Oneshoot "Inkub" (postacie autorskie)

Tytuł: "Inkub"
Paring: postacie autorskie (imion nie chcę zdradzać na wstępie)
Typ: oneshoot
Gatunek: fantasy, yaoi
Beta: -

Też masz czasem takie wrażenie, że coś stoi za tobą w ciemności i się na ciebie gapi? Obserwuje, upewniając czy śpisz, czy jesteś po prostu tak zdjęty strachem, że nie możesz ruszyć się z miejsca. Przesuwa się bezszelestnie, krążąc po twojej sypialni. Zmienia swoje kształty, raz pojawiając się w przeciwnym kącie pokoju, raz wręcz dysząc ci w kark.
Albo stoi w progu niedomkniętych drzwi łazienki i przygląda się twojej wieczornej toalecie. Nie odwraca speszony wzroku, kiedy rozbierasz się, szykując do kąpieli. W końcu kiedy poirytowany jego bezwstydnością i bezczelnością trzaskasz nieproszonemu gościowi drzwiami przed nosem (zakładając, że ma nos), ten, robiąc ci na złość, uchyla je sobie raz jeszcze. Patrzy.
Albo kroczy za tobą, kiedy wracasz późną porą do domu. Raz depcze ci niemal po piętach, raz krąży gdzieś daleko. Czasem się za tobą wlecze, czasem cię wyprzedza i wyskakuje jak diabeł z pudełka zza ściany następnego budynku, przyprawiając cię przy tym niemal o zawał serca. Nigdy jednak się nie tłumaczy, nie przeprasza; po prostu znika w strugach jasnego światła reflektorów samochodu, który właśnie nadjeżdża z przeciwka.
I tyle, co go widziałeś.
Nie widzisz go dokładnie, czasem nie widzisz wcale, ale wiesz, że tam jest.
Obserwuje.
Gapi się.
Jak zwykle.
Jak zawsze.
Nieraz bywa nieszkodliwy po prostu kręcąc się z boku i od czasu do czasu zaglądając ci przez ramię, kiedy pracujesz na komputerze, czasem jednak potrafi napędzić ci stracha. Bywają też momenty, kiedy irytuje cię, potrącając kubek, który przecież nie spadł sam z siebie czy przekładając rzeczy ze swoich stałych miejsc – bo niby miałbyś uwierzyć, że położyłeś wczoraj te klucze zupełnie gdzie indziej niż ci się wydawało? Wolne żarty… Przecież doskonale jesteś świadomy tego, co robisz; podobnie jak i on.
Ty pewnie nie spotykasz się ze swoimi koszmarami zbyt często, co? Może czasem po obejrzeniu naprawdę mocnego horroru wydaje ci się, że jego cień przesuwający się po ścianie jest jakiś bardziej mroczny, naładowany złą energią… ale to nic wielkiego. Zamykasz oczy, wkładasz słuchawki do uszu, odwracasz się na drugi bok i śpisz – problem rozwiązany.
Nie mogę powiedzieć, żebym robił inaczej. W końcu to niezawodna metoda; nawet dla mnie, dla osoby, która właściwie od zawsze widuje takie rzeczy.
Kiedy notorycznie spotyka się rzeczy, które jak do tej pory cię przerażały, z czasem oswajasz się ze strachem i przestajesz się bać. Bierzesz ten „straszny element” za jedną z części składowych swojej codzienności i przestajesz się nim przejmować – tak było właśnie ze mną.
Nie próbuję ci teraz wmówić, że jestem jakiś super odważny; bo nie jestem. Nie powiem też, że lubię się bać. Jestem po prostu zwykłym nastolatkiem, który, jak to ładnie określają inni, ma bujną wyobraźnię.
Choć może to po części też jest prawda. Jak każdy nastolatek w tym wieku miałem sny dotyczące… no cóż… sami się domyślacie czego, nie?
Przebudziłem się, mając dziwne wrażenie, że ktoś krąży po moim pokoju. Cholera, znowu… Westchnąłem ciężko, zagrzebując się w pościeli po samą szyję i mocno zaciskając oczy, próbując ponownie odpłynąć do krainy snów. Na zewnętrz wciąż było ciemno, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że przydało by się jeszcze trochę zdrzemnąć. Uczucie niepokoju nie mijało jednak z czasem. Wyraźnie słyszałem ostrożnie stawiane kroki. To już nie był jeden z tych niezidentyfikowanych, bezpodstawnych i prawdopodobnie bezkształtnych strachów, które zwykły za mną chodzić. Coś było inaczej niż zwykle, coś było nie tak… mocno nie tak…
Oprócz mnie jedyną osobą w domu była tylko mama. Wątpiłem jednak, żeby rodzicielce nagle zebrało się na nocne spacery po moim pokoju lub zaczęła lunatykować. Nim zdążyłem się jednak namyślić nad tym dłużej, poczułem jak materac załamuje się pod czyimś ciężarem, a ja lekko zsuwam się w jego stronę. Przełknąłem głośno ślinę. Serce zaczęło swój dziki maraton w mojej klatce piersiowej – byłem niemal pewien, że intruz moógł usłyszeć, jak te bije się jak szalone w obręczy żeber. Mimo iż byłem zdjęty strachem, chciałem wiedzieć, z czym miałem do czynienia. Zamierzałem odwrócić się, jednak nim zdążyłem to zrobić, przed moją twarzą wylądowała blada dłoń o rozczapierzonych palcach, na której nieproszony gość najwyraźniej się oparł. Zawisł nade mną. Czułem jego ciepły oddech owiewający moje ucho oraz szyję. Zadrżałem, skupiając się na, póki co, jedynej części nocnego przybysza, którą mogłem dostrzec. Jego palce były szczupłe, długie, zwieńczone długimi paznokciami. Ścięgna były wyraźnie zaznaczone, podobnie jak i niemal wystające kości w nadgarstku. Po budowie dłoni mogłem wnioskować, że nie miałem do czynienia z jakimś umięśnionym oprychem. Co prawda sam nie byłem typem, który często gościł na siłowni, jednak ten fakt nieco mnie uspokoił. Skóra, na którą padał srebrny promień księżycowego światła, wyglądała na bladą wręcz alabastrową; ale co najważniejsze w tym wszystkim zorientowałem się, że owa dłoń należy z pewnością do mężczyzny.
Poczułem, że osoba nachyla się nade mną jeszcze mocniej. Przezornie zamknąłem oczy, udając, że śpię – sam nie wiedziałem czy naiwnie myślałem, że dzięki temu nieproszony gość straci mną zainteresowanie, czy po prostu bałem się spojrzeć mu w twarz.
Jego dłoń wylądowała na moim ramieniu, gładząc je. Spiąłem się, jednak postanowiłem wciąż się nie zdradzać. Dotyk był delikatny. Raczej nie nakierowywał na to, iż osoba siedząca za mną zamierzała mnie skrzywdzić. Zimne palce zsunęły się z materiału koszulki, która robiła mi za piżamę, badając moją skórę. Zacisnąłem zęby z nerwów. Nawet nie wiedziałem, co myśleć, co robić. Błagałem niemo, aby ta dziwna sytuacja w końcu się skończyła, a nocny przybysz stracił zainteresowanie przez mój brak reakcji – tak przynajmniej tłumaczyłem to sobie po fakcie. Właściwie to sam nie jestem pewien, jak można wytłumaczyć moją bierną postawę. Normalny człowiek przecież zerwałby się z miejsca, zaczął krzyczeć, bronić… cokolwiek! A ja potrafiłem jedynie leżeć jak kłoda w łóżku, czekając na samoistny rozwój wydarzeń. W jakiś dziwny sposób byłem sparaliżowany strachem i zawstydzeniem do tego stopnia, iż nie mogłem się ruszyć.
- Nie bój się – usłyszałem niski, wibrujący głos tuż przy uchu, za którym jego właściciel zaraz złożył czuły pocałunek. – Nie zrobię ci krzywdy.
Jego głos był… dziwny. Brzmiał zupełnie tak, jakby ktoś przepuścił go przez jakiś syntezator. Brzmiał tak… nieludzko… Gdybym miał to porównać do czegoś, co znam, to powiedziałbym, że przypominał mi głos, jaki można usłyszeć, kiedy rozmawia się z kimś przez Internet, podczas gdy druga osoba siedzi dość daleko od mikrofonu o bardzo słabej jakości. Dosłownie w jego tonie słychać było jakieś trzaski i szumy, można było też doszukać się pogłosu… Nie umiałem tego wytłumaczyć sobie w żaden logiczny sposób. Jego głos… przerywał nieco – tak, było to najbardziej odpowiednie określenie, jakie mogłem w tej chwili znaleźć. Mówiąc wprost, w wypowiadanych przez niego słowach pojawiały się małe przerwy, zupełnie tak jak wtedy, kiedy rozmawia się z kimś przez telefon, mając słaby zasięg i najlepiej jeszcze podczas jazdy jakimś pojazdem. Pojedyncze głoski jakby zostały przez to usunięte z jego wypowiedzi. Utrudniało to zrozumienie sensu całego zdania, jednak nie powodowało też, że był on w pełni niezrozumiałym bełkotem.
Jego dłoń wędrowała po moim ciele. Gładził mnie po ręku, aby następnie przenieść się na brzuch. Wsunął zimne palce pod moją koszulkę. Jego dotyk nabierał coraz bardziej erotycznego wydźwięku. Spiąłem się jeszcze bardziej, przełykając ślinę z trudem.
Nieproszony gość ułożył się za mną. Czułem jego ciało za własnymi plecami. Odgarnął moje półdługie włosy z karku, aby móc ucałować to miejsce. Jego ręka przesunęła się na moje podbrzusze. Wciągnąłem ze świstem powietrze. Masował mnie w tym miejscu samymi opuszkami palców, które wykonywały koliste ruchy. Wbrew wszelkiej logice, czułem, że powoli zaczynam się podniecać.
Dotknął mojej męskości przez materiał bokserek. Zagryzłem dolną wagę, aby nie wydać z siebie żadnego zdradzieckiego jęku. Wciąż leżałem nieruchomo, niczym sparaliżowany, oczekując w niecierpliwości jego kolejnych posunięć. W jakiś chory sposób podobało mi się to. Pozwalałem, aby robił ze mną, co tylko mu się żywnie podobało.
Jego ruchy przyspieszały, tym samym odbierając mi jasność myślenia. Przestało mnie interesować, kim on właściwie jest, skąd wziął się w mojej sypialni, dlaczego to robi… Jego płeć nie przeszkadzała mi wcale, gdyż już dawno temu odkryłem, iż interesowali mnie chłopcy. Zatracałem się w tej słodkiej rozkoszy, którą mi sprawiał, przestając przejmować się czymkolwiek. Pierwsze ciche westchnięcia zaczęły wydobywać się z moich ust, co było powodem jego krótkiego chichotu. Zaślepiony pustą chęcią zaspokojenia potrzeb, odchyliłem głowę na jego bark. Zamknąłem oczy, aby smakować tę chwilę przyjemności jeszcze dobitniej.
To stało się jednocześnie – jego dłoń wpełzła pod materiał mojej bielizny oraz jego usta przywarły do moich. Miał miękkie, słodkie wargi… dosłownie słodkie. Smakował czymś pysznym, słodkim… zakazanym? Nie wiem, skąd w mojej głowie pojawił się taki epitet, ale wydał mi się w tej chwili być bardzo odpowiednim określeniem. Jęknąłem wprost te cudowne usta, kiedy ujął mocniej moją męskość w dłoni, przyspieszając tempo pieszczoty. Zamglonym wzrokiem widziałem tylko jego szeroki uśmiech o dziwnie niepokojącym wyrazie, w którym prezentował białe, proste zęby o dość nietypowym kształcie – były one stosunkowo wąskie, a długie. Nie ludzkie, ale też nie zwierzęce… dziwne.
Nie rozmyślałem jednak nad tym w tej chwili. Za bardzo skupiony byłem na jego szybkich ruchach dłoni. Dodatkowo zaabsorbował mnie także pasjonującym, głębokim pocałunkiem, zupełnie tak jakby obawiał się, że jeśli tego nie zrobi, nagle wróci mi trzeźwość myślenia i go odtrącę. Poczułem jego język, rozchylający moje wargi. Z trudem starałem się oddawać pocałunki, jednocześnie nie mogąc powstrzymać się od zdradzieckich jęków. Mocniej wtuliłem się w jego ciało, pragnąc w tej chwili ciepła drugiej osoby. Przecież tak niewiele brakowało… jeszcze chwila…
Nie myliłem się. Jeszcze moment takich intensywnych pieszczot i doszedłem wprost w jego zaciśniętą dłoń. Moje mięśnie zesztywniały, a spomiędzy ust wydobył się przeciągły jęk zadowolenia. Wyczerpany opadłem na materac, dysząc ciężko. Mężczyzna ucałował mnie raz jeszcze, lecz tym razem dość krótko, choć czule. Zaraz potem podniósł się z posłania.
- Zobaczymy się jeszcze – obiecał.
Odwróciłem się w jego stronę, aby móc chociaż ujrzeć jego twarz, jednak jego nie było już w pomieszczeniu. Zostałem sam na sam z egipskimi ciemnościami mojej sypialni  i nierównym oddechem.

Obudziłem się, jakby instynktownie rozglądając za tamtym mężczyzną. Nic jednak nie udało mi się dostrzec, gdyż wciąż było ciemno. Wyciągnąłem telefon spod poduszki, orientując się, iż była dopiero trzecia. Matko, litości… zostały mi jeszcze cztery godziny snu.
Byłem wyczerpany. Przypominając sobie to wszystko, ponownie się zarumieniłem. Wywindowałem się do pozycji siedzącej i potarłem twarz dłońmi. Cholera… co to miało być? Sen erotyczny? Póki co nigdy wcześniej nic podobnego mi się nie zdarzyło…
Sięgnąłem pod kołdrę, domyślając się, iż znajdę tam „rezultaty” owego snu, jednak ku mojemu zdziwieniu nie czekała mnie żadna mokra niespodzianka. Co więcej nie byłem nawet podniecony… Co to miało być? Pierwsze objawy impotencji? We śnie dochodzę, a na żywo nie? Chodź z drugiej strony może nawet to dobrze… przynajmniej mniej do sprzątania.
Opadłem z powrotem na poduszkę. Westchnąłem ciężko. Powieki mi ciążyły, jednak wiedziałem, że już nie zasnę. Byłem zbyt roztrzęsiony.
Cóż, w takim razie nie pozostawało mi nic innego, jak czekanie na nadejście świtu…

***

- Leo! Wstawaj! – usłyszałem głos z oddali. Niechętnie otworzyłem oczy, aby zaraz po tym zostać oślepionym przez promienie słoneczne. – Znów się spóźnisz do szkoły! – krzyczała mama, stojąc w progu pokoju z naręczem prania w ręku. – Nie nastawiłeś budzika?
- Nastawiłem… - mruknąłem, sięgając znów po urządzenie pod poduszką. Zegar elektroniczny wskazywał jednak wciąż godzinę trzecią. A to co miało znaczyć? Dziadostwo się zepsuło?
Z bólem serca wygrzebałem się z nagrzanej pościeli. Stanąłem na rozchwianych nogach i ziewnąłem rozdzierająco. Przeciągnąłem się, przy czym mało nie wylądowałem twarzą na podłodze. Wciąż czułem jakąś dziwną słabość w okolicy podbrzusza…
Założyłem mundurek i doprowadziłem się do ładu. Rozczesałem moje brązowe włosy, które sięgały mi już nieco za linię obojczyków. Chwyciłem moją torbę z książkami i ruszyłem po schodach w dół, kierując się do kuchni.
Nieprzytomny, z głową w chmurach wstawiłem wodę na kawę. Nie miałem ochoty jeść. Byłem zbyt zajęty analizowaniem mojego ostatniego snu. Był taki realistyczny… i przyjemny… nigdy nie podejrzewałbym, że sen może sprawić tyle rozkoszy…
Zalałem wrzątkiem kawę rozpuszczalną i oparłem się o kuchenny blat. Odruchowo podniosłem do ust kubek z wciąż gorącym napojem, kiedy mój wzrok nagle wylądował na zegarze cyfrowym wbudowanym w piekarnik. Miałem dziesięć minut do rozpoczęcia lekcji! Z tego wszystkiego aż oparzyłem się kawą, która w efekcie tego wszystkiego wylądowała na podłodze, kiedy ją wyplułem. Nie dbając o to czy kubek zbije się, czy też nie, cisnąłem go wraz z jego całą zawartością do zlewu, wybiegając niczym rażony piorunem do przedpokoju i w ekspresowym tempie zakładając buty. Wypadłem z domu z trzaskiem drzwi, biegnąc co sił w nogach na przystanek autobusowy.
Oczywiście mimo mojego pośpiechu i tak się spóźniłem. Nie było to moje pierwsze spóźnienie, a co więcej spóźniłem się właśnie na zajęcia z moim wychowawcą. Starszy mężczyzna stojący pod tablicą, spojrzał na mnie gniewnie, kiedy dysząc ciężko wpadłem do klasy, bełkocząc pod nosem nieskładne przeprosiny. W efekcie moje zachowanie poskutkowało tym, iż musiałem za karę zostać po lekcjach. Dostałem dyspozycje, nakazujące mi zgłoszenie się po skończeniu planowych zajęć do biblioteki.
Świetnie, po prostu świetnie…

***

To nie tak, że nie lubiłem szkoły. Traktowałem ją, jako zło konieczne, toteż nie zdarzało mi się jakoś często na nią narzekać – niemniej tym razem naprawdę miałem na co. Owym powodem, który mnie do tego zmusił był fakt, iż na zajęciach humanistycznych omawialiśmy erotyki. Same w sobie wiersze może nie były jakieś najgorsze, gdyż tak mało wrażliwa istota jak ja nie potrafiła zrozumieć tych „górnolotnych” metafor, toteż opisy krzaków, jakoś niespecjalnie powodowały wzwód w moich spodniach. Od samych dzieł dużo gorsze były opisy, wyjaśniające tak prostolinijnym troglodytom siedzącym w swoich jaskiniach z padem od konsoli w ręku przez większość swojego życia, czyli potocznie mówiąc większości uczniów, co właściwie autor miał na myśli. No te opisy to akurat na mnie działały… w sensie brzmiały jak dokładny opis pornosa, więc trudno było żebym po takiej lekturze wciąż nie wiedział, o co w tym wszystkim chodziło. Niemniej to też nie było podniecające… raczej niesmaczne i zawstydzające; ale cóż… tematyka dość mocno nawiązywała do mojego pamiętnego snu, co nie dawało mi spokoju i sprawiało, że byłem z lekka skonfundowany…
Znudzony tą bezsensowną gadaniną nauczyciela, położyłem się na ławce. Miałem to szczęście zajmować przedostatnią ławkę przy oknie, toteż skupiłem się na widoku za nim. Na boisku biegali uczniowie młodszych klas, wylewając z siebie siódme poty, aby sprostać wyzwaniom, które postawił im wuefista. Trochę dalej stały ławki, na których zasiadali ci szczęśliwcy, którzy mogli pochwalić się zwolnieniem z wychowania fizycznego lub po prostu mieli okienko i chcąc się nacieszyć wciąż dopisującą pogodą, wyszli na dwór, aby zjeść drugie śniadanie.
Nic nadzwyczajnego.
Powieki zaczęły mi ciążyć. Nie wyspałem się dzisiejszej nocy przez ten dziwny sen… Westchnąłem ciężko, nie marząc o niczym innym, jak o opuszczeniu sali lekcyjnej. Poirytowany spojrzałem na zegarek cyfrowy wiszący nad tablicą, uświadamiając sobie, iż przede mną jeszcze trzydzieści minut katorgi. O ludzie… Niebiosa nie mają dzisiaj dla mnie litości…
Wtem dostrzegłem, że zegar cofnął się o minutę. Zdziwiony tą anomalią, rozejrzałem się po klasie, jednak nikt nie zwrócił na to uwagi. Jeszcze raz skupiłem uwagę na czasomierzu, jednak w tym momencie ten oszalał już zupełnie! Cyfry zaczęły się cofać jak szalone, aż w końcu wyświetlacz zatrzymał się na godzinie trzeciej rano. Uniosłem wysoko brwi w geście zdumienia. Odruchowo sięgnąłem po telefon, który spoczywał w mojej kieszeni i spojrzałem na jego wyświetlacz tak, aby pedagog się nie zorientował.
Trzecia.
Cholera, co się dzieje?! Wszystkie zegary powariowały? Jakieś pole magnetyczne czy jak? Bieguny ziemi się odwracają, zwiastując katastrofę?
A co w tym wszystkim najdziwniejsze nikomu oprócz mnie nie drgnęła nawet powieka. Uczniowie wciąż siedzieli znudzeni na swoich miejscach; jedni notując, inni tylko bazgroląc po marginesach. Chciałem się z powrotem podnieść do pozycji siedzącej… jednak nagle poczułem ciężar na karku, który mi to uniemożliwiał. Miałem wrażenie, jakby ktoś się nade mną nachylał, przytrzymując za ramiona i tym samym dociskając do blatu ławki. Nie mogłem się ruszyć – nawet przekręcić głowy, żeby sprawdzić, kto stał za moimi plecami.
Nie powiem, przestraszyłem się w pierwszej chwili. Wpierw myślałem, że ktoś chciał wyciąć mi żart, myśląc, że zasnąłem, jednak nic nie wskazywało na to. Klasa mnie ignorowała. Nastolatki nie przerywali swoich czynności, podobnie jak nauczyciel, który nieustannie uskuteczniał swój bezsensowny wywód na temat wyższości poezji nad innymi gatunkami literackimi.
- Nie bój się – usłyszałem szept i ciepły oddech, który owiewał mi ucho. – To tylko ja.
Nie trzeba było powtarzać mi tego dwa razy. Z miejsca poznałem ten dziwny głos. To znowu on – mężczyzna z mojego snu.
Mój oddech przyspieszył. Histerycznie próbowałem znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie dla tej sytuacji. Skąd on tu się wziął? Dlaczego pojawił się w momencie, kiedy nie śpię?... Cóż, w tym momencie odpowiedź sama cisnęła się na usta – wychodziło na to, że to jednak nie był tylko sen. Na tę myśl spłonąłem rumieńcem. Niemniej nie wyjaśniało to wciąż, dlaczego nikt nie zauważył intruza i nie zareagował. W końcu bądź co bądź znajdywaliśmy się w szkole, gdzie obcy ludzie nie mieli wstępu – próg budynku mogli przekroczyć jedynie uczniowie, nauczyciele oraz inni pracownicy szkoły; pozwalał na to imienny identyfikator z chipem. Co więcej, jakim cudem znalazł się w klasie? Kiedy wszedł? Nie słyszałem, żeby drzwi się otwierały… No i dlaczego, do cholery, nikt nie reagował, udając, że wszystko jest w porządku?!
- Jesteś spięty – osoba stojąca za mną odezwała się raz jeszcze, powodując, że chaos w mojej głowie stawał się jeszcze trudniejszy do okiełznania. – Rozluźnij się – polecił.
Jego słowa w tej chwili wydały mi się być tak absurdalne, iż miałem ochotę wybuchnąć mu w twarz gromkim śmiechem – o ile mógłbym się odwrócić, rzecz jasna. Poczułem, jak jego dłonie zaczynają przesuwać się po moich barkach, palce uciskać z wyczuciem, jakby w delikatnym masażu. Chwilę potem dołączyły do tego usta, które sunęły z karku w kierunku szyi. Kiedy nieznajomy nachylił się mocniej, po moim ramieniu spłynęła kaskada jego czarnych, długich włosów. Przesuwał wargi coraz niżej, a ja usilnie starałem się nie wydać z siebie żadnego dźwięku, gdyż w mojej głowie pojawiła się jakaś nieuzasadniona obawa, iż jeśli zacznę wzdychać, ktoś w klasie może w końcu zwrócić na nas uwagę. Językiem przesunął po mojej grdyce, na co wzdrygnąłem się – sam nie wiem jednak czy przyczyną tego było jakieś pozytywne uczucie, czy też nie. Znów nie mogłem się przed nim bronić, czułem się bezsilny; z początku także przestraszony, jednak jego pocałunki, dotyk zdawał się mnie w jakiś nielogiczny sposób uspokajać. Zatracałem się w tym i zapominałem o niedorzeczności sytuacji, w której się znalazłem. Kiedy mężczyzna dotarł w okolice mojego prawego obojczyka, poczułem na skórze jego zęby.
Dzwonek.
Nagle – niczym prawdziwy dzwon – rozbrzmiał dzwonek oświadczający koniec lekcji. Ktoś klepnął mnie po plecach, kierując się do wyjścia.
- Wstawaj Leo!- usłyszałem roześmiany głos.
Wyrwany ze snu poderwałem się niczym oparzony z ławki. Wciąż dygocząc po wyimaginowanych przeżyciach, które pamiętałem z tak chorą dokładnością, rozejrzałem się skołowany po klasie.
- No proszę, szanowny panicz Leo raczył się obudzić – syknął humanista. – Widzę, że bardzo zaciekawiła cię poezja, prawda chłopcze? – uśmiechnął się do mnie jadowicie. – Z tegoż oto właśnie powodu oczekuję, że na jutro napiszesz wspaniały referat dotyczący twórczości jednego z omawianych przez nas dzisiaj poetów i wygłosisz go przed klasą – skinął mi głową w geście pożegnania, po czym chwycił dziennik, pusty już kubek po kawie i również wyszedł z sali.
Wciąż zanurzony w wirze własnych myśli, nie przyswoiłem nawet tego, co powiedział do mnie pedagog. Po prostu czym prędzej spakowałem swoje rzeczy i wybiegłem z pomieszczenia.
Cholera, co się ze mną dzieje…?

Dopiero lekcja fizyki (a więc ostatnia lekcja na dziś według planu) wymusiła na mnie racjonalne myślenie. Wtedy dopiero zrozumiałem, jaką karę nałożył na mnie humanista… Uświadamiając to sobie, zakląłem w myślach, przygryzając mocniej długopis oraz jednocześnie próbując uporać się z tymi przeklętymi całkami…

***

Do domu wracałem powoli, niespiesznie. Jakoś nie miałem ochoty rzucić wszystkiego i ochoczo zabrać się za pisanie referatu. Szedłem ze słuchawkami w uszach, wsłuchując się w kolejne takty oraz zagłębiając się w coraz węższe uliczki mojego miasta.
Nie mieszkałem daleko od szkoły, jednak mój dom stał przy takiej „ukrytej” drodze – „ukrytej”, bo w istocie skrywała się ona wśród gąszczu innych osiedlowych dróżek przecinających szare blokowisko. Zamieszkiwałem na końcu jednej z takowych, która była ślepą uliczką. Kierowałem się tylko znanymi sobie skrótami między budynkami. Z czasem, kiedy oddalałem się od głównej ulicy, robiło się coraz ciszej, spokojniej, a w moim widnokręgu pojawiało się coraz mniej ludzi, aż w końcu zostałem sam. Stałem na wyłożonej betonowymi płytami drodze między dwoma budynkami. Nie widziałem żadnej żywej duszy w okolicy – nie oznaczało to jednak, że czułem się, jakbym był sam; wręcz przeciwnie. Znów odniosłem to nieprzyjemne wrażenie, że ktoś się na mnie gapi, obserwuje z ukrycia. Często miewałem takie przeczucia, właściwie to już od dziecka, toteż próbowałem się tym nie przejmować, jednak tym razem było ono naprawdę doskwierające i niemalże krępujące. Zatrzymałem się i zacząłem rozglądać. Wyjąłem jedną słuchawkę i…
Cholera! Mało nie dostałem zawału na stojąco! W tym samym właśnie momencie kierowca auta, które właśnie wjechało w uliczkę, na której środku sobie jakby nigdy nic stałem, trąbnął na mnie, nie mogąc przejechać. Momentalnie uskoczyłem na pobocze. Mężczyzna przejeżdżając obok mnie, popatrzył się na mnie srogo, pukając się palcem w czoło. Nieźle…
Dziś już zaspałem, zasnąłem na lekcji, musiałem zostać po lekcjach, zostałem ukarany karną pracą domową oraz mało nie zostałem rozjechany przez samochód – no i jeszcze te dziwne sny… To ewidentnie nie był mój dzień…
Bez większych rewelacji pokonałem dalszą drogę do domu. Wszedłem do kuchni, witając się zdawkowo z mamą.
- Nareszcie jesteś, Leo! – kobieta uśmiechnęła się do mnie. Ona zawsze tryskała radością… jak to w ogóle było możliwie? W odpowiedzi posłałem jej tylko umęczone spojrzenie. – Chwila, co to jest?... – zatrzymała mnie, kiedy chciałem wyminąć ją i skierować się do swojego pokoju. Rozchyliła kołnierzyk mojej koszuli i przesunęła opuszkami palców po okolicy obojczyka. – Coś cię ugryzło?
Wzruszyłem ramionami, bez większego zainteresowania kierując się do łazienki. Spojrzałem w lustro, przyglądając się wskazanemu przez rodzicielkę miejscu.
- Jak…? – wydusiłem z siebie w szoku.
Otóż na mojej szyi widniało nic innego jak… malinka. Jakim cudem?! Przecież nie mam nikogo, z nikim też się nie obściskiwałem, nie pozwalałem się całkować… Chwila, moment, wróć…! Nagle przypomniałem sobie sen, którym zostałem uraczony podczas lekcji w szkole. Ten mężczyzna… on… pamiętam, wyraźnie czułem wtedy jego zęby na skórze… ale jak to możliwe? Przecież to był tylko sen! A może…
Nie. To był sen. Koniec. Kropka.

Po obiedzie usiadłem do lekcji. Niestety nie garnąłem się do nich jakoś przesadnie. Włączyłem laptopa, w celu pozyskania informacji przydatnych do napisania referatu, jednak kiedy tylko strona z wyszukiwarką internetową załadowała się, straciłem cały zapał. Tylko po to, aby odwlec w czasie nieprzyjemną robotę, sprawdziłem kilka kont na różnych portalach społecznościowych. Nie korzystałem z nich zbyt często. Nie zarywałem nocy, nawalając w klawiaturę, prowadząc pasjonujące rozmowy na chatach. Można powiedzieć, że nie było to w moim stylu, nie podobało mi się to i nie widziałem w tym nic pociągającego – niemniej nie dało się też ukryć, że w gruncie rzeczy byłem odludkiem.
Nie miałem zbyt wielu znajomych. Byłem kiepski w utrzymywaniu bliższych relacji, toteż prędzej czy później wszystkich sprowadzałem do jednego mianownika „dalekiego znajomego”. Nie miałem w zwyczaju gonić za nowinkami technologicznymi, nie obchodziło mnie za bardzo, jaki miałem komputer czy telefon. Nie lubiłem robić sobie zdjęć. Unikałem głośnych miejsc. Lubiłem zaszyć się w pokoju z dobrą książką i kubkiem herbaty. Znacznie bardziej niż na klawiaturze, wolałem pisać ręcznie. Można było zatem powiedzieć, że pomimo mojego młodego wieku byłem staroświecki. Czasem naprawdę myślałem, że powinienem urodzić się w innej epoce, że tak bardzo tu nie pasuję, nie umiem się odnaleźć… Nigdy jednak nie mówiłem o tym głośno. Byłem raczej tym typem osoby, która pozostawia swoje przemyślenia tylko i wyłącznie dla siebie, a nie dzieli się nimi z resztą świata poprzez łącze internetowe.
Wtem coś mnie tknęło. Przypomniało mi się, jak kiedyś czytałem o tym, że ludzie występujący w naszych snach nie są kreaturami wytworzonymi przez naszą wyobraźnię. Ponoć ludzki mózg był niezdolny do stworzenia nowej twarzy od zera. To, jak wyobrażaliśmy sobie postacie z książek czy bohaterów naszych snów, było zlepkiem tego, jak wyglądały osoby, które znamy, było rozmazanym, zniekształconym wspomnieniem twarzy przechodniów. Zacząłem zastanawiać się, skąd wziął się mój „senny prześladowca”. Co prawda nie widziałem jego twarzy, ale… czy to możliwe, abym tak naprawdę śnił o kimś konkretnym? Długie, ciemne włosy, szczupła postura, dłonie o długich palcach… Czy moja podświadomość zdradzała mi coraz więcej szczegółów, które mogłoby mi pomóc w dokładnym, personalnym rozpoznaniu tej osoby? Zdziwiony i jednocześnie zainteresowany własnymi rozmyślaniami, włączyłem listę znajomych na portalu społecznościowym. Przyglądałem się zdjęciom profilowym, licząc, że w końcu mnie olśni, lecz nic podobnego się nie stało. Nikt w jakimś wyróżniającym się stopniu nie pasował do moich wyobrażeń. Więc wychodziło na to, że osoba z mojego snu była po prostu przystojnym nieznajomym, którego spotkałem kiedyś na ulicy? Ładny widok zachował się w mojej pamięci, jednak ze względu na upływający czas i prawdopodobnie szybkie mignięcie jego twarzy w tłumie, nie umiałem dokładnie sobie przypomnieć tego, jak wyglądał – dlatego właśnie skupiłem się na prostszych do przypomnienia detalach takich jak kolor i długość włosów czy pojedyncza dłoń wystająca z kieszeni, która mogła zwrócić moją uwagę w nieznajomym. Nie rozmawialiśmy, więc nie mogłem domyślić się, jak brzmiał oryginalny głos postaci, która teraz nawiedzała mnie w snach. Z tego też powodu w moich uszach jej głos brzmiał dziwnie i nienaturalnie. Może mój rodzony perfekcjonizm nie pozwalał mi wypłynąć na szerokie wody wyobraźni, dlatego wolałem nie idealizować tej osoby, pozostawiając pewne niewiadome pod znakiem zapytania; nie dorabiać do tego swojej filozofii. Jak zwykle chciałem, żeby wszystko było idealnie odwzorowane tak, jak to wyglądało w rzeczywistości, więc postanowiłem zostawić pewne aspekty na temat, których miałem zbyt mało informacji.
Westchnąłem ciężko. Miałem wrażenie, że to wszystko zaczyna mnie przerastać. Może to tylko i wyłącznie moja wyobraźnia, jednak nie da się ukryć, że wzbudzała we mnie porządną dozę niepokoju. Głowa zaczęła mnie od tego boleć. Czy to jest normalne, że ludziom w moim wieku przytrafiają się takie rzeczy?
A może po prostu powinienem dać temu spokój. Jeśli przestanę o tym myśleć, możliwe, że podobna sytuacja z nieproszonym gościem z głębi mojej podświadomości więcej się nie powtórzy. Bądź co bądź to było tylko moje wyobrażenie – im więcej o tym rozmyślałem, tym bardziej sprawiałem, że rosło ono w siłę. Powinienem uspokoić się i skupić na swoich obowiązkach, gdyż w przeciwnym razie zapewne będę częściej karany dodatkowymi pracami domowymi. Nie raz, nie dwa coś irracjonalnego wzbudzało mój strach; a wszystko za sprawą mojej wybujałem wyobraźni i dolewania oliwy do ognia. Sam roztrząsałem własne, urojone mary, zadręczając się nimi – bezcelowo i bezsensownie, rzecz jasna. Powinienem o tym zapomnieć. Ponoć wiek dorastania rządził się własnymi prawami, toteż…
Zmęczony potarłem twarz dłońmi. Zamknąłem wszystkie okna przeglądarki internetowej i podniosłem się z obrotowego krzesła z zamiarem przygotowania sobie herbaty przed rozpoczęciem katorżniczej roboty. Ledwo jednak zdążyłem się podnieść, znów zostałem usadzony na krześle – dosłownie zostałem usadzony; nie usiadłem z powrotem z własnej woli!
Czułem ciepło bijące od drugiej osoby. To, na czym zostałem usadzony czy to, o co się opierałem z pewnością nie przypominało swoją fakturą materiału krzesła. Czułem za sobą naprzemiennie unoszącą się i opadającą klatkę piersiową, która ściśle przylegała do moich pleców. Dostrzegłem także tak dobrze mi już znane szczupłe dłonie, które splotły się na moim brzuchu, obejmując mnie. Poczułem gorące usta muskające moją szyję. Momentalnie zalała mnie fala żaru, a na policzkach wykwitły rumieńce. Zaskoczony, w odruchu samoobrony, próbowałem się wyrwać, jednak uścisk szczupłych dłoni był zbyt silny, abym mógł mu się przeciwstawić.
- To… ty?... – wydusiłem z siebie.
- Spodziewałeś się kogoś innego? – w odpowiedzi usłyszałem ten dziwaczny, roześmiany, jakby przerywany i pełen szumów głos.
- N-nie… - odparłem w jakimś dziwnym poczuciu powinności usprawiedliwienia się.
Tym razem nie oponowałem, nie stawiałem się. Pozwalałem na to, aby zimne opuszki palców ślizgały się pod moją koszulką, aby miękkie usta znaczyły moją skórę. Zagryzałem wargi, aby żaden jęk czy westchnienie nie wydostało się spomiędzy nich. Mimo iż było to w pewien sposób przyjemne, próbowałem to ignorować. Powtarzałem sobie do upadłego, że to jedynie kolejny sen, moja wyobraźnia, nad którą mogę zapanować. Próbowałem przekonać sam siebie, iż jeśli uda mi się uspokoić i odzyskać nad sobą kontrolę, wszystko wróci do normalności.
Brunet nie narzekał, jednak w jakiś niejasny sposób mogłem wyczuć jego zaskoczenie zmianą mojego zachowania. Zdawało się, że chciał sprawdzić, na jak wiele może sobie pozwolić, gdzie znajduje się moja granica wytrzymałości, gdyż jego posunięcia z czasem stawały się coraz bardziej niecierpliwe. Jedna z jego dłoni zsunęła się na moje krocze, masując je przez materiał spodni. Odchyliłem głowę na jego bark, zagryzając wargi aż do krwi, aby powstrzymać się od odgłosów, które mogłoby go usatysfakcjonować. Nie udało mi się jednak zapanować nad oddechem, który znacznie przyspieszył. Wciąż starałem się oddychać przez nos, jednak moja klatka piersiowa unosiła się w dużo szybszym tempie.
- W co ty sobie pogrywasz? – zaśmiał mi się do ucha, owiewając je gorącym oddechem.
Próbowałem zająć swoje myśli czymś innym, jednak nie było to proste – tym bardziej, że ruchy jego palców przybierały na sile i szybkości. Starałem się myśleć o szkole, domu, sprawach codziennych… niestety obecność tego mężczyzny była zbyt przytłaczająca, abym mógł się na tym skupić. Jego zapach, ciepło, sama świadomość jego obecności – wszystkie te rzeczy działały na mnie niczym czynniki dezorientujące. W chwili, w której się pojawiał, przestawałem jasno myśleć, stawałem się uległy. Jedynymi dwoma myślami, które figurowały w moim umyśle podczas naszego spotkania było to, jak jest mi dobrze oraz on sam.
Nagle zdałem sobie sprawę, jak często o nim myślałem. W dodatku długowłosy wydawał się być niesamowicie realną postacią w moich myślach. Czytałem wiele książek, toteż często zdarzało mi się układać swoje własne scenariusze przed zaśnięciem, zastanawiać się nad losami nieistniejących postaci… z tej właśnie racji wiedziałem, że rozmyślania o fikcyjnych postaciach są raczej ulotne, lekkie i nie miałem w zwyczaju przywiązywać do nich jakiejś większej uwagi. Inaczej było, kiedy rozmyślałem o kimś, kogo znałem w rzeczywistym świecie; o znajomych z klasy, mamie czy nauczycielach… Uświadomiłem sobie, że ten mój „nieproszony gość” figurował w moim umyśle jako fizyczna osoba. Moja podświadomość uznała go za realną osobę, mimo iż przecież taki nie był…
- To nie jest sen – mruknął mi do ucha, rozpinając guzik moich spodni.
- C-co?... –wydusiłem z siebie.
- Przestań wmawiać sobie, że jestem wytworem twojej wyobraźni – przesunął językiem po krawędzi mojego ucha, na co zadrżałem w jego objęciach. – Bo nim nie jestem.
Przesunął jednym palcem po całej długości mojej erekcji wciąż kryjącej się pod materiałem bokserek. Na moment zapomniałem o samokontroli, przez co spomiędzy moich ust wydobyło się ciche jęknięcie. Byłem pewny, że był to powód, dla którego na twarzy bruneta za moimi plecami pojawił się zwycięski uśmiech.
- K-kim… je… jesteś? – wydukałem, kiedy masował żołądź mojego penisa, sprawiając mi tym samym wiele przyjemności.
- Nie zawracaj tym sobie głowy. To nie jest istotne – odparł szybko.
- W takim razie… Ach! – jęknąłem, kiedy ujął moją męskość w dłoń i zaczął mnie onanizować. – Jak masz… na imię? – mimo dość patowego położenia, w którym się znajdywałem, próbowałem się czegoś o nim dowiedzieć.
- Jak mam na imię? – zaśmiał się. – Cóż… Nazywam się…
- Leo! – usłyszałem kobiecy krzyk nad moją głową. – Leo, obudź się! – matka szarpnęła mnie za ramię, wyrywając ze snu i tym samym podrywając z biurka, na którym usnąłem. – Jest trzecia w nocy, a u ciebie dalej pali się światło! – zganiła mnie. Spojrzałem na nią skołowany, przecierając pięściami oczy. – Znowu przesiadujesz przed komputerem po nocach – westchnęła z dezaprobatą. – No, już, idź się wykąp i do łóżka, bo rano będzie powtórka z dzisiejszego poranka i nie wstaniesz na czas – spojrzała na mnie surowo.
W odpowiedzi jedynie skinąłem jej głową, nie chcąc się kłócić. Usta miałem zlepione, zaschnięte, a gardło wyschnięte na wiór; męczyło mnie ogromne pragnienie. Z trudem dźwignąłem się na nogi, po czym skierowałem do łazienki.
Odkręcając już kurek z ciepłą wodą, uświadomiłem sobie, że była to jak dotąd najdłuższa rozmowa, jaką udało mi się przeprowadzić z moim pojawiającym się z nikąd… gwałcicielem? Czy mogłem go określić takim mianem? W sumie… jakby nie patrzeć… słabo mu się opierałem. Co więcej czerpałem przyjemność z jego poczynań, ale z drugiej strony wciąż robił to wbrew mojej woli, więc…
- Cholera! – wrzasnąłem, opierając rozgrzane czoło o zimne kafelki.
Przez to, że rodzicielka mnie obudziła, nie poznałem jego imienia…

***

W ostatnim czasie miałem coraz większe problemy ze skupieniem się. Nie słuchając nauczyciela, rysowałem w zeszycie różne ujęcia dłoni, która tak często dotykała mnie w ostatnim czasie. Byłem tak zaabsorbowany swoim zajęciem, iż nawet nie zauważyłem, kiedy lekcja zleciała i po raz kolejny dzisiejszego dnia rozbrzmiał dzwonek. Uczniowie nie czekając na przyzwolenie geografa, podnieśli się z głośnym szuraniem ze swoich krzeseł i zaczęli pakować swoje książki. Jakby nigdy nic poszedłem w ich ślady.
- Przygotowałeś się do wygłoszenia referatu? – zapytał Urehara, przechodząc obok mojej ławki.
Nie kumplowałem się z tym chłopakiem. To nie tak, że się nie lubiliśmy… można było powiedzieć, iż po prostu wzajemnie ignorowaliśmy swoją obecność w tej klasie. Rozmawialiśmy, kiedy musieliśmy, a więc kiedy zmuszeni byliśmy pracować w grupie. Oprócz tego nie rozmawialiśmy dużo. Zdarzało się, że nawet nie mówiliśmy sobie „cześć” na korytarzu – teraz jednak wyglądało na to, iż chłopak chciał się zdrzemnąć podczas lekcji, gdyż zapewne nie interesowali go poeci. W sumie to i podobnie jak i mnie… Monotonne paplanie zestresowanego ucznia wpływało usypiająco na pozostałych. Zgadywałem, że chciał się tylko utwierdzić w tym, iż bez większych przeszkód będzie mógł odpłynąć myślami gdzieś daleko podczas lekcji języka japońskiego.
Dla mnie jednak następna godzina lekcyjna nie malowała się tak sielankowo. Powód, dla którego miałem podczas niej prawdopodobnie zostać pozbawiony głowy był jeden; zapomniałem na śmierć o tym nieszczęsnym referacie. Jak zwykle mój nieproszony gość zjawił się w najmniej odpowiednim momencie, przez co traciłem dla niego głowę… a teraz naprawdę zaczynałem poważnie się bać, iż mogłem ją stracić w dokładnym tego słowa znaczeniu za sprawą humanisty.
Przerwa była zbyt krótka, aby przygotować się do wygłoszenia referatu – tym bardziej, kiedy pedagog oczekiwał po mnie solidnej pracy, którą mógłbym zrekompensować mu swoje „niewybaczalne” zachowanie. Ucieczka z lekcji, jak zdawałem sobie sprawę, mogłaby jedynie jeszcze bardziej pogorszyć moją sytuację. W takim wypadku nie zostało mi nic innego, jak cierpliwe zniesienie wrzasków nauczyciela i nie reagowanie na wyzywanie od nierobów. Cóż, choć trzeba było przyznać, że w ostatnim czasie nie garnąłem się jakoś do pracy…
Po sprawdzeniu listy obecności, filolog japoński spojrzał na mnie z krzywym uśmiechem. Na moje nieszczęśnie nie był jednak na tyle błyskotliwym człowiekiem, aby domyślić się po moim umęczonym wyrazie twarzy, że prawdopodobnie coś poszło nie tak… a jedyną rzeczą, która w obecnym wypadku mogła pójść nie tak było to, iż z jakiś przyczyn nie odrobiłem karnego zadania domowego.
Humanista niemalże siłą wypchnął mnie na środek sali, mimo iż w dość dyskretny i podprogowy sposób próbowałem dać mu do zrozumienia, że nie miałem, co wygłaszać. Mimo moich usilnych protestów i zarzekania się, że naprawdę nie ma takiej potrzeby, abym sterczał na środku klasy, ten nie odpuścił, wystawiając mnie na ostrzał spojrzeń pozostałych uczniów.
- A ty tak bez żadnych notatek? – zauważył pedagog.
Westchnąłem ciężko. W końcu zaczynało mu coś świtać w tym siwym czerepie – szkoda jednak, że tak późno… Niemniej, już chciałem przyznać otwarcie, iż nie przygotowałem się do dzisiejszego wystąpienia, kiedy nagle poczułem jak ktoś obejmuje mnie jedną ręką na wysokości pasa. Druga dłoń osoby stojącej za mną zawędrowała aż na wysokość mojej twarzy, przykładając mi palec wskazujący do ust w uciszającym geście.
- Pomogę ci – rozpoznałem ten charakterystyczny głos. – Po prostu powtarzaj za mną.
Tym razem pomimo obecności bruneta czas nie zatrzymał się, tak jak miało to w zwyczaju dziać się wcześniej. Stałem tak skrępowany na środku sali – po części skrępowany przez własne nerwy, po części przez oplatające mnie ręce – i powtarzałem słowo po słowie za moim dziwnym towarzyszem. Ten z kolei miał już ułożoną całą mowę; i to nie byle jaką dodam. Wyszukane słownictwo, szczegółowe informacje, tytuły, nazwiska, daty, nazwy miejscowości, nazwy dzieł i ich opisy, podsumowanie dorobków twórczości poszczególnych poetów… aż w pewnym momencie zacząłem się cieszyć, że sam nie odrobiłem tej pracy domowej, gdyż mnie samemu nigdy zapewne nie udałoby się ułożyć tak dobrego referatu.
Kiedy mężczyzna za mną zamilkł, niepewnie rozejrzałem się po klasie. Nauczyciel był w ciężkim szoku. Poczułem, jak uścisk, w którym trwałem, poluzował się. Obejrzałem się za siebie, licząc na to, że tym razem może chociaż mignie mi jego twarz przed oczami, jednak okazałem się nie być wystarczająco szybki. Kiedy spojrzałem za siebie, dojrzałem jedynie czarną, kredową tablicę, na której został zapisany jedynie temat lekcji.
Wciąż oszołomiony humanista poklepał mnie po plecach, kierując się w stronę biurka.
- Nie można było tak od razu? – uśmiechnął się półgębkiem.
Wskazał mi ponownie moją ławkę, tym samym pozwalając mi zająć swoje miejsce. Nigdy nie byłem typem mówcy. Nie lubiłem występować publicznie, gdyż w gruncie rzeczy nie czułem, jakbym miał coś ważnego do przekazania jakiejś znacznej liczbie osób. Przemawianie przed innymi stresowało mnie, jednak teraz znów byłem tak skupiony na moim brunecie, iż nawet nie zastanawiałem się nad dyskomfortem, jaki powodują u mnie wystąpienia. Zdałem sobie sprawę, że czując ciepło jego ciała za plecami, jego gorący oddech na policzku oraz słysząc ten specyficzny głos, którym szeptał mi wprost do ucha, nie zastanawiałem się nad niczym innym. Skupiłem się na wiernym powtarzaniu jego słów oraz przyjemnym poczuciu bezpieczeństwa, jakie dawała mi świadomość trwania w jego objęciach.
Jak on na mnie wpływał… to było niesamowite… i chore! Nie mogłem się z tym oswoić…
Przez resztę lekcji znów jedynie wpatrywałem się w okno…

***

Liczyłem na to, że będziemy mieli okazję porozmawiać w domu, ale mężczyzna nie pojawiał się. W końcu zdecydowałem się sam jakoś go przywołać… i słowo „jakoś” jest tu jak najbardziej adekwatne. Moja mama została po godzinach w pracy, więc próbowałem przywołać go mówiąc głośno. Potem próbowałem czegoś w rodzaju telepatii, gdyż starałem się mówić do niego w myślach. W akcie desperacji nawet otworzyłem szafę, choć sam nie wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Może zakorzeniony we mnie za dzieciaka przesąd, że wszystkie potwory siedzą właśnie w szafie skłonił mnie do tego. Chociaż… jakby popatrzeć z innej strony, on nie był potworem… Bądź co bądź okazał się być bardzo pomocny… kimkolwiek by w istocie nie był.
Czekałem na niego w łóżku, rozmyślałem o nim przed zaśnięciem, aby móc spotkać go we śnie, jednak tym razem nic się nie wydarzyło. Tak bardzo chciałem porozmawiać z nim raz jeszcze… podziękować za pomoc… usłyszeć ten magnetyczny głos, od którego już się uzależniłem… poczuć na swoim ciele gorące dłonie i miękkie usta…
Całą noc nie mogłem z tego powodu zasnąć. Poirytowany tym faktem, wyciągnąłem telefon spod poduszki. Wyświetlacz poinformował mnie, iż była godzina trzecia – znów. Tym razem jednak urządzenie działało prawidłowo, o czym poinformowała mnie zaraz zmieniająca się cyferka, która uwzględniała upływ minut. Westchnąłem cierpiętniczo. Dlaczego akurat teraz, kiedy chciałem się z nim spotkać, on nie przychodził? Kiedy marzyłem o chwili spokoju, błagałem w myślach, aby dał mi chwilę wytchnienia, ten jak na złość wyskakiwał jak diabeł z pudełka, rozbijając mój cały dzienny plan.  A może… Może to był taki jego plan działania? Może, kiedy przestałem się już opierać, przestałem także go interesować?
Nie, to irracjonalne… jak cała ta sytuacja zresztą!
Wyjaśnienie było jednak proste i jednoznaczne – byłem zwykłym czubkiem; tyle w temacie.

***

Minęło kilka dni. Mama w ostatnim czasie dostawała dużo nocnych zmian, toteż coraz więcej wieczorów spędzałem samotnie. Dziś było podobnie. Znudzony i w jakiś dziwny sposób zdemotywowany zrobiłem sobie herbatę w ramach kolacji, gdyż nie chciało mi się gotować. Pech jednak chciał, że potknąłem się o fałdę zmarszczonego dywanu w salonie, kiedy kierowałem się z gorącym naparem w stronę schodów. Rozlałem część zawartości kubka. Sapnąłem wściekle, odstawiając naczynie na ławę przed telewizorem i wracając się po ścierkę do kuchni, aby wytrzeć podłogę. Podniosłem rąbek dywanu, gdyż ten mi przeszkadzał w sprzątaniu, kiedy… nagle coś zwróciło moją uwagę. Zainteresowany podniosłem dywan, orientując się, że na podłodze jest coś narysowane. Czarny, regularny, misterny znak zamknięty w okręgu, przez co przypominał nieco mandalę. Nie przypominałem sobie jednak, żebym widział podobną ozdobę wcześniej. Skąd to się, do ciężkiej cholery, wzięło w takim miejscu? W dodatku pod dywanem… wyglądało, jakby ktoś chciał ukryć ten znak… Ale niby kto? Mama? To niedorzeczne… Ja sam aż do tej pory nic o tym nie wiedziałem, więc znajdywałem się poza gronem podejrzanych.
Ostatnią osobą, która przychodziła mi na myśl był mój wyimaginowany brunet… ale przecież on był jedynie wytworem mojej chorej psychiki! Cholera, chyba czas skończyć z czytaniem kryminałów, ot co! Zaczynałem od tego wszystkiego wariować! Jeszcze chwila i wywiozą mnie stąd w białym kaftanie!
Rozdrażniony moim własnym myśleniem i zachowaniem, zabrałem się za wycieranie plamy, obiecując sobie, że zapytam mamę o tę anomalię, kiedy ta rano wróci z pracy. Czując jednak jak wciąż buzuje we mnie gniew, wykonywałem zamaszyste ruchy, przez co naruszyłem czarny znak, przerywając go.
Niemal w tym samym momencie, w którym zorientowałem się, co zrobiłem, poczułem przytłaczający ciężar na plecach, przez który przewróciłem się, lądując twarzą na podłodze. Momentalnie poczułem na karku tak dobrze znane mi, gorące usta, których nie mogłem pomylić z żadnymi innymi.
- Dawno się nie widzieliśmy, prawda? – usłyszałem ten charakterystyczny głos.
- To ty! – zawołałem na wpół spanikowany, na współ rozradowany… jakbym miał jeszcze z czego się cieszyć. Próbowałem przekręcić się pod mężczyzną, aby w końcu zobaczyć jego twarz, jednak ten szybko unieruchomił mnie, dociskając moją głowę do podłogi. – Chcę cię zobaczyć! – jasno wyraziłem swoje żądanie. – Chcę wiedzieć kim jesteś, znać twoje imię! Chcę wiedzieć, czemu cię nie było przez te wszystkie dni!
Kiedy już wypowiedziałem te słowa, nagle jakby przeraziłem się. Miałem kilka dni spokoju od moich halucynacji… Kilka dni z życia normalnego człowieka. Jednak teraz on ostatecznie wrócił. Rozmawiałem z moim wyimaginowanym towarzyszem, czując jego ciężar na swoich biodrach oraz silną dłoń, która nie pozwalała mi się ruszać. Czytałem kiedyś, że ludzie zdolni są do czucia, na przykład, nogi, którą stracili, tylko ze względu na to, że wyobrażają sobie, że wciąż ją mają. Siła oraz chęć wiary sprawiała czasami, że czuli także bodźce zewnętrzne, których tak naprawdę nie generowało otoczenie. Nieświadomie samookaleczali się, będąc przy tym święcie przekonanymi, że krzywdę zrobił im ktoś inny. To ponoć już wyższe stadium choroby umysłowej. Może to był już najwyższy czas, abym zaciągnął pomocy specjalisty?
- W życiu nie zawsze dostajemy tego, czego chcemy, czyż nie? – usłyszałem melodyjną odpowiedź. Brunet zdawał się wyśmienicie bawić.
Znieruchomiałem. Zagryzłem wewnętrzną stronę policzka, nie wiedząc, co się ze mną dzieje. A może ja to wszystko sobie zmyśliłem? Może wszystko to, co mnie otacza było wykreowanym przeze mnie światem, a ja tak naprawdę, no nie wiem, leżę w śpiączce? Jak miałem odróżnić, co jest prawdą, a co kłamstwem? Jakie kryteria miałem przyjąć i czym się kierować, kiedy w chwili obecnej byłem już tak skołowany i zagubiony, że nie wiedziałem, w co wierzyć? Równie dobrze wszystko mogło być ułudą! A może… może ja w ogóle nie żyję? Może to nie jest życie, a… coś innego? Może to mężczyzna siedzący na mnie okrakiem wymyślił sobie mnie, a nie ja jego?
- Proszę… - wydusiłem z siebie z trudem, będąc bliskim łez. – Chcę tylko wiedzieć, że jesteś prawdziwy… - szepnąłem.
Wesołe nucenie ucichło nad moją głową. Zdawało się, że moje słowa trafiły do mężczyzny. Ten przez chwilę wahał się, jednak ostatecznie podniósł się odrobinę, pozwalając mi tym samym obrócić się pod nim. To był pierwszy raz, kiedy mogłem na niego spojrzeć.
Tak jak już mogłem zauważyć, miał długie, czarne włosy, które sięgały mu mniej więcej połowy długości klatki piersiowej. Był szczupły, ale nie wątły. W dodatku dało czuć się od niego jakąś aurę buzującej siły fizycznej, przez co doskonale zdawałem sobie sprawę, że jedno z jego szczupłych ramion bez problemu mogłoby mnie podnieść. Miał ostre rysy twarzy, mocno zarysowane kości policzkowe. Cerę miał bladą, wręcz alabastrową, ale zarazem nie pergaminową; idealną, niepoznaczoną żadnymi niedoskonałościami takimi jak naczynka czy blizny. Usta miał pełne, choć bardzo blade, prawie w ogóle nie odznaczające się kolorem na tej bezbarwnej twarzy. Rozciągnięte były w delikatnym, choć zadziornym uśmieszku, przez co cały grymas jego twarzy nabierał przebiegłego wyrazu. Nos był szczupły, lekko zadarty. Jednak najbardziej zwracającym uwagę elementem były jego oczy – ogromne, niemalże idealnie okrągłe, okraszone gęstymi i ciemnymi wachlarzami rzęs. Nie byłoby w tym jeszcze nic dziwnego, gdyby nie to, że całe jego oczy były czarne. Tęczówek nie dało rozróżnić się od źrenicy, a białek nie było widać wcale. Na środku oka, tam gdzie normalnie powinna znajdować się źrenica, figurowała jedynie malutka biała kropka niewiększa od główki szpilki. Była ona widoczna tylko dzięki kontrastowi, jaki stanowiły te dwa przeciwstawne kolory.
Był idealny, wręcz perfekcyjny. Nigdy wcześniej nie widziałem tak pięknego człowieka. Wszystko w nim wydawało się być dokładnie przemyślane i zaplanowane tak, aby cieszyło ludzkie oko – zupełnie tak, jakby był projektem, a nie człowiekiem. Jego uroda przewyższała nawet moje najbardziej górnolotne marzenia i wyobrażenia. Z drugiej strony jednak spoglądanie na taki żywy ideał wprawiało mnie w dyskomfort, gdyż w porównaniu do niego ja miałem swoje wady – które dodatkowo zdawały się urosnąć w moim własnym odczuciu, sprawiając, że czułem się dużo gorszy.
- Moje imię to Neah – przedstawił się wreszcie.
W tym momencie poczułem, jak coś we mnie pękło. Wyciągnąłem w jego stronę dłoń i przesunąłem opuszkami palców po jego delikatnej skórze. Do oczu napłynęły mi łzy, których już nie mogłem powstrzymać.
On był prawdziwy! Niezależnie od tego, co mogliby mi powiedzieć teraz inni, on był prawdziwy! Mogłem go dotknąć, zobaczyć! Był prawdziwy, ponieważ chciałem wierzyć, że taki był! Pokrzepiony tą myślą, odsunąłem od siebie te nieprzyjemne, wcześniejsze rozmyślania, w których dopatrywałem się u siebie choroby psychicznej. Nie zwariowałem! On był tu naprawdę!
Neah nachylił się nade mną, obejmując czule. Cudownie było móc w końcu oddać uścisk. Oplotłem ramionami jego szyję, chowając twarz w jej zagłębieniu oraz wdychając jego charakterystyczną woń. Jego zapach był trudny do zidentyfikowania, jednak czułem w nim jakąś wyraźną, ostrą, jakby mroźną nutę, która działała na mnie wręcz elektryzująco.
- Kim… kim jesteś? – zapytałem raz jeszcze. – Skąd się wziąłeś w moim domu? Co się stało wtedy w klasie? Czemu nikt oprócz mnie cię wtedy nie zauważył? – już chciałem pytać o kolejne interesujące mnie rzeczy, ale brunet zatkał mi dłonią usta.
- Masz ci los… Odpowiesz na jedno pytanie, dostaniesz następnych dwadzieścia… - jęknął.
- Odpowiedz! – zażądałem.
Mężczyzna spojrzał na mnie rozbawiony. Przez chwilę zdawało się, iż w rzeczywistości coś powie, ale w ostateczności jedynie nachylił się i pocałował mnie raz jeszcze. Szykował się do zejścia ze mnie, jednak tym razem naprawdę miałem dość. Zamierzałem w końcu wziąć sprawę w swoje ręce i uzyskać odpowiedzi, których tak bardzo pragnąłem. Przewaliłem bruneta na plecy, sam siadając na nim okrakiem i dociskając go do podłogi. Spojrzałem na niego twardo, posyłając mu tym samym nieme żądanie, aby zaczął w końcu mówić. Neah wyglądał na zdziwionego. Z pewnością nie spodziewał się, że odważę się na coś podobnego, gdyż jak dotąd byłem mu bardzo uległy i posłuszny. Niestety jego szok nie trwał długo. Grymas zdradzający zaskoczenie szybko został zastąpiony przez przewrotny uśmieszek. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, po czym jednym sprawnym ruchem odrzucił moje przedramię, które dociskałem do jego gardła, aby się nie ruszał. Długie palce zacisnęły się mocno na moim nadgarstku, znacząc go czerwonymi śladami. Syknąłem z bólu. Nim zdążyłem się obejrzeć, brunet wywindował się do siadu. Chwycił mnie za przód koszulki i wstając, jednocześnie podniósł mnie jedną ręką. Poczułem, że tracę grunt pod nogami, a materiał ubrania napina się, zaciskając wokół mojego gardła, przez co ciężko było mi oddychać. Na jego twarzy niby wciąż figurował krzywy uśmiech, jednak widziałem po nim, że nie było mu już do śmiechu. Zdenerwowałem go.
- A może sam w końcu włączyłbyś myślenie, hm? – spojrzał na mnie krzywo. – Ktoś nie chce mnie w tym domu; z pewnością nie jesteś to ty… więc kto jeszcze został? – pokręciłem głową w akcie protestu, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Nie mogłem przyjąć do wiadomości, że moja matka mogła mieć coś wspólnego z całą tą chorą sprawą. – Pentagramy same z siebie nie biorą się w ludzkich domach, wiesz? – prychnął rozdrażniony, po czym puścił mnie, popychając na kanapę. Uderzyłem się porządnie o podłokietnik w głowę, przez co zawyłem z bólu. Z trudem wywindowałem się do pozycji siedzącej, aby spojrzeć na bruneta, który stał z założonymi rękami i najwidoczniej czekał aż zacznę łączyć fakty, tym samym odnajdując odpowiedzi na własne pytania.
- Pentagramy? – powtórzyłem zszokowany. Neah przewrócił oczyma, krzywiąc się.
- Skojarz słowo „pentagram” z czymś – fuknął. – Nie uwierzę, jeśli powiesz mi, że nigdy nie słyszałeś o tym w telewizji ani nie czytałeś o tym w jednej ze swoich książek – sapnął ciężko. – I jak? Świta już coś? – spojrzał na mnie pobłażliwie.
- Ale… - zająknąłem się. – Jak?... Przecież pentagramy… - tylko tyle udało mi się z siebie wydusić. Nie mogłem tego wszystkiego ogarnąć.
- Jasne, masz rację, przeciętny człowiek nie zna się na pentagramach i ma mylne o nich pojęcie – wzruszył ramionami. – Nie zmienia to jednak faktu, że poprawnie identyfikujecie je z pewnymi istotami – rozłożył ręce. – Ale tak dla jasności: pentagram nie zawsze działa jak wrota, które otwierają drogę. Odpowiedni pentagram może też zamknąć pewne ścieżki – rzucił, po czym odwrócił się do mnie tyłem, uznając rozmowę za zakończoną.
- Chwila, moment! – rzuciłem się za nim. – Próbujesz mi wmówić, że jesteś demonem? – spojrzałem na niego jak na wariata. – I co z tym wszystkim ma wspólnego moja matka? Chcesz powiedzieć, że kobieta, która mnie urodziła i z którą mieszkam pod jednym dachem para się jakimiś czarnomagicznymi obrzędami? – złapałem go za ramię.
Mężczyzna odwrócił się przez ramię i spojrzał na mnie zza kurtyny ciemnych włosów. Przez moment wpatrywał się we mnie beznamiętnie, po czym powoli przymknął powieki. W chwili, kiedy to zrobił, zapadła ciemność. Przez moment otaczał mnie niczym niezmącony mrok, przez co spanikowałem. Nie wiedziałem, co znów się ze mną działo. Moje serce zaczęło bić szybciej. Wszystko to jednak trwało nie dłużej niż mrugnięcie oka, gdyż chwilę potem obudziłem się we własnym łóżku. Zdyszany momentalnie podniosłem się do siadu. Przeczesałem palcami mokre od potu włosy, próbując uspokoić oddech. Roztrzęsionymi dłońmi sięgnąłem pod poduszkę, szukając telefonu. Zegarek cyfrowy poinformował mnie, iż była godzina trzecia w nocy – znowu.
Cholera…
Pozostawało teraz tylko pytanie czy to wszystko przypadkiem nie było snem, moim urojeniem… Czy tak bardzo znów chciałem spotkać tego mężczyznę, że mój mózg zaczął generować o nim tak realistyczne sny?
Ale przecież nie pamiętałem, żebym się kładł do łóżka. Co więcej wciąż byłem w zwykłych, codziennych ubraniach a nie w piżamie.
Aby przekonać się, co było prawdą, a co nie pozostawało mi jedno wyjście – sprawdzić to na własnej skórze. Szybko wygrzebałem się z łóżka i zbiegłem po schodach do salonu. Włączyłem światło i… cóż, więcej chyba nie trzeba mi było. Na podłodze dywan wciąż był odsunięty pod ścianę, a na środku jasnej podłogi widniał ciemny malunek.
Czy powinienem porozmawiać o tym z mamą?
Ostatecznie zdecydowałem się jednak ułożyć dywan na jego poprzednim miejscu. Nie naprawiłem pentagramu, zostawiając go przerwanym. Wiedziałem, że dzięki temu Neah znów będzie mógł mnie odwiedzić… Czy cieszyłem się z tego? A może raczej obawiałem się tego? Sam do końca nie byłem pewien…
Uprzątnąłem salon rychło w czas. Akurat w momencie, kiedy się wyprostowałem, klucz w zamku przekręcił się, a w progu drzwi wejściowych stanęła moja rodzicielka. Kobieta spojrzała na mnie zdziwiona, podobnie jak i ja na nią.
- Leo, jeszcze nie śpisz? – zapytała.
- Zaschło mi w gardle – skłamałem. – Zasnąłem nad książkami – wytłumaczyłem się pod naciskiem jej pytającego spojrzenia, które odnosiło się do mojego pogniecionego ubrania. – A ty czemu wróciłaś tak późno? – zainteresowałem się.
- Musiałam zajść do sklepu – matka zamknęła za sobą drzwi, na moment odwracając się do mnie tyłem. Niemniej odniosłem dziwne wrażenie, że zrobiła to głównie dlatego, iż nie chciała, abym widział jej twarz. Możliwe, że mógłbym wtedy zbyt szybko dostrzec, że kłamie.
- O trzeciej w nocy? – dociekałem. – Co kupuje się o trzeciej w nocy? – podszedłem do niej i bez pardonu wyrwałem jej reklamówkę, którą ściskała w ręku. – Świeczki? – zdziwiłem się.
- Była przecena – kobieta uśmiechnęła się sztucznie, wzruszając ramionami i udając, że nic się nie stało, zupełnie tak, jakby była to normalna rzecz. – Powinieneś się już położyć, Leo – odebrała ode mnie swoją własność. – Jest już naprawdę późno – minęła mnie, kierując się do jadalni, gdzie na stole zostawiła zakupy. – Dobranoc, synku – uśmiechnęła się do mnie ciepło.
- Dobranoc… mamo… - mruknąłem nieprzekonany, po czym powoli powlokłem się po schodach na górę do swojego pokoju.

***

Następnego dnia obudziłem się dopiero w południe. Całe szczęście była już sobota, toteż mogłem pozwolić sobie na takie słodkie lenistwo. Jeszcze przez długą chwilę po przebudzeniu leżałem w łóżku, dochodząc do siebie. W ostatnim czasie mało sypiałem, a w dodatku w mojej głowie panował istny chaos, co zbierało teraz swoje żniwa w postaci zmęczenia. Niemniej niepokojąca cisza, która panowała w domu wzbudzała we mnie zbyt wiele podejrzeń, żebym mógł po prostu bezczynnie leżeć. W końcu dźwignąłem się z materaca i zszedłem na parter. Zorientowałem się, że dom był pusty – znowu byłem sam. Na stole w jadalni znalazłem kartkę z informacją, że moja rodzicielka znów wyszła do pracy i wróci dopiero późnym wieczorem. Nigdy wcześniej nie poddawałem jej słów wątpliwościom. Nie miałem ku temu żadnych powodów, jednak… teraz zaczynałem się zastanawiać czy moja matka przypadkiem nie zasłaniała się pracą, podczas gdy swój czas przeznaczała na coś innego. W ostatnim czasie coś dużo zdarzało jej się brać nadgodzin… Nigdy wcześniej nie przykładała się AŻ tak pieczołowicie do wykonywanej pracy. Na pierwszym miejscu zawsze stawiała dom i rodzinę… aż do teraz.
Plasnąłem drzwiami lodówki, za którymi nagle zmaterializował się Neah. Ze strachu aż podskoczyłem w miejscu.
- Mógłbyś tak łaskawie przestać pojawiać się znikąd? – spojrzałem na niego z przyganą. – Dostanę zawału serca przez ciebie! – wycelowałem w niego oskarżycielsko palcem wskazującym.
- Mógłbym – zgodził się, na co ja odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej jeden problem z głowy… - Nie rób takiej miny – zaśmiał się. – Potwierdziłem jedynie, że jest to dla mnie możliwe do wykonania zadanie, a nie że będę stosował się do twojego żądania – prychnął. – Nie rozmawiałeś z nią wczoraj – zauważył, zmieniając temat. Orientując się, do czego dążył, spuściłem głowę, zagryzając jednocześnie wargi. – Ale zaczynasz mi wierzyć… - odezwał się łagodniej. – To dobrze – uśmiechnął się już nie tak krzywo jak wczoraj.
- Dlaczego nie możesz mi po prostu odpowiedzieć na moje pytania wprost? – spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Wprost? – demon podniósł nonszalancko jedną brew. – Uwierz mi, zrobiłbym to, gdybym znał interesujące cię odpowiedzi – rozłożył bezradnie ręce.
- Chwila… Chcesz mi powiedzieć, że ty też tego nie wiesz? – spojrzałem na niego z niedowierzaniem wypisanym na twarzy.
- Skąd mam wiedzieć, dlaczego twoja matka para się okultyzmem i to w dodatku potrafi się nim umiejętnie posługiwać? – wzruszył szczupłymi ramionami. – Prześladuję ciebie a nie ją – wyszczerzył się ohydnie. – To jasne, że chce cię chronić, ale skąd ma wiedzę, jak to robić, tego nie mam pojęcia – wzruszył ramionami raz jeszcze.
- „Chronić”? – powtórzyłem po nim. – To znaczy, że… chcesz mnie skrzywdzić? – wydukałem z trudem.
- Czy nie miałem wystarczająco wiele okazji, aby to zrobić? – spojrzał na mnie znudzony. – Gdybym chciał to zrobić, zrobiłbym to już dawno – przewrócił oczyma.
- Więc… właściwie czego ty ode mnie chcesz? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu, spoglądając na niego niepewnie. – Czemu wybrałeś właśnie mnie? – dociekałem.
- Czego chcę? – mruknął brunet, siadając na blacie stołu i zakładając nogę na nogę. Przyłożył palec do brody w geście zamyślenia. – Rozrywki – wyszczerzył się promiennie, prezentując mi cały garnitur swoich spiczastych zębów. – Ale odkąd zdradziłem ci swoje imię i pokazałem ci się, zrobiłeś się nudny – zaczął narzekać. – Dużo więcej ubawu miałem, kiedy bałeś się mnie – zachichotał złośliwie. – A czemu właśnie ty? – wzruszył ramionami. – Bez żadnego konkretnego powodu – machnął lekceważąco ręką. – Można powiedzieć, że byłeś pod ręką czy coś… - przewrócił oczyma. – Zawiedziony? – uśmiechnął się paskudnie, spoglądając na mnie spod rzęs. – Myślałeś sobie, że jesteś jakiś wyjątkowy? – zarechotał.
- Nie… - przyznałem zgodnie z prawdą. – W gruncie rzeczy… nic sobie nie myślałem – rozłożyłem ręce, a mężczyźnie zrzędła mina. Prychnął niezadowolony.
- Nie jesteś już zabawny – sapnął.
- A ty masz dziwne poczucie humoru – skwitowałem.
Zauważyłem, że odkąd ujrzałem go po raz pierwszy, przestałem się go bać. No dobra, może nie tak do końca, ale… w większej mierze. Z jakiś dziwnych przyczyn nie wywierało na mnie wrażenia to, iż właśnie stał przede mną demon, a więc jakaś postać nadnaturalna. Możliwe, iż było to spowodowane tym, że wciąż nie mogło to do mnie trafić, że wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Niemniej czułem się dużo raźniej, kiedy mogłem stanąć z nim w końcu twarzą w twarz, kiedy wiedziałem, z czym miałem do czynienia. Niezależnie od tego czy Neah w istocie był demonem, czy jedynie wytworem mojej chorej wyobraźni, w jakiś sposób czułem się pokrzepiony, kiedy mogłem oglądać jego znudzone i skwaszone oblicze.
- Co się stanie, kiedy już się mną znudzisz? – zadałem kolejne pytanie. – Odejdziesz w pokoju? – liczyłem na pozytywną odpowiedź.
- Ja tak – wziął głęboki oddech.
- Co to ma niby oznaczać? – spojrzałem na niego z niezrozumieniem.
- Dokładnie to, co powiedziałeś; że jak się znudzę, to odejdę – niemal położył się na stole. – A ty umrzesz – mruknął beznamiętnie.
- Co proszę?! – stanąłem jak wryty, zamierając w pół ruchu, przez co rozsypałem herbatę, którą zamierzałem sobie zaparzyć. Wytrzeszczyłem na niego oczy, oczekując rozwinięcia tej myśli.
- Tak to już jest, że ludzie jako istoty słabe przywiązują się do istot wyższych, jakimi są demony – wyjaśnił oschle. – Uzależniacie się – uśmiechnął się samymi kącikami ust. – Pragniecie coraz więcej uwagi, przez co z czasem stajecie się uciążliwi. Wtedy demon się zwija, a człowiek popełnia samobójstwo.
- Ale to chyba nie wygląda tak w każdym przypadku? – spojrzałem na niego nieco przestraszony.
- W dziesięciu na dziesięć – posłał mi krzywy uśmiech. – Powiedz, nie zdarzyło ci się nigdy za mną zatęsknić? Pomyśleć, że miło by było, gdybym znów cię odwiedził? – spojrzał na mnie jednoznacznie.
- Nie… - mruknąłem słabo.
- Takimi tanimi kłamstwami mnie nie nakarmisz – zaśmiał się. – Już jesteś w mojej władzy – posłał mi ostatnie głębokie spojrzenie, po czym tak samo niespodziewanie jak się pojawił, tak samo też i zniknął, zostawiając mnie samego.

***

- Mamo? – zapytałem. – Możemy porozmawiać?
- Oczywiście, synku – odparła bez zająknięcia, jednak nie odwróciła się do mnie przodem. Wciąż mieszała coś w garnku, poświęcając temu całą swoją uwagę. – O czym tylko zechcesz – dodała. – Coś cię trapi, słonko?
- Wiem, że się starałaś… - westchnąłem. – Ale nie jestem ślepy. Widzę, co robisz – odezwałem się dość niejasno, pijąc do wiadomego tematu. Nie umiałem jednak za bardzo ubrać w słowa tego, co miałem w głowie.
- O czym ty mówisz…?
- Och, nie udawaj już dłużej! – zirytowałem się. – Chcę, żebyś mi to wyjaśniła, bo on mnie cały czas zwodzi i się mną bawi! Już nic z tego nie rozumiem! – podniosłem głos. Kobieta w końcu odwróciła się do mnie przodem, opierając przy tym biodrem o kant szafki. Westchnęła ciężko.
- A więc chodzi o niego, tak? – upewniła się, na co ja skinąłem głową.
- Skąd o nim wiesz? – wbiłem w nią spojrzenie rządne wyjaśnień. Nim jednak rodzicielka zdążyła wyartykułować choćby pojedynczą monosylabę, mnie olśniło. – Ty… Ty też wcześniej spotkałaś kogoś podobnego do niego, tak? – spojrzałem na nią z niedowierzaniem. Nie było żadnego innego wyjaśnienia. Skąd niby mogłaby wiedzieć o demonach, gdyby wcześniej żadnego z nich nigdy by nie spotkała? – Dlaczego mi wcześniej o tym nie powiedziałaś?! – spojrzałem na nią ze złością.
- Bo chciałam cię chronić! – matka wyłączyła gaz pod garnkiem i podeszła do mnie. – Im mniej wiesz na ten temat, im dalej się od niego trzymasz, tym lepiej dla ciebie! – wykrzyknęła. – Och, Leo… - zagryzła wargi, po czym objęła mnie, przytulając mocno. – Miałam nadzieję, że chociaż ciebie to ominie…
- Ale tak właściwie dlaczego? – wyrwałem się z jej uścisku, chcąc spojrzeć jej w twarz. – Co jest w tym takiego złego? Co jest w nim takiego złego? – dociekałem.
- Leo, to demon! – rodzicielka znów się uniosła. – Sam powiedziałeś, że on cię zwodzi i bawi się tobą! One wszystkie takie właśnie są! Krzywdzą ludzi, a potem zostawiają ich samym sobie…
- Ale on mi pomaga… - zauważyłem, przerywając jej. – Czasem jest wkurzający, ale raczej nieszkodliwy – wzruszyłem ramionami. – Zdarza się, że nawet nieco przydatny – dodałem, wspominając akcję, która miała miejsce na pamiętnej godzinie języka japońskiego.
- O czym ty mówisz, dziecko? – kobieta ściągnęła brwi, spoglądając na mnie z niedowierzaniem. – Musisz się od niego odciąć! Demony nigdy nie przynoszą żadnych profitów! – trwała uparcie przy swoim.
- Ale on naprawdę nie jest AŻ taki zły, jak myślisz – ja z kolei próbowałem wyperswadować na niej swoje racje. – To taki… znajomy – wzruszyłem ramionami. – O ile znajomi pojawiają się znikąd, przyprawiając cię przy tym o zawał serca… - mruknąłem kwaśno bardziej do siebie niżby do matki.
- Dziecko drogie, czy ty patrzysz na demona, jak na swojego przyjaciela? – kobieta zbladła.
- Znajomego – poprawiłem ja.
- Leo, otrząśnij się! – rodzicielka szarpnęła mnie za ramię. – Z innymi ludźmi chodzisz do szkoły, znasz ich imiona, są blisko ciebie, kiedy ich potrzebujesz, a…
- Ale o to właśnie chodzi, że znam jego imię, on chodzi za mną do szkoły i to on… - zawahałem się. – On jako jedyny jest zawsze blisko – odezwałem się już nieco ciszej. – Inni ludzie mnie ignorują, a on jest inny… - wyznałem.
- Oczywiście, że jest inny; bo to demon! – oburzyła się matka. – Moment, Leo, czy ty powiedziałeś, że znasz jego imię? – zdziwiła się.
- Tak – przytaknąłem. – Jego imię to… - wtem szczupła dłoń o długich palcach zakryła mi usta, przez co nie mogłem dokończyć zdania.
- Informacje tajne przez poufne zostaw dla siebie – zaśmiał się brunet, który pozwolił mi oprzeć się o swoją klatkę piersiową. – Mój błąd, nie poinformowałem cię o tym rychło w czas, ale wiedz, że mojego imienia możesz używać tylko i wyłącznie, kiedy jesteśmy sami lub w sytuacjach kryzysowych – wyjaśnił.
- „Kryzysowych”? – powtórzyłem, odpychając sobie jego rękę od ust. Demon jedynie machnął lekceważącą dłonią, nie mając zamiaru rozwijać tego wątku.
- Przejdziemy się? – zaproponował.
W tym momencie spojrzałem na moją matkę. Sytuacja była nieco podobna do tej w klasie. Kobieta wróciła do gotowania obiadu, zupełnie nie zwracając uwagi na mnie czy Neah. Ponownie zajęła się swoimi sprawami, jakby nasza rozmowa przed chwilą nigdy się nie wydarzyła. Zegarek na ścianie wariował. Jego wskazówki kręciły się jak oszalałe, jednak rodzicielce to nie przeszkadzało. Zdawała się nie widzieć również i tego.
Niepewnie przystanąłem na propozycję demona. Wspólnie wyszliśmy z domu. Myślałem, że na podwórzu wszyscy będą nas podobnie ignorować, jednak okazało się, że na zewnątrz było całkowicie pusto. Żadnych ludzi, samochodów, autobusów… cisza jak makiem zasiadł.
Mój towarzysz skierował się szybkim krokiem w wąskie uliczki między blokami, przez co musiałem biec, aby go dogonić. Kiedy mi się to udało, mężczyzna nieco zwolnił i objął mnie po przyjacielsku, przerzucając mi rękę przez ramiona. W jakiś niezrozumiały dla mnie sposób ten gest zawstydził mnie nieco, jednak ostatecznie również go objąłem, z tą różnicą, że na wysokości pasa, gdyż był za wysoki, abym mógł sięgnąć jego ramion bez wspinania się na palce.
- Zdaje się, że twoja matka ma jakieś złe wspomnienia z demonami – rzucił dość luźno.
- Tak, na to wygląda… - przytaknąłem.
- Wiesz… Chciałbym jednak sprostować jedną rzecz, żebyś nie zraził się do mnie za bardzo, słuchając słów matki – spojrzał na mnie poważnie.
- Dlaczego? – wtrąciłem. – Czy nie powiedziałeś przypadkiem, że już jestem w twojej władzy? – wytknąłem mu. – W takim razie nie powinno mieć dla mnie znaczenia, co powiedziała moja matka ani co ty teraz powiesz, gdyż nie mogę się zrazić do czegoś, od czego już jestem uzależniony, prawda? – demon wytrzeszczył na mnie oczy.
- Więc nie chcesz poznać odpowiedzi na nurtujące cię pytania? – zdziwił się. – Wcześniej gotów byłeś niemalże mnie pobić za nie, a teraz… odpuszczasz? – podniósł pytająco jedną brew.
- A jaki jest sens w poznawaniu odpowiedzi, kiedy i tak nie mogę nic zmienić dzięki zdobytej w ten sposób wiedzy? – wzruszyłem ramionami. – Jestem zależny od ciebie, czyż nie tak? – spojrzałem na niego bez wyrazu.
- No proszę, czyżby ktoś tu się załamał? – prychnął. Doszliśmy na punkt widokowy. Brunet usiadł na barierce odgradzającej nas od przepaści, a ja oparłem się o nią rękami, na których następnie ułożyłem głowę. Neah pogładził mnie po głowie. – Powiem ci coś, co może cię trochę rozweselić – rzucił. – Pamiętasz, jak zapytałeś mnie, dlaczego cię wybrałem spośród wszystkich ludzi?
- Pamiętam – przyznałem. – Powiedziałeś, że to był przypadkowy wybór…
- Racja; bo dla mnie był to przypadek – skinął głową, jakby zgadzając się z własnymi słowami. – Ale dla ciebie już nie.
- Co przez to rozumiesz? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- To nie ja cię wybrałem tylko ty mnie – uśmiechnął się. – Mówi się, że każdy człowiek ma swoje demony… Niektórzy jednak są tacy, że nie potrafią dogadać się z własną rasą, dlatego wybierają sobie inne towarzystwo – zaśmiał się. – Jestem tu, bo to ty mnie chciałeś, ty mnie przywołałeś i ty mnie potrzebowałeś – sprostował. – Jestem tu dla ciebie.
- Jak mogę być pewny, że znów mnie nie zwodzisz, że nie kłamiesz? – spojrzałem na niego niepewnie. Mężczyzna wzruszył ramionami, chichocząc pod nosem. Nachylił się nade mną, po czym złożył na moich ustach gorący pocałunek.
- Nie wiem – parsknął śmiechem. – Wymyśl sobie jakiś dowód mojej prawdomówności – wyszczerzył się, na co tym razem odpowiedziałem mu tym samym.
Kto by pomyślał… mój prywatny demon…
Brunet zeskoczył z barierki, po czym przyciągnął mnie do siebie i złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, na który odpowiedziałem z pasją. Objąłem go za szyję, a moja jedna ręka zanurzyła się w jego włosach, podczas gdy on ściskał mnie tak mocno, iż niemal nie mogłem nabrać tchu.
- Więc jak? Znalazłeś już jakiś dowód? – zaśmiał się, kiedy odsunęliśmy się od siebie na moment, gdyż musiałem już zaczerpnąć powietrza.
- Myślę, że jestem na dobrym tropie – również odpowiedziałem ze śmiechem. Tym razem to jednak ja zainicjowałem pocałunek.


THE END

"Uważaj, czego pragniesz" cz.6

Aoi (…) czekał aż ponownie zacznę kontynuować i zwierzać mu się ze swojego problemu, ale ja nie zamierzałem robić nic podobnego. Chcąc zorientować się, ile czasu zostało jeszcze do dzwonka, wyciągnąłem telefon z kieszeni. (…) przez przypadek zamiast w skrzynkę odbiorczą, wszedłem w galerię zdjęć, dotykając sąsiadującej ikonki. Ta, dotykowe telefony mają swoje wady…
Nieczęsto przeglądałem zdjęcia zapisane na telefonie (…) na jednym [ze zdjęć] zostałem uchwycony razem z Rukim. Blondyn spoglądał na mnie urażony, robiąc przy tym śmieszną minę, podczas gdy ja naśmiewałem się z niego; ale co najważniejsze, na zdjęciu figurowałem wciąż jako chłopak!
Yuu zajrzał mi przez ramię. (…)
- Ten chłopak… jest bardzo podobny do ciebie… To twój brat? – zapytał, wskazując mnie w moim „poprzednim” ciele.
(…) - Nie – przygryzłem wargę. – To ja sam – wyznałem w końcu.

„Uważaj, czego pragniesz” cz.6
Tytuł alternatywny: „Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia”

- Co proszę? – Shiroyama spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. – Ty? – podniósł jedną brew. – W sensie, że to… miała być jakaś charakteryzacja czy jak? – zgadywał.
- I tu właśnie zaczyna się nasz problem – westchnąłem. – Już mi nie wierzysz, a to dopiero początek historii… - jęknąłem.
- Skoro nie chcesz mi nic powiedzieć, to chyba logiczne, że nie chcę uwierzyć, bo nie mam w co – rozłożył bezradnie ramiona. – To może pominiesz ten „niewiarygodny” wstęp tej historii i zaczniesz od środka, abym i ja chociaż w jakimś stopniu mógł zrozumieć, z czym przyszło ci się zmagać? – zaproponował.
- To bez sensu… - pokręciłem głową.
- Cóż… – brunet ledwo powstrzymywał się od wywrócenia oczyma. – Próbowałem być pomocny, ale skoro nie chcesz powiedzieć mi, o co chodzi, to nie będę naciskał – wzruszył ramionami. – Niemniej jeśli jest coś, na co mógłbym ci się przydać, to nie krępuj się i… - szykował się już do wstania ze swojego miejsca, kiedy nagle zatrzymałem go, zamykając w uścisku jego nadgarstek.
- W sumie... – zawahałem się. – Jest jedna rzecz, o którą chciałabym cię spytać – wydusiłem z trudem. – Co właściwie myślisz o przyjaźni damsko-męskiej? – wypaliłem szybko na jednym tchu.
- Przyjaźń damsko-męska? – powtórzył Yuu, zamyślając się na moment. – Szczerze powiedziawszy to moje zdanie na ten temat uległo zmianie, odkąd zobaczyłem, jak zachowujecie się wzajemnie wobec siebie z Takanorim… - urwał, widząc, że posmutniałem. – Chyba powoli zaczynam rozumieć… Cała ta sprawa kręci się wokół Rukiego, prawda? – upewnił się, na co ja niepewnie skinąłem głową. – Pokłóciliście się? – dociekał.
- Nie… Znaczy nie do końca… Nie myślę, żebyśmy się pokłócili… - plątałem się we własnych tłumaczeniach. – Tu chodzi raczej o to, że ludzie patrząc na nas, źle interpretują łączące nas więzi – próbowałem jakoś ładnie opisać sytuację, w której znalazłem się razem z Matsumoto. – Myślą, że jesteśmy parą…
- A ty chciałabyś, żebyście wciąż zostali tylko przyjaciółmi – wywnioskował, ponownie siadając na swoim miejscu. – Niestety jednak jest to niemożliwe, gdyż Taka-kun zakochał się w tobie, mam rację? – spojrzał na mnie badawczo.
- No… nie – wyznałem, spuszczając wzrok i rumieniąc się obficie. Kapitan szkolnej drużyny koszykarskiej drgnął, wyłapując mój przekaz podprogowy.
- A więc to ty się w nim zakochałaś – westchnął ciężko. – A więc klasyczna sytuacja… W takim razie wasza dwójka nie była wyjątkiem od tego… - skrzywił się, uciekając gdzieś spojrzeniem.
- „Klasyczna sytuacja”? – zdziwiłem się.
- No tak – wzruszył ramionami raz jeszcze. – W gruncie rzeczy stosunki damsko-męski dzielą się na, nazwijmy je tak, trzy grupy…
- A, jasne, rozumiem – przerwałem mu. – Matsumoto już mnie w tym uświadomił – poinformowałem go.
- Więc on chce, żebyście pozostali jedynie przyjaciółmi, podczas gdy ty chciałabyś, abyście stali się dla siebie kimś więcej, tak? – spojrzał na mnie umęczony.
- No… tak… - wydukałem, czując jak pieką mnie policzki.
- W takim razie znaleźliście się w trudnej sytuacji – skwitował.
W tym momencie rozbrzmiał dzwonek na lekcje. Oboje podnieśliśmy się ze swoich miejsc i ruszyliśmy w swoich kierunkach, nie zamieniając już ze sobą ani słowa. No to świetnie mi pomógł, nie ma co… Aż parsknąłem w duchu na tę myśl. Yuu obiecał mi pomóc w moim problemie, ale ostatecznie jego działania ograniczyły się tylko do tego, aby wyciągnąć ze mnie wszystkie informacje, pesząc mnie przy tym nieprzeciętnie. Doprawdy, widziałem w nim zadatki na psychologa!
Nim jednak zdążyłem dotrzeć skrzywiony pod salę lekcyjną, przypomniałem sobie o jednej, bardzo istotniej rzeczy. Zdałem sobie sprawę, iż brunet chciał się wcześniej ze mną umówić, ale musieliśmy przełożyć nasze spotkanie ze względu na nasze wspólne obowiązki. Fakt, iż chciał pójść ze mną na randkę, dowodził tego, że w jakiś sposób się mną interesował – a ja teraz zwierzyłem się mu z tego, że podoba mi się Ruki! Cholera, musiał przez to poczuć się strasznie! Nawet nie potrafiłem wyobrazić sobie, jak ja bym się poczuł, gdyby przyszedł do mnie Takanori, oświadczając, że podoba mu się jakaś inna dziewczyna. Prawdopodobnie pękłoby mi serce…
Teraz przynajmniej jednak znałem powód, dla którego Aoi zareagował w taki a nie inny sposób…
Ech, nie ma co, ja to jestem zdolny! Może powinienem zacząć pisać jakieś poradniki, coś w stylu: „Jak spartolić życie swoje i innych w mniej niż dwadzieścia cztery godziny”. Cóż, po dłuższym zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, iż powinienem popracować nad nazwą, gdyż była bardzo długa (Kita-pon mistrzem wymyślania kilometrowych tytułów xD od aut.). Reszta jednak idealnie trzymała się kupy…

***

Z czasem można powiedzieć, że oddalałem się od wszystkich. Matsumoto nie towarzyszył mi już w drodze do szkoły, nie odwiedzał mnie, a mnie samemu było głupio do niego iść. W gruncie rzeczy nawet i tak nie miałem, co mu powiedzieć. Załóżmy, że otworzyłby mi drzwi, stanęlibyśmy twarzą w twarz… i co dalej? Miałbym rzucić mu się na szyję z jakimś desperackim wyznaniem miłosnym, typu: „Kochaj mnie!”. Przecież nie mogłem go do tego zmusić…
Niemniej bolało mnie to, iż w ostatnim czasie nie widywaliśmy się prawie wcale. Taka przewijał się szkolnymi korytarzami niczym duch. Nie mogłem go złapać podczas przerwy, nawet jeśli czekałem na niego pod klasą, w której powinien mieć zaraz lekcje. Czasem tylko zdarzyło się, iż udało mi się dostrzec jego blond czuprynę, kiedy przeciskał się w tłumie na schodach prowadzących na stację metra lub kiedy mijał już bramę wyjściową szkoły, podczas gdy ja dopiero co wyszedłem z budynku i nie miałem szans na dogonienie go.
Kapitan szkolnego klubu koszykarskiego również zaczął mnie unikać. W sumie, co się dziwić? Nie przysiadał się już do mnie podczas przerw obiadowych, nie zagadywał w metrze. Nawet Yui pytała się czy przypadkiem nie pokłóciłem się z jej kuzynem, gdyż ten przestał o mnie wypytywać, kiedy wcześniej miał to w zwyczaju robić jak szalony.
A więc za jedynego towarzysza robiła mi brunetka. Dziewczyna nawijała jak najęta bez żadnego konkretnego tematu chyba tylko po to, aby wypełnić ciszę, która pojawiała się, kiedy ta zamilkła. Ja odzywałem się rzadko, a nawet jeśli już to najczęściej komunikowałem się z nią za pomocą monosylab i głębokich pomruków. Stałem się nieco apatyczny. Myślami byłem gdzieś daleko, toteż nie za bardzo interesowały mnie kolejne sprawy, o których tak radośnie szczebiotała Yui.
I tak oto rozpoczął się efekt domina. Z tego wszystkiego nie mogłem skupić się na lekcjach, przez co dużo więcej czasu musiałem spędzać na naukę w domu. Ta jednak szła mi jak krew z nosa – boleśnie i powoli. W rezultacie moje oceny spadły. Z tego z kolei powodu moja matka zaczęła dociekać, co jest ze mną nie tak. Nie umknęło również jej uwadze, iż w ostatnim czasie byłem dość flegmatyczny i nie wykazywałem niczym większego zainteresowania. Rodzicielka próbowała ze mną rozmawiać, jednak ja za każdym razem odsyłałem ją z kwitkiem. Naruszyła moje zaufanie całą tą akcją z ginekologiem i posądzaniem mnie o sypianie z Takanorim. Bo jakie niby miałem gwarancje, że po wyznaniu jej, że zakochałem się w tym chłopaku, znowu nie odwali jakiś dziwnych scen? Jeśli chodziło o mamę, to wolałem przemilczeć wszelkie kwestie, jakie wiązały się ze związkami – zarówno w aspekcie psychicznym, jak i w aspekcie fizycznym.
Moja nieuwaga poskutkowała w końcu tym, że podczas rozgrzewki z piłkami do koszykówki na wychowaniu fizycznym oberwałem jedną z takowych piłek w nos. Przewróciłem się, przez co uderzyłem się jeszcze w głowę. Najgorsze jednak nadeszło później. Kiedy już z trudem wywindowałem się do pozycji siedzącej, poczułem spływające z nosa ciepło, które szybko dosięgło górnej wargi. Przyłożyłem rękę do twarzy, orientując się, że była to krew.
W zaistniałym wypadku zostałem wysłany do pielęgniarki. Yui chciała mnie odeskortować, ale ja zapewniłem, że dotrę do gabinetu o własnych siłach – tak też się stało. Zapukałem w białe drzwi oznaczone dodatkowo czerwonym krzyżykiem, jednak nie usłyszałem przyzwolenia na wejście ani żadnej innej odpowiedzi. Zdziwiony pozwoliłem uchylić sobie drzwi i zajrzeć do środka.
- R-Ruki? – wydusiłem z trudem, spoglądając na chłopaka, który siedział na jednym z łóżek i bawił się telefonem. Blondyn spojrzał na mnie równie mocno zdziwiony, co i ja na niego.
- Kiyoko? Ty krwawisz! – poderwał się na równe nogi i wprowadził mnie do gabinetu, ciągnąc za rękę. Usadził mnie na plastikowym krześle przed biurkiem pielęgniarki. – Co ci się stało? – zmartwił się, zaczynając krzątać się po pomieszczeniu zupełnie tak, jakby to on tu urzędował.
- W-f – odparłem lakonicznie. – Gdzie pielęgniarka? – zainteresowałem się.
- Powiedziała, że musi wyjść na chwilę – wzruszył ramionami, po czym wrócił do mnie po chwili z gazą.
Niczym zawodowy lekarz z wprawą i wyczuciem wytarł moją twarz z krwi, nie pozwalając mi zrobić nic samemu. Kazał mi się pochylić w rozkroku, po czym podał mi kolejne gazy, które już sam przykładałem sobie do nosa. Matsumoto zorganizował także skądś niewielki ręcznik, który zwilżył zimną wodą i położył mi na karku. Następnie klęknął przede mną na jednym kolanie, przyglądając mi się z dołu spojrzeniem pełnym politowania.
- Dlaczego ty zawsze musisz być taka kłopotliwa? – westchnął. – Nie jesteś wcale dziewczęca – wytknął mi, na co zaśmiałem się krótko.
- A tobie co się stało? – zapytałem.
- Udawałem, że głowa mnie boli – machnął lekceważąco rękę. – Po prostu nie chciało mi się siedzieć na historii – wzruszył ramionami. – Em, Kiyoko…? – zafrasował się.
- Tak? – zapytałem z nadzieją.
I właśnie w tym najgorszym momencie, kiedy Takanori był już bliski wypowiedzenia swojego pytania, drzwi otworzyły się, a w ich progu stanęła pielęgniarka. Kobieta widząc mnie, wręcz zbladła i złapała się za głowę, lamentując głośno:
- Człowiek tylko na moment wyjdzie do łazienki, a poszkodowani już ustawiają się w kolejce! – zawołała.
Podeszła do mnie, przejmując nade mną opiekę oraz przyglądając mi się uważnie, aby móc ocenić „zniszczenia”. Tym samym Taka został zmuszony do wycofania się, z czego byłem niezmiernie niezadowolony. Chłopak westchnął ciężko, po czym skierował się w stronę wyjścia.
- Już mi lepiej – rzucił. – Dziękuję i przepraszam za problem – mruknął, wychodząc z gabinetu.
Cholera, przecież on naprawdę nienawidził historii… Czy naprawdę wolał już siedzieć całą godzinę na znienawidzonym przedmiocie niżby spędzić chwilę ze mną?

***

Właśnie czekałem na metro na odpowiedniej platformie, jednocześnie wsłuchując się w smutne akordy melancholijnej piosenki, która leciała w moich słuchawkach. Czułem się naprawdę zawiedziony postawą Matsumoto… Myślałem, że byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, niemalże braćmi… a teraz on postanowił odsunąć się ode mnie w tym tak trudnym dla mnie okresie. To naprawdę bolało… tym bardziej, że tyle nagłych i nieplanowanych zmian miało miejsce w ostatnim czasie. Ruki był jedynym, z którym mogłem na ten temat porozmawiać, gdyż tylko i wyłącznie on wiedział o tym, że wcześniej byłem chłopakiem, jednak nie wyglądało na to, jakoby ten chciał mieć ze mną jeszcze coś wspólnego. Opuścił mnie, zostawiając samego sobie, kiedy ja naprawdę potrzebowałem wygadać się komuś zaufanemu i usłyszeć kilka ciepłych słów wsparcia. Chociażby takie trywialne: „Wszystko będzie dobrze.”… Chciałem usłyszeć, że Takanori zostanie przy mnie, że będzie blisko i że zawsze będę mógł zgłosić się do niego w potrzebie lub problemie… Co ja gadam, do diaska?! Tak naprawdę chciałem usłyszeć, że będzie blisko głównie dlatego, że to stwarzałoby dla mnie jakieś możliwości do zbliżenia się do niego w „ten” sposób. Chciałem, żeby był cały czas był obok mnie, ponieważ zadurzyłem się w nim. Chciałem, żeby on poczuł do mnie to samo…
Tymczasem on jednak, na przekór moim pragnieniom, wciąż tylko oddalał się ode mnie. Prawdopodobnie uznał mnie za jakiś wybryk natury, który znienacka zmienia płci, dlatego nie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Cóż, no nie powiem… Było to dziwne, ale… Cholera jasna, a co, jeśli on zorientował się, że zaczął mi się podobać?! Nie znałem się zbyt dobrze na relacjach damsko-męskich, ale moje siostry twierdziły, że to bardzo łatwe do rozpoznania, kiedy komuś podoba się jakaś druga osoba. No to pięknie… Nie dość, że jego przyjaciel zamienił się w dziwadło, to jeszcze w dodatku zaczął interesować się nim w sposób, w który kategorycznie nie powinien był tego robić – tak, suma summarum, miał całkiem mocne powody do tego, aby zacząć mnie unikać…
Zacząłem zastanawiać się, co by się stało, gdybym któregoś dnia znów wrócił do swojego poprzedniego ciała. Czy gdybym znów stał się chłopakiem, Taka ponownie zechciałby się ze mną zadawać? Czy wszystko wróciłoby do starego porządku rzeczy, czy może nasze relacje zostały już skutecznie ostudzone na zawsze? Czy dzięki ponownej zmianie płci znów zmieniłby się mój tok myślenia na bardziej „męski”, przez co Ruki przestałby mi się podobać? Czy znów moglibyśmy być po prostu przyjaciółmi? No i co najważniejsze, czy on pamiętałby, że kiedyś byłem dziewczyną, czy jego pamięć na ten temat zostałaby skasowana, tak jak to było w przypadku innych?
Nim jednak zdążyłem znaleźć odpowiedź na którekolwiek z tych pytań, ktoś mnie zaczepił. Czując pukanie w ramię, wyciągnąłem słuchawki z uszu i odwróciłem się. Za mną stał nikt inny jak Yuu.
- Hej – przywitał się z pogodnym uśmiechem. Wyglądało na to, że poranną, dość niezręczną sytuację postanowił puścić w niepamięć. – Jak tam? – zagaił.
- Nienajgorzej – odpowiedziałem mu wymuszonym uśmieszkiem. – A u ciebie? – starałem się podtrzymać rozmowę z czystej kurtuazji.
- Całkiem dobrze – odparł. – Ale może być lepiej – dodał.
- Co przez to rozumiesz? – zdziwiłem się.
- Byłoby świetnie, gdyby w końcu udało nam się wyjść gdzieś wspólnie – wymownie przybliżył się do mnie. – W ostatnim czasie musieliśmy odłożyć nasze spotkanie, toteż pomyślałem, że może warto byłoby ci przypomnieć, iż wciąż jestem zainteresowany – zaśmiał się serdecznie. Może to dziwne, ale w jakiś sposób zdawało mi się, że chłopak mówił o tym wszystkim trochę zbyt głośno… - A jak z tobą? – zainteresował się.
- Tak, jasne…
- Świetnie – przerwał mi. Zadowolony wyszczerzył się, ukazując mi cały garnitur swoich zębów oraz klaszcząc w dłonie. – W takim razie co powiesz na… teraz?
- „Teraz”? – powtórzyłem skołowany. – Chwila, chcesz powiedzieć, żebyśmy wyszli gdzieś razem właśnie teraz? – spojrzałem na niego zszokowany.
- Pewnie – przytaknął. – Czemu by nie? – wzruszył ramionami i zaśmiał się raz jeszcze. – Skończyłaś już lekcje, prawda? – upewnił się, na co ja skinąłem mu głową. – Masz już jakieś plany na dzisiaj? – dociekał.
- No… nie – przyznałem zgodnie z prawdą.
- Więc myślę, że nie byłoby to wielkim problemem, gdybyś dała znać rodzicom, że wrócisz dziś do domu trochę później, prawda? – spojrzał na mnie niczym zbity pies, przez co po prostu nie mogłem mu odmówić.
- W sumie… no dobrze – zgodziłem się w końcu.
- Dziękuję – brunet uśmiechnął się powalająco, po czym objął mnie w pasie i cmoknął w policzek.
Czułem, jak nieznośne ciepło pełźnie po moich policzkach, przez co domyślałem się, że się zarumieniłem. Utwierdziło mnie w tym również to, że Shiro zaśmiał się już któryś raz z rzędu tego dnia. Aoi jakoś dziwnie rozglądał się po tłumie, który oczekiwał przyjazdu metra, zupełnie tak jakby kogoś w nim szukał. W tym samym czasie ja wyciągnąłem telefon i wysłałem wiadomość do taty, że idę z KOLEŻANKĄ do biblioteki, aby się pouczyć. Tym razem wolałem nie ryzykować – po pierwsze wolałem poinformować ojca o moich późniejszym powrocie, po drugie zdecydowałem się trochę nagiąć fakty, żeby po powrocie do domu matka nie odstawiła mi znowu żadnych cyrków tylko i wyłącznie z tego powodu, że spotkałem się z chłopakiem.
W tym właśnie momencie uświadomiłem sobie, że… zostałem zaproszony na randkę. To była moja pierwsza randka w życiu. Stresowałem się nieco, jednak zdawałem sobie sprawę, iż nawet gdybym posiadał jakieś „doświadczenie” w tych sprawach jako chłopak, na nic mogłoby mi się to zdać, gdyż teraz znajdywałem się w zupełnie innym położeniu, na zupełnie innej pozycji.
Wszystkie moje rozmyślania zostały przerwane przez nadjeżdżające metro, do którego następnie wsiedliśmy.

***

Ta nagła zmiana nastroju i nastawienia u Shiroyamy była dla mnie dość zagadkowa. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że rano musiałem go zranić, a teraz ten, jakby nigdy nic, zaprosił mnie na rankę, mimo iż wyznałem mu, że interesuje mnie ktoś inny. Z jednej strony wydawało się być to trochę nielogiczne, ale z drugiej… cóż, nie mogłem nie docenić jego uporu, który w pewnym sensie ocierał się nieco o masochizm. Zdawało się, że niezależnie od tego, co powiedziałem wcześniej, brunet będzie próbował zainteresować mnie swoją osobą do czasu, aż w końcu zapomnę o Takanorim. Podjął się bardzo trudnego zadania… ale dzięki temu też bardzo u mnie zapunktował. W ten sposób okazał mi przecież, jak bardzo mu na mnie zależy. Czy tego właśnie nie oczekiwały zawsze dziewczyny od swoich chłopaków – nieustannego zabiegania o nie, prezentowania na każdym kroku, jak bardzo mu na niej zależy? Yuu zachował się niemalże jak książę z bajki w moim mniemaniu. Zdawałem sobie sprawę, że podjęcie się takiego wyzwania z pewnością kosztowało go wiele nerwów i początkowo wymuszonych uśmiechów, dlatego nie zamierzałem pozostać na to obojętnym. Obiecałem sobie dołożyć wszelkich starań, aby odwrócić wzrok od Matsumoto i skierować go na kapitana drużyny koszykarskiej. On przynajmniej szczerze się mną interesował. Nie zwiał w chwili, kiedy go potrzebowałem. Pomimo tego, że go zraniłem, został przy mnie. Nie mogłem pozostać bierny wobec tego wszystkiego.
Przechadzaliśmy się właśnie deptakiem tuż nad zatoką. Słońce już zachodziło, barwiąc niebo na złocistopomarańczowy kolor. Płynne złoto nad naszymi głowami było bezchmurne i piękne jak chyba nigdy dotąd. Porywisty, choć niezbyt zimny wiatr targał moimi włosami. Chłopak przezornie pożyczył mi swoją kurtkę, którą ja zarzuciłem jedynie na ramiona, opatulając się nią. Pozwalałem, aby Aoi luźno obejmował mnie w pasie, podczas gdy ja dwoma rękami przytrzymywałem poły jego kurtki. Wciąż byłem nieco skrępowany, kiedy myślałem o tym, aby go przytulić, gdyż było to dopiero nasze pierwsze spotkanie, ale fakt, iż on obejmował mnie był bardzo przyjemny. Szedłem wtulony w jego bok, opierając głowę na jego ramieniu. Na jego ustach błąkał się delikatny, już niewymuszony, niegasnący uśmieszek.
Wiatr wzbijał fale na morzu, które z pluskiem roztrzaskiwały się o brzeg. Drobiny piasku skrzyły się w ostatnich promieniach słońca zupełnie tak jakby były czymś wyjątkowym, niezwykłym. Pyłem startych kamieni szlachetnych, miniaturowymi diamentami. Wszystko wyglądało tak niezwykle i cudownie, zachwycająco. Czułem się zupełnie tak, jakbym zobaczył to wszystko dopiero po raz pierwszy. Byłem w tym miejscu już nie raz i nie dwa, ale zdawało się, że dopiero teraz odkryłem jego prawdziwe piękno. Urzekały mnie zwykłe, codzienne rzeczy, które przecież były tak standardowe, tak bardzo na swoim miejscu, z których korzystałem na co dzień… Będąc przy Shiro, spoglądałem na otaczające mnie rzeczy w zupełnie odmienny sposób.
Jak na księcia z bajki przystało, ten zadbał o to, abym spędził ten czas z nim bajkowo. Jak za sprawą magicznej różdżki nagle przeniósł nas z tak dobrze znanego mi betonowego terrarium miasta do scenerii, na tle której pokazać nie powstydziłby się Kopciuszek czy Śpiąca Królewna.
Wtem nagle przypomniały mi się niegdysiejsze słowa Rukiego: „Co ty w nim widzisz, co?” – zapytał, krzywiąc się na widok Yuu. Cóż… zdawało się, że z czasem odkrywałem coraz więcej rzeczy, które ułatwiały mi wpatrywanie się w niego jak obrazek.
Może przerwa od Taki naprawdę wyjdzie mi na dobre?
Brunet był szarmancki, zabawny, miły, przystojny… tak, mogłam trafić dużo gorzej, nie? Wyglądało na to, że moje zadanie, jakie sobie wyznaczyłem, było dużo prostsze od niego. Ja musiałem się tylko w nim zakochać, podczas gdy on musiał przełknąć swój ból, zastąpić nieprzyjemny grymas uśmiech i utrzymać zainteresowanie moją osobą. Byłem mu naprawdę wdzięczny za to, że się tego podjął. Byłem z tego powodu naprawdę szczęśliwy. Czując jego rękę na swojej talii oraz bijące od niego ciepło mogłem w końcu uśmiechnąć się naprawdę szczerze. Smutek, żal i złość, które górowały nade mną przez ostatnie kilka dni, sprawiając, że stałem się własnym cieniem, nagle wyparowały. Czułem się odprężony, wręcz zrelaksowany, zupełnie tak jakby Aoi ściągnął z moich barków ogromny ciężar.
Niestety nasze spotkanie kończyło się już na dziś. Właśnie kierowaliśmy się z powrotem do stacji metra.
- Yuu?… - zacząłem dość cicho.
- Słucham? – spojrzał na mnie tymi błyszczącymi, prawie czarnymi oczami, pod których naciskiem poczułem, że znów się lekko rumienię.
- Przepraszam za dzisiejszy poranek… - mruknąłem cicho.
- Nie masz, za co przepraszać – odpowiedział chłopak raźno.
Przygryzłem policzek od wewnętrznej strony. Mógł się z tym nie obnosić, mógł udawać, że nic się nie stało, ale ja i tak wiedziałem swoje, przez co czułem się nieco głupio… i niewdzięcznie.
- Yuu?... – zagadnąłem raz jeszcze, kiedy już wsiedliśmy do wagonu.
- Tak? – spojrzał na mnie cierpliwie.
Przez moment się wahałem, jednak ostatecznie zdecydowałem się urzeczywistnić moje plany. Przybliżyłem się do niego dość znacznie, opierając dłonie na jego ramionach. Stanąłem na palcach, gdyż koszykarz był ode mnie dużo wyższy i szybko cmoknąłem go w policzek.
- Dziękuję z-za… za wszystko… za cały dzisiejszy dzień – uśmiechnąłem się do niego zarumieniony.
Shiro wpatrywał się przez chwilę we mnie zdumiony, ale zaraz potem uśmiechnął się szeroko, a jego rysy twarzy złagodniały w wyrazie pełnej satysfakcji. Nim zdążył jednak coś powiedzieć, ja już od niego odskoczyłem, gdyż drzwi metra otworzyły się. To była stacja, na której wysiadałem. Obróciłem się jeszcze przez ramię i pomachałem mu na odchodne, na co od jedynie uśmiechnął się szerzej, wpatrując się we mnie roześmiany.
O dobra Kannon…
Nawet kiedy metro już odjechało, a ja kierowałem się wraz z tłumem do wyjścia na powierzchnię, czułem jak moje serce bije jak szalone, a w skroniach pulsuje krew. Ręce mi nieco drżały, a policzki piekły, ale byłem z siebie zadowolony. Uśmiech wciąż cisnął mi się na usta.
To był naprawdę udany dzień.