Oneshot "Stalker: Dlaczego tak trudno wyrwać barmana?" (Luvia [Canival] x Kai [Killaneth])

Tytuł: „Stalker: Dlaczego tak trudno wyrwać barmana?”
Paring: Luvia (Canival) x Kai (Killaneth)
Typ: oneshot
Gatunek: obyczajowe, komedia (?)
Beta: -

Wszedłem do baru, a właściwie niezłej speluny, gdzie przychodziłem co weekend tylko po to, aby popatrzeć na przystojnego barmana. Był to wysoki, szczupły mężczyzna o kruczoczarnych, długich włosach poprzetykanych śnieżnobiałymi pasmami. Jedne z pasm jego włosów były dłuższe, inne krótsze, co w efekcie składało się na niesymetryczną, alternatywną fryzurę, która nadawała mu pazura. Z najniższych sekcji włosów zostały zaplecione cieniutkie warkoczyki.
Brunet zwykle nosił mocny, ciemny makijaż i dwukolorowe soczewki – dziś postawił na niemalże białą oraz czerwoną. Jego alabastrowa, niepoznaczona żadnymi niedoskonałościami twarz lśniła w sztucznym, klubowym świetle niczym gładka tafla lodu. Dodatkowego charakteru dodawały mu kolczyki, których zarówno w uszach, jak i w twarzy miał wiele. W samych ustach doliczyłem się czterech, plus jeszcze ten w brodzie… Tak, zastanawiałem się jakie to uczucie całować osobę, która ewidentnie stała się fanem piercingu. Musiałem kiedyś koniecznie spróbować…
Luźna, czarna bluza okrywała jego smukłe ciało. Niemniej, głęboki dekolt oraz podkasane aż do łokci rękawy ukazywały zdobiące go, prawdopodobnie jedne z najpiękniejszych, jakie w życiu widziałem tatuaże. Miał ich naprawdę sporo. Z tego, co udało mi się zorientować, miał wytatuowane obie ręce oraz większą część klatki piersiowej.
Cudo, po prostu cudo… Chodzące bóstwo, na które rzuciłbym się z miejsca, gdybym tylko mógł… Gdyby tylko nie było tu tak wielu ludzi i nie oddzielał nas od siebie wysoki kontuar baru.
Barman skinął na moją pustą już szklankę. Nie odezwał się ani słowem, mimo iż lecąca w tle muzyka była na tyle cicha, iż pozwalała na komfortowe prowadzenie rozmowy. Żałowałem, że się nie odezwał. Chciałem w końcu poznać jego głos, gdyż jak na razie nie miałem ku temu okazji.
W odpowiedzi również skinąłem mu głową i popchnąłem naczynie w jego stronę. Mężczyzna napełnił szklankę moim ulubionym alkoholem i podał mi ją z powrotem. W geście podziękowania znów jedynie skinąłem mu głową. I tak było zawsze. Jeden drugiemu tylko kiwał głową. Nie podobało mi się to. Chciałem to jakoś zmienić. Wszak czasem udawało mi się zauważyć, jak wdawał się w jakąś przelotną rozmowę z innymi bywalcami klubu. Wydawało się, że w jakiś sposób byłem o to zazdrosny, gdyż ze mną nigdy nie rozmawiał i nie przejawiał żadnej inicjatywy, aby to zmienić. Intensywnie myślałem nad tematem, który mógłby nam pomóc nawiązać choćby przelotną znajomość, jednak nie mogłem znaleźć żadnych słów, które w tej chwili nie zabrzmiałyby głupio lub desperacko. Upiłem łyk napoju, jednak bursztynowy alkohol nie sprzyjał zintensyfikowanym procesom myślenia.
A może by tak zrobić jakieś zamieszanie? Przyjść do baru razem z pitbulem Nihita i spuścić go ze smyczy? Ludzie by pouciekali, a ja wtedy miałbym okazję do zostania na moment z barmanem sam na sam. Mógłbym chwycić chłopaka w szoku i wyciągnąć go na zewnątrz, a potem… no nie wiem, zgwałcić za śmietnikiem? Bo nawet w takiej nierealnej sytuacji zapewne nie udałoby mi się wyciągnąć z niego nic oprócz: „dziękuję” i „ale to było dziwne/straszne”… a przynajmniej nie udałoby mi się zapewne usłyszeć nic innego bez naciskania. A przecież chciałem, żeby to wszystko wyglądało naturalnie. Cholera, dlaczego podrywanie barmanów musiało być takie trudne? Dużo łatwiej było poderwać zwyczajnego klubowicza… po prostu dosiadasz się, stawiasz kolejkę, pytasz o imię i gotowe. A z barmanem? Przecież on jest w pracy. Nie przyszedł się tutaj odprężyć i ewentualnie kogoś poznać. Co więcej, nie mógł przecież pić, więc nie mogłem mu nic postawić… Zresztą, jak mógłbym nawet to co? Miałbym zapłacić mu za drinka, którego sam musiałby sobie zrobić? Trochę kiepsko…
I wtem dostałem olśnienia! Nie, chwila… To głupie, niedorzeczne i niebezpieczne… Ale w zasadzie co mi szkodzi? Najwyżej przyjdzie mi zapłacić za zniszczenia i posiedzieć sobie trochę w areszcie. Od tego się jeszcze nie umiera, nie?
Nim dotarłem po raz drugi do dna szklanki, wstałem i skierowałem się do toalety. Ktoś rzygał w jednej z kabin, ktoś inny usnął z głową w pisuarze… Czyli jakby nie patrzeć, świadków, którzy mogliby podać mój rysopis jako sprawcy, właściwie nie było wcale. Wzruszyłem ramionami sam do siebie. Wszedłem do najbliższej kabiny i zamknąłem drzwi. Wygrzebałem z kieszeni bluzy niewielką petardę, którą zabrałem dzisiaj rano na próbie 39. Serio, ten chłopak był albo porypany, albo miał zdolności przepowiadania przyszłości, gdyż zawsze znosił do studia jakieś dziwne, niebezpieczne rzeczy… które potem okazywały się być przydatne i użyteczne. Dziwne, co?
Stanąłem nieruchomo i przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w stojącą w klozecie wodę, w glazurę zaciągniętą kamieniem i zastanawiałem się czy to aby na pewno dobry pomysł. Może jednak nie powinienem tego robić? Czy byłem aż tak zdesperowany? A może byłem już kompletnie pijany i mi odwaliło?
Dobra, raz koziego…
Wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów i wsunąłem jednego między wargi, odpalając go. Zaciągnąłem się szarym dymem, aby uspokoić się nieco. Zaraz potem odpaliłem ląd petardy i jakby nigdy nic ostrożnie umieściłem ją na desce klozetowej. Wyszedłem z kabiny, a następnie z toalety. Zdążyłem nawet wspiąć się po kilku schodkach, które prowadziły do obniżonego korytarza z toaletami z parkietu do tańca. Kiedy stanąłem już na drewnianej, lakierowanej, choć mocno już podniszczonej podłodze za mną rozległ się ogłuszający huk. Wszyscy jak na komendę podskoczyli na swoich siedzeniach, rozmowy ucichły. Klubowicze patrzyli na siebie nawzajem wytrzeszczając oczy. Ja w tym czasie jednym łykiem dopiłem zawartość swojej szklanki.
- Co się stało? – w końcu ktoś zadał pytanie, na które tak czekałem.
Niepewni, choć wiedzieni ciekawością imprezowicze ruszyli powoli w stronę toalet, aby dowiedzieć się, co było przyczyną wybuchu. Na całe moje nieszczęście nie wszyscy ruszyli się ze swoich miejsc. Wszak nie wszyscy byli już w stanie to zrobić.
Drugi barman ruszył żwawiej, aby ocenić zniszczenia. Ten, którym byłem zainteresowany otrzymał polecenie zostania za kontuarem i obserwowania gości. Na przekór wszystkim ciekawskim ruszyłem w stronę baru. Zasiadłem na swoim starym miejscu i podsunąłem chłopakowi puste naczynie.
- Jeszcze raz to samo poproszę – odezwałem się w końcu. Mężczyzna ściągnął brwi, ale ostatecznie bez słowa nalał mi alkoholu i zwrócił szklankę. – Dziękuję – uśmiechnąłem się, starając wyglądać w miarę przyzwoicie i niewinnie. – Wiesz… Obsługujesz mnie już od dłuższego czasu, a ja nawet nie znam twojego imienia. Źle mi z tym jakoś – zaśmiałem się nieco spięty.
- Luvia – przedstawił się i zaraz uciekł spojrzeniem w bok.
Oprócz nas przy kontuarze nie było już nikogo przytomnego, więc nie miał komu serwować drinków, nie mógł zająć się rozmową z kimś innym. To działało na moją korzyść, gdyż miałem dziwne wrażenie, że barmanowi gadka ze mną była wyjątkowo nie w smak. Czułem, jakby chciał jak najszybciej ode mnie zwiać…
- Jestem Kai – przedstawiłem się, a ten nawet na mnie nie spojrzał. Niemniej, fakt, iż byliśmy niemal sami sprawiał, że nie czułem się już tak skrępowany i skoro miałem już okazję się do niego odezwać, to zamierzałem wykorzystać ją do cna. – Już wcześniej zwróciłem uwagę na twoje tatuaże – paplałem jak najęty. – Bardzo mi się podobają – barman tylko spojrzał na mnie spod byka. Obciągnął rękawy, chowając wytatuowane przedramiona. Nawet nie zareagował zwykłym „dziękuję” na komplement. Kurde, co on taki płochliwy? – Sam mam kilka tatuaży, ale w przyszłości chciałbym zrobić następne – postanowiłem ciągnąć temat, udając, że jego zachowanie wcale mnie nie zaskoczyło. – Może powiedziałbyś mi, gdzie ty robiłeś swoje? Widać, że znalazłeś prawdziwego artystę – uśmiechnąłem się na zachętę.
- …mój brat… - usłyszałem tylko ciche burknięcie.
- Co proszę? – uniosłem brwi.
- Mój brat je zrobił – odezwał się oschle.
Jak na razie to była najdłuższa wypowiedź, na jaką udało mi się go naciągnąć. Wyglądał na wyjątkowo niechętnego do prowadzenia rozmów. Niemniej, właśnie dzięki temu krótkiemu zdaniu udało mi się dostrzec, iż brunet miał rozcięty język. Na ten widok aż zadrżałem z podniecenia. Pragnąłem go coraz bardziej, wręcz chorobliwie i nie mogłem się opanować!
Kurde, a może to ten temat mu nie pasował?...
- Mogę zapytać, ile masz lat? – spróbowałem zmienić nieco tor naszej rozmowy.
Chłopak wpatrywał się we mnie przez chwilę intensywnie, zupełnie tak, jakbym dopiero co zdzielił go po głowie. W jego oczach dostrzegłem niezrozumienie, strach i zdziwienie. Ej, przecież zapytałem tylko o wiek! Dobra, rozumiem, że może kobiet nie powinno pytać się o ilość wiosen, ale jego chyba mogę, nie? Wpatrywał się we mnie zaskoczony, jakbym zapytał co najmniej o jego ulubioną pozycję seksualną i ilość osób, z którymi w ten sposób się kochał, a nie o coś tak zwyczajnego jak wiek…
Swoją drogą, to niezadane wciąż przeze mnie pytanie było o wiele bardziej nurtujące i kiedyś musiałem poznać na nie odpowiedź… a przynajmniej na jego pierwszą część…
- Po co tu przychodzisz? – warknął w końcu po kilku minutach.
- Jak to „po co”? – zdziwiłem się zarówno jego pytaniem,  jak i tonem, którego użył. – To chyba oczywiste, w jakim celu przychodzi się do klubu, prawda? – rozłożyłem ręce.
- Tak, ale dlaczego przychodzisz właśnie tutaj? – zdenerwowany trzasnął ręką w blat. Oho, czyżbym go nieświadomie czymś uraził, że pałał do mnie tak jawną niechęcią? – Możesz chodzić do innych barów… - mruknął nieco ciszej.
- Wypraszasz mnie? – zdziwiłem się.
- Nie… Znaczy… nie mogę, ale… - plątał się we własnych słowach.
- Nie mogę, ale bardzo bym chciał, co? – parsknąłem, na co ten znów spojrzał na mnie w przestrachu. Czyżby obawiał się, że doniosę jego koledze po fachu lub, co gorsza, samemu menagerowi lokalu o tym, jak nieuprzejmych pracowników tu mają?
- Luvia! – doszedł nas krzyk drugiego barmana z toalet. – Dzwoń po właściciela! Ktoś wysadził kibel!
Brunet zamrugał kilkakrotnie, nie mogąc uwierzyć w słowa kolegi. Mogłem założyć się, iż pomyślał, że ktoś wyciął popisowego orła na śliskich kafelkach, że w przypływie żądzy mordu przedmiotów nieożywionych ktoś wyrwał pisuar ze ściany, ale z pewnością nie spodziewał się, iż ktoś mógł wysadzić muszlę klozetową. Tak, to była oryginalna zagrywka z mojej strony.
Dobra, teraz będzie dochodzenie, kto, jak i dlaczego to zrobił. Czas było się zmywać.
Westchnąłem i zsunąłem się z siedziska, kładąc zapłatę na barze. Poprawiłem ubranie i już szykowałem się do wyjścia, kiedy nagle usłyszałem:
- Nie powiedziałem ci, że musisz wychodzić – zauważył barman.
- Ale dobitnie to zasugerowałeś – zaśmiałem się niewesoło pod nosem. – Nie chcę się z tobą kłócić – wzruszyłem ramionami, kiedy ten już otwierał usta, żeby coś powiedzieć. Nie chciałem być nachalny. Wszak w ten sposób mógłbym go do siebie tylko jeszcze bardziej zrazić. – Nie będę ci utrudniał pracy – machnąłem w minimalistycznym geście pożegnania. – Na razie!
Wyszedłem z lokalu i złapałem taryfę, zanim właściciel klubu zdążył się zjawić. Cóż, przypuszczałem, że w najbliższym czasie wstęp do tego miejsca będzie dla mnie niedozwolony. Obawiałem się nieco, że mimo wszystko ktoś mógłby połączyć fakty i zorientować się, że to była moja sprawka. Nie mogłem się tam teraz pokazywać. Nie zamierzałem głupio kusić losu. Lepiej było, żebym znalazł sobie jakieś inne gniazdko…
Poza tym Luvia ewidentnie mnie odpychał, mimo iż ledwo zdążyłem mu się przedstawić. Gdybym od razu wrócił, z pewnością znów zdenerwowałby się na mnie, choć nawet nie wiem za co. Może powinienem wrócić za jakieś dwa-trzy tygodnie z bukietem róż na przeprosiny? Tylko na dobrą sprawą na przeprosiny za co? Za oddychanie? Za pojawienie się w klubie, w którym pracuje? Nie rozumiałem ani jego, ani tej sytuacji…
Musiałem przyznać, iż byłem rozczarowany. Postawa chłopaka pozostawiała dużo do życzenia, a poza tym porwałem się na coś niesamowicie głupiego tylko po to, żeby przekonać się, iż ten pałał do mnie jakąś nieuzasadnioną nienawiścią. Cholera, nawet upić mi się nie udało… Przez to wszystko w drodze powrotnej do domu musiałem jeszcze wstąpić do sklepu nocnego i zaopatrzyć się w jakieś piwo…
Westchnąłem ciężko i opadłem już na kanapę we własnym salonie. Tyle dobrego z tego, że przynajmniej nie wyjechałem z klubu radiowozem. Niemniej, postawa bruneta wciąż nie dawała mi spokoju. Dla innych nie wydawał się być taki szorstki. Słuchał pijackich historii i sprośnych żartów, kiwał głową z politowaniem i dolewał alkoholu wszystkim dookoła… z wyjątkiem mnie. No co ja mu takiego zrobiłem?
Z tą nierozwiązaną zagadką oraz puszką piwa w ręku, zasnąłem.

***

Obudziłem się obolały dopiero gdzieś w okolicach południa. Wypiłem jeszcze jedno piwo zanim zdecydowałem się podnieść. W końcu jednak musiałem się dźwignąć z sofy, gdyż pęcherz wymuszał na mnie wizytę w toalecie. Przy okazji zmyłem także resztki wczorajszego makijażu, wziąłem prysznic i ogarnąłem się, doprowadzając do stanu używalności raz jeszcze. Stanąłem przed lustrem w samym ręczniku i uważnie przyjrzałem się swojemu odbiciu. No co było ze mną nie tak? Co mu się takiego we mnie nie podobało?
Ubrałem się i zjadłem śniadanie. Odczytałem wiadomość od Nihita, który przypominał mi o dzisiejszym występie. No tak, w tym uniesieniu miłosnym czy raczej zwyczajnym pożądaniu jeszcze gotów byłbym zapomnieć o koncercie… Chociaż nie. W zasadzie to tylko dzięki niemu zaczynałem pracę dzisiaj tak późno, przez co mogłem się spokojnie wyspać i zachowywać jak typowy kloszard. Byłem tak wdzięczny temu występowi, iż nie musiałem zrywać się z łóżka bladym świtem i jechać do studia, że po prostu nie byłem w stanie o nim zapomnieć.
Mój zespół miał wziąć udział w jednym z wielu koncertów typu multi-man. Nasz występ zaczynał się dopiero o dwudziestej pierwszej, więc mogłem pojawić się w klubie o osiemnastej. Wciąż miałem mnóstwo czasu do zmarnowania.
Znudzony i rozdrażniony wczorajszą sytuacją zdecydowałem się wyjść z mieszkania. Kręciłem się po okolicy bez celu aż w końcu przystanąłem przed niewielką cukiernią. Wszedłem do środka i zamówiłem kawę oraz coś słodkiego na poprawę humoru, a następnie zasiadłem przy jednym ze stolików. Oparłem głowę na ręku i wbiłem kwaśne spojrzenie w przechodniów za oknem.
Wtem doszedł mnie odgłos tłuczonej porcelany. Odwróciłem głowę i spojrzałem na kelnera, który właśnie zbierał skorupy filiżanki i resztki ciasta, które najwyraźniej wypadły mu z ręki. Kiedy chłopak podniósł spojrzenie, sam mało nie spadłem z krzesła.
- Co ty tu robisz? – zdziwiłem się, ściągając brwi w niezrozumieniu. To jakiś żart czy co?
- Ja… - zająknął się nie przestając sprzątać. – Pracuję… - mruknął. – Na dzienne zmiany… pracuję tutaj… - przyznał. – Przyniosę nowe… - dukał nieskładnie, wskazując na resztki mojego zamówienia.
- Dobra, wiesz co? Nie musisz – podniosłem się z siedzenia. – Wychodzę.
- Ale twoje pieniądze…
- Nie potrzebuję ich – przerwałem mu, jednak nim zdążyłem zbliżyć się do drzwi, Luvia złapał mnie za nadgarstek.
- Proszę, nie wychodź – szepnął niemal błagalnie. – Będę miał kłopoty… - spojrzał na mnie niczym zbity szczeniak.
Przeniosłem wzrok z jego przystojnej twarzy na starszą kobietę, która stała przy kasie i najwyraźniej oceniała całą sytuację. Zastanawiałem się czy była to właścicielka lokalu lub przynajmniej wyżej ustawiona w hierarchii pracownica, która mogłaby donieść przełożonym o niekompetencji chłopaka.
Westchnąłem raz jeszcze i z powrotem zająłem swoje miejsce. Zastanawiałem się, dlaczego w ogóle go posłuchałem. On w końcu nie zachował się zbyt uprzejmie ostatniej nocy… Może jednak powinienem wyjść z trzaskiem drzwi? Skoro był dla mnie taki opryskliwy, to nie miał prawa prosić mnie o nic. Jeśli nie mogłem narobić mu problemów w jednej pracy, to przynajmniej mogłem utrudnić mu życie w drugiej. Logiczne nie? Oko za oko, ząb za ząb, nerka za nerkę, prawda? Chwilę potem jednak uświadomiłem sobie, dlaczego nie mogłem zachować się jak ostatni dupek, nawet jeśli mogłem znaleźć ku temu jakieś malutkie, idiotyczne powody. Przecież Luvia mi się podobał. Nie mogłem narobić mu kłopotów, skoro chciałem się z nim umówić lub przynajmniej przespać. W jakiś irracjonalny sposób wciąż miałem nadzieję na zdobycie go, a co najważniejsze, wciąż nie przeszła mi na to ochota. Był tak bardzo w moim stylu…
Zaraz potem dostałem już nową kawę i ciasto. Starsza kobieta zniknęła gdzieś na zapleczu, więc znów zostaliśmy sami. No prawie… Zostaliśmy zostawieni sami sobie, gdyż wszyscy inni klienci zdążyli już złożyć swoje zamówienia i się nimi nacieszyć. Póki co nie przychodził nikt nowi. Inni kelnerzy sprzątali po wychodzących klientach, jeśli zachodziła taka potrzeba, więc brunet mógł spędzić ze mną trochę czasu.
- Dziękuję… - mruknął. Nie odpowiedziałem. W ciszy bawiłem się ciastem, krojąc je na coraz to mniejsze kawałeczki. – Przepraszam też za to, co wczoraj powiedziałem… - dodał ze skruchą, jednak byłem nieugięty. – Czy mogę ci jakoś wynagrodzić moje zachowanie? – zapytał.
„Bingo, kochasiu! O to właśnie chodziło!” – wykrzyknąłem uradowany w myślach, jednak nie dałem poznać po sobie swojego entuzjazmu. Utrzymałem maskę obojętności.
- Umów się ze mną – rzuciłem lekko, nie spuszczając z niego spojrzenia.  Chłopak wytrzeszczył oczy. – Na randkę – dodałem bezpośrednio. Luvia nie mógł wydusić z siebie ani słowa. – Umów się ze mną albo będę się dąsał – uśmiechnąłem się chytrze, na co zakłopotany brunet podrapał się w nieporadnym geście po głowie. – Umów się ze mną  - nalegałem.

***

- Ej, no ale dlaczego nie? – jęczałem, goniąc za chłopakiem w tłumie płynącym z podziemi miasta. – Co ci szkodzi? Przecież to tylko jeden wieczór… - dogoniłem go w końcu i złapałem za rękę, żeby ten mi nie zwiał.
Chociaż… jakby nie patrzeć to i tak już znałem jego adres, więc nawet gdyby mi się wywinął, to zawsze mogłem od razu pójść pod jego mieszkanie. W końcu kiedyś wrócić musiał, nie?
- Jesteś namolny! – syknął.
- A ty bez serca – fuknąłem, przewracając oczyma. – Poza tym cały czas nie dostałem mojego zadośćuczynienia! – wypomniałem mu. – Więc mam prawo być na ciebie obrażonym!
- Więc może skorzystasz z tego prawa i pójdziesz się dąsać? – prychnął. – Wiesz, ludzie jak są zazwyczaj na kogoś obrażeni, to unikają spotkań  z daną osobą, a nie łażą za nią krok w krok! – wyrzucił ręce w powietrze w akcie desperacji. - Jesteś dziwny… - skwitował.
- A ty uparty – burknąłem.
Pomimo tego, iż Luvia konsekwentnie mi odmawiał, ja wciąż próbowałem się z nim umówić. Tak, wiem, każdy normalny człowiek na moim miejscu już by się poddał i dał sobie spokój, szczególnie jeśli uwzględni się, jak ostrą i nieuprzejmą odmowę dostałem, ale ja zwyczajnie nie mogłem tego zrobić. Mimo iż chłopak był dla mnie oschły, wręcz wredny i cały czas mi odmawiał, to ja wciąż nie dawałem za wygraną. Nawet jakbym chciał, to nie mogłem. Z jakiś niezrozumiałych powodów ciągnęło mnie do niego.
A więc tak już od jakiś dwóch tygodni chodziłem za nim prawie wszędzie, spędzałem z nim cały mój wolny czas. Za dnia nachodziłem go w cukierni, w nocy w klubie (w którym mimo wszystko zdecydowałem się pokazać, gdyż uznałem, że najciemniej pod latarnią, a więc nikt nie posądzi mnie o wysadzenie muszli klozetowej skoro jakby nigdy nic znów tam regularnie przewiadywałem), a w chwilach, kiedy brunet miał wolne, siedziałem u niego w domu. Przez to wszystko zdarzało mi się trochę spóźniać na próby czy nagrania, ale cóż… Próbowałem nawet dostosować swoje godziny pracy do jego, abyśmy mogli spędzić ze sobą możliwie jak najwięcej czasu wolnego, dlatego też ostatnio zaproponowałem chłopcom rozpoczęcie nagrania o dwudziestej… Oczywiście nikt się nie zgodził i wszyscy kazali mi puknąć się w czoło, ale ostatecznie przynajmniej próbowałem…
Mój obiekt westchnień wszedł do mieszkania, a ja zaraz za nim. Widziałem jak w zastraszającym tempie narastał w nim gniew, ale nic sobie z tego nie robiłem. Uparcie podążałem za nim i ani myślałem odpuścić, tak samo jak i on ani myślał w końcu się ze mną umówić. Serio, co było ze mną AŻ tak nie w porządku, że ten tak się zacietrzewił? A może to z nim było coś nie tak…?
Luvia oparł się o kuchenny blat i odetchnął głęboko, aby się uspokoić. Przymknął oczy i odwrócił się do mnie plecami. Zamarł w takiej pozycji i przez dłuższą chwilę się nie ruszał.
- To co, dzisiaj nie będzie obiadu? – zagadnąłem, przerywając ciszę. – Nie że coś, ale masz jakąś godzinę dwadzieścia do wyjścia. Tak tylko przypominam… - rozłożyłem ręce, przyglądając się zegarowi naściennemu.
W brunecie w końcu coś pękło, gdyż wściekły trzasnął pięścią w blat, aż dało się słyszeć metalowy szczęk sztućców i noży kuchennych w szufladach, które mieściły się poniżej. Chłopak odwrócił się w moim kierunku i zmierzył mnie nienawistnym spojrzeniem.
- Czego ty tak właściwie chcesz, co? Przyznaj się! – wymierzył we mnie oskarżycielsko palcem. – Chcesz mnie ośmieszyć? Zabawić się moim kosztem? – zmrużył groźnie oczy.
- Co? O co ci chodzi? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu. – Chcę się tylko z tobą umówić! – podniosłem dłonie w obronnym geście.
- Ach, a więc mam rozumieć, że teraz, po latach nasze role się odwróciły, tak? – sapnął poirytowany.
- Słucham? – znów nie pojmowałem, o czym mówił. – Jakie role? Po jakich latach? – spojrzałem na niego z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
- Nie udawaj głupszego niż jesteś! – krzyknął.
- Aha, nie no fajnie… Dobrze, że przynajmniej bez problemu potrafisz przyznać, że uważasz mnie za idiotę – skrzywiłem się. – Całe szczęście nie za skończonego idiotę, bo wtedy to już bym się obraził – założyłem ręce na piersi, spoglądając na niego z urazą.
- Więc co? Chcesz mi wmówić, że niczego nie pamiętasz? – przewrócił oczyma. – Parę kolczyków i tatuaży zmieniło mnie aż tak bardzo, że nie potrafisz już mnie sobie przypomnieć? Że nie pamiętasz, kiedy spotkałeś mnie po raz pierwszy? – fuknął.
Zapadła między nami niezręczna chwila ciszy przerywana jedynie ciężkim oddechem Luvii.
- To my się spotkaliśmy wcześniej? – zapytałem cichutko.
Z miejsca poczułem się głupio, iż nie pamiętałem naszego pierwszego spotkania. No tak, teraz już mniej więcej miałem nakreślony obraz, dlaczego brunet był wobec mnie taki niechętny… Spieprzyłem sprawę…
- W liceum… - odezwał się niemrawo. – To ja próbowałem się z tobą umówić, ale ty dobitnie dałeś mi do zrozumienia, żebym dał ci spokój… - wyjaśnił.
Wróciłem pamięcią do czasów szkolnych, szukając wspomnienia chłopaka z liceum, który chciał się ze mną umówić… Cóż, nie było ich w tamtym okresie wielu, więc zaraz przypomniałem sobie niepozornego bruneta w krótkich włosach, który był o rok młodszy ode mnie. Faktycznie, kouhai kręcił się koło mnie przez jakiś czas. No dobra, był trochę zbyt nachalny, dlatego w tamtych czasach uznałem go wręcz za prześladowcę… Niestety, pech chciał, że ten akurat pojawił się na mojej drodze, kiedy dużo rzeczy potoczyło się inaczej, niżbym sobie tego życzył, a w dodatku rzucił mnie mój dotychczasowy, długoletni chłopak, więc byłem poirytowany. Kiedy po raz tysięczny zapytał mnie o wyjście, wrzasnąłem na niego, żeby w końcu się odwalił i dał mi spokój. Byłem zły po stracie chłopaka, który w dodatku zostawił mnie dla kogoś innego i nie miałem ochoty umawiać się od razu z następnym delikwentem. Chciałem być przez chwilę sam, próbowałem mu to jakoś jasno wyperswadować, ale ten nic sobie z tego nie robił, więc któregoś dnia puściły mi nerwy. Zrobiłem mu awanturę, jakich mało… Nie, żebym był z tego dumny czy coś… Przez następne tygodnie szukałem go, gdyż zamierzałem go przeprosić, jednak ten unikał mnie z takim powodzeniem, iż nie mogłem go spotkać. Po pewnym czasie wciąż trawiony wyrzutami sumienia po prostu dałem sobie spokój i wróciłem do mojego starego porządku dnia, zapominając o nim.
Poczułem się niezręcznie. Cóż, nie dało się ukryć, że historia zatoczyła koło z tą drobną różnicą, iż tym razem obsadziła nas w innych rolach.
- No wiesz… - bąknąłem nieśmiało. – Byłeś trochę nachalny… - próbowałem się bronić.
- A ty to niby teraz jaki jesteś? – fuknął. – Nachodzisz mnie w obu pracach i chodzisz nawet za mną do domu! Nie mogę się od ciebie uwolnić chociażby na pół godziny! – jęknął. – Nie umówię się z kimś, przez kogo zostałem już raz odrzucony… - mruknął znacznie ciszej.
Sytuacja, w której się znaleźliśmy była naprawdę dziwna. Z jednej strony rozumiałem, dlaczego tak bardzo rozpamiętywał moją odmowę… w końcu odrzuciłem go chyba w najbardziej chamski i bolesny sposób, w jaki tylko da się kogokolwiek odrzucić, ale z drugiej strony… no właśnie, wciąż tak bardzo mi na nim zależało…
- Nie da się ukryć, że swego czasu trochę przesadziłeś – zacząłem już pewniej i nie zraziło mnie nawet mordercze spojrzenie właściciela mieszkania. – Byłeś też po trosze stalkerem – rozłożyłem ręce, czując wiszący w powietrzu miecz, którym Luvia z chęcią pozbawiłby mnie głowy. – Wszystko było „trochę” – brunet spojrzał na mnie z niezrozumieniem. – No właśnie – rozłożyłem ręce, jakby w tym momencie wszystko powinno stać się dla niego jasne. – Ty przegiąłeś tylko trochę, bo tylko trochę ci na mnie zależało – wysunąłem swoją teorię. – Ja z pewnością przesadziłem dużo bardziej niż ty kiedyś… ale czy to nie dowodzi tylko tego, jak bardzo mi na tobie zależy? Jak bardzo jestem zdesperowany, zdeterminowany i uparty? Jak wiele dla mnie znaczysz i jak bardzo cię cenię? – spojrzałem na niego pewny siebie z zawadiackim uśmieszkiem.
- Gdybyś tak mnie cenił, to potrafiłbyś także uszanować moje zdanie – ten cały czasy obstawał przy swoim. – A więc dałbyś mi w końcu spokój – odwrócił wzrok, zakładając ręce na piersi.
- Cóż, można i myśleć w ten sposób… - wzruszyłem ramionami. – Jeśli tak bardzo chcesz, to mogę zniknąć z twojego życia – zaoferowałem. Zaciekawiony brunet spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Zastanów się jednak czy chcesz, żeby historia faktycznie zatoczyła koło – poradziłem. – Najpierw ty chciałeś się ze mną umówić, ale ja zachowałem się jak skończony dupek, za co teraz przepraszam, a teraz ja chcę się umówić z tobą… Jakby nie patrzeć chęć umówienia się z tą drugą osobą wyszła od nas obojga choć z pewnym opóźnieniem w czasie – westchnąłem. – Poza tym musisz przyznać, że moja determinacja i upór pokazują tylko, jak bardzo mi teraz na tobie zależy. Jeśli chodzi o mnie, to wiesz, czego się możesz spodziewać – straciłem trochę na pewności siebie. – Myślę, że udowodniłem ci, jak wiele dla mnie znaczysz… Nie chciałbyś mieć chłopaka, który ceniłby cię ponad wszystko? – oczy Luvii rozszerzyły się w zdziwieniu. – No co? A niby po co człowiek się z kimś umawia? Chyba po to, żeby potem z tą osobą się związać, nie? – rozłożyłem ręce. – Wiesz… Mówię tylko, że już teraz możesz być pewny, że zależy mi na tobie bardzo mocno, więc gdybyś tylko zechciał się ze mną związać… - urwałem, nie do końca wiedząc, jak powinienem dokończyć to zdanie. – Przez większą część życia umawiamy się z różnymi ludźmi, szukając tej jednej, jedynej osoby, z którą chcielibyśmy zostać… - postawiłem na zagrywkę uczuciową. – Niestety odnalezienie jej nie jest takie proste, co? A jednak związanie się z osobą, która po pewnym czasie okazuje się być samolubnym sukinsynem, który o ciebie nie dba, boli, prawda? – spojrzałem na niego jednoznacznie. – Niemniej, fakt, iż pozwoliłem sobie popaść w swoistą obsesję na twoim punkcie, dowodzi tego, że ja raczej nie zachowywałbym się w podobny sposób już nigdy więcej, nie? – próbowałem go do siebie przekonać. – Zawsze stawiałbym cię na pierwszym miejscu – zapewniłem. – Znaczy… Jasne, miałem swoją szansę i ją spieprzyłem, ale… Cóż, pewni ludzie potrzebują czasem coś stracić, żeby zrozumieć, co tak naprawdę sami zniszczyli, nie uważasz? Nie mówię, że są to mądrzy ludzie… - zakłopotany podrapałem się po karku. – Cholera, chyba jednak jestem tym idiotą, za którego mnie masz… - uśmiechnąłem się rozbrajająco. – Luvia, przepraszam za to, co zrobiłem ci wcześniej – niepewnie postąpiłem kilka kroków w jego stronę. Chłopak nawet nie drgnął ze swojego miejsca, co było dobrym znakiem.
- Może… Może w sumie też niepotrzebnie wciąż rozpamiętuję, co stało się w przeszłości… - mruknął niemrawo. – Co się stało to już się nie odstanie, nie? – wzruszył ramionami. – Ja też przepraszam… za to, że byłem taki uparty… i że byłem dupkiem… - zacisnął usta.
- Rozumiem, że cię to zabolało – oparłem się o szafki koło niego. – Poza tym nawet nie przeprosiłem cię w czas, więc miałeś prawo być obrażonym – niepewnie sięgnąłem po jego dłoń. Brunet posłał mi ostrzegawcze spojrzenie, ale nie wyrwał ręki z mojego uścisku.
Powoli, delikatnie nachyliłem się w jego kierunku. Chłopak szybko zorientował się, o co mi chodzi. Z początku jeszcze zdawał się być oporny, ale ostatecznie przełamał się, co mnie niezmiernie cieszyło. Przysunął się do mnie nieznacznie, a ja objąłem go w pasie. Luvia oparł jedną dłoń na moim ramieniu, a drugą na biodrze. Moje serce zabiło mocniej. W skroniach huczał mi bęben tętna. Nie mogłem powstrzymać delikatnego uśmiechu, który cisnął mi się na usta. W momencie, kiedy nasze wargi już prawie się spotkały, brunet odskoczył ode mnie jak oparzony.
- Cholera, za dziesięć minut muszę być w robocie! – wykrzyknął przestraszony, wpatrując się z niedowierzaniem w zegar. – Kai, masz telefon? – obszukał się po kieszeniach, jednak nie mógł znaleźć komórki. W odpowiedzi skinąłem mu głową. – Dzwoń po taksówkę! Szybko! – ponaglił mnie. – Metrem nie zdążę do pracy! – panikował.

***

O godzinie osiemnastej w poniedziałki mało kto odwiedzał bary. Cieszyłem się z tego niezmiernie, gdyż dzięki temu mogłem swobodnie porozmawiać z Luvią, który stał za kontuarem i właśnie polerował szklanki.
- Jakby nie patrzeć, właśnie wyszliśmy razem do klubu – zaśmiał się. – To prawie jak randka – parsknął.
- Taa… tylko ja bym się lepiej bawił, gdybyś mógł tu usiąść koło mnie – wskazałem na wysoki stołek – a nie gdybyś był w pracy – skrzywiłem się. Barman odstawił szklankę na miejsce i dosiadł się koło mnie.
- Proszę bardzo – zachichotał pod nosem. Uroczo się śmiał… - Zadowolony? – spojrzał na mnie przelotnie.
- Mniej więcej – mruknąłem, niemal kładąc się na blacie.
Chwilę potem jednak westchnąłem i znów się podniosłem, upijając łyk wody ze szklanki, która miała imitować alkohol. Dziwnie bym wyglądał, gdybym po prostu tutaj tak siedział, a jednak nie chciałem się upić przy chłopaku, który dopiero co wydał mi niepewne pozwolenie na zbliżanie się do siebie…
Zapatrzyłem się w jakiś nieokreślony punkt, przez co nawet nie zauważyłem, kiedy barman przysunął się do mnie i szybko musnął moje usta. Ledwo zdążyłem poczuć delikatne ukłucie jego kolczyków w dolnej wardze i chłód metalu. Spojrzałem na niego zaskoczony, na co ten jedynie odpowiedział mi uśmiechem.
- Luvia, szef chce z tobą rozmawiać – drugi pracownik baru wyszedł z zaplecza i podał brunetowi telefon, który posłał mi jeszcze przepraszające spojrzenie i wyszedł.
Chłopak stojący za kontuarem potraktował mnie miażdżącym spojrzeniem, na co ja jedynie wyszczerzyłem się do niego triumfalnie, momentalnie siadając dumnie, prosto. Nie ulegało wątpliwościom, iż musiał zauważyć gest ze strony swojego współpracownika. Nie ulegało także wątpliwościom to, iż był zazdrosny.
W sumie miał o co.

***

O piątej nad ranem ponownie siedzieliśmy już w mieszkaniu bruneta. Cały dzisiejszy wieczór i noc spędziłem z moim obiektem westchnień na rozmowie. Cieszyłem się, że ten w końcu zaczął ze mną rozmawiać. Czułem się wręcz wyniesiony do chwały ołtarza, kiedy inni próbowali go zagadywać, jednak ten szybko przepraszał i zaraz wracał do mnie, gdy tylko skończył robić drinki. Byłem śpiący, ale szczęśliwy. Nie potrafiłem pojąć, jakim cudem Luvia potrafił funkcjonować śpiąc zaledwie kilka godzin dziennie oraz pracując w dwóch miejscach na raz.
- Ale jak to?! – ożywiłem się nieco spoglądając na chłopaka z przyganą. – Dlaczego? Myślałem, że między nami już wszystko w porządku…
- Nie powiedziałem, że będę się z tobą umawiać – parsknął, po czym wytknął mi język. W odpowiedzi jedynie przewróciłem oczyma i westchnąłem cierpiętniczo. – Głodny jestem – poinformował mnie. – Skoro już mnie prześladujesz to przynajmniej się na coś przydaj i zrób śniadanie – polecił. – Ja idę wybrać jakiś film na potem… - rzucił odchodząc w stronę salonu.
Znów sapnąłem, ale posłusznie otworzyłem lodówkę, aby zorientować się, jak w ogóle prezentują się zapasy barmana. Następnie przeszukałem wszystkie szafki w poszukiwaniu garnka i patelni. Ostatecznie wyszedłem zwycięsko z tej batalii, nawet jeśli przez senność mało nie wsadziłem ręki do gotującej się wody i nie zaparzyłem kawy z dodatkiem pieprzu. Kto by się jednak przejmował takimi drobnostkami?
Najpierw przeniosłem do salonu napoje, od razu wręczając właścicielowi mieszkania kubek z mocną, czarną jak i jego dusza i serce kawą. Serio, żeby po tym jak prawie się pocałowaliśmy wciąż nie chcieć się ze mną umawiać? Ech… Wróciłem się do kuchni po talerze z jedzeniem, po czym podałem Luvii jego porcję.
- Ładnie pachnie – pochwalił. – Wygląda też nie najgorzej – uśmiechnął się delikatnie, jednak ja w odpowiedzi byłem w stanie jedynie mruknąć coś niezrozumiale pod nosem.
Rozsiadłem się na kanapie, a chłopak włączył jakiś film na laptopie podłączonym do telewizora. Próbowałem skupić się na fabule, jednak nim lista sponsorów dobiegła końca mnie znów zaczęły się zamykać oczy. Nawet nie udało mi się dokończyć mojej porcji, przez co w pewnym momencie jedzenie mało nie wylądowało na moich kolanach, kiedy za sprawą zmęczenia mój uchwyt niespodziewanie zelżał. Brunet bezpardonowo przejął ode mnie mój talerz i dokończył za mnie śniadanie. Nie awanturowałem się o to. W zamian pozwolił mi oprzeć się o swoje ramię. Czując przyjemne ciepło bijące od drugiej osoby jeszcze bardziej zachciało mi się spać.
- Luvia… - jęknąłem. – Czemu ty się nie chcesz ze mną umawiać, co? – zapytałem niewyraźnie, lawirując gdzieś między cienką granicą jawy i snu.
- Cicho, nie słyszę, co mówią – zganił mnie, ponownie skupiając się na produkcji filmowej.
- Luvia… - jęknąłem raz jeszcze, napierając na niego całym ciałem.
- Cii! – syknął na mnie.
Trwaliśmy teraz w pozycji półleżącej. Chłopak opierał się na boku, a ja wtulałem się w jego żebra. Jego klatka piersiowa rytmicznie unosiła się i opadała, kiedy oddychał. To mnie w jakiś sposób uspokajało.
Po pewnym czasie poczułem, jak brunet głaszcze mnie po włosach, zapewne będąc przekonanym, iż już dawno odpłynąłem do Krainy Po Drugiej Stronie Tęczy. Ja jednak wciąż jako-tako trzymałem się rzeczywistości. Możliwość przytulenia się do niego była tak przyjemna, iż chciałem czerpać z niej jak najwięcej i jak najdłużej, ale żeby to zrobić musiałem być przecież przytomny.
- Głupi ty jesteś, Kai… - mruknął pod nosem. – Cały czas pytasz czy się z tobą umówię, a nie widzisz, że nasze relacje są już dużo dalej niż na etapie ludzi, którzy dopiero co zaczynają się ze sobą umawiać – byłem pewny, że pokręcił głową z dezaprobatą dla mojej osoby. – Właściwie to przecież już zachowujemy się, jakbyśmy od dawna byli razem… - zauważył. Jego dłoń zsunęła się na mój kark. Zaczął mnie masować, a ja ledwo powstrzymałem się od zdradzieckiego mruknięcia.
Znienacka jednak podniosłem się na łokciach, zwisając nad chłopakiem, po którego obu stronach się opierałem, tym samym odcinając mu jakąkolwiek drogę ucieczki. Spojrzałem na niego z wyrzutem.
- A pocałować to mnie nie chcesz! – zmrużyłem groźnie oczy.
Brunet w pierwszej chwili wpatrywał się we mnie zdziwiony, jednak ostatecznie zaśmiał się krótko. Przesunął dłonią po moim policzku uśmiechając się ciepło. W następnej chwili złączył nasze wargi w czułym, delikatnym pocałunku.
- Podrywanie barmanów jest strasznie trudne – skwitowałem wzdychając, kiedy już się od siebie odsunęliśmy. Luvia w odpowiedzi jedynie zaśmiał się serdecznie i pacnął mnie po głowie. Naburmuszyłem się. – Wciąż mi wisisz randkę! – wypomniałem mu.
- Cóż… próbuj dalej, może kiedyś ci się uda umówić ze mną – parsknął.
- Mówiłem ci już, że podrywanie barmanów jest strasznie trudne? – spojrzałem na niego z przyganą, po czym przewróciłem oczyma i ponownie złączyłem nasze usta.

Tak, podrywanie klubowiczów jest łatwe. Wystarczy dosiąść się, postawić kolejkę, zapytać o imię i gotowe. Z barmanami jest dużo gorzej. Trzeba się trochę nastarać. Czasem nawet trzeba wysadzić jakąś muszlę klozetową, ale cóż… ostatecznie chyba warto, prawda?

"Książę z bajki" cz.8

„Książę z bajki” cz.8

- Hiro, wybacz, że zawracam ci głowę… - w progu mojego mieszkania stanął zmieszany Daichi. – Wiem też, że w ostatnim czasie nie czułeś się zbyt dobrze, więc to, co robię nie jest za bardzo na miejscu, ale mała od trzech dni nie mówi o nikim innym jak o tobie i codziennie kilkakrotnie płacze, bo ona chce do wujka – gitarzyście nie udało się ukryć delikatnego uśmiechu.
Setsuko wychyliła się zza nóg ojca i spojrzała na mnie niepewnie, po czym znów skryła się za rodzicielem. Zmusiła go, aby stanął w lekkim rozkroku, gdyż przez cały czas czujnie obserwowała mnie spomiędzy nóg dorosłego.
- Acha – mruknąłem, nie wiedząc, jak inaczej mógłbym skomentować jego słowa.
- Wiesz… Jasne, zwalam ci się na głowę i to w dodatku nie pierwszy raz, ale gdybyś się zgodził zostać z nią na parę godzin, mógłbym skoczyć do studia i dokończyć kilka ścieżek. Dzięki temu miałbyś też trochę mniej do roboty w studiu… - próbował mnie przekonać.
A więc ponownie miałem zostać wujkiem. Świetnie. Nie no, pewnie, tym razem ponoć miałem jakiś wybór – mogłem przecież bezceremonialnie zamknąć muzykowi drzwi przed nosem i w spokoju oddać się swoim sprawom, ale w gruncie rzeczy przecież i tak wszystko było już przesądzone. Reszta zespołu zapewne już czekała na Daichiego, który po drodze do studia miał po prostu podrzucić dzieciaka Hiro-niańce. Proste, nie?
- Przedszkole znowu zamknęli? – zgadywałem.
- Nie, przedszkole nie ma tu nic do tego – zaprzeczył szybko. – Mała naprawdę chciała cię po prostu zobaczyć – zapewniał. – Niemniej, jeśli się nie zgodzisz, odwiozę ją do przedszkola.
Spojrzałem na Setsuko. Dziecko patrzyło na mnie wielkimi, lśniącymi oczami, które w każdej chwili gotowe były przeobrazić się w dwie małe fontanny i zrosić jej pyzatą buzię oraz ubranie tatusia wylewanymi pod ciśnieniem łzami. Przezornie już przystroiła się w płaczliwą minkę, wydymając przy tym drobne usteczka. Małe piąstki zaciskały się nerwowo na spodniach jej ojca.
Ta, i niby ja nie zostałem postawiony przed faktem dokonanym, co?
- Dobra, mała może zostać – westchnąłem, odsuwając się z przejścia.
- Dzięki – gitarzysta odetchnął z ulgą. W tym samym momencie dziewczynka wypadła spomiędzy jego nóg i wtuliła się we mnie, obejmując mnie ramionami na wysokości kolan.
- O której mogę się ciebie spodziewać z powrotem? – dopytywałem.
- Powinniśmy uporać się z robotą przed osiemnastą – oświadczył, po czym przyklęknął na jedno kolano. – Chodź Setsuko, pożegnaj się z tatą – uśmiechnął się szeroko, rozkładając ramiona i czekając, aż córeczka w nie wpadnie.
 Ta jednak ani myślała się ruszać. Stała niczym słup soli przyklejona do moich nóg, a chwilę potem schowała się za mną i zaczęła ciągnąć mnie za szlufki od spodni w głąb mieszkania. Tatusiowi zrzędła mina, a mnie zachciało się śmiać.
- Tak, na razie, Dai – rzuciłem, chichocząc pod nosem, za co zostałem obrzucony morderczym spojrzeniem.
- Do zobaczenia – odpowiedział chłodno chłopak i zamknął drzwi, a następnie skierował się ciemnym korytarzem w stronę winy.
- No, księżniczko – wziąłem dziecko na ręce, na co ta zapiszczała radośnie i objęła mnie spoconymi rączkami za szyję – muszę ci przyznać, że masz fatalny gust, jeśli chodzi o facetów – zaśmiałem się. – Mam nadzieję, że w przyszłości ci się to zmieni – podrzuciłem ją. Dziewczynka zaśmiała się radośnie, nie robiąc sobie zupełnie nic z moich słów.
- Wujek – wtuliła się we mnie – tęskniłam za tobą – wyznała, na co ja uśmiechnąłem się nikle pod nosem i pogładziłem ją delikatnie po plecach.
- Ja za tobą też, skarbie… - mruknąłem.

***

Moja matka nie mogła wyjść z podziwu dla cierpliwości, jaką odznaczałem się w stosunku do dziecka. Od naszej poprzedniej rozmowy mijaliśmy się właściwie bez słowa, schodząc jedno drugiemu z drogi. Teraz jednak moja rodzicielka przysiadła na fotelu i z niedowierzaniem wpatrywała się w uroczą scenkę, jaka rozgrywała się dokładnie tuż przed nią. W telewizji leciały bajki, jednak Stesuko nie była nimi zainteresowana. Całą swoją uwagę poświęcała mnie. Mała siedziała na kanapie, podczas gdy ja umościłem się na podłodze. Dziewczynka wręcz z zapartym tchem czesała mnie plastikowym, zabawkowym, różowym grzebieniem i wpinała mi we włosy spinki oraz tworzyła niestworzone fryzury przy pomocy gumek i klamer, które przyniosła ze sobą w swojej malutkiej i a jakże różowej torebeczce z połyskującego materiału. Ja w tym czasie poszukiwałem rozrywki w odmętach Internetu za pośrednictwem telefonu.
Tak, w takiej chwili byłem bardzo szczęśliwy z tego, iż ściąłem włosy. W przeciwnym wypadku po interwencji córki gitarzysty zapewne już nigdy nie rozplątałbym ich. Teraz, kiedy były dużo krótsze, przynajmniej łatwo i szybko dało je się rozczesać, a więc nie musiałem już poświęcać godzin na ich szczotkowanie.
I wtem mnie olśniło.
- Setsuko, chcesz jechać na wycieczkę do lasu? – zapytałem.
- „Lasu”? – powtórzyła zdziwiona. – A będę mogła zbielać kwiatki? – zapytała, wciąż sepleniąc z lekka.
- Pewnie – zgodziłem się. – Nazbierasz tyle kwiatków, ile tylko zdołasz – zapewniłem.
- Jej! – zakrzyknęła radośnie i znów uwiesiła mi się na szyi. Może była mała i nie miałem problemu z podniesieniem jej, ale dziewczynka ważyła swoje, gdyż Daichi pozwalał jej jeść nieco za dużo słodyczy. Z tej racji niemal mnie udusiła, zakleszczając mnie w morderczym uścisku. Jakby nie patrzeć, oddychanie może stać się nieco problematycznym zadaniem, kiedy masz uwieszone na szyi ponad dwadzieścia kilogramów… - Wujek Hilo jest najlepszy! – puściła mnie wreszcie i zaczęła radośnie pląsać po dywanie.
- Jasne, wujek Hilo… - zaśmiałem się pod nosem, nie mogąc uwierzyć, do czego wszystkiego to doprowadziło. – Chcesz iść przed wyjściem do łazienki? – upewniłem się.
- Nie – odpowiedziała śpiewnie, a chwilę potem uraczyła mnie jedną ze swoich piosenek z wymyślonego repertuaru.
W czasie, kiedy dziecko zajęte było tworzeniem nowego języka, ja wysłałem wiadomość do menagera z pytaniem o dokładną lokalizację miejsca, do którego zamierzałem się udać. Może mężczyzna głównie zajmował się sprawami dotyczącymi mojego zespołu, ale skoro załatwił wszystko to, o co go poprosiłem, to powinien dysponować potrzebnymi mi w tej chwili informacjami.
- Wrócimy niedługo – zapewniłem matkę, kiedy mijałem ją, jednocześnie odczytując wiadomość zwrotną. Kobieta w milczeniu skinęła mi głową, choć w jej oczach widziałem malujące się niezrozumienie.
- Wujek, pomóż mi! – zaskomlała Setsuko, nie mogąc poradzić sobie z butkami ze sznurówkami.
Matko, kto to widział, żeby takiemu małemu dziecko kupować buty ze sznurówkami? Muzyk był jednak wyrodnym ojcem…

***

Zaparkowałem, właściwie kryjąc samochód wśród innych aut ludzi z zaplecza technicznego. Wysiadłem, a następnie rozpiąłem pasy i pomogłem wyjść z pojazdu dziewczynce, dla której uprzednio pożyczyłem fotelik samochodowy od sąsiadki. Kobieta była zdziwiona moją prośbą, gdyż zapewne pomyślała, iż towarzysząca mi latorośl gitarzysty była moim dzieckiem, ale nie miałem zbytnio ani czasu, ani ochoty na uświadamianie jej w błędzie.
Skierowaliśmy się w stronę miejsca, skąd dochodziła przytłumiona muzyka. Weszliśmy w las. Sucha ściółka trzeszczała pod naszymi stopami. Zainteresowana Setsuko rozglądała się dookoła siebie, choć nie odstępowała mnie na krok. Pierwsze, co zrobiła zaraz po wyjściu z auta, to chwyciła mnie za rękę i nie wyglądało na to, jakby miała ochotę samodzielnie się oddalać.
Zaledwie kilkanaście metrów od skraju lasu zostało ustawione kilka lamp na statywach i niewielkich głośników, które miały pomóc muzykom wejść w swoje role. Dookoła kręciło się kilkoro ludzi z kamerami i aparatami oraz ze dwie wizażystki z pasami pędzli na wysokości bioder. Pokrótce przyjrzałem się kilku osobom tkwiącym w samym centrum tego zamieszania. Pięć osób ubranych na czarno, z czarnymi włosami. Na pierwszy rzut oka żaden z nich nie wyróżniał się niczym specjalnym, nie prezentował żadnej cechy, która odróżniałaby go w jakiś znaczący sposób od innych. Trzech miało gitary. Jeden siedział za perkusją. Ostatni bujał się w rytm muzyki z mikrofonem w ręce.
Skupiłem się na tym ostatnim tylko dlatego, że go znałem. Wyglądał naprawdę dobrze – w przeciwieństwie do reszty zespołu, której nie podejrzewałem o przesadne zainteresowanie u płci przeciwnej… czy chociażby nawet u tej samej, kto wie. „Mimo to uroda wokalisty to z pewnością za mało, żeby się wybić na rynku muzycznym.” – oceniłem szybko. Wszyscy członkowie zespołu ubrani byli niemalże identycznie, na czarno, przez co ich skóra mocno kontrastowała, zdając się mieć niezdrowy, popielaty odcień. Tworząc pierwszy singiel, a tym bardziej pierwszy klip muzyczny powinni postawić na oryginalność, a nie od razu wpasowywać się w utarty stereotyp metalowego zespołu, który zakładał czerń, biel, czerwień i szarość jako jedyne dopuszczalne kolory oraz długie włosy i masę kolczyków w uszach, może nieco już mniej w twarzy jako niezbędny element. Potrzebowali czegoś więcej, żeby zostać zauważonym, żeby zwrócić na siebie uwagę słuchaczy i wytwórni…
…ale z drugiej strony czy to w ogóle powinno mnie obchodzić? Nikt nie pytał mnie o zdanie czy radę, więc siedziałem cicho. To była ich szansa. Jego szansa. Ja po prostu naprawiłem to, co wcześniej spieprzyłem, dając mu ponownie tę możliwość, którą wcześniej przeze mnie stracił. Tyle w temacie. To, co on zrobi z tą możliwością to już jego sprawa. Sam pokieruje swoim życiem i karierą tak, jak mu się będzie podobało. Ja już nie zamierzałem się do tego mieszać, bawić się w przemądrzałego nauczyciela przedmiotu życia i przestrzegać go przed złem tego świata, a już w szczególności branży. Dostał to, czego chciał. Powinien być szczęśliwy, a więc ja powinienem mieć teraz już czyste sumienie… no, względnie czyste…
Po kilku namowach udało mi się posłać dziecko na pobliską polanę, gdzie mała zajęła się kwiatkami. Ja w tym czasie dopadłem jednego z fotografów, który w chwili obecnej bardziej zajmował się paleniem papierosów niżby własną robotą. Mimo wszystko facet był konkretny, a przede wszystkim miał nosa do nowych talentów. Znałem się z nim stosunkowo dobrze, gdyż często towarzyszył mnie i mojemu zespołowi podczas sesji. Po krótkim przywitaniu od razu przeszedłem do rzeczy:
- Jak im idzie? – wskazałem głową na produkujących się muzyków.
- Ujdzie w tłoku – przyznał z przekąsem. – Ale szału nie ma – dodał cierpko.
Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań, kiedy nagle muzyka przestała płynąć z głośników i rozniosły się podziękowania za pracę kierowane do wszystkich i wszystkiego. Spiąłem się. To był najwyższy czas, żeby się zbierać.
- Setsuko! – zawołałem dziewczynkę. – Chodź szybko! – ponagliłem ją, jednak widząc jak ta powoli przedziera się przez wysokie chaszcze, sam wlazłem między nie i podniosłem córkę gitarzysty, zarzucając ją sobie na bark.
- Łii! – zawołała uradowana.
- Cicho – zganiłem ją, starając się niepostrzeżenie przedostać się do własnego auta. Kiedy już myślałem, że mi się udało, kiedy już stawiałem dziewczynkę na nogi tuż przed drzwiami samochodu, usłyszałem za sobą:
- Wiedziałem! – od razu rozpoznałem głos osoby stojącej za mną. – Co ty tu robisz? – niechętnie odwróciłem się w stronę Creny, który wpatrywał się we mnie wrogo z rękami założonymi na piersi.
Co tu robię? Dobre pytanie. Ale jeszcze lepsze to takie, jak zgrabnie wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Co powinienem mu powiedzieć? Potrzebowałem jakiegoś gładkiego kłamstwa. Przyjechałem na grzyby? Akurat w to jedno jedyne miejsce, gdzie akurat dzisiaj oni kręcili klip do swojego pierwszego singla? Takie dość podejrzane to zrządzenie losu… Przyjechałem podziwiać piękne okoliczności przyrodnicze? Zachciało mi się uczyć trzylatkę botaniki? Wszystko to może jeszcze jakoś by przeszło, gdyby nie fakt, że nie umiałem wytłumaczyć tego, dlaczego pojawiłem się właśnie w tym, a nie żadnym innym miejscu. Coś czułem, że chłopak nie dałby się nabrać na przypadek.
- Mało ci jeszcze po tym wszystkim, co już zdążyłeś zepsuć? – syknął. – Tylko za sprawą jakiegoś cudu wytwórni przywidziało się dać mnie i mojemu zespołowi drugą szansę, którą przez ciebie straciłem – zmrużył groźnie oczy. – Chcesz mi odebrać i tę możliwość? – fuknął.
Co mogłem powiedzieć w takiej chwili? W mojej głowie zionęła przerażająca pustka. Gdybym zaczął rzewnie zaprzeczać, wyśmiałby mnie, a potem wszcząłby kłótnię. Od tak. Bo przecież wciąż był na mnie zły i musiał dać tej złości jakieś ujście, prawda?
Nim jednak zdążyłem się odezwać pomiędzy nami przeszedł znajomy fotograf z wciąż tlącym się niedopałkiem między wargami.
- Dzieciaki… - jęknął. – Ty chcesz dla nich jak najlepiej, a one zawsze swoje, co? – zaśmiał się chrapliwie i wcisnął mi w rękę paczkę papierosów. Spojrzałem na niego zdziwiony. – Tobie teraz bardziej się przydadzą – poklepał mnie po ramieniu. – Do następnego – rzucił i skierował się ze statywem na ramieniu i aparatem zawieszonym na szyi w swoją stronę.
- Co? – Ketsueki ściągnął brwi w niezrozumieniu. – O co mu chodziło? – spojrzał na mnie żądny odpowiedzi, jednak ja nie raczyłem mu jej dać. Kierując się za radą znajomego wyciągnąłem jedną z używek i odpaliłem ją.
- Wujek, zobacz jaki mam bukiecik! – Setsuko wskazała na kwiatki trzymane w rączce.
- Piękny – mruknąłem.
- To dla ciebie – wręczyła mi prezent, na co uśmiechnąłem się pod nosem. Dziewczynka widocznie pękała z dumy, mogąc podarować mi coś od siebie.
- Poczekaj, mam lepszy pomysł – odwróciłem ją do siebie tyłem i powpinałem kwiaty w jej włosy. Następnie podniosłem ją, aby mogła przejrzeć się w lusterku bocznym samochodu. – Podoba ci się? – zapytałem.
- Jest pięknie! Wyglądam jak księżniczka! – uradowana aż podskoczyła w miejscu. – Jesteś moim najukochańszym wujkiem, wujku Hilo – wyszczerzyła się w swoim szczerbatym uśmiechu.
- Idź jeszcze sprawdź czy tam nie ma jakiś kwiatków – poleciłem, chcąc, aby mała na moment się odsunęła. – Zrób bukiet dla taty, bo inaczej znów będzie mu przykro – zleciłem jej zadanie, na co ta dziarsko skinęła głową i pobiegła we wskazanym przeze mnie kierunku.
- Po co tu przyjechałeś? – wokalista powtórzył swoje pytanie, kiedy mała już się oddaliła. W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami. – Chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz, po co tu przyjechałeś? – prychnął.
- Może przyjechałem sprawdzić jak się zadziewają cuda, bo jak dotąd w żadne jakoś nie wierzyłem – palnąłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Przekląłem się w myślach. Ostatnio coś nie panowałem nad tym, co mówiłem z takim powodzeniem, z jakim mógłbym sobie tego życzyć…
- Że co? – wydusił z siebie z trudem. Nie minęła chwila, a w jego dwukolorowych za sprawą soczewek oczach rozbłysło zrozumienie. – A więc to twoja sprawka? – uniósł brwi w geście niedowierzania. Nie odpowiedziałem i skupiłem się na paleniu papierosa. – To dzięki tobie wytwórnia dała nam drugą szansę? – szybko się wszystkiego domyślił.
Będę musiał oddać fotografowi te papierosy. W sumie wyglądało na to, że całkiem spoko z niego gość. Wypadałoby, żebym w końcu się zainteresował i zapamiętał jego imię…
- Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał znaczne ciszej.
- Byłem ci to winny – wzruszyłem ramionami. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i rzuciłem okiem na wyświetlasz, orientując się, która godzina. – Setsuko! – przywołałem do siebie trzylatkę. – Chodź już, musimy się zbierać. Tata niedługo po ciebie przyjedzie.
Dziewczynka przybiegła z powrotem, trajkocząc o pięknych kwiatkach, które zebrała dla tatusia. Nie słuchając jej oraz jedynie kiwając jej głową, zapiąłem ją w foteliku i obszedłem auto dookoła. Już szykowałem się do zajęcia miejsca po stronie kierowcy, kiedy nagle doszedł mnie głos:
- Dziękuję – Crena wciąż stał w tym samym miejscu niczym wmurowany w podłoże.
- Nie masz przecież za co – rozłożyłem ręce. – Przysporzyłem ci kłopotów, które teraz postarałem ci się możliwie zminimalizować – wyjaśniłem swój punkt widzenia.
- Nie musiałeś tego robić – zauważył. Spojrzałem na niego z pobłażaniem. Wyczuwałem, że znów zamierzał strzelić mi jakąś dłuższą gadkę na temat istoty naszej egzystencji, ludzkiej psychiki i innych, górnolotnych tematów, których w danej chwili zapragnąłem unikać jak ognia. – Gdybyś był takim potworem, za jakiego się uważasz, przeszedłbyś koło tego obojętnie i nie próbowałbyś mi pomóc. To właśnie za to ci dziękuję – zakończył wyjątkowo szybko.
- Jeszcze chwilę temu ty też mnie uważałeś za tego potwora – uśmiechnąłem się krzywo. – Tak jak wszyscy inni… - dodałem.
- Źle cię oceniłem – odpowiedział niezrażony. – Wszak wszyscy mamy prawo popełniać błędy, prawda? – uśmiechnął się lekko, nieco zakłopotany. – Przepraszam, że w ciebie zwątpiłem – spuścił wzrok na ziemię. – I dziękuję za to, co dla mnie zrobiłeś.
- Nie przyjechałem tu po to, żeby słuchać twoich pięknych słów – zaprzeczyłem. – Tym bardziej, że nie masz nawet najmniejszego powodu, żeby je do mnie kierować – przewróciłem oczyma. – To miała być eskapada incognito – zaśmiałem się pod nosem.
- Więc może następnym razem nie bierz na podobne wypady dziecka – Ketsueki zachichotał. – Zauważyłem ją w pobliżu, a jak już dostrzegłem ją, to domyśliłem się, że ty też musisz być gdzieś w pobliżu, gdyż znów bawisz się w wujka – prychnął rozbawiony.
- A więc to ta mała mnie zdradziła? – przelotnie rzuciłem spojrzeniem na dziecko. – Wezmę sobie twoją radę do serca – uśmiechnąłem się pod nosem. – Następnym razem nie będziesz wiedział o mojej obecności – obiecałem.
- Następnym razem z miejsca zacznę się za tobą rozglądać – zaśmiał się.
Chciałem odpowiedzieć jakąś zaczepką na jego słowa, jednak nim zdążyłem się odezwać, Setsuko wtrąciła się do naszej rozmowy.
- Wujek… - mruknęła z marsową miną. - …muszę siku – wyznała, na co ja jedynie westchnąłem głośno.

***

Ledwo udało mi się wepchnąć rozżaloną dziewczynkę w objęcia ojca. Dziecko nie miało najmniejszej ochoty opuszczać mojego boku, co obwieściło całemu blokowi za sprawą płaczu, który mógłby kruszyć ściany i służyć za alarm dla armii zombie. Całe szczęście cmentarz mieścił się daleko od mojego osiedla…
Serio, ta mała będzie miała fatalny gust, co do mężczyzn… Daichi będzie musiał się z nią w przyszłości namęczyć…
Ostatecznie gitarzysta podziękował mi zdawkowo i wyniósł na własnych plecach córkę, która zrobiła się już cała czerwona od nieustającej histerii. Na nic zdały się obietnice rychłego spotkania, przekupstwa słodyczami i innymi duperelami… Zaczynałem się już poważnie niepokoić tym dziwnym przywiązaniem, jakim zaczęła mnie darzyć latorośl muzyka. To było niepokojące i trochę niezręczne…
Po ich wyjściu odetchnąłem głęboko, przykładając dwa palce do pulsującej skroni. Z czasem ja też coraz bardziej przyzwyczajałem się do Setsuko i chyba nawet ją polubiłem, gdyż nie była jakoś specjalnie problematycznym dzieckiem. Dziś jednak wyjątkowo dała mi w kość. Niemal czułem jak galaretowata maź, która niegdyś stanowiła mój mózg, wyciekała mi uszami przez przerwane błony bębenkowe, które nie wytrzymały tak wysokich decybeli. Cholera, a myślałem, że ja tu jestem tym, który ma mocny głos… Najwyraźniej pomyliłem się. I to bardzo. Przy pociesze Daiego mogłem schować się zawstydzony i przebrać w różową sukienkę z koronkami i kokardkami, gdyż mój krzyk był przy jej jedynie cichym i czułym szeptem. Zaśmiałem się pod nosem do własnych myśli. „Chyba będę musiał się zapisać na jakieś korepetycje u tej małej.” – parsknąłem w myślach.
Naprawdę polubiłem tego dzieciaka. Sam nigdy nie planowałem posiadania potomstwa, gdyż odgórnie wiedziałem, że nie nadawałem się do roli ojca, ale przyłapałem się na tym, iż myślałem o Setsuko tak ciepło, jakbym sam był jej rodzicem. Fakt, iż zrobiła taką awanturę tylko dlatego, iż nie chciała mnie opuszczać, był dla mnie w jakiś sposób pocieszający. Już nie obchodziło mnie to, że dziewczynka była zbyt mała, żeby zrozumieć złożoność tego świata, a za kilka lat pewnie będzie nabzdyczona zakładać ręce na piersi i wywracać oczyma, kiedy ojciec będzie wypominał jej to rozpaczanie po mnie, ale cóż… pomimo tego wszystkiego sama świadomość, iż chciała przy mnie zostać była naprawdę miła. A więc skoro ktoś chciał spędzać ze mną swój czas, to chyba nie mogłem być znów aż takim potworem, prawda?... chociaż z drugiej strony to tylko niczego nieświadome dziecko… ale z kolei, jakby ugryźć temat z innej strony, to przecież mówi się, że dzieci ponoć instynktownie wyczuwają złych ludzi i od nich uciekają, nie? Ech, sam już nie wiedziałem, co o tym myśleć…
Rzuciłem zdawkową informację matce o mojej naprędce podjętej decyzji o wieczornym spacerze. Nie chciałem łykać kolejnych proszków przeciwbólowych, gdyż obawiałem się, że przez to w jakiś sposób mógłbym pogorszyć uczucie ucisku i ciężaru w klatce piersiowej, o którym na pewien czas udało mi się zapomnieć dzięki latorośli Daichiego. Musiałem się przewietrzyć. Ewentualnie uwędzić nieco w dymie tytoniowym. I przestać tęsknić za moją małą, różową księżniczką, bo przecież ta dopiero co wyszła ode mnie z mieszkania…
Wyszedłem przed blok i usiadłem na pobliskiej ławce, wyjmując z kieszeni papierosy podarowane przez fotografa. Nie chciałem palić na balkonie, gdyż kiedy spoglądałem z jego wysokości w dół, robiło mi się słabo i dopadały mnie zawroty głowy. W ostatnim czasie coś zdecydowanie było ze mną nie tak… A może by się tak w końcu zacząć przejmować własnym zdrowiem? Nie, po co?... W sumie… dla kogo niby? Dla samego siebie? Za dużo zachodu. To tak samo jak z gotowaniem obiadu dla jednej osoby. Owszem, możesz ugotować gar zupy, którą będziesz jeść przez następny tydzień, ale właściwie po co? Przecież równie dobrze możesz kupić jakąś niezdrową przekąskę w sklepie osiedlowym. Jasne, wyjdzie ci to drożej i mniej zdrowotnie, ale za to będziesz mógł się cieszyć większym urozmaiceniem, a co za tym idzie, nie będziesz znudzony jedzeniem w kółko tego samego. Słowem, kilkoma drobnymi i mniej zdrowotnymi wyborami możesz kupić sobie trochę szczęścia. To takie proste, co? Wystarczy tylko myśleć o sobie. Stać się snobem. I przestać dbać o wszystko. Nawet o samego siebie. Beztroska równa się radości. Z tego, co tam jeszcze zostało mi w głowie z moich lat edukacji pamiętałem, że swego czasu był nawet taki filozof, co to tam głosił takie podobne hasła reklamowe czy coś… Znaczy, w jego pojmowaniu wyzbycie się zbędnych rzeczy, takich jak na przykład doba materialne, uwalniało nas od martwienia się o nie. Jeśli nie masz samochodu, nie boisz się, że ci go ukradną. Jeśli nie masz mieszkania, nie obawiasz się, że spłonie, zostanie zalane albo ktoś je okradnie. Jeśli nie masz zdrowia, nie martwisz się o to, że któregoś dnia możesz je stracić. Z tego co mi tam jeszcze świtało to ponoć ten filozof sam żył jak nędzarz ze względu na te swoje przemyślenia… Ale czy faktycznie da się być szczęśliwym, jednocześnie wyzbywając się wszystkiego i nie mając nic? Szczególnie, kiedy wszyscy dookoła ciebie mają cokolwiek, gdy ty stoisz z pustymi rękami i masz się z tego cieszyć?
Ej, kołtun, weź się ucisz, co? Bo pieprzysz takie przykre farmazony, że aż smutno. Do budy, już! I ani słowa, ty przeklęta cholero!
Wypuściłem dym nosem, przecierając dłonią twarz w zmęczonym geście. Z tego, co mi się wydawało, nie dało się być szczęśliwym nie mając niczego. Ludzie są zbyt wielkimi egoistami, żeby wyzbyć się wszelkich zbędnych dóbr. W końcu niejako większa część naszego życia obraca się wokół gonienia za nimi. Od dziecka wpajane nam są skrzywione wartości, przez co w efekcie jesteśmy w stanie poświęcić drugiego człowieka dla własnych korzyści. Nie widzimy ludzi tylko okazje, możliwości, szanse. Zbyt dużo wymagamy, aby potrafić się odciąć się od wszelkich zbytków. Jesteśmy wygodniccy. Wymagamy. W kółko. I więcej. Coraz więcej. Od innych. Rzadko kiedy od siebie samych. Właściwie w każdym aspekcie życia. To między innymi stąd bierze się w nim samotność.
Większość rzeczy próbujemy spieniężyć, przeobrazić w zysk i korzyść. Jeśli jest to niemożliwe, przechodzimy obojętnie obok lub kopiemy nieprzydatnego śmiecia, który nawinął nam się pod nogi. Żeby go odtrącić. Od po prostu dla zabawy i zabicia czasu. Nawet jeśli owym śmieciem miałby być drugi człowiek.
Nie umiemy pochylić się nad drugą osobą i zastanowić się, co mu się stało. Nie chcemy tego. Jesteśmy krótkowzroczni. Nie zastanawiamy się, dlaczego człowiek naprzeciw nas jest zły, krzyczy. Przeszkadza nam. Może nawet nas obraził. Więc jest dupkiem. A nikt nie lubi dupków. Niech radzi sobie sam. Są w końcu na tym świecie jakieś zasady moralne i kulturalne, prawda? Więc należy ich przestrzegać. Trzymać język za zębami, kiedy ciśnie się na niego coś obelżywego lub dogłębnie prawdziwego. Gryźć się w ten cholerny język aż do krwi, aż go sobie mało nie odgryziesz. Milcz, głupku! Wszak milczenie jest złotem.
Nikogo nie obchodzi, co ta druga osoba tak naprawdę myśli, za iloma maskami skrywa swoją twarz i z czym przyszło lub przychodzi jej się zmagać. Chcemy po prostu widzieć uśmiechnięte twarze. Od tak, żeby nasze życie było łatwiejsze i przyjemniejsze. Nie próbujemy dotrzeć do innych. Nie musimy nawet odgradzać się od nikogo murem. W końcu i tak nikt nie zada sobie tyle trudu, żeby na nas spojrzeć, żeby się nami zainteresować. Mimo wszystko my i tak, tak dla pewności, lubimy wkładać różne maski. Żeby czuć się bezpieczniej. A potem gubisz się już w tym, co jest prawdą, a co kłamstwem, co jest częścią twojej osobowości, a co jest kolejnym kawałkiem wyimaginowanej tożsamości, którą przybrałeś. Zaczynasz tracić kontrolę i wtedy właśnie zaczynasz liczyć na cudzą pomoc, jednak równie dobrze mógłbyś wypatrywać Gwiazdy Betlejemskiej... w dodatku w środku czerwca. Nadzieja gaśnie. I choć może na początku byłeś nawet jej źródełkiem, światełkiem w ciemnym tunelu dla ludzkości, to przecież wszyscy mamy prawo czuć się zmęczeni, zdradzeni i niedoceniani. Mamy prawo nie mieć ochoty. Zaczynamy zastanawiać się, dlaczego to właśnie JA mam być tym, który ma wyciągnąć rękę jako pierwszy, zrobić pierwszy krok i wszystko zmienić. W końcu każdy głupi wie, że ten, kto jedzie w pierwszym konwoju jest tylko mięsem armatnim.
Więc światełko gaśnie. Bo łatwiej jest zgasić pojedynczy punkt niż rozjaśnić otaczający mrok.
I tak w kółko. Wszyscy pytamy: „Czemu ja pierwszy?”, jednocześnie czekając aż ta druga osoba zacznie. Czekamy… tylko właściwie już na co? Na cud?
Nic co ludzkie nie jest mi obce – strach, nienawiść, smutek, żal… dlaczego zatem współczucie jest mi tak obce? Przecież nie powinno, a jednak samo brzmienie tego słowa przyprawiało mnie o dreszcze, jakbym wspominał coś obrzydliwego. Dziwna sprawa…
Westchnąłem raz jeszcze. Kiedy podniosłem głowę było już ciemno. Zdawało się, że ziemia została nakryta gigantycznym durszlakiem, przez którego oczka wpadało migotliwe światło gwiazd. Mówiłem już, że moje porównania są epickie? Serio powinienem był zostać poetą. Minąłem się z moim prawdziwym powołaniem.
- Hej – usłyszałem nad sobą. Podniosłem wzrok i zdumiony zlustrowałem drobną postać Creny. – Mogę się dosiąść? – zapytał, na co ja skinąłem mu głową.
- Co ty tu robisz? – zdziwiłem się. – Tym bardziej o tej porze?
- Chciałem ci zadać jedno pytanie – usprawiedliwił się. – Nie odbierałeś telefonów, więc się pofatygowałem – wzruszył ramionami.
- Pewnie zostawiłem telefon w domu… - mruknąłem, gasząc niedopałek na desce ławki, z której sterczał już mały kopczyk przypominający jeża z popiołów… coś w rodzaju takiej alternatywnej wersji feniksa albo co…
- Jasne… - mruknął nieprzekonany, będąc pewnym, iż ignorowałem jego telefony ze względu na jego wcześniejsze zachowanie. Nie zamierzałem jednak zmieniać jego zdania na ten temat, gdyż zapewne kosztowałoby to nas kolejną kłótnię.
- Więc o co chciałeś zapytać? – dociekałem, chcąc mieć to wszystko już za sobą.
- Dlaczego w ogóle zająłeś się muzyką? – zapytał.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Tak jakoś wyszło – rozłożyłem ręce. – Znając życie i historię, która lubi się powtarzać, to pewnie wszystko zaczęło się któregoś alkoholowego wieczoru z karaoke – parsknąłem.
- Z tego co mnie wiadomo to na karaoke nie śpiewa się metalu – zauważył. – Dlaczego wybrałeś akurat taki gatunek muzyki? – dopytywał, a ja znów wzruszyłem ramionami. Przez chwilę między nami panowała cisza. – Twoja mama powiedziała mi i Caz’owi o waszej rozmowie – odezwał się znienacka, a ja poczułem się jakby oberwał w twarz i brzuch jednocześnie. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. – Domyślasz się już, że Cazqui powiedział także reszcie zespołu o całej sytuacji? – rzucił mi spokojne spojrzenie, kiedy ja właśnie miałem ochotę rzucić się pod najbliższy przejeżdżający samochód. Akurat pech chciał, że na osiedlowej uliczce było cicho i spokojnie, i niestety nic nie nadjeżdżało. – Powiedziała, że jeśli ona nie jest w stanie ci pomóc, to może twoi przyjaciele będą – dodał nieco ciszej. – Więc jeśli chcesz, możesz w końcu zacząć mówić… - mruknął już ledwo słyszalnie. – Znamy się najkrócej, więc mniemam, że dzięki temu łatwiej będzie ci się przełamać w stosunku do mnie niżby do reszty. W końcu w razie czego będziesz mógł mnie po prostu od siebie odsunąć i o wszystkim beztrosko zapomnieć – starał się przemawiać wypranym z wszelkich emocji głosem.
Przez kolejne minuty uparcie milczałem. W tym czasie wiatr wzmógł się, zrobiło się zimniej. Zapaliły się latarnie uliczne, które wykrzywiały otaczającą nas rzeczywistość i nadawały jej jakiegoś przerażającego uroku. Gdzieś w oddali słychać było wyjącego psa i jazgot jadącej na sygnale karetki. Odgłosy miasta.
- Zawsze lubiłem taką muzykę – odezwałem się w chwili, kiedy chłopak był już pewien, że i tym razem nic ze mnie nie wyciągnie. – Zawsze także jakoś mocno się z nią identyfikowałem – wzruszyłem ramionami. – To było dla mnie naturalne. Myślę, że z czasem znalazłem w tym pewne ujście dla emocji, których nie mogłem okazać i uczuć, o których nie mogłem mówić. Duszenie w sobie tego wszystkiego sprawiało, że byłem wściekły. Wszystko, dosłownie wszystko zamieniałem w gniew; smutek, żal, rozgoryczenie… tak po prostu było mi łatwiej. Wtedy lepiej było mi się tego pozbyć – nerwowo przygryzałem wewnętrzną stronę policzka. – Krzyk mnie uspokaja – wyznałem w końcu. – Nie zawsze mogę krzyczeć w codziennych sytuacjach, ale mogę to robić na scenie. Mogę się w tym wyrazić. Krzyk mnie wyzwala. Sam jego wydźwięk jest dla mnie kojący, nawet jeśli to nie ja krzyczę właśnie w tym momencie. Potrafię w jakiś sposób zjednoczyć się z krzyczącymi ludźmi w mojej głowie – zakończyłem, a Ketsueki spoglądał na mnie z niedowierzaniem. Z pewnością nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
- D-dziękuję, że mi o tym powiedziałeś… - wydusił z siebie.
- Proszę – parsknąłem śmiechem.
- Dziękuję też za to, że dałeś mi drugą szansę – odezwał się w chwili, kiedy już chciałem się podnieść z miejsca. – Za to, że pozwoliłeś zrealizować mnie i mojemu zespołowi nasz pierwszy singiel „Evoke” – uściślił.
- Już ci mówiłem, że tylko naprawiałem to, co sam zniszczyłem…
- Ale zrobiłeś to z własnej woli – brunet uśmiechnął się lekko. – Nie musiałem błagać cię o to na kolanach. Sam zrobiłeś pierwszy ruch, żeby wszystko naprawić – pogłębił delikatnie uśmiech. – Chociaż mogłeś się już do tego przyznać, wiesz? A nie działałeś jak jakiś anonimowy darczyńca… - szturchnął mnie w ramię, na co i ja uśmiechnąłem się lekko. – Akurat takimi rzeczami powinieneś się szczycić – poradził.
- A co z moją opinią największego dupka w uniwersum, ha? – prychnąłem. – Myślisz, że od tak pozwolę pójść w niwecz tym wszystkim latom ciężkiej pracy? – uśmiechnąłem się półgębkiem. W końcu wstałem z ławki. – Późno już – rzuciłem.
- Będę się zbierał – oznajmił wokalista.
- Wybacz, że nie zaprosiłem cię do środka, ale…
- Nie ma sprawy, wiem, matka – poklepał mnie po ramieniu, uśmiechając się, żeby dodać mi trochę otuchy. – Nie żywię do ciebie za to urazy – zapewnił. – Nie żywię do ciebie urazy już za nic – wyszczerzył się w uśmiechu, na co ja uniosłem wysoko brwi.
Crena odwrócił się na pięcie i z powrotem ruszył w stronę, z której przyszedł. Byłem mu wdzięczny za to, że nie zaczął tematu związanego z matką, że od razu nie kazał mi skakać na głęboką wodę i postanowił zacząć mnie otwierać powoli i z wyczuciem, z początku stając na minimalnie pewniejszym gruncie. Zdawało się, że wiedział, co robi… albo przynajmniej ja chciałem w to wierzyć.
Chyba w końcu dobitnie zdałem sobie sprawę z tego, jak samotny byłem. Chyba też w końcu dorosłem do decyzji, aby chociażby spróbować to zmienić. Chciałem mu zaufać. Myślę, że i tak zrobiłem już wiele. Tym razem to ja zrobiłem pierwszy krok. To ja się przełamałem pierwszy i wyciągnąłem rękę w jego kierunku. Bo w sumie… dlaczego niby to ja nie miałbym być pierwszy? Chyba właśnie z tego samego powodu, dla którego mogłem być tym pierwszym. Nic nie stało na przeszkodzie. Wystarczyło tylko chcieć. I w końcu coś zrobić. Ruszyć się.
- Dziękuję… - niemal szepnąłem pod nosem do odchodzącej postaci.
- Jeszcze tu wrócę! – wykrzyknął chłopak, wznosząc w górę rękę zaciśniętą w pięść w triumfalnym geście.
Szczerzył się przy tym radośnie i szczerze. Wyglądało na to, że i on rozumiał pełnię odniesionego dziś sukcesu. Byłem mu za to cholernie wdzięczny. Zaśmiałem się pod nosem, czując jak robi mi się cieplej na sercu na widok jego niewymuszonego, niehamowanego uśmiechu, dzięki któremu ucisk i ciężar w klatce piersiowej znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Mam nadzieję… - mruknąłem do siebie i sam również odwróciłem się na pięcie, żeby wrócić do mieszkania w znacznie lepszym humorze.
Niby właściwie nie powiedziałem jeszcze nic bardzo bolesnego, ale już czułem się lepiej. Poza tym świadomość, iż ktoś jeszcze poza Setsuko chciał zostać przy moim boku napawała mnie prawdziwym szczęściem. Chciałem w niego wierzyć… mimo iż raz mnie już rozczarował, znów chciałem w niego wierzyć. Może to jakiś przejaw masochizmu z mojej strony, a może… kto wie? Może już jakieś zmiany powoli zaczęły we mnie swój proces. Przecież, jakby nie patrzeć, ja też go zraniłem, a ten mimo wszystko i tak do mnie wracał. Po więcej krzywd. Po kłótnie. Po to, żeby się na mnie wydrzeć i obrazić. Po to, żeby zostać obrażonym. Po to, żeby mnie wspierać, nawet jeśli krył swoje dobre intencje za lodowatym spojrzeniem, bo przecież nie mógł bezustannie wybaczać mi wszystkiego z prędkością dźwięku. Bał się, że mógłbym to zacząć wykorzystywać i nie brać go wtedy na poważnie. I dobrze, że się bał. Ze mną nic nigdy nie wiadomo. A przezorny zawsze ubezpieczony. Teraz przynajmniej zbierał efekty swojej pracy.
Nie było już dla mnie odwrotu. Była droga tylko w jedną albo drugą stronę. Wóz albo przewóz. Lewo albo prawo. Albo Ketsueki naprawdę okaże się być cudotwórcą, albo ja skończonym idiotą. Niezależnie od tego, która wersja brzmiała bardziej prawdopodobnie, ja chciałem wierzyć w tę drugą. Pierwszy raz od wielu lat przepełniała mnie wiara w coś dobrego. Chciałem zachować tę chwilę i żyć w niej już wiecznie. To było takie cudowne, błogie uczucie…
Albo on mnie zmieni na lepsze, albo…

…?