„Hayakki-yokō” cz.3

„Hayakki-yokō” cz.3

Czas mijał. Ze wszystkich zgromadzonych zdawało się, że zbyt dobrze nie bawiłem się tylko ja i niższe rangą demony w rolach sług. W głowie wciąż rozbrzmiewały mi słowa Shoyi – wnioskując po tym wszystkim można powiedzieć było, iż w zasadzie siedziałem na tykającej bombie. Wsłuchiwałem się w każde owo pojedyncze tyknięcie, które odmierzało upływający czas, tym samym nieubłaganie zbliżając mnie do tego smutnego momentu, w którym przyjdzie pożegnać mi się z moim własnym żywotem. Było to pewnym, że nie uda mi się dotrwać do końca nocnej parady demonów…
Żegnaj, okrutny świecie… albo właściwie jeszcze nie, gdyż przecież nikt póki co nie zamierzał skrócić mnie o głowę.
Jeszcze.
Biesiadna atmosfera była zdecydowanie jedną z tych milszych i spokojniejszych – w zasadzie, gdybym jeszcze cały czas nie musiał martwić się o własne życie, to mógłbym powiedzieć, że ta nasiadówka nie była znowu aż taka zła. Trochę drętwa dla człowieka, który w większej mierze nie rozumiał, o czym rozprawiają i z czego śmieją się demoniczne bóstwa, ale ujdzie w tłoku. Niemniej nawet ta chwilowa sielanka musiała zostać przez coś zakłócona.
Nagle zrobiło się jakieś zamieszanie. Nie było ono wywołane przez niższe rangą demony bawiące się na drugim końcu pagody, przez ich niewysublimowane, czasem brutalne poczucie humoru i godne pożałowania maniery przy stole. Wiele dziwadeł podniosło się ze swoich miejsc i zaczęło biegać, nawołując się i wrzeszcząc coś do siebie nawzajem. Niewiele rozumiałem z ich burkliwych, zachrypniętych głosów i pisków, z całej tej kakofonii, którą wywołali. Co więcej zdawało mi się, że niektóre stwory nie posługują się ludzkim językiem, toteż nie było szans, jakobym mógł zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło.
Spojrzałem na bliżej siedzące mi towarzystwo. Z ich min wywnioskowałem, że coś poszło nie tak, gdyż nikt nie zdradzał przesadnego zadowolenia. Wszystkich nagle jakby dopadł stres, gdyż ich wyrazy twarzy stężały, ściągając się w pełnym skupieniu.
Chwilę potem przez całe to zgromadzenie przebił się młody chłopak. Z szeptów i urywanych komentarzy, jakie udało mi się zasłyszeć, dowiedziałem się, iż był to Nurakami (japoński bóg błyskawic od aut.), który robił za posłańca księcia Kengamine. O tym drugim nie udało mi się wywiedzieć jednak nic.
- Moi państwo – bóg błyskawic zgiął się w ukłonie – mam zaszczyt zapowiedzieć wizytę samego Kegamine-sama – odezwał się uroczyście.
- Kiedy możemy spodziewać się jego wysokości? – Sōtangitsune odezwał się niskim głosem.
- Za kilka chwil – oświadczył z uśmiechem posłaniec.
Przyglądałem się jak twarz sławnego lisa z Kioto w jednej chwili przyjmuje kolor kartki papieru, a w jego oczach odmalowała się nuta strachu. Chciałoby się rzec, iż przyszła kryska na Matyska, za to jak wcześniej sam doprowadził mnie do podobnego, może „nieco” gorszego stanu, jednak doskonale zdawałem sobie sprawę, że jego reakcja wcale nie wróżyła niczego dobrego. Już sam gospodarz Hayakki-yokō był dla mnie poważnym zagrożeniem, potężnym demonicznym bogiem, z którym nie mogłem się równać… a tu proszę, do „kompletu” pojawia się jeszcze ktoś silniejszy, ktoś, kto przeraża nawet samego lisa.
Czyżby w rzeczywistości zbliżał się wielkimi krokami czas, w którym będę zmuszony pożegnać się ze swoją głową?
Obawiałem się tego nieproszonego gościa. Zachodziłem w głowę, kim może być, przy czym, nie ukrywam, zacząłem już panikować. Zastanawiałem się czy ten przydomek „księcia” mógł być nieco mylący… a co jeśli to tak naprawdę jakaś nieokrzesana bestia? Albo nawet jeśli będzie to już jakaś rozumna forma życia podobna do demonicznych bogów, to czy nie będzie maniakalnym rzeźnikiem pozbawionym skrupułów? Bądź co bądź, ci, którzy stoją u najwyższej władzy, zawsze mają najbardziej nierówno pod sufitem…
Kierując się za tłumem, wyszedłem z budynku. Stanąłem na podwórzu, rozglądając się za wyczekiwanym gościem, jednak nigdzie go nie było. Serce waliło mi jak młotem. Byłem ciasno otoczony przez wszelkiej maści dziwaczne i przerażające kreatury, podczas oczekiwania na kolejną, jeszcze gorszą. Miałem wrażenie, że żołądek podjeżdża mi z tego wszystkiego do gardła. Siłą woli próbowałem powstrzymać odruch wymiotny. Co jak co, ale gdyby moja treść żołądkowa wylądowała na plecach Suzaku, za którym się skrywałem, nie poprawiłoby to mojej i tak już opłakanej sytuacji.
Nagle coś zaczęło się dziać. Z początku nie umiałem określić dokładnie co. Powietrze jakby stężało i zostało naładowane ładunkami elektrycznymi. Chmury na niebie zaczęły krążyć, tworząc wir. Zerwał się silny wiatr. W końcu z centrum owego wiru wychyliła się pierwsza błyskawica, a zaraz za nią kolejne. Próbowałem pojąć moim ludzkim umysłem tę anomalię pogodową, jednak w kolejnej chwili zrozumiałem, że nie warto, gdyż i tak jest to niemożliwe. W pewnym momencie pojedyncze błyski zebrały się jakby razem i uderzyły w ziemię w zmasowanym ataku. Rozległ się dudniący grzmot. Fala uderzeniowa zmiotła mnie z nóg – podobnie jak i większość innych demonów. Powoli z powrotem zacząłem gramolić się na nogi, windując do pozycji stojącej. Jednocześnie przy tym przecierałem pięściami oczy, do których wpadł piach niesiony przez wiatr i falę uderzeniową. W powietrzu dało się czuć swąd spalenizny. Co więcej w miejscu, w którym uderzyła błyskawica stał teraz mężczyzna. Ubrany był w białe, odświętne kimono, od którego materiału tak drastycznie wręcz odcinały się jego czarne, długie, sięgające poniżej pasa włosy. W dłoni trzymał złożony wachlarz, który przytykał do prawego policzka niby w geście zamyślenia. Głowę okrytą miał jasną chustą, która luźno zwisała z jego ramion, niemal ciągnąc się za nim po ziemi niczym welon. Jednocześnie owo okrycie skrywało po części jego twarz, sprawiając, że jego postać była bardziej tajemnicza.
A teraz może skupię się na samym miejscu, w którym zjawił się oczekiwany gość, gdyż było ono dość interesujące i niecodzienne. Otóż właśnie, jakby nigdy nic, stał pośrodku jeziora, w którym miałem już nieprzyjemność zażyć kąpieli. On jednak nie wyglądał na przerażonego; może dlatego, że taka kelpia, która próbowała zrobić sobie z mojej nogi kolację, była przy nim marną płotką niestanowiącą żadnego zagrożenia, a może dlatego, że właśnie owa kelpia unosiła się  martwa na powierzchni skrwawionej wody. Wyglądało na to, że została rażona piorunem – nawet jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej otoczenie wodne przekazało ładunki, przez co usmażyła się żywcem. Chciałoby się powiedzieć, że dobrze jej tak, bo w gruncie rzeczy nie było mi żal tego konio-podobnego stwora, jednak nie bardzo miałem czas na bycie zawistnym. Skupiłem się na nowej postaci, obawiając się, że podobnie mogłaby potraktować i mnie. Miałem także nikłą nadzieję, że Taitatsumaru nie wpadnie więcej na pomysł, aby dla otrzeźwienia wrzucić mnie z powrotem do jeziorka.
- Witaj, o czcigodny książę Kengamine – przywitał się niewzruszony gospodarz uroczystości, który nie ruszył się ze swojego miejsca ani o milimetr. – Czymże zasłużyłem sobie na twą niespodziewaną wizytę?
Książę w odpowiedzi jedynie uśmiechnął się delikatnie, przez co wyglądał jeszcze piękniej – bo trzeba było przyznać, że jego uroda była niespotykana; właściwie jak wszystkich demonów wyższej rangi, jak już zdążyłem się zorientować. Niemniej w demonicznych bóstwach jawnie tkwiło coś złego do szpiku kości, podczas gdy w nowoprzybyłym tego nie odnotowałem. Powiedziałbym, że właśnie zobaczyłem anioła, gdyby nie ten drobny fakt, iż był to książę pomiotów szatańskich.
Dostrzegłem Shoyę, który pojawił się właśnie obok mnie. Postanowiłem skorzystać z jego obecności i wypytać go o tę niezwykłą osobę z bardzo efektownym wejściem.
- Kto to jest? – zapytałem, jednak nim zdążyłem dać upust swojemu słowotokowi i zaspokoić moją żądzę wiedzy, chłopak zatkał mi usta dłonią i odciągnął w tył, kierując do tej części świątyni, gdzie wcześniej mnie opatrywał. Jak zauważyłem wszystkie mniej znaczące kreatury również zaczęły się rozpierzchać, pozostawiając na podwórzu jedynie demonicznych bogów z księciem sam na sam.
Szatyn zaciągnął mnie do jednego z pomieszczeń i zamknął za nami przesuwane drzwi. Odetchnął ciężko, siadając niedaleko wejścia niczym strażnik.
- Spadkobierca Smoka – odparł lakonicznie, biorąc głęboki wdech. – Nie zbliżaj się do niego – warknął. – To niebezpieczny typ – przestrzegł. – To zupełnie inna liga niż Sōtangitsune i jego banda! – zacisnął drżące dłonie w pięści. – Nawet oni nie są dla niego przeszkodą, żadnym przeciwnikiem… - pokręcił zrezygnowany głową. – Książę Kengamine to reinkarnacja smoka… - zaczął tłumaczyć. – Przynajmniej tak mówią – wzruszył ramionami. – Właściwie to nikt nie jest tego pewien, ale nie można też tego nijak zweryfikować; w końcu nikt nie jest na tyle głupi, żeby się narażać. W każdym razie… mówią, że jego ukochana ma smoczych przodków. Niestety, w rodzie Smoka jest tak, że wszystko dziedziczy mężczyzna. Kobieta jest z grubsza zwykłym człowiekiem, niczym nie wyróżnia się od podobnych jej ludzi; dopiero jej wybranek oraz dzieci płci męskiej zyskują prawdziwą moc Smoka. Można powiedzieć, że w niej jako-tako jest ona ukryta – poprawił rękawy stroju w nerwowym geście. – Kiedy książę Kegamine związał się z ową kobietą, przejął całą moc, stając się spadkobiercą Smoka. Przejął nie tylko jego zdolności, ale także majątek, pozycję i interesy; stał się nową głową rodziny. Co więcej jego ukochana niedomaga. Boryka się z jakąś chorobą; ponoć od dziecka nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Niemniej była jedynym potomkiem Starego Smoka. Ze względu na jej stan z pewnością nie odziedziczyła pełni mocy od ojca, przez co cały jej ród, następne pokolenia będą słabsze od swoich przodków. Ponad to kobieta z rodu Smoka może obdarzyć swojego wybranka tylko częścią swojej własnej mocy, więc nie wiadomo, jak to jest naprawdę z Księciem Kengamine… niemniej nie zmienia to faktu, że jest potężny – zaznaczył. – Także…
-Rozumiem; zejść mu z drogi, tak? – wtrąciłem.
- Najlepiej – przytaknął. – Co więcej Smoki są agresywne, więc lepiej w ogóle nie pokazywać im się na oczy.
- Co masz na myśli, mówiąc „agresywne”? – dopytywałem. Obawiałem się, że moje domniemania odnoście rzeźnika w roli księcia mogły okazać się całkiem prawdziwe.
- Atakowanie ludzi bez powodu nie jest tolerowane pośród demonów… ale są i tacy, którzy idą za głosem własnych przyjemności, gdziekolwiek się znajdą – westchnął ciężko. – Nie podoba mi się wrzucanie nas do jednego wora, jednak… Smoki są jednymi z najsilniejszych demonicznych rodów, toteż nie da się uniknąć wystawiania oceny ogółowi rasy demonów za ich poczynania – rozłożył bezradnie ręce.
- Rozumiem… - mruknąłem.
Zwróciłem wzrok w stronę rozsuniętych drzwi prowadzących na werandę. Ze wzgórza rozciągał się widok na miasto. W oddali widać było oświetlone ulice, rozwieszone papierowe lampiony, małe kramy z jedzeniem i budki z pamiątkami stojące po bokach alejek…
Chwila… czy to już właśnie nadszedł czas letniego festiwalu?
Nagle trafiło do mnie jedno ze wspomnień, które jak do tej pory trwało gdzieś zapomniane w odmętach mojej podświadomości. Zaskoczyło mnie to, jakie było wyraźne i klarowne.
Przypomniałem sobie, że jako dzieciak też kiedyś chodziłem na letnie festiwale. Na jeden z nich wybrałem się z dziadkiem, którego słowa odbiły mi się teraz od ścianek czaszki: „Wy, dzieci, nie powinniście chodzić nigdzie same, bo może być to niebezpiecznie. Ludzie nie są jedynymi, którzy przychodzą na ten festiwal. Jest to również czas, gdy odsyłane są dusze zmarłych – te, które z różnych przyczyn nie mogą odejść, zostają, przemieniając się w demony. Dobrze by było, gdyby żadne z was nie natrafiło na takiego potwora, prawda?”.
Zacząłem zastanawiać się czy dziadek wiedział… czy przekomarzał się jedynie z małym wnuczkiem, próbując go nastraszyć, aby ten nie wracał po nocy do domu, czy może rzeczywiście wiedział o istnieniu tych przerażających kreatur? Niestety nie umiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Nie pamiętałem zbyt wiele odnośnie własnego dziadka, gdyż ten zmarł, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Moja wiedza odnośnie jego osoby bazowała na opowiadaniach rodziców, którzy zawsze kreowali go w moich oczach jako starszego pana z pociągiem do alkoholu.
Ja… muszę przyznać, że, przynajmniej w ostatnim czasie, też nie szczędziłem sobie napojów wyskokowych. Czy gdybym w dodatku miał już własną rodzinę i zacząłbym im opowiadać o demonach, które spotkałem, uznaliby, że wdałem się we własnego dziadka? Mama często powtarzała, że jej ojciec lubił opowiadać mi niestworzone bajki, których ja słuchałem jak zaczarowany. Prowadzał mnie do lasu, pokazując nieistniejące rzeczy, w które ja tak bardzo chciałem uwierzyć, iż za każdym razem na jego pytanie odpowiadałem, że owszem, widzę te stworki. Było to śmieszne, ale do czasu, kiedy dziadek umiał się kontrolować i nie próbował także wmówić swoich bujd dorosłym – tak przynajmniej słyszałem od rodzicielki. Czy ludzie, jego najbliższa rodzina, zaszufladkowała go jako dziwaka nadużywającego napojów procentowych tylko dlatego, że nie potrafili dostrzec tego, co on? Czy to w ogóle możliwe, że widział to samo, co ja miałem tę nieprzyjemność oglądać teraz?
- Masz – odezwałem się, wyrywając się z wiru własnych myśli. – To klucze do mojego mieszkania. Kiedy to wszystko się skończy… no nie wiem, może będziesz mógł je wynająć? – wzruszyłem ramionami. – W końcu jak nie będę płacił czynszu, to wywalą stamtąd moje rzeczy, więc… w zasadzie to nie wiem. Nie wiem nawet czy miałbyś ochotę przejmować moje mieszkanie w taki sposób… Może od razu spiszemy umowę kupna-sprzedaży albo coś? – zaproponowałem, gubiąc się we własnym wywodzie.
- Aż tak jesteś zrezygnowany? – hanyo przysiadł się do mnie; tak blisko, że nasze ramiona się stykały. – Może nie będzie aż tak źle… - próbował mnie pocieszyć.
- Sam powiedziałeś, że najpewniej stracę głowę – westchnąłem ciężko.
- Cóż… jeśli teraz się poddasz, to z pewnością tak będzie – otaksował mnie uważnym spojrzeniem. – Wiesz… moim zdaniem nigdy nie jest za późno, aby wciąż spróbować o coś zawalczyć; co więcej nigdy nie jest to tak do końca bezsensowne, nawet jeśli z grubsza mogłoby się to takowe wydawać – uśmiechnął się delikatnie.
- Czemu próbujesz mnie pokrzepić? – spojrzałem na niego umęczony. – Czemu wciąż się mną opiekujesz?
- W końcu jesteśmy sąsiadami, nie? – zaśmiał się. – Taka sąsiedzka pomoc, można powiedzieć – uśmiechnął się szeroko, ukazując zęby.
- Doprawdy? – parsknąłem. – Czy w takim razie w ramach rewanżu, jeśli uda mi się przeżyć, w dobrym tonie byłoby, abym odwdzięczył ci się użyczając ci szklanki cukru? – spojrzałem na niego rozbawiony. – Pomoc sąsiedzka sprowadza się do drobnych rzeczy, a nie do notorycznego ratowania życia i zdrowia – zauważyłem.
- A więc chcesz, żebym zostawił cię sam sobie? – uniósł brwi w pytającym  geście.
- Nie! – zaoponowałem ostro. – Znaczy… Nie, jeśli mógłbyś tego nie robić… to raczej prosiłbym, abyś się na to nie porywał – zakończyłem wymuszonym uśmiechem.
- Nie zrobię czegoś podobnego, nie bój się – szturchnął mnie w ramię. – Bądź co bądź ja też w pewnym stopniu jestem człowiekiem, więc… - zawahał się. – Nie wiem jak to nazwać… Czuję między nami jakąś taką więź, która nakazuje mi cię chronić… - wyznał w końcu z trudem nieco zawstydzony. – Nawet jeśli z grubsza wydawałoby się być to bezsensowne – zaznaczył, nawiązując do poprzedniego tematu.
- Miło wiedzieć, że nie tylko ja czuję tą dziwną „więź” między nami – przyznałem przyciszonym głosem. – Już zaczynałem myśleć, że to coś nienormalnego… - zaśmiałem się pod nosem, mimo iż do śmiechu wcale mi nie było. Shoya spojrzał na mnie przelotnie. Jego wyraz twarzy przepełniała mieszanka niedowierzania i pobłażania. – No co? – zdziwiłem się.
- Nic – wzruszył ramionami. – Tylko… Jakoś ciężko mi w to uwierzyć, że człowiek może czuć „więź” – ledwo powstrzymał się od parsknięcia. Niemniej pozwolił sobie za to na wywrócenie oczyma.
- O co ci chodzi? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Nie zrozum mnie źle; nie chciałem cię obrazić – uniósł dłonie w obronnym geście. – Mimo wszystko faktem jest, że ludzie to… niewdzięczne istoty – wydusił z krzywym grymasem. – Ludzie nie pojmują znaczenia słowa „więź” – westchnął. – Prawdopodobnie nie jesteś w stanie czuć tego, co ja, więc ciężko jest mi to wytłumaczyć w jakiś jasny i klarowny dla ciebie sposób – rozłożył ręce. – Niemniej ludzkie więzi są zupełnie inne od tych, które łączą dwa demony. Możliwe, że wynika to z tego, iż życie przeciętnego śmiertelnika jest znacznie krótsze, ale tym razem naprawdę nie chodzi o to, aby szukać kolejnych usprawiedliwień dla twojej rasy – prychnął. – W moich oczach innych ludzie co chwila schodzą się i rozchodzą, nierozważnie bawią się życiem, psując sobie przy tym krew. Demony natomiast są bardziej stałe w swoich uczuciach; zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Co więcej cechują się silniejszym instynktem, który nakazuje im chronić swoich bliskich niezależenie od rozmiarów zagrożenia czy szkód, jakie mogliby w skutek takowego działania ponieść – wyjaśnił.
- Zdaje się, że nie masz zbyt pochlebnego zdania o ludziach… - zauważyłem.
- Zgadza się.
- A jednak jesteś jednym z nich… w jakimś stopniu – dodałem szybko.
- Nie da się ukryć – przytaknął.
- Jest jakiś konkretny powód, dla którego nie lubisz mojego gatunku? – dociekałem.
- Nazwijmy to traumą z przeszłości – mruknął pod nosem.
- Powiesz mi o tym coś więcej? – chłopak przysunął się do mnie, po czym prychnął.
- Typowy człowiek – pstryknął mnie w czoło. – Ciekawski aż do bólu – fuknął. – Nie interesuj się sprawami, które ciebie nie dotyczą – pouczył mnie.
- W takim razie jak mam stworzyć jakąś prawdziwą, zażyłą więź skoro wciąż właściwie nic nie wiem o drugiej osobie, z którą chcę ją zbudować? – spojrzałem na niego wymownie.
- Takie więzi buduje się z czasem – zagrzmiał niczym mentor.
- Może nie zostało mi go już wystarczająco… - mruknąłem. Hanyo sapnął ciężko, nie mogąc znaleźć już żadnej riposty na to stwierdzenie. – Czy demony na Nocnej Paradzie kiedyś śpią? – zacząłem znienacka nowy temat.
- Jesteś zmęczony? – zapytał.
- Szczerze, to jak nigdy przedtem – wyznałem.
- Cóż… każdy musi kiedyś zregenerować siły, więc, owszem, demony mają pewien dość krótki okres, w którym udają się na spoczynek – zgodził się. – Wtedy także trzeźwieją… w pewnym stopniu – wywrócił oczyma. – W tym czasie słudzy także przygotowują się do kolejnej części parady – wyznał.
- Następnej części? – zdziwiłem się. – To ta nasiadówka dzieli się na jakieś części? Co będzie na następnej? – przestraszyłem się.
- Z grubsza to, co mogłeś już zobaczyć – pół-demon wzruszył ramionami. – Po prostu przygotowywane są nowe posiłki, trunki, sprzątana jest pagoda – wyliczał na palcach. – Niemniej postaram się zorganizować ci jakieś miejsce w części dla służących – obiecał.
- Dziękuję – spojrzałem na niego z wdzięcznością.

***

Demony służebne uwijały się z pracą, podczas gdy ich przełożeni nadal dyskutowali ze wcieleniem Smoka na zewnątrz. Sprzątali pagodę, w szczególności tę część, gdzie urzędowały niższe rangą demony, jak mniemałem, dla księcia Kengamine. Zgadywałem, że ten jak każdy wyżej postawiony od innych osobnik nie skorzystałby z okazji umoszczenia swego zacnego siedzenia na porozrzucanych resztkach jedzenia…
Błyskawicznie zostały usunięte wszelkie nieczystości, w tym również drobiny rozbitej porcelany. Byłem pełen podziwu dla demonicznej służby, która potrafiła działać tak szybko i efektownie. W półmroku panującym w pagodzie ja wielu rzeczy nawet nie dostrzegałem; z tej racji powoli zaczynałem sobie uświadamiać, iż całkiem możliwe jest to, że nawet nasze organy wewnętrzne są inaczej zbudowane. W końcu u ludzi nie często widywało się zielone, rozmyte oczy bez źrenicy na tle pożółkłych białek – fakt, iż nasze oczy różniły się od siebie wyglądem mógł również świadczyć o tym, iż cechowały się one zupełnie innymi właściwościami i budową.
Kolejne ohaguro-bettari donosiły pięknie pachnących potraw z kuchni. Chwilę potem niższe rangą kreatury zostały gdzieś odprawione, aby nie przeszkadzały. Starałem się być użyteczny i sumiennie wypełniać każde powierzone mi zadanie, jednak zdawałem sobie sprawę, że nie było szans, abym do końca tego stulecia załapał się na listę osób, które mogłoby zostać uhonorowane orderem wzorowego służącego. Starałem się, a i owszem, jednak pomimo moich szczerych chęci ktoś zazwyczaj musiał kończyć po mnie zadanie, gdyż nie zostało ono wykonane w stu procentach poprawnie. Z czasem poirytowane moim brakiem skrupulatności demony, które posiadały jedynie usta rozciągnięte w sczerniałym uśmiechu zaczynały wzdychać cierpiętniczo – a z racji ich stanu uzębienia ich oddech nie należał do najświeższych… do tego stopnia, iż niemal wzięło mnie na torsje, kiedy stanąłem zbyt blisko jednego z nich.
W drugiej części świątyni zostały rozłożone futony. Każde demoniczne bóstwo mogło nacieszyć się oddzielnym pokojem, a i dla wcielenia Smoka udało się wygospodarować jeden. W każdej sypialni czekał już najbliższy, najbardziej zaufany służący danego bóstwa wraz z misą ciepłej wody, drogocennym, misternie zdobionym grzebieniem z kości (miałem nadzieję, że słonia a nie człowieka…) oraz jedwabnym strojem do snu. Wydawało mi się to być absurdem, ale każdy jeden z tych służących musiał bezruchu tkwić przy swoim panu przez cały czas, kiedy ten spał, aby czuwać nad jego bezpieczeństwem lub ewentualnie służyć mu tak jak zwykle, gdyby ten obudził się zbyt wcześnie, aby napić się wody. W tym czasie poddanemu nie można było spać, jeść, pić czy choćby wyjść na moment z sypialni, nie wspominając już o korzystaniu z łazienki. Było to dla mnie głupie i niepojęte, ale jak widać hierarchiczny podział społeczeństwa zbierał swoje żniwa absurdu i wyzysku nie tylko wśród zwykłych śmiertelników.
Wśród tego całego zamieszania dowiedziałem się jednak czegoś ciekawego; mianowicie: ponoć byłem tu gościem „specjalnym”. Nie widziałem, czym ta „specjalność” miała się objawiać, ale w każdym razie nie byłem (ponoć) traktowany jako zwykłe popychadło niższej rangi czy demon służebny. Bądź co bądź pozwolono zasiąść mi do jednego stołu razem z demonicznymi bożkami. Zostałem potraktowany jako ich bezpośredni gość, dlatego też jako osoba, która chociażby teoretycznie miała coś znaczyć, zostałem oddelegowany do poinformowania demonicznych bóstw o tym, iż przygotowania zostały zakończone. W chwili, kiedy do pagody wniesiono kadzidła z boskim zielem, aby zabić nieprzyjemny zapach, a które wcześniej tak źle na mnie podziałały, Shoya wciągnął mnie do kuchni.
- Czy to konieczne? – zacząłem jęczeć.
- Ależ jak najbardziej – odparł chłodno. – Ale nie bój się. To tylko krótka formalność. Cały czas będziesz stał u mojego boku, więc nic nie powinno się wydarzyć. Po tym będziesz mógł już się położyć i odpocząć – obiecał.
- No… dobra… - przytaknąłem w końcu, posyłając szatynowi słaby uśmiech, na co ten odpowiedział mi skinieniem głowy. Ta, zupełnie tak jakby moje zdanie się tutaj liczyło…
Niemniej byłem bardzo wdzięczny hanyo za to, iż próbował mnie podbudować psychicznie, że był dla mnie wsparciem, a ponad to starał się stworzyć mi warunki do tego, abym mógł wypocząć. Z początku był dla mnie jednym z tak licznych, otaczających mnie demonów, który dolewał mi sake, jednak nasze relacje szybko się zmieniły. Zaczynałem myśleć, iż pół-demon naprawdę życzyłby sobie, abym wyszedł z Hayakki-yokō w jednym kawałku. Zdawało mi się, iż zamierzał dołożyć do tego wszelkich starań – dlatego właśnie ja również nie mogłem go zawieźć i musiałem się postarać zachować życie. To nie tak, żebym jakoś nagle zaczął naiwnie wierzyć, iż w istocie było to możliwe, abym opuścił Nocną Paradę demonów żywy, ale zwyczajnie nie chciałem, aby jego trud poszedł na marne… tak zupełnie.
W istocie chyba prawdą było, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Wyglądało na to, iż podświadomie zaczęło mnie do niego ciągnąć, gdyż trwając u jego boku czułem się dużo bezpieczniej. Z chęcią nie odstępowałbym go na krok, jednak zdawałem sobie sprawę, że tym samym byłbym dla niego jeszcze bardziej uciążliwy. Przeze mnie mógłby nie podołać obowiązkom, które spoczywały na nim jako na głównym służącym świątyni Sōtangitsune, przez co, jak zgadywałem, mógłby się znaleźć w niemałych tarapatach. Co więcej, nie byłem już dzieckiem, a on nie był moją matką. Czasem musiałem wykazać się samodzielnością – nawet jeśli w istocie była to dla mnie w obecnej sytuacji jedna z najgorszych możliwości.
Z tego wszystkiego musiałem przyznać w końcu, iż… zaufałem mu. Niezależnie od tego, jak bardzo chciałem się przed tym bronić, zaufałem mu. Shoya był pół-demonem, wysłannikiem słynnego lisa z Kioto, nieznajomym – miał mnóstwo powodów, aby mnie oszukać, wyrolować, zrobić ze mnie głupca, jednak ostatecznie cały czas mi pomagał. Nie wiedziałem czy była to tylko jego zwodnicza gra, czy wcześniej obrał sobie za cel zdobycie mojego zaufania, aby potem móc mnie wykorzystać w jakiś sposób, ale… zaufałem mu, do cholery! Był jedyną postacią w całym tym wariatkowie, której mogłem zwierzyć się z moich obaw, liczyć na pomoc w razie kłopotów oraz pocieszające, choć zdawkowe słowo. Jak go tu nie obdarzyć zaufaniem w takiej sytuacji? Był jedynym pozytywnym charakterem. Chciałem mu ufać i chciałem, żeby wszystko, co robił i mówił było szczere; chciałem skończyć ten koszmar razem z nim.
Wyrwałem się z moich rozmyślań dopiero na podwórzu, a to i tak za sprawą mocnego szarpnięcia za ramię przez szatyna. Gdyby nie jego reakcja, uderzyłbym w osobę stojącą przede mną.
A przede mną stał właśnie niewysoki, starszy mężczyzna o zupełnie już siwych włosach, poznaczonej bruzdami głębokich zmarszczek twarzy oraz dużych, okrągłych okularach na nosie. Staruszek spojrzał na mnie nieprzychylnie i sapnął z pogardą, krzyżując na piersi chude ramiona. Co najdziwniejsze w tym wszystkim wyglądał zupełnie jak zwykły człowiek – żadnych śladów niepokojących „dodatków”, takich jak małpi ogon czy druga twarz z tyłu głowy lub też „ubytków” takich jak brakujące oko, ręka… głowa.
- To pan Izumi Kyōka (tak naprawdę jest to japoński powieściopisarz, który napisał m.in. „Staw Demonów” kabuki od aut.) – podwładny Sōtangitsune przedstawił mi mężczyznę. – Jest opiekunem Yasha Ga Ike, czyli stawu demonów, z którym już się zapoznałeś – rzucił dość kąśliwie. – Pan Kyōka będzie nam towarzyszył.
Spojrzałem na niego z oburzeniem, rozkładając bezradnie ręce oraz ściągając brwi. Może nie wypadało mi wyrażać się przy opiekunie tego cholernego, zmutowanego zwierzyńca w postaci oczka wodnego, ale mój przekaz niewerbalny był jasny, toteż nie wątpiłem, żeby mój towarzysz mógł go błędnie zinterpretować. Bo przecież to nie była moja wina, że zostałem wrzucony do tego stawu, prawda?! Następnym razem pół-demon powinien zaaplikować Taitasumaru leki na uspokojenie razem z herbatą, a nie czepiać się niewinnych ludzi, którzy zostali ujarani czymś, o podejrzanej nazwie „boskiego ziela” bez ich wiedzy, a przede wszystkim pozwolenia…
Staruszek fuknął raz jeszcze, co zwróciło moją uwagę i zmusiło mnie do skupienia spojrzenia na nim. Izumi był widocznie wytrącony z równowagi; wręcz kipiał złością. Z tego powodu postanowiłem iść dwa kroki za nim, żeby nie oberwać, gdyby w końcu coś w nim pękło, zwalniając samonakręcającą się maszynę destrukcji.
- Najpierw mi ktoś wrzuca brudnego człowieka do mojego stawu! – warknął mężczyzna, wygrażając pięścią niebu i aż trzęsąc się ze złości. – A teraz mi jeszcze kelpie usmażyli! – ryknął. – Moja mała, kochana kelpia! Co ona komu takiego zrobiła, żeby zasłużyć sobie na taki okropny los?! – irytował się. Już chciałem się wciąć, przypominając, iż próbowała mnie utopić i pożreć żywcem, a kiedy nie udało jej się to, to przynajmniej próbowała odgryźć mi nogę, przez co wciąż kulałem, ale ostatecznie postanowiłem jednak przemilczeć tę kwestię. Nie było sensu wykłócać się o to z opiekunem Yasha Ga Ike, kiedy widać było, iż ten w istocie darzył tę kreaturę miłością najczystszej wody. – Sprawca zapłaci mi za to! – zagrzmiał, odgrażając się.
Wywrzaskiwał kolejne pogróżki, zupełnie nie zważając na to, iż z każdym krokiem zbliżaliśmy się do grupy demonicznych bóstwo oraz księcia Kengamine. Kyōka był zaślepiony furią, niemalże brnął przed siebie w amoku. Przez cały ten cyrk, jaki odstawił, z pewnością musieliśmy wyglądać komicznie – ja z Shoyą idący ramię w ramię w absolutnej ciszy oraz skaczący i wyjący niczym ranna łania dziadeczek, który pchał się przed nami. Jego czoło było już całe zroszone kroplami potu, a policzki czerwone, jednak to go nie spowalniało. Dało czuć się od niego wojownicze nastawienie oraz chęć walki z byle kim, kto tylko nawinąłby się pod rękę, aby rozładować kumulujące się w nim emocje.
Nagle staruszek zatrzymał się jak wyryty w podłoże. Obrócił się na pięcie, stając twarzą w twarz z wcieleniem Smoka. Momentalnie zbladł, wszystkie kolory opuścił jego twarz, przez co stał się niemalże tak blady jak i sam długowłosy brunet, który stał przed nim. Kengamine jak zwykle uśmiechał się delikatnie, jednak jego spojrzenie czarnych, bezdennych oczu było ostre niczym brzytwa.
- Więc rozumiem, że chce się pan ze mną mierzyć, panie Izumi? – zapytał śpiewnym głosem.
- Pa-pan… Książę! – staruszek wykrzyknął jakby rażony piorunem. – To… to książę…? Klepię…? A-ale dlaczego? – wydusił z siebie z trudem.
Najpotężniejszy z demonicznych bóstw zaśmiał się pod nosem i rozłożył wachlarz w dłoni, którym przysłonił większą część twarzy. Zaczął się nim delikatnie wachlować jakby ospałym ruchem dłoni.
- Cóż… Zawsze ktoś ginie; taka kolej rzeczy, nieprawdaż? – westchnął teatralnie. Wcielenie Smoka lustrowało wszystkich uważnym spojrzeniem, jednak zdawało mi się, iż do mnie powracał aż nazbyt często, zatrzymywał wzrok na mojej osobie nieco dłużej… choć możliwe też, że to po prostu mi się wydawało, gdyż byłem zmrożony strachem. Ponad to mojej uwadze nie umknęło, iż Sōtangitsune wciąż był bardzo spięty, co nie wróżyło nic dobrego i dodatkowo wzmagało moje obawy i złe przeczucia. – Poza tym nigdy nie lubiłem tej szkarady… Denerwowała mnie… - mruknął pod nosem, ledwo powstrzymując się od prychnięcia.
- Ach, tak panie… Twe słowo rozkazem – Kyōka ugiął się w pokornym ukłonie, mimo iż mogłem się założyć, że miał łzy w oczach. – W końcu to twój staw panie, więc możesz robić z nim, co zechcesz. Jam tylko twój sługa i opiekun twych dóbr – pokiwał głową, jakby próbując sam siebie przekonać do tych słów.
- Dokładnie – uśmiech bruneta przybrał jadowity wyraz. – Jednak nie musisz przypominać mi, kto tu sprawuje prawowitą władzę – tym razem książę posłał wymowne spojrzenie lisowi. Ten pozostał niewzruszony, jednak w istocie doskonale zdawałem sobie sprawę, iż był wściekły.
Z jakiś powodów w jednej chwili nagle zachciało mi się śmiać. Zagryzłem wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Byłem przerażony postacią spadkobiercy Smoka, ale z drugiej strony… wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, nie? Z jakiś względów przeszło mi przez myśl, iż skoro on też nie cierpiał tej przeklętej kelpii, to może jednak nie dzieli nas aż tak wiele – może nie taki diabeł straszny, jak go malują?... albo on sam próbuje się wykreować? W tej chwili to wszystko zdawało się mieć dla mnie jakąś pokrętną logikę i sens.
- Shoya, coś się stało? – Sōtangitsune odezwał się w końcu.
- Przygotowania do spoczynku już zakończone, mój panie – hanyo ugiął się w ukłonie, na co ja szybko poszedłem w jego ślady.
- Świetnie – głowa nocnej parady demonów skwitowała krótko. – Możecie obaj odejść – zezwolił.
Zgodnie z pozwoleniem odwróciliśmy się i z powrotem zamierzaliśmy skierować się do tylnego wejścia od kuchni. Nim jednak zdążyłem postąpić krok przed siebie, poczułem na ramieniu jakby muśnięcie lodowatej dłoni. Odwróciłem się, aby zająć wcześniejsze miejsce opiekuna Yasha Ga Ike i stanąć twarzą w twarz z Kengamine. Nagle wszystkie moje mięśnie spięły się, a oczy wytrzeszczyły. Przerażony spojrzałem na jego nieskazitelną twarzy, na której wciąż malował się ten niezmienny spokój i pozorna bezinteresowność. Widać chciał coś powiedzieć, jednak w tym samym momencie nad naszymi głowami rozległo się donośnie krakanie. Książę spojrzał w górę, na czarne ptaszysko, które mnie prześladowało i skrzywił się. Tym razem pozwolił sobie na pogardliwe prychnięcie. W efekcie, dzięki interwencji wrony (jak głupio by to nie brzmiało), wcielenie Smoka ruszyło za resztą demonicznych bóstw, zostawiając mnie w spokoju. Jeszcze przez długą chwilę osłupiały stałem w miejscu, czując jak serce boleśnie łomotało mi o żebra ze strachu. Kiedy w końcu odwróciłem się przodem do hanyo, ten spojrzał na mnie ostro, po czym bez słowa ruszył przed siebie zdecydowanie szybciej niż wcześniej.
Cholera, co się stało?! Albo właściwie nie stało…?

Czego znów nie pojmowałem i co znów mi umknęło?

Masa pytań + oneshoot "Last Heaven" Ruki (The GazettE) x ?

Po pierwsze: GDZIE ZNIKNĘŁO DWÓCH OBSERWATORÓW, JA SIĘ PYTAM?! T_T

Dobra, a przechodząc już do czegoś, na co odpowiedź mogę dostać (liczę na to @.@), to interesują mnie następujące rzeczy:
1. Po pierwsze myślałam nad założeniem nowej strony na facebooku (tak, wiem, jedna niby na mój temat została założona, ale nie ja ją prowadziłam, więc zmarło jej się śmiercią naturalną). Nie traktowałabym tego raczej jako fanpage, ale jako taki sposób komunikacji z wami. Mogłabym przede wszystkim informować was w owy sposób o publikacji nowej notki (tak, wiem, że pojawiają się one regularnie i dla nikogo nie są one zaskoczeniem =.=), ale przede wszystkim chciałabym zamieszczać tam jakieś pytania do was. Często piszę o czymś na wstępie posta, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy to czytają, nie chcąc marnować czasu na kolejne narzekania kolejnego autora bloga (wierzcie mi, doskonale to rozumiem i się o to nie burzę ;_;). Śmiem twierdzić, że każdy z nas używa facebooka częściej niż zagląda na mojego bloga, więc może w ten sposób udałoby nam się poprawić komunikację, która jest dla mnie bardzo ważna C: Bo serio, czasem mam jakiś pomysł albo cuś, ale boję się tego "od tak" wprowadzić w życie ze względu na przytłaczającą ilość serii, które zaczęłam, a wciąż nie skończyłam. No więc zadaję pytanie... a odpowiedzi właściwie brak :c
2. Po drugie to rozmyślałam nad trochę innym gatunkiem opowiadania - tak, zdaję sobie sprawę, że niektórzy w tej chwili chcą mnie zastrzelić, bo to oznacza, że kolejne opowiadania zostaną zaczęte... ale co do ich zakończenia to już wielka niewiadoma. Niemniej, zauważyłam tendencję wzrostową do pojawiania się "normalnych" opowiadań z muzykami sceny Visual-kei w angielskim fandomie. Pisząc "normalne", mam na myśli scenariusz muzyk x jakaś wymyślona postać żeńska (tak, czytam czasem takie pierdoły, bo niektóre z nich są przeurocze, przesłodkie [skip: trzysta milionów innych epitetów] oraz kawaii). Przyznam się, że sama zaczęłam już coś pomalutku skrobać w tym kierunku. Zaczęłam opowiadanie w klimatach szkolnych, gdzie głównym muzykiem jest Ruki - tak! Kolejna seria strzałów z karabinu maszynowego w moją stronę za infantylność! ^^'' Zdaję sobie sprawę, że jest to dla niektórych interesujące i oryginalne jak skarpetki jako prezent na święta, ale cóż... to się tak łatwo i przyjemnie pisze... Nic na to nie poradzę! C'': Wciąż jednak nie mam zbyt dokładnie określonej głównej bohaterki żeńskiej, gdyż chciałabym abyśmy wykreowali ją wspólnie. Interesuje mnie przede wszystkim imię i nazwisko. Chciałabym też, żeby była niska (ze względu na wzrost Ruksona oraz mój własny - a teraz anegdota z życia Kity-pon: ostatnio byłam w sklepie i jak zobaczyłam na wieszaku przy spodniach napis 162cm -> 12-13 lat, to prawie szczęką zamiatałam podłogę x.x Ja mam 162cm [zdeptałam się jakimś cudem o 2 cm ;_;], a 13 lat to ja już skończyłam dawno temu...) oraz żeby miała długie włosy. Jeśli już kreuję jakąś postać żeńską to zazwyczaj ma ona u mnie czerwone włosy i zielone oczy, ale przy tym się nie upieram - poddaję wszystko pod waszą windykację.
3. Jak zapewne wiecie (albo i nie), nie lubię wampirów... ale lubię za to bardzo Mikaru (ex. DIO, Black Line, G.L.A.M.S.) - a z kolei on bardzo lubi wampiry i do nikogo innego nie pasują one jak właśnie to tego świetnego człeka xD Pisałam już z nim kiedyś opowiadanie Halloweenowe (kiedyś - jak opowiadanie Halloweenowe to wiadomo, że na Halloween, nie? x''p) Mikaru x reader (płci żeńskiej) i doczekałam się pod tym postem kilku bardzo pochlebnych komentarzy, w których powtarzał się zwrot, iż chciałybyście takiego Mikaru na własność :D (nawet nie wiecie, jak cieszy mnie to, że polubiłyście charakter, jakim go obdarzyłam ♥). Z tej właśnie racji zamarzyło mi się to opowiadanie rozwinąć. Zastanawiałam się jednak nad jego miejscem publikacji... cóż, bądź co bądź jest to blog yaoi, więc trochę mi się tematyka gryzie. Nie myślę jednak, żeby zakładanie drugiego bloga było dobrym pomysłem, więc pomyślałam, że zarówno to opowiadanie, jak i to z Ruksem, mogłabym publikować w częściach na facebooku (i ewentualnie jednocześnie na wattpadzie). Dzięki temu nie zaśmiecałabym tego bloga, który i tak już zawiera tyle treści, że czasem mnie samej ciężko jest już ogarnąć co, gdzie, kiedy, jak i dlaczego... Opowiadania te byłyby pisane tylko jako dodatek, więc na blogu regularnie co tydzień i tak pojawiałaby się notka z yaoi.

Tak więc liczę na odzew w komentarzach - bardzo, bardzo ładnie proszę, bo mi na tym zależy ♥

A teraz nie przedłużając już dłużej:

Tytuł: „Last Heaven”
Paring: Ruki (The GazettE) x ?
Typ: oneshot
Gatunek: ?
Beta: -
Ostrzeżenia: kolejność wersów jest zmieniona według mojego uznania

Always stay this way
(Pozostańmy na zawsze tak jak teraz)

Chciałbym zostać już na zawsze w naszym wspólnym niebie. Chciałbym niezmiennie, nieskończenie trwać w tym szczęściu razem z tobą. Nie odwodzi mnie od tego absurdalnego marzenia nawet to, iż brzmi ono dziecinnie. Jest ono niemalże boleśnie nierealne, przeczące prawom fizyki i logiki. Powinienem pozbyć się go. Dzięki temu zaoszczędziłbym sobie wiele cierpienia, możliwe, że nawet udałoby mi się dzięki temu nieco dorosnąć, ale w gruncie rzeczy… nie chcę tego. Lubię nawet tę moją dziecięcą naturę. Nie widzę nic złego w gonieniu za niedoścignionymi marzeniami. Złudna nadzieja na ich spełnienie wciąż daje mi siłę na próbę ich realizacji – to właśnie dzięki temu nieustanie staram się tak mocno zachować nasze wspólne niebo; tak samo mocno jak i ty. Przez to udało nam się wytrwać w naszym niebie pomimo bezlitośnie upływającego czasu, podczas gdy inni poddali się, wracając do piekła samotności.

届かない夢を見ていよう
Todokanai yume o mite iyou
(Oglądajmy marzenia, które są poza naszym zasięgiem)

Zawsze znajdzie się coś, co pozostanie poza naszym zasięgiem. Nie jest to jednak powodem do smutku. Kiedyś też oglądaliśmy marzenia, które wydawały nam się być poza naszym zasięgiem – teraz jednak, spoglądając na nie z dystansu czasu raz jeszcze, wiemy, że było to błędne założenie; dowodem tego może być to, że wspólnie je osiągnęliśmy.
Warto więc marzyć – śnijmy zatem razem, abyśmy mogli oglądać wspólnie ten sam sen.

遠き宙 無限の時 零れる星に今願いを
Tōki chū mugen no toki koboreru hoshi ni ima negai o
(Odległe niebo, nieskończony czas, teraz [ślę] moje modlitwy ku gwiazdom, które ukazały się [na nim])

Spoglądając na odległe gwiazdy z balkonu wciąż marzę o tym, aby ich dosięgnąć. Z drugiej strony pragnę też tak bardzo zostać przyziemnym, aby móc stać u twojego boku już na zawsze. Wpatrując się w rozgwieżdżone, nocne niebo, powierzam mu moje modlitwy, mając nadzieję, że kiedyś wrócą do mnie spośród gwiazd, spełniając się na naszych oczach.

時を重ねる
Toki o kasaneru
(Czas gromadzi się)

            Czas mija nieubłaganie, niezależnie od naszych starań, poczynań czy w końcu od nas samych. W jakiś sposób jesteśmy też jego częścią. Nie traktujmy go jednak dłużej jak wroga, gdyż niekiedy okazać się może, że będzie on naszym sprzymierzeńcem.

Love without shape changing day by day
(Miłość bez kształtu zmieniająca się dzień po dniu)

            Miłość nie ma określonego kształtu czy koloru. Zmienia się z każdym dniem, z mijającym czasem, podobnie jak i my sami – ponieważ my sami ją tworzymy. Możliwe, że w momencie, kiedy się poznaliśmy, nasza miłość wyglądała zupełnie inaczej. Niemniej niezależnie od tego wciąż darzymy się wzajemnie tym uczuciem i to jest w tym wszystkim najważniejsze.

キミのように「永遠」でありたい
Kimi no yō ni „eien” dearitai
(Chcę być „wiecznością” tak jak ty)

            To ty pierwsza obdarowałaś mnie tym niegasnącym uczuciem. Z czasem uczyłaś mnie, jak być w nim wytrwałym. Trzeba przyznać, że byłem dość opornym uczniem, ale ostatecznie przecież postawiłem sobie szczytny cel – nauczenia się „wieczności” niezależnej od przemijającego czasu, której inspiracją byłaś ty.

悲しみは置いて行くよ
Kanashimi wa oite iku yo
(Porzucę smutek)

            Przy tobie nie sposób się smucić. Nie da się być smutnym, mając jednocześnie na wyciągnięcie ręki wieczne i niezmienne uczucie szczęścia, którym mnie obdarowałaś.

Long road chich leads to the calm hill
(Długa droga, która prowadzi do spokojnego wzgórza)

            Droga, która musieliśmy przebyć, aby w rezultacie stworzyć sielankę, w której teraz mamy to szczęście żyć, była długa i nie zawsze prosta. Ośmieliłby się nawet stwierdzić, że w większość wiodła ona pod górę, gdyż musieliśmy pokonać wspólnie niezliczoną ilość przeszkód i trudności. Ostatecznie jednak podołaliśmy zadaniu. Udało nam się razem wspiąć na szczyt tego wzgórza, nawet jeśli czasem niezbyt mądrze wybieraliśmy trudniejsze szlaki. Teraz jednak siedząc już na szczycie tegoż wzgórza, możemy w spokoju podziwiać rozgwieżdżone niebo nad naszymi głowami.

Always stay this way
(Pozostańmy na zawsze tak jak teraz)

Chciałbym zostać już na zawsze w naszym wspólnym niebie. Chciałbym niezmiennie, nieskończenie trwać w tym szczęściu razem z tobą. Nie odwodzi mnie od tego absurdalnego marzenia nawet to, iż brzmi ono dziecinnie. Jest ono niemalże boleśnie nierealne, przeczące prawom fizyki i logiki. Powinienem pozbyć się go. Dzięki temu zaoszczędziłbym sobie wiele cierpienia, możliwe, że nawet udałoby mi się dzięki temu nieco dorosnąć, ale w gruncie rzeczy… nie chcę tego. Lubię nawet tę moją dziecięcą naturę. Nie widzę nic złego w gonieniu za niedoścignionymi marzeniami. Złudna nadzieja na ich spełnienie wciąż daje mi siłę na próbę ich realizacji – to właśnie dzięki temu nieustanie staram się tak mocno zachować nasze wspólne niebo; tak samo mocno jak i ty. Przez to udało nam się wytrwać w naszym niebie pomimo bezlitośnie upływającego czasu, podczas gdy inni poddali się, wracając do piekła samotności.

Memento mori
All things must have an end
(Pamiętaj o śmierci. Wszystkie rzeczy muszą mieć swój koniec)

            Niestety nic nie trwa wiecznie – kto wie, może nawet nasze pojmowanie wieczności jest błędne i w gruncie rzeczy i ona ma nawet swój koniec?
Wszystko posiada swój koniec, jednak nie jest to coś, czym powinniśmy się martwić. Koniec nie zawsze jest bezpowrotny; koniec nie zawsze oznacza destrukcję. Czasem jest równoznaczny z przemianą, ewolucją w coś nowego.
I tak jak nasza bezkształtna, zmieniająca się dzień po dniu miłość kończy się wraz z kolejnym zachodem słońca, tak rozpoczyna się kolejny raz wraz z jego wschodem, aby odrodzić się na nowo w nieco zmienionej postaci.

But you don’t need to grieve
また めぐり逢えるよ
Mata meguri aeru yo
(Ale nie ma co się smucić, ponieważ będziemy mogli spotkać się ponownie)

            Dla nas słońce już zawsze będzie wschodzić, więc będziemy mogli spotykać się ponownie każdego kolejnego dnia. Z tego powodu można powiedzieć, że w pewien sposób koniec nas nie dotyczy; nie obawiajmy się go zatem, gdyż strach zawsze maluje rzeczy straszniejszymi niż są one w rzeczywistości. Dla naszej dwójki każdy koniec będzie nowym początkiem w naszej wspólnej wieczności usianej zmianami.
            Nie ma w tym nic złego.
            Może to naiwne, ale myślę, że uczucie tak silne jak to, które nas łączy, może pokonać upływ czasu. Możesz nazwać to reinkarnacją czy jakkolwiek inaczej, ale ja po prostu wierzę, że koniec, który kiedyś nas spotka, nie będzie końcem ostatecznym.

不朽の季 波打つ海 零れる星に今願いを
Fukyū no ki namiutsu umi koboreru hoshi ni ima negai o
(Nieskończone pory roku, falujące morze, teraz [ślę] moje modlitwy ku gwiazdom, które ukazały się [na niebie])

            Kiedy wpatruję się w zatokę i jej ciemne wody lśniące w środku nocy w świetle księżyca, dochodzę do wielu zaskakujących wniosków. Jednym z nich jest to, iż gdyby czas w istocie zatrzymałby się, to ograbiłoby nas z takich cudów jak migoczące gwiazdy czy przemijające pory roku. Wszystko zatrzymałoby się w martwym punkcie, który mimo iż byłby piękny, to bardzo nostalgiczny. Piękno mijających pór roku polega właśnie na ich cykliczności i zmianie; myślę, że na tym też opiera się piękno naszego związku, który przeobraża się, dorasta. Dochodząc do takich konkluzji, niekiedy myślę, że powinienem zacząć obawiać się możliwości zatrzymania czasu niczym najgorszej katastrofy, jednak ta druga część mnie wciąż w jakiś irracjonalny sposób tego pragnie.
            Czasem naprawdę czuję się rozdarty.

キミに成れば「永遠」と教えてくれ
Kimi ni nareba „eien” to oshiete kure
(Pokaż mi „wieczność”, która stała się tobą)

            Niemniej zdaje się, że tłumaczę to wszystko tylko i wyłącznie dla siebie. Ty pojmujesz czas. Nie zastanawiasz się nad jego naturą. Jest on dla ciebie czymś oczywistym. Zespoliłaś się z nim perfekcyjnie.
            Naucz mnie tego, proszę. Zostań moim nauczycielem raz jeszcze, podczas gdy ja zostanę twoim wiernym uczniem. Będę się starał, aby w końcu samodoskonalić się podobnie jak i ty.

Long road chich leads to the calm hill
(Długa droga, która prowadzi do spokojnego wzgórza)

            Droga, która musieliśmy przebyć, aby w rezultacie stworzyć sielankę, w której teraz mamy to szczęście żyć, była długa i nie zawsze prosta. Ośmieliłby się nawet stwierdzić, że w większość wiodła pod górę, gdyż musieliśmy pokonać wspólnie niezliczoną ilość przeszkód i trudności. Ostatecznie jednak podołaliśmy zadaniu. Udało nam się razem wspiąć na szczyt tego wzgórza, nawet jeśli czasem niezbyt mądrze wybieraliśmy trudniejsze szlaki. Teraz jednak siedząc już na szczycie tegoż wzgórza możemy w spokoju podziwiać rozgwieżdżone niebo nad naszymi głowami.

光を灯すように
明日を照らす
Hikari o tomosu yō ni ashita o terasu
(Aby zapalić światło i oświetlić jutro)

            Wspólnie na szczycie naszego wzgórza zapaliliśmy światło, aby oświetlić sobie drogę w dół, gdyby z jakiejś przyczyny przyszłoby nam pokonywać ją raz jeszcze. Jak wiesz, wolałbym się już stąd nie ruszać, gdyż jestem już trochę zmęczony tą wspinaczką, ale jeśli zmiany zabiorą nas do takiego miejsca, które wymusi na nas pokonanie stromego stocza wzgórza raz jeszcze, ochoczo ruszę z tobą ramię w ramię.
            Nasze uczucia rzucą światło na przyszłość, która już nigdy nie będzie mroczna, a ja trwając tak niezmiennie u twojego boku, już nigdy więcej nie będę się jej obawiał.

Good night…My beloved
Last heaven of mine
(Dobranoc… moja ukochana. Moje ostatnie niebo)

                Moje ostatnie niebo – ostatnie, bo właściwe. Nie zamierzam marnować więcej czasu na poszukiwanie żadnego innego. W końcu zrozumiałem, że znalazłem się we właściwym miejscu; prawdopodobnie po raz pierwszy raz w życiu.
            Dobranoc, moja ukochana.
Przy tobie mogę spać spokojnie.


- Tak, moja ukochana, mam nadzieję, że kiedyś cię znajdę; dokładnie taką, jaką cię wyśniłem – odezwałem się do otaczającej mnie ciszy i pustki dookoła, które były jedynymi świadkami moich łez.

"Nowy Świat" cz.14

Posty miały się pojawiać po ok. 10 komentarzach... tia... =.=''
Dobra, ale nie narzekam, bo to nigdy nie przynosi dobrych rezultatów. Idę depresować przy akompaniamencie koreańskiej dramy i irlandzkiego cydru C'': Niedługo popadnę w nałogi, jak ta deprecha mi nie minie ;_;

A tak już bardziej optymistycznie to zapraszam do kolejnej zakładki, którą dodałam do listy stron powyżej. Znajduje się tam chatbot Ruki ^^'' Nie bić, nudziło mi się wczoraj w nocy x''D Więc jeśli komuś też się nudzi, to zapraszam, niech pogada sobie z Ruksonem xp

Ech, pomyśleć, że ja tą cześć napisałam jeszcze w październiku... =.=''

„Nowy Świat” cz.14

Złożyłem wypowiedzenie. Możecie mi wierzyć bądź nie, ale naprawdę to zrobiłem – nawet jeśli sam wciąż nie mogłem się z tym oswoić…
Z tegoż też właśnie powodu Genshō od dłuższego czasu próbował zasztyletować mnie wzrokiem. Kiedy tylko dowiedział się o tym, zaczął mnie dosłownie prześladować, aby torturować mnie za pomocą spojrzenia. Nie mogłem pójść do łazienki, ubrać się czy choćby zjeść śniadania w spokoju, gdyż na każdym kroku blondyn wbijał we mnie nienawistne spojrzenie o jasnym przekazie: „Niewdzięczniku, ja ci tę robotę załatwiłem, a teraz ty to wszystko od tak rzucasz?!”. To naprawdę nie było przyjemne… Szczerze powiedziawszy to Ryūdōinowi udało się mnie wpędzić nawet w poczucie winy… Niemal już chciałem zacząć go rzewnie przepraszać za haniebny czyn, którego się dopuściłem, jednak w tym samym momencie wpadłem także na pomysł, aby po prostu wyjść z mieszkania. I to z kolei był już dobry pomysł. Nawet bardzo dobry.
Kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi frontowe, od razu poczułem ulgę. Przestałem czuć na karku oddech czyhającej na mnie śmierci, której zapewne prędzej czy później zaznam z ręki mojego współlokatora – w tej chwili sam ten fakt nie był jednak już tak istotny. Cieszyłem się tą chwilą wolności, kiedy nie musiałem znosić jego towarzystwa. Kiedy ruszyłem przed siebie, poczułem, jakby ktoś ściągnął mi z barków ogromny ciężar.
Nie zostałem zwolniony dyscyplinarnie, toteż nie mogłem zakończyć pracy z dnia na dzień. W grafiku miałem jeszcze rozpisanych kilka dyżurów, jednak ku mojej uciesze tym razem przyszła pora na zmianę Genshō. Dziś wypadała mi nocka, toteż miałem cały dzień do własnej dyspozycji.
Karma poszedł na próbę swojego zespołu, Yuuki miał na dziś umówioną sesję zdjęciową, Aryu dopełniał wraz ze swoim zespołem ostatnich formalności dotyczących jutrzejszego występu, Hiro zajęty był nagraniami do nowej płyty, a Crena wrócił do domu – a więc naprawdę miałem dzień do WŁASNEJ dyspozycji. Nie powiem, żebym czuł się jakoś osamotniony, ale przyznam, że dość dziwnie się złożyło, że wszyscy moi znajomi mieli tego dnia akurat coś ważnego do zrobienia. Przez chwilę krążyłem bez celu po stacji metra, zastanawiając się czy jest coś produktywnego, na co i ja mógłbym spożytkować mój czas, jednak nic nie mogłem wymyślić – całe szczęście dość szybko mnie oświeciło, bo akurat w momencie, kiedy nadjechało metro.
Wybrałem się do Shinbuya, jednak bynajmniej nie na zakupy, a już tym bardziej w odwiedziny do Daisuke – aż tak głupi nie byłem. W końcu jednak pragnąłem zachować życie, gdyż myślę, że może uda mi się znaleźć jakiś sposób na to, aby spędzić jego resztę w miarę przyzwoity sposób.
Poszedłem do szkoły Saitou. Było wciąż wcześnie, więc miałem nadzieję, że może uda mi się go złapać, kiedy będzie biegł spóźniony na pierwszą lekcję lub wychodził ze szkoły na pierwszej przerwie, aby kupić sobie coś na śniadanie w pobliskim sklepie, gdyż jak wiedziałem, miał w zwyczaju często o nim zapominać.
Wszedłem na posesję szkoły, jednak doskonale wiedziałem, że nie mogłem przekroczyć jej progu. W końcu nie byłem ani uczniem, ani nauczycielem, ani nawet rodzicem, więc szybko zapewne zostałbym wyproszony. Czekałem więc w pobliżu wejścia, jednak nigdzie nie mogłem dostrzec Ito.
- Alex? – usłyszałem w końcu za plecami. – Co ty tu robisz?
- Och, Akihito… - wydusiłem z siebie, spoglądając nieco rozczarowany na przyjaciela mojego wciąż jeszcze niedawnego współlokatora. – Właściwie to szukam Saitou… Miałem nadzieję, że może uda mi się go złapać pod szkołą – wyznałem.
- To ty o niczym nie wiesz? – zdziwił się. – Saitou nie chodzi do szkoły już od dłuższego czasu. Martwię się o niego, bo nie wiem czy coś mu się nie stało, jednak nie mam z nim żadnego kontaktu – westchnął ciężko. – Nie odpisuje na maile, na sms’y, nie mogę się do niego dodzwonić… Myślałem, że może ty możesz się z nim skontaktować, ale jak widać pomyliłem się…
- Huh, w takim razie widzę, że obaj popełniliśmy ten sam błąd, gdyż ja myślałem, że ty pomożesz mi dotrzeć do Ito… - przygryzłem wewnętrzną stronę policzka.
- Ja… znaczy… - zająknął się. – Wiem, że już nie mieszkasz razem z Saitou, ale… może wiesz czy po prostu nie zaszył się w domu? Albo może przeniósł się do drugiego mieszkania Daisuke na Tsukiji? – domniemywał.
- Niestety nie – odparłem z trudem. – Gdyby tak było, przynajmniej Ochida wiedziałby, gdzie jest Ito; z kolei gdyby okazało się to prawdą, nie robiłby mi scen na środku ulicy, próbując ze mnie wyciągnąć, gdzie on jest – skrzywiłem się na to wspomnienie.
- Och… - brunet westchnął. – Wiesz jaki jest Daisuke… Musisz mu wybaczyć. On bardzo troszczy się o Saitou, więc z pewnością teraz panikuje – próbował usprawiedliwić wokalistę Kagerou w moich oczach.
- Tak, ale… - w porę znów ugryzłem się w policzek, aby nie dokończyć zdania. Chciałem powiedzieć, że jest to prawdą, jednak z tego powodu nie musiał mnie bić na ulicy ani nachodzić, ale cóż… po chwili zastanowienia uznałem, że lepiej będzie tę kwestię przemilczeć. – Tak, masz rację – przyznałem w końcu.
Porozmawialiśmy z Akihito jeszcze chwilę, dopóki nie rozbrzmiał dzwonek na lekcje i chłopak musiał wrócić do szkoły. Wtedy nie miałem już tu nic do roboty. Mogłem wrócić do domu, jednak nie bardzo miałem na to ochotę. Co prawda Ryūdōin z pewnością był już od dłuższego czasu w pracy, jednak jakiś dziwny niesmak pozostał. Postanowiłem jeszcze chwilę się przejść.
Skorzystałem z tego, iż Shinbuya była wielkim skupiskiem sklepów przeróżnej maści, oferujących czasem nawet dość dziwaczne dobra. Tym razem nie zamierzałem jednak eksperymentować, tylko skierowałem się do księgarni. Krążyłem między licznymi regałami, przyglądając się nieraz naprawdę pięknie zdobionym grzbietom i okładkom książek. Wdychałem zapach wciąż świeżego tuszu, który unosił się w powietrzu; zapach nowych książek, za którym wręcz przepadałem. W końcu znalazłem dział, który mnie interesował i… stanąłem jak wryty.
Moje zachowanie nie było bynajmniej winą żadnej z książek z jakże szerokiego wachlarza oferty, którą poszczycić się mogła księgarnia. Bardziej zdumiało mnie to, kto sięgał po jedną z tych książek.
Na podłodze na jednym kolanie przyklęknął Ochida, sięgając po jedną z pozycji wystawioną na najniższej półce. Kiedy pojawiłem się w zasięgu jego wzroku, jego uwaga wciąż była skupiona na tomiku. Zamierzałem wykorzystać tę chwilę nieuwagi i zniknąć niezauważonym, jednak nie miałem na tyle szczęścia, aby mogłoby mi się to udać.
- Uciekasz? – usłyszałem za sobą drwiący głos, na którego brzmienie aż zagotowało się we mnie.
Przystanąłem na moment, jednak nie odwróciłem się do niego przodem. Wziąłem głębszy wdech, aby zdusić w sobie chęć zrobienia mu podobnej sceny, jaką on mi zaserwował przed hotelem, w którym pracowałem. Próbowałem się uspokoić. W końcu kiedy zdecydowałem się znów ruszyć przed siebie bez słowa, dobiegł mnie jego głos:
- Fakt, iż się spotkaliśmy przypadkowo, nie oznacza, że już do końca moich lub twoich dni któryś z nas będzie musiał schodzić drugiemu z drogi – zaczął o dziwo pokojowo. – Przyszedłeś tu po książkę podobnie jak i ja; w tym wypadku chyba w żadnym razie nie powinniśmy sobie nawzajem kolidować, prawda?
Zdziwiony zmianą w jego zachowaniu, aż odwróciłem się, aby na niego spojrzeć. Jego wyraz twarzy był neutralny, w żaden sposób prowokujący czy wyzywający. Czyżby tym razem naprawdę nie próbował zrobić mi na złość?
Może był to z mojej strony odruch masochistyczny, ale postanowiłem spróbować. Wróciłem do alejki, gdzie zostały wystawione książki, które mnie interesowały. Zacząłem przyglądać się co ciekawszym egzemplarzom, kątem oka wciąż obserwując poczynania Daisuke.
W końcu zdecydowałem się na jedną z pozycji. Przyjrzałem się jej jeszcze raz, aby upewnić się, że jest na pewno tą, na którą chcę wydać pieniądze, gdyż akurat ta kosztowała znacznie więcej niż inne. W tym samym czasie Ochida zajrzał mi przez ramię, uśmiechając się do siebie pod nosem.
- Widzę, że mimo wszystko mamy podobne gusta – stwierdził.
- Słucham? – podniosłem wysoko brwi w wyrazie zdziwienia.
- Kupiłem tę książkę kilka tygodni temu – poinformował mnie. – Jest interesująca, jeśli chcesz znać moje zdanie. Uważam, że warta swojej ceny – pokiwał z uznaniem głową.
- Doprawdy? – mruknąłem, starając się nie dopuścić do tego, aby rozmowa rozwinęła się zbyt mocno.
Bądź co bądź na dziś powinno wystarczyć kilka kurtuazyjnych zdań zamienionych z czystej formalności. Skok na głęboką wodę z pewnością nie byłby w tym wypadku dobrym pomysłem. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że wciąż zbyt wiele nas dzieliło, aby móc porwać się na swobodną pogawędkę.
- W takim razie może dałbyś się zaprosić na krótką pogadankę o literaturze przy herbacie? – rzucił rozbawiony, sam nie wiem czym.
- Zapraszasz mnie do siebie? – zdziwiłem się.
- A dlaczego by mnie? – uśmiechnął się, co wzmożyło moją podejrzliwość. Zawahałem się.
- Niech będzie… ale tylko na chwilę – zastrzegłem.
Moment potem, kiedy spacerowaliśmy przecież tak dobrze znanymi mi uliczkami do mieszkania Saitou, miałem ochotę sam pochlastać się za to, że się zgodziłem. Dlaczego w ogóle to zrobiłem? Sam wepchnąłem się w paszczę lwa… Jeśli nie uda mi się wyjść z tego cało, to będę mógł mieć o to pretensje tylko i wyłącznie do samego siebie. Uch, dlaczego używanie mózgu jest tak męczące? Serio, Alex, czasem przydałoby się włączyć myślenie!
I tak oto struchlały ze strachu ponownie wszedłem do pieczary Ochidy…

***

Herbata była niezła. Pogawędka również nienajgorsza. Nie powiem, żebyśmy mogli jeszcze w spokoju rozmawiać na wszelkie tematy tego świata, ale z pewnością był to wielki postęp w naszej relacji. Dziś ograniczyliśmy się w istocie tylko i wyłącznie do literatury. Obaj powstrzymywaliśmy się od wygłaszania niepochlebnych opinii i raczej wyszukiwaliśmy pisarzy czy też pojedynczych tytułów, na temat których mieliśmy podobne zdanie. Wciąż jeszcze nie próbowaliśmy rozmawiać o tym, co nas dzieliło – koniec końców była to jedna z naszych pierwszych normalnych rozmów, więc woleliśmy tego nie psuć. Co zaskakujące, szybko odnotowałem, że wokalista Kagerou starał się podobnie mocno co i ja. Cierpliwie wysłuchał mojej tyrady na temat wyższości oryginałów książek nad ich przełożeniami na inne języki. Tym samym ośmieliłem się zarzucić mu, iż nie do końca może zrozumieć amerykańskich czy europejskich autorów i ich efekty pracy, gdyż w trakcie tłumaczenia tekst tracił swoje „smaczki”, gry słowne i łamańce językowe, które użyte w odpowiedni sposób były jego dużym atutem. Czasem tłumaczona praca traciła nawet na dynamizmie rozwoju wydarzeń, a co ważniejsze postacie gubiły gdzieś po drodze swój charakter, gdyż to, co w jednej kulturze było powszechnie akceptowane i uważane za normalne zachowanie, w drugiej niekoniecznie. W normalnej sytuacji mężczyzna zapewne jedynie przewróciłby oczyma, burcząc pod nosem coś w stylu: „Nie znasz się na życiu, dzieciaku”, jednak nie tym razem. Dziś czułem się jak rozmówca równy gospodarzowi. Nie byłem już nazywany „dzieciakiem”, „małolatem” czy ogółem zaliczany „do tej całej zgrai gówniarzeri, której w dupach się poprzewracało od tego dobrobytu”. Słuchał mnie. Po raz pierwszy mnie słuchał. Z początku przychodziło mu to z niemałym trudem, a i nawet teraz wciąż mogłem zauważyć, że dość ciężko przychodził mu fakt, iż miałem na pewne sprawy wyrobione swoje własne poglądy, ale się starał – a to był sukces; ogromny sukces. Bądź co bądź to jednak on mnie tu zaprosił ze swojej własnej, nieprzymuszonej woli, obiecując, że spędzimy ten czas w spokoju, toteż teraz musiał dotrzymać danego słowa i spełnić swoją obietnicę. Szło mu to całkiem nienajgorzej, muszę przyznać.
Odstawiłem pustą filiżankę na niską ławę w salonie. Zaraz potem tknięty jakimś przyzwyczajeniem wziąłem również puste naczynie od muzyka i odruchowo odniosłem je do kuchni. Poniewczasie uświadomiłem sobie, że przecież już tu nie mieszkam i tym bardziej nie muszę zmywać czy sprzątać.
- Dzięki za herbatę – odezwałem się, spoglądając na zegarek na wyświetlaczu telefonu. – Wiesz, chyba będę się już zbierał – w głowie już kalkulowałem, ile czasu do rozpoczęcia zmiany tak właściwie mi zostało. Z dwanaście minut metrem, potem jeszcze wpaść do domu, coś zjeść, unikać blondyna za wszelką cenę, nakarmić Noroiego…
- Wciąż jeszcze pracujesz w tym hotelu? – zainteresował się.
- Jeszcze przez jakiś czas tak – przyznałem.
- Słyszałem, że Yuuki zaoferował ci pracę w branży…
- Nie do końca w branży. Chce, żebym został wizażystą – sprostowałem.
- Och, a więc to tak? – uniósł brwi w geście zdziwienia. – W takim razie pewnie będziemy mieli okazję widywać się częściej – uśmiechnął się delikatnie. Próbowałem dostrzec na jego twarzy drgających mięśni, które mogłyby świadczyć o tym, iż jego uśmiech był nieszczery, jednak niczego podobnego się nie dopatrzyłem. – Może w takim razie będziemy mieli okazję również porozmawiać podobnie jak i dzisiaj; zainteresowany? – uśmiechnął się półgębkiem.
- Może… - mruknąłem wymijająco. Cały czas nie mogłem pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że on coś knuje… Po prostu nie mogłem oswoić się z tą „wersją” Daisuke, który zachowuje się jak cywilizowany człowiek a nie troglodyta.
- „Może”? – zaśmiał się, wstając ze swojego fotela. – Doprawdy, Alex, jesteś dla mnie taki oziębły… - mruknął. Delikatny uśmieszek wciąż figurował na jego ustach. – Próbujesz trzymać mnie na dystans? – pozostawał pewny siebie, będąc przekonanym, że moja odpowiedź będzie przecząca.
Tymczasem ja sam nie byłem pewny czy powinna ona taka być…
- Może… - powtórzyłem, uciekając gdzieś spojrzeniem. – Słuchaj, muszę się już zbierać – próbowałem zakończyć tą rozmowę, która zaczynała nabierać złego kierunku. – Pogadamy innym razem – chciałem ewakuować się w ekspresowym tempie, jednak chłopak zatrzymał mnie, przytrzymując drzwi frontowe.
- „Może”? – znów powtórzył po mnie. Tym razem był już tylko i wyłącznie zdziwiony.
- No wybacz, że nie zamierzam rzucać ci się z powrotem na szyję po tym, co mi zrobiłeś – warknąłem, nim zorientowałem się, co tak właściwie powiedziałem. Momentalnie zdałem sobie sprawę, że zapewne już nieodwracalnie zepsułem tę dość miłą atmosferę. Teraz czekałem już tylko na wybuch wokalisty i kolejną, regularną kłótnię, która miała skończyć się tym, iż miałem wylądować za drzwiami; chociaż z drugiej strony tym razem o to właśnie mi chodziło…
- Cóż… - zaczął niskim głosem. O cała siódemko bożków szczęścia… Przeczuwając najgorsze, odsunąłem się dwa kroki w tył, będąc pewnym, że za chwilę ryknie na mnie, dając upust swojej złości, jednak o dziwo… - Masz rację, że z pewnością nie sprawiłem, że twój wyjazd do Japonii stał się łatwiejszy – przyznał zakłopotany, spuszczając wzrok. No nie wierzę! Niech mnie ktoś uszczypnie, bo chyba śnię! – Z początku byłem przewrażliwiony po kilku poprzednich lokatorach Saitou, ale potem… potem już tylko regularnie się ciebie czepiałem. Nie wiem nawet dlaczego – westchnął głośno. Jego wyraz twarzy sugerował, że był zażenowany swoim własnym postępowaniem. – Wszystko jakbym robił na opak… Byłeś dobrym współlokatorem i przyjacielem dla Ito, a ja byłem dla ciebie szorstki i oschły bez żadnego powodu. Robiłem ci pod górkę, wykorzystałem do rozwiązania problemu Hyde, a potem jeszcze ta scena przed tym hotelem, w którym pracujesz… - potarł w nieporadnym geście kar, uporczywie wpatrując się w czubki swoich butów. Oglądanie Ochidy w takim stanie było czymś doprawdy niesamowitym. Nigdy wcześniej nie podejrzewałbym, że ten facet potrafiłby za cokolwiek przeprosić i to w dodatku z tak widoczną i autentyczną skruchą. – Zdaje się, że nawet Saitou miał już dość mojego zachowania względem ciebie. Po tym jak… no cóż, wyrzuciłem cię, próbował nakłonić mnie, a nawet wymusić na mnie, żebym cię przeprosił i ponownie pozwolił ci tutaj zamieszkać, jednak byłem zbyt uparty… Powoli zaczynałem pojmować swój błąd, ale… Uch… A potem już nawet Ito miał mnie dość i uciekł – zagryzł dolną wargę. Jego oczy zaszkliły się. Zrobiło mi się naprawdę szkoda bruneta. Widać, że naprawdę kochał tego dzieciaka i troszczył się o niego, mimo iż nie do końca prawidłowo potrafił to okazać. – Wtedy, wcześniej… Miałeś rację – westchnął raz jeszcze. – Jak zwykle próbowałem obwiniać kogoś innego za własne błędy, ale tak naprawdę Saitou uciekł przeze mnie – potarł twarz dłońmi.
- Znajdziemy go – próbowałem go jakoś pocieszyć. Odciągnąłem jego ręce od twarzy i sam przesunąłem palcami po jego policzku. – Pomogę ci – zaoferowałem się.
- Może gdybyś znów się wprowadził… - rzucił szybko, jednak nim znów rozwinął swój monolog, uciąłem go w zalążku.
- Nie – powiedziałem stanowczo. Muzyk spojrzał na mnie zdziwiony.
- Obiecuję, że nie będę się już więcej wtrącał i…
- Nawet jeśli jest to prawdą – znów nie dałem mu dokończyć – to nie ma to dla mnie żadnego znaczenia – teraz to ja westchnąłem. – Wybacz, chciałbym ci wierzyć, ale to dość trudne zadanie nawet dla tak łatwowiernej osoby, jaką jestem ja – rozłożyłem bezradnie ręce. – Zawiodłem się na tobie – uciekałem spojrzeniem, nie mogąc wytrzymać tego szczenięcego wzroku. – Poza tym musisz zrozumieć, że ja już sobie poukładałem życie. Mieszkam teraz z dwoma przyjaciółmi, których nie chcę wystawić do wiatru – odsunąłem się nieco od niego. – Twoje zachowanie nie jest jedynym problemem. Musisz w końcu zrozumieć, że ja mam swoje własne życie – w końcu odważyłem się spojrzeć mu w twarz. – Nie jestem twoim podopiecznym, więc nie możesz po prostu decydować o moim zakwaterowaniu w tym czy innym miejscu… Musisz przyjąć wreszczie do wiadomości, że jestem niezależną osobą – zagryzłem policzek od wewnętrznej strony. – …niezależną od ciebie, Daisuke – podkreśliłem.

***

Do domu wpadłem w rekordowym tempie, gdyż trochę zeszło mi na pogawędkę z Ochidą w progu drzwi. Karma wciąż nie wrócił jeszcze z pracy, toteż głodny kot uradowany z przybycia domownika rzucił mi się pod nogi, domagając spóźnionego śniadania. Miałczał żałośnie spomiędzy moich nóg, kiedy ja próbowałem go wyminąć i rozebrać się jednocześnie, żeby od razu przebrać się w uniform. Noroi jednak był nieustępliwy, przez co musiałem poświęcić mu kilka minut – kilka cennych minut na znalezienie puszki z kocią karmą, a następnie otwieracza do niej. Serio, jak się człowiek spieszy…
W końcu jednak bez większych rewelacji udało mi się dotrzeć do miejsca pracy. Tym razem dla odmiany byłem jednak punktualny. Nie wiem, dlaczego w ostatnim czasie wyrobienie się na odpowiednią godzinę stanowiło dla mnie taki kłopot, gdyż z zasady byłem raczej człowiekiem poukładanym. Niemniej tym razem miałem szczęście. Wypadało, żebym przez te ostatnie tygodnie pracy pozostawił po sobie jednak jak najlepsze wspomnienia w pamięci współpracowników czy pracodawcy.
Genshō ustąpił mi miejsca. Jak zwykle milczał przy tym niczym zaklęty i torturował mnie tym swoim miażdżącym spojrzeniem. Tym razem było to jednak dla mnie za dużo. Nawet Daisuk potraktował mnie lepiej niż mój współlokator!
- Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to powiedz to w końcu otwarcie, a nie próbujesz zadźgać mnie wzrokiem – burknąłem.
- Nie mam ci nic do powiedzenia – odparł grobowym tonem.
- O mój ty smutku… - westchnąłem ciężko. – Nie mów mi, że się obraziłeś z powodu, że zmieniam pracę? – spojrzałem na niego z politowaniem.
- Nie obraziłem się – trwał uparcie przy swoim.
- Jasne… - prychnąłem, przewracając oczyma. – Przecież widzę, że aż kipisz złością!
- Nie jestem zły – wciąż przemawiał wypranym z wszelkich emocji tonem głosu. – Może jedynie trochę smutny… - wyznał znacznie ciszej, wymijając mnie w wąskim przejściu prowadzącym na zaplecze recepcji, przy czym szturchnął mnie ramieniem. Odwróciłem się za nim, jednak blondyn szybko przedostał się do wyjścia i zniknął z mojego pola widzenia, nie zamierzając rozwijać tej myśli.
Nie no serio?... Co jeszcze dzisiaj się wydarzy? Przepraszający wokalista Kagerou, smutny Ryūdōin i Saitou, który przepadł jak kamień w wodę… Armagedon się zbliża czy jak?
Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że byłem dość empatyczną osobą i nie umiałem koło takich rzeczy przejść obojętnie. Przejmowałem się tym, kiedy ktoś z mojego bliskiego otoczenia nagle tak drastycznie zmieniał swoje zachowanie. Martwiłem się i próbowałem znaleźć powód, dla którego zadziało się tak a nie inaczej. Otaczający mnie ludzie dawali mi w ostatnim czasie dużo powodów do zmartwień…
Właściwie ledwo zdążyłem zasiąść za kontuarem, a już poczułem wibracje mojego wyciszonego telefonu. Wyciągnąłem urządzenie, zdziwiony wpatrując się w wyświetlacz.
- Hiro? – wolałem zapytać dla pewności, aby tym samym utwierdzić się w tym, że nikt inny nie wydzwania z jego telefonu tylko po to, żeby nabić mu rachunki lub zrobić sobie głupie żarty. Pozwoliłem sobie odebrać, gdyż w końcu i tak byłem na nocnej zmianie, a więc dookoła było pusto.
- Wybacz, że dziś znów nie mogliśmy się spotkać – na wstępie zaczął już od przeprosin.
- Daj spokój, przecież to nie twoja wina – uśmiechnąłem się pod nosem. – Jesteś zapracowany; rozumiem to. Praca nad nową płytą wymaga czasu i poświęcenia. Co więcej nie możesz zrywać się z nagrań tylko po to, żeby spotkać się ze znajomym.
- Może kimś więcej niż tylko znajomym… - mruknął znacznie ciszej.
- Słucham? – zdziwiłem się.
- Niemniej… - postanowił zmienić temat. -  Nie mogę się wiecznie zasłaniać pracą, wymigując od spotkania – zaśmiał się krótko. – Ale słyszałem, że niedługo zaczynasz pracę w naszym studiu, więc pewnie będziemy mieli okazję widywać się częściej; dzięki temu będę mógł połączyć przyjemne z pożytecznym. Przy takim obrocie spraw pewnie znajdzie się też chwila, żeby razem się gdzieś urwać; zainteresowany? – zapytał.
Odniosłem nieprzyjemne wrażenie deja vu… Serio… Miałem jakieś dziwnie przeczucie, że wszyscy niemal tylko czekają na to, aż zacznę pracę jako wizażysta. Yuuki, Karma, Aryu, Ochida, a teraz nawet Hiro… Co oni, do cholery? Myślą, że nasza wspólna praca tam będzie ograniczać się do popijania kawy i rozmawiania o pogodzie?
- Um… Nawet bardzo – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, jednak byłem tak bardzo zdjęty tym przeczuciem, iż entuzjazm nie bardzo odbił się w moim głosie.
- W takim razie cieszę się – niemal usłyszałem jak się uśmiecha. – Wiesz… Pytam tak kontrolnie, żeby upewnić się, że przez te ostatnie wymigiwanie się nie zniechęciłem cię do siebie.
- Nic z tych rzeczy – mój głos wciąż brzmiał płasko i sztywno, gdyż myślami byłem już gdzieś zupełnie indziej.
- W takim razie powiedz mi…
- Hiro, właściwie – przerwałem mu – to ja jestem w pracy i nie powinienem gadać przez telefon podczas zmiany – wtrąciłem.
- Och… W takim razie nie będę cię już dłużej zajmować – wyraźnie sposępniał. – Więc… do zobaczenia niedługo?
- Jasne – przytaknąłem i rozłączyłem się.
Czemu otaczający mnie ludzie nagle wydali mi się być bardzo posępni i smutni? Jakaś masowa jesienna depresja czy jak?...
Nie minęła chwila, a mój telefon znów zaczął wibrować. Tym razem był to jednak sygnał obwieszczający wiadomość. Jej nadawcą był Yuuki, który postanowił zapytać mnie czy byłoby możliwe, abym zaczął przychodzić do studia chociażby na kilka godzin jeszcze przed oficjalną datą, która miała rozpocząć mój staż w tym miejscu. Powodem, dla którego miałem to zrobić, było dopełnienie całej „papierologii” oraz coś w rodzaju „tutorialu”, który miał pomóc wdrożyć mi się w codzienność nowego miejsca pracy – między innymi miałem poznać układ budynku, zapoznać się z nowymi współpracownikami oraz asortymentem, którym miałem posługiwać się podczas pracy. Wokalista Lycaon nie owijając w bawełnę, wyznał, że w tym właśnie okresie dużo osób zapewne będzie chciało mnie w jakiś sposób przetestować, sprawdzając moje faktyczne umiejętności (lub ich brak). Z drugiej strony jednak próbował mnie uspokoić, że nie będzie to żaden sprawdzian na ocenę oraz jego wynik nie zaważy w żaden sposób na tym czy ktoś tam na górze jednak się nie rozmyśli i nie odeślą mnie z kwitkiem, ale cóż… Wiadomo, że najlepiej by było zrobić dobre pierwsze wrażenie – tym bardziej, że szansę zrobienia dobrego pierwszego wrażenia ma się tylko raz. To z pewnością mogłoby mi ułatwić dalszą pracę i nawiązywanie nowych znajomości, niżbym miał od samego początku „walczyć z systemem”, udowadniając każdemu z osobna, że nie jestem wielbłądem i w powolnym i bardzo wyczerpującym procesie przekonywać każdą pojedynczą osobę do siebie.
Ta, łatwiej powiedzieć niż zrobić, co?
No cóż, spróbować jednak i tak musiałem, nie? Mogłem mieć tylko nadzieję, że nie rzucą mnie od razu na głęboką wodę, wymagając Kannon wie co. Liczyłem na to, że akurat tym razem powiedzenie: „Nadzieja matką głupich”, nie sprawdzi się.