Mini-seria "Piekło 2.0" cz.3/3

Dobra, tym razem karteczka przed nosem, więc o wszystkim pamiętam (chyba ^^''). Konkurs na najdłuższy komentarz wygrała -tsuki-, a Syo Shiroshima była tuż za nią (pozwoliłam sobie nawet wkleić komentarze do worda, żeby ten policzył za mnie słowa i znaki xD) także tego... No dziewczyny, możecie sobie rościć jakieś życzenia xp (oprócz czekolady, bo ta jakimś dziwnym trafem lubi gubić się na poczcie... ;_; Chyba ktoś był głodny =.='')
Tymczasem, nie przedłużając już dłużej: endźoj:

Tytuł: „Piekło 2.0”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Typ: mini-seria
Część: 3/3
Gatunek: czarna komedia (mam nadzieję), fantasy
Beta: -

- Dzień dobry, Sadako – przywitałem się, mijając stanowisko pracy sekretarki władcy absolutnego Piekła 2.0.
- Cześć, Zero – odpowiedziała, spoglądając na mnie z ukosa.
- Coś się stało? – zaniepokoiłem się, zatrzymując się na moment.
- Nie, niby nic… - mruknęła, pocierając brodę w nerwowym geście. – Jednak… Zero, nie chcę ci robić jakiś wyrzutów albo być nieuprzejma, ale nie uważasz, że w ostatnim czasie przychodzisz do Hizumiego trochę nazbyt często? – zwróciła mi uwagę. – I trochę zbyt swobodnie? – skarciła mnie spojrzeniem. – Zero, pamiętaj, że on jest zwierzchnikiem całego Piekła 2.0. Jest bardzo zajętą osobą, więc… - wzięła głęboki oddech i odwróciła wzrok. - …więc może nie zwalaj mu się na głowę z każdą pierdołą? – mruknęła znacznie ciszej, tak, iż niemal musiałem czytać z ruchu jej warg.
- No ale artykuł… - już chciałem zacząć się tłumaczyć, jednak kobieta nie dała mi dojść do słowa.
- Artykuł artykułem, ale ty przerywasz mu pracę, rozumiesz? – spojrzała na mnie ostro. – Jeżeli chcesz się już bawić w dziennikarza to przynajmniej rób to w takim czasie, żeby nie kolidowało to z terminarzem Hizumiego – postukała długim paznokciem w obudowę klawiatury. – Wczoraj przez ciebie spóźnił się na spotkanie z Radą Zarządu – powiedziała z pewnym wyrzutem. – Podkreślę jeszcze raz, lubię cię Zero i nie chcę być dla ciebie niemiła, ale zrozum, że są rzeczy ważne i ważniejsze – posłała mi wymowne spojrzenie.
- Dobra, już dobra, pojąłem – uniosłem ręce w obronnym geście, przy czym potrząsnąłem grubą, papierową teczką trzymaną w prawej dłoni. – Tym razem jestem w sprawie dotyczącej mojego wydziału. Pozwolisz mi się z nim zobaczyć? – zapytałem niczym mały dzieciak próbujący ubłagać mamę chorego kolegi, aby ta pozwoliła mu wyjść na chwilę na dwór.
- Ale tylko na chwilę – zaznaczyła, śmiejąc się pod nosem. Ja również się uśmiechnąłem, choć po jej przemowie bardziej miałem ochotę wywrócić oczyma. – Zero, wiem, że teraz pewnie myślisz sobie, że moje zdanie jest nieważne i wszystko będzie w porządku, jeśli po prostu zapytasz go osobiście czy jemu odpowiada taki stan rzeczy, jaki jest, jednak już chyba zdążyłeś się zorientować, że Hizumi to taki typ, który podchodzi do ciebie z sercem na srebrnej tacy, prawda? – zamiast zirytować się moim dziecinnym zachowaniem, Sadako posłała mi litościwy, nieco pobłażliwy uśmiech.
- Pewnie jakbym mu na język nadepnął, to by się upierał, że wszystko jest w porządku – pokręciłem głową z dezaprobatą. – Serio, czasami zastanawiam się jak to możliwe, że taka osoba mogła trafić do Piekła… - mruknąłem bardziej do siebie, przekraczając próg biura dyrektora wykonawczego.
Wszedłem i rozejrzałem się, jednak gabinet wydawał się być pusty. Szafy pancerne, ze którymi Hizu tak lubił się skrywać, były zamknięte, stanowisko przy biurku było puste, choć kopczyki makulatury i brudne kubki po kawie świadczyły o tym, że brunet z pewnością musiał tu już dzisiaj urzędować. Podszedłem do biurka i dotknąłem filiżanki stojącej najbliżej. Porcelana wciąż była jeszcze ciepła. W takim razie musiał być tu niedawno… ale moment, chwila! Gdyby imperator wyszedł, jego sekretarka nie pozwoliłaby mi tutaj wejść i kazałaby mi poczekać na zewnątrz. Wszak w samym tym biurze znajdywało się tyle informacji poufnych! Z tej racji nie mogłem się tutaj panoszyć na własną rękę.
Niemożliwym było, żeby dyktator Piekła 2.0 wyszedł niezauważony przez własną sekretarkę, gdyż do jego gabinetu prowadziły tylko jedne drzwi… a może w sumie i nie? Hizumi był nieco ekscentryczną postacią, więc może miał tu jakieś ukryte wyjścia czy coś w tym stylu? Tylko właściwie na co niby mogłoby się zdać takie tajne wyjście? To miała być taka opcja w razie W, gdyby po pewnym czasie i jego ktoś zechciałby obalić? Ekspresowa droga ucieczki?
Nie wiedząc, gdzie szukać, schyliłem się i zajrzałem nawet pod biurko. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, ale tak jak wspomniałem wcześniej, brunet był naprawdę ekscentryczny, więc po nim mógłbym się spodziewać właściwie wszystkiego. Oczywiście przestrzeń pod biurkiem była pusta. Dopiero kiedy się prostowałem z półprzysiadu, zauważyłem to, czego szukałem.
Hizumi leżał na jednej z białej kanap ze skórzanym obiciem i… najzwyczajniej w świecie spał. Skulony wcisnął się w oparcie, tak, że kiedy wszedłem do gabinetu, nawet go nie zauważyłem. A ja, cholera, zacząłem już tworzyć jakieś spiski, rebelie, tajne drogi ucieczki i prawie zabrałem się nielegalny podkop, kiedy w rzeczywistości wystarczyło się tylko dobrze rozejrzeć…
Zszedłem z podwyższenia, na którym stało biurko i skierowałem się w stronę przełożonego. Hizumi wyglądał naprawdę uroczo, choć myśl, iż był tak wycieńczony, że zasypiał nawet w pracy tonizowała słodycz tego całego obrazka. Przysiadłem na krawędzi sofy i odgarnąłem przydługie włosy, które w nieładzie zakrywały twarz mężczyzny. Kiedy dotknąłem jego czoła, wystraszony aż momentalnie zabrałem rękę. Był rozpalony. Kiedy odrzuciłem kurtynę jego ciemnych włosów, zauważyłem, że na jego policzkach malowały się rumieńce od wysokiej temperatury. Jego oddech był chrapliwy i nierówny. Brunet wziął głębszy oddech, jednak wtedy coś zarzęziło mu w klatce piersiowej, przez co zaniósł się okropnym kaszlem. Napad kaszlu wyrwał go ze snu. Kiedy już się z nim uporał, spojrzał na mnie skołowany szklistymi, rozszerzonymi w zdziwieniu oczami.
- Zero? Co ty tu robisz…? – zapytał zachrypniętym głosem.
- Jesteś chory! – wycelowałem w niego oskarżycielsko palcem, nie odpowiadając na jego pytanie. – Powinieneś zostać w domu – zauważyłem.
- A kto odwali za mnie robotę? – zaśmiał się pod nosem, uśmiechając słabo. Niemniej, jego śmiech szybko przerodził się w następny napad kaszlu. Mężczyzna położył się z powrotem i zakrył sobie oczy ręką. – Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się tak źle… - mruknął do siebie.
- Tym bardziej nie powinieneś wychodzić z łóżka – zgromiłem go spojrzeniem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu raz jeszcze. – Zgaduję, że od rana nawet nic nie jadłeś – postawiłem swoją teorię, na co Hizumi posłał mi pytające spojrzenie. – Nigdzie nie ma ani jednego talerzyka z ciastem czy choćby papierków po słodyczach – wyjaśniłem.
- Czuję się jak dzieciak, kiedy zaledwie po paru spojrzeniach jesteś w stanie mnie rozgryźć – uśmiechnął się krzywo, jednak jego skrzywienie było bardziej spowodowane złym samopoczuciem niżby moją uwagą.
- Trochę cię już poznałem – rozłożyłem ręce. – Ale mówię poważnie, nie powinieneś przychodzić do pracy w takim stanie. Weź zwolnienie…
- …które sam mam sobie wystawić? – spojrzał na mnie rozbawiony.
- A niby czemu nie? – wzruszyłem ramionami. – Pracę z pewnością da się jakoś rozłożyć na raty, jakoś się z tym uporać… - zacząłem głośno myśleć.
- Masz jakiś pomysł? – podniósł jedną brew w geście zaciekawienia. – W takim razie mnie olśnij, bo możliwe, że przez wieki zarzynałem się bez potrzeby… - z trudem wywindował się do siadu.

***

Odłożyłem kolejną teczkę na drugą, chwiejną kupkę. Rozmasowałem zesztywniały kark i strzeliłem z palców, w których, wydawało mi się, że traciłem już czucie. Litery mieszały mi się w oczach. Definitywnie potrzebowałem przerwy.
Wstałem od stołu i skierowałem się do kuchni. Nalałem wody do elektrycznego czajnika i nasypałem kawy do kubka. Odwróciłem się i ze zdziwieniem zauważyłem, że na blacie stołu zalegają już cztery kubki po kawie. Tak, teraz zdecydowanie byłem już bliski zrozumienia nawyków żywieniowych Hizumiego… Mając tyle do roboty, człowiek po porostu zaczyna myśleć inaczej… nawet jeśli jest potępieńcem.
Donośne kichnięcie i suchy kaszel poinformował mnie o tym, iż właściciel mieszkania obudził się. Chwilę potem zgodnie z moimi oczekiwaniami, drzwi od jego sypialni otworzyły się. Wyjąłem następny kubek, szykując herbatę dla chorego.
- Jak się czujesz? – zapytałem.
- Trochę lepiej – przyznał, opierając się o drzwi lodówki. – Dzięki tobie – posłał mi słaby, wciąż zaspany uśmiech. – A jak tobie idzie z pracą? – zainteresował się.
- Powoli, ale do przodu – nie udało mi się zamaskować tej nuty rezygnacji w moim głosie.
- Teraz, jakby nie patrzeć, stałeś się moim najbliższym i najbardziej zaufanym współpracownikiem – przyjął kubek z naparem ze skinieniem głową w geście podziękowania. – Wiem, że nie powinienem się na to godzić i cię w to wciągać… Wynagrodzę ci to, Zero, obiecuję – spojrzał na mnie przepraszająco zaczerwienionymi, szklistymi oczami.
- Nie musisz mnie za nic przepraszać ani za nic dziękować – pokręciłem głową, ponownie zasiadając do stołu. – Ty od wieków się przepracowujesz i wszystko to wykonujesz sam, podczas gdy ja tylko raz pomogłem ci posortować projekty niecierpiące zwłoki – machnąłem lekceważąco ręką. – Zdaję sobie sprawę, że to dopiero wierzchołek góry lodowej twoich obowiązków – westchnąłem ciężko.
- Ale ty przecież też masz swoje obowiązki – zauważył, dosiadając się do mnie. – Każdy z nas powinien radzić sobie ze swoimi sam. Inaczej nic nie będzie gotowe, wszystko będzie opóźnione, zapanuje istny chaos!...
- Nie pitol – przerwałem mu niegrzecznie. Hizu spojrzał na mnie głęboko zdziwiony. Byłem pewien, że jeszcze nikt nigdy się do niego tak nie odezwał. – Moja praca głównie skupia się teraz na tobie – wzruszyłem ramionami. – Miałem zajmować się promowaniem Piekła 2.0 i to właśnie robię. Jako pierwsze zadanie wyznaczyłem sobie przybliżenie osoby dyrektora naszej spółki wszystkim mieszkańcom, żeby rozwiać wszelkie mity i legendy na twój temat – wyjaśniłem. – Jasne, wszyscy mamy jakieś obowiązki, ale nie oznacza to, że mamy klapki na oczach i musimy wykonywać tylko i wyłącznie swoją robotę i fajrant. Nie zauważyłeś, że chociażby moje i twoje obowiązki nie są sobie równe? Ty masz ich więcej. Na tobie spoczywa większa odpowiedzialność. Z tej racji już dawno temu powinieneś podzielić swoje zadania między innych i dać sobie pomóc – spojrzałem na niego znad kubka z kawą. – Pewnie, rozumiem twoje obawy, że jak wszyscy zaczną mieszać się do wszystkiego i pomagać sobie nawzajem to w gruncie rzeczy nic nie zostanie doprowadzone do końca. Twoje myślenie też ma jakiś sens, ale to nie oznacza, że pomoc innych jest tym, czego powinniśmy się wystrzegać. Czasem przyjęcie pomocnej dłoni może okazać się wręcz zbawcze.
- Rozumiem twój punkt widzenia, jednak musisz też wziąć poprawkę na to, że to wszystko – wskazał na wieżyczki papierowych teczek – to informacje poufne. Nie mogę powierzyć nad tym opieki byle komu. Musisz też zrozumieć, że przez to, na co się porwałeś, też zostaniesz zmuszony do zachowania milczenia w pewnych kwestiach… - skrzywił się nieznacznie.
- Doskonale to rozumiem i w żaden sposób mi to nie przeszkadza – uśmiechnąłem się do niego pokrzepiająco. – Wręcz przeciwnie, cieszę się, że postanowiłeś mi zaufać na tyle, aby pozwolić mi sobie pomóc – pogłębiłem uśmiech. – Poza tym nie mówię, że masz zlecać podobną robotę komu popadnie. Niemniej, nie podlega wątpliwościom fakt, iż powinieneś wybrać sobie jakiś bliskich współpracowników do pomocy. Wiem, że jesteś takim typem, który chciałby przychylić innym nieba, nawet jeśli miałoby to dla ciebie oznaczać wiekuiste tortury, ale serio, Hizumi, przydałoby się, żebyś w końcu zaczął myśleć trochę o sobie – poradziłem mu. – Stworzyłeś Piekło, które jest Rajem dla wszystkich z wyjątkiem ciebie. Tylko ty masz tutaj ciężko – spojrzałem na niego z troską. – Serio, nic tylko się modlić o i do takiego diabła – uśmiechnąłem się zaczepnie, co brunet oddał słabo. – Nie widzisz tego, o czym mówię?
- Chyba nie do końca – pokręcił przecząco głową.
- Potrzebujesz trochę odpoczynku, żeby złapać do tego większy dystans – oświadczyłem pewnie. – Zobaczysz, jeszcze zrozumiesz, o co mi chodzi i jeszcze przyznasz mi rację – puknąłem go palcem wskazującym w tors.
- Jasne… - mruknął nieprzekonany.
- Na początek pokażę ci, jak normalni ludzie spędzają wieczory – zaśmiałem się, ciągnąc go do salonu. Usadziłem go na kanapie i włączyłem telewizor. – Dużo osób lubi oglądać jakieś filmy, wiesz? – przysiadłem się do niego.
- Wyobraź sobie, że już wyrosłem ze średniowiecza – szturchnął mnie. – Poza tym z technologią jestem raczej do przodu. Lubię elektronikę, bo ułatwia… - urwał.
- …pracę – dokończyłem za niego. – Wiedziałem, że powiesz coś podobnego – westchnąłem. – Owszem, elektronika ułatwia pracę, ale daje także rozrywkę – zacząłem skakać po kanałach. – Powinieneś też zbadać tę drugą stronę medalu, którą jak do tej pory skrzętnie ignorowałeś.
Hizumi już nie odpowiedział, gdyż najwyraźniej nie chciał się kłócić, jednak widziałem, że niekoniecznie zgadzał się z moim punktem widzenia. Serio, ten facet naprawdę miał w zwyczaju brać na swoje barki zbyt dużo i w dodatku jeszcze nie wynagradzać się wystarczająco sowicie za wykonaną pracę. Czy to w jakimś stopniu nie był przejaw masochizmu?
W końcu natrafiłem na jakiś film. Musiałem przyznać, że produkcje z Piekła 2.0 były bardzo dobre. Piękne pejzaże, mistrzowskie kadry, utalentowani aktorzy, efekty specjalne, a przy tym także trzymająca się kupy fabuła. To głównie z tego względu dużo potępieńców stawało się fanami kina, nawet jeśli przed śmiercią nie bardzo interesowali się tym gatunkiem rozrywki. Obaj skupiliśmy się na nadawanym właśnie programie.
Nie minęło z dwadzieścia minut, kiedy poczułem jak głowa bruneta zsuwa się na moje ramię. Zdziwiony zauważyłem, że ten znów zasnął. Musiał być naprawdę wykończony chorobą. Kontrolnie przytknąłem rękę do jego czoła, jednak moje zgrabiałe od przerzucania niebotycznej ilości makulatury ręce były zimne i były nieadekwatnym miernikiem. W tym wypadku ostrożnie nachyliłem się nad nim i na moment przytknąłem usta do jego czoła. Z ulgą odnotowałem, że jego temperatura musiała spaść.
Okryłem mężczyznę kocem, który zwisał przerzucony przez oparcie sofy. Sam jeszcze przez chwilę próbowałem skupić się na filmie, ale kiedy produkcja stała się już dla mnie jedynie bezsensowną zbitką wybiórczych scen, poddałem się. Przymknąłem powieki, opierając brodę na czubku głowy Hizu i poszedłem w jego ślady.

***

Obudził mnie przyjemny zapach świeżego pieczywa. Powoli podniosłem się z nagrzanego miejsca, orientując się, że sam jestem przykryty kocem i leżę w najlepsze w salonie imperatora Piekła 2.0. Wciąż jeszcze nie przywykłem do tej myśli…
Mozolnie wygrzebałem się z miejsca i stanąłem na chwiejnych nogach, kierując się do kuchni, gdzie urzędował już właściciel mieszkania, przygotowując śniadanie.
- Dzień dobry – przywitał się zachrypniętym głosem, jednak na jego ustach malował się uśmiech.
- Dobry… - mruknąłem w odpowiedzi i stłumiłem rozdzierające ziewnięcie. Zajrzałem brunetowi przez ramię. – To ty żywisz się czasem czymś innym niż słodycze? – udałem zdziwionego.
- Od święta – zaśmiał się. – Masz na dzisiaj jakieś plany? – zapytał. – Wiesz, nie chciałbym ci zwalać się na głowę z moją robotą, kiedy…
- Pomogę ci – przerwałem mu. – Co prawda będę też potrzebował chwili, żeby zająć się swoimi sprawami, ale oczywiście ci pomogę – zapewniłem.
Brunet posłał mi zawstydzone i przepraszające spojrzenie za razem, jednak dziś oszczędził sobie jawnych protestów. Byłem z tego powodu zadowolony. Zasiedliśmy razem do stołu i w ciszy zaczęliśmy jeść śniadanie. W tym samym czasie wpatrywałem się intensywnie w przełożonego. Ten jakby speszony moim zachowaniem odwrócił wzrok, nie mogąc utrzymać ze mną kontaktu. Taak, coś mi się wydawało, że miałem już wystarczająco informacji, aby w końcu zabrać się za pisanie artykułu.

***

Od kilku dni w naszej korporacji wrzało, a ja nie mogłem spokojnie napić się kawy czy wyjść do toalety, gdyż zaraz ktoś znienacka atakował mnie serią pytań wypowiadanych z prędkością karabinu maszynowego.
- Ej, to o Hizumim, to serio prawda?
- I on taki jest? Ty tak to na poważnie napisałeś czy to jakiś żart? Jaja sobie robiłeś, nie?
- Zero, przyznaj się, napisałeś to, żeby dostać awans, co? Albo gorzej, gdybyś napisał prawdę, mógłbyś mieć przez to kłopoty, nie? Chociaż wiesz… Nie żeby coś, ale mogłeś się trochę bardziej postarać, bo przecież nikt nie uwierzy, że Hizumi to taki potulny baranek…
Wysłuchiwałem różnych bzdur i teorii spiskowych, które kreowali moi współpracownicy. Dla jednych byłem lizusem, drudzy z kolei uparcie twierdzili, że byłem zastraszany, że działałem pod presją… Niezależnie od tego, w co kto wierzył, wszyscy jednakowo mi współczuli – głupoty lub trudnej sytuacji, w której ponoć się znalazłem. Doprawdy, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że potępieńcy mają jakąś szczególną zdolność tworzenia dziwacznych i niestworzonych legend miejskich… To jakaś taka umiejętność, którą zyskiwali „gratis” podczas śmierci czy jak?
Westchnąłem ciężko, przewracając oczyma. Jeszcze tylko chwila i uwolnię się od tego wszystkiego, a cała reszta będzie w stanie zobaczyć na własne oczy, jaka jest prawda.
Spojrzałem na zegarek na własnym przegubie, podrygując nerwowo nogą. Jeszcze moment. Rzuciłem szybkie spojrzenie siedzącemu obok mnie rudzielcowi, który nie poddawał się ogólnej atmosferze podniecenia i ciekawości. Zapewne jak zwykle niedowierzał, że tym razem sam dyktator Piekła 2.0 miał osobiście poprowadzić rozdanie nagród.
W Centrali równo co pięćdziesiąt siedem lat ludzkich odbywała się gala… nie, to może zbyt duże słowo… odbywało się spotkanie o pseudo-podniosłym wydźwięku, podczas którego nagradzano wybitnych pracowników. W zależności od zasług można było zgarnąć prestiżowy uścisk dłoni, dyplom, statuetkę lub nawet awans. Wszystkie wyróżnienia obejmowały także nagrody pieniężne. Zazwyczaj to któryś z członków Rady Nadzorczej przewodził ceremonii, co w mniemaniu Karyu było niesamowicie irytujące. Jemu samemu zdarzyło się być gospodarzem tylko raz i ponoć wspominał to fatalnie. Za każdym następnym razem odnotowywał z ulgą, iż katorżnicze zadanie zostało przydzielone komuś innemu.
Tym razem jednak namówiłem władcę Piekła, żeby pojawił się osobiście. Z początku zapierał się rękami i nogami, iż nie było takiej potrzeby, aby wychodzić z cienia, ale jego dzisiejsze wystąpienie było częścią składową mojego planu, który miał przybliżyć pracownikom postać ich przełożonego. Pierwszą częścią był artykuł, który już został opublikowany i wzbudził wielkie zainteresowanie oraz tak samo wielkie kontrowersje. Z jego powodu od pewnego czasu byłem na językach większej części potępieńców zesłanych do Piekła 2.0. Niektórzy przebąkiwali, że powinienem ponieść karę za obelżywe podejście w stosunku do autorytetu imperatora, gdyż nie mogli pogodzić się z myślą, jak skrajnie różne mogły być ich wyobrażenia o jego osobie od rzeczywistości.
Sam Hizu nawet nie miał okazji przeczytać artykułu zanim ten trafił do prasy. Minęło już kilka dni od jego publikacji, ale mogłem dać sobie rękę uciąć, że ten wciąż go nie przeczytał, gdyż był zbyt zapracowany, żeby znaleźć czas na przeglądanie prasy. Miałem tylko nadzieję, że nie obrazi się za bardzo za to, co o nim napisałem, gdyż Sadako od tej pory spogląda na mnie ze szczerą pogardą i rozczarowaniem. W jej opinii zniszczyłem i poddałem wątpliwościom szacunek, jakim mieszkańcy darzyli bruneta.
W moich oczach wyglądało to zupełnie inaczej. Po prostu przedstawiłem sytuację taką, jaka była. Nie widziałem sensu w utrzymywaniu starych bajeczek przy życiu lub tworzeniu nowych ku „chwale” Hizumiego. To był już najwyższy czas, żeby rozwiać wszelkie zabobony. Wszyscy mieszkańcy Piekła 2.0 powinni być wdzięczni i szanować prawdziwego Hizumiego, a nie jego sztuczną postać, która w dodatku nie miała nic wspólnego z oryginałem. Nie było sensu w wychwalaniu kłamstwa.
Karyu siedział przygarbiony ze znudzoną miną. Pozwolono mi zająć miejsce w pierwszym rzędzie obok niego tylko i wyłącznie za zgodą samego dyrektora, gdyż w końcu nie wchodziłem w skład Rady Zarządu, a więc teoretycznie nie przysługiwało mi tak „zaszczytne” miejsce. W gruncie rzeczy ubiegałem się o nie tylko po to, żeby mieć lepszy widok i w razie czego móc wesprzeć Hizu chociażby delikatnym, pokrzepiającym uśmiechem. Bo przecież będzie się denerwował. Mógł być sobie głównym oponentem samego Boga, prywatnym terapeutą Gabriela, a w wolnych chwilach chociażby i wróżką zębuszką, ale prawda była taka, iż byłem pewien, że brunet będzie zdenerwowany. Wiedziałem to już w chwili, kiedy tylko poddałem mu pomysł wystąpienia publicznego. Cóż, bądź co bądź przemawianie do tłumów było raczej jego słabym punktem… Niezależnie od tego czy był władcą absolutnym Piekła 2.0 czy pomocnikiem Świętego Mikołaja, Hizumi zdecydowanie wolał się izolować niżby integrować z innymi. Każdy z nas ma coś za uszami, prawda?
Rudy też. Mój przewodnik i przyjaciel próbował udawać obojętnego, co wychodziło mu całkiem nieźle, jednak zdradził go papierek po batoniku, który wystawał z jego kieszeni. Skoro Karyu sięgnął po słodycze (a przecież borykał się z cukrzycą), to oznaczało, że emocje jednak brały nad nim górę. Nie skomentował mojego artykułu nawet słowem i właściwie to unikał odzywania się do mnie od czasu, kiedy ten się ukazał w gazecie, jednak teraz mogłam wyraźnie zauważyć, iż ten obawiał się, że mogłem mieć rację. Bał się, że niepotrzebnie mnie strofował, kiedy moje, w jego mniemaniu pokręcone, poglądy mogły okazać się prawdziwe. W końcu gdyby tak nie było, nie siedziałbym sobie teraz wygodnie rozparty na krzesełku w pierwszym rzędzie, tylko chowałbym się gdzieś po kątach, nie? Poza tym pewnie nie odważyłbym się wystąpić do samego imperatora o siedzisko w tak widocznym i ciężkim do przeoczenia miejscu – szczególnie, kiedy stoisz przy mównicy i praktycznie masz mnie naprzeciwko.
Wsłuchując się w przyciszone głosy, w rozmowy prowadzone konspiracyjnym szeptem, słyszałem tak niemożliwe i nierealne teorie, że aż płakać się chciało. Słyszałem, jak jedni klęli na mnie, twierdząc, iż teraz zapewne stałem się pupilkiem przełożonego, zazdroszcząc mi tego, jaką „karierę” zrobiłem w tak krótkim czasie. To była jedna z bardziej gorszących, irytujących teorii. Ale były też śmieszniejsze. Niektórzy domniemali, iż to wszystko jest jakimś projektem, testem, a ja byłem podstawionym człowiekiem Hizumiego i miałem zająć się ocenianiem potępionych. Jeszcze inni z kolei twierdzili, iż możliwym jest, że to ja sam jestem Hizumim i ukartowałem to całe przedstawienie, żeby przetestować pracowników, dokonać jakiegoś testu psychologicznego i zmienić hierarchię obejmowanych urzędów i stanowisk. Miało nastąpić czyszczenie starego systemu w imię przyświecającej, wzniosłej idei zachowania ładu, porządku i sprawiedliwości. Miałem weryfikować czy system działa tak sprawnie, jakbym sobie tego życzył. Wszystko miało być szczegółowo zaplanowane przez mistrza strategii, który ma tylko jednego godnego przeciwnika i jest nim sam Stwórca.
Chociaż jakby tak tego trochę dłużej posłuchać… to nawet trochę pokrzepiające, że inni tak o mnie myśleli, nie?
Raptem wszystkie rozmowy ucichły. Dało się słyszeć głuchy odgłos kroczenia po scenie. W chwilę po tym kotary rozsunęły się, a spomiędzy nich wyłoniła się drobna postać bruneta z plikiem kartek w ręce, które wciąż pospiesznie studiował rozbieganym spojrzeniem. Zapewne był zbyt spięty, żeby chociażby podnieś wzrok na wypełnioną po brzegi salę konferencyjną.
Podszedł do mównicy. Jedna z lamp została wycelowana wprost na niego. Widziałem, jak w stresie mocno zaciskał palce na krawędziach drewnianego blatu. Przełknął z trudem. Dyskretnie próbowałem zwrócić na siebie jego uwagę, aby chociażby minimalnie go wesprzeć. Kilka razy podniosłem się i usiadłem, niby moszcząc się wygodniej na siedzeniu, podnosiłem ręce, niby przeczesując palcami włosy. Mimo to Hizu nawet nie zerknął w moją stronę.
Rozmowy tak jak nagle ucichły, tak samo niespodziewanie z powrotem się rozpoczęły. Tym razem nawet głośniejsze. Dało się wyłapać pojedyncze, oburzone głosy i pojedyncze słowa, takie jak: „oszust”, „nie on”, „inny”, „podstawiony”, „niemożliwe”. To wszystko sprawiło, że wręcz zagotowało się we mnie. Miałem ochotę wstać i wrzasnąć, żeby wszyscy w końcu się zamknęli, bo niezależnie od tego jak wyglądał ich przełożony, ci powinni okazywać mu szacunek. Może nie był zbyt postawny i na pierwszy rzut oka przypominał bardziej dzieciaka niżby jedną z najważniejszych person w uniwersum zaświatów, ale tak w końcu było! Koniec końców Gabriel też nie prezentował się przecież jakoś nadzwyczaj wspaniale i w żadnym aspekcie nie przypominał bobaska z otyłością w kędzierzawej, blond czuprynie. Cóż, widać stereotypy mocno odbiegały od tego, czego mogliśmy oczekiwać od rzeczywistości…
Brunet odczekał chwilę, rozglądając się po zebranych, jednak ci, niczym dzieciaki na apelu szkolnym, nie robili sobie nic z jego obecności i ani myśleli się wyciszyć. Coś w nim drgnęło i zdecydowanie mu się nie spodobało. Zacisnął mocniej palce na drewnianym pulpicie, jednak już nie z nerwów a ze złości.
- Proszę o ciszę – odezwał się nadzwyczaj głęboko i głośno. Nie krzyknął, jednak jego magnetyczny głos miał w sobie siłę trzaśnięcia biczem. Tak jak przy naszym pierwszym spotkaniu odniosłem wrażenie, że ten głos zupełnie nie pasował do jego drobnej postury. – Dziękuję – odezwał się kurtuazyjnie i szybko rzucił okiem na kartki przed sobą, po czym znów wysoko uniósł głowę. Cały jego stres zniknął. Przede mną stała zupełnie inna osoba. Pewien siebie przywódca, imperator, dyktator, ale jednocześnie nie tyran, nie despota. Osoba wyrozumiała, choć wymagająca. – Zdaję sobie sprawę, że dzisiejsze spotkanie jest dla wielu z was dezorganizujące, dlatego właśnie z tego powodu chciałbym uwinąć się z nim możliwie jak najpłynniej, aby nie zajmować wam niepotrzebnie czasu – odezwał się.
Hizumi miał dwie twarze. Udało mi się dobrze rozpracować obie z jego osobowości, które w rezultacie składały się na osobę, którą był. Z jednej strony był zdystansowanym perfekcjonistą-dyrektorem, poważnym i rzeczowym, oddanym swojej pracy przełożonym, a z drugiej strony wyrozumiałym przyjacielem, który chciał zaradzić wszelkiemu złu, nawet jeśli był głównym diabłem w tej korporacji. Pracownicy głównie kojarzyli go z tą „oficjalną twarzą”, gdyż w korespondencjach był bardzo kurtuazyjny, chłodny i profesjonalny. Nie znali tej bardziej przyjaznej części Hizu, która była łatwiejsza do pokochania. To właśnie stąd wzięły się te wszystkie niedorzeczne plotki i mity na jego temat, to właśnie dlatego mimo iż wszyscy go szanowali, to z drugiej strony także się go panicznie bali. A przecież ku temu nie było żadnych powodów i ja już o tym wiedziałem najlepiej.
Z czasem imperator Piekła 2.0 rozluźnił się nieco, gdyż koniec końców nie był typem, który przez cały czas chodził w za ciasnych slipkach. Wiedział, kiedy należało spuścić z tonu. Zaczął przemawiać bardziej przyjaźnie, luźniej. Nie zerkał już tak często na wcześniej przygotowaną przemowę, rzucał jakimiś dygresjami, zabawnymi porównaniami czy umyślnie dobranymi żartami językowymi. Było miło, kameralnie, ale zarazem wciąż oficjalnie. Tak jak powinno być. Miałem nadzieję, że dzięki temu wystąpieniu wszyscy dostrzegą to, co opisałem w moim artykule. Hizumi był na jak najlepszej drodze, aby pokazać im, jak wspaniałą osobą był, że nie należy się go obawiać, ale nie można również go ignorować czy nim pomiatać. W końcu miał swoją dumę. W końcu, z której strony by nie patrzeć, był dyktatorem całego Piekła 2.0.
Przeszło mi przez myśl, że znajdywał się w cholernie trudnym położeniu. Był nietykalny ze względu na swoją pozycję, obładowany niepojętą liczbą obowiązków i przytłaczających go zadań, co skutkowało tym, iż był samotny. Jakby tego jeszcze było mało, w tym wszystkim musiał jeszcze pomagać „tej drugiej stronie”, to znaczy archaniołowi. Gabriel w wolnej chwili wpadał do Piekła, do luksusowych kurortów i prywatnego apartamentu swojego ponoć arcy-wroga, szukał u niego pocieszenia i nadziei na lepsze jutro… podczas gdy brunet był sam. Przez to wszystko wychodziło na to, że nie miał nawet kiedy siąść i zająć się własnymi problemami. Cały czas robił coś dla kogoś innego. Przejmował się nawet takimi drobnostkami, jak moje Orfeuszowe pogonie za utraconą ukochaną. A co dostawał w zamian? Nic dobrego. Podejrzewałem, że mój przełożony trzymał się tylko i wyłącznie właśnie dzięki temu, że nie miał dla siebie czasu. Gdyby wypadł z tej rutyny, w której pracował jak szalony, zapewne załamałby się podobnie jak zrobił to Gabriel, a samotność boleśnie dałaby mu się we znaki. A może już mu się dawała…? Kto wie, w końcu w jego głowie nie siedziałem, prawda? Niemniej, nie ulegało wątpliwościom, że czasem przed zaśnięciem lub tuż po przebudzeniu zdarzyło mu się pomyśleć, iż dobrze byłoby mieć kogoś przy sobie… Zrobiło mi się go z tego powodu żal, ale jednocześnie nabrałem także do niego jeszcze więcej szacunku, zrozumiawszy jak silną osobą musiał być… jak silnym być został niejako zmuszony…

***

- Och, Hizumi jest niesamowity, prawda? – usłyszałem zachwycone głosy kobiet dobiegające z sąsiadującego biura.
- Był taki charyzmatyczny! – nie kryły swojego zachwytu, gdyż rozmawiały na tyle głośno, iż mogłem usłyszeć je nawet z korytarza, kiedy kierowałem się w stronę gabinetu głównego zainteresowanego.
- Kto by pomyślał, że może być taki interesujący?
- I przystojny! Był całkiem niczego sobie, nie?
Wywróciłem oczyma i przyspieszyłem kroku. Teraz już nikt nie pamiętał ani o mnie, ani o moim artykule. Wszyscy żywo komentowali występ Hizu na żywo. Całe szczęście, odbiór był pozytywny, z tego co już zdążyłem zauważyć.
Czmychnąłem do biura dyktatora Piekła 2.0 w chwili, kiedy jego sekretarka odwróciła się po wydruk z drukarki. Przebiegłem niezauważony. Jej uwagę zwrócił dopiero dźwięk towarzyszący otwieraniu drzwi.
- Zero… - usłyszałem za sobą, jednak nie zatrzymałem się.
Byłem jakoś dziwnie rozczarowany postawą Sadako. Wcześniej skarciła mnie za artykuł, co tylko dowodziło tego, iż pomimo tego, że była jego najbliższą współpracownicą i właściwie nieustannie kręciła się w jego towarzystwie, to wciąż nie zdawała sobie sprawę, kim i jaki Hizumi był naprawdę.
- Hej – mruknąłem luźno, wchodząc do gabinetu niemalże jak do siebie. – O, ciasto – wyszczerzyłem się na widok tortu spoczywającego na niskim stoliku do kawy. Tak się zapatrzyłem na smakołyk, iż nawet nie zauważyłem, kiedy brunet do mnie podszedł i trzepnął mnie gazetą w łeb. – Ej, za co to? – obruszyłem się.
- Za artykuł – burknął. – Musiałeś nawet wspominać o tym, jakie ciasto lubię? Serio, nie zostawiłeś na mnie nawet suchej nitki! – spojrzał na mnie urażony.
- Daj spokój, teraz przynajmniej będziesz dostawał więcej ciasta – ponownie wskazałem na pysznie prezentujący się wypiek.
- Szkoda, że jeszcze moich wymiarów nie upubliczniłeś – przewrócił oczyma. – Swoją drogą… nie mówiłem ci, jakie ciasto lubię najbardziej – zauważył.
- Obserwowałem cię – wzruszyłem ramionami i pozwoliłem sobie zająć miejsce na jednej z białych kanap. Hizu dosiadł się do mnie. Usiadł tak blisko, iż nasze uda stykały się. Mężczyzna był z pewnością nachmurzony z powodu tego, co o nim napisałem, ale nie wyglądał jakoby gniewał się bardzo mocno lub planował wyciągnąć z tego powodu jakieś konsekwencje wobec mnie. – Poza tym opisałem tylko moje obiektywne spostrzeżenia – rozłożyłem bezradnie ręce. – Sam chciałeś, żebym był bezstronny i nie kreował cię w żaden określony sposób czy na jakiś ustalony wzór – przypomniałem mu.
- No niby prawda… - mruknął. – Ale te już bardziej prywatne przemyślenia mogłeś zostawić dla siebie… - założył ręce na piersi.
- Jestem rzetelny – wyszczerzyłem się.
- Może aż za nadto szczegółowy, co? – prychnął. – Dziennikarz musi mieć wyczucie i wiedzieć, co należy publikować, a co może sobie podarować – zmrużył oczy.
- Nie jestem dziennikarzem – broniłem się. – Nie pamiętasz? Pracuję w dziale reklamowym – pogłębiłem uśmiech, będąc pewnym swojego zwycięstwa. Brunet już mi nie odpowiedział. Wyglądał na nieco zmieszanego i przygnębionego. – Co jest? – położyłem rękę na jego ramieniu. – Serio aż tak przegiąłem? – przestraszyłem się.
- Nie, no może nie aż tak… - mruknął, uśmiechając się słabo. – Chociaż… Właściwie to jak czytałem te twoje domniemania to pomyślałem, że… że dysponujesz jakość dziwną łatwością czytania ze mnie jak z otwartej księgi… - przyznał cicho.
- Cóż… - wziąłem głębszy oddech. – Już ci powiedziałem, że cię obserwowałem. Uważnie obserwowałem – zaznaczyłem i uśmiechnąłem się nieśmiało, chcąc go jakoś pocieszyć.
…więc jednak był samotny. I zdawał sobie z tego sprawę. Cierpiał. Ale mimo to niezmiennie pozostawał silny. W końcu ktoś musiał, nie? Skoro całe Anielskie Zastępy okazały się bezradne, a Czyściec w istocie był śmietnikiem, w którym niczego nie dało się odnaleźć, to chociażby jedna osoba w tym całym bagnie musiała mieć głowę na karku i stworzyć swoje uporządkowane królestwo na morzu chaosu i bezradności. Niemniej, za to wszystko przychodziło mu płacić wysoką cenę.
- Więc… - mruknął brunet. – To już koniec naszej wspólnej przygody, co? – zaśmiał się nieszczerze. Zapewne chciał przez to rozładować nieco napięcie. – Pewnie dostałeś już następne zadanie do zrealizowania, prawda? – dociekał.
- No niby tak… - przyznałem. – Ale to nie oznacza, że przez to zaraz musimy przestać się widywać, nie? Zawsze będę mógł ci pomagać z pracą, jeśli zajdzie taka potrzeba… – zaoferowałem się. - … i Gabrielem, jeśli będziesz miał problemy – uśmiechnąłem się półgębkiem.
- Do niego zawsze przyda się dodatkowa para rąk i uszu do pomocy! – zaśmiał się. – Dzięki… - mruknął znów przybity.
- Właściwie… - zająknąłem się. – Właściwie to nie widzę powodu, dla którego nasze relacje miałyby się zmienić. Śmiem twierdzić, że nasze zachowanie już dawno odbiegło od kurtuazji panującej w korporacji, a wkroczyliśmy na bardziej osobiste tereny… - mruknąłem nieco nieskładnie. – W każdym razie… - Hizumi zerknął na mnie, a ja się zmieszałem. Trudno mi było wyrazić słowami to, co miałem w głowie… i w sercu. - …po prostu nie chcę, żebyś przestawał się uśmiechać i żebyś znów zamknął się w tych czterech ścianach – przyznałem w końcu.
Brunet spojrzał na mnie zdziwiony. Otworzył szerzej oczy w niedowierzaniu, a ja orientując się, że ten był zbyt nieśmiały i nieporadny w tych kwestiach, żeby coś zrobić, musiałem sam wykonać pierwszy krok. Poza tym to była prawdopodobnie ostatnia szansa, żeby zrobić coś podobnego. Gdybym teraz stąd wyszedł, następnym razem wróciłbym tu tylko po podpis pod jakąś ustawą lub projektem. Wróciłbym do przełożonego. A w tym momencie potrzebowałem kogoś zupełnie innego. On również nie potrzebował pracownika w tej danej chwili.
Zdecydowałem się na dość drastyczny krok, ale w końcu jakoś trzeba było to wszystko zacząć, nie? Cóż, skoki na głęboką wodę są w całkiem w moim stylu... Choć tym razem, całe szczęście, nie musiałem mierzyć się ani z grubą taflą lodu ani trudnościami z oddychaniem. Bo tym razem nie umierałem, a czułem się, jakbym rodził się na nowo. Z innym spojrzeniem na świat… lub raczej zaświaty.
Bezceremonialnie chwyciłem Hizu za przód koszuli i przyciągnąłem go do siebie. Pocałowałem go w usta. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, co się właściwie stało, ale kiedy już doszedł do siebie, oddał pieszczotę i niepewnie objął mnie za szyję. Powoli smakowałem jego ust, dopiero teraz zdając sobie sprawę jak bardzo wyczekiwałem tej chwili. Kiedy ten poczuł się już pewniej, pchnąłem go na kanapę, tak, że leżał pode mną. Zaraz potem nachyliłem się nad nim.
- Podarujemy już sobie te resztę grzeczności przy pseudo-pożegnaniu? – spojrzałem na niego z nadzieją.
- Z przyjemnością – uśmiechnął się, ponownie zaplatając dłonie na moim karku. – Nie wyjdziesz stąd – wyszczerzył się. – Rozkaz przełożonego – zaśmiał się, a w jego oczach dostrzegłem iskierki zadowolenia, które pięknie je rozświetlały. Nie były to już matowe, niemalże martwe oczy, których wzrok przerażał.

- Nie śmiałbym się sprzeciwić, panie dyrektorze – odpowiedziałem ze śmiechem, po czym ponownie złączyłem nasze usta, jednocześnie przesuwając dłoń wzdłuż boku jego ciała.

THE END

...chociaż przydałby się jakiś epilog, co? xD

Oneshot "Cuda dnia codziennego" Koichi x Tsuzuku (Mejibray), Yo-ka x Shoya (DIAURA)

Wedle życzenia post na dzień dziecka C: Niech będzie to taki minimalistyczny prezent ode mnie dla was (chciałabym jeszcze dostawać prezenty na dzień dziecka... ^^'')

Tytuł: „Cuda dnia codziennego”
Paring: Tsuzuku x Koichi (Mejibray), Yo-ka x Shoya (DIAURA)
Typ: oneshot
Gatunek: (mam nadzieję) komedia
Beta: -

Są różni ludzie na tym świecie.
Różni ludzie kochają różne rzeczy.
Niektórzy ludzie są dziwni.
Dziwnymi nazywani są przez rzeczy, które kochają.
Owi niektórzy mają czasem jakieś problemy. Tak dla przykładu, nie potrafią za bardzo dogadać się z własną rasą. W takim wypadku preferują towarzystwo jakiejś innej rasy i, na przykład, obdarzają miłością swoich pupili i zwierzęta domowe.
Ponoć miłość może czynić cuda.
Ponoć cuda mają miejsce co roku w wigilijny wieczór, kiedy to równo o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.
A co jeśli miłość ma naprawdę zdolności cudotwórcze i za jej sprawą nie tylko wigilijny wieczór, ale każdy jeden, najzwyczajniejszy dzień w roku jest swoistym, małym cudem? No właśnie, co wtedy?

Wibracje i pojedyncze, piskliwe piknięcie poinformowało mnie o nowej wiadomości. Wyjąłem telefon i obrzuciłem spojrzeniem wyświetlacz:
Wiadomość od: Kochanie ❤
„Kupiłbyś puszkę tuńczyka, co? Albo najlepiej kawałek świeżego łososia! W osiedlowym widziałem na przecenie!... chociaż w osiedlowym to pewnie świeży to on już nie będzie… Nieważne… w każdym razie sprawdź, co jest w sklepie i tym razem weź na kolację coś DOBREGO! Jeśli znów przyniesiesz mi puszkę szprotek, to sam wepchnę ci je do gardła, a potem podrapię obicie twojej nowej kanapy! Ostrzegam!
~Z wyrazami miłości od twojego ukochanego Kota”

Jak babcię kocham, ja kiedyś uduszę tego sierściucha…
Westchnąłem ciężko i rad, nie rad skierowałem się do osiedlowego sklepu. Łosoś faktycznie nie wyglądał zbyt apetycznie, był już zeschnięty, a więc wolałem nie ryzykować kupnem czegoś, co ZNÓW mogłoby nie pasować jego wysokości Kotu, psia mać… Poza tym, surowy łosoś był strasznie drogi. Starałem się dla tego niewdzięcznego, humorzastego, liniejącego przez cały rok Kocura i naprawdę chciałbym go karmić samym łososiem i kawiorem wedle jego życzenia, jednak mój skromny budżet nie pozwalał mi na to. Z tego powodu tym razem wykosztowałem się jedynie na puszkę tuńczyka i dwa piwa.
Wyszedłem ze sklepu i skierowałem się w stronę mojego bloku. Wdrapałem się na odpowiednie piętro i zadzwoniłem dzwonkiem, gdyż mając w rękach torbę z rzeczami na siłownię, aktówkę z rzeczami potrzebnymi do pracy oraz siatką z zakupami nie mogłem wygrzebać kluczy z kieszeni. Odczekałem chwilę, jednak nic się nie stało. Użyłem dzwonka jeszcze kilkakrotnie, jednak nikt nie pokwapił się, żeby mi otworzyć. W końcu westchnąłem ciężko raz jeszcze, odstawiłem pakunki na podłogę i sam sobie otworzyłem. Kopniakiem posłałem zalegające na klatce schodowej rzeczy na korytarz i podenerwowany wszedłem do mieszkania.
- Ogłuchłeś? – warknąłem do Kota, który jakby nigdy nic siedział z nogą założoną na nogę na kanapie i krytycznie przypatrywał się swoim pazurom.
- Przepraszam, z takim głębokim uczuciem to do mnie się tak odzywasz? – prychnął obruszony.
- Przepraszam, ale z taką głęboką ignorancją to do mnie się tak obnosisz? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – Yo-ka, do cholery, nie proszę przecież o wiele! Mógłbyś się czasem po prostu ruszyć i otworzyć mi drzwi! – zirytowałem się.
- A skąd niby mógłbym wiedzieć, że to ty stoisz za drzwiami? – spojrzał na mnie karcąco. – Przecież nie mamy wizjera w drzwiach! A co, jeśli otworzyłbym nieznajomemu? Wtedy byś mnie skrzyczał! – zaczął lamentować. – A co, jeśli to byłby jakiś złodziej? Co, gdyby ktoś mnie porwał? – futro zjeżyło się na jego puchatym ogonie, który niespokojnie obijał się o boki Kota.
- Yo-ka, błagam cię… Kto niby mógłby cię porwać? – prychnąłem, przewracając oczyma. – Kto by angażowałby całe przedsięwzięcie tylko po to, żeby cię uprowadzić? – machnąłem lekceważąco ręką.
- Jak to kto?! – zeskoczył z kanapy z gracją. – Każdy mógłby to zrobić! – fuknął. – Jestem w końcu rasowym kotem! – wykrzyknął z dumą i wymierzył we mnie oskarżycielsko palcem. – Wiesz, ilu złych ludzi tylko czeka, aby porwać takich jak ja i potem szantażować właścicieli na ogromne sumy okupu? – zbulwersowany ruszył w moim kierunku. – A ty to przecież nawet nie byłbyś w stanie mnie wykupić! Nie masz pieniędzy! – prychnął z pogardą. – A kto wie, co wtedy mogliby ze mną zrobić porywacze… - niemalże chlipnął.
- Nie dramatyzuj i przestań oglądać seriale – skarciłem go, schylając się do torby z przepoconymi ubraniami oraz otwierając pralkę jednocześnie. – Poza tym, jeśli chcesz mieć więcej pieniędzy to przestań cały czas wymagać, żebym ci kupował łososia i zacznij rozglądać się za jakąś pracą dorywczą – poradziłem. Yo-ka nagle zamarł w miejscu i momentalnie odskoczył, cofając się z powrotem z przedpokoju do salonu.
- Shoya, fuj! Jak te twoje ciuchy cuchną! – skrzywił się, zatykając sobie łapą nos. – Czemu ty zawsze tak śmierdzisz? – jęknął. W odpowiedzi jedynie spojrzałem na niego bezsilny. Serio, on mnie kiedyś wykończy… ale przedtem jeszcze puści z torbami! – Poza tym, co ty sobie wyobrażasz? Że niby co ja miałbym robić, jaką niby pracę znaleźć, co? – z marsową minął zaczął krążyć wokół stołu.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami, zamykając pralkę i rozglądając się za proszkiem do prania. – W gruncie rzeczy mógłbyś się zająć czymkolwiek, byleby tylko nie siedzieć bezczynie całymi dniami w domu – skwitowałem. – A tak swoją drogą, wiesz, że Koichi właśnie zalazł sobie pracę? Roznosi teraz gazety – dodałem szybko, zanim zdążył mi przerwać nabzdyczony. – Może nie zarabia kokosów, ale zawsze jakoś pomaga się utrzymać Tsuzuku, a ponad to ma na swoje drobne wydatki – rozłożyłem ręce. – Kupuje sobie karmę, na jaką ma ochotę, nowe zabawki, ubrania, zdobione obroże… - wymieniałem na palcach.
- Ja nie jestem jakimś durnym, zaślinionym kundlem, który zniżyłby się do takiego poziomu, żeby wykonywać taką prostacką robotę! – wykrzyknął ze złością i wskoczył na stół.
- Prostacka czy nie, Koichi ma teraz swój własny budżet i nie musi błagać Tsu o grosze na każdy jeden swój wydatek – wzruszyłem ramionami.
- A propos… skoro już jesteśmy przy temacie – Yo-ka znów skupił się na swoich pazurach. – Potrzebuję farby do futra – oznajmił. – Widzisz, jaki mam odrost? Jak ty o mnie w ogóle dbasz, co? – prychnął, wskazując na własny czubek głowy między sterczącymi uszami. W istocie, między tlenionymi pasmami futra dało się dostrzec ciemny pasek odrostu.
- To sobie idź do pracy i na nią zarób – odłożyłem rzeczy na swoje miejsce. – Idź zapytaj czy nie potrzebują jakiejś pomocy w rybnym, czy coś… - podsunąłem mu pomysł.
- I co jeszcze?! – syknął.
- I zbieraj się do wyjścia – dodałem.
- Co? – zdziwił się. – Gdzie idziemy? – zainteresował się, a cała jego złość, którą jeszcze chwilę temu kipiał, wyparowała w oku mgnienia zastąpiona przez czystą ciekawskość.
- Do parku – wyjaśniłem, a cały jego zapał i entuzjazm opadł. – No dawaj, Yo-ka, musisz zacząć się ruszać. Weterynarz kazał ci zacząć chodzić na spacery, bo przez to leżenie na kanapie robisz się leniwy – wytknąłem mu. – No i nie muszę chyba dodawać, że jak jesz, a się nie ruszasz to przybywa ci też nie tylko zimowego futra… - mruknąłem nieco ciszej.
- Co?! – znów się oburzył. – Insynuujesz, że jestem gruby?! – momentalnie zeskoczył ze stołu. Niefortunnie jednak zbił przy tym ogonem szklankę z wodą, która stała na blacie. Trzask tłuczonego szkła i rozbryzg wody sprawił, że przerażony Kot w jednej chwili znalazł się po drugiej stronie pomieszczenia, trzymając się w okolicach serca, jakby spodziewał się zaraz mieć zawał. – Przepraszam… - jęknął ze skruchą. – Ja nie chciałem… - głos mu się załamał, a wielkie, brązowe oczy o pionowych źrenicach zaszkliły. – Naprawdę nie chciałem… - pociągnął nosem.
- Wiem, że nie chciałeś – powiedziałem spokojnie i podszedłem do wystraszonego chłopaka, przytulając go do siebie. – To był wypadek – pogłaskałem go uspakajająco po głowie. – Następnym razem postaraj się jednak być trochę bardziej ostrożnym, dobrze? – westchnąłem. Kot w odpowiedzi jedynie pokiwał głową.
Yo-ka był charakterny jak większość Kotów. Był wybuchowy, nerwowy i dumny, ale przy tym również bardzo wrażliwy. Niekiedy doprowadzał mnie do szału, jednak koniec końców nie był z niego znowu aż taki najgorszy Kocur. W gruncie rzeczy wiedziałem, że jedynie udaje takiego opornego i hardego, gdyż tak naprawdę był dość strachliwy i kochający. Uwielbiał się pieścić i łasić, jednak sam sobie wyznaczał pewne granice, gdyż tak nakazywała mu jego Kocia duma i honor. Był nieco pokręcony i kłopotliwy, ale pomimo tego wszystkiego i tak go kochałem.
Usadziłem roztrzęsionego Kota na fotelu, a sam zabrałem się za sprzątanie. Jemu nie mogłem tego zlecić, gdyż inaczej obawiałbym się, że jakiś odłamek szkła mógłby skaleczyć mu łapę, co mogłoby być problematyczne. Może nie podejrzewałbym, że skończyłoby się to zaraz sepsą i amputacją, ale sam Yo-ka zapewne miauczałby o tym przez kolejne dwa lata i wypominałby mi to jako wielkie zaniedbanie.
- Jesteś bardzo zły? – zapytał, kiedy wyrzucałem odłamki szkła do śmietnika. Zdziwiony odwróciłem się i spojrzałem na niego. – Shoya, bardzo się gniewasz?... – spojrzał na mnie ze szczerą skruchą.
- Nie, nie gniewam się – przyznałem.
W końcu nigdy nie potrafiłem się na niego złościć. Kiedy spoglądał na mnie taki przestraszony, bliski płaczu, zawsze miękło mi serce. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że i on dobrze o tym wiedział, dlatego czasem wykorzystywał to przeciwko mnie i wysługiwał się mną, jednak nic nie potrafiłem na to poradzić. Taki już po prostu byłem. I taki już po prostu był on.
- Ja… - zająknął się. – Ja może jednak zapytam o tę pracę w rybnym… - mruknął pod nosem.
- Dobrze – skinąłem mu głową. – Ale teraz już się zbierajmy – poleciłem. – Umówiłem się z Tsuzuku na konkretną godzinę. Nie chcę, żeby musiał na nas niepotrzebnie czekać – rzuciłem, kierując się w stronę wyjścia.
Razem opuściliśmy mieszkanie i skierowaliśmy się w stronę niewielkiego parku, który mieścił się w pobliżu. Kiedy tylko przekroczyliśmy bramę, z daleka dostrzegłem rozpartego na ławce bruneta, który przywołał mnie do siebie gestem ręki.
- No proszę, co to za wamp-kot wyszedł na zewnątrz i to w dodatku w pełnym słońcu? – Tsu zaśmiał się na widok Yo-ki, na co ten przewrócił oczyma i bez słowa zajął miejsce obok mnie. – Cześć, Shoya – przywitał się ze mną.
- Cześć – odpowiedziałem i bez zbędnych ceregieli podałem mu jedną z puszek piwa, które uprzednio zabrałem ze sobą.
- Hej, dzięki! – uśmiechnął się szeroko. – To się nazywa dobry przyjaciel! – zaśmiał się.
- Mój właściciel pije piwo w miejscu publicznym… jak zwykły cham, burak i prostak – fuknął Kocur pod nosem. – Świetnie… - burknął niezadowolony.
- Wyluzuj, co? – przewróciłem oczyma. – Bo ci jeszcze policzę za tą szklankę – wytknąłem mu. – I za ten talerz z poprzedniego tygodnia – dodałem. Na te słowa Kot podciągnął nogi pod klatkę piersiową i owinął stopy ogonem, kuląc się w sobie. – Jest piątek, daj odpocząć – rozsiadłem się wygodniej. – Swoją drogą, gdzie Koichi? – zainteresowałem się, zwracając do bruneta i zostawiając urażonego Kocura samego sobie.
- Właśnie tu biegnie – Tsuzuku wskazał na różowowłosego, który w istocie właśnie zmierzał w naszym kierunku z wydzielonego pola do zabawy dla zwierząt.
- Hej, Koichi – przywitałem się.
- Cześć, Shoya! – szczeknął radośnie Pies i od razu wgramolił się na kolana swojego właściciela. – Daj mi się napić! – wydusił zdyszany, wyciągając ręce w kierunku piwa.
- Ej, ej, to nie dla ciebie! – Tsu starał się obronić swoją własność. – Zwierzaki nie mogą pić czegoś takiego!
- Nieważne! Daj mi tylko łyka! – jęknął błagalnie i w końcu dopadł puszki.
- Wystarczy! – brunet odjął różowowłosemu puszkę od ust. Psisko wciąż dyszało ciężko po długim biegu. – Z kim się tam bawisz? – zainteresował się.
- Przyszedł Yoshiatsu i Tomo! – wykrzyknął uradowany Koichi. – I jest też Manabu i Kazuki! O, o, i jest jeszcze ten nowy, ten co się niedawno wprowadził do bloku obok… - zamyślił się na moment. – Ale nie pamiętam jego imienia… - przyznał nieco zażenowany.
- No wiesz co? – Tsuzuku zaśmiał się i pogłaskał pupila po mokrych od potu włosach. – Bawisz się i nawet nie wiesz z kim? – zsunął dłoń na kark Psa, na co ten aż przymknął oczy z zadowolenia. – Hej, może weźmiesz Yo-kę ze sobą i pójdziecie wszyscy razem się pobawić? – zaproponował.
- W porządku! – różowowłosy, który wciąż jeszcze dobrze nie wypoczął, skoczył na równe nogi i nie czekając na odpowiedź Kota, chwycił go za łapę i pociągnął w swoim kierunku. Zdezorientowany Kocur zdążył mi jeszcze posłać przestraszone spojrzenie, na co ja uśmiechnąłem się do niego uspakajająco.
- Serio… Jak ty z nim wytrzymujesz? – zapytał brunet, wskazując brodą mojego pupila.
- Sam się czasem zastanawiam… - przyznałem. – Czasami naprawdę chciałbym mieć przy sobie tak pociesznego Psa jak Koichi… ale w gruncie rzeczy kocham Yo-kę takim, jaki jest – wzruszyłem ramionami.
- Miłość wiele wybacza, co? – zaśmiał się mój towarzysz.
- A tak właściwie… Czemu ty pozwalasz pić Psu piwo? – zdziwiłem się.
- Kurde, sam nie wiem, jak to tak wyszło… - przyznał nieco zmieszany. – Zanim się obejrzałem, ten już zaczął wyciągać mi butelki z lodówki, a w weekendy razem z kapciami, gazetą i puszką dla mnie, niósł też puszkę dla siebie – rozłożył bezradnie ręce. – Z jednej strony fajnie jest się z nim napić, ale z drugiej wiem, że nie powinienem mu na to pozwalać, bo to nie służy jego zdrowiu – skrzywił się nieco.
- To fakt – przyznałem mu rację.
Posiedzieliśmy na ławce i poplotkowaliśmy jeszcze przez chwilę, zanim nasze zwierzaki do nas nie wróciły – zmęczony do granic możliwości Pies i zjeżony Kot. Wziąłem mojego strachliwego kompana pod ramię i pożegnawszy się ze znajomymi, ruszyłem wraz z nim w kierunku domu.
- Yo-ka… - zacząłem.
- Jeśli zamierzasz znów na mnie narzekać, to lepiej w tej chwili zamilcz! – prychnął. – Wciąż tylko na mnie narzekasz i narzekasz! I zachwycasz się, jacy to wszyscy wokół są wspaniali tylko nie ja! – pisnął niemalże płaczliwie, uparcie odwracając głowę w innym kierunku, abym nie mógł spojrzeć w jego twarz.
- Nic podobnego! – zaoponowałem. – Chciałem tylko zapytać, co z tą pracą dorywczą… - sprostowałem.
- Zapytam jutro czy kogoś nie potrzebują… jutro… - niemal chlipnął, na co ja przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem.
- Hej, co jest Kocie? – ująłem jego pyszczek w dwa palce. On usilnie próbował uciekać gdzieś spojrzeniem. – Co to za jakieś oskarżenia, co? – zacieśniłem uścisk wokół jego pasa. – Może i czasem trochę tam na ciebie gadam… - westchnąłem. – Ale ty na mnie też, nie? – wzruszyłem ramionami. – I to nie jest nic złego. Czasem wszyscy mamy siebie dość i musimy sobie choćby trochę ponarzekać i powymyślać – widząc, że jednak niekoniecznie to chciał usłyszeć, dodałem uspakajająco: - No i nie oznacza to, że cię nie kocham albo kocham cię mniej niż kiedykolwiek wcześniej – uśmiechnąłem się i musnąłem jego usta, po czym pogłaskałem go w czułym geście po głowie.
Yo-ka od razu zaczął zadowolony mruczeć. Dwie starsze kobiety, które stały nieopodal potraktowały nas krzywymi spojrzeniami. Do naszych uszu doszły specjalnie głośniej wypowiadane komentarze o tym, jak to można okazywać więcej miłości jakiemuś zwierzęciu niżby innemu człowiekowi. Przewróciłem na to jedynie oczyma. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią i nie zrozumieją pewnych rzeczy. Cóż, ale widocznie tak już musi być… dzięki temu przynajmniej mamy jakąś różnorodność, nie? Nawet jeśli ona sama w sobie czasami nie jest dobrą rzeczą…
Weszliśmy do mieszkania. Podniosłem z podłogi ulotki reklamujące mieszkania do wynajęcia. Pobieżnie przesunąłem wzrokiem po zdjęciach, adresach i cenach.
- Spójrz, to wygląda ładnie! – blondyn wskazał na jedną z ofert. – I całkiem niedrogie! Porównywalne do tego, w którym mieszkamy teraz! – zauważył triumfalnie.
- Zgadza się – mruknąłem, nie podzielając jego entuzjazmu. – Ale tu jest dopisek, że właściciel nie życzy sobie żadnych zwierząt w mieszkaniu – wskazałem na czerwony napis, a Kot momentalnie posmutniał.
Mój pupil, jak i każde inne zwierzę, nie był mistrzem w czytaniu. Skomplikowane znaki kanji były dla niego szczególnie trudne i do czytania, i do pisania ze względu na inne ustawienie kości w kociej łapie. Z tejże racji miał problem z rozszyfrowaniem owego napisu. Niemniej, był bardzo mądrym Kotem, toteż nauczył się mniej więcej rozróżniać ceny. W większości liczył zera na końcu kwoty, ale zapamiętał również różnice między cyframi, a więc trzy nie było dla niego identyczne jak osiem, a sześć jak dziewięć, a numerki na klawiaturze telefonu nie służyły mu jedynie do tworzenia buziek i emotikonów. W gruncie rzeczy nauczył się cen dzięki przesiadywaniu w sklepie rybnym. Wiedział, że nie może naciągnąć mnie na zbyt wiele, dlatego ostro kombinował, żeby pojąć choćby podstawy matematyki… i muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem nieźle, więc mogłem być z niego naprawdę dumny.
- Nie rób takiej miny – szturchnąłem go. – Tutaj też nam się dobrze żyje – rozłożyłem ręce.
- Ale masz tak daleko do pracy… i przez to później wracasz, i wcześniej wychodzisz – wtulił się we mnie. – Tęsknię za tobą przez cały dzień, wiesz? – niemal szepnął, rumieniąc się obficie.
- Ja za tobą też, skarbie – odpowiedziałem i pocałowałem go namiętnie.
I tak już wyglądało moje życie… Wiele osób uważało mnie za dziwaka, ale mnie naprawdę wystarczał mój Kot do szczęścia. Nie szukałem już żadnej innej, drugiej połówki. Byłem szczęśliwy mogąc po prostu z nim przebywać. Jasne, Yo-ka nie był święty… ale w zasadzie, kto by chciał żyć ze świętym pod jednym dachem? Czasem dobrze jest trochę wspólnie pogrzeszyć…
Bo miłość nie wybiera, nie?

Są różni ludzie na tym świecie.
Różni ludzie kochają różne rzeczy.
Niektórzy ludzie są dziwni.
Dziwnymi nazywani są przez rzeczy, które kochają.
Owi niektórzy mają czasem jakieś problemy. Tak dla przykładu, nie potrafią za bardzo dogadać się z własną rasą. W takim wypadku preferują towarzystwo jakiejś innej rasy i, na przykład, obdarzają miłością swoich pupili i zwierzęta domowe.
Ponoć miłość może czynić cuda.
Ponoć cuda mają miejsce co roku w wigilijny wieczór, kiedy to równo o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.
A co jeśli miłość ma naprawdę zdolności cudotwórcze i za jej sprawą nie tylko wigilijny wieczór, ale każdy jeden, najzwyczajniejszy dzień w roku jest swoistym, małym cudem?


No właśnie, co wtedy?

Oneshoot [untitled] Ruki x Uruha (The GazettE)

Lektura obowiązkowa przed rozpoczęciem części właściwej: Zawsze postacią, z którą się utożsamiałam i przez którą przelewałam swoje uczucia był Hizumi. W ostatnim czasie jednak to się zmieniło i moim nowym „naczyniem” stał się Ruki. Nie potrafię dokładnie sprecyzować, dlaczego tak się stało. Może dlatego, że pomimo iż D’espairsRay jest moją miłością, to jednak oni już nie grają, nie są aktywni, a więc powoli schodzą gdzieś w tylne, zapomniane części mojego umysłu. Ponad to w tym samym czasie, kiedy „Hizu-tron” pierwszeństwa się zachwiał powstała „Dogma” i „Undying”, które absolutnie mnie porwały. W ogóle zaczęłam doszukiwać się czegoś głębszego w całym projekcie „Dark Age”. Oczywiście zapewne robię to niesłusznie i daleko mi od założeń twórców, ale tworzenie własnych interpretacji to jedno z moich masochistycznych hobby.
Jakby tego wszystkiego jeszcze było mało od jakiegoś czasu wybrałam się na "polowania" czegoś "głębszego", a więc... cóż, chyba przyda mi się paczka paracetamolu i masa czekolady (a potem godziny na siłowni i hektolitry wylanego potu ^^''). Można powiedzieć, że próbuję pojąć swoje własne, skołtunione myśli, ale wychodzi mi to ze średnim efektem, gdyż sama jak to czytam to raz mam wrażenie, że definitywnie powinnam odstawić wszystkie środki odurzające w trybie natychmiastowym, a kiedy indziej (jak już przesadzę z owymi środkami =.='') to wydaje mi się, że ma to nawet taki nieco głębszy, niewypowiedziany dźwięk, który zawsze chciałam uchwycić... 
Niemniej, teraz jest to dla mnie chwila zwątpienia T^T
Mimo to postanowiłam jednak wstawić tego shota ku chwale Sempaia ♥ oraz głównie z tego powodu, aby was nie zaniedbywać C: (gdyż ostatnia część "Piekła 2.0" jest jeszcze niegotowa i chyba muszę odłożyć nad nią pracę do weekendu, bo tu assessmenty za pasem, jeszcze testy etc.). 
No, w każdym razie zostało wam jeszcze się z cieszyć, że nie widziałyście tego, co stworzyłam na podstawie samej "Dogmy" i "Undying", bo tu dopiero czacha dymi... -.-''  Idę po tą czekoladę, może mi to pomoże (stać się normalną? xD)... xp

Ach, no i za pamięcią (i za pamięć) chciałam serdecznie i z wielką miłością podziękować Szahzei ♥ Nie myśl sobie, że nie czytałam komentarzy pod tymi starszymi postami! Ja czytam wszystko C: Dziękuję ci z całego mojego przegniłego serduszka kochana za tyle miłych słów i motywację ♥

PROSZĘ NIE BIĆ~! ;_;

Tytuł: ?
Paring: Ruki x Uruha (The GazettE)
Gatunek: dziwne
Typ: oneshoot
Beta: -

Czasami naprawdę ogarnia mnie silna, nieodparta chęć skończenia z tym wszystkim. Czasami mam ochotę skończyć z mostu, dać się porwać zimnym, niezbyt delikatnym w obyciu, spienionym dłoniom ciemnej wody. Zwiedzić dno koryta rzeki, przywitać się z własnymi, równie zdesperowanymi i znudzonymi swoją bezsensowną egzystencją poprzednikami.
Witaj, sempai. Jak się dziś miewasz?
Myślę, że obaj czujemy się podobnie – jak rozkładające się zwłoki. Po mnie może wciąż jeszcze nie widać rozpoczętego procesu gnilnego, ale wierz mi, sempai, nie jestem dużo lepszy od ciebie. Mam podobnie robaczywe serce jak i ty.
Z kolei kiedy indziej, kiedy stoję już na tym moście, pozwalając, aby porywisty wiatr rozwiewał mi włosy i wyciskał pojedyncze łzy z oczu, nie umiem się na to porwać. W takich chwilach zdaje mi się, że mętne, blade oczy sempaia, które już dawno pokryły się trupim bielmem i straciły jakikolwiek kolor, spoglądają na mnie nieprzychylnie, jakby ostrzegawczo, niemo próbując odwieść mnie od tego pomysłu. Siadam wtedy na balustradzie mostu i macham nogami nad przepaścią. Nie czuję strachu, lecz żal. Czy potrafiłbym odwrócić się od tego wszystkiego co mam? Nieważne, że jeszcze chwilę temu owe wszystko, co mnie otaczało, co trzymałem w rękach było brunatną cieczą, która trąciła jak kloaka. Bo wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że w istocie było to nic innego jak kloaka. Tkwiłem w niej po same uszy, po czubek kokardy i z czasem wydawało mi się, że zanurzam się w niej coraz głębiej, aż jej cuchnąca tafla zaczyna zamykać się nad moją głową. Niemniej, jest to moja rzecz. Nieważne, że gówno warta. Ale moja. Tylko moja. Dlatego tylko ja mogę zadecydować, co z nią zrobić.
Dyndając tak nogami w pustce oraz przyglądając się jak mój niezawiązany but niebezpiecznie balansuje na czubku moich palców, zaczynam zastanawiać się, dlaczego właściwie miałbym z tym wszystkim skończyć. Wszystkie złe myśli, które jak do tej pory mnie męczyły, wydały mi się w jednej chwili mało ważne. Wciąż nieznośnie bolały, rozpierając się gdzieś pod żebrami, ale zdawały się stracić na znaczeniu. Dlaczego ze względu na nie miałbym zrezygnować ze wszystkich pozytywów życia, odciąć się od dobrych wspomnień? Bądź co bądź było ich kilka. Ta historia z życia wzięta, którą ktoś opowiadał mi na jednej z przerw była naprawdę zabawna. Te kilka wymuszonych uśmiechów, na które musiałem zdobywać się każdego dnia. Kawa przyniesiona przez współpracownika bez wcześniejszej prośby o to – od takie spontaniczne, przyjemne zachowanie. Tak… Kloaka miała tę jedną zaletę, że była ciepła. Brzmi to obrzydliwie, ale taka prawda. Co więcej wiedziałem, co mogłem w niej znaleźć. Czułem się jak na własnych śmieciach; pewny swojego, pewny tego, co może przynieść każdy nadchodzący dzień… Jasne, dla nikogo nie powinno być zdziwieniem, że w kupie gówna można znaleźć jedynie kolejne ekskrementy i nieczystości, które również nie były warte funta kłaków, ale to zawsze było coś. Zimna pustka, do której nieraz tak bardzo pragnąłem się udać, jak sama nazwa wskazywała, jest zimna i pusta. W takim razie lepiej być wciąż żywym, ciepłym człowiekiem z ręką w nocniku czy nieożywionym przedmiotem, odpadkiem, osobliwym meblem zmrożonym w stężeniu pośmiertnym?
No właśnie… chyba warto się nad tym zastanowić – i chyba na te właśnie tory zawsze próbowały mnie nakierować wywrócone do góry białkiem, martwe oczy sempaia. Aż wzdrygnąłem się na myśl o nich. Kto by pomyślał, że moje oczy też mogłyby tak wyglądać, gdybym jednak zdecydował się na tę chłodną pustkę… Znaczy… to nie tak, żeby ktoś z moich znajomych czy rodziny rzucił się z tego mostu. Nie widziałem nawet, żeby ktokolwiek obcy się stąd rzucał, nie byłem świadkiem niczego tragicznego. Wiedziałem jednak, że ktoś kiedyś z pewnością już to zrobił. Nie byłem żadnym protoplastą, jeśli chodziło o myśli o skoku z mostu bez żadnego zabezpieczenia. Nie widziałem też nigdy trupa topielca i raczej wątpiłem, żeby ktoś pozwolił takowym spoczywać na dnie rzeki. Nie wydawało mi się, żeby władze miasta pozostały na to obojętne. Sempai był moim wyimaginowanym towarzyszem. Stworzyłem go we własnym umyśle po to, aby nie czuć się aż tak samotnym wśród tego gąszczu ludzi, który mijał mnie bez zainteresowania.
Sepmai nie miał imienia. Długo nad nim rozmyślałem, jednak ostatecznie żadne do niego nie pasowało. W końcu, dla urozmaicenia, uwierzytelnienia jego osoby w mojej głowie oraz zaciśnięcia więzi nazwałem go Nieodżałowanym. Tak, dokładnie. Skoro sam porwałeś się na taką głupotę, nikt cię nie będzie żałował ani opłakiwał, co sempai?
Uśmiechnąłem się do Nieodżałowanego po raz ostatni. Jego ręka poruszyła się pod wpływem ruchów wody w pokracznej, groteskowej imitacji machania na pożegnanie.
- Trzymaj się, bracie – rzuciłem i zeskoczyłem z barierki.
Na chodnik.
Pochyliłem się nad rozwiązaną sznurówką i zawiązałem ją w mocną kokardkę. Obrzuciłem surowym spojrzeniem własne obuwie. Z jakiej racji tak właściwie chodziłem w takich upapranych butach? To, że w wymiarze mentalnym byłem panem gnojowiska, nie oznaczało, że musiałem afiszować się z tym również w aspekcie fizycznym. Skarciłem się za to w myślach.
Jak każdego dnia, jak co dzień, wypełniając obowiązkową rutynę, ruszyłem do domu. W dziwny sposób delikatnie pokrzepiony. Może nie na tyle, aby odnaleźć sens życia, skakać po łąkach z okrzykiem „Alleluja!” na ustach, ale przynajmniej na tyle, aby potrafić znów zmusić się do kilku nieszczerych uśmiechów dla przechodniów, współpracowników i reszty ludzi, którzy przetaczali się przez moje życie niczym burza – raz intensywniej, raz nieco słabiej, ale zawsze szybko, nie zabawiając w nim nazbyt długo.
Nie wiem, dlaczego pomyślałem, że to dobra rzecz w moim życiu. Z dystansu, który nieraz udawało mi się złapać do własnej egzystencji, wymuszony uśmiech, na który musiałem zdobyć się każdego dnia, był czymś dobrym. Był pewnym przejawem kultury, może nawet swoistego treningu, abym nie zapomniał jak w ogóle się uśmiechać. Zdawało mi się, że taki uśmiech to całkiem przydatna rzecz. Na swój sposób nie pozwalał mi się tak całkowicie stoczyć w przepaść depresji. Gdybym przez cały czas bez przerwy mógł tylko narzekać i pogrążać się, pewnie już dawno dotrzymywałbym towarzystwa Nieodżałowanemu. Ten uśmiech był pewnym zabezpieczeniem, hamulcem.
Niestety nawet najlepsze hamulce mogą kiedyś puścić.
Mam nadzieję jednak, że nie stanie się to zbyt szybko.
Usiadłem do biurka, odstawiając na jego blat kubek ciepłej herbaty. Włączyłem laptopa i przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w tapetę, która w gruncie rzeczy nie przedstawiała niczego konkretnego. W końcu włączyłem pustą, nową stronę. Znudzony wpatrywałem się w dobrze znane ikonki funkcji do formatowania tekstu.
Nic.
W mojej głowie zionęła pustka.
Zimna i nieprzyjemna, podobna do tej, w której już na zawsze utknął sempai.
Jeśli twoja własna, niegdysiejsza pasja cię drażni i męczy to oznacza, że zaczyna dziać się z tobą coś złego.
Od dłuższego czasu starałem się coś napisać, jednak z marnym skutkiem. Przesunąłem palcami po wysłużonych, wklęsłych, wyślizganych klawiszach klawiatury, które niegdyś były matowe. Teraz plastik świecił się w miejscach, w których moje palce maltretowały go najczęściej. Liter i znaków już dawno nie dało się odczytać, gdyż właściwie starły się doszczętnie. Pamiętam, jak oddawałem komputer do czyszczenia do informatyka. Facet był zdziwiony faktem, iż możliwym było doprowadzić klawiaturę komputera do takiego stanu, nie znęcając się przy tym nad nią w jakiś wyszukany sposób, a po prostu używając jej.
Teraz jednak nie mogłem pisać. Kiedyś czekałem z utęsknieniem na powrót do domu, aby w końcu móc rzucić się do klawiatury. Mój powrót obwieszczał głośny stukot klawiszy i odgłos przesuwających się koralików bransoletki po plastikowej obudowie laptopa. Z lubością wsłuchiwałem się w świergot klawiatury, osobliwą piosenkę, którą mógł docenić jedynie prawdziwy zapaleniec słowa pisanego taki jak ja. Sąsiadka zza ściany w bardzo kulturalny i wysublimowany sposób zwróciła mi nawet kiedyś uwagę, że jej dzieci skarżą się, iż nie mogą spać po nocach przeze mnie, gdyż słyszą moje nocne „maratony” pisarskie. Moje palce przesuwały się po klawiszach niczym najlepsi biegacze, instynktownie odnajdując odpowiednie klawisze. Zarywałem noce na pisaniu. Wyrażałem się w ten sposób, żeby nie zwariować, dać upust skołowanym myślom… aby chłodna pustka nie wzięła nade mną góry.
Ale teraz nie mogłem. Zaciąłem się, czułem jakąś wewnętrzną blokadę. Odgłos wciskanych z dużą prędkością klawiszy irytował mnie. Sprawiał, że moje szczęki automatycznie zaciskały się tak mocno, aż czułem ból.
Drażniła mnie moja własna pasja.
Niegdysiejsza.
A więc nie zostawało mi nic innego jak kolejny, bezczynny wieczór spędzony na surfowaniu po Internecie. Pięknie. Matko, jak ja koncertowo potrafię marnować swoje życie…
Nim zdążyłem rozwinąć swój kolejny, depresyjny monolog, rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Bez większego zainteresowania dźwignąłem się z krzesła obrotowego i ruszyłem do przedpokoju. Odemknąłem drzwi, uprzednio nawet nie sprawdzając, kto raczył mnie odwiedzić o tej późnej porze.
- Sempai? – wdusiłem zszokowany na widok całkowicie przemokniętej, drżącej z zimna postaci stojącej w progu moich drzwi.
Moje serce z miejsca ruszyło do dzikiego galopu. Jego wręcz białe dłonie, na których tak drastycznie odcinały się teraz niebiesko-fioletowe żyły, dygotały. Za paznokciami malowała się gruba warstwa brudu. Jego wymięte, mokre ubranie znaczyły błotniste plamy. W szczególności w oczy rzucały się jego umorusany łokcie i kolana, co przywodziło na myśl, jakby ten musiał się czołgać lub wspinać po jakimś błotnistym, stromym zboczu.
- Hej – odezwał się przybysz, odgarniając długie włosy, które zakrywały jego twarz. Krople wody z ich końców ochlapały mnie, zatrzymując się na szkłach moich okularów. Ciemne zacieki na jego policzkach kontrastowały z jego jasną karnacją, przez co jego cera zdawała się być biała niczym kartka papieru. Przede mną w opłakanym stanie stał Uruha. – Wiem, że prezentuję się świetnie, ale… mogę wejść? – zapytał drżącym z zimna głosem.
- J-jasne… - wydusiłem z trudem, ustępując mu miejsca. – Mogę spytać, co ci się stało? – niepewnie krążyłem wokół chłopaka, oglądając go z każdej strony niczym eksponat na wystawie… eksponat w wyjątkowo marnej kondycji.
- Nie – uciął.
- W zasadzie i tak już to zrobiłem – zauważyłem, rozkładając ręce.
- Co nie oznacza, że dostaniesz odpowiedź – rzucił mi zimne spojrzenie martwych oczu.
Dosłownie martwych.
- Przygotuję ci rzeczy – rzuciłem w popłochu, speszony odwracając wzrok i uciekając do sypialni. Nie mogłem wytrzymać jego spojrzenia.
Zgodnie z obietnicą przygotowałem gitarzyście ciuchy, które był zmuszony ode mnie pożyczyć. Całe szczęście miałem w szafie kilka za dużych ubrań oraz rzeczy, które nie należały do mnie. Swego czasu zdarzało się, iż dość często bywaliśmy u siebie nawzajem z innymi członkami zespołu, więc można było powiedzieć, że siłą rzeczy wymieniliśmy się kilkoma parami spodni czy koszulkami. Shima bez słowa przyjął ode mnie stos ciuchów i zniknął w łazience, brocząc za sobą cuchnącą wodą oraz błotem.
No i w kwestii nowej wykładziny to byłoby na tyle.
Ale to nie było teraz najważniejsze.
Jak na szpilkach czekałem, aż Kouyou skończy kąpiel. Kiedy drzwi od łazienki w końcu się otworzyły, Takashima wyglądał tak jak zwykle – a więc lepiej niż większa część populacji ludzkiej. Z kamienną twarzą, która nie wyrażała nic usiadł na krawędzi łóżka. Tknięty nagłym olśnieniem podałem mu moją wciąż ciepłą, niedopitą herbatę. Przyjął ją z minimalistycznym gestem podziękowania w postaci skinienia głową. Ściągnął z łóżka białą narzutę i opatulił się nią po samą szyję.
A ja wpatrywałem się w niego – zdjęty strachem i niepokojem, pełen pytań i niedopowiedzeń, niepotwierdzonych domysłów, w jednej chwili wręcz chory od tego wszystkiego.
- Nie udało mi się – oświadczył niskim głosem.
- Co ci się nie udało? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- No ty chyba powinieneś wiedzieć – oderwał spojrzenie od martwego punktu, w który wpatrywał się przez dłuższą chwilę i w końcu spojrzał na mnie. – A może wiesz, ale nie chcesz uwierzyć… - westchnął, dopijając herbatę do końca. – Nie będę się przed tobą jakoś rzewnie tłumaczył. Po prostu chciałem sprawdzić, co ty w tym widzisz takiego pociągającego – oznajmił.
- Co proszę? – spojrzałem na niego jak na kretyna.
- Myślisz, że naprawdę tak trudno zgadnąć, o czym myślisz, przesiadując każdego dnia na tym moście? – prychnął, uśmiechając się krzywo. – Zdradziło cię też wiele innych, mniejszych rzeczy. Ale kiedy już wiesz, czego szukać, to nie jest już tak trudno dostrzec pewne detale, co? – oddał mi kubek, który ja odstawiłem na biurko. – Swoją drogą, to wciąż nie rozumiem, co ty w tym takiego widzisz. Moim zdaniem to gra nie warta świeczki. Zimno i w ogóle… - wzdrygnął się.
- Chwila, moment! – zerwałem się na równe nogi. – Chcesz mi powiedzieć, że rzuciłeś się z mostu?! – wykrzyknąłem.
- A powiedziałem coś takiego? – spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
- No nie, ale…
- No właśnie – przerwał mi. – Więc nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – zaśmiał się krótko i również wstał, odrzucając przykrycie. – Szczególnie, jeśli chodzi o tematy związane z rzucaniem się z mostu – położył mi rękę na ramieniu. – Nie warto – mruknął.
- Ale to… dlaczego?... Co ci się stało? – dukałem.
- Holowałem zalanego w trupa Reitę z baru do domu, ale on po drodze dostał jakiegoś napadu agresji i zaczął mnie odpychać, co skończyło się tak, że zrzucił mnie ze skarpy – rozłożył ręce z ciężkim westchnięciem. – Zanim się wdrapałem, nasz kochany basista zdążył poczołgać się gdzieś w mrok nocy i zostałem sam – wzruszył ramionami. – Do mnie było bardzo daleko, a nie chciałem tłuc się metrem w takim stanie, więc postanowiłem nawiedzić ciebie – wyjaśnił. – W sumie dobrze się stało, nie? – zamknął mi otwarte usta dwoma palcami. – Miałem przynajmniej powód, żeby chociażby spróbować przemówić ci do rozsądku – zakończył dość wrednym uśmiechem.
Mój mózg chyba nie nadążał z przetwarzaniem informacji…
- Co…? – wydusiłem z siebie zaledwie pojedyncze słowo.
Jego oczy wciąż były matowe i zamglone, choć usta rozciągały się w półuśmieszku. Nie wiedziałem jednak czy aby na pewno ta historyjka z Akirą nie została sklecona na szybko… Nie wiedziałem czy mogłem mu ufać. Bałem się o niego. Nie chciałem, żeby mój przyjaciel zrobił sobie krzywdę.
- Lubię cię, Takanori, ale czasami jesteś oporny na wiedzę jak totalny tłuk – wywrócił oczyma.
Znałem się z nim przecież tyle lat. Tak wiele razy mu pomagałem, a on pomagał mnie. Był moim przyjacielem. A ja jego. Z pewnością tak było. Więc przyszedł tutaj w takim stanie, żeby mnie nastraszyć. Zbudował klimat strachu i niewiedzy na wstępie, aby wzbudzić moje obawy. Nie chciał, żebym zrobił sobie krzywdę. Tak samo jak i ja nie chciałem, żeby coś stało się jemu.
Ukartował to. Przemyślał. Zrobił to specjalnie… prawda? A co jeśli jestem zbyt egoistyczny? Może on wcale nie robił tego dla mnie, a naprawdę mu się po prostu nie udało… Wciąż targały mną wątpliwości. A on to widział. Widział to w tej chwili i śmiał się ze mnie. A ja panikowałem. Nie wiedziałem, co zrobić w tej paskudnej sytuacji. Byłem zagubiony.
Najpierw dobitnie dawał mi do zrozumienia, że właśnie próbował odebrać sobie życie, ale mu się nie udało. W jakiś sposób myśl, że przyczyniłem się do tego, że wybrał skok z mostu wzorując się na moich ostatnich rozmyślaniach wpędzała mnie w poczucie winy. Z drugiej strony zaraz opowiedział mi uspakajającą historyjkę z Suzukim… Nie chciał tego zrobić. Wpadł do wody przez przypadek. To również nie było wesołe, gdyż mogło skończyć się nieciekawie, ale ostatecznie nic mu się nie stało. Wszystko było w porządku… a jednak coś tu nie trzymało się kupy. Coś odstawało od tej góry cuchnącej kloaki. Coś mi nie pasowało. Coś co raziło w oczy jak piękny, kolorowy kwiat o cudownie słodkim zapachu na stercie gnojówki. Chciałoby się powiedzieć, że to przecież niemożliwe, żeby taka przepiękna roślina mogła wyrosnąć w tak paskudnych okolicznościach, a jednak… coś było na rzeczy.
Bo od mostu do Kouyou wcale nie było daleko.
Było bliżej niż do mnie.
Spojrzałem na niego przerażony, z mętlikiem w głowie i czystym obłędem strachu w oczach. Nie wiedziałem, co było prawdą. Miałem ochotę rozpłakać się jak małe dziecko. Rzucić się na niego i okładać pięściami tak długo, aż w końcu powie, co jest prawdą. Modlić się i dziękować wszelkim bożkom, że niezależnie od tego, która wersja zdarzeń była prawdziwa, on stoi tu przede mną cały i zdrowy, choć przemarznięty.
A wtedy trafiła do mnie kolejna rzecz. Przejrzał mnie. Wiedział, o czym myślałem, z czym się zmagałem w ostatnim czasie. Niezależnie czy wymyślił tę historyjkę, czy faktycznie próbował się zabić, przyszedł tu do mnie po to, aby powiedzieć mi, żebym ja tego nie robił. Co za fantazja! Gdzie sens, gdzie logika? Byłem zagubiony jak nigdy dotąd, a on cieszył się z uzyskanych rezultatów. Wiedział, że przechodząc czy choćby spoglądając na most, już za każdym razem będzie przypominać mi się ta niewyjaśniona sytuacja. I jego triumfalny uśmiech. Zagadkowy wyraz twarzy i uparte milczenie, w którym nawet najmniejszym gestem nie chciał mi zdradzić, co jest prawdą, a co kłamstwem.
Geniusz intrygi.
Idiota, który przyprawił mnie niemal o zawał serca.
Strateg doskonały.
Kretyn, którego miałem ochotę okładać po pysku aż do nieprzytomności.
Mój przyjaciel.
Ten, który oszukał śmierć.
Możliwe, że nawet dwa razy.
Wiedział doskonale, że po takim szoku, jaki mi zaserwował, z pewnością już nie porwę się na nic głupiego. Nogi ugięły się pode mną z wrażenia. Shima przyklęknął koło mnie i objął mnie ciasno. Oddałem uścisk, ukrywając twarz w zagłębieniu jego szyi oraz wdychając zapach własnego szamponu z jego włosów. Zatrzęsłem się w jego objęciach niby w ataku febry. Po moich policzkach zaczęły spływać pierwsze łzy.
Tak, to był zdecydowanie dobry czas na łzy.
- Nie waż się mnie odstępować ani na krok – szepnął mi do ucha, po czym złożył na moich drżących wargach czuły pocałunek.