"Uważaj, czego pragniesz" cz.5

Denerwowałem się. Pierwszy raz w życiu denerwowałem się spotkaniem z Rukim. (…) Usiadłem na łóżku i omiotłem spojrzeniem pokój. Mówi się, że tylko przed przyjściem prawdziwego przyjaciela nie sprząta się, dlaczego więc teraz ja porwałem się na gruntowne odgruzowywanie mojego pokoju? (…) Może powinienem [jeszcze] pomalować [paznokcie], żeby nie było widać jak bardzo są zniszczone?...
Co ja gadam?! Dlaczego tak starałem się dla Matsumoto?
(…)Usiadłem przy biurku i chwyciłem fioletowy lakier. (…) Wykonałem ostatnie pociągnięcie pędzelkiem, nakładając drugą już warstwę lakieru na mały palec prawej ręki, kiedy do pokoju bez pardonu czy choćby pukania wszedł Ruki. (…)
- Cześć! – poderwałem się momentalnie z miejsca, jakby mnie prąd popieścił. Zauważyłem też, że powitanie to brzmiało bardzo sztywno i wypowiedziane zostało stanowczo za szybko.
- Coś…?
- Nie, nic się nie stało – uśmiechnąłem się sztucznie, przerywając mu. – Aa… - zająknąłem się. – Taka-kun…?(…) Ja… Przepraszam za tą scenę w stołówce… Zachowałam się okropnie… (…)
- W sumie to ja też muszę cię przeprosić. Palnąłem totalną głupotę. (…) wybacz – skinął głową. – Mimo wszystko zapowiedziałem, że będę się mścił, prawda? – w końcu na jego ustach zagościł delikatny uśmiech. – Pomalowałaś właśnie paznokcie, tak? – upewnił się.
(…) Takanori uśmiechnął się diabolicznie i sięgnął do moich włosów. Wyjął z nich wsuwkę (…). Chłopak zaczynając od małego paznokcia wyrył we wciąż świeżym lakierze swoje przezwisko, umieszczając na każdym z palców jedną literę, a kciuk ozdobił serduszkiem. Z drugą ręką postąpił identycznie.
- Nie waż się tego zmywać – zaśmiał się. – To twoja pokuta – (…) ułożył się wygodnie [na łóżku].
Wsłuchiwałem się w jego miarowy i rytmiczny oddech, który z czasem stawał się coraz głębszy i spokojniejszy. (…) Ponownie zebrałem w sobie odwagę, aby spojrzeć na blondyna, który, tak jak zakładał mój czarny scenariusz, zasnął. (…) Na całe moje nieszczęście nie miałem okazji prześlizgnąć się niezauważonym po korytarzu, gdyż moja mama właśnie (…) posłała mi badawcze spojrzenie, jakby już się domyślała, że jest coś nie tak. (…) najwyraźniej czekała, aż zacznę mówić. (…)
- Takanori będzie u nas nocował, dobrze? – palnąłem otwarcie, po czym momentalnie schowałem się w łazience, nie dając nawet czasu na odpowiedź rodzicielce. Miałem tylko cichą nadzieję, że nie będzie czatować na mnie pod drzwiami, czkając aż skończę się myć. (…)
- Kiyoko, chodź do salonu, proszę – usłyszałem surowy głos matki, kiedy tylko przekroczyłem próg domu i nawet nie zdążyłem zakomunikować, że wróciłem. (…) - weź to – na niskim stoliku do kawy przede mną znalazło się nagle pewne opakowanie.(…) kiedy pod nazwą wypisaną kolorowymi znakami [zauważyłem drobny druczek układający się w napis]: „antykoncepcja hormonalna” przeraziłem się.
- Ma… Mamo! – krzyknąłem piskliwym głosem.
- Żadne „mamo”! – rodzicielka ściągnęła brwi. – Ja wiem, że jesteś już w wieku, w którym buzują w tobie hormony i oglądasz się za chłopcami… (…) Uważam, że lepiej, żebym dała ci to teraz niż gdybyś miała przyjść do domu w ciąży! Wyobrażasz to sobie, co powiedzieliby o nas sąsiedzi?! – wyrzuciła ręce w powietrze. (…) - Znacie się z Takanorim od lat, my znamy się z jego rodzicami; to dobry chłopak i wierzę, że nie zawiedzie naszych oczekiwań, które miałby spełniać twój przyszły mąż… – wypaliła.
- Mamo, ale przecież między mną a Takanorim do niczego wczoraj nie doszło! Jesteśmy tylko przyjaciółmi! (…) Przecież on tylko tutaj nocował… tak jak zwykle – dodałem
- „Tak jak zwykle”? – oczy matki zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Czyli to nie był pierwszy raz?... – zbladła.
Szlag, czyli Takanori mógł sypiać jedynie u Kouyou, u Kiyoko – nie.
- Mamo, daj spokój! Przecież mówię ci, że do niczego nie doszło! Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele! – spanikowany zacząłem krzyczeć.
- Długo wczoraj na ten temat rozmawialiśmy z twoim ojcem… Myśleliśmy, że [jesteście razem od niedawna]; (…) próbowaliśmy znaleźć jakieś wytłumaczenie, dla tego, co zrobiliście, ale wy… O mój Boże, Kiyoko! I to tak bez odpowiednich zabezpieczeń?! (…)
- Nie jesteśmy parą!
- To znaczy, że wy tak… tak bez uczucia? – moja matka spojrzała na mnie jak na kosmitę. – Chcieliście jedynie zaspokoić swoje… popędy?
- Mamo, Takanori po prostu zasnął wczoraj u mnie na łóżku, bo był zmęczony, a ja nie miałam serca go budzić! No jakoś tak… - sam słyszałem, że moja wymówka (prawdziwa przecież) brzmiała co najmniej cienko.
- Tego nie można tak zostawić! – przerwała mi. - Myślałam, że ta rozmowa ostudzi twój temperament, (…), zastopuje, a te tabletki będą tylko przypominały ci o tym wstydzie, a ty…! Tu trzeba zasięgnąć pomocy specjalisty! (…) Lekarz musi wypisać odpowiednią dla ciebie antykoncepcję hormonalną i nie tylko! Taki wstyd!... – jęknęła żałośnie. (…) - Córeczko…
- Milcz! – warknąłem.
Ginekolog orzekł, że w tu procentach jestem dziewicą, więc między mną a Takanorim nie doszło do stosunku. (…) W oczach miałem łzy, jednak tym, co obecnie zajmowało mój umysł było pytanie czy… czy jeśli w rzeczywistości byłem fizycznie kobietą to… to mógłbym uprawiać seks z Takanorim? Najgorsze było w tym, że odpowiedź sama mi się nasuwała i była twierdząca; to mnie przerażało…
Z dziwnym uczuciem, którego wciąż nie potrafiłem nazwać wpatrywałem się w paznokcie, na których został wyryty napis „Ruki♥”

„Uważaj, czego pragniesz” cz.5
Tytuł alternatywny: „Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia”

- CO ZROBIŁA?! – Takanori wydarł się tak głośno do słuchawki, iż musiałem odsunąć telefon od ucha, żeby nie stracić słuchu na dobre.- Twoja matka jest niepoważna!
- Powiedz mi coś, czego nie wiem – prychnąłem. –I pomyśleć, że zawsze wydawała mi się być taką dobrą i nieszkodliwą osobą… Nie wtrącała się, nie ganiła surowo… znaczy jak byłem chłopakiem. Teraz wychodzi na to, że zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni – skrzywiłem się, zagrzebując w pościeli.
- Rodzice zawsze są bardziej przewrażliwieni na punkcie córek – westchnął.
- Co racja, to racja… - przytaknąłem niechętnie. – Swoją drogą… ty dostałeś jaką burę za to, co się stało? – dociekałem.
- Właściwie to nie – niemal usłyszałem jak wzruszył ramionami. – Na pytanie, gdzie byłem w nocy, powiedziałem prawdę. Potem zadzwoniła twoja mama i zdaje się, że moi rodzice chcieli strzelić mi na ten temat jakieś kazanie, ale przed tym musieli jechać do banku. Jak już wrócili, to uznali, że nie ma, o czym gadać, więc wnioskuję, że w tym czasie twoja mama zdążyła zadzwonić jeszcze raz, wyjaśniając całą sprawę.
- Więc… nawet słowa na ten temat nie usłyszałeś? – upewniłem się.
- Ani jednego – przytaknął. – Podczas kolacji też nic się nie działo. Nie nawiązywali do tego ani o nic nie pytali. Normalnie wszystko przebiegło w pokojowej atmosferze. Tylko mama napomknęła, żebym uprzedzał, jak chcę u kogoś nocować, bo się martwiła – wyjaśnił, na co ja jęknąłem żałośnie.
- Nie no, serio? – sapnąłem poirytowany. – Wiesz, zaczynam dostrzegać coraz więcej wad bycia dziewczyną. Kiedyś myślałam, że kobiety mają dużo łatwiej w życiu, ale jak się okazuje to nie jest prawdą – przewróciłem oczyma. – Okres i te cholerne podpaski, i tampony… poza tym wiesz, jak fatalnie się ćwiczy na wychowaniu fizycznym, kiedy ma się okres? – zapytałem. – No właśnie, nie wiesz, to się ciesz – odparowałem szybko, zanim zdążył wydusić z siebie choćby pojedynczą monosylabę. – Teraz mam też biust, który mi ciąży i boli mnie od niego kręgosłup – wyliczałem dalej. – Muszę golić prawie całe ciało. No i jeszcze to sprzątanie… jak byłem facetem, to nikt nie kazał mi sprzątać ani gotować, a teraz to, cholera, w moim domu odbywają się jakieś „tutoriale” z tego zakresu – westchnąłem. – A jak się z tego próbuję wymigać, to mi jeszcze głowę suszą, że przecież muszę się tego nauczyć, bo inaczej nie znajdę sobie męża, rozumiesz? – sapnąłem. – Poza tym więcej pieniędzy wydaję… na te staniki, podpaski, tampony, żyletki, pianki do golenia, balsamy do ciała… jako chłopak tego nie używałem, więc miałem dużo więcej swoich własnych oszczędności. Jakby tego wszystkiego jeszcze było mało to teraz, kiedy wyjdę bez makijażu, ludzie pytają się mnie czy jestem chora, a kiedyś totalnie nie zwracali na to uwagi! – irytowałem się. – Muszę też nosić buty na obcasach i udawać, że są one komfortowe. No i w ogóle to już lepiej nie pytaj, jak to jest ćwiczyć, kiedy masz cycki. Cholera, to takie krępujące!... Nie mogę też zdjąć bluzki, nieważne jak gorąco by nie było, bo przecież nie wypada paradować w samej bieliźnie. Poza tym nigdy nie pomyślałbym, że brak możliwości sikania na stojąco będzie mi aż tak doskwierał i…
- Dobra, czaję, masz przejebane – Matsumoto uciął mój wywód.
- Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak głupia byłam, chcąc stać się dziewczyną – jęknąłem. – Teraz kiedy już nią jestem, chcę znów być chłopakiem – przyznałem.
- Tobie dogodzić, to ja dziękuję… - zaśmiał się pod nosem. – I tak źle, i tak niedobrze.
- Ale wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze?
- No dawaj – rzucił rozbawiony. – Wyżal mi się.
- To, że nie możemy się już zachowywać jak dawniej – przyznałem zasmucony.
- Co przez to rozumiesz?
- No bo… nie mogę już chodzić z tobą na papierosa do łazienki w szkole, bo przecież nie wejdę do męskiej, nie możemy u siebie nocować, bo mojej matce znów szajba odbije – warknąłem. – Z tego samego powodu już tym bardziej nigdzie razem sami nie pojedziemy. Kiedy ludzie nas widzą zbyt często razem, zaczynają gadać, że jesteśmy parą… no wiesz… Mam wrażenie, że przez tą moją zmianę płci nasze stosunki zostaną dość mocno okrojone – mruknąłem cicho.
- Cóż… - Ruki wziął głębszy oddech. – W gruncie rzeczy taka prawda – zgodził się. Zdziwiłem się, gdyż byłem pewien, że powie coś w rodzaju: „Nieważne, co się stanie i tak będziemy najlepszymi przyjaciółmi” lub coś podobnego, a tu wychodziło na to, że blondyn już się poddał. – Widzę, że dopiero zdałaś sobie z tego sprawę, jednak ja wiedziałem od tym, odkąd tylko zobaczyłem cię po raz pierwszy w ciele dziewczyny – westchnął ciężko. – W naszych czasach relacje damsko-męskie dzielą się na trzy, nazwijmy to, typy. Pierwszy z nich występuje wtedy, kiedy oboje się nie lubią i są wrogami. Drugi z nich pojawia się w momencie, kiedy chłopak z dziewczyną lubią się lub wzajemnie ignorują; wiesz, tacy dalecy znajomi, koledzy z klasy, coś w ten deseń… Trzeci typ to z kolei standardowe romansidło, czyli uczucie wyższe żywione do chłopaka tudzież dziewczyny i vice versa. Nie ma tu jako-tako miejsca na przyjaźń, jaka łączy dwóch mężczyzn czy dwie kobiety. Kuoyou… znaczy Kiyoko… ze względu na twoją zmianę płci, nasze relacje siłą rzeczy też muszą się zmienić. Wiem, że zapewne chciałabyś utrzymać stary porządek rzeczy, ale… tak się po prostu nie da. Może dlatego, że coś takiego jak przyjaźń damsko-męska po prostu nie istnieje. Prędzej czy później jedno i tak zakocha się w drugim. To, co z początku można nazwać „przyjaźnią” między chłopakiem i dziewczyną jest po prostu jednostronną chęcią zbliżenia się do drugiej osoby. W końcu jednak i tak prawda wyjdzie na jaw, i w takim wypadku są dwie opcje. Pierwsza to happy end, co jest równoznaczne z tym, że „przyjaciele” różnorakiej płci decydują się być razem, a druga to… no jest mniej optymistyczna w każdym znaczeniu tego słowa. Po prostu jedna z osób wygłasza długi monolog usiany przeprosinami, którego przekaz w skrócie brzmi tak, że owa osoba nie może zakochać się w tej drugiej, dlatego każde z nich ostatecznie rozchodzi się w swoją stronę…
- Taka… - zdążyłem tylko tyle z siebie wydusić, kiedy nagle rozległo się nawoływanie z dołu schodów.
- Kiyoko! Zejdź na dół, proszę! – usłyszałem głos ojca.
- Za chwilę! – odkrzyknąłem, odsuwając na moment telefon od twarzy. Nim jednak znów zdążyłem odezwać się do słuchawki, Takanori mnie uprzedził.
- Idź – jego głos brzmiał jakoś tak smętnie. – Nie przysparzaj sobie jeszcze więcej kłopotów – zaśmiał się po nosem, jednak bez problemu mogłem wyłapać w tym śmiechu nutkę smutku. – Pogadamy kiedy indziej.
I rozłączył się.
Oniemiały spojrzałem na wyświetlacz, na którym aktualnie wyświetlało się zdjęcie Rukiego i czas połączenia – który swoją drogą przekroczył już ponad półtorej godziny.
Skołowany podniosłem się z łóżka. Przeczesałem palcami włosy, ujarzmiając odstające pasma włosów. Skłamałbym, gdybym powiedział, że wywód, który zaserwował mi Matsumoto był tym, czego się spodziewałem… i potrzebowałem teraz usłyszeć.
Czy on naprawdę chciał, żebyśmy się od siebie oddalili?
Z miną na kwintę powlokłem się po schodach na parter. W przedpokoju zrobiło się całkiem spore zbiegowisko, gdyż znajdywała się tam już cała moja rodzina oraz dodatkowy gość. Ową dopiero co przybyłą osobą była ciocia Mei.
- Kiyoko! – zaszczebiotała na mój widok i przytuliła mnie, tym samym niemal odbierając mi oddech. – Jak ty wyrosłaś! Z ciebie to już duża pannica, co? – zaśmiała się, wręczając mi tabliczkę czekolady.
- Dziękuję – mruknąłem przytłumionym głosem, uśmiechając się przy tym krzywo.
Mama i dwie siostry zabrały gościa do salonu, zostawiając mnie samego w przedpokoju z ojcem.
- Dlaczego przyjechała ciocia Mei? – zapytałem szeptem. – I co ważniejsze, na jak długo? – dopytywałem.
- To mama nic ci nie mówiła? – zdziwił się mężczyzna. – Całe szczęście nie będzie zostawała na noc… chyba że jednak jej zdanie ulegnie zmianie – sapnął, a ja poszedłem w jego ślady. – Wiesz, Kiyoko… - tata położył mi rękę na ramieniu. – Jesteś zupełnie inna niż twoje siostry czy matka – skwitował. – Czasami myślę, że powinnaś być moim synem a nie córką – zaśmiał się, tarmosząc moje już i tak skołtunione włosy.
- Ja też… - mruknąłem. – Ja też, tato…
Wszedłem do salonu i ze sztucznym uśmiechem zająłem jedyne wolne miejsce na kanapie, które, rzecz jasna, musiało mieścić się koło siostry mamy. Kobieta objęła mnie ramieniem, znów nadając tym ptasim trelem niżby ludzką mową.
- Więc jak? – dźgnęła mnie palcem pod żebra, przez co drgnąłem. – Najmłodsza z domu Takashima ma już jakiegoś absztyfikanta? – uśmiechnęła się promieniście.
Dlaczego wszyscy moi krewni zawsze muszą używać słowa „absztyfikant”? To brzmi tak okropnie… Niemalże jak pedofil czy coś…
- Nie – odparłem twardo, wbijając nienawistne spojrzenie we własną rodzicielkę, która zawstydzona swoim poprzednim zachowaniem pokornie spuściła głowę w akcie skruchy.
- Nie? – zdziwiła się ciocia. – Kiyoko, ile ty już masz lat, co? Będzie już z siedemnaście, co? – upewniła się.
- W lato skończy osiemnaście – dodała Jyou, najstarsza siostra.
- I jeszcze nikogo nie masz? – „ciociunia” nie mogła się temu nadziwić. – Pamiętaj, latka szybko lecą, a nie chcemy chyba, żebyś została „kurisumasu keki”, prawda? (jp. クリスマスケーキ to „japońska wersja” christmas cake, czyli po prostu ciasta świątecznego. Wedle japońskiego przepisu jest to torcik z górą bitej śmietany i truskawkami. Tym terminem określane są również kobiety, które nie wyszły za mąż przed 25 rokiem życia i są uważane za stare panny. Określenie to wzięło się stąd, iż ciasto z taką ilością bitej śmietany łatwo się psuje i kupione dzień po świętach [a więc analogicznie 26 grudnia] nie będzie już tak dobre od aut.) – spojrzała na mnie badawczo.
- W istocie – wycedziłem przez zęby.
Do diabła, przecież mam jeszcze siedem lat zanim stuknie mi dwudziestka piątka! Poza tym… poza tym niewykluczone, że do tej pory znów za sprawą jakiejś tajemniczej magii mogę wrócić do swojej naturalnej „formy”, w której byłem mężczyzną.
Zaczęła się zawzięta dyskusja na temat tego, jak znaleźć najlepszego męża i czym ten powinien się cechować. Nie słuchałem tego całego lamentu, który w dyskretny i wyszukany sposób odnosił się do mojej osoby. Moje dwie starsze siostry już od dawna się z kimś umawiały. Jyou nawet zdążyła się zaręczyć, jednak wciąż mieszkała z rodzicami, gdyż wraz ze swoim narzeczonym wciąż nie znaleźli jeszcze odpowiadającego im mieszkania, do którego mogliby się wprowadzić.
Zastanawiałem się, dlaczego właściwie w naszym społeczeństwie kładzie się taki nacisk na to, aby kobieta znalazła sobie mężczyznę. Dlaczego facet może pozostać singlem i nikt mu nie głosi żadnych kazań z tej przyczyny, a kobietom już tak. Kiedy chłopak nikogo nie ma, to mówi się, że zajął się karierą, że jest biznesmenem i tak dalej… że skupił się najpierw na gromadzeniu majątku i osiągnięciu spełnienia zawodowego, a dopiero potem będzie zawracał sobie głowę poszukiwaniem żony. Mężczyzna może znaleźć sobie towarzyszkę życia w wieku lat trzydziestu czy czterdziestu… dlaczego więc kobieta, która skończy dwadzieścia pięć lat i wciąż nikogo nie ma, nazywana jest „starą panną”? Przecież taka osoba wciąż jest młoda – powiedziałbym, że nawet bardzo młoda! Prawdopodobnie dopiero co skończyła studia i załapała pierwszą poważną pracę, dopiero myśli nad pierwszą lub może drugą w życiu przeprowadzką. Słowem, dopiero zaczyna samodzielne życie, jeszcze nie zdążyła się nim nawet nacieszyć, a już musi myśleć o wyjściu za mąż? Cholera, gdzie sens, gdzie logika?
Całe szczęście odwiedziny cioci Mei w istocie nie trwały długo, bo jak się okazało, nazajutrz musiała iść do pracy. Kiedy zamknąłem już za nią drzwi, odetchnąłem z ulgą. Jedynym plusem z jej pojawienia się w naszych progach było to, że dostałem czekoladę. Postanowiłem zachować ją sobie na następny okres, na te kilka pierwszych, najgorszych dni, na czarną godzinę…

***

Siedziałem właśnie w szatni, obracając zwolnienie z lekcji między palcami. Znów nie miałem zbytnio okazji się nim nacieszyć, gdyż moją głowę zaprzątało to, co powiedział mi wczoraj Takanori. Co więcej nie spotkałem go dzisiaj w metrze, więc czułem się dziwnie… Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu… zdawało się, że chyba od podstawówki, jechałem do szkoły sam. Nie ukrywam też, że byłem z tego powodu nieco smutny…
- Kiyoko? – zagadnęła mnie Yui. – Nie ćwiczysz na dzisiejszych zajęciach? – rzuciła mi spojrzenie, naciągając na siebie strój sportowy.
- Nie, mam okres i źle się czuję z tego powodu – westchnąłem.
- Och, rozumiem… - spojrzała na mnie z bólem w oczach. – Jeśli będziesz się naprawdę źle czuła, powiedz mi, dam ci jakieś proszki przeciwbólowe – zaoferowała się.
- Dzięki wielkie – uśmiechnąłem się do niej blado.
- Swoją drogą słyszałaś, że będziemy mieć nowego wuefistę? – zaczęła nowy temat.
- Serio? – zdziwiłem się. – No w sumie pani Shimada mówiła coś o tym, że powinna przejść na emeryturę i w ogóle… - przypomniałem sobie.
- Ciekawe, kto to będzie, nie? – dziewczyna uśmiechnęła się.
Skinąłem jej głową, choć tak naprawdę mało obchodziło mnie to, kto będzie uczył nas wychowania fizycznego. Nieważne czy w ciele Kouyou, czy Kiyoko, i tak miałem w poszanowaniu ten przedmiot.
Wyszliśmy całą grupą na salę sportową. Tam czekał na nas już wysoki i postawny mężczyzna, który przedstawił się nam jako nasz nowy nauczyciel… i wychowawca, jakby tego było mało. Z jego wywodu zrozumiałem, że w ostatnim czasie zdrowie nie dopisywało pani Shimadzie i kiedy trafiła kolejny raz do szpitala, dyrektor zdecydował się odesłać ją na emeryturę w trakcie roku szkolnego i przyjąć tegoż oto jegomościa o kwadratowej szczęce na jej zastępstwo. Zrobiło mi się trochę przykro z powodu naszej byłej wychowawczyni, bo bądź co bądź była naprawdę miłą osobą.
I sport to niby zdrowie, co? Pani Shimada trenowała przez większość swojego życia, a teraz borykała się z problemami zdrowotnymi, mimo iż przecież nie była jeszcze jakąś stulatką. Miała swoje lata, ale z pewnością daleko jej było do wieku mojej babci.
Nasz nowy nauczyciel miał surowy wyraz twarzy i nie wyglądał zbyt przyjaźnie. Poza tym byłem zdziwiony, że ktoś zezwolił na to, aby mężczyzna (w dodatku taki jak on) uczył wychowania fizycznego grupkę dziewczyn. Myślałem, że to taka niepisana zasada w systemie edukacji szkolnej, że do odpowiedniej grupy przypisuje się nauczyciela tej samej płci…
- A ty dlaczego się nie przebrałaś? – jegomość o kwadratowej szczęce zwrócił się do mnie. W odpowiedzi dałem mu zwolnienie wypisane rano przez mamę. Myślałem, że to zakończy rozmowę, jednak ten tylko na to prychnął i oddał mi świstek papieru. – „Niedyspozycja z powodu bolesnej menstruacji”? – spojrzał na mnie z pobłażaniem. – Okres to nie choroba – uśmiechnął się niemal jadowicie. – Nie przyjmuję takich zwolnień.
Spojrzałem na niego nienawistnie. Co za szowinistyczna świnia bez krzty przyzwoitości i szkoły! Aż się we mnie zagotowało! Czy on wie, przez co musi przechodzić kobieta, kiedy ma okres?
- Nie mam stroju – odparłem twardo.
- W takim razie dostaniesz zapasowy.
W mojej szkole nauczyciele w-f’u nie pozwalali nie ćwiczyć uczniom z powodu braku stroju. Jedynie zwolnienie napisane przez rodzica lub lekarza upoważniało do zajęcia miejsca na ławce dla niećwiczących. Ponoć zdarzali się uczniowie, którzy nieco zbyt często „przypadkiem” zapominali stroju, toteż przewrotne pomioty grona pedagogicznego wprowadziły „zapasowe stroje”. W istocie były to wyciągnięte dresy i koszulki, które były prane z częstotliwością raz na rok, jak nie gorzej – tak przynajmniej sugerował zapach. Co więcej uczeń nigdy nie miał przywileju wybrania sobie stroju, toteż dostawał najbardziej ośmieszające rzeczy, które nijak do siebie nie pasowały i często były przeznaczone dla tej drugiej płci.
W tym momencie poprzysiągłem sobie zemstę. Szanowny pan Isei Miyagi jeszcze mnie popamięta… Ja tego tak nie zostawię!

***

W damskiej toalecie dziewczyny się perfumowały, układały włosy i poprawiały makijaże, toteż musiałem udać się do męskiej. Poza tym bałem się nieco, że któraś z uczennic mogłaby na mnie donieść. Bądź co bądź solidarność jajników bywała zdradziecka… Znacznie różniła się od solidarności jąder (tak, wiem, dziwnie brzmi to określenie), która kierowała się dużo prostszymi zasadami – a właściwie to jedną: chronić tego, kogo się lubi w razie problemów.
Tak, tak, wiem, że wcześniej zarzekałem się, że teraz jestem w ciele dziewczyny i nie można mi robić takich rzeczy, jednak dziś byłem rozwścieczony jak chyba jeszcze nigdy. Bez pardonu wmaszerowałem do tak dobrze znanej mi męskiej toalety i zająłem miejsce na parapecie przy uchylonym oknie. Wszyscy obecni tu chłopcy spojrzeli na mnie jak na kosmitę, a kilku z nich zawstydzonych moją obecnością, zarumienionych na twarzy wręcz wybiegło. Jednym z właścicieli zszokowanego spojrzenia był też Matsumoto.
- Co ty tu robisz? – wydusił z siebie z trudem, przy czym mało nie udławił się wypuszczanym właśnie przez nos siwym dymem.
- Daj papierosa – wyciągnąłem rękę w oczekującym geście. Chłopak podsunął mi paczkę używek. Bez zbędnego gadania zapaliłem jedną z nich i zaciągnąłem się dymem.
- Dostanę dziś odpowiedź? – ponaglał mnie.
- Ten nowy nauczyciel…! – ze złości zacisnąłem pięści. – Ach, długo by gadać… – ale w gruncie rzeczy jedynie machnąłem lekceważąco ręką. Nie chciałem znów zarzucać go swoimi kobiecymi problemami. Podciągnąłem jedną nogę na parapet, rozsiadając się wygodnie.
- Nie powinnaś tak siedzieć – zwrócił mi uwagę. – Wiesz, spódniczka i w ogóle… - mruknął.
- Ach, cholera! – sapnąłem ciężko, z powrotem układając nogi razem. – Mam tego dość! Bycie dziewczyną jest do bani! Chcę znów być facetem!
- Nie powinnaś tak głośno o tym mówić – blondyn upomniał mnie. – Bądź co bądź tylko ja wiem, o co chodzi. Inni… no cóż, mogą to źle odebrać – spojrzał na mnie wymownie.
- Jasne, jasne… - sapnąłem. – Ale wiesz, co? – zagadnąłem. – Nie będę się już dłużej zachowywać jak dziewczyna – wyrzuciłem niedopałek za okno. – Może jak znów będę zachowywał się jak chłopak, wrócę do swojego „poprzedniego ja” – rzuciłem wspaniałomyślnie.
- I co zamierzasz zrobić, geniuszu? – Matsumoto spojrzał na mnie jak na kretyna. – Przestaniesz nosić podpaski i będziesz przesiadywać w męskim kiblu?
- Na przykład – założyłem ręce na piersi.
- Widzę, że jesteś zdesperowana…
- Weź mów do mnie znów jak do faceta, co? – poprosiłem.
- Ale jesteś wciąż dziewczyną – „zauważył”. – Zastanów się, jakby to wyglądało z punktu widzenia osoby trzeciej. Rozmawia sobie chłopak z dziewczyną… i ten chłopak zwraca się do dziewczyny jak do faceta; to raczej nie jest normalne zachowanie, nie? – podniósł nonszalancko jedną brew.
- No to ja nie wiem, co ja mam robić! – zdesperowany wyrzuciłem ręce w powietrze.
- Może zaakceptować stan rzeczy takim, jaki jest? – podsunął Takanori.
- Ale ja już tak nie chcę! – prychnąłem. – Nie chcę być już dłużej dziewczyną! Chcę być sobą! – do oczu napłynęły mi łzy. – Chcę mieć znów w tobie przyjaciela! – wypaliłem pod wpływem emocji. – Nie chcę się od ciebie odsuwać! Chcę, żeby było tak jak dawniej! – spojrzałem na niego z twarzą wykrzywioną w płaczliwym grymasie. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek na lekcje.
Nagle zawstydzony całym tym przedstawieniem, które odegrałem przed chwilą, zsunąłem się z parapetu i szybkim krokiem wyszedłem z łazienki, zostawiając osłupiałego blondyna samego sobie.
Do klasy wszedłem spóźniony, bo na korytarzu znacznie zwolniłem kroku, wycierając przy tym mankietami koszuli łzy. Bez słowa przeprosin zająłem swoje miejsce i wbiłem spojrzenie za okno. Lekcją, która właśnie się zaczęła miała być godzina wychowawcza.
- Widzę, że panna Takashima nie została nauczona dobrych manier – Isei stanął nad moją głową. – Czy ja czuję od ciebie papierosy? – nachylił się nade mną, zaciągając tytoniowym zapachem. – Będziesz miała z tego powodu nie lada kłopoty, moja pani – spojrzał na mnie karcąco. W odpowiedzi jedynie prychnąłem pogardliwie, nie odwracając spojrzenia od okna.
Czułem, że wszyscy się na mnie gapią, ale naprawdę tym razem miałem to w poszanowaniu. Wybrałem wolną ławkę, aby siedzieć samemu. W duszy tylko dziękowałem Yui, że ta nie wpadła na tak „genialny” pomysł, aby przysiąść się do mnie i wypytywać o to, co się stało. Naprawdę nie miałem ochoty o tym rozmawiać. Czułem, jakby cały świat walił mi się na głowę…
Nauczyciel rozdał nam arkusze do wypełnienia. Dotyczyły one naszej przyszłości i planów na jej „zagospodarowanie”. Mimo iż byliśmy dopiero w drugiej klasie liceum, już wymagano od nas, abyśmy podjęli decyzję o tym, kim zostaniemy z zawodu oraz jaką wybierzemy następną szkołę. Po klasie rozniósł się cichy szmer rozmów. Uczniowie wymieniali się pomysłami i opowiadali o swoich planach. Dziewczyny piszczały radośnie, kiedy dowiedziały się, że niektóre z nich zamierzały wybrać te same uniwersytety, a chłopcy przybijali piątki. Wychowawca stał na podwyższeniu przed tablicą i grzmiał o odpowiedzialnych wyborach, próbując uświadomić nam, jak głupim zachowaniem jest sugerowanie się decyzją kogoś innego. Powtarzał wręcz do znudzenia, że nie powinniśmy wybierać jakiejś szkoły tylko ze względu na to, że ktoś z naszych znajomych zamierzał kontynuować tam swoją drogę edukacji.
Rozległ się odgłos pisania. Głuchy dźwięk, jaki wydawały z siebie długopisy w zetknięciu z pojedynczą kartką drażnił moje uszy. Oprócz pola, gdzie należało wpisać swoje imię i nazwisko, nie napisałem nic.
Skąd miałem wiedzieć, czym mam się zająć w życiu? Jak mogłem myśleć spokojnie o przyszłości, kiedy działy się ze mną jakieś dziwne rzeczy? Bo niby jaką miałem pewność, że za jakiś czas znów się nie zmienię? Przez całe życie byłem chłopakiem, a pewnego dnia obudziłem się jako dziewczyna – kto niby mógł mi zagwarantować, że w trakcie następnej nocy nie zmienię się w… no nie wiem… ośmiornicę albo chomika?
Poza tym, jakby tego było mało, przez zmianę płci traciłem mojego najlepszego i zarazem jedynego przyjaciela – człowieka, który był przy mnie przez większość mojego życia. Byłem przez to rozbity i przygnębiony. Nie chciałem, żeby nasze drogi się rozeszły, a więzi osłabiły tylko ze względu na to, że w naszym społeczeństwie funkcjonowały takie a nie inne stereotypy dotyczące relacji damsko-męskich.
Pedagog zbierał już kartki. Zatrzymał się przy mojej ławce jako ostatniej. Kiedy spojrzał na jej zawartość (lub jej brak), obrzucił mnie badawczym spojrzeniem.
- Kiyoko, co się dzieje? – zapytał łagodnym tonem, co mnie zdziwiło. – Nie wydaje mi się, żeby to było podobne do ciebie zachowanie. Inni nauczyciele mają o tobie dobre zdanie, masz dobre oceny… ale zachowujesz się niecodziennie – próbował spojrzeć mi w twarz. – Co cię trapi?
- Nic – burknąłem, odsuwając krzesło. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku – wyminąłem mężczyznę i bez słowa pożegnania wyszedłem z klasy.

***

Na przerwie obiadowej znów siedziałem sam. Plastikowym mieszadełkiem wymuszałem ruch na gorącym płynie w papierowym kubku. Obserwowałem, jak kawa wirowała, tworząc na środku swojej powierzchni mały wir.
- Mogę się przysiąść? – spojrzałem na Shiroyamę, który trzymał rękę na oparciu krzesła stojącego obok. Niemrawo skinąłem głową. – Yui powiedziała mi, że dziś zachowywałaś się inaczej niż zwykle. Wyglądasz na przygnębioną… Czy to z powodu tej akcji na wychowaniu fizycznym? – dociekał.
- Widzę, że Yui to twój informator – parsknąłem.
- Masz jej to za złe? – jego twarz ściskał skurcz niepokoju.
- Nie, nie mam – odparłem beznamiętnie, upijając w końcu łyk napoju.
- Więc co się stało? – dopytywał.
- Nic – odparłem lakonicznie.
- Jak nic, jak przecież widzę, że coś…
- Możemy skończyć ten temat w tym miejscu? – sapnąłem. – I tak mi nie uwierzysz, więc przestań naciskać.
- Dlaczego odgórnie zakładasz, że ci nie uwierzę?
- Bo sam nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę… - westchnąłem.
Aoi spojrzał na mnie z niezrozumieniem na twarzy. Zdawało się, że czekał aż ponownie zacznę kontynuować i zwierzać mu się ze swojego problemu, ale ja nie zamierzałem robić nic podobnego. Chcąc zorientować się, ile czasu zostało jeszcze do dzwonka, wyciągnąłem telefon z kieszeni. Wyświetlacz rozbłysnął kolorami, ukazując przy tym także ikonkę żółtej koperty, oznaczającą nieprzeczytaną wiadomość. Chciałem sprawdzić, kto do mnie napisał, jednak przez przypadek zamiast w skrzynkę odbiorczą, wszedłem w galerię zdjęć, dotykając sąsiadującej ikonki. Ta, dotykowe telefony mają swoje wady…
Nieczęsto przeglądałem zdjęcia zapisane na telefonie, toteż porządnie zdziwiłem się, kiedy na ekranie wyświetliła się rolka z aparatu – może samo w sobie nie było to dziwne, jednak moją uwagę przykuło konkretne zdjęcie. Mianowicie na jednym z nich zostałem uchwycony razem z Rukim. Blondyn spoglądał na mnie urażony, robiąc przy tym śmieszną minę, podczas gdy ja naśmiewałem się z niego; ale co najważniejsze, na zdjęciu figurowałem wciąż jako chłopak!
Yuu zajrzał mi przez ramię. Zaciekawiony powiększył zdjęcie, w które się wpatrywałem.
- Ten chłopak… jest bardzo podobny do ciebie… To twój brat? – zapytał, wskazując mnie w moim „poprzednim” ciele.
- Nie mam brata – odparłem zgodnie z prawdą.
- Więc… kuzyn? Ktokolwiek z rodziny? – dopytywał.

- Nie – przygryzłem wargę. – To ja sam – wyznałem w końcu.

„Hayakki-yokō” cz.3

„Hayakki-yokō” cz.3

Czas mijał. Ze wszystkich zgromadzonych zdawało się, że zbyt dobrze nie bawiłem się tylko ja i niższe rangą demony w rolach sług. W głowie wciąż rozbrzmiewały mi słowa Shoyi – wnioskując po tym wszystkim można powiedzieć było, iż w zasadzie siedziałem na tykającej bombie. Wsłuchiwałem się w każde owo pojedyncze tyknięcie, które odmierzało upływający czas, tym samym nieubłaganie zbliżając mnie do tego smutnego momentu, w którym przyjdzie pożegnać mi się z moim własnym żywotem. Było to pewnym, że nie uda mi się dotrwać do końca nocnej parady demonów…
Żegnaj, okrutny świecie… albo właściwie jeszcze nie, gdyż przecież nikt póki co nie zamierzał skrócić mnie o głowę.
Jeszcze.
Biesiadna atmosfera była zdecydowanie jedną z tych milszych i spokojniejszych – w zasadzie, gdybym jeszcze cały czas nie musiał martwić się o własne życie, to mógłbym powiedzieć, że ta nasiadówka nie była znowu aż taka zła. Trochę drętwa dla człowieka, który w większej mierze nie rozumiał, o czym rozprawiają i z czego śmieją się demoniczne bóstwa, ale ujdzie w tłoku. Niemniej nawet ta chwilowa sielanka musiała zostać przez coś zakłócona.
Nagle zrobiło się jakieś zamieszanie. Nie było ono wywołane przez niższe rangą demony bawiące się na drugim końcu pagody, przez ich niewysublimowane, czasem brutalne poczucie humoru i godne pożałowania maniery przy stole. Wiele dziwadeł podniosło się ze swoich miejsc i zaczęło biegać, nawołując się i wrzeszcząc coś do siebie nawzajem. Niewiele rozumiałem z ich burkliwych, zachrypniętych głosów i pisków, z całej tej kakofonii, którą wywołali. Co więcej zdawało mi się, że niektóre stwory nie posługują się ludzkim językiem, toteż nie było szans, jakobym mógł zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło.
Spojrzałem na bliżej siedzące mi towarzystwo. Z ich min wywnioskowałem, że coś poszło nie tak, gdyż nikt nie zdradzał przesadnego zadowolenia. Wszystkich nagle jakby dopadł stres, gdyż ich wyrazy twarzy stężały, ściągając się w pełnym skupieniu.
Chwilę potem przez całe to zgromadzenie przebił się młody chłopak. Z szeptów i urywanych komentarzy, jakie udało mi się zasłyszeć, dowiedziałem się, iż był to Nurakami (japoński bóg błyskawic od aut.), który robił za posłańca księcia Kengamine. O tym drugim nie udało mi się wywiedzieć jednak nic.
- Moi państwo – bóg błyskawic zgiął się w ukłonie – mam zaszczyt zapowiedzieć wizytę samego Kegamine-sama – odezwał się uroczyście.
- Kiedy możemy spodziewać się jego wysokości? – Sōtangitsune odezwał się niskim głosem.
- Za kilka chwil – oświadczył z uśmiechem posłaniec.
Przyglądałem się jak twarz sławnego lisa z Kioto w jednej chwili przyjmuje kolor kartki papieru, a w jego oczach odmalowała się nuta strachu. Chciałoby się rzec, iż przyszła kryska na Matyska, za to jak wcześniej sam doprowadził mnie do podobnego, może „nieco” gorszego stanu, jednak doskonale zdawałem sobie sprawę, że jego reakcja wcale nie wróżyła niczego dobrego. Już sam gospodarz Hayakki-yokō był dla mnie poważnym zagrożeniem, potężnym demonicznym bogiem, z którym nie mogłem się równać… a tu proszę, do „kompletu” pojawia się jeszcze ktoś silniejszy, ktoś, kto przeraża nawet samego lisa.
Czyżby w rzeczywistości zbliżał się wielkimi krokami czas, w którym będę zmuszony pożegnać się ze swoją głową?
Obawiałem się tego nieproszonego gościa. Zachodziłem w głowę, kim może być, przy czym, nie ukrywam, zacząłem już panikować. Zastanawiałem się czy ten przydomek „księcia” mógł być nieco mylący… a co jeśli to tak naprawdę jakaś nieokrzesana bestia? Albo nawet jeśli będzie to już jakaś rozumna forma życia podobna do demonicznych bogów, to czy nie będzie maniakalnym rzeźnikiem pozbawionym skrupułów? Bądź co bądź, ci, którzy stoją u najwyższej władzy, zawsze mają najbardziej nierówno pod sufitem…
Kierując się za tłumem, wyszedłem z budynku. Stanąłem na podwórzu, rozglądając się za wyczekiwanym gościem, jednak nigdzie go nie było. Serce waliło mi jak młotem. Byłem ciasno otoczony przez wszelkiej maści dziwaczne i przerażające kreatury, podczas oczekiwania na kolejną, jeszcze gorszą. Miałem wrażenie, że żołądek podjeżdża mi z tego wszystkiego do gardła. Siłą woli próbowałem powstrzymać odruch wymiotny. Co jak co, ale gdyby moja treść żołądkowa wylądowała na plecach Suzaku, za którym się skrywałem, nie poprawiłoby to mojej i tak już opłakanej sytuacji.
Nagle coś zaczęło się dziać. Z początku nie umiałem określić dokładnie co. Powietrze jakby stężało i zostało naładowane ładunkami elektrycznymi. Chmury na niebie zaczęły krążyć, tworząc wir. Zerwał się silny wiatr. W końcu z centrum owego wiru wychyliła się pierwsza błyskawica, a zaraz za nią kolejne. Próbowałem pojąć moim ludzkim umysłem tę anomalię pogodową, jednak w kolejnej chwili zrozumiałem, że nie warto, gdyż i tak jest to niemożliwe. W pewnym momencie pojedyncze błyski zebrały się jakby razem i uderzyły w ziemię w zmasowanym ataku. Rozległ się dudniący grzmot. Fala uderzeniowa zmiotła mnie z nóg – podobnie jak i większość innych demonów. Powoli z powrotem zacząłem gramolić się na nogi, windując do pozycji stojącej. Jednocześnie przy tym przecierałem pięściami oczy, do których wpadł piach niesiony przez wiatr i falę uderzeniową. W powietrzu dało się czuć swąd spalenizny. Co więcej w miejscu, w którym uderzyła błyskawica stał teraz mężczyzna. Ubrany był w białe, odświętne kimono, od którego materiału tak drastycznie wręcz odcinały się jego czarne, długie, sięgające poniżej pasa włosy. W dłoni trzymał złożony wachlarz, który przytykał do prawego policzka niby w geście zamyślenia. Głowę okrytą miał jasną chustą, która luźno zwisała z jego ramion, niemal ciągnąc się za nim po ziemi niczym welon. Jednocześnie owo okrycie skrywało po części jego twarz, sprawiając, że jego postać była bardziej tajemnicza.
A teraz może skupię się na samym miejscu, w którym zjawił się oczekiwany gość, gdyż było ono dość interesujące i niecodzienne. Otóż właśnie, jakby nigdy nic, stał pośrodku jeziora, w którym miałem już nieprzyjemność zażyć kąpieli. On jednak nie wyglądał na przerażonego; może dlatego, że taka kelpia, która próbowała zrobić sobie z mojej nogi kolację, była przy nim marną płotką niestanowiącą żadnego zagrożenia, a może dlatego, że właśnie owa kelpia unosiła się  martwa na powierzchni skrwawionej wody. Wyglądało na to, że została rażona piorunem – nawet jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej otoczenie wodne przekazało ładunki, przez co usmażyła się żywcem. Chciałoby się powiedzieć, że dobrze jej tak, bo w gruncie rzeczy nie było mi żal tego konio-podobnego stwora, jednak nie bardzo miałem czas na bycie zawistnym. Skupiłem się na nowej postaci, obawiając się, że podobnie mogłaby potraktować i mnie. Miałem także nikłą nadzieję, że Taitatsumaru nie wpadnie więcej na pomysł, aby dla otrzeźwienia wrzucić mnie z powrotem do jeziorka.
- Witaj, o czcigodny książę Kengamine – przywitał się niewzruszony gospodarz uroczystości, który nie ruszył się ze swojego miejsca ani o milimetr. – Czymże zasłużyłem sobie na twą niespodziewaną wizytę?
Książę w odpowiedzi jedynie uśmiechnął się delikatnie, przez co wyglądał jeszcze piękniej – bo trzeba było przyznać, że jego uroda była niespotykana; właściwie jak wszystkich demonów wyższej rangi, jak już zdążyłem się zorientować. Niemniej w demonicznych bóstwach jawnie tkwiło coś złego do szpiku kości, podczas gdy w nowoprzybyłym tego nie odnotowałem. Powiedziałbym, że właśnie zobaczyłem anioła, gdyby nie ten drobny fakt, iż był to książę pomiotów szatańskich.
Dostrzegłem Shoyę, który pojawił się właśnie obok mnie. Postanowiłem skorzystać z jego obecności i wypytać go o tę niezwykłą osobę z bardzo efektownym wejściem.
- Kto to jest? – zapytałem, jednak nim zdążyłem dać upust swojemu słowotokowi i zaspokoić moją żądzę wiedzy, chłopak zatkał mi usta dłonią i odciągnął w tył, kierując do tej części świątyni, gdzie wcześniej mnie opatrywał. Jak zauważyłem wszystkie mniej znaczące kreatury również zaczęły się rozpierzchać, pozostawiając na podwórzu jedynie demonicznych bogów z księciem sam na sam.
Szatyn zaciągnął mnie do jednego z pomieszczeń i zamknął za nami przesuwane drzwi. Odetchnął ciężko, siadając niedaleko wejścia niczym strażnik.
- Spadkobierca Smoka – odparł lakonicznie, biorąc głęboki wdech. – Nie zbliżaj się do niego – warknął. – To niebezpieczny typ – przestrzegł. – To zupełnie inna liga niż Sōtangitsune i jego banda! – zacisnął drżące dłonie w pięści. – Nawet oni nie są dla niego przeszkodą, żadnym przeciwnikiem… - pokręcił zrezygnowany głową. – Książę Kengamine to reinkarnacja smoka… - zaczął tłumaczyć. – Przynajmniej tak mówią – wzruszył ramionami. – Właściwie to nikt nie jest tego pewien, ale nie można też tego nijak zweryfikować; w końcu nikt nie jest na tyle głupi, żeby się narażać. W każdym razie… mówią, że jego ukochana ma smoczych przodków. Niestety, w rodzie Smoka jest tak, że wszystko dziedziczy mężczyzna. Kobieta jest z grubsza zwykłym człowiekiem, niczym nie wyróżnia się od podobnych jej ludzi; dopiero jej wybranek oraz dzieci płci męskiej zyskują prawdziwą moc Smoka. Można powiedzieć, że w niej jako-tako jest ona ukryta – poprawił rękawy stroju w nerwowym geście. – Kiedy książę Kegamine związał się z ową kobietą, przejął całą moc, stając się spadkobiercą Smoka. Przejął nie tylko jego zdolności, ale także majątek, pozycję i interesy; stał się nową głową rodziny. Co więcej jego ukochana niedomaga. Boryka się z jakąś chorobą; ponoć od dziecka nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Niemniej była jedynym potomkiem Starego Smoka. Ze względu na jej stan z pewnością nie odziedziczyła pełni mocy od ojca, przez co cały jej ród, następne pokolenia będą słabsze od swoich przodków. Ponad to kobieta z rodu Smoka może obdarzyć swojego wybranka tylko częścią swojej własnej mocy, więc nie wiadomo, jak to jest naprawdę z Księciem Kengamine… niemniej nie zmienia to faktu, że jest potężny – zaznaczył. – Także…
-Rozumiem; zejść mu z drogi, tak? – wtrąciłem.
- Najlepiej – przytaknął. – Co więcej Smoki są agresywne, więc lepiej w ogóle nie pokazywać im się na oczy.
- Co masz na myśli, mówiąc „agresywne”? – dopytywałem. Obawiałem się, że moje domniemania odnoście rzeźnika w roli księcia mogły okazać się całkiem prawdziwe.
- Atakowanie ludzi bez powodu nie jest tolerowane pośród demonów… ale są i tacy, którzy idą za głosem własnych przyjemności, gdziekolwiek się znajdą – westchnął ciężko. – Nie podoba mi się wrzucanie nas do jednego wora, jednak… Smoki są jednymi z najsilniejszych demonicznych rodów, toteż nie da się uniknąć wystawiania oceny ogółowi rasy demonów za ich poczynania – rozłożył bezradnie ręce.
- Rozumiem… - mruknąłem.
Zwróciłem wzrok w stronę rozsuniętych drzwi prowadzących na werandę. Ze wzgórza rozciągał się widok na miasto. W oddali widać było oświetlone ulice, rozwieszone papierowe lampiony, małe kramy z jedzeniem i budki z pamiątkami stojące po bokach alejek…
Chwila… czy to już właśnie nadszedł czas letniego festiwalu?
Nagle trafiło do mnie jedno ze wspomnień, które jak do tej pory trwało gdzieś zapomniane w odmętach mojej podświadomości. Zaskoczyło mnie to, jakie było wyraźne i klarowne.
Przypomniałem sobie, że jako dzieciak też kiedyś chodziłem na letnie festiwale. Na jeden z nich wybrałem się z dziadkiem, którego słowa odbiły mi się teraz od ścianek czaszki: „Wy, dzieci, nie powinniście chodzić nigdzie same, bo może być to niebezpiecznie. Ludzie nie są jedynymi, którzy przychodzą na ten festiwal. Jest to również czas, gdy odsyłane są dusze zmarłych – te, które z różnych przyczyn nie mogą odejść, zostają, przemieniając się w demony. Dobrze by było, gdyby żadne z was nie natrafiło na takiego potwora, prawda?”.
Zacząłem zastanawiać się czy dziadek wiedział… czy przekomarzał się jedynie z małym wnuczkiem, próbując go nastraszyć, aby ten nie wracał po nocy do domu, czy może rzeczywiście wiedział o istnieniu tych przerażających kreatur? Niestety nie umiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Nie pamiętałem zbyt wiele odnośnie własnego dziadka, gdyż ten zmarł, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Moja wiedza odnośnie jego osoby bazowała na opowiadaniach rodziców, którzy zawsze kreowali go w moich oczach jako starszego pana z pociągiem do alkoholu.
Ja… muszę przyznać, że, przynajmniej w ostatnim czasie, też nie szczędziłem sobie napojów wyskokowych. Czy gdybym w dodatku miał już własną rodzinę i zacząłbym im opowiadać o demonach, które spotkałem, uznaliby, że wdałem się we własnego dziadka? Mama często powtarzała, że jej ojciec lubił opowiadać mi niestworzone bajki, których ja słuchałem jak zaczarowany. Prowadzał mnie do lasu, pokazując nieistniejące rzeczy, w które ja tak bardzo chciałem uwierzyć, iż za każdym razem na jego pytanie odpowiadałem, że owszem, widzę te stworki. Było to śmieszne, ale do czasu, kiedy dziadek umiał się kontrolować i nie próbował także wmówić swoich bujd dorosłym – tak przynajmniej słyszałem od rodzicielki. Czy ludzie, jego najbliższa rodzina, zaszufladkowała go jako dziwaka nadużywającego napojów procentowych tylko dlatego, że nie potrafili dostrzec tego, co on? Czy to w ogóle możliwe, że widział to samo, co ja miałem tę nieprzyjemność oglądać teraz?
- Masz – odezwałem się, wyrywając się z wiru własnych myśli. – To klucze do mojego mieszkania. Kiedy to wszystko się skończy… no nie wiem, może będziesz mógł je wynająć? – wzruszyłem ramionami. – W końcu jak nie będę płacił czynszu, to wywalą stamtąd moje rzeczy, więc… w zasadzie to nie wiem. Nie wiem nawet czy miałbyś ochotę przejmować moje mieszkanie w taki sposób… Może od razu spiszemy umowę kupna-sprzedaży albo coś? – zaproponowałem, gubiąc się we własnym wywodzie.
- Aż tak jesteś zrezygnowany? – hanyo przysiadł się do mnie; tak blisko, że nasze ramiona się stykały. – Może nie będzie aż tak źle… - próbował mnie pocieszyć.
- Sam powiedziałeś, że najpewniej stracę głowę – westchnąłem ciężko.
- Cóż… jeśli teraz się poddasz, to z pewnością tak będzie – otaksował mnie uważnym spojrzeniem. – Wiesz… moim zdaniem nigdy nie jest za późno, aby wciąż spróbować o coś zawalczyć; co więcej nigdy nie jest to tak do końca bezsensowne, nawet jeśli z grubsza mogłoby się to takowe wydawać – uśmiechnął się delikatnie.
- Czemu próbujesz mnie pokrzepić? – spojrzałem na niego umęczony. – Czemu wciąż się mną opiekujesz?
- W końcu jesteśmy sąsiadami, nie? – zaśmiał się. – Taka sąsiedzka pomoc, można powiedzieć – uśmiechnął się szeroko, ukazując zęby.
- Doprawdy? – parsknąłem. – Czy w takim razie w ramach rewanżu, jeśli uda mi się przeżyć, w dobrym tonie byłoby, abym odwdzięczył ci się użyczając ci szklanki cukru? – spojrzałem na niego rozbawiony. – Pomoc sąsiedzka sprowadza się do drobnych rzeczy, a nie do notorycznego ratowania życia i zdrowia – zauważyłem.
- A więc chcesz, żebym zostawił cię sam sobie? – uniósł brwi w pytającym  geście.
- Nie! – zaoponowałem ostro. – Znaczy… Nie, jeśli mógłbyś tego nie robić… to raczej prosiłbym, abyś się na to nie porywał – zakończyłem wymuszonym uśmiechem.
- Nie zrobię czegoś podobnego, nie bój się – szturchnął mnie w ramię. – Bądź co bądź ja też w pewnym stopniu jestem człowiekiem, więc… - zawahał się. – Nie wiem jak to nazwać… Czuję między nami jakąś taką więź, która nakazuje mi cię chronić… - wyznał w końcu z trudem nieco zawstydzony. – Nawet jeśli z grubsza wydawałoby się być to bezsensowne – zaznaczył, nawiązując do poprzedniego tematu.
- Miło wiedzieć, że nie tylko ja czuję tą dziwną „więź” między nami – przyznałem przyciszonym głosem. – Już zaczynałem myśleć, że to coś nienormalnego… - zaśmiałem się pod nosem, mimo iż do śmiechu wcale mi nie było. Shoya spojrzał na mnie przelotnie. Jego wyraz twarzy przepełniała mieszanka niedowierzania i pobłażania. – No co? – zdziwiłem się.
- Nic – wzruszył ramionami. – Tylko… Jakoś ciężko mi w to uwierzyć, że człowiek może czuć „więź” – ledwo powstrzymał się od parsknięcia. Niemniej pozwolił sobie za to na wywrócenie oczyma.
- O co ci chodzi? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Nie zrozum mnie źle; nie chciałem cię obrazić – uniósł dłonie w obronnym geście. – Mimo wszystko faktem jest, że ludzie to… niewdzięczne istoty – wydusił z krzywym grymasem. – Ludzie nie pojmują znaczenia słowa „więź” – westchnął. – Prawdopodobnie nie jesteś w stanie czuć tego, co ja, więc ciężko jest mi to wytłumaczyć w jakiś jasny i klarowny dla ciebie sposób – rozłożył ręce. – Niemniej ludzkie więzi są zupełnie inne od tych, które łączą dwa demony. Możliwe, że wynika to z tego, iż życie przeciętnego śmiertelnika jest znacznie krótsze, ale tym razem naprawdę nie chodzi o to, aby szukać kolejnych usprawiedliwień dla twojej rasy – prychnął. – W moich oczach innych ludzie co chwila schodzą się i rozchodzą, nierozważnie bawią się życiem, psując sobie przy tym krew. Demony natomiast są bardziej stałe w swoich uczuciach; zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Co więcej cechują się silniejszym instynktem, który nakazuje im chronić swoich bliskich niezależenie od rozmiarów zagrożenia czy szkód, jakie mogliby w skutek takowego działania ponieść – wyjaśnił.
- Zdaje się, że nie masz zbyt pochlebnego zdania o ludziach… - zauważyłem.
- Zgadza się.
- A jednak jesteś jednym z nich… w jakimś stopniu – dodałem szybko.
- Nie da się ukryć – przytaknął.
- Jest jakiś konkretny powód, dla którego nie lubisz mojego gatunku? – dociekałem.
- Nazwijmy to traumą z przeszłości – mruknął pod nosem.
- Powiesz mi o tym coś więcej? – chłopak przysunął się do mnie, po czym prychnął.
- Typowy człowiek – pstryknął mnie w czoło. – Ciekawski aż do bólu – fuknął. – Nie interesuj się sprawami, które ciebie nie dotyczą – pouczył mnie.
- W takim razie jak mam stworzyć jakąś prawdziwą, zażyłą więź skoro wciąż właściwie nic nie wiem o drugiej osobie, z którą chcę ją zbudować? – spojrzałem na niego wymownie.
- Takie więzi buduje się z czasem – zagrzmiał niczym mentor.
- Może nie zostało mi go już wystarczająco… - mruknąłem. Hanyo sapnął ciężko, nie mogąc znaleźć już żadnej riposty na to stwierdzenie. – Czy demony na Nocnej Paradzie kiedyś śpią? – zacząłem znienacka nowy temat.
- Jesteś zmęczony? – zapytał.
- Szczerze, to jak nigdy przedtem – wyznałem.
- Cóż… każdy musi kiedyś zregenerować siły, więc, owszem, demony mają pewien dość krótki okres, w którym udają się na spoczynek – zgodził się. – Wtedy także trzeźwieją… w pewnym stopniu – wywrócił oczyma. – W tym czasie słudzy także przygotowują się do kolejnej części parady – wyznał.
- Następnej części? – zdziwiłem się. – To ta nasiadówka dzieli się na jakieś części? Co będzie na następnej? – przestraszyłem się.
- Z grubsza to, co mogłeś już zobaczyć – pół-demon wzruszył ramionami. – Po prostu przygotowywane są nowe posiłki, trunki, sprzątana jest pagoda – wyliczał na palcach. – Niemniej postaram się zorganizować ci jakieś miejsce w części dla służących – obiecał.
- Dziękuję – spojrzałem na niego z wdzięcznością.

***

Demony służebne uwijały się z pracą, podczas gdy ich przełożeni nadal dyskutowali ze wcieleniem Smoka na zewnątrz. Sprzątali pagodę, w szczególności tę część, gdzie urzędowały niższe rangą demony, jak mniemałem, dla księcia Kengamine. Zgadywałem, że ten jak każdy wyżej postawiony od innych osobnik nie skorzystałby z okazji umoszczenia swego zacnego siedzenia na porozrzucanych resztkach jedzenia…
Błyskawicznie zostały usunięte wszelkie nieczystości, w tym również drobiny rozbitej porcelany. Byłem pełen podziwu dla demonicznej służby, która potrafiła działać tak szybko i efektownie. W półmroku panującym w pagodzie ja wielu rzeczy nawet nie dostrzegałem; z tej racji powoli zaczynałem sobie uświadamiać, iż całkiem możliwe jest to, że nawet nasze organy wewnętrzne są inaczej zbudowane. W końcu u ludzi nie często widywało się zielone, rozmyte oczy bez źrenicy na tle pożółkłych białek – fakt, iż nasze oczy różniły się od siebie wyglądem mógł również świadczyć o tym, iż cechowały się one zupełnie innymi właściwościami i budową.
Kolejne ohaguro-bettari donosiły pięknie pachnących potraw z kuchni. Chwilę potem niższe rangą kreatury zostały gdzieś odprawione, aby nie przeszkadzały. Starałem się być użyteczny i sumiennie wypełniać każde powierzone mi zadanie, jednak zdawałem sobie sprawę, że nie było szans, abym do końca tego stulecia załapał się na listę osób, które mogłoby zostać uhonorowane orderem wzorowego służącego. Starałem się, a i owszem, jednak pomimo moich szczerych chęci ktoś zazwyczaj musiał kończyć po mnie zadanie, gdyż nie zostało ono wykonane w stu procentach poprawnie. Z czasem poirytowane moim brakiem skrupulatności demony, które posiadały jedynie usta rozciągnięte w sczerniałym uśmiechu zaczynały wzdychać cierpiętniczo – a z racji ich stanu uzębienia ich oddech nie należał do najświeższych… do tego stopnia, iż niemal wzięło mnie na torsje, kiedy stanąłem zbyt blisko jednego z nich.
W drugiej części świątyni zostały rozłożone futony. Każde demoniczne bóstwo mogło nacieszyć się oddzielnym pokojem, a i dla wcielenia Smoka udało się wygospodarować jeden. W każdej sypialni czekał już najbliższy, najbardziej zaufany służący danego bóstwa wraz z misą ciepłej wody, drogocennym, misternie zdobionym grzebieniem z kości (miałem nadzieję, że słonia a nie człowieka…) oraz jedwabnym strojem do snu. Wydawało mi się to być absurdem, ale każdy jeden z tych służących musiał bezruchu tkwić przy swoim panu przez cały czas, kiedy ten spał, aby czuwać nad jego bezpieczeństwem lub ewentualnie służyć mu tak jak zwykle, gdyby ten obudził się zbyt wcześnie, aby napić się wody. W tym czasie poddanemu nie można było spać, jeść, pić czy choćby wyjść na moment z sypialni, nie wspominając już o korzystaniu z łazienki. Było to dla mnie głupie i niepojęte, ale jak widać hierarchiczny podział społeczeństwa zbierał swoje żniwa absurdu i wyzysku nie tylko wśród zwykłych śmiertelników.
Wśród tego całego zamieszania dowiedziałem się jednak czegoś ciekawego; mianowicie: ponoć byłem tu gościem „specjalnym”. Nie widziałem, czym ta „specjalność” miała się objawiać, ale w każdym razie nie byłem (ponoć) traktowany jako zwykłe popychadło niższej rangi czy demon służebny. Bądź co bądź pozwolono zasiąść mi do jednego stołu razem z demonicznymi bożkami. Zostałem potraktowany jako ich bezpośredni gość, dlatego też jako osoba, która chociażby teoretycznie miała coś znaczyć, zostałem oddelegowany do poinformowania demonicznych bóstw o tym, iż przygotowania zostały zakończone. W chwili, kiedy do pagody wniesiono kadzidła z boskim zielem, aby zabić nieprzyjemny zapach, a które wcześniej tak źle na mnie podziałały, Shoya wciągnął mnie do kuchni.
- Czy to konieczne? – zacząłem jęczeć.
- Ależ jak najbardziej – odparł chłodno. – Ale nie bój się. To tylko krótka formalność. Cały czas będziesz stał u mojego boku, więc nic nie powinno się wydarzyć. Po tym będziesz mógł już się położyć i odpocząć – obiecał.
- No… dobra… - przytaknąłem w końcu, posyłając szatynowi słaby uśmiech, na co ten odpowiedział mi skinieniem głowy. Ta, zupełnie tak jakby moje zdanie się tutaj liczyło…
Niemniej byłem bardzo wdzięczny hanyo za to, iż próbował mnie podbudować psychicznie, że był dla mnie wsparciem, a ponad to starał się stworzyć mi warunki do tego, abym mógł wypocząć. Z początku był dla mnie jednym z tak licznych, otaczających mnie demonów, który dolewał mi sake, jednak nasze relacje szybko się zmieniły. Zaczynałem myśleć, iż pół-demon naprawdę życzyłby sobie, abym wyszedł z Hayakki-yokō w jednym kawałku. Zdawało mi się, iż zamierzał dołożyć do tego wszelkich starań – dlatego właśnie ja również nie mogłem go zawieźć i musiałem się postarać zachować życie. To nie tak, żebym jakoś nagle zaczął naiwnie wierzyć, iż w istocie było to możliwe, abym opuścił Nocną Paradę demonów żywy, ale zwyczajnie nie chciałem, aby jego trud poszedł na marne… tak zupełnie.
W istocie chyba prawdą było, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Wyglądało na to, iż podświadomie zaczęło mnie do niego ciągnąć, gdyż trwając u jego boku czułem się dużo bezpieczniej. Z chęcią nie odstępowałbym go na krok, jednak zdawałem sobie sprawę, że tym samym byłbym dla niego jeszcze bardziej uciążliwy. Przeze mnie mógłby nie podołać obowiązkom, które spoczywały na nim jako na głównym służącym świątyni Sōtangitsune, przez co, jak zgadywałem, mógłby się znaleźć w niemałych tarapatach. Co więcej, nie byłem już dzieckiem, a on nie był moją matką. Czasem musiałem wykazać się samodzielnością – nawet jeśli w istocie była to dla mnie w obecnej sytuacji jedna z najgorszych możliwości.
Z tego wszystkiego musiałem przyznać w końcu, iż… zaufałem mu. Niezależnie od tego, jak bardzo chciałem się przed tym bronić, zaufałem mu. Shoya był pół-demonem, wysłannikiem słynnego lisa z Kioto, nieznajomym – miał mnóstwo powodów, aby mnie oszukać, wyrolować, zrobić ze mnie głupca, jednak ostatecznie cały czas mi pomagał. Nie wiedziałem czy była to tylko jego zwodnicza gra, czy wcześniej obrał sobie za cel zdobycie mojego zaufania, aby potem móc mnie wykorzystać w jakiś sposób, ale… zaufałem mu, do cholery! Był jedyną postacią w całym tym wariatkowie, której mogłem zwierzyć się z moich obaw, liczyć na pomoc w razie kłopotów oraz pocieszające, choć zdawkowe słowo. Jak go tu nie obdarzyć zaufaniem w takiej sytuacji? Był jedynym pozytywnym charakterem. Chciałem mu ufać i chciałem, żeby wszystko, co robił i mówił było szczere; chciałem skończyć ten koszmar razem z nim.
Wyrwałem się z moich rozmyślań dopiero na podwórzu, a to i tak za sprawą mocnego szarpnięcia za ramię przez szatyna. Gdyby nie jego reakcja, uderzyłbym w osobę stojącą przede mną.
A przede mną stał właśnie niewysoki, starszy mężczyzna o zupełnie już siwych włosach, poznaczonej bruzdami głębokich zmarszczek twarzy oraz dużych, okrągłych okularach na nosie. Staruszek spojrzał na mnie nieprzychylnie i sapnął z pogardą, krzyżując na piersi chude ramiona. Co najdziwniejsze w tym wszystkim wyglądał zupełnie jak zwykły człowiek – żadnych śladów niepokojących „dodatków”, takich jak małpi ogon czy druga twarz z tyłu głowy lub też „ubytków” takich jak brakujące oko, ręka… głowa.
- To pan Izumi Kyōka (tak naprawdę jest to japoński powieściopisarz, który napisał m.in. „Staw Demonów” kabuki od aut.) – podwładny Sōtangitsune przedstawił mi mężczyznę. – Jest opiekunem Yasha Ga Ike, czyli stawu demonów, z którym już się zapoznałeś – rzucił dość kąśliwie. – Pan Kyōka będzie nam towarzyszył.
Spojrzałem na niego z oburzeniem, rozkładając bezradnie ręce oraz ściągając brwi. Może nie wypadało mi wyrażać się przy opiekunie tego cholernego, zmutowanego zwierzyńca w postaci oczka wodnego, ale mój przekaz niewerbalny był jasny, toteż nie wątpiłem, żeby mój towarzysz mógł go błędnie zinterpretować. Bo przecież to nie była moja wina, że zostałem wrzucony do tego stawu, prawda?! Następnym razem pół-demon powinien zaaplikować Taitasumaru leki na uspokojenie razem z herbatą, a nie czepiać się niewinnych ludzi, którzy zostali ujarani czymś, o podejrzanej nazwie „boskiego ziela” bez ich wiedzy, a przede wszystkim pozwolenia…
Staruszek fuknął raz jeszcze, co zwróciło moją uwagę i zmusiło mnie do skupienia spojrzenia na nim. Izumi był widocznie wytrącony z równowagi; wręcz kipiał złością. Z tego powodu postanowiłem iść dwa kroki za nim, żeby nie oberwać, gdyby w końcu coś w nim pękło, zwalniając samonakręcającą się maszynę destrukcji.
- Najpierw mi ktoś wrzuca brudnego człowieka do mojego stawu! – warknął mężczyzna, wygrażając pięścią niebu i aż trzęsąc się ze złości. – A teraz mi jeszcze kelpie usmażyli! – ryknął. – Moja mała, kochana kelpia! Co ona komu takiego zrobiła, żeby zasłużyć sobie na taki okropny los?! – irytował się. Już chciałem się wciąć, przypominając, iż próbowała mnie utopić i pożreć żywcem, a kiedy nie udało jej się to, to przynajmniej próbowała odgryźć mi nogę, przez co wciąż kulałem, ale ostatecznie postanowiłem jednak przemilczeć tę kwestię. Nie było sensu wykłócać się o to z opiekunem Yasha Ga Ike, kiedy widać było, iż ten w istocie darzył tę kreaturę miłością najczystszej wody. – Sprawca zapłaci mi za to! – zagrzmiał, odgrażając się.
Wywrzaskiwał kolejne pogróżki, zupełnie nie zważając na to, iż z każdym krokiem zbliżaliśmy się do grupy demonicznych bóstwo oraz księcia Kengamine. Kyōka był zaślepiony furią, niemalże brnął przed siebie w amoku. Przez cały ten cyrk, jaki odstawił, z pewnością musieliśmy wyglądać komicznie – ja z Shoyą idący ramię w ramię w absolutnej ciszy oraz skaczący i wyjący niczym ranna łania dziadeczek, który pchał się przed nami. Jego czoło było już całe zroszone kroplami potu, a policzki czerwone, jednak to go nie spowalniało. Dało czuć się od niego wojownicze nastawienie oraz chęć walki z byle kim, kto tylko nawinąłby się pod rękę, aby rozładować kumulujące się w nim emocje.
Nagle staruszek zatrzymał się jak wyryty w podłoże. Obrócił się na pięcie, stając twarzą w twarz z wcieleniem Smoka. Momentalnie zbladł, wszystkie kolory opuścił jego twarz, przez co stał się niemalże tak blady jak i sam długowłosy brunet, który stał przed nim. Kengamine jak zwykle uśmiechał się delikatnie, jednak jego spojrzenie czarnych, bezdennych oczu było ostre niczym brzytwa.
- Więc rozumiem, że chce się pan ze mną mierzyć, panie Izumi? – zapytał śpiewnym głosem.
- Pa-pan… Książę! – staruszek wykrzyknął jakby rażony piorunem. – To… to książę…? Klepię…? A-ale dlaczego? – wydusił z siebie z trudem.
Najpotężniejszy z demonicznych bóstw zaśmiał się pod nosem i rozłożył wachlarz w dłoni, którym przysłonił większą część twarzy. Zaczął się nim delikatnie wachlować jakby ospałym ruchem dłoni.
- Cóż… Zawsze ktoś ginie; taka kolej rzeczy, nieprawdaż? – westchnął teatralnie. Wcielenie Smoka lustrowało wszystkich uważnym spojrzeniem, jednak zdawało mi się, iż do mnie powracał aż nazbyt często, zatrzymywał wzrok na mojej osobie nieco dłużej… choć możliwe też, że to po prostu mi się wydawało, gdyż byłem zmrożony strachem. Ponad to mojej uwadze nie umknęło, iż Sōtangitsune wciąż był bardzo spięty, co nie wróżyło nic dobrego i dodatkowo wzmagało moje obawy i złe przeczucia. – Poza tym nigdy nie lubiłem tej szkarady… Denerwowała mnie… - mruknął pod nosem, ledwo powstrzymując się od prychnięcia.
- Ach, tak panie… Twe słowo rozkazem – Kyōka ugiął się w pokornym ukłonie, mimo iż mogłem się założyć, że miał łzy w oczach. – W końcu to twój staw panie, więc możesz robić z nim, co zechcesz. Jam tylko twój sługa i opiekun twych dóbr – pokiwał głową, jakby próbując sam siebie przekonać do tych słów.
- Dokładnie – uśmiech bruneta przybrał jadowity wyraz. – Jednak nie musisz przypominać mi, kto tu sprawuje prawowitą władzę – tym razem książę posłał wymowne spojrzenie lisowi. Ten pozostał niewzruszony, jednak w istocie doskonale zdawałem sobie sprawę, iż był wściekły.
Z jakiś powodów w jednej chwili nagle zachciało mi się śmiać. Zagryzłem wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Byłem przerażony postacią spadkobiercy Smoka, ale z drugiej strony… wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, nie? Z jakiś względów przeszło mi przez myśl, iż skoro on też nie cierpiał tej przeklętej kelpii, to może jednak nie dzieli nas aż tak wiele – może nie taki diabeł straszny, jak go malują?... albo on sam próbuje się wykreować? W tej chwili to wszystko zdawało się mieć dla mnie jakąś pokrętną logikę i sens.
- Shoya, coś się stało? – Sōtangitsune odezwał się w końcu.
- Przygotowania do spoczynku już zakończone, mój panie – hanyo ugiął się w ukłonie, na co ja szybko poszedłem w jego ślady.
- Świetnie – głowa nocnej parady demonów skwitowała krótko. – Możecie obaj odejść – zezwolił.
Zgodnie z pozwoleniem odwróciliśmy się i z powrotem zamierzaliśmy skierować się do tylnego wejścia od kuchni. Nim jednak zdążyłem postąpić krok przed siebie, poczułem na ramieniu jakby muśnięcie lodowatej dłoni. Odwróciłem się, aby zająć wcześniejsze miejsce opiekuna Yasha Ga Ike i stanąć twarzą w twarz z Kengamine. Nagle wszystkie moje mięśnie spięły się, a oczy wytrzeszczyły. Przerażony spojrzałem na jego nieskazitelną twarzy, na której wciąż malował się ten niezmienny spokój i pozorna bezinteresowność. Widać chciał coś powiedzieć, jednak w tym samym momencie nad naszymi głowami rozległo się donośnie krakanie. Książę spojrzał w górę, na czarne ptaszysko, które mnie prześladowało i skrzywił się. Tym razem pozwolił sobie na pogardliwe prychnięcie. W efekcie, dzięki interwencji wrony (jak głupio by to nie brzmiało), wcielenie Smoka ruszyło za resztą demonicznych bóstw, zostawiając mnie w spokoju. Jeszcze przez długą chwilę osłupiały stałem w miejscu, czując jak serce boleśnie łomotało mi o żebra ze strachu. Kiedy w końcu odwróciłem się przodem do hanyo, ten spojrzał na mnie ostro, po czym bez słowa ruszył przed siebie zdecydowanie szybciej niż wcześniej.
Cholera, co się stało?! Albo właściwie nie stało…?

Czego znów nie pojmowałem i co znów mi umknęło?