Opowiadanie z Kamijo (Versailles) - Rozdział III

Rozdział III

Na podwórzu podniosła się niespodziewana wrzawa. Gęsie, kacze i kurze pierze wyleciało w powietrze niczym kwiatki sypane przez małe dziewczynki na ceremonii żegnania zimy. Standardowe odgłosy dochodzące z gospodarstwa zostały zagłuszone przez spanikowany pisk świń, żałosne zawodzenie krów i oburzone gdakanie ptactwa. Zdziwiona czarownica oderwała się od swojego absorbującego zajęcia, jakim było sklejanie talerza spirytualnego rozbitego przez Latawca-matoła. Takie awantury w wiedźmim obejściu były nie lada nowością. Kiedy w górę wystrzelił niekontrolowany płomień, kobieta zdała sobie sprawę, że na pobojowisku działo się coś naprawdę niedobrego. Jej interwencja była zatem niezbędna.
Poirytowana odłożyła kawałki ceramiki, które nijak nigdzie nie mogła dopasować i raptownie zerwała się z siedzenia. Zaraz jednak pożałowała porwania się na tak gwałtowny ruch, gdyż coś strzeliło jej w plecach, niemal ponownie zmuszając ją, żeby usiadła. Skrzywiła się i zagryzła wargi, żeby spomiędzy nich nie wypłynęła soczysta wiązka inwektyw pod adresem wszystkich i wszystkiego. Od dobrych kilkunastu dni siedziała zgarbiona nad tym przeklętym talerzem, próbując dopasować do siebie jego rozbite kawałki. Teraz dobitnie poczuła tego efekty.
Szybko wzięła się jednak w garść i czym prędzej skierowała się do tylnego wyjścia, którego przekrzywione odrzwia otworzyła z rozmachem. Drzwi trzasnęły o drewnianą ścianę chaty z impetem i ogłuszającym hukiem. Na ten niespodziewany niczym wystrzał armaty odgłos wszelkie żywe stworzenie na podwórzu zamarło, wpatrując się w ciskającą spojrzeniem gromy Ilię.
- No, a co tu się wyprawia, ha?! – wrzasnęła, a puszcza za płotem powtórzyła jej słowa niczym upierdliwy bachor.
Obrzuciła szybkim spojrzeniem całe zebranie na rozmiękłej, rozdeptanej przez kopyta, racice, łapy i stopy ziemię. Dworowy, kuzyn domownika, pomniejszy demon opiekujący się chlewem, oborą, stodołą i prowizoryczną stajnią, wymachiwał właśnie swoimi nieproporcjonalnie wielkimi do reszty ciała łapami do gumiennika, kolejnego pomniejszego demona, który tym razem miał opiekować się zbożem w gumnie, strzegąc go przed złodziejaszkami i podłożeniem ognia. Tym razem to jednak on sam wymachiwał flaszką z treścią żołądkową żmija – bardzo łatwopalną substancją, która w nieodpowiednich rękach mogła narobić ogromnych szkód. W tym czasie przerażone zwierzęta gospodarskie kuliły się w najciemniejszych zakamarkach swoich zagród, a karzełkowaty smok w pokraczny sposób próbował szczekać niczym pies na zwaśnioną dwójkę, najwyraźniej próbując przemówić im do rozsądku.
- Gumiennik, na litość dobrego Peruna! – zawyła przerażona wiedźma, zbiegając z trzeszczących pod nią złowrogo schodków i podbiegając do demona wyglądem przypominającego miniaturkę sędziwego człowieka. – Zostaw mi tę flachę w tej chwili! Spopielisz wszystek dookoła, jak będziesz tym tak wymachiwał! – w kilku susach dopadła owinnika i wyrwała mu z ręki butelkę. Ten w odpowiedzi warknął niczym pies, po czym zamienił się w kota, najeżył sierść, syknął wściekle i czym prędzej pognał z powrotem do gumna. – A ty, co tu odstawiasz za kabarety, co?! – ryknęła na dworowego, który zmieszany stanął w miejscu niczym kołek wbity w ziemię i najwidoczniej nie za bardzo wiedział, co ma zrobić.
Kuzyn domowoja zasmucony spuścił głowę, czekając na burę. A to ci dopiero była nowość. Nigdy wcześniej te dwa demony nie kłóciły się ze sobą. Ili nie przypominało się też, żeby słyszała czy też czytała o podobnych incydentach. Ponoć zdarzało się, że w niektórych domostwach domownicy gryźli się z dworowymi ze względu na podobną pełnioną funkcję oraz bliskie pokrewieństwo. Z tej właśnie racji czarownica zdecydowała się zrezygnować z posiadania ducha domowego, gdyż uznała, że jednak potrzebuje więcej pomocy w gospodarstwie niżby w samej chałupie. Nie zmieniało to jednak faktu, iż takie sytuacje nie powinny mieć miejsca między gumiennikiem a dworowym. Ci przez lata żyli ze sobą w zgodzie, nie przeszkadzając sobie wzajemnie, a nawet czasem ułatwiając sobie swoje zadania. Co też im zatem dziś strzeliło do tych łbów wypchanych słomą, żeby rzucić się sobie wzajemnie do gardeł? I co ważniejsze, skąd owinnik wytrzasnął żmijowy kwas? Czyżby pod nieobecność wiedźmy pałętał się gdzieś, gdzie nie powinien? Ta myśl sprawiła, że kobieta zmarszczyła gniewnie brwi i już zamierzała z podobnym impetem wtargnąć do gumna, żeby przesłuchać podejrzanego, kiedy nagle powietrze ponownie przeszył wysoki pisk. Tym razem prosiaki były jednak cicho. Kwik był nadzwyczaj podobny do tego, które wydawały z siebie wieprzki, jednak tym razem dochodził z innego źródła. Czarownica zatrzymała się, nasłuchując. Chwilę potem pomiędzy wciąż ogołoconymi ramionami gałęzi jabłoni dostrzegła ciasną, niecodzienną grupę składającą się z dziewczyn z wioski, rusałek, strzyg, boginek, skrzatów leśnych i wszelkiego innego tałatajstwa zamieszkującego okoliczne tereny, która ciągnęła niczym rozpędzone stado dzikich wołów wodnych wprost ku jej furcie. Nim żywy taran zdążył sforsować bramkę, ta szybko przeskoczyła nad ogrodzeniem oddzielającą gospodarczą część podwórza od zarośniętego ogrodu, gdzie rosły przeróżne zioła i rośliny posiadające specjalne zastosowania i właściwości, wychodząc im naprzeciw.
- A co to dziś wszystkich czarty gonią, hę? – wsparła się pod boki, stając na wąskiej, błotnistej ścieżce prowadzącej od furty do drzwi chałupy. – Szaleju się najadły czy jak? – zapytała kwaśno.
Ciężko było wyciągnąć jasną, klarowną odpowiedź od rozemocjonowanego zbiegowiska, które wciąż popiskiwało niczym prosiaki na widok siekiery. Dziewuchy przekrzykiwały się jedna przez drugą, sprawiając, że w konsekwencji kobieta wciąż nie rozumiała powodu ich podekscytowania.
- Szybko! Dajże no jaki specyfik na piękność! – zawyła któraś głośniej. Wiedźma nachmurzyła się słysząc ten rozkazujący ton. Nie lubiła, kiedy ktoś zwracał się do niej w podobny sposób.
- A co to ja jestem, żeby dawać? – prychnęła, przewracając oczyma. – Dają to w burdelu. Jak chcecie, żeby wam co dać, to źle trafiłyście – fuknęła.
- Zapłacę!
- A to i dobrze – burknęła. – Bo w burdelach też płacić trzeba. Jak płacisz, to problemów później sobie zaoszczędzisz – fuknęła i odwróciła się na pięcie, zmierzając w stronę chaty.
W normalnej sytuacji zapewne nie odmówiłaby udzielenia pomocy, bo w końcu rzadko zdarzało się, żeby ktoś tak ochoczo chciał wciskać jej pieniądze w rękę, a i w dodatku w takiej liczbie. Bo niewiast była spora grupa, więc nawet gdyby każda zostawiła po miedziaku, to czarownica nieźle wyszłaby na tym interesie. Ta jednak wciąż miała oszczędności zostawione przez Kamijo, więc nie musiała desperacko łapać się byle czego, żeby tylko zarobić i nie zdechnąć z głodu. Oczywiście wampirzy podarek nie sprawił, że nagle stała się wyniosła czy głupia, gdyż wiedziała, że pieniądze w aksamitnej sakiewce same się nie rozmnożą, ale zwyczajnie miała swój honor. A prawdą było, że nieraz potrafiła unieść się nim nawet ponad głodem i biedą. Bo pieniądze pieniędzmi, ale uważała, że zawsze na przód trzeba było się jakoś zachować. Sama może nie była przykładem tego, jak obnosiły się dworskie damy, ale i ku temu przecież były jakieś powody. Koniec końców nie była dworską panią, więc dziwnym by było gdyby zwykła chłopka zadzierała nosa wyżej niż niejeden arystokrata. Takim zachowaniem narobiłaby sobie tylko więcej wrogów niżby przyjaciół. Jej oschłość i szorstkość wypracowana z czasem były jedynie narzędziami obrony, które pozwalały jej się chronić przed pomiataniem i wyzyskiem, niczym więcej. Możliwe, że Ilia nawet miała czasem ochotę być nieco milsza, jednak z doświadczenia wiedziała, że to nie działało w dwie strony – a więc ludzie wciąż pozostawali dla niej wredni i w jakiś sposób gardzili nią, dlatego ona zwyczajnie nie pozostawała im dłużna.
- Nie odchodź! – jedna wręcz zaszlochała.
- Pomóż nam! Pomóż! – zawtórowała druga.
Zaciekawiona i nieco nawet zaniepokojona kobieta odwróciła się przez ramię. Emocje i liczebność zbiorowiska przed furtą było naprawdę niecodzienne. Najwyraźniej coś poważniejszego musiało mieć miejsce w wiosce…
- To co to za katastrofa się tam zdarzyła, co? – zapytała, gdyż jej ciekawskość dała się we znaki.
- Żadna katastrofa! Cud się stał! – zawołał malutki skrzat leśny wciśnięty w pręty bramki.
- „Cud”? – powtórzyła z niedowierzaniem. – To co to za cuda tam się dzieją bez mojej wiedzy? Co to za nowy szarlatan zawitał do wiochy? – skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie szarlatan, a anioł! – oburzyła się wieśniaczka. – Arystokrata prawdziwy!
Ilia drgnęła na tę wiadomość. Czyżby Kamijo ponownie zawitał w te zapomniane przez bogów strony? Dlaczego jednak tym razem postanowił pokazać się w wiosce? Może tym razem był już odpowiednio ubrany, w siodle lub z powozem – tak jak możny prezentować się powinien, więc dlaczego z tego nie skorzystać, prawda? Kobieta westchnęła ledwo słyszalnie. A już zaczynała żywić do niego jakieś przyjaźniejsze uczucia… prawie zapomniała, że koniec końców wszyscy są jednak tacy sami…
- Na koniu! Na białym rumaku jeździł! I włosy miał jak złoto! A cerę jak śnieg, a w oczach dwa kryształy lodu, które rozgrzewają serce aż do czerwoności! – zawyła niczym natchniona boginka.
Tak, no to przynajmniej mamy już pewność, że mówimy o tej samej osobie…
- Szybko, szybko no! Dajże jakiś specyfik na urodę! Szybko, zanim się ściemni, bo pewnie na noc z polowania wróci tam, skąd pochodzi!
- To znaczy, do pałacu, ma się rozumieć…
- To ten wasz anioł nie zajechał do wiochy? – zdziwiła się wiedźma.
- Nie, a nie! Do wioski nie! W lesie żeśmy go widziały! – zawołała strzyga. – A te tam usłyszały i pobiegły za nami! – oskarżycielsko wskazała palcem na dziewuchy z wioski.
Czyli może jest jeszcze jakaś nadzieja i wampirzy arystokrata faktycznie przyjechał na polowanie na jelenie, a nie żeby czarować wiejski lud. O dobry Welesie, miejże nawię Kamijo w opiece i nie pozwól się tak sromotnie zawieść czarownicy na jego osobie!
Wtem znów zrobiło się głośno. Puszczę przeszył wrzask, dla odmiany, męski. Chwilę potem zawtórował mu wysoki krzyk, jakby drapieżnego ptaka. Płomień buchnął nad czubkami drzew, jednak nie wyglądało na to, żeby był to pożar. Ogień zaraz zniknął z pola widzenia Ili, przekonując ją, iż bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego fenomenu był wybuch. Znad niemal idealnie równej linii wiekowych dębów wzniosła się potężna, szara chmura dymu. Co to, na litość matki Mokosz! Ktoś tu potajemnie zaczął handlować treścią żołądkową żmija?! Czy może jakiś niedorobiony goeta próbował otworzyć wrota piekielne, przez co psotliwe, przygłupie, mniejsze demony wyszły na powierzchnię i skutecznie utrudniały jej teraz życie?
Czarownica przecisnęła się przez tłumek dziewcząt i czym prędzej ruszyła w stronę wioski. Puściła się biegiem, rozchlapując brudną wodę z kałuż, ślizgając się na grząskim błocie. Nie zwracała uwagi na to, że brudzi sobie suknię ani nawet na to, że nie wzięła stosownego okrycia, bo choć przecież sieczeń (luty od aut.) chylił się już ku końcowi, to wciąż było jeszcze dość chłodno. W biegu jednak nie czuła niskiej temperatury ani przeszywającego wiatru.
W wiosce jednak nic się nie zmieniło. Wszystkie chałupy stały tak jak zawsze, kościół nietknięty, nadgryzione zębem czasu stragany po staremu… Odetchnęła z nieukrywaną ulgą. Jej pojawienie się wzbudziło jednak swoistą rewelację. Kilka starszych chłopek rzuciło się do niej z tą samą prośbą co małolaty, kilku wieśniaków zaczęło płakać jeden przez drugiego, żeby wrócić im synów, których to wielkie nieszczęście dotknęło i Dola się od nich odwróciła. Ci z kolei nie byli już tak zachwyceni pojawieniem się „anioła bez skrzydeł” w ich okolicy. Już zaczęli mamrotać głupoty, że to pewno upadły, skoro skrzydeł nie ma – bo rzeczą oczywistą było, że wszak on nie człek, bo na człeka za dobrze wygląda – a może nawet ostatni jeździec Apokalipsy, bo w końcu i białego konia miał, i miecz przy boku. Z efektów specjalnych mógł poszczycić się zaprzęgiem psów łowieckich. Ledwo zawitał w te strony, a pan „Śmierć” zyskał już sobie bardzo rozbieżne opinie.
Klecha w tym czasie próbował uspokoić ciemnogród. Charczał straszliwie ze względu na męczące go zapalenie płuc, kaszlał paskudnie i co chwilę urywał swój monolog, żeby wydmuchać nos lub wykasłać się we własny rękaw. Próbował wmówić ludziom, że to jeszcze nie czas Sądu Ostatecznego, że przecież nie było trąb ani pieczęci, ani zaraz, więc jesteśmy bezpieczni. Na widok czarownicy zrobił się jednak jeszcze bardziej czerwony niż był już ówcześnie od gorączki i wyciągnął zza pazuchy posrebrzany krzyżyk. Niemal tracąc głos zaczął klepać pacierzyk, na co wiedźma jedynie wywróciła oczyma.
- Przyprowadź go z powrotem, oj przyprowadź, proszę cię! Zaklinam cię, sprowadź mojego chłopca z powrotem do domu! – ryczała stara baba z targu. – Poszedł głupek do anioła bez skrzydeł i obiecał, że zaprowadzi go do miejsca, gdzie są jelenie! – jęknęła żałośnie. – A ten go zabrał! Zabrał i oby nie zabił! Głupi, oj głupi i nieodżałowany to dzieciak, ale błagam cię, błagam cię przyprowadź mojego chłopca w jednym kawałku do domu!
Co tu się, do ciężkiego czarta, wyprawiało?!
Jedni z miejsca niemal zakochali się w „upadłym”, drudzy przeklinali go, uważając, że ten przyniósł im zgubę i śmierć. Do tego jeszcze ta dziwna kłótnia dworowego i gumiennika i wrzaski oraz płomienie z głuszy lasu. Czyżby bogowie faktycznie zamknęli swoje oczy, pozostawiając te tereny i ich mieszkańców ze swoimi problemami samym sobie?
Co w tym wszystkim trzymało się kupy? Gdzie tu można było szukać sensu i logiki?
Jelenie! No tak, baba powiedziała, że głupek obiecał pokazać „aniołowi bez skrzydeł”, gdzie pasają się jelenie… Jelenie można najczęściej znaleźć na zagajniku. Tyle, że zagajnik z niewielkim, naturalnym poidłem, z którego czerpała zwierzyna leśna mieściła się w zupełnie innym kierunku do tego, skąd dochodził dym. Tego Ilia była pewna. W końcu znała tę puszczę jak własną kieszeń, a przy tym mogła poszczycić się orientacją w terenie, której mógłby pozazdrościć jej niejeden przewodnik.
Bez zbędnej gadaniny ruszyła ponownie w stronę lasu rozpychając się łokciami między wieśniakami. Przemknęła po leśnej ścieżce i już niemal intuicyjnie wybrała drogę, kiedy coś przykuło jej uwagę. Na kamieniu, na rozdrożu dróg, gdzie ostały się jedynie szczątki małej kapliczki, która miała odganiać demony mylące wędrowcom szlaki, siedział sobie oto właśnie jeden z nich. Bełt niemierzący sobie nawet metra wysokości siedział niewinnie i machał nóżkami w powietrzu, uśmiechając się pogodnie do wiedźmy. Jej nie ośmieliłby się pomylić dróg. Nawet by nie śmiał. Po pierwsze, wiedział, że czarownica i tak nie dałaby się na to nabrać, a po drugie, był świadom tego, że za taki głupkowaty żarcik dostałby niezłą burę. Siedział więc sobie tylko spokojnie i przyglądał się własnym stopom, których palce rozprostowywał i zginał. Rozglądał się bez zainteresowania po okolicznych krzakach i gwizdał sobie pod nosem. Z całych sił starał się sprawiać wrażenie takiego, co to nie wie, co się dzieje dookoła, a przede wszystkim, takiego, co to nie ma z tym nic wspólnego. Ktoś postronny może i dałby się na to nabrać, jednak kobieta w ostatnim czasie miała okazję widywać znacznie lepiej odegrane role, a ukryć się nie dało, że małemu bełtowi daleko było do zapierającej dech w piersiach gry aktorskiej wampirów, a przede wszystkim do ich pełnego zaangażowania, jakie wkładali w swoje sztuki odstawiane na porządku dziennym.
- Gadaj mi tu szybko! – zagrzmiała wiedźma, przez co mały demon skulił się w sobie przestraszony. Bywał uciążliwy dla ludzi, gdyż mylił im drogi, jednak Ilia zdawała sobie sprawę, że w gruncie rzeczy z tego gagatka to akurat było bardzo bojaźliwe i delikatne stworzonko. – Pomieszałeś dzisiaj komuś drogi? – zapytała ostro.
- A skądże! – pisnął, ześlizgując się z głazu i chowając za nim.
- Nie denerwuj mnie, czarci pomiocie! – zirytowała się kobieta. – Pomyliłeś drogi jeźdźcowi na białym koniu? – dopytywała. Odpowiedziała jej wymowna cisza. Wiedźma zajrzała za kamulec, żeby upewnić się czy malec przypadkiem nie zwiał albo nie zemdlał ze strachu. Ten jednak w końcu pokiwał tylko małym czerepem. – Gdzie żeś go wysłał? Ponoć szukał jeleni – dopytywała.
- A na bagnisko… - mruknął cichutko bełt.
Spodziewał się dostać karę, jednak zaafiszowana czarownica po usłyszeniu rzeczowej informacji pognała w przeciwnym kierunku do tego, który chciała pierwotnie obrać. Tak, teraz to wszystko nabierało sensu! To stamtąd dochodził dym! Kamijo szukał jeleni na gościńcu, jednak bełt pokrzyżował mu plany, wysyłając go na moczary! Świetnie! Znaczy… Może niekoniecznie świetnie, jednak w końcu coś zaczynało do siebie pasować. Zupełnie jak kawałki niewdzięcznego, pobitego talerza spirytualnego…
Teraz pozostawało tylko pytanie, co też zadziało się tam na bagnisku… Cóż, o tym wiedźmie przyjdzie się przekonać zapewne dopiero na miejscu.
Po kilkunastu kolejnych minutach truchtu dotarła do wskazanego przez miniaturowego demona miejsca. Rozejrzała się, uważnie stawiając każdy następny krok, gdyż nie miała ochoty zapaść się w grząskie błoto aż po same kolana ani tym bardziej na nikogo nadepnąć. W końcu bagno aż roiło się od nadprzyrodzonych istot, które kryły się w różnych jego warstwach – jedne głębiej, inne płycej. Wszystkie je jednak łączył fakt, iż zdenerwowane, kiedy nierozważny piechur nastąpił na nie, lubiły odgryzać się, wciągając nieszczęśnika do zarastającego zbiornika.
Już po kilku krokach dostrzegła białego konia walczącego z pochłaniającym go bagniskiem. Jego tylne nogi były całkowicie zatopione. Rumak targał niespokojnie łbem ze srebrzystą grzywą i rył miękką ziemię kopytami przednich nóg. Im bardziej jednak panikował, tym bardziej zapadał się w grzęzawisku. Jego przystrzyżona równo sierść i grzywa, podkute kopyta oraz założona uzda wraz z siodłem wskazywały na to, że nie był zwyczajnie pięknym, dzikim, ale przy tym i bardzo nieszczęśliwym koniem, który zawitał w te strony przez przypadek. To z pewnością musiał być rumak wamiprzego arystokraty.
Kobieta już chciała rzucić się na ratunek zwierzęciu, jednak wtem rozległ się ten sam, męski krzyk. Podążając za nim, Ilia natrafiła na bardzo niecodzienny widok. Otóż dwóch bladolicych pachołków, którzy wyglądali na młode rodzeństwo, tkwiło już po same szyje w bagnie, a wraz z nimi jeden wieśniak. Wszyscy oni utknęli tam najwyraźniej za sprawą bagiennika, który skrzywiony taplał się nieopodal. Kolejnych kilka metrów dalej, na nieco już stabilniejszym gruncie leżał wrzeszczący chłop, a nad nim pochylający się możny z miasta. Nad nimi, żeby było ciekawiej, na gałęzi jednego z obumarłych drzew siedział rozwścieczony raróg, który wtórował swoimi wrzaskami jękom chłopa.
No i masz babo placek… Za co tu się wziąć w pierwszej kolejności?
- Co tu się wyrabia, ha? – zapytała wiedźma, skupiając na sobie uwagę wszystkich po kolei.
Demon z zielonkawo-brunatną skórą, dzięki której mógł bezpośrednio oddychać pod wodą, wypuścił serię bąbelków nozdrzami, które miał umiejscowione między rybimi oczami, niemalże na samym czole. Wsparł się żabimi łapami na kępie pobliskiej trawy i wyciągnął do góry, żeby móc przemówić.
- Wandale! – zaskrzeczał. – Przychodzą tu na moje bagno i skaczą mi po głowie, ciemnoty jedne! – oburzył się. – Potopię głuptaków! – zagroził.
- Spokojnie, bagienniku! – Ilia podniosła ręce w obronnym geście, nakazując mu wstrzymać się z podejmowaniem podobnych decyzji. – Rozwiążmy to w jakiś bardziej pokojowy sposób! – zaapelowała. Władca torfowiska wyglądał jednak na bardzo rozsierdzonego i na nieskłonnego do prowadzenia jakichkolwiek negocjacji. – A co tu robi raróg? – zainteresowała się, zmieniając temat. Wszak w istocie uosobienie żywiołu ognia pod postacią płomiennego, czerwonego ptaka z długimi, barwnymi piórami ogona niemal jak u pawia i długą, łabędzią szyją z krótkim i mocnym, wróbeleczym dziobem było niecodziennym widokiem.
- A ja wiem? – burknął bagiennik. – Nie obchodzi mnie ta czerwona kura tak długo, jak mi nie nacisnęła na odcisk! – fuknął.
- Raróg?! – wystraszył się chłop tkwiący po szyję w błocie. – To jest raróg?! – niemal zapłakał. – Przecie raróg jest posłańcem samego Swaroga! – zawołał. – Anioły bez skrzydeł, bagienniki, czarownice, rarogi… co jeszcze? – jęknął żałośnie. – Ustra, mówiłem ci, żeby się w to wszystko nie mieszać! – rzucił do, jak w końcu zauważyła kobieta, rannego przygłupa. A więc to dlatego ten darł się jak oparzony…
Darł się jak oparzony, bo i w gruncie rzeczy taki właśnie był. Po kolorze mazi spływającej po większej części jego lewego boku kobieta rozpoznała, iż ten musiał zostać opluty przez bagiennika. Jego trucizna była dość parząca, jednak raczej nie stwarzała śmiertelnego zagrożenia. Uszkadzała co najwyżej powierzchowną warstwę skóry, powodując, że nieszczęśliwy delikwent borykał się ze stosunkowo niegroźnymi krwotokami. Podrażnienie skóry, owszem, było bolesne, jednak w mniemaniu kobiety nie było wystarczającym powodem do darcia się w niebogłosy. Przynajmniej jedna z rąk Kamijo również była umorusana w brunatnej mazi, jednak ten trzymał usta zasznurowane. Wieśniak mógł brać przykład z arystokraty, jak powinien zachowywać się jak prawdziwy mężczyzna.
Wiedźma sama doskonale wiedziała, jakich obrażeń może przysporzyć ta trucizna, gdyż często z nią pracowała i nie raz sama również się nią oblała – nierzadko z „drobną” pomocą kręcącego się pod nogami smoka lub kulawego stołu, któremu właśnie zachciało się zatrząść. Bowiem jad bagiennika był bardzo cenioną substancją, z której można było przyrządzić specyfiki na reumatyzm, bóle kręgosłupa, rany, niestrawność, choroby serca, a nawet bezpłodność. Kobiecie przeszło przez myśl, że skoro już pofatygowała się na torfowisko, to mogłaby poprosić demona o małą próbkę trucizny, żeby sporządzić dla siebie smarowidło na bolące plecy od garbienia się nad rozbitym talerzem spirytystycznym. Ten jednak wciąż wyglądał na mocno skwaszonego, więc Ilia wolała nie ryzykować trzema życiami tylko po to, żeby zadać jedno, głupie pytanie, na które prawdopodobnie i tak znała już odpowiedź.
Westchnęła, rozglądając się dookoła, jakby szukając odpowiedzi lub chociażby podpowiedzi, którą mogłaby jej dać matka ziemia. Zawiesiła spojrzenie na dłużej na płomiennym posłańcu boga słońca, nieba, ognia i kowalstwa. Jego obecność tutaj była naprawdę niespotykana…
- Mój drogi – zaczęła spokojnie, zwracając się do demona – muszę ci powiedzieć, że te ciołki nie znalazły się tu jednak z własnej woli – zdecydowała się wyjaśnić całą sytuację. – Przebrzydły bełt pokrzyżował im drogi, kiedy ci byli w drodze do jeleniego zagajnika – postawiła sprawę jasno. – Więc niejako za ich wtargnięcie na twoje ziemie możesz winić jego, a nie ich. Pozwól mi zatem zabrać od ciebie to utrapienie, żeby więcej ci nie przeszkadzali – poprosiła.
- Najpierw niech pożałują! Żeby mieli nauczkę na następny raz! – zawołał buńczucznie.
- Ale jak ich potopisz, to nie będzie już żadnego następnego razu – zauważyła, rozkładając bezradnie ręce. – Poza tym, mówię ci, że to jedno nie ich wina. Jeśli chcesz, mogę ci przyprowadzić prawdziwego winowajcę; bełta – obiecała. – Oni nieroztropnie wstąpili na bagno, gdyż byli przekonani, że zmierzają w zupełnie inną stronę. Nie zachowali ostrożności, gdyż i nie było powodu ku temu. W końcu zmierzali do zagajnika – podkreśliła.
- A mnie to nie obchodzi! – uparł się żabi stwór.
- Pozwól mi zatem trochę się potargować – starała się nie zabrzmieć nazbyt natarczywie. – Jeśli oddasz mi tych tutaj – wskazała na uwięzionych ludzi i wampirów – obiecuję wstawić się za ciebie u Wodnika, żeby ten umówił cię z jego najstarszą córą, Seriną – dała słowo. – Wodnik szuka dla niej męża, żeby ta więcej nie pływała do miasta – wyjaśniła.
Żabie oczy błysnęły chciwie. Bagiennik może nie był wcale wielce zakochany w córce wodnego pana, ale za to był łasy na władzę i pozycję. Bo nie dało się ukryć, że Wodnik, jako władca wszelakich wód stojących i pływających, był znacznie wyżej w hierarchii niż byle bagiennik, który władał jedynie jednym torfowiskiem. Właściwie to nawet nie miał go na własność, gdyż fakt, iż znajdywała się tu woda sprawiała, iż teren ten faktycznie przynależał do Wodnika, a żabi demon był jedynie kimś w rodzaju jego wasala.
- No… Jeśli tak się sprawy mają, to może faktycznie mogę ci ich oddać… W końcu i tak nie będę miał z nich żadnego pożytku… - zaskrzeczał.
Ilia ostrożnie zbliżyła się do zbiornika, na którego brzegu przesiadywał pokraczny stwór. Poczekała, aż ten wydostał uwięzionych bliźniaków i wieśniaka, a następnie pomogła wygramolić im się na stały ląd. Uścisnęła błoniastą łapę demona, przypieczętowując tym samym układ.
- Wspomnę mu o tobie, kiedy tylko znów będę się z nim widzieć – obiecała.
- Na to liczę… - burknął bagiennik. – A teraz zabieraj mi ich stąd! Byle szybko! – fuknął.
- Konia też biorę – upomniała się. Demon skrzywił się i cmoknął niezadowolony, jednak ostatecznie skinął głową, decydując, że dobre układy z wiedźmą i Wodnikiem są ważniejsze od przyjemności topienia żywych istot. – A tam co się zadziało? – zapytała, wskazując na dwójkę uważnie obserwowaną bursztynowymi ślepiami raróga.
- Ten tam… strzelił… - wydusił z siebie nieskładnie jeden z wampirzych braci i wskazał na wciąż jęczącego boleśnie chłopa. - …z kuszy… do raróga… - wydukał.
Strzelać do posłańca bogów. Pięknie. Nic tylko powinszować inteligencji. Kobieta westchnęła ciężko. Z tego wszystkiego zaczynała boleć ją głowa…
Z rarógiem nie dało się dyskutować. Nie był to byt na tyle rozwinięty, żeby mówić, jednak nie oznaczało to także, że był przygłupi. Płomienisty ptak był bardzo inteligentnym i przede wszystkim dumnym zwierzęciem, z którym trzeba było się liczyć.
- A skąd ty w ogóle kuszę żeś wytrzasną, co Ustra? – zawołała, podchodząc do owej dwójki i mierząc się spojrzeniem z wielkim ptaszyskiem.
- Sam żem sklecił… W zakładzie ojca… - wyznał płaczliwie chłop.
No tak, ojciec Ustry miał zakład stolarski. Wiedźma szybko zlustrowała sytuację, dostrzegając, że strzała tkwiła w drzewie stojącym daleko po lewej, toteż albo wieśniak nie umiał za grosz celować, albo jego wynalazek nadawał się do spisania na straty. Ona podejrzewała jednak, że w tym przypadku obie te teorie mogły być po części prawdziwe. Raróg jednak, widząc człowieka, który w niego celował, wystraszył się i najeżył, przez co teraz nie pozwalał odejść swoim dwóm upatrzonym ofiarom na krok. Gdy chociaż jedna z nich próbowała się ruszyć, ten darł się jak opętany. Było to mądre zwierzę, jednak koniec końców tylko zwierzę, toteż nie można było winić je za takie zachowanie…
Płomienisty ptak jakby zdawał sobie sprawę z głupoty, z jaką przyszło mu stanąć oko w oko w postaci wiejskiego chłopka-roztropka i chyba tylko dlatego zdecydował się jeszcze nie atakować. Wszak mądre powiedzenie uprzedzało, żeby do byka nie podchodzić od przodu, konia nie zachodzić od tyłu, a do głupiego nie podchodzić wcale, jednak zraniona duma i oburzenie nie pozwalały mu przejść wobec tego wszystkiego obojętnie. Jakże cudownie…
Ilia sięgnęła do głębokiej kieszeni sukni, w której nosiła „wszystko, co przydatne”, jak to lubiła określać. Po omacku wyszukała w niej skrawki krzesiwa, które było nieco zmodyfikowane za sprawą magii. Złączyła dłonie i zaczęła je pocierać, jakby w jednej chwili strasznie zmarzła, po czym dmuchnęła w wąską szczelinę powstałą między nimi. W odpowiedzi spomiędzy jej palców buchnęły drobiny żaru, które w bardzo powolny sposób spopielały się, unosząc się jednocześnie w powietrzu niczym błędne ognie lub sztuczne świetliki. Zaczęła wachlować rękami, żeby świecące punkciki ruszyły z miejsca. Tak też się stało. Kiedy raróg dostrzegł je, rzucił się z wrzaskiem w pogoń za umykającymi drobinami żaru. Zafascynowane świecidełkami zwierzę oddaliło się w głąb lasu. No cóż… swój do swego ciągnie, nie? Jako że posłaniec Swaroga był upersonifikowaniem żywiołu ognia miał lekką obsesję na jego punkcie – płomienie były jego siłą i słabością za razem. W razie niebezpieczeństwa potrafił ich używać do własnej obrony, ale łatwo było go także rozproszyć zapalając chociażby pochodnię. Raróg miał opinię „towarzyskiego” ptaka, który lubił przesiadywać nocą z wędrowcami przy ognisku. Potrafił zafascynowany wpatrywać się w płomienie nawet przez kilka godzin.
- I takie to właśnie te chłopy są bez baby… - westchnęła ciężko. - …zupełnie nieporadne… - przewróciła oczyma, mrucząc do siebie pod nosem.
- Dziękuję… moja pani, za twą nieocenioną pomoc… - Kamijo odezwał się dopiero po dłuższej chwili. Widząc, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane, pomógł wywindować się oplutemu bagiennikową trucizną chłopowi do siadu, na co ten zaczął biadolić i jęczeć żałośnie.
- A cichaj ty już tam! – jęknęła do rannego. – Uszy więdną! Żalisz się nad sobą, jakby ci coś wielkiego było! – fuknęła.
- A i jest! – upierał się wieśniak. – Krwawię przeto! – chlipnął.
Czarownica tym razem pozwoliła dać sobie upust swojej irytacji, burcząc wiązkę inwektyw pod nosem. Z niezadowoleniem pomogła wampirzym bliźniakom wyciągnąć konia z bagniska, a następnie załadować na jego grzbiet najbardziej poszkodowanego. Reszta szła piechotą, gęsiego, za przewodnictwem kobiety, która trzymała lejce, ostrożnie wybierając drogę, żeby rumak znów nie zatonął w torfowisku.
Ustra przez całą drogę nie chciał się zamknąć, przez co Ilia miała nieodpartą ochotę zrzucić go z siodła i zostawić w krzakach, żeby dopadła go jakaś gangrena czy inne licho i żeby faktycznie tam skonał. No kto to widział, żeby facet tak się zachowywał!… w dodatku przed obliczem niewiasty… Mógłby mieć chociażby jakieś szczątkowe ilości honoru, nawet jeśli był zwykłym prostakiem…
Zajechali do wioski. Wiedźma zrzuciła jęczącego chłopa na kupę sukien i materiałów piętrzących się na jednym ze straganów. Na ich przybycie znów zaczęła się wrzawa. Dziewki zaczęły piszczeć na widok bladolicego arystokraty, niektóre nawet roniły łzy, gdyż jak widać i temu musiało oberwać się rykoszetem, kiedy żabi demon pluną na chłopa. Inni, widząc, że ten ma krew na rękach i miecz przy pasie, uciekli w popłochu, będąc święcie przekonani, że odwiedziła ich apokaliptyczna Śmierć. Całe szczęście pomimo że możny nosił przy sobie cały czas broń, nie wymachiwał nią głupio na prawo i lewo, nie stwarzając przy tym dodatkowych problemów…
Kaznodzieja znów zaczął drzeć się, a uciszał go tylko niemal gruźliczy kaszel, którym zanosił się z wysiłkiem. Wywrzaskiwał, że koniec świata jeszcze daleki, że to nie anioł i nie upadły i że od czarownicy trzeba stronić. Kobiecie przez chwilę przeszło nawet przez myśl, żeby tak po prostu strzelić go raz a porządnie po mordzie, żeby się zamknął, ale ostatecznie machnęła jedynie ręką zniechęcona. Kiedy emocje w niej nieco opadły w końcu zaczęła odczuwać nieprzyjemności związane ze strojem niedopasowanym do pogody. Nie ma co się kłócić. Lepiej, żeby sama czym prędzej wróciła do chałupy i się ubrała albo w innym wypadku przemarznie i skończy podobnie jak i klecha.
Stara baba rzuciła się do niej z podziękowaniami i wyrazami wdzięczności. Chciała ją nawet wyściskać i wycałować za przyprowadzenie jej skretyniałego syna, nawet jeśli ten broczył jak zwierzę rzeźne. Ili nie widziało się jednak z nikim obściskiwać, w dodatku publicznie. Zręcznie próbowała się uchylić lub odepchnąć starowinkę od siebie, jednak ta się uparła.
- A co ze mną?! – jęknął żałośnie Ustra. – Ranny jestem! Krwawię! – przypomniał, jakby ktoś zdążył zapomnieć.
- Rany polej gorzałką i zawiń w czyste szmaty – poleciła bezdusznie. – Zagoi się – obiecała, wciąż unikając namolnej chłopki.
W końcu z pomocą przyszedł jej wampir, który złapał ją pod boki i wsadził w siodło, tym samym sprawiając, że ta była teraz zbyt wysoko, żeby zdeptana i przygnieciona przez ilość własnych wiosen baba mogła ją dosięgnąć. Kamijo bez słowa chwycił lejce tak jak ówcześnie zrobiła to wiedźma i zmusił konia do ponownego ruszenia z miejsca. Najwyraźniej czym prędzej chciał opuścić to głośne towarzystwo. Pionowa zmarszczka między jego ściągniętymi brwiami mogła świadczyć, że i jego dopadła migrena. Pachołkowie ruszyli za nim w ciszy.
Czarownica już po chwili obejrzała się, żeby przyjrzeć się wyczerpanym twarzom dzieciaków. Nie dziwiła im się. W końcu poruszanie się w bagnisku i próby wydostania się z niego musiały kosztować ich od groma energii. Bracia ledwo trzymali się na nogach.
- Daj no tu dzieciaki – odezwała się do złotowłosego. – Ja mogę iść, ale oni to zaraz padną jak muchy – zauważyła. Już chciała zsunąć się z siodła, w którym siedziała bokiem niczym prawdziwa dama, gdyż tak właśnie została w nim usadzona przez arystokratę.
Ilia jeszcze nigdy nie widziała tak skwaszonego i wyczerpanego możnego. Ten z niechęcią odwrócił się, aby przekonać się o prawdomówności swojej towarzyszki. Widząc, że jej słowa niewiele mijały się z prawdą, przywołał do siebie pachołków i zatrzymał konia. Gestem dłoni nakazał wspięcie się im na jego grzbiet, przy czym także zabronił zejścia z niego wiedźmie.
- Jakby to wyglądało, gdyby pani w moim towarzystwie zmuszona byłaby iść? – wysilił się na słaby uśmiech, który wciąż przypominał mdły, zimowy promień słońca. – I tak się nie godzi, żeby pani jechała na rumaku w takim stanie, ale cóż… - westchnął bezradnie.
- Daj spokój! – machnęła ręką. – My tu teraz wszyscy brudni jak święta ziemia! – parsknęła, zupełnie nie przejmując się takimi drobnostkami.
Jeden z bliźniaków wsunął się przed nią, przed siodło, a drugi zajął miejsce na samym końskim zadzie, moszcząc się za siodłem. Obaj kurtuazyjnie przeprosili za stwarzanie problemów, co w jakiś sposób zmiękczyło serce czarownicy, która w jednej chwili zapragnęła przytulić pachołków do piersi niczym miłosierna matka. Koniec końców to wciąż przecież jeszcze były dzieciaki…
No i masz ci los. Ranny i umorusany pan z miasta brnie piechotą przez błotnistą drogę, podczas gdy jego konia bezczelnie okupuje dwójka pachołków z czarownicą. A to dobre. Ilia zaśmiała się w myślach. Podejrzewała, że ciężko było o drugie podobne, cudaczne indywiduum, jakim był złotowłosy arystokrata. W końcu kto to widział, żeby służący siedział, a pan szedł? W dodatku w takich warunkach? A jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, ten wcale nie wyglądał na złego z tego powodu. Był co najwyżej zmęczony.
Kobieta z ulgą odnotowała malującą się na horyzoncie bryłę własnej chaty. Zeskoczyła z siodła tuż przed furtką do własnego obejścia i przejęła lejce. Poprowadziła umorusanego rumaka na tylną część podwórza i uwiązała go u belki stodoły, to znaczy dokładnie tam, gdzie uwiązany stał również jej, znacznie mniejszy, starszy i mniej okazały koń. Upewniła się, że poidło było pełne i że paszy nie brakuje w korycie, po czym sięgnęła po metalową balię.
- Zimno jest, ale jakoś radzić sobie trzeba – wzruszyła ramionami, spoglądając głównie na niezgrabnie gramolących się braci, którzy ledwo utrzymywali już otwarte oczy z wycieńczenia. – Studnia tam – wskazała palcem – miska tu – wcisnęła jednemu z nich balię. – Powodzenia – skwitowała. – Co jak co, ale w takim stanie do chałupy to ja was nie wpuszczę – postawiła warunek, gdyż dzieciaki były brudne od szyi w dół. – Chałupa to jednak nie chlew – zauważyła. – No, raz, dwa się obmyć i biegusiem do środka, żeby was jakieś cholerstwo na zimnicy nie strzeliło – przestrzegła. – Potem dam wam jakieś szmaty do ubrania – obiecała. Bracia niepewnie spojrzeli po sobie. Widocznie nie podobała im się wizja kąpieli w lodowatej wodzie, kiedy zima tak na dobre przecież jeszcze nie odeszła, ale zdawało się, że rozumieli, iż nie mieli innego wyboru. – A ty, złociuchny – zwróciła się do arystokraty, który nosił tylko śladowe ilości błota. Jego ubranie znaczyło znacznie więcej krwawych plam – od razu do środka – zarządziła. – Zaraz cię opatrzę.
Jemu również takowy stan rzeczy nie był na rękę, jednak nie odezwał się słowem. Głównie dlatego, że nie było już o czym więcej dyskutować. Po minie możnego wnioskowała, że ten nie lubił zdawać się na innych. Ponad to miał wpojony ogromny szacunek do kobiet, który starał się okazywać na każdym kroku, nawet jeśli na jego drodze pojawiła się prosta chłopka. A nawet wiedźma. Ili wydało się to niespotykane, jednak musiała przyznać, że była to przyjemna odmiana. Może właśnie dlatego w ostatnim czasie nawet zagustowała w towarzystwie Kamijo.
Wampir wszedł do chałupy tylnim wejściem. Smok nawet na niego nie warknął, wciąż pamiętając poprzednie dni jego urzędowania w wiedźmiej chacie. Właścicielka przybytku ruszyła za złotowłosym arystokratą, uprzednio tylko względnie oczyszczając się z nadmiaru błota. Zaraz wyciągnęła kilka specyfików do odkażania ran i smarowidło, które przyspieszało ich gojenie, a także zmniejszało ból i obrzęk. Udało jej się nawet wygrzebać kilka bandaży wydzierganych z pajęczych nici gigantycznych pająków żyjących w głębi puszczy. Ustawiła wszystko, czego potrzebowała na kulawym stole i spojrzała wyczekująco na mężczyznę, który jak do tej pory po prostu stał bezczynnie jak kołek.
- No, a ty na co liczysz, kochanieńki? – przewróciła oczyma. – Rozbieraj mi się tu – założyła ręce na piersi.
Możny już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, jednak ostatecznie znów zamilkł. Nie było po co dyskutować. Musiał się słuchać. Słuchanie się wiedźmy było dla niego w danej chwili bardzo wskazane. I choć cała ta sytuacja wydawała mu się chyba nawet mniej podobać niż wtedy, kiedy wylądował przypadkiem na tych zapomnianych przez bogów terenach po raz pierwszy, to musiał w tej chwili przełknąć swoją dumę. Dość niechętnie zrzucił z siebie krótki, czarny, skórzany płaszcz, a następnie wziął się za rozpinanie białej koszuli… albo raczej koszuli którą można było wspominać jako białą.
Czarownica z miejsca wzięła się do roboty. Przetarła rany, które głównie mieściły się na rękach i lewym boku arystokraty sprawdzonymi specyfikami, a następnie owinęła go delikatnymi bandażami. Zaraz potem zlazła do piwnicy i z powrotem zmuszona była wygrzebać cerowane łachy, które zostały jej po przygodnych kochankach. Wczłapała się z powrotem po schodach z trudem i rzuciła naręczem ubrań w pana z miasta dokładnie w chwili, w której do środka wpadły zmarznięte dzieciaki. Całe szczęście dla nich też starczyło odzieży.
 Wiedźma miała mierne pojęcie o podejmowaniu gości, jednak potrafiła domyślić się, że zziębnięte, przestraszone nie na żarty dzieciaki pewnie były głodne, ale nie śmiały się poskarżyć. Arystokratę mogłaby wystawić już za drzwi w obecnym stanie, bo przecież umierający nie był, ale z jakiejś racji zrobiło jej się szkoda pachołków. No a jak już chciała zatrzymać tę dwójkę chociaż na chwilę dłużej, to nie mogła wyrzucić złotowłosego, prawda? Przynajmniej nie bez stosownego powodu… a żaden jak na złość nie przychodził jej na myśl. Kamijo, jakby czytając jej w myślach lub przynajmniej domyślając się, co mogło się święcić, też nie dawał jej żadnych przyczyn do niezadowolenia. Siedział grzecznie, najwyraźniej próbując przeboleć swoją zranioną, męską dumę. Zasępiony przynajmniej starał się nie dawać tego po sobie poznać, ale Ilia już i tak wiedziała. Bo w końcu wszyscy faceci są tacy sami. To on tu nosi spodnie. Wybrał się na polowanie. Z pachołkami do pomocy. I był uzbrojony! Na litość dobrej Matki Mokoszy, miał miecz u boku!... a jednak ratować musiała go kobieta. W dodatki czarownica.
Kobieta machnęła lekceważąco ręką. Póki nie sprawiał problemów, mógł sobie siedzieć w tym swoim upatrzonym kącie nawet i tydzień, i jej by to nie przeszkadzało. Grunt, żeby nie powodował kolejnej wrzawy tego samego dnia. Wszak trzeba było przyznać, że dzisiejszy dzień obfitował już w wystarczającą ilość rewelacji…
Rozejrzała się po chacie, zastanawiając się, co mogłaby postawić na stole. Suchej kiełbasy od masarza zakamuflowanej przed smokiem za ścianą z alchemicznego szkła było jej trochę szkoda. W końcu to rarytas. Poza tym dzieciaki zapewne i tak kręciłyby nosem na suche, gumowate mięso. To nie jest coś, w czym gustują dzieci. Westchnęła, przeczesując palcami włosy i odgarniając je na plecy. Więc co im przygotować? Jajecznicę na smalcu? Czym ich uraczyć? Kiszonymi ogórkami? Nie… musiała znaleźć coś innego.
Ostatecznie skończyło się na tym, że stanęła przy blacie kulawego stołu i zaczęła wyrabiać ciasto na pierogi. Wciąż zostało jej trochę twarogu, zsiadłego mleka i truskawek, na których przeprowadzała eksperymenty przyspieszonego dojrzewania. Sama zjadła ich trochę poprzedniego dnia i wciąż nie dopadła ją obstrukcja, co uważała za dobry znak i jednocześnie potwierdzenie tego, iż można było je spokojnie spożywać bez żadnych obaw problemów żołądkowych. Mąkę zawsze trzymała w którejś szafce, gdyż był to materiał uniwersalny, przydatny nie tylko do gotowania. Postanowiła zatem wykorzystać te produkty i na szybko ulepić pacholęciem parę pierogów na słodko. Zakasała rękawy i wzięła się do roboty. Nim jednak rozwałkowała drugą partię ciasta i wzięła się za wycinanie z niego kółek, zaczęła wyklinać na siebie i swój wybór. Już tak dawno nie gotowała dla kogoś innego, że niemal zapomniała, ile to było zachodu z klejeniem pierogów. Że jej się też zachciało w to bawić! Przewróciła oczyma, sapiąc ciężko pod nosem i przestępując z nogi na nogę. Kiedy dłużej postała w jednym miejscu zaraz zaczynał boleć ją krzyż i lewe biodro… ale co się dziwić? Przecież nie miała już dwudziestu wiosen. Czas leciał nieubłaganie i choć obchodził się z nią łaskawie, a wiedźma kurowała się również swoimi różnymi specyfikami, aby zachować młody wygląd na dłużej, ciała i łupania w kościach nie dało się oszukać.
Rzuciła okiem na skulone na ławie wampiry, które trzymały się blisko siebie, żeby się ogrzać. Na widok ich zgaszonych twarzyczek serce ponownie jej zmiękło i przestała narzekać w myślach na koślawy stół, mąkę rozsypującą się dookoła, którą później trzeba będzie posprzątać czy w końcu przyklejające się do blatu ciasto. Chciała sprawić maluchom chociaż małą przyjemność dobrą kolacją. Chwilę potem złapała się jednak na myśleniu, że ci w posiadłości możnego zapewne nie zaszczyciliby jej dania nawet spojrzeniem, rozważając co najwyżej możliwość uraczenia nim psów gończych, ale cóż… powiedzmy, że starała się nie przywiązywać nadto uwagi do tego i nie przygnębiać samej siebie tym spostrzeżeniem.
Rozpaliła ogień pod kociołkiem, do którego wlała wodę. Przywołała pachołków, żeby ci się ogrzali. Zaczęła wrzucać słodkie pierogi do gotującej się wody. Czuła na sobie cały czas zainteresowane, napięte spojrzenia dzieciaków. Nie rozumiała, czemu te obserwowały ją tak czujnie. Przecież nie odstawiała przed nimi żadnego pokazu magicznego. Czyżby obawiali się, że z kotła zaraz coś wylezie? Coś paskudnego i obrzydliwego? A może sam diabeł? Albo zwyczajnie powątpiewali w zdolności kulinarne czarownicy…
Wyłożyła gotowe pierogi do głębokiego półmiska i postawiła na stole. Znalazła kilka poobijanych, obdrapanych, mniejszych talerzyków i sztućce, stawiając je przed pacholętami. Sama zasiadła naprzeciw nich do stołu i nałożyła sobie porcję. W końcu skoro tyle już się namęczyła, to wypadałoby, żeby przynajmniej widziała, jak smakują jej wysiłki, prawda?
Smakowało nieźle. Zdawała sobie sprawę, że zapewne nie umywała się do wielkich kucharzy z miasta, sama nie miała się za osobę wielce uzdolnioną kulinarnie, ale dało się zjeść. Wystarczająco jak na jej standardy. Wampiry jednak ani drgnęły z miejsca i przenosiły tylko jakby zdziczałe spojrzenia z kobiety na półmisek i z powrotem.
- No… jedźcie – poleciła.
- To my… znaczy – zająknął się jeden, przełykając głośno ślinę. - …można się poczęstować? – zapytał jakby z niedowierzaniem.
- A co? Dla kogo to ja niby robiłam, co? – kobieta spojrzała na niego z politowaniem. – Myślałeś, że każę wam patrzeć, jak jem? I to w dodatku taką porcję? – pokręciła głową.
Bliźniaki nie odpowiedziały, jednak w końcu sięgnęły po jedzenie. Z początku ostrożnie nakładały delikatne pierogi na pokiereszowane talerzyki szczerbatymi widelcami, zupełnie jakby przenosili na nich czystą ambrozję lub płynne złoto. Wzięli się za powolne krojenie, próbując przy tym zachować wszelkie zasady dobrego zachowania.
- Jak wam będzie prościej to możecie rękami – wzruszyła ramionami. – To nie zamek, a ja nie wyprawiam tu wykwintnego balu. Nie musicie zachowywać się tak sztucznie – prychnęła, obserwując z rozbawieniem poczynania dzieci.
Na tę komendę dwie pary oczu zalśniły niczym latarnie morskie. Młodziki rzuciły się na jedzenie, łykając kęsy niczym pelikany, niemal w ogóle nie rozdrabniając pokarmu, a od razu go przełykając. Oblizywali się przy tym i mlaskali z zadowolenia. Obraz ten był tak dramatycznie różny od tego, który prezentowali jej przed chwilą, a przy tym tak szczery, że kobieta nie mogła się powstrzymać i najzwyczajniej w świecie roześmiała się w głos. Spłoszone pacholęta zamarły w przestrachu w bezruchu, obawiając się, że coś zrobili nie tak. Ona jednak machnęła na nich uspakajająco ręką.
- Jedźcie, ile potrzebujecie – odezwała się łagodnie. Zaraz jednak zwróciła spojrzenie ku mężczyźnie, który zdawał się być tak pochłonięty przez swój wewnętrzny świat, iż nawet nie zauważył faktu pojawienia się jedzenia na stole. – A po ciebie, darmozjadzie, to trzeba specjalne zaproszenie wysyłać, ha? – niemal zakrzyknęła, żeby mieć pewność, że jej słowa dotrą do wampira. – Karetę zamówić do stołu czy sam pofatygujesz te swoje arystokrackie siedzenie? – zapytała zaczepnie.
- Nasza dobrodziejka ratuje nas z opresji, opatruje nasze rany, a teraz także nas karmi – powolnie wywindował się do pozycji stojącej, zmierzając w kierunku stołu. – Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować za twą dobroć, moja pani – skłonił się i chciał ująć dłoń Ili i ucałować jej grzbiet, jednak ta wyrwała mu ją, kiedy ten tylko po nią sięgnął i zdzieliła go nieprzesadnie mocno po łbie.
- Ty mnie tu hymnów pochwalnych nie układaj, tylko siadaj i jedz – rozkazała. – Póki ciepłe. Poza tym niewykluczone, że jeszcze chwila i obejdziesz się tylko smakiem – zachichotała widząc, że maluchy naprawdę musiały być głodne, skoro tak się obżerały.
- A co to za brak manier?! – oburzył się złotowłosy, spoglądając z przyganą na służących. – Czy was nie nauczono, jak zachowywać się przy stole? W dziczy was chowano? – ściągnął gniewnie brwi.
- Daj im spokój – syknęła czarownica. – Ja im pozwalam. Niech jedzą tak, jak im wygodnie, żeby się najeść – założyła ręce na piersi. Zdezorientowane bliźniaki spojrzały niepewnie na swojego pana i gospodynię, nie wiedząc, do kogo poleceń należało im się zastosować. – Nie słuchajcie go – parsknęła, ostentacyjnie odwracając się od Kamijo. – To moja chałupa, więc i moje zasady. Jeść – poleciła. – Ty też – zwróciła się do możnego.
Duma arystokraty najwidoczniej została ugodzona kolejny raz dzisiejszego dnia. Został odmówiony mu posłuch. Przez kobietę. Wiedźmę. Niemniej jednak ten nie odezwał się ani słowem i posłusznie zajął miejsce obok swojej dobrodziejki, sięgając po swoją porcję. W milczeniu zaczął jeść.
Po kolejną dokładkę sięgnął ten bardziej małomówny z braci. Za swój „występek” został jednak szybko zrugany surowym spojrzeniem przez złotowłosego.
- Czy wam to aby już nie wystarczy? – zapytał z przekąsem.
- Kiedy to takie dobre! – zawołał na usprawiedliwienie.
- Właśnie! – dodał drugi. – Kucharz w posiadłości w mieście nie potrafi tak gotować! – poskarżył się.
Ilia poczuła się połechtana niebanalnym komplementem na temat swojej kuchni, nawet jeśli zdawała sobie sprawę, iż w tym wypadku zapewne najlepszą przyprawą był głód, toteż młodzi znacznie przesadzali, gdyż zwyczajnie kiszki grały im marsza.
- Nie zamierzałem ujmować kuchni naszej gospodyni… - mruknął mężczyzna.
- Daj im spokój – sapnęła czarownica. – Niech zjedzą w spokoju, bo się jeszcze przez ciebie wrzodów żołądka nabawią – westchnęła.

I tak oto wampiry zawitały do wiedźmiego obejścia raz jeszcze… Jak tym razem miało się to skończyć?

DOGMA/UNDYING

Dobra, zdaję sobie sprawę, że z pewnością nikt nie spodziewał się czegoś podobnego, ale cóż… Wen wciąż lata sobie z wielkimi ostrzami, zaopatrzony w zwoje magiczne wśród demonów i pławi się w świeżej krwi, podczas gdy blog na tym cierpi ^^’’ Z tej racji postanowiłam w końcu coś wrzucić, nawet jeśli to owe „coś” miałoby być tak personalne, emocjonalne i zupełnie inne. Niemniej jednak jest w jakiś sposób połączone ze światem j-rocka, bo do napisania tego zainspirował mnie w końcu Ruki – jak nie trudno się domyślić C’’: Kto wie, jeśli komuś przypadnie to do gustu to może nawet machnę się, żeby to kontynuować jako opowiadanie  - coś w rodzaju „Wiedźmy” z Kamijo (za którą notabene też muszę się wziąć, ale ciii… x’’p), bo w sumie mam napisane nawet więcej niż publikuję teraz.

Okej, bez dłuższych wstępów, endżoj~! (mam nadzieję… ^^’’)

Ruki – DOGMA/UNDYING

Popielate niebo rodzi łzy. Jakby do pary, dopasowując się, moje oczy płaczą. Gardło ściska się boleśnie, tak, że ledwo mogę przełykać zbryloną, lepką ślinę. W ustach mam sucho. Boli mnie głowa. Cholera, zaraz czaszka pęknie mi w szwach! W dodatku jeszcze ten bachor zza ściany znów ryczy…
Nierówny oddech rwie się z piersi. Spływające łzy łaskoczą moje policzki niczym w delikatnej pieszczocie. Jakby chciały mnie pogłaskać i dodać otuchy. To takie groteskowe…
Bolą mnie oczy. Rozmazany świat mięknie i rozpływa, topi się. Na co mi oczy, które tylko potrafią płakać? Nie potrzebuję ich. Zamknę je. Tylko na chwilę.

Zimno. W powietrzu unosi się ciężki swąd spalenizny i kadzidła. Nie wiem, skąd dochodzi. Nie wiem, gdzie jestem. Nie widzę. Świat buja mi się przed oczami, kręci piruety, faluje i wywraca koziołki. Góra miesza się z dołem, tak, że nie wiem już, w którym kierunku idę.
Bo idę. Oczywiście, że idę. Nie mogę stanąć w miejscu. Chcę, żeby to się skończyło, więc idę. Nie mogę tu zostać. Tylko nikła nadzieja na to, że brnięcie do przodu pozwoli mi wyrwać się z tego dziwnego miejsca i stanu pozwala mi wciąż zachować zdrowe zmysły. W końcu muszę w coś wierzyć.
Powoli szoruję nogami po zimnej, wilgotnej ziemi. Jest ubita, błotnista. Nie czuje pod stopami źdźbeł trawy, więc liczę, że trzymam się jakiegoś traktu lub drogi. W pewnym momencie zawadzam o coś nogą. To zdecydowanie nie jest kamień ani powalony pień drzewa. Inna faktura. Zbyt lekkie. Ostrożnie pochylam się, starając się nie stracić równowagi. Podnoszę znalezisko i obracam je w rękach. Uwypuklenie przywodzi na myśl skorupę lub maskę. Powierzchnia jest gładka. Podnoszę przedmiot na wysokość oczu. Staram się skupić wzrok, rozpoznać, co wpadło mi w ręce. Pierwsze, co zauważam to barwa. Antracytowa, nieprzebrana czerń, od której miejscami odznaczają się złote melizmaty. Z czasem pojawia się też forma. W istocie znalezisko wydaje się być maską. Trochę dziwną. Przypomina nieco ptasi dziób. Postanawiam ją przymierzyć. Nie zmieni to mojego niecodziennego stanu, nie naprawi wzroku, ale coś kusi mnie, żeby ją założyć. Od tak po prostu. Przecież gorzej już nie będzie, nie?
Maska pasuje jak ulał. Trzyma się mojej popękanej twarzy. Tak, popękanej. Czuję pod palcami fakturę własnej popękanej z zimna, suchej skóry.
Wtem maska zostaje zabrana. Dosłownie. Nie spada. Przez krótki moment widzę, jak oddala się od mojej twarzy. Widzę nawet migawkę ręki skrytej w obszernym, czarnym rękawie i czarnej rękawiczce. Rozglądam się, ale dookoła nikogo nie ma. Jestem sama.
Świat stoi już w miejscu. Nie buja się, nie skacze. Moje oczy działają poprawnie. Teraz przynajmniej wyraźnie widzę, gdzie się znajduję. Pośrodku pustkowia. Dookoła mnie rozciągają się dzikie pola zarośnięte kłębami skołtunionych krzewów i wysokich traw. Stoję pośrodku wydeptanej ścieżki. Przede mną, w oddali majaczy zarys budowli, do której z pewnością prowadzi owa ścieżka. Kieruję się w stronę zabudowań.
Idę przed siebie nie zważając na to, że pojedyncze gałęzie i drobne kamienie ranią mi stopy. Zatrzymuję się dopiero, kiedy słyszę trzask. Spoglądam pod własne nogi, orientując się, że nadepnęłam na odłamki lustra. Odsuwam się nieco, a drobiny same podnoszą się z błotnistej ziemi i wracają na swoje miejsce – to znaczy na powrót tworzą całość. Lustro, które wygląda jakby się zapadło, sterczy pod kątem z ziemi. Przeglądam się w jego tafli. To nie jest moje odbicie. To nie jestem ja. Nie ja!
Zdziwiona podnoszę rękę do własnej twarzy, a dziewczynka w lustrze naśladuje moje ruchy. Dotykam ostrożnie drobnego nosa, pucołowatych policzków… Twarz dziecka nie jest popękana, tak jak się spodziewałam. Pod palcami wyczuwam inną fakturę. Zmieniłam się. Albo nie jestem już sobą. Jeszcze nie wiem, co jest prawdą.
Dziewczynka ma długie, jasne włosy, jednak te teraz zdają się być nieco ciemniejsze, gdyż są brudne. Buzia dziecka również jest pobrudzona, podobnie jak jej biała sukienka. Sama sukienka ma piękny krój i z pewnością kiedyś wyglądała cudownie, jednak teraz jest zaledwie nędznym strzępem siebie samej. Dziewczynka ma zaczerwienione oczy, pożółkłe białka… Wygląda niezdrowo, jakby trawiła ją jakaś poważna choroba. Boli mnie brzuch.
Niebo jest popielate i smutne przez pokrywające je gęsto warstwowe chmury. Wieje silny wiatr. Mimo to nie spodziewam się deszczu. Podświadomie wiem, że ziemia jest rozmoknięte za sprawą czegoś innego. Tutaj nie pada deszcz.
Nie jestem już bosa. Białe baleriny dziecka są ubrudzone błotem i czarną mazią. To właśnie za jej sprawą ziemia jest taka miękka. Maź paruje. Instynktownie zdaję sobie sprawę, że jest czymś złym, czego należy się wystrzegać.
Przyglądam się, jak ręka dziewczynki sama wskazuje puste pole. Znad wysokich traw unosi się szary dym. Pali się. Dym miesza się ze wszechobecną mgłą. Ostatni raz przyglądam się własnym, dziecięcym dłoniom i znów ruszam przed siebie. Nie wiem, co czeka mnie w zabudowaniach, ale bierne czekanie w miejscu nie zmieni mojej sytuacji. Możliwe, że ryzykuję. Zdaje sobie sprawę, że w budynku może czaić się coś złego, ale ja nie znoszę bezczynności. Jeśli będę stać w miejscu, nigdy się stąd nie wyrwę. Nigdy niczego nie zmienię.
Budynek przypomina coś na pograniczu małego zamku i klasztoru górskiego… Możliwe, że to jakaś opuszczona świątynia. Budynek jest stary. Mury są nadgryzione zębem czasu, poniszczone, jednak okna są całe. Są duże i dzielą się na sześć identycznych kwadratów, w którym w każdym jednym znajduje się mleczne szkło z symbolem otwartego oka pośrodku. Im bliżej wejścia jestem, tym zapach kadzidła i topiącej się stearyny staje się intensywniejszy. Sam zapach palących się świeczek naprowadza mnie na trop, iż świątynia nie jest jednak opuszczona.
Staję przed wielkimi, półokrągłymi odrzwiami z ciemnego drewna. Dwuskrzydłowe drzwi zdobione są różnymi symbolami, znakami, kto wie, może nawet pentagramami czy pieczęciami, które są mi kompletnie obce. Nie wiem, co oznaczają. Moją szczególną uwagę zwraca największy z symboli, który składa się z dwóch gwiazd wpisanych w okrąg. Mniejsza gwiazda utworzona z dwóch trójkątów równobocznych jest umiejscowiona w większej, natomiast okręg przecina ramiona większej z nich. W samym centrum symbolu znajduje się coś na kształt klucza utworzonego ze znaku nieskończoności, pionowej kreski, która od niego odchodziła i kolejnych dwóch poziomych, które ją przecinały. Zaczynam czuć niepokój. Możliwe, że się stresuję. Niepewność rodzi strach. Mimo to popycham jedne z ogromnych odrzwi i decyduję się wkroczyć do środka.
Zła się nie ulęknę…
…możliwe tylko, że mu ulegnę.
Drzwi otwierają się z głuchym jęknięciem. Pcham się prosto w objęcia ciemności. Czuję typowy, piwniczny zapach stęchlizny, który prawdopodobnie miał być zamaskowany przez niebotyczną ilość kadzidełek i świec. Jest tu wręcz duszno od nadmiaru kadzideł. Wszędzie unosi się drapiący w gardle dym. Rozżarzone końce kadzidełek świecą w oddali niczym miniaturowe pochodnie. W ciemności wydają się być jedynie malutkimi, czerwonymi punktami unoszącymi się w gęstwinie mroku.
Idę przed siebie. W pierwszym pomieszczeniu, na które natrafiam znajduje się inne okno. Jest ono okrągłe, a na jego tle siedzi dziwna postać. Kobieta przypominająca hinduskie bóstwo za sprawą sztucznej, metalowej aureoli jest otoczona światłem sztucznego słońca w postaci okna. Owa kobieta wymachuje menorą i kadzidłem. W mojej głowie pojawia się myśl, iż jest to wykreowane, nieprawdziwe bóstwo, które karmi się ludzkimi kłamstwami. Sama jestem zdziwiona kierunkiem, w jakim zmierzają moje myśli.
Na szyi kobiety znajduje się kilka ciężkich, złotych obręczy. Zdaje mi się, że te są zaciśnięte tak mocno, iż nie może przez nie mówić. Z nieznanych mi jednak powodów brakuje mi współczucia. Nie potrafię i nie chcę ubolewać nad nią. Nie staram się pomóc.
Kobieta rozkłada ręce i odchyla głowę do tyłu. Z jej ust cieknie ta sama czarna maź, która rozlewała się kałużami przy lustrze. Maź paruje.
W następnym pomieszczeniu ciemna postać zlewająca się z wszechobecnym mrokiem stoi za plecami jej absolutnego przeciwieństwa i kontrastu, białej postaci. Wygląda to tak, jakby upersonifikowana ciemność własnymi rękami dotykała jasności. Z początku sunie dłońmi ubrudzonymi w czarnej mazi po odsłoniętych ramionach, następnie po szyi, aż dociera do twarzy. Zakrywa oczy chorobliwie wyglądającej jasności, która w ciszy zalewa się ową mazią. Przez dłuższą chwilę patrzę, nie wiedząc, czego się spodziewać. Znów nie jest mi żal. Nie odczuwam współczucia, choć coś mi podpowiada, że powinnam. Nie czuję się jednak przez to winna. Pozostaję obojętna.
Ręce mroku odsłaniają umorusaną twarz jasności. Potrzebuję chwili na zrozumienie, że biała postać jest ślepa. Została pozbawiona oczu. Płacze czarnymi łzami, lecz nie wydaje z siebie nawet najcichszego dźwięku. Powoli coś zaczyna się we mnie rodzić. Obrzydzenie. Strach. Ciemność rozmazuje pozostałości czarnej mazi na jasnym ciele, a następnie doszczętnie je zalewa. Pochłania je. W mroku jeszcze przez chwilę unoszą się dwa białe punkty w miejscu, gdzie niegdyś znajdywały się oczy białej postaci. Czuję jej wyrzuty do mnie. Zbiera mi się na torsje. Powoli zaczynam czuć się winna. Zmieniam się. Stoicka obojętność paruje ze mnie niczym czarna maź. Z czasem czuję się coraz gorzej. Wciąż boli mnie brzuch. Do tego mam ściśnięte gardło, a w ustach czuję kwaśny smak żółci. Głowa mnie boli.
Muszę stąd iść…
…póki jeszcze mogę.
Docieram do głównej sali budynku. Czuję to. Tutaj unosząca się w powietrzu nienawiść jest ciężka do zniesienia, przytłaczająca. Wcześniej tego tak nie odczuwałam, gdyż sama jestem jej pełna, jednak teraz już wiem, że to miejsce należy do kogoś, kto jest nią bezbrzeżnie przepełniony. Nie mogę porównywać się do takiej osoby. Stanowczo za daleko mi do niej.
Wbrew pozorom główna sala jest biała. Właściwie jest ona pusta z małym, jednym wyjątkiem. Obok siebie, w niewielkiej odległości na środku pomieszczenia siedzą dwie postacie. Nie ruszają się, jednak wiem, że są ożywione – mimo to przypominają mi statuy. Jedna z nich jest czarna, druga biała. Obie są bogato przystrojone w koronki, korale i inne biżuterie. Obie również mają korony na głowach, których misterne welony zasłaniają im twarze.
Biała jest dobra. Czarna jest zła. Standardowy podział ról został zachowany. Niemniej, obie wzbudzają we mnie lęk. Najgorsze w tym wszystkim nie jest jednak ich sama obecność, ale fakt, iż muszę zdecydować. Nie padł żaden rozkaz, ale podświadomie czuję przymus podjęcia decyzji. Czarna lub biała. Biała lub czarna. Nie ma innej opcji. Nie da się już wycofać. Za późno już na to.
Za późno od samego początku.
Wszak kiedyś każdy musi zdecydować.
W moim życiu dużo się działo – tak samo jak i w życiu każdego innego człowieka. Każde doświadczenie wywiera na nas jakiś wpływ. Jedno popycha nas bardziej w stronę czarnej statuy, drugie bardziej w stronę białej. Koniec końców najważniejszy jest jednak zsumowany wynik i określenie, do której z nich jest nam bliżej. Nie ma tu jednak przymusu czy presji. Statuy są cierpliwe. Nie próbują nas oszukać. Wytrwale czekają na naszą  decyzję.
Więc nam nie pozostaje nic innego jak po prostu wybrać.
Niestety, sam wybór jest dość stresujący, może nawet nieco krępujący. Ryzyko pomyłki ciąży nad człowiekiem niczym nieznośne widmo. Z drugiej strony jednak domniemana nagroda za podjęcie właściwego wyboru jest na tyle kusząca, że nie możemy po prostu odejść. Tak działa ludzka natura.
Po prostu wybrać. W prawo albo w lewo. Nic trudniejszego.
Kiedy odwróciłam się na pięcie, ponownie kierując w stronę wyjścia nie czułam się wcale żadną przełomową personą. Dałabym sobie rękę uciąć, że wielu przede mną w panice próbowało ratować się ucieczką. Lewo? Prawo? A czemu nie prosto? Czemu się nie cofnąć? Nawet jeśli reguły gry tego nie uwzględniają, to zawsze warto spróbować. A nuż tym razem wyjdzie. Może się uda.
Nie wiesz, jak rozwiązać problem?
Uciekaj.
Uciekaj!
Nie udało się?
A to szkoda.
Drzwi prowadzące do poprzedniego pomieszczenia zamknęły się tuż przed moim nosem. Statuy ruszyły się z miejsca, wstały. Widocznie nawet one mają jakiś zapas cierpliwości, który kiedyś może się skończyć…
Pierwsza doskoczyła do mnie biała. Próbowała przeciągnąć mnie na swoją stronę, przekonać do siebie. Ale ja nie chcę. Chcę uciec. Boję się. Ale to sen, prawda? Tylko sen. Ponoć, kiedy ktoś chce się wybudzić ze snu, powinien odliczać. Ja też odliczam. Od siedmiu. Od cyfry Boga. Nawet jeśli miałoby być to tylko oszukane, hinduskie bóstwo. Teraz przydała by mi się nawet jego pomoc.
Kolejne cyfry, kolejne sekundy… Staram się oddychać głęboko. Nim jednak zdołałam wypowiedzieć „zero”, czarna statua zatkała mi usta. Nie da mi uciec. Nie da mi odejść. Zatrzyma mnie tu do czasu podjęcia wyboru.
Oszukane, hinduskie bóstwo… Nie, tu trzeba kogoś silniejszego. Boga nie ma. Takie było symboliczne znaczenie pierwszej postaci, którą tutaj spotkałam. Bóg udławił się swoją własną pychą. Każdy z nas jest inny. Każdy z nas pojmuje te same rzeczy w trochę odmienny sposób. Każdy z nas jest wierny swoim własnym bożkom. Każdy z nas wyznaje coś innego. Boga tutaj nie ma. Nie ma jednej spersonifikowanej osoby, która rządziłaby Wszechświatem. Są tylko jednostki, które muszą się z nim zmierzyć. Boga tutaj nie ma.
Potrzebuję kogoś mocarniejszego. Czy istnieje w ogóle ktoś taki?
Jest. Ten, którego obecność poczułam, kiedy tylko przekroczyłam próg świątyni. Ktoś, kto jest przepełniony nienawiścią, ale nie jest personifikacją mroku. Ktoś, kto może to wszystko kontrolować. Ktoś potężniejszy od samej ciemności i jasności, pradawnych, odwiecznych i wiecznych konkurentów. Pomocy tej właśnie osoby teraz potrzebowałam.
Nie pozostaje mi teraz nic innego, jak liczyć na to, że owa osoba zachowała w sobie jeszcze choćby śladowe ilości współczucia…
Słyszę głos.
Mrok nie zawsze jest taki mroczny, jak się wydaje. Światłość nie zawsze jest taka świetlana, jak mogłoby się zdawać. Przełamanie stereotypów. Myśl nieszablonowo. Szukaj korzyści dla jednostki. Nie kieruj się utartymi schematami.
Łatwe jest wszystko to, czego nie muszę robić ja, a może zrobić ktoś inny. Pomyśl jednak, co jest łatwiejsze dla ciebie do zrobienia.
Ręka w czarnej rękawiczce, skryta dodatkowo w głębokim, obszernym rękawie czarnego ubrania zaciska się na materiale białej, brudnej sukienki. Czuję, jak ciągnie mnie w tył. Mam wrażenie, jakbym oglądała film z własnego wejścia do świątyni puszczony od tyłu. Wszystko przesuwa się tak szybko. Ciężko mi oddychać. Boję się. Wiem, że ta sama osoba, która ściągnęła mi maskę teraz ciągnie mnie w tył. Obrazy przesuwają się tak szybko, że nie potrafię się na niczym skupić. Wtem wszystko staje w miejscu. Znów znajduję się na zewnątrz. Sucha, wysoka trawa wciąż kopci się gęstymi obłokami, szarego, gryzącego dymu. Rozmoknięta przez czarną maź ziemia paruje. Stalowe niebo zasnute chmurami. Wszystko wygląda tak jak przedtem.
- Dziecko, idź do domu – słyszę wyraźny, męski głos. Ten sam głos, który radził mi wcześniej. – To nie jest miejsce dla ciebie.
Kątem oka zdążyłam jeszcze zauważyć jedynie czarny materiał obszernego ubrania, który ciągnął się za jego właścicielem niczym podarty sztandar. Zaraz potem świat znów zaczął się kręcić, skakać i turlać, a ziemia nabrała fantazji, żeby stanąć pionowo i uderzyć mnie w twarz. Chwilę potem czułam już jak grzęznę w miękkich, błotnych objęciach.

Niedbale sporządzam notatki. Właściwie to tylko wykonuję imitację ruchu ręki towarzyszącemu pisaniu, gdyż w gruncie rzeczy końcówka długopisu nie dotyka kartki. Macham palcami w powietrzu stwarzając pozory. Nie mogę się skupić. I tak już od kilku dni, odkąd obudziłam się w środku nocy zdjęta takim strachem jak jeszcze nigdy wcześniej.
W mojej głowie wciąż wybrzmiewało jedno słowo. „Dziecko”. „Dziecko”… to nieco… dziwne… szczególnie biorąc pod uwagę, że dzieckiem nie byłam już od dobrych paru lat. „Dziecko”… toć to brzmiało niemalże jak jakiś żart. „Dziecko”…
W końcu udało mi się jakimś cudem przejść ponad tym określeniem i skupić się na drugiej części zdania. „To nie jest miejsce dla ciebie.”. Dobra, zgoda. Może i miał rację. Ale w takim razie pozostaje pytanie, gdzie jest moje miejsce?
W sumie… nigdzie. Wszak w końcu nie dokonałam wyboru. Prawdziwy bóg, stwórca własnego porządku i świątyni dał mi łaskę odwlekania w czasie ostatecznej decyzji. Zdaje się, że powinnam być mu chyba za to wdzięczna, ale w obecnej chwili byłam tak skołowana, iż niczego nie byłam już pewna. Chyba…
Niemniej, jednym, co nie ulegało wątpliwościom, było to, iż to miejsce należało do niego. Osoba okryta czernią nie była kolejnym sztucznym bożkiem. Był panem sam dla siebie. Zgadywałam jednak, że nie było to zbyt proste zadanie. Może i udało mu się uśmiercić własnego, wcześniej wykreowanego przez ludzkie słabości bożka, ale objęcie władzy nad samym sobą oznaczało wyrzeczenie się tej przyjemności zwalania winy za wszelkie czyny i niepowodzenia na siły wyższe i zwracania się do nań w trudnych sytuacjach. Wziął na swoje barki ogromny ciężar odpowiedzialności ponoszonej za każdą jedną decyzję. Sam musiał dawać sobie rozgrzeszenie za popełnione błędy i pomyłki.
A przecież był człowiekiem.
To również było pewne. W końcu na tym świecie istniejemy tylko my i nasze wytwory. On z pewnością nie był produktem wtórnym. Był stwórcą, protoplastą. Mogłam się o to założyć.

Tłumaczenia autora

Boziu, jak ten czas leci… Toż to ostatni wpis był w marcu!… Jakim cudem ja się pytam? O.o’’ A dałabym sobie rękę uciąć, że publikowałam go góra dwa tygodnie temu =.=’’ Dobrze, że z nikim się o to nie zakładałam, bo teraz nie miałabym już ręki, a wtedy pisanie przychodziłoby mi jeszcze trudniej… >.<’’

Ale do rzeczy – kiedy w końcu zdałam sobie sprawę (dzięki waszym przypomnieniom), od jak dawna nie dawałam znaku życia, stwierdziłam, że dobrze by było jednak jakoś się wytłumaczyć.
Moim usprawiedliwieniem może być brak czasu, którego ostatnio jest za mało dosłownie na wszystko T_T Poza tym weszłam teraz w „cudowny”, 6-tygodniowy okres niekończących się egzaminów, takich „pół-matur”, od których będzie zależało czy jakiś uniwersytet się mną w ogóle zainteresuje i tak dalej (nie wnikajmy w zawiłości angielskiego systemu nauczania). W każdym razie mam 7 „matur” z samej matmy, jeden z IT, dwa z angielskiego i polskiego, a do tego jeszcze masę assassmentów na inżynierię i IT, więc impreza pełną parą C’’: Nikt nie wie, w co ma włożyć ręce, po college’u kręcą się inspektorzy z zewnętrznych środowisk, wszyscy panikują i każą poprawiać dwudziesto-paro-stronicowe referaty, żeby zmienić kilka znaków interpunkcyjnych, żeby nikt nie mógł się do niczego przyczepić ;_;
Ponad to jestem zaangażowana w różne pozaszkolne projekty i chyba wychodzi na to, że będę musiała się sklonować podczas moich miesięcznych, najkrótszych w życiu wakacji, żeby pracować na uniwersytecie jako researcher i w banku jednocześnie :’’D Znaczy… jeszcze nic nie jest przyklepane na sto procent, bo tu jak zwykle czeka się z decyzjami do ostatniej chwili, ale nie oznacza to przecież, że nie można zarzucić mnie przez to stosem papierologii, latania z paszportami, aktami urodzenia, insurance numberami i innymi pierdołami z jednej części miasta do drugiej, a nawet w konsekwencji do innego miasta, prawda? W gruncie rzeczy wszystko zależeć będzie od wyniku mojego background checking, co do którego nie jestem znowu aż tak pewna, ale cóż… nie wiadomo czy praca na wakacje będzie, ale póki co i tak mam dzięki temu wszystkiemu dwa razy więcej zadań do wykonania. Ponad to, niezależnie od tego czy wyląduje w banku czy na uniwerku, w obu przypadkach moje godziny pracy to 8-18, od poniedziałku do piątku, a w weekendy robię za opiekunkę dla młodszej siostry, więc znowu – czasu wolnego zostaje mi właściwie tyle, co nic; mniej więcej godzina dziennie przeznaczona na lunch C’’:
No więc w skrócie, jak się nie uczę, to gdzieś latam z jakimiś dokumentami, to robię jakieś kursy i szkolenia i tak dalej, więc mój czas na pisanie jest nawet bardziej niż ograniczony. Jeśli nawet znajdzie mi się już  jakaś wolna chwila, to lecę na siłownię (od której ostatnio jestem uzależniona), a potem jestem zazwyczaj już tak zmęczona, że padam na twarz i zasypiam ^^’’ Ponad to jest jeszcze jednak taka osoba, z którą chciałabym się zacząć regularniej widywać (nie wiem jakim cudem – opcja sklonowania w tym wypadku wydaje się naprawdę kusząca xp), więc jest naprawdę milion powodów, dla których 24h to dla mnie zdecydowanie zbyt mało X’’D

Brak czasu to jedno, jednak tak jak już zauważyłam, kiedy nadchodzi lato, pojawia się u mnie tendencja do stronienia od romansów i przede wszystkim yaoi, gdyż w tym właśnie okresie skupiam się bardziej na fantasy i horrorach. Nie wiem, czym jest to uwarunkowane, ale tak po prostu jest xp Więc nawet jak już coś tam sobie skrobię, to zazwyczaj w zupełnie innych klimatach, które nijak nie mają się do tematyki bloga. Niemniej, jeśli ktoś byłby zainteresowany czytaniem nieco odmiennych moich wypocin (lub po prostu się nudzi), to zapraszam do zerknięcia na mojego wattpada, gdzie wrzucam treści wszelakie C:
Ostatnimi czasy w głowie siedzą mi demony, siły piekielne, krwawe walki i Apokalipsa… jak miło, prawda? xp

Także tak, to są właśnie wyjaśnienia mojej nieobecności – brak czasu, testy, robota, tona papirologii, siłownia, Wen skłaniający się ku innym gatunkom oraz pewny, szanowny ktoś – mam nadzieję, że mi wybaczycie i jeszcze trochę poczekacie, bo mimo wszystko wciąż myślę o „Tainted World”, jednak najzwyczajniej w świecie mam pustkę w głowie, a ponad to żadna z opublikowanych tu prac nie zadowala mnie swoim standardem… >.<’’ Nie chcę jednak piać na siłę, gdyż zdaję sobie sprawę, że to tylko dodatkowo pogorszyłoby sytuację, a przede wszystkim nie wpłynęłoby zbawiennie na akcje opowiadań, które zapewne zniżyłyby się już do poziomu kreatywności i talentu literackiego trzylatka. Już tak dosłownie. Na amen.

Swoją drogą pozwoliłam sobie usunąć zakładkę „Chat-box Ruki”, który stworzyłam kiedyś jako zabawkę, kiedy mi się nudziło, bo w sumie i tak nikt tego nie używał. W jej miejsce wstawiłam link prowadzący do mojego wattpada, jakby ktoś chciał szybko przeskoczyć do moich innych prac.

Pewne osoby pytały też czy jeszcze żyję i w tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie wszyscy są aż tak znowu na bieżąco ze względu na to, że nie dołączyli jeszcze do mojej grupy na facebooku – więc jeżeli ktoś chce być informowany o tym, co tam skrobię i czy w końcu zapowiada się na moje wielkie zmartwychwstanie, to zapraszam właśnie na tę grupę, gdzie często pytam członków o ich opinię, ich także informuję jako pierwszych… właściwie o wszystkim xp

Tymczasem, do zobaczenia… usłyszenia… przeczytania ^^’’ Do następnego razu i proszę, bardzo ładnie proszę, nie znienawidźcie mnie T_T

~Kita-pon


Miniaturka "Wywiad z The GazettE"

Tak, tak wiem, wszyscy z pewnością spodziewali się czegoś lepszego niż kolejnego "zapychacza", ale ten już wyjątkowo długo zalega mi na dysku, a ponad to mam pewne problemy techniczne, przez co kiedy naciskam "alt" i "z" robi mi się screenshot zamiast litera "ż", toteż za każdym razem muszę tę piękną literkę wstawiać jako symbol, co oczywiście wybija mnie z rytmu pisania, irytuje i spowalnia... ^^'' Próbowałam już chyba wszystkiego, ale wydaje mi się, że to jakiś program "nieczysto" sobie ze mną pogrywa, tylko teraz muszę jeszcze dość jaki i dlaczego... T^T Postaram się to jakoś odkręcić i w końcu napisać coś bardziej "treściwego" - wspomogłam się już dzisiaj 472394798234328424892341239401328493048203 kalorii, gdyż jutro idę biegać na 21km, więc mój mózg jest doładowany, pogoda piękna, więc niewykluczone, że jeszcze dziś może w końcu uda mi się coś skończyć C'':

Tytuł: Wywiad z The GazettE
Paring: ? (The GazettE)
Typ: miniaturka
Gatunek: komedia (?)
Beta: -

- Witamy ponownie po krótkiej przerwie w audycji radiowej z The GazettE, gdzie odpowiadamy na listy i pytania fanów! – Reita przywitał się entuzjastycznie, za co został nagrodzony krótkim aplauzem ze strony pozostałych muzyków. – Wróćmy zatem do czytania pytań! – wykrzyknął. – Oto kolejne z nich: „Gdybyś był kobietą, z którym z członków zespołu umówiłbyś się i gdzie poszlibyście na randkę?” – na twarzy blondyna pojawił się dziwny grymas, kiedy próbował powstrzymać się od śmiechu. – Odpowiadajmy po kolej; Kai, zacznij, proszę – spojrzał wymownie na lidera, który mocno się zmieszał.
- Em… no… - zająknął się Tanabe. – W sensie… że mielibyśmy się spotkać tak… sam na sam? – upewnił się, nerwowo przygryzając wargę oraz desperacko próbując znaleźć jakieś wyjście z tej niezręcznej sytuacji.
- Dokładnie – przytaknął basista.
- Więc… ten… - perkusista dukał nieskładnie. – Najpierw mam odpowiedzieć, z kim bym się spotkał, tak? – dopytywał, próbując jakoś zyskać na czasie.
- Z kim i gdzie – powtórzył Akira z krzywą miną. Oglądanie zafrasowanego Yutaki było zabawne, jednak jego specjalne granie na zwłokę drażniło go nieco. Suzuki nie miał ochoty, aby niepotrzebnie przeciągać to swoiste „preludium”. Sam czekał z niecierpliwością na odpowiedź kolegi z zespołu, aby zaraz potem móc mu ostentacyjnie wybuchnąć śmiechem w twarz.
- Uch… - westchnął lider. – To trudny wybór… ale myślę, że ostatecznie umówiłbym się z Uruhą-kun – wyznał w końcu z niemałym trudem.
Rei zwrócił się ku gitarzyście, obserwując jego reakcję. Kouyou zagryzł wargi, uciekając gdzieś daleko spojrzeniem. Basista uśmiechnął się promiennie, posyłając pytające spojrzenie muzykowi.
- To… trochę dziwne – wydusił z siebie Shima, rumieniąc się nieco.
- Co podkusiłoby cię do podjęcia właśnie takiej a nie inną decyzji? – dociekał Akira.
- Ponieważ Uruha-kun jest gentelmanem – odparł szybko Kai. – Oczywiście Aoi-kun również jest! – dodał znienacka, jakby nagle sobie o czymś przypomniał. – Ale taką właśnie podjąłbym decyzję jako kobieta… - skinął głową, jakby tym samym przyznając, że zgadza się z własnymi słowami. – Ostatecznie Aoi-kun mógłby się do nas także przyłączyć podczas tej randki, prawda? – zapytał nieco zmieszany perkusista, który widocznie starał się nie wybierać między dwoma gitarzystami. Suzuki zaczął się zastanawiać czy między tą trójką przypadkiem coś nie zaszło…
- Chciałbyś, żeby cię eskortował? – dopytywał basista.
- Tak, myślę, że tak… To mogłoby być coś dobrego, racja? – Yutaka widocznie się czymś stresował. Rei zamyślił się, próbując wyobrazić sobie tę sytuację.

- Dziękuję, że zgodziłaś się spędzić ze mną ten wieczór – Uruha nachylił się nad stołem, kiedy kelner zabrał już ich talerze po skończonym posiłku. W niewymuszonym, bardzo czułym geście nakrył dłoń swojej towarzyszki o długich, kasztanowych włosach oraz uroczych dołeczkach, które ukazywały się, kiedy ta się śmiała. – Naprawdę, spędzanie z tobą czasu to dla mnie czysta przyjemność – mężczyzna uśmiechnął się w powalający sposób, sprawiając, że serce w klatce piersiowej dziewczyny zaczęło swój dziki maraton. Po chwili kelner wrócił z rachunkiem za wykwintną kolację w drogim lokalu ukrytym w gustownym, skórzanym etui. Kobieta chciała po nie sięgnąć, jednak Takashima okazał się szybszy. – Nie ma potrzeby, abyś się tym martwiła – odpowiedział na jej zdziwione spojrzenie. – Proszę, pozwól mi się tym zająć – szatynka powalona intensywnym spojrzeniem swojego towarzysza, niezdolna była wydusić z siebie ani słowa, toteż jedynie potulnie skinęła głową pod naciskiem owego spojrzenia.
Mężczyzna zapłacił, po czym podniósł się ze swojego siedzenia. Nim jego partnerka zdążyła zrobić to samo, ten już znajdował się za jej oparciem, odsuwając jej krzesło. Podał jej dłoń, pomagając wstać. Zaoferował jej ramię, z czego ta skorzystała, łapiąc go pod rękę. Wspólnie skierowali się do wyjścia. Kouyou, jak na prawdziwego gentelmana przystało, otworzył jej również drzwi. Uruha zabawiał swoją towarzyszkę wyszukaną rozmową i niebanalnym żartem. Nim jednak zdążyli postąpić zaledwie kilka kroków w mroku nocy, wtem ktoś zastąpił im drogę.
- Jak mogłaś mi nie powiedzieć o tym, że wychodzisz! – jakby znikąd przed nimi nagle pojawił się Aoi. - …w dodatku z nim – syknął, spoglądając zawistnie na drugiego mężczyznę. Dziewczyna nie chciała mówić Yuu o randce z drugim gitarzystą, gdyż domyślała się jak ten mógłby na to zareagować. Najgorsze w tym wszystkim jednak, iż domniemała, że informacja o tym, iż spotyka się z kimś innym, mogłaby złamać mu serce. – Wystarczy już tego dobrego – Shiroyama odciągnął szatynkę od Takashimy. – Odwiozę cię do domu – zakomunikował. – Nie powinnaś chodzić po nocy… szczególnie w takim towarzystwie – dodał kąśliwie.
Shima nie protestował. Miał swoją dumę. Nie odgryzł się, jednak jego spojrzenie mogło w tej chwili zabijać. Z pewnością planował „odwdzięczyć się” za tę zniewagę brunetowi w jakiś bardziej wysublimowany sposób niżby zwykła sprzeczką czy bójką, która mogłaby tylko zniszczyć obraz tego sielankowego wieczoru w głowie kobiety. O tak, już on wiedział, jak sprawić, żeby zadać cios dużo boleśniejszy od zwykłego prawego sierpowego… chociaż w gruncie rzeczy to też była dość kusząca opcja, musiał przyznać…
Aoi odprowadził dziewczynę do swojego samochodu, otwierając przed nią drzwi. Kouyou obserwował ich z daleka, miażdżąc spojrzeniem swojego rywala. Obaj mieli zacięte miny i wyglądało na to, że ta jedna, krótka chwila zepsuła im humory. Szatynka nie chciała zranić żadnego z nich, nie chcąc wybierać między nimi, jednak wyszło na to, że przez swoje niezdecydowanie, ubodła ich obu…

„Ta… Scena rodem jak z dramy…” – pomyślał Akira.
- No dobra… - mruknął blondyn, odganiając od siebie swoje dziwne myśli. – A co z tobą, Aoi-kun? – rzucił pytanie.
- Co?... Co ze mną?... – gitarzysta wydawał się być jakby wyrwany z amoku.
- Z kim i gdzie chciałbyś pójść? – sprostował Suzuki.
- Och, tak… Na randkę, zgadza się? – upewnił się brunet. Basista przewrócił oczyma, orientując się, że Yuu tak samo gra na zwłokę jak i Tanabe.
- Tak, na randkę – przytaknął, będąc już nieco zmęczonym powtarzaniem w kółko tego samego.
- Tak… sam na sam? – tym razem już nawet Ruki, który jak do tej pory siedział cicho, pozwolił sobie na poirytowane westchnięcie. Z jakiś względów ta rozmowa wydała mu się bardzo ciekawa i koniecznie chciał poznać opinie innych muzyków na ten temat. Z tej racji nie mógł już się doczekać, aby dostać w końcu klarowną odpowiedź ze strony najstarszego członka zespołu.
- No więc… Wybrałby Kaia – oświadczył w końcu główny zainteresowany.
Reszta zespołu wyraziła swoje zdziwienie na te słowa w głośnym: „Uuu!”. Z jakiś nieznanych powodów nawet Reita oczekiwał, iż Shiro wytypuje Uruhę, a tu proszę… takie zaskoczenie… Kto wie, może dla kogoś nawet lekkie rozczarowanie?
- Dlaczego? – dociekał blondyn.
- Cóż… Kai jest duży! – wykrzyknął nagle brunet, na co wszyscy zaśmiali się donośnie.
- W jakim sensie? – drążył basista.
- No… W różnych aspektach… - Aoi zmieszał się, orientując się, że jego wypowiedź brzmiała dość dwuznacznie. – Na przykład… pod względem osobowości – widać, że starał się sklecić na szybko coś, co chociaż mogłoby z grubsza brzmieć jak sensowna odpowiedź.
- Reputacji? – rzucił Rei.
- Co?... – Yuu zdawał się być zagubiony we własnej wypowiedzi. – Ach, tak… W końcu jest liderem, prawda? – Shiroyama zdawał się być bardzo szczęśliwy, iż Akira znalazł nowy sens w jego nieskładnym bełkocie, jednocześnie nieświadomie ratując go z opresji. – Myślę, że to mogłoby mi zaimponować jako kobiecie.
- A co na to nasz „duży” perkusista? – parsknął basista.
- Co mogę powiedzieć? – szatyn poprawił włosy w nerwowym geście. – Dziękuję – wzruszył ramionami, jednak jego twarzy ewidentnie zdradzał, iż Tanabe miał ochotę dodać na końcu tego zdania tak bardzo wymowne „chyba”.
- Okej, a co z tobą Uruha-kun? – Suzuki zmienił swój torturowany obiekt.
- Też wybrałbym Kaia – Takashima odparł bez wahania, co było bardzo zadziwiające.
- Wygląda na to, że Kai-kun cieszy się z nasz wszystkich największym powodzeniem jak do tej pory, co? – basista był zdziwiony.
- Bądź co bądź nasz lider w istocie jest interesujący pod wieloma względami… dla kobiet, oczywiście – dodał szybko. Wszyscy zaśmiali się, zgodnie kiwając głowami na to stwierdzenie.
Reita znów zaczął sobie coś wyobrażać.

- Nie, Kai-kun, wybierz mnie! – brunetka ciągnąca mężczyznę za prawą rękę próbowała przeciągnąć go na swoją stronę.
- Nie możesz! – zaoponowała ruda dziewczyna (tak, wiem, Uruha nie ma już rudych włosów, ale w mojej wyobraźni i tak na zawsze pozostanie już rudzielcem, bo takiego go pokochałam od aut.). – Umów się ze mną! – ta z kolei próbowała przyciągnąć go do siebie.
- Dziewczęta, spokojnie! – Yutaka starał się jakoś uspokoić rozeźlone kobiety, jednak te dały ponieść się ferworowi kłótni, praktycznie nie zwracając już na niego żadnej uwagi.
- Odwal się od niego! – wrzasnęła ruda.
- Ty się odwal! – odkrzyknęła druga.
Tanabe westchnął ciężko. Wyglądało na to, że z tej sytuacji nie było dobrego wyjścia. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że kobiety ciągały go już tak drugą godzinę, przez co rwanie w barkach powoli stawało się nie do wytrzymania, a przecież dzisiaj wieczorem czekał go jeszcze koncert, na którym musiał dać z siebie wszystko…

- A co z tobą, Ruki? – zapytał basista, wracając do rzeczywistości ze swojego małego, urojonego światka.
 - Hm, gdybym to ja miał się umówić z jednym z tej czwórki, rozmowa byłaby dla mnie bardzo ważna, więc wybrałbym ciebie, Rei-kun – odparł niezawstydzony. – Moglibyśmy rozmawiać, przechodząc się podczas pełni księżyca… - wokalista się nieco rozmarzył.
- Wygląda jak scenariusz dla zakochanych – skwitował blondyn.
- Tak… - przyznał nieco zgaszony tymi słowami najniższy z zespołu.
- Jeśli chodzi o mnie, moglibyśmy rozmawiać w nieskończoność, a je pewnie i tak bym tego nie zauważył – basista ponownie się odezwał, chcąc nieco podnieść na duchu Takanoriego, na którego twarzy odmalował się zawód. Matsumoto słysząc te słowa, posłał mu pełen wdzięczności uśmiech. To było coś, co oczekiwał usłyszeć. – Dobra, więc przejdźmy do następnego pytania…
- Ej, czekaj, a co z tobą? – w zdanie wciął mu się Kai. Reita nie był zbyt zadowolony, iż ktoś zauważył, że chciał wywinąć się od odpowiedzi na to pytanie. Sam chciał mieć ubaw z innych, ale niekoniecznie chciał, aby inni mogli nabijać się z niego. To było… zawstydzające…
- Nie mogę powiedzieć, kiedy wszyscy są dookoła, nie? – mruknął kwaśno Rei.
- Dlaczego? Czy w tym wypadku nie powinieneś mi odpowiedzieć, tym samym wybierając mnie? – Taka spojrzał wyczekująco na Akirę.
- Gdybym wybrał ciebie, to mogłoby być trochę zbyt realne, prawda? – Suzuki rzucił jednoznaczne spojrzenie wokaliście, który odpowiedział mu szerokim uśmiechem.
- Dobra, skończmy to w tym miejscu! – zaoponował szybko perkusista, nie będąc do końca pewnym czy chce usłyszeć finał tej rozmowy.

Niska dziewczyna o czarnych włosach z czerwonymi końcami przechadzała się po plaży z chłopakiem podczas pełni księżyca. Para trzymała się za ręce. Byli dość głośni, gdyż cały czas rozmawiali, a co jakiś czas któreś z nich wybuchało także gromkim śmiechem. Zdawało się, że świetnie się razem bawili.
W końcu zmęczeni długim spacerem usiedli na piasku – blisko, koło siebie, tak, że ich ramiona stykały. Dziewczyna wyciągnęła przed siebie szczupłe nogi, pozwalając, aby morska woda obmywała jej stopy. Ułożyła wygodnie głowę na ramieniu swojego towarzysza, wpatrując się niczym zaczarowana w ogromną tarczę księżyca, który przypominał jej zdezelowany zegar bez wskazówek. W ich przypadku fakt, iż owy zegar ich nie posiadał, działał na ich korzyść, gdyż żadne z nich nie liczyło czasu. Oboje po prostu cieszyli się wspólnie spędzanym czasem, próbując czerpać z tego jak najwięcej.
- Kocham cię – szepnął Akira, zaciągając się cudownym zapachem swojej ukochanej.
- Ja ciebie też – dziewczyna odpowiedziała mu na wyznanie.
Chłopak chciał pocałować ją w czubek głowy, jednak ta w tej chwili uniosła ku niemu twarz. Uśmiechnęła się do niego pięknie, po czym objęła go za szyję, przyciągając go do siebie. Ich usta złączyły się w namiętnym, pełnym pasji i uczucia pocałunku.

Reita wstał ze swojego miejsca po dość długiej chwili, którą spędził na obserwowaniu Rukiego. Podszedł do wokalisty, który zajęty przeglądaniem jakiś kartek wciąż niewzruszony siedział na wysokim stołku z mikrofonem tuż przy ustach. Suzuki odsunął zbędne urządzenie, nachylając się nad mężczyzną, który spojrzał na niego zdziwiony.
- Naprawdę cię kocham – szepnął, po czym pocałował swojego ukochanego.

- Więc może to już czas na następną piosenkę?! – rzucił spanikowany lider, szybko wciskając przycisk, który rozpoczynał przygotowaną wcześniej playlistę. Dzięki temu słuchacze byli już tylko w stanie usłyszeć melodię, gdyż w tym przypadku mikrofony wyłączały się, sprawiając, że to, co o czym rozmawiali muzycy przez tę chwilę, pozostawało ich sekretem.