wysoki, czerwonowłosy lanista, przywitał mnie gromko. – Nie było cię jakiś czas, więc zacząłem się już martwić! Sprawdziłem rankingi, ale w tych wciąż zajmujesz wysokie miejsce, więc to utwierdziło mnie, że nie mogłeś przegrać – wydedukował. – Nie dostałeś więc porządnego lania. Co się z tobą działo? – zainteresował się ciekawsko.
- Musiałem odespać te wszystkie walki – wzruszyłem ramionami. – Byłem zmęczony – wytłumaczyłem się.
- Ale za spanie nie płacą, co? – rzucił zaczepnie i zaśmiał się gardłowo. Obszukał się po kieszeniach i wyciągnął z jednej paczkę papierosów. Odpalił używkę. Papieros w kąciku ust był niemalże jego znakiem rozpoznawczym.
- Ano nie… - przyznałem niechętnie.
- Znów zamierzasz oskubać nas na fortunę? – szturchnął mnie w ramię i poruszył znacząco brwiami.
- Zabiorę tylko tyle, ile będzie mi się należało – odparłem dość szorstko i wcisnąłem mu w rękę odliczoną sumę.
Narazu nie był złym gościem… znaczy, on też mógł pochwalić się rodowodem spod ciemnej gwiazdy, ale nie był znowu aż taki najgorszy. Był zaczepny i charakteryzował się dość sprośnym poczuciem humoru. Lubił bójki i cenił sobie te realne ponad te rozgrywające się w komputerowej rzeczywistości. Wiele osób mówiło przez to o nim jako o osobie starej daty. W istocie, czerwonowłosy lanista nie należał już najmłodszych. Podejrzewałem, że gdyby się postarał, to mógłby mieć syna w moim wieku.
- Będę na ciebie stawiał – poinformował mnie. – Więc mnie nie zawiedź – puścił mi oczko.
- Na pewno nie zawiodę – odparłem pewnie.
Moja pewność siebie nie wynikała jednak z wiary we własne możliwości czy próżności. Zwyczajnie potrzebowałem pieniędzy. Teraz. Natychmiast. Zbliżał się termin płacenia czynszu za mieszkanie, a długość zmian w pracy mojej mamy znów została zredukowana, co przekładało się na to, iż znów zarabiała mniej. Maszyny wypychały ludzi z ich stanowisk, więc ci sukcesywnie tracili prace, a także źródło utrzymania. Ogólna sytuacja społeczeństwa pogarszała się z chwili na chwilę. Ludzie cierpieli z powodu niedostatku, ubóstwa i ogromnych różnic majątkowych. Po jednej stronie mieliśmy właścicieli wielkich korporacji, którzy obracali prawdziwymi fortunami oraz „zatrudniali” coraz więcej robotów, które nie potrzebowały przerw, mogły wykonywać swoje zadania dwadzieścia cztery godziny na dobę i to w dodatku perfekcyjnie, niemalże minimalizując margines błędu do zera, nie przynosiły zwolnień lekarskich… a z drugiej strony byli przeciętni ludzie tacy jak ja i moja matka. Ludzie, którzy z dnia na dzień zastanawiali się, jak i za co przeżyć, i co włożyć do garnka.
Wreszcie nadeszła moja kolej. Usadowiłem się na śmierdzącym pleśnią fotelu i oparłem rękę na podłokietniku. Odsłoniłem wewnętrzną stronę nadgarstka, gdzie znajdywało się wejście przypominające port USB w komputerze. W obecnych czasach wszyscy mieli takie. Dzięki temu rozwiązaniu można było bezpośrednio podłączyć ludzi do niemal każdej maszyny – od aparatury podtrzymującej życie, do komputera w biurze podatkowym, który kopiował wszystkie dane na temat delikwenta, na lotnisku czy dworcu pociągowym. Na grzbiecie dłoni z kolei wszyscy mieli wszczepione mikroskopijne chipy, które pozwalały na identyfikację danego człowieka, a także uniemożliwiały podanie się za kogoś innego lub sfałszowanie danych. W ten sposób każdy miał także dostęp do informacji, do których musiał mieć dostęp. Lekarz skanował swój chip przy każdym wejściu do pokoju chorego. Z tej racji wiadomo było, kto jako ostatni widział się z pacjentem i kogo w razie potrzeby pociągnąć do odpowiedzialności. Członkowie rodziny mogli wejść do pokoju krewnego przebywającego w szpitalu i do nikogo innego. Jeżeli próbowali dostać się do pomieszczenia, do którego nie mieli dostępu, drzwi były blokowane. Podobnie było z wiadomościami. W dzisiejszych czasach nikt nie pisał już listów. Maile były poufne, gdyż ich zawartość mógł odczytać jedynie ich nadawca i adresat. Osoby postronne nie miały do nich dostępu. No, oczywiście z wyjątkiem zarządu bezpieczeństwa, który miał dostęp do wszelkich danych, żeby „chronić obywateli przed potencjalnym zagrożeniem i wykrywać niebezpieczeństwa zanim te zbiorą swoje żniwa”. Pełna inwigilacja. Pełna komputeryzacja. W obecnych czasach nie istniało już coś takiego jak prywatność. Termin ten stał się czysto abstrakcyjny.
Jeden z organizatorów dzisiejszej walki podał mi maleńkie urządzenie, które wyglądało jak input od bezprzewodowej myszki. Bez wahania podłączyłem urządzenie do własnego układu. Gadżet ten pozwalał na wejście do gry i generował impulsy elektryczne, które niszczyły drobne naczynia krwionośne powodując siniaki oraz raziły mięśnie i nerwy, wywołując ból. Owe impulsy wywoływały także mini-krwotoki, które mogły objawić się krwawym kaszlem, metalicznym posmakiem w ustach, krwawieniem z nosa lub oczami nabiegłymi krwią. Nigdy nie doznałem jakiegoś poważniejszego uszkodzenia w grze, ale słyszałem, że urządzenie to było w stanie nawet generować impuls tak silny, który ludzki mózg odczytywał jako ból towarzyszący złamaniu kości lub utracie kończyny.
Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki wdech. Przełknąłem głośno, krzywiąc się nieznacznie, kiedy poczułem ładunek elektryczny, który emanował z mojego nadgarstka. W pierwszej chwili to zawsze było nieprzyjemne. Nie lubiłem tego uczucia mrowienia i szczypania pod skórą i za nic nie mogłem się do niego przyzwyczaić niezależnie od tego, ile razy brałem już udział w wirtualnych walkach. W moim mniemaniu dowodziło to tylko tego, że maszyny i ludzie nie powinni jednak być ze sobą aż tak blisko, gdyż nie mieliśmy się ze sobą najlepiej i najzwyczajniej w świecie nie potrafiliśmy się wzajemnie do siebie dopasować.
W następnej chwili zostałem przeniesiony już do komputerowego świata. Rozejrzałem się dookoła po błękitno-fioletowym bezkresie połyskujących kolorów. Barwy mieszały się ze sobą, kolorowe plamy naprzemiennie rosły i kurczyły się, rozlewały się, zajmując coraz to większą powierzchnię, po czym wsiąkały w niewidzialny materiał materii. Pulsowały, lśniąc raz mocniej, raz słabiej, zupełnie tak jakby były żywymi istotami. W jakiś sposób to było przerażające…
Żeby było ciekawiej, ja sam byłem zawieszony w tym samym bezkresie kolorów. Nie spadałem, mimo iż nie czułem pod sobą żadnego gruntu. Przede mną zmaterializował się mój przeciwnik. Miał on ciemniejszą ode mnie skórę, czarne włosy i ubrany był w letnią koszulkę i krótkie spodenki. W mojej okolicy była zima, a ja sam miałem na sobie grubą kurtkę. To naprowadziło mnie na myśl, że komputer wygenerował mi rywala z zupełnie innej części świata. Ten akurat wyglądał mi na Latynosa.
Chłopak naprzeciw mnie uśmiechnął się kpiąco i skłonił w głębokim ukłonie.
- To prawdziwy zaszczyt móc zmierzyć się z samym Aoi Nikuya (jap. niebieski rzeźnik) – rzucił cynicznie. – Pozwolisz, że zajmę twoje miejsce w rankingu? – zaśmiał się.
Ja nie strzępiłem sobie języka na głupie przepychanki słowne. Zbyt często słyszałem podobne gadki, żeby wciąż się nimi przejmować. Nie przeszkadzał mi już nawet przydomek, jakim zostałem ochrzczony, mimo iż wciąż uważałem go za znacznie przerysowany. Nazywali mnie „niebieskim” ze względu na kolor moich długich, sięgających niemalże połowy długości pleców włosów i mogłem się z tym pogodzić – ale żeby zaraz „rzeźnikiem”? Koniec końców przecież nikogo nie zabiłem. Mierzyliśmy się jedynie w grze. Co najwyżej mogłem nabić komuś parę sińców.
Nie zamierzałem oddać swojego miejsca w rankingu. Ci, którzy plasowali się na jego szczycie, byli lepiej opłacani. A ja naprawdę potrzebowałem gotówki. Byłem więc zdeterminowany, żeby ją zdobyć. I może trochę zdesperowany przy okazji. Chwytałem się każdej możliwej formy zarobku.
Nie wszyscy jednak byli w tak fatalnej sytuacji jak ja. Niektórzy gracze byli po prostu znudzeni. Szukali mocnych wrażeń. Paru z nich mogło ustawić sobie znalezienie się w rankingu jako punkt honoru czy coś podobnego… Żaden z nich nie miał tak dobrego powodu i motywacji, żeby wygrać tak jak ja. Dlatego właśnie zawsze ze mną przegrywali.
Latynos uśmiechał się, spoglądając na mnie z góry, jakby już wiedział, że ta walka należała do niego. Nie lubiłem takiego typu graczy. Nie, żebym sam uważał, że nigdy nie przyjdzie mi przegrać, w przeszłości też kilka razy zdarzyło mi się posmakować gorzkiego smaku porażki, szczególnie kiedy dopiero zaczynałem i nie miałem zbyt wiele wprawy i doświadczenia w wirtualnych starciach. Wszyscy mieliśmy swoje wzloty i upadki. Tym razem jednak jego cwaniacki uśmiech wskazywał mi na jedno – kody. Mogłem iść o zakład, że mój przeciwnik zapewne odkrył bogactwo zakazanej bazy danych z kodami, które pozwalały wyprowadzać ataki i bloki, które normalnie nie były możliwe. Oczywiście głośno mówiło się o zasadach gry fair play i tak dalej, jednak w gruncie rzeczy nikt za bardzo nie przejmował się hackerami i oszustami. W końcu im bardziej dramatyczne widowisko, tym lepiej. Jakoś trzeba było zaspokoić widownię, prawda?
Nie lubiłem takich typów, nawet nie tyle dlatego, że byli jacyś przesadnie trudni do pokonania, ale zwyczajnie z samej zasady. Nie lubowałem się w oszustwie i krętactwie, toteż nawet okłamywanie matki przychodziło mi z trudem i niesmakiem, który później długimi godzinami odbijał mi się zgagą poczucia winy. Sam niestety natknąłem się na podobnych typków już nie raz, toteż nauczyłem się z nimi radzić. Zazwyczaj nie posiłkowałem się kodami, ale jeśli ktoś nie był w porządku w stosunku do mnie, dlaczego ja miałbym być inny w stosunku do niego? Musiałem przyznać, że niezależnie od tego, co myślałem o dobie komputeryzacji, w której przyszło nam żyć, całkiem nieźle radziłem sobie z różnego rodzaju maszynami i miałem o nich jako-takie pojęcie. Może wciąż daleko mi było do eksperta, ale przynajmniej byłem na tyle obrotny, żeby uporać się z własnymi problemami bez proszenia się o cudzą pomoc.
Rozbrzmiał dzwonek obwieszczający rozpoczęcie pierwszej rundy walki. Chłopak w szortach pogłębił uśmiech i zamachał rękami, które w mgnieniu oka pokryły się płomieniami aż do wysokości łokci. Jak przez ścianę usłyszałem zduszone, zdziwione westchnięcie tłumu gapiów. No tak, świetnie. Czyli jednak miałam rację. Miałem przed sobą kolejny, godny pożałowania egzemplarz, który czuł się, jakby chwycił boga za nogi, bo ktoś mu sprzedał kilka kodów. Przewróciłem na tę myśl oczami i sapnąłem poirytowany.
Handel kodami kwitł swoją drogą wraz z rosnącą popularnością walk ulicznych. Jedni uważali to za zjawisko zupełnie niezależne, inni twierdzili, że kody są kontrolowane przez mafię tak samo jak i całe pojedynki. Co było prawdą, nie wiedziałem i jakoś nie zależało mi przesadnie, żeby zmienić ten porządek rzeczy.
Czas było brać się do roboty. Latynos w hawajskiej koszuli wysunął przed siebie nogę, chcąc ruszyć z miejsca, jednak ubiegłem go. Jeśli on postawił na siłę i obrażenia używając kodów, ja musiałem kontratakować i bronić się szybkością oraz refleksem. Tak też zrobiłem. Nim zdążył się zorientować, ruszyłem z miejsca i zniknąłem z jego pola widzenia. Zszokowany oszust wytrzeszczył oczy i rozdziawił usta, jednak nie zamierzałem dawać mu czasu na wydobycie z siebie żadnych słów. W ogóle chciałem mieć to wszystko jak najszybciej za sobą, dlatego nie miałem w planach marnowania czasu.
Zaatakowałem z jego lewej. Kody wspomagające szybkość gracza pozwalały poruszać się z taką prędkością, że przeciwnik miał wrażenie, jakby ten teleportował się z miejsca w miejsce lub ciosy padały dosłownie znikąd w szczególności, jeśli ktoś potrafił umiejętnie się nimi posługiwać i pozostać poza widnokręgiem wroga przez cały czas.
W wirtualnej rzeczywistości i tak dysponowałem już niebanalną siłą, dlatego nie potrzebowałem żadnych kolejnych kodów w tej dziedzinie. Wyprowadziłem kopnięcie z półobrotu wprost w jego żebra. Latynos charknął głucho i odleciał na dobre kilkanaście metrów, zatrzymując się dopiero na jednej z niewidzialnych ścian, które wyznaczały nasze pole walki. Kości stawiły opór pod podeszwą moich znoszonych butów, a potem poczułem zaskakującą swobodę ruchów, jakby dalej już nic mnie nie blokowało, jakby jego żebra ustąpiły. Zdziwiony zatrzymałem się na chwilę, obserwując z zaciekawieniem przeciwnika, który z widocznym problemem gramolił się na kolana. Z jego ust popłynęła krew. Mocno drżał i jedną ręką łapał się za obolałą stronę, krzywiąc się, jakby połknął cytrynę. Czyżbym połamał mu żebra? Czyli to jednak możliwe? Zaskoczony tym odkryciem potarłem brodę w zamyśleniu. Zastanawiałem się czy w takim razie mogłem uszkodzić kogoś poważniej już wcześniej, jednak jakimś cudem tego nie zauważyłem. Może nie byłem znowu taki „święty”, za jakiego się uważałem? Tym razem użyłem zdecydowanie zbyt wiele siły. Normalnie nie szedłem na całość, gdyż nie chciałem zbyt mocno poturbować innych graczy – nie widziałem w tym sensu i nie czerpałem z tego żadnej, chorej radości. Nie lubiłem krzywdzić innych, przynajmniej nie bez potrzeby, nie w obronie własnej lub bliskich mi osób, jednak dzisiaj wydawałem się być wyjątkowo rozdrażniony i spieszyło mi się. Chciałem wrócić do domu i z powrotem położyć się do łóżka, mimo że przez ostatnie trzy dni praktycznie z niego nie wychodziłem.
- Cholera! – wrzasnął chłopak, chwiejnie podrywając się na dygoczące nogi, wyrywając mnie tym samym z chwilowego letargu.
Rzucił się na mnie nieskładnie, młócąc jedną ręką powietrze, a drugą wciąż oplatając się na wysokości żeber. Wyciągnął w moim kierunku płonące przedramię, jednak nim zdążył mnie dosięgnąć uchyliłem się bez większego trudu, a następnie, wciąż pozostając w półprzysiadzie, wyprowadziłem kolejny cios. Tym razem uderzyłem go kolanem w splot słoneczny, co odebrało mu oddech. Dzieła dokończyłem kopnięciem tuż pod brodą, które odrzuciło go do tyłu i sprawiło, że Latynos wylądował na plecach.
Nie czułem żalu, nie było mi go szkoda. Nie czułem się już nawet winny. Po tak długim „stażu” w tej „branży” po prostu wyzbyłem się takich uczuć i emocji. Zdawało się, że najzwyczajniej w świecie w jakimś stopniu stałem się zwyrodnialcem.
Bezdusznie odwróciłem się na pięcie, będąc pewnym, że już po wszystkim. Zamierzałem wrócić na moje poprzednie miejsce, oczekując następnego przydzielonego przeciwnika, kiedy nagle coś zwróciło moją uwagę. Nad moją głową wciąż latały czerwone napisy układające się w napis: „WINNER”, a za moimi plecami dwie roznegliżowane cyber-nastolatki odstawiały wzbudzający we mnie tylko zgorszenie taniec z pomponami, choć zdawałem sobie sprawę, że wiele osób znajdowało ich nierealne, przerysowane biusty oraz nieproporcjonalnie wąskie talie w stosunku do szerokich bioder jako pociągające. Nowy przeciwnik nie pojawiał się, dopóki te nie zniknęły, ale dziś wyglądało na to, że coś było inaczej. Gdzieś na granicy pulsujących kolorów dostrzegłem niepokojący cień. Zaalarmowany zatrzymałem się, obserwując wysoki, czarny prostokąt, który rozsunął się niczym przesuwane drzwi, rosnąc wzdłuż oraz ukazując w swoim wnętrzu dziwną postać. Niespotykany gość był wysoki i chudy. Nosił czarne, skórzane spodnie, kurtkę oraz tego samego, sięgające kolana buty. Chorobliwie bladą twarz skrywał za maską gazową, która tkwiła nieruchomo w objęciach jego długich, czarnych włosów, które spływały swobodnie po jego ramionach, sięgając niemal ostatnich żeber. Nieznajomy posłał mi ciężkie spojrzenie oczu, które wyglądały jak dwa kawałki oszlifowanego, lśniącego antracytu.
- Nowy uczestnik! – zawołała przesłodzonym głosikiem nastolatka ubrana jedynie w futrzastą bieliznę. -  Nickname: Apocalypse, serwer: nieznany – przedstawiła nowego gracza.
Coś tu było nie tak. Mocno nie tak. Po pierwsze, przeciwnicy nie pojawiali się w losowych miejscach, gdzie im się żywnie podobało. Zawsze wychodzili naprzeciw mnie, zawsze w tym samym miejscu. To jedna sprawa. Inną zagwozdką był jego serwer. Wszyscy byliśmy gdzieś podłączeni. Jeśli jego lokalizacja była nieznana, mogło to oznaczać, że włamał się do sieci na własną rękę i utajnił swoje dane. Tylko jak mógłby tego dokonać? I po cholerę? W końcu takim zachowaniem ryzykował narażenie się yakuzie, a przecież wystarczyło skręcić za dowolny, bardziej obskurny róg, żeby znaleźć podobne miejsce do tego, w którym obecnie przebywałem.
Apocaypse ruszył w moim kierunku. Spiąłem się, odruchowo przygotowując na błyskawiczną obronę, gdyby ten zechciał zaatakować, nim walka oficjalnie została rozpoczęta. Cofnąłem się mimowolnie o dwa kroki, gdyż gość przede mną miał jakąś dziwną, przerażającą aurę, która wywoływała u mnie nieprzyjemne dreszcze. Przełknąłem z trudem.
Dziwny gracz w czerni rozłożył szeroko ręce, jakby chciał mnie objąć i sapnął ciężko, a dźwięk jego wydechu został spotęgowany przez maskę gazową na jego twarzy. Wymruczał coś niewyraźnie, czego nie mogłem dosłyszeć. Ogarnęło mnie niepokojące przeczucie, że zaraz zdarzy się coś złego.
Nim zdążyłem się obejrzeć, ktoś jakby zgasił światło i cały świat pogrążył się w ciemności. Krzyknąłem, kiedy silny ładunek elektryczny przebiegł przez mój nadgarstek, przedramię i rozniósł się po całym ciele. Co gorsza nie był to jednorazowy impuls, ale ten trwał w najlepsze, jakby ktoś zrobił sobie ze mnie osobliwy przewodnik. Darłem się tak długo, aż ochrypłem. Całe szczęście ktoś jednak wpadł na genialny pomysł, żeby mi pomóc. Poczułem mocne szarpnięcie i wtyczka z mojego nadgarstka została wyciągnięta, a moje naprężone ciało opadło bezwładnie na zapleśniały fotel. Roztrzęsiony z trudem rozlepiłem załzawione oczy, żeby spojrzeć w twarz przestraszonego nie na żarty czerwonowłosego lanisty.
- Aoki, nic ci nie jest?! – położył mi rękę w uspakajającym geście na ramieniu.
- C-chyba nie… - wydukałem z trudem, podnosząc dłonie do mokrego czoła i ocierając linię włosów. – Co to było? – zapytałem wciąż drżącym głosem.
- Szczerze? – Narazu podniósł się z kucek i rozejrzał po sali, która pogrążyła się w ciemności. – Nie mam pojęcia… - przyznał przyciszonym tonem.
Gapie spanikowali, członkowie mafii starali się ich uspokoić i wyprowadzić z budynku. Przełknąłem z trudem raz jeszcze, po czym ostrożnie wywindowałem się do pozycji stojącej. Rozejrzałem się dookoła, a kiedy moje oczy przyzwyczaiły się już do wszechobecnej ciemności dostrzegłem, że plazmowe ekrany telewizorów były zepsute, pobite, zupełnie jakby coś próbowało wydostać się z ich wnętrza. Kolorowe flaki przewodów i kabli zwisały smętnie, niektóre z nich wciąż sypały miniaturowymi fajerwerkami iskier.
Co to, do ciężkiej cholery, miało być?!

***

Byłem tak osłabiony, że miałem problem, żeby wrócić do domu o własnych siłach, toteż przez pewien czas pozwoliłem sobie jeszcze zostać na miejscu, żeby zebrać siły. Zdawało się, że chyba nawet przysnąłem na tym przeklętym fotelu, który zdecydowanie pamiętał lepsze czasy, gdyż ładunek elektryczny, który przeszedł przez moje ciało, zbierał swoje żniwa. Członkowie yakuzy zajęci byli uspokajaniem gapiów, naprawianiem zepsutego sprzętu, dzwonieniem do wszystkich znajomych królika w celu rozeznania się w sytuacji, samodzielnymi próbami znalezienia wyjaśnienia, co też się tak właściwie stało. Wyglądało na to, że nasz przypadek nie był jedynym i odosobnionym. Z tego, co się zorientowałem z podsłuchanych rozmów, wychodziło mi na to, że w wielu miejscach miały miejsce podobne wypadki. W tym samym czasie. Dziwne wypadki zsynchronizowane ze sobą jak w szwajcarskim zegarku. A to dobre. Ciekawe. Coś jednak jakoś nie chciało mi się wierzyć w zrządzenie losu, w karmę, której nagle zachciało się w tak okrutny sposób z nas zażartować. Rzeczy nie dzieją się bez przyczyny. To musiał być atak.
Czyżby jakiś hacker chciał przejąć rynek? A może jakiś gang próbować odgryźć się na skłóconych współpracownikach? Cóż, opcji było wiele, ale ja niestety nie miałem żadnych narzędzi, żeby obalić lub potwierdzić swoje domysły, więc wciąż pozostawałem z ręką w nocniku. A raczej z porządnym bólem i poparzeniem nadgarstka, gdyż skóra wokół mojego portu nabrzmiała, zaczerwieniła się i była gorąca jak diabli.
Musiałem poczekać aż wszystko chociaż względnie się uspokoi, żeby odebrać moje wynagrodzenie za wygraną walkę. Za jeden pojedynek nie zarobiłem wiele, jednak na całe moje zakichane szczęście Latynos był na całkiem niezłej pozycji w rankingu, więc przynajmniej byłem pewien, że te kilka groszy starczy, żeby uiścić czynsz, jeśli dołożę je do pensji mojej rodzicielki. Mimo to byłem wściekły. Byłem obolały, – tak, znowu – stało się coś dziwnego, czego nikt nie potrafił wyjaśnić, a ponad to straciłem niemal całą noc i wyniosłem z tego tylko kilka zwitków pieniędzy. Liczyłem na znacznie więcej. Byłem rozczarowany. W jakiś sposób byłem też przestraszony, gdyż zdawałem sobie sprawę, że działo się coś złego, a mimo wszystko nie mogłem „od tak sobie” po prostu odciąć się od walk ulicznych. Będę musiał tu wrócić, żeby zarobić, a teraz możliwe, że wiązało się to z prawdziwym niebezpieczeństwem. Co jeśli następnym razem Narazu nie będzie w pobliżu i nikt mnie w porę nie odłączy albo impuls elektryczny będzie tak silny, że zatrzyma moje funkcje życiowe? A może zdarzy się coś nowego, coś jeszcze bardziej niecodziennego, nieprzewidywalnego, gorszego? Kto wie… Niezależnie od tego, co będzie miało miejsce w najbliższej przyszłości, będę musiał stawić temu czoła, nawet jeśli miało to być bolesne.
Ostatecznie jednak odebrałem swoją zapłatę i wróciłem do domu. Zostawiłem pieniądze na stole w jadalni, a sam udałem się na piętro do swojego pokoju. Było wciąż bardzo wcześnie, około piątej nad ranem, więc nie chciałem budzić mamy. Zostawiłem pieniądze w widocznym miejscu, żeby ta miała, z czego zapłacić, kiedy właściciel mieszkania przyjdzie po czynsz. Ta krwiożercza, bezlitosna bestia zawsze stawała w progu naszego domu o samym świcie. Ja zamierzałem o tej porze jeszcze spać. Potrzebowałem odpocząć.
Z ciężkim westchnięciem padłem na materac i zagrzebałem się w pościeli, nawet nie kłopocząc się, żeby ściągnąć ubrania. Zrzuciłem jedynie buty i rozpiąłem kurtkę, pod którą i tak nosiłem tylko lekki podkoszulek. W domu było zimno. Musieliśmy oszczędzać na ogrzewaniu.
Ułożyłem się wygodnie, próbując ogrzać zmarznięte dłonie pod poduszką. Zamknąłem oczy i czekałem na nadejście błogiego snu, jednak ten jak na złość mnie omijał. Bolała mnie głowa, oczy same mi się zamykały, jednak nie mogłem zasnąć. Ten podejrzany gracz o pseudonimie Apocalypse nie dawał mi spokoju. Jego obraz raz za razem wciskał mi się pod powieki, przez co drżałem niekontrolowanie niczym w napadach febry. Było w nim coś… niebezpiecznego. Tak, z całą pewnością niebezpiecznego. Zastanawiało mnie, kim mógł być i skąd się wziął. Z jakiejś racji nie dawały mi też spokoju jego słowa. Miałem dziwne przeczucie, że gdybym tylko mógł usłyszeć, co powiedział w moment przed tym zanim cały system szlag trafił, mógłbym coś zrozumieć. Miałem wrażenie, jakby uciekało mi coś ważnego – coś niekoniecznie trudnego do zauważenia, ale też nie oczywistego, a jednocześnie tak kluczowego. Miałem puzzle w rękach i nie mogłem ich złożyć. Gdybym tylko odpowiednio się skupił, może udałoby mi się ułożyć obrazek nawet bez instruktarzu na pudełku – tylko, żebym się skupił, potrzebowałem świeżego spojrzenia i przede wszystkim odgonić się od doskwierającej migreny i senności. A na chwilę obecną to nie było możliwe. Co za upierdliwa sprawa…

***

Oprócz zarabiania na wirtualnych walkach miałem też bardziej przyziemną, tradycyjną pracę. Popołudniami pomagałam w niewielkim sklepie na rogu jednej z mniejszych uliczek, czasami zdarzało się, że dostarczałem jakieś zamówienia klientom, którzy preferowali robić zakupy przez internet niżby zmusić się do przejścia tych kilkudziesięciu metrów i pofatygować się po paczkę osobiście. Czasami miałem smutne przeczucie, że jeśli tak dalej pójdzie to ludzie niedługo zapomną, jak się chodzi. W dzisiejszych czasach niemal wszystko można było zrobić za pośrednictwem maszyn, podłączając się do sieci. Nie było przymusu, żeby w ogóle wychodzić z domu. Spacerowanie czy, o zgrozo, uprawianie jakiś sportów na świeżym powietrzu też już dawno wyszło z mody, więc właściwie ulice przez większość czasu pozostawały wyludnione i trudno było kogoś spotkać nawet w centrum miasta. Spacerując tak między kolosalnymi blokami mieszkalnymi zastanawiałem się, dokąd my, jako ludzie, w ogóle zmierzamy i co też robiły z nami nasze własne wytwory i wynalazki…
Wiele osób uważało moją pracę za wyjątkowo upierdliwą i wkurzającą, gdyż wymagała ona chociażby minimalnej aktywności fizycznej, ale ja ją lubiłem i nie narzekałem. Poza tym byłem szczerze wdzięczny za to, że w ogóle ją miałem, gdyż zdawałem sobie sprawę, że właściciel sklepu mógł z wielką łatwością zastąpić mnie kilkoma robotami – jednym, który stałby za ladą w sklepie, pilnowałby zaopatrzenia i usługiwał ekstrawaganckim klientom, którzy jednak zdecydowali się wstąpić do lokalu osobiście prawdopodobnie tylko dlatego, że mieli do drodze do domu i drugim, jeździkiem, który mógłby niezmordowany krążyć po całym mieście i to w dodatku znacznie szybciej niż ja. Całe szczęście mój pracodawca, staroświecki starszy pan, którego nazywałem „dziadkiem” na jego własne życzenie, pozostawał staromodny i, jak sam twierdził, nie miał zaufania do maszyn. Uważał, że pewne prace po prostu muszą być wykonywane przez ludzi i koniec kropka. Można powiedzieć, że poniekąd podzielałem jego zdanie, dlatego dość dobrze nam się współpracowało.
Właśnie wracałem z pracy do domu. Dziś nie działo się absolutnie nic, przez co byłem znudzony. Przez całe popołudnie odebrałem może ze dwa telefony i to by było na tyle. Ziewnąłem rozdzierająco, przeciągając się i zakładając splecione dłonie na kark. Zrobiło się już ciemno, jednak to ze względu na porę roku, gdyż w istocie nie było jeszcze znowu aż tak późno.
Skręciłem za róg. Na wąskiej uliczce między hangarami przemysłowymi jedynym źródłem światła była pojedyncza żarówka wisząca nad jedną z bram garażowych, która rzucała chorobliwie żółte światło na oszroniony asfalt. Dookoła było cicho. W mieście nie dało się już słyszeć warkotów silników samochodów, gdyż te dawno temu zostały zastąpione nowocześniejszymi wynalazkami, które nie hałasowały ani nie zanieczyszczały powietrza. Ludzi też nigdzie nie było słychać, gdyż, tak jak już wspomniałem wcześniej, większość z nich wegetowała w jednym miejscu przemieszczając się co najwyżej z jednego pomieszczenia do drugiego we własnym mieszkaniu. Obecnie na ulicach najczęściej można było zobaczyć miniaturowye jeździki, które zajmowały się dostarczaniem przeróżnych dóbr lub sprzątaniem. Nawet te jednak nie wydawały zbyt wiele odgłosów. Rolki obracające ich gąsienicami wydawały z siebie ledwo słyszalny odgłos, który przypominał wiatrak młócący powietrze.
Dziadek przyniósł dziś do pracy ciastka upieczone według starego przepisu przez jego żonę. Były one wręcz przepyszne, przez co najwyraźniej pozwoliłem sobie zjeść ich dzisiaj zbyt wiele. Zwyczajnie nie mając co robić, zająłem się jedzeniem. Teraz odczuwałem tego skutki. Proste cukry wpłynęły falą tsunami w moje żyły, przez co krew w nich przypominała teraz bardziej syrop truskawkowy, a ja sam zrobiłem się senny i nieuważny. A szkoda. Bo może, gdyby nie to, zorientowałbym się wcześniej…
Coś było nie tak. Towarzyszyło mi niepokojące poczucie bycia obserwowanym. Zatrzymałem się i przezornie rozejrzałem dookoła, jednak nikogo nie zauważyłem. To mnie nie uspokoiło. Odwróciłem się i wyjrzałem na dopiero minięte skrzyżowanie, jednak oprócz mnie oraz niewielkiego robota dostarczającego pizzę, który wyglądał jak poruszający się kubeł na śmieci, wszystko pozostawało statyczne i nieruchome.
Wzruszyłem ramionami sam do siebie, próbując wmówić sobie, że moja własna wyobraźnia płatała mi figle, że byłem przewrażliwiony po tym ostatnim, niewyjaśnionym i dziwnym zajściu mającym miejsce podczas walk w wirtualnej rzeczywistości. Odwróciłem się z powrotem, mając zamiar kontynuować swoją drogę powrotną, kiedy nagle jakiś bardzo głęboki i wysoki cień zagrodził mi drogę. Mało brakowało, a byłbym w niego uderzył.
Zdziwiony podniosłem wzrok, żeby spojrzeć w twarz, którą, mimo iż widziałem zaledwie chwilę, to już tak dobitnie zdążyła wyryć mi się w pamięci. Przede mną stał Apocalypse – tym razem jednak w tym jak najbardziej rzeczywistym świecie. Nie miałem pojęcia, jak zakradł się do mnie od tyłu w tak absolutnej ciszy, gdyż teraz jego wydech uwydatniony przez maskę gazową, za którą się skrywał, zdawał się wręcz ogłuszająco głośny.
- C-co…? – zdążyłem tylko tyle z siebie wydusić, gdyż w następnej chwili brunet przyciskał mnie już do najbliższej ściany.
Trzymał mnie za gardło, tym samym utrudniając mi przełykanie śliny oraz oddychanie. Cisnął mną o ścianę z zadziwiającą łatwością, a nawet podniósł mnie na niewielką wysokość, tak, że musiałem stawać na palcach, żeby nie wisieć bezwładnie w jego uścisku i całkiem się nie udusić.
Żółte światło żarówki odbijało się w jego jednolicie czarnych oczach świetlistym kręgiem. Spoglądał na mnie pustym i bezdusznym wzrokiem, jakby nie widział niczego złego w tym, co robił – jakby był to dla niego jak najbardziej na miejscu gest powitania lub gdyby pozbywał się jakiegoś irytującego insekta, którego przecież nikt i tak nie będzie żałował.
Nie zamierzałem pozostawać w takiej sytuacji bierny. Zacisnąłem jedną rękę na jego wyciągniętym przedramieniu, głęboko wbijając paznokcie w jego skórę. Próbowałem odciągnąć jego zaciskającą się dłoń od własnego gardła, jednak ten jakby dysponował jakąś nadludzką siłą i zupełnie nie zwracał uwagi na moje próby i starania. Szybko zaczęło mi ciemnieć przed oczami, a na moim widnokręgu pojawiły się czarne, latające plamy. W akcie obrony wsparłem się mocniej plecami o ścianę, przeniosłem ciężar ciała na jedną nogę, a drugą wyprowadziłem kopnięcie. Trafiłem go w żebra, jednak ten znów ani drgnął, mimo iż siła ciosu sprawiła, że sam z chęcią zawyłbym z bólu, gdybym tylko mógł. Poprawiłem i tym razem wyprowadziłem kopnięcie z kolana wprost w jego brzuch, jednak ten dalej stał jakby wrośnięty w podłoże. W akcie desperacji postanowiłem zagrać nieczysto i przygotowałem się do kopnięcia w krocze, jednak wtedy mój napastnik odskoczył, nareszcie puszczając mnie.
Odetchnąłem z ulgą i cudem udało mi się nie zsunąć na ziemię. Wsparłem się na własnych kolanach, zginając w pół i obserwując go uważnie, dysząc przy tym ciężko, łapczywie nabierając zbawczego tchu. Apocalypse stał wyprostowany i statyczny jak manekin. Nie wiedziałem czy zatrzymał się, żeby przemyśleć następny ruch, czy w jakiś sposób sprawiało mu przyjemność oglądanie mnie w takim stanie, jednak nie zamierzałem biernie czekać na jego następne posunięcie. Koniec końców ja też potrafiłem o siebie zadbać. Kiedy tylko mniej więcej uspokoiłem oddech, rzuciłem się na niego z uniesioną pięścią. Nieznajomy był szybki. Znacznie szybszy niż mógłbym przypuszczać. Momentalnie zniknął mi z pola widzenia, tak, że nieomal znów wylądowałem na asfalcie przez mocny zamach, jaki wziąłem, żeby porządnie grzmotnąć go w tą zamaskowaną facjatę. Nie spanikowałem jednak. Nie wiedziałem, skąd we mnie tyle opanowania. Możliwe, że doświadczenie zdobyte w wirtualnych walkach pozwalało mi w jakiś sposób czuć się bardziej pewnym siebie, nawet jeśli nie miałem już tak wiele do powiedzenia w kwestii walki wręcz w prawdziwej rzeczywistości. Nie byłem jak Narazu. Byłem dużo młodszy, a w moich czasach bójki na jawie zdarzały się rzadziej niż rzadko, głównie można było przeczytać o nich w jakiś plotkarskich magazynach, które chciały tylko zainteresować możliwe jak największą ilość czytelników, a dla osiągnięcia obranego celu były zdolne nawet kreować i zmyślać opisywane historie, więc w gruncie rzeczy nikt im za bardzo nie dowierzał.
Orientując się, że mój przeciwnik mógł poszczycić się nieprzeciętnym refleksem, szybko zdałem sobie sprawę, że musiałem myśleć kilka kroków przed nim i nauczyć się przewidywać jego ruchy, żeby nie skończyć marnie. Domyśliłem się, że ponownie będzie próbował wziąć mnie z zaskoczenia i pojawi się za moimi plecami. Nie pomyliłem się. Momentalnie obróciłem się i wyprowadziłem blok rychło w czas, aby uniknąć ciosu w szczękę. Jego pięść zatrzymała się na moim przedramieniu. Zaparłem się, wkładając całą swoją siłę, żeby nie ruszyć się z miejsca. Moja ręka zadrżała. Był silny. Cholernie silny. To nie były żarty. Wyglądało na to, że traktował mnie całkiem na poważnie.
Próbował dosięgnąć mnie drugą ręką, wyprowadzając cios w mój splot słoneczny, jednak w porę udało mi się odskoczyć. Ulżyło mi, kiedy między nami pojawiła się wolna przestrzeń, gdyż walka w zwarciu z tym dziwakiem nie należała do łatwych.
- Czego ty ode mnie chcesz?! – ściągnąłem groźnie brwi. W odpowiedzi usłyszałem jedynie jego zdeformowany, jakby poirytowany wydech.
To, co już udało mi się zauważyć to, to że był leworęczny. Ciosy zadawane lewą ręką były silniejsze, a ponad to jakby preferował używanie lewej ręki do ofensywy, podczas gdy prawa głównie służyła mu do zachowania balansu. Ponad to przydałoby się, żebym możliwe trzymał go na dystans. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie wytrzymałbym długo w walce w zwarciu. Był dla mnie za szybki i za silny. Musiałem go jakoś rozproszyć lub obezwładnić przy użyciu jakiejś chociażby prowizorycznej broni, a następnie ratować się ucieczką. Nie było innego wyboru. Potrafiłem ocenić zagrożenie. To nie była moja liga. W prawdziwym świecie, gdzie nie miałem swoich wirtualnych broni, ekwipunku, całej masy wspomagaczy i kodów do pomocy, nie prezentowałem się już tak świetnie.
Brunet zaatakował raz jeszcze. Prawa ręka z przodu – to błyskawicznie naprowadziło mnie na myśl, że to tylko zmyłka. Nie myliłem się. Zaraz zauważyłem jak lewa ręka zaciśnięta w pięść była już w pogotowiu tuż przy jego biodrze, czekając tylko aż ten mnie dopadnie. Prawa ręka była wymierzona wysoko, podczas gdy lewa zupełnie odwrotnie. Wyprowadzając wysoki blok nie byłbym w stanie zatrzymać drugiego ciosu, który mierzył gdzieś na wysokości mojej przepony. Trzeba było mu przyznać, że był niegłupi i nie atakował na ślepo. Wychodził planem, który zapewne w normalnych warunkach był bardzo skuteczny, co w moim mniemaniu dowodziło tego, że miał znacznie większe doświadczenie w walkach wręcz niż ja.
Nie dałem się jednak złapać. Uchyliłem się w bok, przepuszczając zwodniczy atak, a następnie zablokowałem jego lewą rękę, zatrzymując go tym samym w miejscu. Był tak silny, że musiałem użyć obu dłoni, żeby sparować jego atak, jednak nie zamierzałem poprzestawać jedynie na defensywie. Pociągnąłem go w dół za trzymaną rękę, a następnie wymierzyłem mu cios z kolana w brzuch. Na to nie był przygotowany. Poprawiłem jeszcze łokciem w twarz. Ten atak odrzucił go na dobre kilka metrów na ziemię i sprawił, że stracił swoją maskę.
Apocalypse dźwignął się na łokciach i spojrzał na mnie z czystą furią w czarnych oczach. Był to pierwszy raz, kiedy widziałem jego chudą, podłużną, bladą twarz w pełnej krasie. Miał ostre, wręcz kanciaste rysy twarzy jak kamienny posąg wykuty ręką dopiero początkującego rzeźbiarza. Nie oznaczało to, że brakowało mu urody, jednak było w nim coś tak drapieżnego i niebezpiecznego, że to aż zwyczajnie przerażało. Wzdrygnąłem się na ten widok.
Otarł wąską stróżkę krwi cieknącą z nosa i warknął niczym rozjuszony wilk. Odruchowo przygotowałem się na następny atak, kiedy wtem po okolicy rozniósł się ogłuszający jęk policyjnych syren. No tak, w obecnych czasach monitoring był niemal wszechobecny, toteż nic dziwnego, że ktoś wreszcie zauważył, że działo się coś niedobrego, a interwencja okazała się niezbędna.
Mój przeciwnik najwyraźniej nie zamierzał ryzykować stanięciem twarzą w twarz z przedstawicielami prawa. Zamiast rzucić się na mnie, zerwał się na równe nogi i zniknął w cieniach między kolejnymi hangarami. Ja zostałem. Nie miałem powodu, żeby uciekać. W końcu to ja byłem tu tym, który został ofiarą. Poza tym wypadałoby, żeby ktoś w końcu sprostował tę niejasną sprawę z facetem, który z nieznanych przyczyn najpierw rozwala cały system walk ulicznych, a następnie znienacka atakuje ludzi podczas ich rutynowej drogi do domu. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, żeby był to przypadek, że akurat byłem obecny podczas jego obu ataków. Czyżby wychodziło na to, żeby ten miał do mnie jakiś problem?
Zadając sobie całą masę pytań bez odpowiedzi schyliłem się i podniosłem porzuconą przez bruneta maskę i przyjrzałem jej się dokładnie. Jej widok wciąż wywoływał u mnie nieprzyjemne dreszcze.
- Kim ty, u diabła, jesteś? – zapytałem sam siebie.
W tej samej chwili uliczka, w której wciąż stałem, zalana została czerwono-niebieskim światłem policyjnych robotów i ich kogutów, które dopiero co się pojawiły. Musiałem jakoś wyjaśnić tę sprawę…

***

- Aoki, gdzie ty byłeś tyle czasu?! – zdenerwowana matka wyszła z kuchni, kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi frontowe. – Na litość pańską, dziecko, jak ty wyglądasz?! Co ci się stało? – zaczęła panikować widząc moje potargane włosy i wyświechtane ubranie będące dość oczywistym śladem po bójce, w którą się wdałem.
Ściągnąłem buty i kurtkę milcząc. Właściwie to byłem wściekły. Nie na rodzicielkę, ale na beznadziejną i bezsilną policję, która w gruncie rzeczy nie mogła mi w żaden sposób pomóc. Trzymali mnie na komisariacie przez kilka dobrych godzin, gdzie musiałem opowiadać, do czego doszło aż kilkakrotnie. Z tego, co wywnioskowałem z rozmów prowadzonych między funkcjonariuszami, to nie była pierwsza taka akcja Apocalypse. Mężczyzna ten atakował już wcześniej, w szczególności osoby, które były w jakiś sposób powiązane z walkami ulicznymi. Wychodziło jednak na to, że ja miałem więcej szczęścia niż rozumu, gdyż większość z jego poprzednich ofiar trafiło w stanie ciężkim do szpitala, a niektórym nawet zdarzyło się nieszczęśliwie przedwcześnie kopnąć w kalendarz z jego pomocą. Usłyszawszy to, wściekłem się nie na żarty. Zacisnąłem szczęki ze złości z taką siłą, iż niemal myślałem, że popękają mi zęby.
Zostałem zapewniony, że policja pracuje nad tą sprawą, więc nie mam, czym się przejmować. Zostałem także uprzejmie upomniany, żeby nie kręcić się samotnie po zmierzchu i w szczególności nie odwiedzać żadnych podejrzanych kątów – tak dla dobra mojego ogólnego bezpieczeństwa – a wszystko powinno być już w porządku. Po tej pogadance niewartej nawet funta kłaków oraz słabej, lurowatej kawie zostałem odwieziony do domu i na tym cała sprawa się zakończyła. Przynajmniej póki co.
Mnie jednak to wciąż nie dawało spokoju – głównie dlatego, że trawiło mnie głębokie przekonanie, że nic tak naprawdę nie będzie w porządku. Coś podpowiadało mi, że brunet nie wybierał swoich ofiar na chybił-trafił. On jeszcze wróci, tego byłem niemal pewien. A to z kolei oznaczało jedno: musiałem przygotować się na jego ewentualne ponowne spotkanie.
- Aoki! – ponagliła mnie matka.
- Powiedzmy, że pracuję nad odpowiedzią… - burknąłem i minąłem ją, kierując się ciężkim krokiem do własnego pokoju.
Skoro policja mnie zbywała lub przynajmniej sprawiała takie wrażenie, sam musiałem się o siebie zatroszczyć i rozwikłać zagadkę, o co też temu facetowi chodziło. Nie mogłem po prostu naiwnie wierzyć, że jasna i świetlista przyszłość postanowi rozewrzeć przede mną swoje ramiona, jeśli tylko będę wystarczająco cierpliwy.
Nie chciałem być opryskliwy wobec rodzicielki, w końcu nie mogłem jej winić za to, że się martwiła i troszczyła. Póki co nie chciałem jej jednak o niczym mówić – przynajmniej do czasu, kiedy zorientuję się i zrozumiem, o co tu tak właściwie chodzi. Nie chciałem jej straszyć. I tak miała wystarczająco zmartwień, a ja nie chciałem przysparzać jej nowych. Poza tym pozostawała jeszcze kwestia tego, że dla mojego własnego dobra byłaby zapewne w stanie przynajmniej spróbować mnie uziemić, a przecież musiałem wiąż brać udział w wirtualnych walkach, żeby zarabiać. Bez tego nie poradzilibyśmy sobie finansowo, a ostatnią rzeczą, jakiej teraz sobie życzyłem to zaciągnie długów i pożyczek bez możliwości ich spłacenia.
Westchnąłem ciężko, rzucając się na materac. Cholera, czy choć raz nie mogło być łatwo, miło i przyjemnie? I o co w tym wszystkim, do ciężkiej cholery, w ogóle chodziło? Przecież nic się tu nie trzymało kupy! No i ja – co ja miałem z tym wszystkim wspólnego? Dlaczego znalazłem się na celowniku zamaskowanego gościa wyskakującego jak diabeł z pudełka? Tyle pytań, a żadnych odpowiedzi…

***

Następnego dnia spotkałem się z Narazu na tyłach jego studia tatuażu. Lanista wysłuchał, co też przytrafiło mi się wczoraj, a teraz spoglądał na mnie zaniepokojony w ciszy. Przyszedłem do niego po jakieś rady odnośnie walki wręcz na wypadek, gdyby ten przeklęty gość zamierzał po mnie wrócić, jednak czerwonowłosy zamiast zbombardować mnie niekończącą się ilością historii ze swojej młodości, uparcie milczał i przyglądał mi się niemniej zmartwiony niż własna matka. Przyznam szczerze, że tego się po nim nie spodziewałem. Nie miałem pojęcia, że w jakiś sposób mogłem stać mu się bliski lub mogło mu zacząć na mnie zależeć.
- Narazu – mruknąłem, mając wrażenie, że ten odpłynął gdzieś daleko myślami i przestał kontaktować z rzeczywistością.
- Niedobrze… - westchnął w końcu, zakładając ręce na piersi. – Wygląda na to, że mamy tu do czynienia z jakimś rewolucjonistą, który zamierza walczyć z systemem – prychnął. – I niezależnie od tego, jak głupio by to nie brzmiało, wygląda też na to, że póki co ma nad nami przewagę. Jest w pojedynkę, a jednak trzyma nas za mordy, bo skubany dobrze wykorzystał efekt zaskoczenia – zawyrokował.
- O czym ty gadasz? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Nie, masz rację, gadam głupoty – machnął ręką. – On tylko chce, żebyśmy myśleli, że jest w pojedynkę, żebyśmy narobili pod siebie ze strachu, że mamy do czynienia z jednostką, która w gruncie rzeczy może bawić się nami jak marionetkami – pokiwał głową, jakby podkreślając, że tym razem już się ze sobą zgadza.
- Możesz jaśniej? – poprosiłem.
- Słuchaj, Aoki, pomyśl o tym przez chwilę – chwycił mnie za ramię i ścisnął tak, że aż skrzywiłem się z bólu, jednak nie odezwałem się nawet słowem. – Mamy jakiegoś szemranego typa, który włamuje się do naszej sieci nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak. Okej, możemy zakładać, że to bardzo utalentowany hacker dysponujący niebanalnym sprzętem, jednak bardziej prawdopodobnie brzmi to, że stoi za tym cała grupa ludzi, która dokładnie zadbała o to, żeby nikt ich nie znalazł, żeby cała ich akcja przebiegła szybko, gładko i bezproblemowo, a przede wszystkim z wielkim hukiem, prawda? Teraz zaczęły się jeszcze ataki nie tylko w sieci, ale i na żywo – rozwijał swoją myśl. – Gość zaczął eliminować graczy. Mało tego, zaczął od nie byle kogo, nie od przypadkowych typków, ale od tych, którzy zajmowali najwyższe pozycje w rankingu. Pozbawia nas najbardziej dochodowych ludzi, których walki oglądało i obstawiało najwięcej gapiów – tłumaczył. – Psuje nam krew, niszczy biznes. Mam uwierzyć, że jeden człowiek byłby w stanie tego dokonać? Weź też pod uwagę, że wszyscy jesteśmy podłączeni do sieci globalnie. Ludzie w rankingu pochodzą z różnych stron świata, a on skacze po całym globie jak jakiś pieprzony królik na sterydach – prychnął. – To fizycznie niemożliwe, żeby przemieszczał się tak szybko z miejsca na miejsce. Ktoś musi mu pomagać. Poza tym to nawet by się zgadzało. Po co niby miałby zamaskowaną facjatę? Po to, żeby nikt go nie rozpoznał, żeby właściwie każdy należący do grupy zbuntowanych hackerów mógł podszyć się pod tego całego Apocalypse. Wystarczy, że ubierze się w skóry, zasłoni twarz i gotowe! – rozłożył ręce, jakby to wszystko było jasne i oczywiste.
Może i brzmiało to w jakiś sposób sensownie, jednak miałem silne przeczucie, że sprawa ta nie była tak prostolinijna, jak przedstawił to lanista. Miałem wrażenie, że coś mu uciekało. Że coś uciekało nam wszystkim. Coś ważnego. Było jeszcze coś, o czym na chwilę obecną jeszcze nie mieliśmy pojęcia.
Sięgnąłem do torby, którą miałem przewieszoną przez ramię. Wyciągnąłem z niej maskę gazową, której jakimś cudem wczoraj nie przekazałem policji – może zwyczajnie w nerwach nie pomyślałem o tym, a może zrobiłem to celowo… kto wie? W chwili obecnej sam nie byłem już pewien. Teraz jednak liczył się jedynie fakt, że ją posiadałem. Pokazałem ją rozmówcy, na co ten wytrzeszczył na mnie oczy w niedowierzaniu.
- Wczoraj zgubił ją, kiedy trzasnąłem go po twarzy – wyjaśniłem.
- Widziałeś jego twarz? – zapytał ożywiony. – Byłbyś w stanie go rozpoznać?
- Tak – przytaknąłem, przełykają ciężko. – Z całą pewnością – poręczyłem, będąc pewnym, że nie mógłbym pomylić wiadomego bruneta z nikim innym.
- No to mamy jakiś punkt odniesienia – Narazu w zamyśleniu potarł brodę. – Skontaktuję się z chłopakami. Możliwe, że będziemy potrzebowali twojej pomocy – uprzedził. – Musimy dorwać tego suczysyna, zanim rozwali nam biznes doszczętnie – warknął. – Tymczasem przydzielę ci ochronę – oznajmił. – Skoro widziałeś jego twarz, to niewykluczone, że znalazłeś się w samej czołówce osób do wyeliminowania na jego liście – stwierdził ponuro. – Od teraz musisz na siebie uważać.

Pokiwałem głową, zdając sobie sprawę, że czerwonowłosy miał rację. No pięknie. I tak oto skończyłem z całodobowym dozorem w postaci oprychów lanisty oraz potencjalnym mordercą na karku. Cudownie. Jak ja się w to w ogóle wplątałem? I co ważniejsze, jak miałem się z tego wyplątać?

Oneshot "...rzeczy, na które warto czekać" (Iria Kanzaki x Tomoyuki Kawamura [0.1g no gosan])

(pseudo) Przedmowa
Tak, w końcu udało mi się coś wysmarować – cieszmy się! ^^
Przyznam szczerze, że niekoniecznie dobrze znam 0.1g no gosan, ale postawa członków tegoż zespołu względem ich perkusisty naprawdę mnie urzekła i to właściwie ona sprawiła, że zaczęłam się nimi interesować. Ich styl jest z pewnością ciekawy, choć muzyka nie do końca jest tym, czego ja szukam, ale cii… w końcu każdy ma inne gusta, prawda? Zresztą, nie o tym teraz. Chciałam tylko napomnieć, że opisane przeze mnie sytuacje miały miejsce naprawdę, a więc Iria miał zapadnięte płuco, trafił do szpitala i faktycznie ma uszkodzoną wątrobę, nie może spożywać alkoholu, a zespół oficjalnie poprosił na twitterze, żeby nie wysyłać im żadnych zaproszeń na imprezy, ponieważ nie będą brać w nich udziału właśnie ze względu na stan zdrowia Kanzakiego.

Ach, no i dla niezorientowanych w temacie, co by się jednak jakoś orientować chcieli xD :
You Midorikawa – wokalista
Tomoyuki Kawamura – gitarzysta
Mari Mizuta – gitarzysta
Daisuke Masaki – basista
Iria Kanzaki - perkusista

Tytuł: „…rzeczy, na które warto czekać”
Paring: Iria Kanzaki x Tomoyuki Kawamura (0.1g no gosan)
Typ: oneshot
Gatunek: obyczajowe
Beta: -
Ostrzeżenia: tekst pisany na podstawie faktów (nie wiem czy to poprawna rubryka, ale po prostu chciałam to podkreślić ^^”)

To był jeden z najzwyklejszych i tym samym najnudniejszych dni w ostatnim czasie. Wyglądało na to, że nie działo się praktycznie nic. Pogoda była nijaka; ani nie padało, ani nie świeciło słońce, było zwyczajnie pochmurno i mdło. Nie było zimno, nie było jednak też ciepło i wiał nie za mocny, ale wyczuwalny i dający się we znaki wiatr, który szybko mógł zamienić twoje dłonie w zgrabiałe, zbielałe szkielety, których palce poruszały się z wielkim trudem i chrzęstem oporu. Nawet ruch uliczny był dziś wyjątkowo spokojny, a tłum w metrze wydał mi się być niecodziennie rozrzedzony. W studiu też za bardzo nic się nie działo. Wszyscy przechadzali się niespiesznie szerokimi korytarzami zamiast gnać nimi na złamanie karku, tak jak to zazwyczaj było. Osoby znające się z widzenia kiwały sobie głowami w geście powitania lub rzucały pojedyncze słowo przywitania, inni jedynie udawali bardziej zapracowanych niżby w rzeczywistości byli tylko po to, żeby uniknąć kontaktu z mniej lubianymi współpracownikami, a jeszcze inni z kolei chodzili z nieobecnym spojrzeniem i najwyraźniej oddali się chwili zadumy, odpływając myślami gdzieś daleko. Zazwyczaj tak gwarna i głośna kawiarnia na parterze stała się dziś wyjątkowo przytulnym, niemal ustronnym miejscem o przyjemnym zapachu świeżo mielonej kawy i słodkich wypieków. Przy stolikach zasiadało zaledwie kilka osób. Ci z nich, którzy spędzali czas samotnie kiwali się sennie nad filiżankami z parującymi, aromatycznymi napojami, głównie zabijając czas i nudę zajmując się czymś na telefonach. Pozostali spędzali czas w małych grupach i rozmawiali przyciszonymi głosami, niektórzy nawet śmiali się, jednak nawet ich reakcje wydawały mi się być dziwnie rozleniwione i bez energii. Może dlatego, że co jakiś czas regularnie były przerywane rozdzierającymi ziewnięciami, które wymuszały na nich rozwarcie szczęk, jakiego nie powstydziłby się rosły aligator.
W sali, w której pracował mój zespół było podobnie. You poszedł przedstawić nasze nowe plany managerowi i pozostawał nieobecny już przez kilka godzin, przez które reszta… cóż, nie robiła nic, prawdę rzekłszy. Bo co w sumie mogliśmy robić? Póki plany nie były zatwierdzone nie było sensu dokańczać utworów, które w ostateczności mogły się przecież nie znaleźć w nowym mini-albumie, nie było sensu projektować nowych strojów, myśleć nad detalami nowego imagu, kiedy wszystko wciąż było jeszcze w proszku i jedno krótkie „nie” wychodzące z ust zwierzchnika mogło przekreślić nasze plany i obrócić nasze starania w niwecz. Nie było sensu urabiać się po łokcie niczym sam wół (gdyby wół mógł mieć łokcie, o ironio), żeby później móc jedynie wyrzucić do śmietnika efekty swojej własnej pracy lub ewentualnie schować je na dno szuflady, gdyby sentyment i poczucie krzywdy nie pozwoliłoby nam z miejsca zakończyć żywota naszych starań w kuble na śmieci. Chociaż nie oszukujmy się, rzeczy lądujące na dnie szuflady to rzeczy stracone i przekreślone tak samo jak te, które od razu szły na makulaturę. Koniec końców nikt i tak nie zaglądał na samo dno szuflad – a jak już nawet to robił, to zazwyczaj jedynie tylko podczas gruntownego odgruzowywania stanowiska pracy, pozbywając się zbędnych rupieci, więc w ostateczności prędzej czy później niewykorzystane od razu projekty i tak lądowały na wysypisku.
Tak więc, żeby nie marnować zbędnie energii, w zmowie milczenia najwyraźniej komunikując się bez konieczności otwierania ust, mój zespół postanowił odpocząć i zebrać, skumulować energię na kolejne tygodnie wypełnione pracą, kiedy tylko dostaniemy zielone światło do startu lub do wprowadzania poprawek i ponownego poddawania naszych propozycji pod osąd managera.
Senna atmosfera unosiła się w powietrzu wraz z przyjemnym, delikatnym zapachem herbaty jaśminowej, którą sączył Daisuke w prostym fotelu czytając książkę. Mari okupował niewielką kanapę, wiercąc się na niej niespokojnie i mrucząc coś złowróżbnie do siebie pod nosem o wyrzuceniu telefonu przez okno za każdym razem, kiedy przegrywał z nierealnymi przeciwnikami w grę, na której skupiał całą swoją uwagę. Tomoyuki z kolei siedział przed niskim stolikiem do kawy na podłodze i gryzmolił po przypadkowych skrawkach papieru i chusteczkach higienicznych, próbując projektować nowe stroje dla muzyków. Ostatecznie jednak i tak wszystko skrzętnie zamazywał, jednak bardziej niż poirytowany wyglądał na zwyczajnie znudzonego.
- Idę zapalić – oświadczył w końcu gitarzysta, podnosząc się z podłogi.
- Idę z tobą – odezwałem się, również zrywając się na nogi. Jasnowłosy spojrzał na mnie niepewnie, ściągając brwi. – Potowarzyszyć – sprostowałem, uśmiechając się niewinnie.
Chłopak otworzył usta, żeby coś powiedzieć, jednak w ostateczności z powrotem zamknął je bez słowa i jedynie wzruszył ramionami, kierując się do drzwi.
Jakiś czas temu przeszedłem zabieg z powodu zapadniętego płuca. W ostatnim czasie moje zdrowie nie dopisywało pod wieloma względami, jednak szczęśliwie udało mi się w miarę szybko wrócić do pracy i do ludzi, z którymi uwielbiałem pracować. Serio, uważałem się za szczęściarza mając przy sobie właśnie takich, a nie innych współpracowników – właściwie to myślałem o nich bardziej jak o przyjaciołach niżby o cieniach przesuwających się po ścianach studia. Byli mi naprawdę drodzy i miałem wrażenie, że od czasu mojego zabiegu nasze relacje tylko pogłębiły się, gdyż chłopcy z zespołu często mnie odwiedzali. Właściwie niemal codziennie ktoś siedział przy moim łóżku, tak, że w pewnym momencie musiałem zacząć odsyłać ich do domu, żeby samemu mieć trochę czasu na odpoczynek i rewitalizację sił, a przy tym nie czuć się winnym, że ci ze względu na mnie zwyczajnie marnowali czas, w którym mogliby przecież robić coś znacznie bardziej przyjemnego czy pożytecznego.
Moje relacje w szczególności pogłębiły się z Kawamurą, który dbał o mnie niczym kochająca matka. Przynosił mi jedzenie, picie, siedział nad głową, po której gładził mnie delikatnie dłonią lub ściskał moje ramię, jakby tym samym chcąc pokazać mi, utwierdzić mnie w przekonaniu, że jest tu ze mną, że jest obecny, że nie jestem sam. Byłem mu za to wdzięczny. Cholernie wdzięczny. Wiele to dla mnie znaczyło. Tym bardziej, że nie pochodziłem z Tokio, a do stolicy na stałe przeprowadziłem się dopiero niedawno, toteż nie miałem tu żadnej rodziny czy nawet zbyt wielu znajomych spoza pracy. Mając go u boku czułem się dużo raźniej i miałem wrażenie, że znacznie szybciej wracałem do zdrowia.
Szybko odkryłem, że zwyczajnie lubiłem spędzać czas w jego towarzystwie. Czasami godzinami rozmawialiśmy, planowaliśmy przyszłość naszego zespołu lub zwyczajnie obgadywaliśmy ostatni odcinek serialu, który nam obu przypadł do gustu. Czasem zwyczajnie siedzieliśmy w ciszy i zadawalaliśmy się przyjemnym, ciepłym poczuciem bliskości drugiej osoby lub zajmowaliśmy się zupełnie innymi rzeczami, jednak wciąż staraliśmy się pozostawać możliwie jak najbliżej siebie, żeby nieprzerwanie czuć i czerpać z tego ciepła. Słuchałem muzyki, podczas gdy on rozwiązywał krzyżówki, on oglądał powtórki z weekendu na miniaturowym ekranie szpitalnego telewizora, kiedy ja jadłem lub komponował, próbując dopasować słowa pod linie melodyczne, kiedy ja udawałem, że śpię, a w istocie obserwowałem go z chorą, niezdrową i ciągle rosnącą fascynacją spod półprzymkniętych powiek. Nie musieliśmy robić wszystkiego razem, żeby fizycznie być razem. Liczyła się po prostu obecność tej drugiej osoby, ciepło bijące od jej ciała, jej uspakajający zapach, rytmiczny, spokojny oddech i ledwo słyszalny łomot serca, w który mogłeś wsłuchać się dopiero wtedy, kiedy ta druga osoba była naprawdę blisko. Wtedy właśnie było najlepiej.
Tomoyuki wygrzebał z kieszeni pomiętą paczkę fajek i oparł się przedramionami o zimną poręcz balkonu, na który wyszliśmy. Odpalił używkę i zaciągnął się, a chwilę potem wydmuchnął siwy obłok dymu, który wyglądał niczym pędząca z niesamowitą prędkością chmura na tle stalowego, zaciągniętego nieba. Stanąłem obok niego w ciszy, kopiując jego pozycję. Chłopak spojrzał na mnie z lekka zaalarmowany i przezornie odsunął się, odwracając głowę w drugą stronę i wydmuchując dym w przeciwnym kierunku. Na całe jego nieszczęście natura działała dziś z premedytacją przeciwko niemu, gdyż podmuch wiatru i tak doniósł do mnie ostry, drapiący dym.
- Nie umrę, jeśli będziesz palił koło mnie – zaśmiałem się, odczytując jego niewygodne myśli z jego napiętej postawy.
- Może nie – przyznał kwaśno. – Jednak wdychanie dymu tytoniowego to raczej słaba kuracja zdrowotna. Szczególnie dla ciebie – prychnął. – Niedawno miałeś zabieg. Powinieneś jeździć po jakiś sanatoriach i kurortach zdrowotnych, spacerować brzegiem morza i cieszyć się świeżym powietrzem, a nie chodzić za mną niczym pies za każdym razem, kiedy ja idę się truć – przewrócił oczyma.
- Mówisz tak, jakbym miał co najmniej ze sto lat albo był umierający – zaśmiałem się. – Poza tym palenie jest dla ciebie tak samo niezdrowe jak i dla mnie, więc nie wykręcaj kota ogonem. A do kurortu z chęcią pojadę, jeśli ty pojedziesz ze mną i nie będziesz tam palił – wyszczerzyłem się.
- Nie wiesz, co to znaczy prawdziwy głód nikotynowy… - burknął i zaciągnął się głęboko, na co ja ponownie zaśmiałem się.
Od zabiegu nie paliłem wcale. Nie przeszkadzało mi to jakoś specjalnie, bo w istocie nigdy nie byłem jakimś wielkim palaczem. Powiedziałbym raczej, że popalałem od święta i bardziej dla towarzystwa lub z nudów niżby dla faktycznego ugaszenia jakiejś palącej potrzeby.
Od zabiegu również nie piłem alkoholu. Jak już wspomniałem, moje zdrowie pozostawiało do życzenia pod wieloma względami, więc kiedy już się wybudziłemzostałem poinformowany, że zabieg udał się, a i owszem, jednak doszło do pewnych komplikacji po zabiegu w wyniku czego moja wątroba została uszkodzona i najzwyczajniej w świecie nie mogłem już spożywać alkoholu.
Nigdy nie byłem jakimś przesadnym amatorem napojów wyskokowych, jednak nie oznaczało to, że nie miałem ochoty od czasu do czasu napić się piwa lub wyjść z chłopakami do baru. Cóż… poza tym trzeba było przyznać, że moja profesja rządziła się nieco swoimi własnymi prawami i wielu innych muzyków nie szczędziło sobie alkoholu, więc czasem czułem się nieco odsunięty na bok, kiedy raz za razem zmuszony byłem odrzucać zaproszenia na różne imprezy. Bo co niby miałbym tam robić? Pakować wszystkich nieprzytomnych do taksówek? Robić za guwernanta lub opiekunkę? Siedzieć i pić wodę ze szklanki, tylko udając, że z czasem staję się coraz bardziej pijany? To było bez sensu. Mijało się z celem. A ponad to nie brzmiało ani za grosz przyjemnie. Po co miałbym pchać się na spotkania, na których nie mógłbym się dobrze bawić?
Czasami bywałem też trochę zazdrosny. No bo nachodziły mnie takie chwile słabości, kiedy naprawdę miałem ochotę utopić wszystkie swoje smutki i stresy w butelce piwa czy szklance drinka. To w końcu tak popularny, „dorosły” sposób na rozwiązywanie problemów, prawda? Albo kiedy było gorąco. Człowiek zwyczajnie miał ochotę napić się piwa zupełnie w taki sam sposób, jak późnym wieczorem miał ochotę na coś słodkiego. Alkohol nie był substancją, której potrzebowałem do przeżycia, ale zwyczajnie komfortem, na który od czasu do czasu miało się ochotę sobie pozwolić. Teraz musiałem nauczyć się żyć bez tego. Szło mi to całkiem nieźle i dość bezboleśnie, muszę przyznać, jednak odnosiłem dość dziwne i smutne wrażenie, że na tym wszystkim najbardziej cierpiały moje stosunki międzyludzkie. Niezależnie od tego, ile benefitów moje ciało zyskiwało na mojej zmianie trybu życia, moje zdolności do socjalizowania się z innymi spadały, głównie z powodu ograniczonej ilości możliwości i sposobności do spotkania, wyjścia na miasto. Alkohol działał na ludzi w pewien sposób łącząco – dawał powód do spotkań i ułatwiał je. Wcześniej nigdy nie pomyślałbym, że bez butelki piwa tak trudno jest zapytać kogoś o wspólne wyjście. Mało tego, zatrzymanie owej osoby w swoim towarzystwie na dłużej niż kawę i mniej więcej dwadzieścia minut pogadanki o niczym bywało czasem niemal heroicznym zadaniem.
To takie… w gruncie rzeczy smutne. Może nawet w pewien sposób gorszące… obnażające nasze słabości…
Z powodu mojego stanu zdrowia unikałem w ostatnich czasach wszelkich wyjść, gdzie mógł pojawić się alkohol – uprzednio zapowiedziany lub też nie – i szybko znalazłem się w sytuacji, w której zorientowałem się, że moje życie towarzyskie znacznie zubożało, a ja sam najczęściej wychodziłem jedynie do pracy lub osiedlowego sklepu. Nawet osiedlowy w większości przypadków odwiedzałem jedynie po karmę dla kota. Fajnie, nie?
Człowiek jednak uczy się przez całe życie… a jak to życie wciąż i wciąż potrafi go zaskoczyć! Myślisz, że masz już te dwadzieścia-parę lat, że się wyprowadziłeś, usamodzielniłeś, zarobiłeś trochę grosza i masz jako-takie pojęcie o życiu – a tu proszę. Guzik prawda. Delikatnie rzecz ujmując, guzik prawda. Darując już sobie wszelkie inwektywy, guzik prawda.
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk obwieszczający nową wiadomość dochodzący z telefonu mojego towarzysza. Jasnowłosy sięgnął do kieszeni raz jeszcze i tym razem wyjął z niej komórkę. Obrzucił szybkim, pobieżnym spojrzeniem jej wyświetlacz, który rozjarzył się gamą kolorów. Jego palce przebiegły po dotykowej klawiaturze wystukując krótką, rzeczową odpowiedź. Zaraz potem z powrotem schował urządzenie i ponownie skupił się na przerwanej czynności, jaką było palenie papierosa, jakby nigdy nic.
- Kto napisał? – zainteresowałem się, gdyż cisza panująca między nami zaczęła się już przedłużać i nabierać tego mniej przyjemnego charakteru. Nabrała jakby echa i zaczęła dzwonić mi w uszach.
- Kolega – mruknął lakonicznie.
- Czego chciał? – dopisywałem.
- Proponował małe spotkanie dziś wieczorem wśród „zaufanego grona” – przewrócił oczyma na to określenie. – Proponował, żeby zaprosić cały zespół – dodał.
- Pójdziecie? – zapytałem, z góry od razu wykluczając siebie, gdyż oczywistym był cel owego spotkania.
- Nie.
- Dlaczego? Nie lubisz tego gościa? – zgadywałem. – Mimo wszystko powinieneś przekazać zaproszenie reszcie zespołu… tak przynajmniej mi się wydaje – pozwoliłem sobie zauważyć.
- Nie ma takiej potrzeby.
- Dlaczego? – nie dawałem za wygraną niczym natrętny, namolny dzieciak.
- Bo oni też nie pójdą – wydmuchnął dym nosem po raz ostatni, po czym zgasił niedopałek w stającej nieopodal popielniczce. – I zanim znów zapytasz: „Dlaczego?” – przedrzeźnił mnie – od razu ci odpowiem. Nie pójdziemy, bo 0.1g no gosan nie przyjmuje już podobnych zaproszeń – rozłożył bezradnie ręce, jakby mówił o najoczywistszej rzeczy na świecie.
- Jak to? – zdziwiłem się, ściągając brwi w niezrozumieniu.
- Tak to – westchnął ciężko. – Tak się składa, bo nie wiem czy może ostatnio słyszałeś, że nasz perkusista „trochę” się rozchorował – sarknął. – Najpierw urządził sobie przedłużone wakacje w szpitalu, a potem wyszedł z niego z uszkodzoną wątrobą. To tak w skrócie ujmując – założył ręce na piersi.
- Nie możecie odrzucać zaproszeń na imprezy tylko ze względu na to, że ja nie mogę pić – oburzyłem się. – Nikt wam przecież nie zabrania się bawić! – zauważyłem.
- Słuchaj, Iria – przerwał mi ostro. – Rozmawialiśmy już na ten temat z chłopakami. Sprawa jest zakończona. Postanowiliśmy, że albo będziemy wszędzie chodzić razem jako zespół, tak, jak dotychczas, albo nie będziemy chodzić nigdzie – postawił sprawę jasno. – Nie chcemy, żebyś czuł się w jakiś sposób wykluczony czy odsunięty – jego ton głosu znacznie złagodniał, a w czekoladowych oczach pojawił się opiekuńczy błysk, który sprawiał, że chłopak wyglądał jak uosobienie dobroci. – Jesteś częścią 0.1g no gosan – wzruszył ramionami. – A u nas panują jasne zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – uśmiechnął się półgębkiem.
Mówiąc wprost… zatkało mnie. Stanąłem, jak wryty w miejscu i poczułem się, jakby gitarzysta strzelił mnie po łbie, nawet jeśli jego słowa były miłe. Nadzwyczaj miłe. Wręcz niemożliwie. Wszak tyle słyszało się o popadających w ruinę za sprawą komputeryzacji, mediów socjalnych, izolacji i tym podobnych relacji międzyludzkich, a tu proszę - jak widać na całe szczęście ostał się jeszcze ktoś, dla kogo takie rzeczy wciąż posiadały jakąś wartość, o którą warto było się starać, zabiegać, walczyć i dbać.
Nazwijcie mnie głupim, ale poczułem, jak zapiekły mnie oczy. Zagryzłem wargi i odwróciłem spojrzenie, choć wiedziałem, że Tomoyuki już i tak widział wystarczająco. Poczułem przyjemną falę ciepła, wręcz żaru, która ogarnęła moje ciało. Wcale nie byłem odsunięty czy osamotniony. Moje wcześniejsze poczucie wyizolowania było bezpodstawne i wyimaginowane. Nie mające racji bytu. Jak mogłem w ogóle dopuścić do siebie podobną, absurdalną myśl mając przy sobie takich przyjaciół?
Ludzi, których, jak się okazało, nazywałem tak nie na darmo.
- You wspominał coś, że zamierza, cytuję: „zaciągnąć nas wszystkich dzisiaj do swojej centrali i skopać nam tyłki w grach video” czy coś takiego… - rzucił, odwracając nieco uwagę od mojego stanu i dając mi moment na ponowne dojście do siebie. – Cóż, Midorikawa był pierwszy – wzruszył ramionami. – Zaanonsował się z pomysłem, jako pierwszy, a więc będziemy wygniatać tyłkami poduszki na jego kanapie dzisiejszego wieczoru – zaśmiał się. – Dzisiaj ten wspaniały zaszczyt spocznie na naszym wokaliście – parsknął. – Będziemy się dobrze bawić we własnym towarzystwie – zapewnił, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Bez alkoholu – zaznaczył. – Więc nie masz się, o co martwić – uśmiechnął się delikatnie, pokrzepiająco. – I nie waż mi się tylko czuć w jakiś sposób winny! – wyprostował się gwałtownie, unosząc palec wskazujący w górę, jakby wygrażał niebu albo podkreślał coś bardzo ważnego. – Zapewniam cię, że wszyscy robimy to, co robimy z własnej, nieprzymuszonej woli. Znacznie bardziej cenimy sobie twoją obecność i dobre samopoczucie niżby napoje wyskokowe – poklepał mnie po ramieniu.
Otworzyłem usta, chcąc odpowiedzieć, jednak nagle zorientowałem się, że tak naprawdę nie mogę znaleźć żadnych słów, które mogłyby ułożyć się w jakąś spójną odpowiedź. Przez dłuższą chwilę rozglądałem się zatem rozbieganym, rozgorączkowanym wzrokiem dookoła, jakby szukając podpowiedzi w otoczeniu. W końcu jedynie westchnąłem ciężko i wydusiłem z siebie:
- D-dziękuję… - wydukałem.
- Nie wiem, za co dziękujesz, ale nie ma sprawy – zaśmiał się serdecznie. – Swoją drogą, mógłbyś nam przyrządzić te pikantne krewetki dzisiaj na kolację? Jak ostatnim razem je zrobiłeś, to mi się śniły po nocach… - przyznał rozmarzony.
- Tomo, dobrze wiesz, za co ci dziękuję… za co wam dziękuję… ale przede wszystkim tobie – odezwałem się cicho, próbując nie zwracać uwagi na to, że chłopak swoim głośnym i pogodnym zachowaniem próbował odwieść nas od wkroczenia na poważniejsze tematy.
- To co z tymi krewetkami? – uparcie brnął we własnym kierunku.
- Dostaniesz porcję ekstra – uśmiechnąłem się i przysunąłem bliżej. – Obiecuję.
- Iria, jeśli boisz się, że zostaniesz sam… albo zwyczajnie czujesz się czasem trochę samotny – jasnowłosy stanął tak blisko, że nasze ramiona stykały się – pamiętaj, że zawsze masz mnie u swojego boku. Niezależnie od sytuacji. Kiedy możesz palić i kiedy nie możesz. Kiedy możesz pić i kiedy nie możesz. Kiedy masz dla mnie te krewetki i nawet kiedy ich nie masz, choć wtedy mogę być trochę obrażony lub nawet zły, jeśli faktycznie byłbym głodny – szturchnął mnie zaczepnie łokciem w żebra, na co ja zaśmiałem się pod nosem.
- Dziękuję…
- Jeśli chcesz mi faktycznie podziękować, to może przestań już gadać, a weź się za robotę – wyszczerzył się. – Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to jestem człowiekiem, który zdecydowanie bardziej woli czyny od pustych słów – uśmiechnął się po raz ostatni, po czym nachylił się nade mną i delikatnie musnął moje usta.
Jego wargi wciąż miały dość ostry tytoniowy posmak, jednak nie przeszkadzało mi to. Kiedy gitarzysta chciał już się odsunąć, ja zaplotłem ręce wokół jego szyi i szarpnąłem go w dół, przyciągając go tym samym do siebie. Całowałem go mocno i z pasją, zachłannie, jakby ktoś zaraz miałby mi go zabrać. Chciałem mu w ten sposób uzmysłowić, że moje słowa wcale nie były puste. Czynami mogłem wyrazić swoje uczucia jeszcze lepiej niż słowami. To wydawało się jakieś… prostsze… kto wie, może nawet bardziej naturalne?
Jasnowłosy odpowiedział na moje pocałunki, co niezmiernie mnie ucieszyło. Polizał moją dolną wargę, a chwilę potem pogłębił pieszczotę wsuwając język w moje usta. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, kiedy nam obojgu zabrakło nam tchu.
- No, to już mi się znacznie bardziej podoba – zaśmiał się pod nosem. – To teraz jeszcze krewetki i już w ogóle będę pewien, że nie jesteś gołosłowny – cmoknął mnie jeszcze raz.
- Ej, kochasie – doszedł nas rozbawiony głos basisty zza naszych pleców – You już wrócił i obiecał nam streścić negocjacje z „górą” podczas obiadu. Idziecie z nami? – zapytał. – Czy może to już ten czas, kiedy chcecie poprzebywać sam na sam? – zaśmiał się.
- Nie produkuj się – prychnął Kawamura. – I tak wiemy, że po prostu jesteś zazdrosny, Dai – wytknął mu język. – Ale nie bój się, na ciebie też kiedyś przyjdzie pora. Przyjaźń i miłość to nie są rzeczy, które można przyspieszać. Poza tym… - spojrzał na mnie ponownie z tym ciepłym błyskiem w oku. - …czasami naprawdę warto trochę poczekać… - odezwał się ciszej, po czym przygarnął mnie do siebie. W odpowiedzi zadowolony wcisnąłem się w jego bok, łaknąc jego ciepła i bliskości.
- Zaraz rzygnę tęczą… – zielonowłosy muzyk przewrócił oczyma.
- Daisuke, przestań! Przecież oni są uroczy! – nagle zza jego pleców wyskoczył Mari, którego obecności jak dotąd nikt nie był świadom.
- O, patrzcie, kolejny nawiedzony, co to naoglądał się tandetnych romansideł… - prychnął basista.
- Czy ty jesteś ślepy? Nie widzisz tego piękna kwitnącej miłości? Nie czujesz jej słodkiego zapachu w powietrzu? – drugi gitarzysta ruszył za zielonowłosym muzykiem, który poirytowany skierował się w głąb korytarza ciężkim krokiem.
- „Piękna kwitnącej miłości”? „Jej słodkiego zapachu”? – powtórzyłem, niedowierzając, że Mizuta mógł użyć takich zwrotów.

- Ja tam czuję ozon – parsknął Tomoyuki. – Zbiera się na deszcz – rozłożył bezradnie ręce. – Ale Mari mógłby się o to wykłócać. Taa… jego słownictwo bywa czasem… bardzo kwieciste – widocznie zafrasował się, szukając odpowiednich epitetów, żeby określić sposób, w jaki wyrażał się jeden z naszych przyjaciół. – I ogląda dużo romansów. To fakt – zgodził się, na co ja wybuchnąłem gromkim śmiechem. 

Miniaturka "Powód, żeby zostać" Sena x Ricko (Jiluka)

Ha, ha! Kto się spodziewał, że coś napiszę? Przyznać się! xp Dobra, ja też jestem tym faktem zdziwiona, więc może jednak pozostawmy tę kwestię bez komentarza C'':

Zdecydowałam się (w końcu) coś wrzucić, gdyż od poniedziałku zaczynam pracę w banku, do którego będę musiała dojeżdżać przynajmniej 50min w jedną stronę, do tego będę pracować przez 12h po sześć dni w tygodniu, a w niedziele planuje jeszcze chodzić na siłownię, żeby już tak całkowicie nie wypaść z formy, więc... taa, jeśli przebrnę przez te wakacje w takim trybie, to już chyba nic mnie nie złamie C'':

Właściwie mam już też napisany (dłuższy) oneshot z innym zespołem (szczegółów tym razem nie zdradzę, bom wredna xp), który zamierzam opublikować w najbliższym czasie, więc zachęcam do komentowania, bo komentowanie przyspiesza publikacje prac ^^

Nie przedłużając eny ferder, endżoj! x''D

Tytuł: „Powód, żeby zostać”
Paring: Sena x Ricko (Jiluka)
Typ: miniaturka
Gatunek: obyczajowe (?)
Beta: -

Wpatrywałem się w ciemną, zburzoną wodę, która obijała się niemal z agresją o pokryte pajęczynami glonów, gnijące, drewniane pale pomostu, na którym stałem. Porywisty wiatr targał moimi włosami, układając je na swój własny sposób niczym abstrakcyjny stylista. Podmuch powietrza świszczał mi ogłuszająco w uszach i wdzierał się w szczeliny ubrania, targając jego połami niczym wzdętymi żaglami. Nie zamierzałem jednak ruszać się z mojego miejsca. Tak było dobrze. Przynajmniej nie najgorzej. Może to nieco paradoksalne, ale w oku cyklonu rozwścieczonej natury i żywiołów znajdowałem chwilę ukojenia i spokoju. Na moment nie musiałem wsłuchiwać się w nic innego poza wysokim zawodzeniem wiatru.
W rękach trzymałem granatową niczym rozciągnięty nade mną, ciemny koc nieboskłonu teczkę z dokumentami. Papier zdążył już przesiąknąć bryzą morską, przez co stał się wilgotny i zaczął delikatnie zwijać się w rogach. W dotyku stał się oślizgły i zimny jak jakieś martwe stworzenie morskie wyrzucone na brzeg. Coś paskudnego. Moja skrzywiona mina zapewne była adekwatna do zaistniałej sytuacji – bo założyć się mogłem, że w istocie wyglądałem, jakbym trzymał w rękach zdechłą rybę, a nie plik dokumentów. Jak wyglądałem, tak też się czułem. Gdyby ktoś w obecnej chwili mógł podmienić mi teczkę na nieświeżego dorsza, zapewne moja ekspresja nie uległaby żadnej zbyt wielkiej zmianie.
Wpatrywałem się w tą ciemną otchłań toni wodnej i wyobrażałem sobie, co mógłbym poczuć, gdybym pozwolił jej pożreć owe dokumenty. Czy poczułbym wyczekiwaną ulgę? A może wręcz odwrotnie? Może spanikowany zaraz rzuciłbym się za nią w objęcia fal w desperackiej próbie ratowania tego, co już stracone? A może zwyczajnie dalej stałbym w miejscu nieporuszony, wyprany i ograbiony ze wszelkich wrzących emocji za sprawą lodowatego podmuchu?
Kto wie…
Cóż, ja z pewnością nie wiedziałem i dowiedzieć się raczej nie miałem, gdyż byłem świadom, iż w gruncie rzeczy byłem zbyt przerażony potencjalnymi konsekwencjami, żeby porwać się na spontaniczne działanie i dać pokierować sobą impulsowi, emocjom, chwili. Tak właśnie oddziałujące na ludzi zasady więżą ich niczym sidła i pęta. Wywierają presję i strach ograniczający jednostkę w sposób nie-fizyczny i niebezpośredni. Bo w końcu nie było prawa, które jasno zabraniałoby mi pozbycia się tej przeklętej makulatury w dowolny sposób. Oczywiście, że nie. Był za to cały system administracyjny i masa innych, zbędnych wyimaginowanych wytworów ludzkich, które miały tylko jakieś znaczenie, dlatego że wierzyliśmy w to, że te w istocie je posiadają. Bez owych dokumentów nie było mnie w systemie; a w obecnych czasach bycie nieobecnym w systemie równało się niemal z zostaniem wymazanym z rzeczywistości. Przynajmniej tej papierkowej. A czasem nawet to było już wystarczająco uciążliwe.
Czym jednak były owe przeklęte arkusze, które przyprawiały mnie o szczękościsk? Aplikacjami na uniwersytet. Ulotkami z pięknymi zdjęciami akademików, do których trafiali tylko wybrańcy, a reszta lądowała w mniej okazałych bursach i podupadających kwaterach. Ofertami specjalistycznych treningów w różnorakich, profesjonalnych miejscach pracy. Ucz się i zarabiaj! Coś cudownego! Tyle wspaniałych opcji! I wszystkie one czekają tylko na ciebie! Teraz nic tylko pozostaje wybrać. Cóż za przywilej, cóż za szczęście, radość, zaszczyt! No, to gdzie pójdziesz? Gdzie chcesz wylądować na następne kilka lat swojego życia? Gdzieś nad morzem? A może w środku miasta? Marzy ci się studiowanie w obcym kraju? Lista opcji jest przecież taka długa!
No fakt. Długa to może i ona jest, jednak cały problem polegał na tym, że nie było na niej w istocie nic, co mogłoby mnie faktycznie interesować. Z jakiejś racji ludzie uznali, że skoro miałem dobre wyniki, to zapewne będę chciał studiować, będę chciał osiągnąć „coś więcej”. W moim mniemaniu jednak wszystko to było mi potrzebne mniej więcej tak jak druga dziura w dupie. Czyli niekoniecznie. Podziękowałbym, gdybym właściwie tylko miał ku temu okazję, jednak wszyscy zamiast pytać: „czy w ogóle chcę”, pytali: „co chcę”.
„Co chcesz studiować?”
„Co chcesz robić po szkole?”
„Co chcesz robić w życiu?”
Nie znosiłem takich pytań. Były zbyt ogólne, zbyt dalekosiężne i wpędzały mnie w zakłopotanie. Na tym pięknym świecie są osoby, które od dziecka czują jakieś powołanie do konkretnego zawodu czy zadania, jednak ja zdecydowanie się do nich nie zaliczałem. Mało tego, wyglądało na to, że ja zwyczajnie… chciałem robić nic.
Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że jestem leniwy. No… dobra, może od czasu do czasu trochę tak, ale z umiarem, tak jak każdy człowiek. Prawdą było, że ludzie dookoła mnie po prostu zakładali, że ja będę dalej „uparcie brnął przed siebie”, podczas gdy ja nie widziałem w tym ani niczego pociągającego, ani obiecującego, ani nawet wartego zachodu. Z wielką chęcią zwyczajnie odsunąłbym się na bok od tego całego szaleństwa, bo w gruncie rzeczy nie byłem osobą, która wymagała jakoś nadzwyczaj wiele od życia, innych czy w końcu nawet samego siebie.
„To jak, zdecydowałeś już? Gdzie pójdziesz? Uniwersytet Tokijski? Oxford? Cambridge? Harvard? Z takimi wynikami i znajomością języka możesz iść, gdzie zechcesz!”
A ja poszedłbym co najwyżej do osiedlowego po kolejną paczkę fajek, ale trochę wstyd było tak otwarcie się do tego przyznać…
Fakt, miałem dobre wyniki i poświęciłem wiele, żeby je uzyskać, jednak to nie był dla mnie cel sam w sobie ani żadna karta przepustowa. Zrobiłem, co zrobić musiałem. Teraz stanąłem na rozdrożu i miałem wybrać następną drogę, którą miałem podążać, która miała ukształtować moje życie i moją młodą osobę. Oczywiście to nie tak, że od podjętej decyzji nie byłoby odwrotu, jednak, nie oszukujmy się, zawracanie w życiu jest dość trudne. Życie ludzkie do złudzenia przypominało nie za szeroką ulicę, najlepiej jednokierunkową lub wąskie koryto rzeki. Zawracanie było możliwe, dozwolone, jednak często tylko w teorii, a ponad to bywało tak czasochłonne i pożerało tyle energii, że wielu z nas rezygnowało z podjęcia ryzyka już przed wdrożeniem planu w czyn i obróceniem słowa w działanie, decydując się podążać niewłaściwą dla nas drogą tylko po to, żeby nie robić bałaganu i nie przeszkadzać innym. Dlatego właśnie lepiej było od razu podejmować właściwe decyzje.
Ta, łatwiej powiedzieć niż zrobić, nie?
Z jakiejś racji ludzie zawsze oczekiwali po mnie wiele, podczas gdy ja dla odmiany nie chciałem wcale osiągnąć niczego wielkiego. Uważałem się za przeciętną osobę, której lepiej było skupić się na „tu i teraz” niżby żyć nierealnymi snami o świetlistej przyszłości, która przecież u zarania świata została przeznaczona dla wybitnych jednostek. To też nie tak, że czułem się w jakiś sposób niedoceniony, zdesperowany czy coś w tym stylu. W moich własnych oczach byłem zwyczajnym śmiertelnikiem i było mi z tym dobrze. Po nocach nie marzyłem o wpisaniu się w karty historii, o zrewolucjonizowaniu przyszłości i doczesnego życia szarych mas. Moje plany były znacznie prostsze. Zwyczajnie miałem ochotę robić w życiu to, co lubiłem – to znaczy grać na gitarze, układać słowa pod rytm muzyki, dając tym samym upust własnym emocjom, pić mocną, czarną kawę i palić mentolowe papierosy.
Z wielką chęcią zatrudniłbym się w wytwórni muzycznej. Właściwie to nie musiałem być nawet tym głównym „front-manem”, zadowoliłbym się nawet pozycją technika, który tylko pomagałby przy obróbce dźwiękowej. Wizja ta naprawdę mi się uśmiechała, jednak zdawałem sobie sprawę, że pozostawała bardziej w sferze marzeń. Z czasem zacząłem tak myśleć zapewne ze względu na to, co nieustannie słyszałem dookoła siebie. Bo prawdą było, że miałem swój zespół, w którym grałem już od jakiegoś czasu, szło nam całkiem nieźle, jednak ja nie wkładałem w nasze prace sto dziesięć procent swojego serca, gdyż inni wciąż powtarzali, że tylko marnuję czas, że powinienem z tym skończyć i zająć się w końcu czymś „poważnym”. Poważnym… dobre sobie, nie? Co to właściwie miało oznaczać? Że miałem zacząć nosić smoking i chodzić co tydzień do opery, a potem na wykwintne bankiety, gdzie mógłbym omawiać sytuację polityczną naszego kraju, która w gruncie rzeczy guzik mnie obchodziła, z innymi, „poważnymi” jegomościami? Miałem zacząć czytać literaturę poważną? A może zwyczajnie miałem przestać się śmiać, kiedy ktoś opowiadał jakiś prosty dowcip?
Czasem przyłapywałem się na tym, że wciąż skrycie rozmyślałem i marzyłem o karierze muzyka, jednak byłem tak zniechęcony i przekonany przez środowisko, w którym się obracałem, że zrealizowanie tej mrzonki jest tak prawdopodobne jak spędzenie wakacji na Marsie, że z czasem powoli, lecz konsekwentnie poddawałem się. Z jakiś niezrozumiałych dla mnie powodów wiele osób chciało, żebym odsunął się od tego tematu i ruszył dalej. Chcieli wysłać mnie gdzieś daleko, chcieli stać na lotnisku i machać mi białą chusteczką na pożegnanie, kiedy ja wyjątkowo miałem ochotę nie ruszać się z miejsca. Chciałem zostać tu, gdzie byłem.
Z bardziej realistycznych planów rozważałem zatrudnienie się w jakimś pobliskim sklepie lub księgarni, tak, żeby nie mieć zbyt daleko od domu i wykonywać przejmująco prostą pracę. Komponować dla własnych potrzeb mógłbym w czasie wolnym, którego przecież miałbym pod dostatkiem, gdybym zdecydował się nie ubiegać o żadną zajmującą posadę, która wymagałaby ode mnie nieustannego, niegasnącego zaangażowania, uwagi i wkładu intelektualnego. Palić papierosy i pić kawę mogłem na każdej przerwie. Był to bardzo prosty scenariusz, a jednak wystarczający, żeby pokryć wszystkie moje potrzeby.
Zatem wiedziałem, co chciałem robić i czego robić nie chciałem. Dlaczego więc nie mogłem zwyczajnie postawić się tym wszystkim i wszystkiemu, co stawało mi naprzeciw? Cóż… Zapewne nie zniósłbym mnogiej liczby ekspresji wyrażających rozczarowanie. Poza tym… weź im się wszystkim „od tak” po prostu postaw. No właśnie. To nie takie proste. Tym bardziej, że wyglądało na to, że nie miałem żadnych argumentów. Bo oni chcieli dobrze. Chcieli, żebym się rozwijał. A czego ja chciałem? Ograniczyć sam siebie, zmarnować szansę. Tak oczywiście uważali oni. Zapominali w tym szaleństwie udzielania dobrych rad, że wszyscy jesteśmy inni i podchodzimy do każdej sprawy subiektywnie, toteż to, co dla nich było marnotrawstwem, dla mnie było czymś absolutnie akceptowalnym. Nie próbowali jednak tego zrozumieć, bo przecież chcieli dobrze. A przynajmniej tak się usprawiedliwiali i tak się przekonywali, tak sobie wmawiali. Wywierali na mnie presję, którą źle znosiłem.
Najgorsze w tym wszystkim było jednak to nieprzyjemne, zimne poczucie, jakby ci owi wszyscy najzwyczajniej w świecie chcieli się mnie po prostu pozbyć. Jakby chcieli zobaczyć, jak odchodzę. A ja naprawdę nie miałem na to ochoty. Zdawałem sobie sprawę, że świat był ogromny, niepojęty i pełen niebezpieczeństw. Dobrze czułem się w swoich ciepłych, dobrze znanych czterech ścianach i nie chciałem się spomiędzy nich ruszać. Chciałem, chociażby tak dla odmiany, choć raz usłyszeć, jak ktoś namawia mnie do tego, aby zostać, zamiast żeby odejść.
Za tym kryło się nawet coś więcej… Potrzeba… nie, pobożne życzenie posiadania kogoś bliskiego – kogoś, kto ceniłby sobie moją obecność na tyle, że nie zniósłby mojego odejścia. Chciałem mieć poczucie, że dla kogoś coś znaczę… że gdyby nagle mnie zabrakło… to coś w czyimś życiu uległby zmianie. Że nie wszyscy przeszliby nad tym obojętnie.
Gdyby ktoś tylko opowiedział się po mojej stronie… Dał mi powód, którym mógłbym uzasadnić swoją decyzję… Gdyby ktoś zechciałby zostać dla mnie powodem do odrzucenia pomysłu o odejściu…
Wtem ponad szumem wściekłych, spienionych fal doszedł mnie tupot i wibracje rozchodzące się na deskach pomostu. Odwróciłem się, żeby stanąć twarzą w twarz z Ricko, który swoją ekspresją przypominał marmurową rzeźbę.
- Zdecydowałeś już? – zapytał bezpośrednio, od razu przechodząc do rzeczy.
Wyglądało na to, że on też miał dla mnie jedynie standardowy zestaw pytań…
- Jeszcze nie… - przyznałem zgodnie z prawdą.
Wokalista cmoknął niezadowolony na te słowa, przewracając oczyma. Stanął obok mnie z kwaśną miną i założył ręce na piersi. Utkwił spojrzenie gdzieś w martwym punkcie na horyzoncie. W jakiś dziwny sposób odniosłem wrażenie, że ten nie miał ochoty spoglądać na mnie czy też utrzymywać ze mną kontaktu wzrokowego i desperacko szukał jakiegoś punktu, na którym mógłby zawiesić oko pośród bezbrzeżnej pustki.
- Niby każdy z nas jest wolnym człowiekiem… - zaczął powoli, jakby dopiero zbierając myśli. - …dlatego w zasadzie masz pełne prawo decydować o tym, co zrobić ze swoją przyszłością – rozłożył bezradnie ręce. Stwierdzenie to zakuło mnie. No tak, kolejna osoba, która przejdzie nade mną obojętnie… Czego innego mogłem się spodziewać? – Jednak oznacza to również, że i ja mam pełne prawo do tego, żeby przynajmniej próbować z całych sił cię zatrzymać; nawet wbrew twojej woli – dodał, na co ja zdziwiony podniosłem głowę, gdyż jak do tej pory lustrowałem chropowatą powierzchnię desek, na których staliśmy.
- Co proszę? – wydusiłem z siebie z trudem, będąc pewnym, że się przesłyszałem. Chłopak powoli odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie poważnie.
- Nie chcę, żebyś odchodził – stwierdził bez ogródek, choć z łatwością mogłem dostrzec, że ta bezpośredniość wiele go kosztowała. – Zdaję sobie sprawę, że zapewne masz przed sobą wiele wspaniałych możliwości, jednak… - westchnął i zawstydzony spuścił wzrok, drapiąc się nieporadnie po karku. – Jestem zwyczajnie arogancki. Nie chcę cię stracić. Nie chcę, żebyś odchodził – powtórzył, choć tym razem już ciszej, przez co ciężej było rozsupłać jego słowa ponad ogłuszającym świstem wiatru. – Pomyśl o tym – próbował mnie przekonać. – Przecież możemy się postarać! Dobrze nam idzie jako Jiluka! – ożywił się nieco. – Jeżeli przyłożymy się jeszcze bardziej, tutaj też możesz osiągać sukcesy – argumentował, choć w istocie ja przecież nie negowałem jego słów.
- Więc… po prostu potrzebujecie gitarzysty, tak? – zapytałem bez entuzjazmu. On po prostu nie chciał stracić członka zespołu. No tak. To przecież mogłoby okazać się problematyczne, nieprawdaż?
- Oczywiście, że tak! – zaczął żywo gestykulować rękami, a jego impulsywny charakter czy też „płonąca dusza”, jak to określał Boogie, dała o sobie znać. – Jesteś najlepszym gitarzystą, jakiego znam! Najlepszym muzykiem! Komponujesz świetne utwory, w które wkładasz serce i duszę! – miotał się w miejscu, aż raptem zatrzymał się, opierając przedramiona na zwilgotniałej poręczy. Westchnął ciężko, jakby zmęczony odstawionym przedstawieniem. Przez chwilę między nami panowała uciążliwa cisza. – Ale koniec końców i tak jestem po prostu samolubny… - przyznał cicho. – Zwyczajnie nie chcę cię stracić. Nie tylko jako muzyka… - odezwał się tak cicho, iż tym razem naprawdę musiałem wytężyć słuch, żeby dosłyszeć jego słowa. Spojrzałem na niego zaskoczony. Czyżby…? – Więc nie odchodź, dobrze? – podniósł głowę i wbił we mnie spojrzenie zbitego szczeniaka. Niepewnie przysunął się do mnie, tak, że nasze ramiona stykały się ze sobą. – Zostań, proszę… - spojrzał na mnie z miną wykrzywioną w autentycznym bólu.
To mnie zaskoczyło. Właściwie to mną wstrząsnęło. Ricko zdecydowanie nie był osobą, po której mógłbym spodziewać się czegoś podobnego… a jednak. Wychodziło na to, że to właśnie on dobrowolnie zgłosił się na ochotnika na powód, dla którego mógłbym zostać w miejscu, w którym obecnie się znajdywałem.
Muzyk zawahał się, jednak ostatecznie pozwolił sobie nakryć jedną z moich dłoni, którą również trzymałem wyciągniętą na barierce. Ścisnął moje skostniałe palce, a ja przez dłuższą chwilę potrafiłem jedynie wpatrywać w to, jak jego kciuk delikatnie przesuwa się po grzbiecie mojej dłoni.
- Sena…
Nie pozwoliłem mu dokończyć. Niemal w jednym momencie wrzuciłem tę przeklętą teczkę, która ciążyła mi już od dłuższego czasu, do wody, przysunąłem się jeszcze bliżej, złapałem zdziwionego chłopaka za poły ubrania, a następnie pocałowałem go. Mocno, lecz krótko. Odsunąłem się od niego na zaledwie minimalną odległość i uśmiechnąłem się nagle czując przyjemną falę ciepła, która mnie zalała. Wokalista wciąż był oszołomiony, z czego ja skorzystałem i pocałowałem go jeszcze raz. Tym razem delikatniej i wolniej.
Ricko oddał pocałunek, na co zareagowałem z ulgą. Objął mnie jedną ręką w pasie, a drugą przesuwał delikatnie po moim policzku, odgarniając włosy, którymi targał wiatr.

- Zostanę… - wyszeptałem niemal wprost w jego usta, przymykając na moment powieki w błogim poczuciu szczęścia i radości. – Zostanę z tobą – obiecałem, na co w odpowiedzi zostałem obdarowany namiętnym pocałunkiem.

Oneshot "Entomb my hesitation" (Ruki x Uruha [The GazettE])

Ok, first of all, please, forgive me all of my mistakes since I am not an English native speaker ^^’’
Be aware that the text is short, shows my point of view expressed through the characters of famous artists and is really simple. In the future I would like to expand my works in English and work on my writing quality but for now that’s all what I can produce C’’: Don’t judge me, I just learnt how to get used to ridiculously low-level writing at GSCE so again, please, do not be too harsh for me >.<’’ I was punished and forced by my teacher to keep my writing short and simple and that’s how it affected me T_T I think my quality of writing communication in general dropped down massively but hopefully with time and practise I will make a progress C’’: Hopefully…


Title: “Entomb my hesitation”
Paring: Ruki x Uruha (The GazettE)
Genre:
Type: (very short) one-shot
Beta: -

Ruki sat at the balcony with a mug of coffee between his tights, his head low between his shoulders. Light and shadows created by pergolas, which split out the sunshine, danced at his face in a strangely manner. He wore warm sweatshirt in calm, beige colour but he was getting cold. I spotted it easily. In this year we had a beautiful autumn so the temperature wasn’t very chilly even though we were already in the middle of the October. The sun shined nicely. The sky was clear and bright blue. Everything around looked calm and peaceful.
But not everything was as peaceful as it looked like.
I sighed heavily and opened the balcony door. I went out from the flat. Ruki probably didn’t notice my appearance, he tried to ignore me or simply he was too busy with his own thoughts to pay attention to me. Whichever version was the true one, I sat next to him and I gave him a short, worried glance. Black haired man looked confused as he could just weak up. He gave me a surprised or even frightened look.
“Oh, Kyou…” he murmured.
“I just walked in. Don’t worry.” I said with crooked smile. He sighed with relief in response and nodded. “What are you thinking about?” I asked. “Or should I be more precise and ask what are you worrying about?” I was wonder. The vocalist smiled lightly, falsely.
“I can’t hide anything from you, can I?” He took a sip of his cold coffee. “But after all I wasn’t worrying about anything.” He denied.
“Of course…” I rolled my eyes. “You aren’t as good liar as you can think you are…” I pointed.
“I’m not lying. I wasn’t worrying about anything. I was… I was just thinking… in general…” he explained himself.
“In general?” I repeated. “About what in general?”
“About…” he paused. “About… life… I think…” he stammered.
“Oh, now I see.” I laughed. “So you were thinking about our place in the universe, about our destination and how to claim without hesitation that we are fallowing a right path during our short as an eye blink existence?... or any other “deep” shit?” I smiled meanly.
“Maybe not quite…” he growled. Ruki hated when I was taunting him. But who likes to be mocked? “I was… I don’t know how to put it in words…” black haired man gave up.
“Don’t be afraid to say it directly. I’ll not laugh. I promise.” I gave him my word.
“I was…” He started his sentence once again. “I was just thinking how lucky we were to have this opportunity to start our career in this time when mistakes were still allowed. I mean… Do you remember the beginning of Gazetto? We were rubbish. We couldn’t write songs in a proper way but it wasn’t something that could stop us from making our own music. We just wanted to show our listeners our emotions. We wanted to let them hear our feelings. I think it was the reason why people started to support us, why we were able to gain a fame… You see where I am going?” the musician looked at me unsure.
“I think I have a clue but go on, continue. I want to be sure I really understand what you mean.”
“I just try to say we started with our band in a good time when people still valued something more than the quality of the song. They felt emotions we wanted to share with them. From the technical aspect we were awful but we were doing something more than just a job. We wanted to go deeper and people have started to fallow us. With time passing we have gained some skills, we have learned how to write songs, how to show our emotions in a better way…” he talked very emotionally.
“So you want to say we started from feelings and a desire to do something “deep” and then after that we learned how to create music, right?” He nodded. “And you also want to add you spotted now it is completely the other way round?” I guessed.
“Yes, exactly!” the musician shouted. “In past listeners could forgive us our far away from being brilliant music skills because they were looking for something more important. They weren’t as blind as they are now. Nowadays only a small group of people still behave in the same way. Now people want to listen to something easy and melodic without understanding and meaning. It causes in changes in next generations of musicians.” He thrown his hands in the air in desperation.
“It sounds like you feel really old… even though you are younger than me and I still don’t think about myself as a grandpa…” I chuckled.
“It’s not about me!” he was irritated. “I’m focusing on other, younger musicians. It’s scary but even though they have awesome music skills, they don’t have hearts… Now you understand? They are professionals from the beginning but they are like robots. They don’t feel.” He sighed  heavily. “You can learn new things throughout your whole life. You can learn how to play guitar or drums, how to sing… but you can’t learn how to feel something. If you can’t feel then you’re just… disabled… the whole life through…” He shrugged but it was obvious it wasn’t indifferent for him. “We couldn’t do music. And that was fine. We hadn’t to learn how to write sings. We could do something totally different, we hadn’t to become musicians, we weren’t forced to become who we are now. But we felt it was a right way for us to follow, we felt it was something that we wanted to go into. We felt.” He stressed. “But new musicians don’t feel. They just decided at some point in their life they want to learn how to play some instrument or how to sing. So they have learned till they became professionals. Now they are talented, young people who can have unbelievable high qualifications… but they are still heartless. They are empty. And it’s scary. I’m afraid of these people.” He confessed.
“Maybe you don’t have to.” I shrugged. “Life is still going on. Life is changing and it also changes people who take a part in it. This process is running from the beginning of the universe and you can’t help it or stop it. It’s how our world works.” I claimed.
“Maybe you’ve right…” He mumbled. “But I’m still unsure..”

“Life, don’t change my fate…
God, entomb my hate…”
…and maybe my hesitation as well.

…please?