"Nowy Świat" cz.13

„Nowy Świat” cz.13

- Masz bardzo ładnie wykonany makijaż – [Yuuki] stwierdził w końcu (…).– Wybacz mi moje zachowanie – odsunął się na normalną, „zdrową” odległość – ale zastanawiałem się czy w końcu masz ten makijaż, czy też nie. Wygląda to tak naturalnie, że musiałem przyglądać się naprawdę z bliska, żeby dostrzec w końcu, że jednak go wykonujesz – wyjaśnił. – (…) wyciągnął rękę i przeczesał palcami moje włosy. – Masz takie ładne włosy… - mruknął, przyglądając się ich pasmom. (…) – Nie myślałeś kiedyś, żeby zająć się… no nie wiem… makijażem? (…)
-  Proponujesz mi, żebym został wizażystą? – upewniłem się, że dobrze zrozumiałem, o co mu chodzi.
- „Proponuję”? – powtórzył zamyślony. – W zasadzie to tak. Właśnie tak; proponuję. Proponuję ci zostanie wizażystą. Jedna z wizażystek mojego zespołu zaszła w ciążę i wzięła urlop, więc potrzebujemy kogoś na zastępstwo. Co ty na to? – spojrzał na mnie wyczekująco.
- Ale… - zająknąłem się. – Jak to? – zaśmiałem się nerwowo, choć wcale do śmiechu mi nie było. – Przecież w ogóle się nie znamy, nie wiesz czy nadaję się do tego w jakimkolwiek stopniu, więc…
- Bazuję na opowieściach o tobie – przerwał mi. – Cóż, jasne, że póki co nie wiem o tobie praktycznie nic, ale to przecież to może się zmienić, racja? – uśmiechnął się delikatnie. – Gdybyś przystał na moją propozycję, miałbym możliwość ocenienia, ile w tych wspaniałym historiach krążących wokół ciebie jest prawdą, a ile nie; mógłbym wtedy dopiero stwierdzić czy nadawałbyś się do tego, czy też nie – wyjaśnił.
(…) Nikomu, póki co, nie powiedziałem o propozycji, jaką złożył mi tak nagle Yuuki, z nikim jeszcze tego nie przedyskutowałem, ale intensywnie nad tym rozmyślałem. Cóż, w mojej obecnej pracy nagrabiłem sobie, więc może dobrym pomysłem byłoby się zmyć? Szczerze powiedziawszy i tak nie traktowałem tego stanowiska jakoś poważnie. Bycie recepcjonistą to nigdy nie był szczyt moich marzeń. Nie spełniałem się w tym; nie umiałem czerpać tej dumy i satysfakcji z pełnionego zadania, tak jak to robili Japończycy – to chyba właśnie dlatego doprowadziłem do takiej a nie innej sytuacji.
Ale z drugiej strony – czy spełniałbym się jako wizażysta? Nigdy nie widziałem siebie w tej roli. (…) Co prawda może jakieś podstawy wykonywania makijażu znałem, ale żeby zaraz bawić się w wizażystę? Nie skończyłem żadnej szkoły w tym kierunku ani nawet kursu… pewnie gdybym złożył podanie, to odrzuciliby je bez wahania… Chociaż może to nie miało wyglądać tak. Może nie było zwykłej rekrutacji pracowników (…); może po prostu Yuuki zamierzał wkręcić mnie „po znajomości”? (…) Niemniej, nawet jeśli wokalista Lycaon zamierzał mnie po prostu wcisnąć na tę posadę ze względu na to, kim sam był, (…) wypadałoby też, żebym dowiedział się o tym stanowisku nieco więcej – kogo oni tam właściwie chcą? Czego będą ode mnie oczekiwać? (…) Tak czy siak, musiałem jeszcze spotkać się z różowowłosym i pociągnąć go za język – inaczej na nic nie będę się pisał. (…)
Jednym co jest pewne to, to że chcę zmienić pracę. Nie mogę zatrzymać się na stanowisku, do którego właściwie również nie mam żadnych kwalifikacji, na którym męczę się tam i przestaję rozwijać. Powinienem zacząć szukać czegoś w swojej profesji, ale myślę, że nawet zmiana pracy z recepcjonisty na wizażystę mogłaby coś wnieść do mojego życia. Później zawsze znowu ewentualnie będę mógł zmienić pracę – grunt, żeby przestać robić coś, co kompletnie mi nie leży.
Chyba zacznę się nad tym poważnie zastanawiać…


Sobotni wieczór.
Yuuki nie zostawił mi żadnego kontaktu do siebie, ale wykorzystałem jego znajomość z Karmą, który pomógł mi się z nim spotkać raz jeszcze. Naprawdę chciałem dowiedzieć się o tej pracy czegoś więcej…
Podczas rozmowy telefonicznej wokalista Lycaon nie podał mi żadnych konkretnych informacji ani nie rozwiał moich obaw, ale za to zaproponował mi kolejne spotkanie. Mało tego, podczas owego spotkania miałem także poznać kilka innych osób, z którymi mógłbym współpracować, gdybym zdecydował się jednak przyjąć tę posadę.
A więc jest sobotni wieczór.
I idę znów do mieszkania Yuukiego na to owe spotkanie.
Tym razem jednak z Karmą.
Wokalista AvelCain zdeklarował, że nie obraziłby się, gdybym miał zająć się jego makijażem, co w pewien sposób mnie podbudowało. Mimo iż przecież już trochę się znaliśmy, a ponad to mieszkaliśmy razem, brunet i tak nie chciał puścić mnie samego i uparł się, że pójdzie ze mną – nie próbowałem odwieść go od tego pomysłu, gdyż w głębi duszy byłem mu za to wdzięczny. Czułem się o niebo pewniej mając go przy boku. W końcu gdyby ta oferta pracy miała okazać się krętactwem, o wiele trudniej jest wrobić dwie osoby niż jedną. Nie to, żebym domniemywał, że różowowłosy zamierzał działać na moją niekorzyść, jednak było mi o wiele łatwiej uwierzyć w jego dobre intencje, kiedy miałem przy sobie jego przyjaciela. Karmy by nie okłamał, prawda? A z kolei Karma nie okłamałby mnie, racja?
- Nareszcie! – zaszczebiotał drobny wokalista, otwierając nam drzwi. – Już myślałem, że się rozmyśliłeś!
- Musiałem poczekać, aż Karma wyszykuje się do wyjścia – usprawiedliwiłem się. Yuuki spojrzał na bruneta z przyganą, na co ten jedynie rozłożył bezradnie ręce i bez słowa wszedł do mieszkania.
W salonie światło było przygaszone. Na kanapie siedziało kilka osób, które mimo szczerych chęci, nie mogłem rozpoznać. Jak się później okazało, nie wszyscy oni byli muzykami, dlatego ich twarze niewiele mi mówiły. Właściwie to zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że to właśnie większość była z ekipy technicznej. Poznałem dwóch dźwiękowców, oświetleniowca, fryzjera i fryzjerkę oraz trzy wizażystki. Wszyscy oni byli dla mnie bardzo mili i wyrażali chęć współpracowania ze mną, co nastawiło mnie pozytywnie. Niemniej, nasze spotkanie miało dość oficjalny charakter, gdyż mimo iż na stole stał alkohol, nikt go nie ruszył. Wszyscy zachowywali wszelkie zasady kurtuazji, więc można powiedzieć, że było dość sztywno – choć nie powiedziałbym, że spodziewałem się, iż mogło to wyglądać inaczej. W końcu, jakby nie patrzeć, było to nasze dopiero pierwsze spotkanie.
Ludzie, z którymi miałem współpracować, szybko się zwinęli. Zdawało się, że potraktowali to spotkanie nie jako sobotni wypad, ale jako oficjalne zaznajomienie z nowym pracownikiem, imprezę integralną organizowaną przez ich pracodawcę, aby zacieśnić więzi między współpracownikami.
Choć może znowu nie aż tak wszyscy.
Zostało paru początkujących muzyków, których wyglądem miałbym się zająć, jak twierdził wokalista Lycaon. Wśród nich moją uwagę zwrócił Aryu z Morrigan, którego nie trzeba było mi przedstawiać. Tak bardzo wyróżniał się ze swoimi platynowymi włosami, jasnymi soczewkami, których kolor został dodatkowo wyeksponowany przez mocny, czarny makijaż oraz krwiście czerwonymi ustami. Jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie, powiedziałbym, że był po prostu piękny.
Rozmawiałem z nim dużo. Był przyjazny i pięknie się uśmiechał. Dobrze się dogadywaliśmy. Bez trudu znajdywaliśmy wspólne tematy. Atmosfera znacznie się rozluźniła, kiedy osoby ze sztabu technicznego się ulotniły, przez co chwyciliśmy też za alkohol. Nie imprezowaliśmy na całego; ot po prostu popijaliśmy obaj piwo, kontynuując rozmowę.
- A założysz się? – Aryu zaśmiał się. Miał przyjemny dla ucha niski głos, którego mógłbym słuchać godzinami… co czasami mi się zdarzało, gdyż w mojej playliście znajdywały się utwory jego zespołu.
- Niech ci będzie – przytaknąłem. Podaliśmy sobie ręce, obaj przyjmując zakład.
- Zakładziki? – gospodarz oderwał się Karmy, do którego właśnie się tulił, pozując do zdjęcia i spojrzał na nas zaciekawiony. – O co się zakładacie, gołąbeczki? – zaśmiał się. – Tak cały czas ze sobą tam gruchacie… - zachichotał.
- Jedno pytanko – zaczął blondyn. – Zakochałeś się w Karmie? – palnął prosto z mostu, na co wytrzeszczyłem na niego oczy. Nigdy bym nie pomyślał, że zapyta o to tak otwarcie, w dodatku, kiedy wokalista AvelCain siedział dokładnie obok różowowłosego.
- Co? – zakłopotał się. – Eee… - zająknął się.
- Widzisz, nie zaprzeczył – wokalista Morrigan zwrócił się do mnie z triumfalnym błyskiem w oku. Trzepnąłem go w ramię.
- Idioto! – syknąłem mu na ucho. – Dlaczego zapytałeś o to tak bezceremonialnie?! Jak miał zaprzeczyć albo potwierdzić, kiedy Karma siedzi obok? – zrugałem go spojrzeniem. Kątem oka spojrzałem na dwóch chłopaków, którzy siedzieli nieopodal. Oni również pogrążyli się w przyciszonej rozmowie, dyskutując o czymś, o czym my mieliśmy nie usłyszeć.
- No to może zmienimy temat na wasz zakład, co? – wokalista Lycaon zaśmiał się nerwowo, dość niezręcznie próbując skupić uwagę wszystkich obecnych na czymś innym niż jego domniemanym uczuciu, które żywił do bruneta. – Więc co robi przegrany? I kto wygrał?
- Ja wygrałem – odparł blondyn.
- Co?! – prychnąłem. – Nasz zakład się nie zakończył, przecież nie uzyskaliśmy jasnej odpowiedzi i…
- Dla mnie to była jasna odpowiedź – Aryu uśmiechnął się; co prawda uśmiech miał cudny, ale teraz miałem ogromną ochotę zetrzeć mu go z twarzy.
- Ha, ha, a więc Aryu wygrał, tak? – Yuuki był tak zdenerwowany i zawstydzony, że naprawdę niewiele interesowało go w tej chwili. – Więc w jaki interesujący sposób przypieczętujemy porażkę Alexa?
Posłałem mu urażone spojrzenie z jasnym przesłaniem: „I ty Brutusie?!”, ale na chłopaku nie zrobiło to większego wrażenia. Grunt, że udało mu się odciągnąć od siebie uwagę. Wszyscy zaczęli rzucać „wspaniałymi” pomysłami, jak mnie upokorzyć i zdawało się, że w jednej chwili zagadkowa sprawa domniemanych uczuć różowowłosego przestała wszystkich interesować.
Ja naprawdę nie wiem, jak to się stało…
Z płaczliwym wyrazem twarzy przyglądałem się własnemu odbiciu w lustrze, krytycznie lustrując kucyki sterczące po obu stronach mojej głowy oraz skąpemu, dziewczęcemu ubranku, które przypominało nieco mundurek szkolny. Strój został pożyczony od Yuukiego, który, jak się okazało, miał takich podobnych dość sporo ze względu na to, że lubował się w cosplay’owaniu postaci damskich. Jako że byliśmy niemal identycznej postury i wzrostu, nie było problemu w tym, abym wcisnął się w te, jak dla mnie, mocno przykrótkie fatałaszki.
Na białej koszuli oraz beżowym sweterku w serek bez rękawów malowało się niewielkie wybrzuszenie na mojej klatce piersiowej, gdyż jak się okazało, wokalista Lycaon miał w domu nawet takie dziwne akcesoria, które służyły do imitowania kobiecego biustu, aby cosplay’owicz płci męskiej nie musiał kupować biustonoszy i wypychać ich skarpetkami. Króciutka, popielata spódniczka wydawała mi się być znacznie za krótka, przez co co chwila ją poprawiałem, gdyż miałem wrażenie, że widać mi bieliznę (którą oczywiście również Yuuki kazał mi zmienić na damską). Czarne zakolanówki w jakiś dziwny i niezrozumiały sposób nagle wydały mi się być wulgarnym elementem tego stroju – bo choć moja siostra też nieraz je nosiła i nigdy nie robiło to na mnie wrażenia, o tyle teraz właśnie ta część ubioru zdawała się krzyczeć: „Dotknij tej odsłoniętej części uda!”. Horror…
Aby dopełnić mojego upokorzenia, wszyscy robili mi zdjęcia. Wciąż słyszałem nad głową, jaki to jestem „kawaii” i gdyby nie wiedzieli, że jestem facetem, zaczęliby zapewne do mnie zarywać… co wcale mi się nie podobało, oczywiście.
- No już, zbierajcie się – poganiał nas różowowłosy. – Zaraz macie metro.
- Ja tak nie wyjdę! – zaprotestowałem.
Ale nikogo to nie obchodziło…
Niemal siłą wcisnęli mi wysokie czarne szpilki na nogi i wypchnęli z mieszkania w objęciach Aryu. O dobra Kannon, czułem się jak skończony idiota…
Walczyłem, póki nie wypchnęli mnie także za drzwi bloku, w którym mieszkał muzyk. W końcu nie chciałem robić scen na ulicy, gdyż to mogłoby dziwnie wyglądać. Wreszcie poddałem się i postanowiłem znieść moją karę, mimo iż nie zasłużyłem na nią i zapewne będę ją wspominał do końca moich dni… i będą to, rzecz jasna, tragiczne wspomnienia.
Yuuki i Karma poszli razem z nami na stację metra, aby przypilnować, bym odebrał pełne poniżenie. Szli mniej więcej pięć kroków za nami, nie spuszczając z nas oka.
Blondyn był ode mnie wyższy nawet, kiedy byłem w butach na obcasach. Obejmował mnie jedną ręką w pasie, choć jego dłoń co chwila zjeżdżała nieco poniżej, przez co macał mnie po tyłku. Miałem ochotę warknąć mu prosto w twarz, że nie musi być znowu taki nadgorliwy, jeśli chodzi o wykonywanie tego zadania, ale byłem tak zażenowany, że nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Ludzie oglądali się za nami. Starsze kobiety kręciły głową z dezaprobatą, a młodzi mężczyźni gwizdali na mój widok. Niemniej żaden nawet się do mnie nie zbliżył czy nie odważył się rzucić jakiegoś sprośnego tekstu, gdyż zaraz był miażdżony grobowym spojrzeniem wokalisty Morrigan.
Zeszliśmy na stację metra, aby następnie wsiąść do wagonu. Miałem nadzieję, że nie znajdziemy żadnego wolnego miejsca siedzącego, co niwelowałoby chociaż w minimalnym stopniu plan „złych”, jednak okazało się, że nie miałem szczęścia. Aryu zajął miejsce siedzące, a ja usiadłem mu na kolanach. Z początku uparcie siedziałem bokiem do niego, jednak w końcu chłopak niemal zmusił mnie, abym usiadł na nim okrakiem. Blondyn przesuwał dłońmi po moich w połowie odsłoniętych udach, wsuwał ręce pod materiał koszuli i wodził dotykiem po dolnych partiach moich pleców i brzuchu. Z czasem jego ruchy nabierały coraz bardziej erotycznego wyrazu. Czułem jego palce niemal na samym kroczu. Przez cały czas rumieniłem się obficie – czułem jak palą mnie policzki. Pasażerowie oglądali się za nami, ale nikt nic nie powiedział, nikt nie zwrócił nam uwagi. Między innymi czułem na sobie bezwyrazowe spojrzenie Karmy oraz rozbawione, roziskrzone spojrzenie Yuukiego.
Zabiję…
Zapłacą mi za to…
Aryu również zdawał się dobrze bawić. Po jego ustach błąkał się uśmieszek. Co jakiś czas mruczał mi do ucha, jaką mam gładką skórę, zgrabne ciało… Drżałem, kiedy jego ciepły oddech owiewał moje ucho, gdyż był to mój słaby punkt, o czym, jak mi się zdawało, blondyn szybko się zorientował. Co jakiś czas całował mnie za uchem lub w skroń, przesuwał językiem po krawędzi ucha, przy czym ledwo powstrzymywałem się od wzdychania. Przy jednej z końcowych już stacji zaczął całować mnie po dekolcie, ze szczególną uwagą pieszcząc moje obojczyki i szyję.
- Aryu… - jęknąłem w końcu. – Proszę cię… - chłopak zbliżał się do zagłębienia między moimi sztucznymi piersiami. – Przesadzasz…
Odniosłem dziwne wrażenie, że cała złość różowowłosego za zadanie tego nieszczęsnego pytania i wprowadzenie go w takie zakłopotanie skupiła się na mnie, mimo iż to przecież nie ja je wypowiedziałem. Wokalista Morrigan pozostał bezkarny; mało tego, wyglądało na to, że on również miał ze mnie niezły ubaw tak jak i inni.
- Chodź – blondyn zaśmiał się i wyciągnął mnie z metra. Nim drzwi ponownie się zamknęły, odwróciłem się, spoglądając na dwóch pozostałych w wagonie wokalistów, którzy pomachali nam na odchodne i dali powieść się dalej. Mój towarzysz zaczął kierować się w stronę wyjścia ze stacji.
- Dlaczego tu wysiedliśmy? – zapytałem, stojąc na ruchomych schodach, niemal wciśnięty w bok chłopaka, aby inni ludzie, którzy się spieszyli, mogli swobodnie przejść obok nas. – Nie wracamy do mieszkania Yuukiego? – zdziwiłem się.
- Po co? – muzyk pokręcił głową. – Dajmy im trochę czasu sam na sam. Niech ta parka w końcu się zejdzie – uśmiechnął się półgębkiem. Widząc moją nietęgą minę, postanowił kontynuować. – Yuuki od dłuższego czasu podkochuje się w Karmie, ale ten… no, znasz Karmę… jest nieco specyficzny, jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie – odparł wymijająco.
- Tak, rozumiem, co masz na myśli – pokiwałem głową ze zrozumieniem, analizując zażyłości powstałe między brunetem a różowowłosym, na moment nawet zapominając o doskwierającym mi wstydzie i ciągłym poprawianiu spódniczki. – To gdzie idziemy?
- Do mnie – splótł palce naszych dłoni. – Będziemy kontynuować to, co zaczęliśmy – zaśmiał się.
- Spadaj – trzepnąłem go w ramię niczym naburmuszona nastolatka. – Chciałbyś - prychnąłem.
- A co, jeśli to prawda? – spojrzał na mnie z figlarnym błyskiem w oku.
Nie odpowiedziałem. Spuściłem głowę, wpatrując się w lśniące czubki wysokich butów, które były cholernie niewygodne. Czułem, że zarumieniłem się jeszcze bardziej, na co chłopak zaśmiał się raz jeszcze, po czym pogłaskał mnie po głowie w czułym geście.
Wyszliśmy na powierzchnię. Aryu wciąż obejmował mnie ciasno i prowadził przez kolejne uliczki w dzielnicy, której nie znałem. W zasadzie to już przestałem mu się opierać; nawet zacząłem mu dziękować w myślach za to, że mnie przytrzymuje, gdyż nie byłem raczej przyzwyczajony do spacerów w szpilkach. Buty były niewygodne, przez co, jak sam się domyślałem, chodziłem jak kaczka. Bolały mnie stopy, a każdy kolejny krok stawał się mordęgą; stawał się coraz bardziej rozchwiany. Zgadywałem, że gdyby wokalista Morrigan nie obejmował mnie, już dawno wyłożyłbym się jak długi. Może i znałem się co nieco na makijażu i sam go wykonywałem, a nawet malowałem moją starszą siostrę, kiedy jeszcze mieszkaliśmy z rodzicami, miałem długie włosy, byłem nieco zniewieściały i potrafiłem wcisnąć się w damskie ciuszki, ale, do cholery, obcasów to ja raczej nie nosiłem! O ile Yuuki przyzwyczajony był do biegania w kilkunasto (o ile nie kilkudziesięciu) centymetrowych platformach i obcasach po scenie i planie do teledysków, o tyle ja nie miałem takiej wprawy – i w każdym razie nie uważałem, aby nabycie jej było jakimś priorytetem, więc z chęcią spasowałbym, gdybym tylko mógł. Ale nie mogłem. W końcu nie miałem żadnych innych butów na zmianę, a chodzenie na boso nie było zbyt dobrym pomysłem. Już pal licho to, że mógłbym pokaleczyć sobie stopy, ale fakt, że mógłbym podrzeć zakolanówki wokalisty Lycaon bardziej do mnie przemawiał – jeszcze gotów byłby się za to na mnie mścić w kolejny tak wyszukany sposób poniżenia mnie…
- Zaczekaj – muzyk zastopował mnie.
Spojrzałem na niego zaciekawiony, czekając aż coś zrobi lub powie, jednak w żadnym razie nie spodziewałem się tego, na co się porwał. Nim zdążyłem zaprotestować, chłopak wziął mnie na ręce, niosąc niczym pannę młodą. Odruchowo zaplotłem mu ręce na szyi, instynktownie chroniąc się przed upadkiem.
- C-co ty robisz?! – krzyknąłem. – Puść mnie!
- Pewien jesteś? – zaśmiał się. Podrzucił mnie, symulując upadek, jednak nim zdążyłem poznać się bliżej z płytami chodnikowymi, ponownie mnie złapał. – Puścić cię? – dopytywał.
- Nie w ten sposób! – pisnąłem.
- Oj, daj spokój – prychnął. – Przecież widzę, że już ledwo idziesz – przewrócił oczyma. – Nogi masz jak z waty i chwiejesz się na boki, jakbyś był już nieźle wstawiony – skwitował.
Nie mogłem zaprzeczyć. Czułem się naprawdę nieswojo i nie na miejscu w jego objęciach, ale musiałem przyznać, że miał rację. Zaczynałem dreptać coraz mniejszymi kroczkami, przez co, gdyby muzyk chciał dostosować się do mojego coraz wolniejszego tempa, nie doszlibyśmy do jego mieszkania do jutra. Odruchowo próbowałem uciec przed jego gorącym dotykiem, który wciąż czułem na skórze, po tym jak naznaczył mnie w nim w tak jednoznacznym wymiarze w metrze, ale nie potrzebowałem robić z siebie idioty… to znaczy jeszcze większego idioty niż tego, na którego i tak już wyszedłem.
- Dzięki… - burknąłem pod nosem, na co blondyn pokręcił głową z politowaniem i uśmiechnął się samymi kącikami ust.
W końcu doszliśmy do jednego z bloków. W zasadzie nie znajdował się on daleko od stacji, ale w tych butach nawet niewielka odległość wydawała mi się być porównywalna z długością trasy maratonu. Aryu wniósł mnie do środka, a następnie stanęliśmy pod windą, czekając aż ta przyjedzie. W tym czasie blondyn uważnie mnie lustrował, wręcz obłapiając mnie spojrzeniem, co peszyło mnie, jednak nie odezwałem się ani słowem.
- Które piętro? – zapytałem, kiedy weszliśmy do windy.
- Piąte – odparł.
Orientując się, że wciąż trzymając mnie na rękach, nie dosięgałby panelu sterowania windy, sam wcisnąłem odpowiedni guzik obcasem buta. Wokalista Mirrigan widząc to, zaśmiał się.
- Widzę, że te buty jednak nie są takie złe – stwierdził rozbawiony.
- Ale i tak z radością się ich pozbędę – stwierdziłem.
Stanęliśmy pod drzwiami jednego z mieszkań. Muzyk oświadczył, że klucze ma w kieszeni spodni. Co prawda wolałbym, żeby mnie postawił i sam je otworzył, ale i tym razem nie zaprotestowałem. Dziwnie się czułem, przeszukując go, ale cóż… sam tak chciał… chyba…
- Nie ma – zaprotestowałem, wyciągając dłonie z jego kieszeni.
- W tylnej.
Cholera! Nie mógł powiedzieć wcześniej! Argh! Co za intrygant – wciąż się mną bawił!
Wyciągnąłem owe klucze, głupio, naprawdę głupio się czując, gdyż przy tym niemal musiałem go obmacywać. Wsunąłem odpowiedni klucz, który mi wskazał, do zamka i razem weszliśmy do środka.
Chłopak od razu skierował się do jednego z pomieszczeń; jak się okazało, była to sypialnia. Posadził mnie na brzegu łóżka i, niczym księżniczce, zdjął mi buty. Tym razem gest ten nie miał żadnego erotycznego wyrazu, ale i tak ponownie się zarumieniłem.
- Jesteś uroczy, wiesz? – spojrzał mi w oczy, chichocząc. – Taki kawaii – uszczypnął mnie w policzek, nadal śmiejąc się pod nosem.
W odpowiedzi spojrzałem na niego urażony. Że ja – kawaii? Wypraszam sobie! Czy ja przypominam jakiegoś kota narysowanego w prostym programie graficznym, którego faktura przypomina watę cukrową, a nad moją głową rozciąga się tęcza? Nie; nie, do cholery!
- Nawet jak się boczysz, jesteś uroczy – sięgnął moich włosów i wyplątał z nich gumki, rozpuszczając moje jasne pasma. Nie powiem, odczułem wielką ulgę, kiedy te dwa kitki zniknęły z czubka mojej głowy. – Jesteś już zmęczony? – zapytał, spoglądając na niewielki zegarek stojący na szafce nocnej. – Jest już dość późno – oświadczył. Aby upewnić się, że ma rację, również spojrzałem na tarczę zegarową. Wskazówki wszem i wobec ogłaszały, że było już grubo po drugiej w nocy. Kiedy ten czas tak szybko zleciał?
Dopiero kiedy opuściło mnie uczucie ciągłego zażenowania, poczułem, iż w rzeczywistości byłem już zmęczony. Tutaj, w mieszkaniu blondyna, nikt oprócz niego nie mógł mnie zobaczyć, więc mogłem się w końcu nieco odprężyć. Ponad to po jego ostatnich ruchach wnioskowałem, że nie będzie mnie zmuszał do zostania w tym stroju dłużej niż to potrzebne.
- Mogę zostać u ciebie na noc? – zapytałem, czując, że mam tak obolałe stopy, iż nie doszedłbym z powrotem do stacji metra i nie doczłapałbym do własnego mieszkania, nawet gdyby wokalista pożyczył mi teraz normalne ubrania i buty.
- Jasne – skinął głową.
Dziwnie się czułem w takiej pozycji. Aryu klęczał przede mną na podłodze, opierając ręce na moich kolanach, kiedy ja wciąż w tym skąpym stroju siedziałem na łóżku. Blondyn jakby odczytał to z mojej twarzy, zmieniając nasze ułożenie. Wyprostował się na klęczkach i przysunął do mnie. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, ponownie wsunął ręce pod koszulę, dotykając moich pleców, a brodę oparł na wysokości mojego lewego obojczyka. Zaglądał mi przez ramię, aby móc zobaczyć w pełni swoje własne poczynania. Wydałem z siebie zdziwione westchnienie.
- Spokojnie – zaśmiał się, ponownie się ode mnie odsuwając. Zorientowałem się, że rozpiął zapięcie tego dziwnego żelowo-gumowego akcesoria, który imitował kobiecy biust. Zarumieniłem się, myśląc, że znów zaczął się ze mną droczyć.
Chłopak podniósł się z podłogi i podszedł do szafy, która mieściła się naprzeciw łóżka. Po wewnętrznej stronie jej drzwi znajdywało się lustro, w którym mogłem przejrzeć się kątem oka i dostrzec… czerwony punkt tuż poniżej lewego obojczyka. Muzyk zauważając, iż zorientowałem się, co mi zrobił, uśmiechnął się pod nosem.
- Proszę – wręczył mi czyste ubranie. – Możesz czuć się u mnie jak we własnym domu i korzystać ze wszystkiego, co będzie ci potrzebne – uśmiechnął się.
Nieco zmieszany skinąłem głową i powędrowałem do łazienki, którą wskazał mi właściciel mieszkania. W ekspresowym tempie wziąłem zimny prysznic, który nieco mnie otrzeźwił i zniwelował chwilowo ból stóp. Następnie przebrałem się w ubrania muzyka. Noszenie cudzej bielizny zawsze było dla mnie czymś niekomfortowym, ale musiałem przyznać, że bokserki były o niebo wygodniejsze niż koronkowe figi. Stanąłem przed lustrem, odgarniając długie włosy, które opadły mi na twarz. Przyjrzałem się uważnie własnemu odbiciu, dłużej zawieszając wzrok na malince. Przesunąłem po niej dwoma palcami, robiąc przy tym zmieszaną minę.
Zastanawiało mnie zachowanie Aryu. Niezaprzeczalnie był przyjazny i pomocny, ale jednocześnie było w nim coś perwersyjnego i niepokojącego, co wymuszało na mnie wciąż pełne skupienie i analizę jego poczynań. Jego zachowanie momentami było dla mnie bardzo krępujące… Ciekawe, jakie były jego prawdziwe intencje względem mnie i czego ode mnie chciał… Nie podobało mi się zbytnio to, z jakim entuzjazmem dotykał mojego ciała, zbliżał się do mnie, lustrował uważnie… A co jeśli to ktoś pokroju Creny? Chociaż nie… Blondyn i brunet różnili się od siebie mocno, mimo iż niezaprzeczalnie w ich postępowaniu można było doszukać się jakiś naciąganych podobieństw. Po pierwsze Ketsueki był po prostu bezpośredni, bezczelny i napalony, podczas gdy wokalista Morrigan był miłym i pomocnym chłopakiem o perlistym śmiechu i cudownym uśmiechu, na który mógłbym spoglądać godzinami wpatrzony niczym w obrazek, jednak od czasu do czasu pozwalał sobie na jakieś mniej przyzwoite zachowanie, po czym znów wracał do tej swojej poprzedniej „postaci” zwykłego przyjaciela – i tak na przemian. Nie był tak jawny, że tak to określę, ze swoją perwersyjną naturą jak wokalista Bird as Omen; ten muzyk jakby próbował się stopować… chociaż nie. W zasadzie to bardziej wyglądało na to, jakby nie chciał tak od razu dać się poznać do końca, przybierając dwie twarze na raz i zwodząc mnie. Która z nich była tą prawdziwą? A może żadna z nich? Może ta prawdziwa wyglądała zupełnie inaczej niż to, co do tej pory zaprezentował mi chłopak?
Naciągnąłem na siebie za duży czarny t-shirt i wyszedłem z łazienki. Spojrzałem na Aryu, który właśnie kończył ścielić łóżko.
- Jeśli zamierzasz także robić problem z tego, że tę noc spędzimy razem w łóżku, to proszę daruj sobie; nie lubię takich scenek rodem z podrzędnych fanficków – zaśmiał się. – Na usprawiedliwienie dodam, że nie mam jako tako salonu, a co za tym idzie żadej sofy, więc do dyspozycji zostaje nam tylko łóżko… no ewentualnie podłoga; ale wątpię, żeby któryś z nas chciał na niej sprać, prawda? – rozłożył ręce.
Znów jedynie skinąłem głową. Nie zamierzałem robić żadnych scen. W zasadzie byłem tak bardzo pochłonięty własnymi myślami i kontemplowaniem jego osoby, że nie mogłem skupić się na czymś innym.
Wokalista Morrigan minął mnie i sam zajął łazienkę. Mimo iż wciąż nie znalazłem odpowiedzi na dręczące mnie pytania, pchany ciekawością, „zapuściłem się” w głąb jego mieszkania. Sypialnia, łazienka, przedpokój, kuchnia, balkon… faktycznie nie ma salonu. Zamiast niego mieścił się tu jeszcze jeden pokój, który z powodzeniem mógłbym nazwać biblioteczką, o ile nie biblioteką. Pod ścianami w większości stały regały, gdzieniegdzie wisiały tylko półki, a z rzadka zdarzał się też wolny kawałek ściany czy też taki, na którym zawisły zdjęcia. Wszystkie te owe regały i półki zawalone były książkami. Jedne zostały upchnięte bardzo ciasno, inne były luźno porozrzucane po całej długości półki. Na niektórych z nich wisiała karteczka określająca gatunek literatury, która znajdowała się w tym miejscu. Na środku pomieszczenia, na ciemnobrązowym parkiecie stał obity czerwoną skórą szezlong, wokół którego stało kilka pustych kubków po kawie i herbacie oraz para okularów.
Byłem pod wrażeniem liczebności zbioru chłopaka. Właściwie to stałem z otwartymi ustami, wpatrując się z nabożną czcią w kolejne zdobione grzbiety książek.
- Ach, tu jesteś – muzyk wyjrzał zza rogu drzwi, ponownie posyłając mi ciepły uśmiech.
- Mogę tu zamieszkać? – palnąłem, opadając na mebel umieszczony pośrodku pokoju.
- Aż tak ci się tu spodobało? – zaśmiał się. – W takim razie zgaduję, że lubisz czytać – przysiadł się do mnie.
- Jak widzę, ty też – posłałem mu słaby uśmiech.
- Zgadza się – przytaknął – choć skłamałbym, gdybym powiedział, że te wszystkie książki należą do mnie. Wielu moich znajomych przeprowadzało się nawet kilkakrotnie, więc żeby obniżyć koszty przeprowadzki pozbywali się niepotrzebnych rzeczy; w tym książek. W końcu w pewnym kręgu ludzi utarło się, że zacząłem wręcz skupować wszelkie książki, których ktoś chciał się pozbyć… i w zasadzie tak było. Przyjmowałem wszystko, co mi proponowano – wzruszył ramionami. – Ponad to przechowuję też pewne własności osób, które nie mają miejsca w swoich ciasnych mieszkankach, aby je tam trzymać – dodał. – Z czasem, można powiedzieć, że zacząłem udostępniać mój zbiór – zaśmiał się pod nosem. – Mam parę znajomych, którzy odwiedzają mnie stale, pożyczając kolejne książki – uśmiechnął się półgębkiem. – W ten sposób właśnie poznałem Karmę i Genshō.
- Znasz Ryūdōina? – zdziwiłem się.
- Jasne – skinął głową. – Nawet chodziłem z nim do szkoły średniej – uściślił.
Och… To naprawdę dziwne, że udało mu się wytrwać tyle lat w towarzystwie tego chłopaka i wciąż przejawiał chęć utrzymywania z nim kontaktów. Właściwie to w tej chwili niemal zacząłem go podziwiać i szanować – może miał na to jakiś swój tajemniczy sposób? Postanowiłem pobyć w jego towarzystwie nieco dłużej, aby się o tym przekonać… a nawet jeśli nie umiał w jakiś magiczny sposób poskromić mojego współpracownika, to może przynajmniej ze względu na długoletnią znajomość znał jego jakieś sekrety, które mogłoby okazać się przydatnym hakiem w podbramkowych sytuacjach.
- Zmęczony? – objął mnie ramieniem, a mnie głowa jakby samoistnie opadła na jego bark.

- Mhm… - mruknąłem niewyraźnie pod nosem, przymykając na moment powieki, przez co nawet nie zdążyłem zaoponować, kiedy blondyn nachylił się nade mną i pocałował mnie.

Oneshoot "Nakarm raczka!" Hizumi x Zero (D'espairs'Ray)

Słowem wstępu:
Jak już wiecie (lub też nie) strona yaoi.pl nie działa (jeżeli działa na innym serwerze bądź została gdziekolwiek indziej przeniesiona/została zmieniona jej nazwa i link, proszę poinformujcie mnie o tym), została zamknięta, a wraz z nią ogrom cudownych (jak i tych troszeczkę mniej cudownych) prac pisanych w tematyce yaoi – o j-rocku, anime, książkach, filmach, grach, w pełni autorskie… jednym słowem wszystkim. Znajdywały się tam shoty, całe serie i prace plastyczne. Przyznam szczerze, że znajdywały się tam również twory, które mnie chwyciły za serce, toteż bardzo ubolewam z tego powodu. Administratorzy tej strony odeszli już dawno, niczym stare, zapomniane bóstwa, pozostawiając dopuszczone do publikacji twory samym sobie, a co więcej (co wydaje mi się być totalnym… nie wiem, skandalem? Aż słów mi brakuje, żeby to opisać!) blokując publikację nowych dzieł, które czekały w nieskończoność na pozwolenie, którego w gruncie rzeczy nigdy się nie doczekały. Jest to o tyle bolesne, iż nie wszyscy zaraz musimy zakładać blogi, jeśli chcemy coś napisać – na owym portalu było mnóstwo osób, które porwały się na jeden, czasem dwa teksty i to im wystarczało, nie chcieli bawić się w pisanie bloga. Z tej racji, że od bardzo długiego czasu (nie wiem czy już nawet nie liczonego w latach) niemożliwym było nic tam napisać, zrażało to nowe osoby, którym raz na bardzo długi okres zdarzało się dostać weny. Co więcej oczywiście były tam także opowiadania osób, które pisały dużo regularnie, nad którymi również ubolewam, gdyż w ten sposób przepadł ich cały dorobek ;_;
Dobra, ale do rzeczy: chodzi mi o to, że była tam pewna seria o D’espairsRay z moim ukochanym paringiem Hizumi x Zero, która również przepadła. Lubiłam do niej bardzo często wracać, aż któregoś pięknego wieczora zorientowałam się, że jest to niemożliwe, gdyż storna już nie działa – w tym właśnie momencie wieczór przestał być piękny. Była to seria, choć tak naprawdę ja mogłabym napisać to w formie shota, na co się porwę – stąd ta przedmowa. Owa seria składała się z kilku bardzo krótkich części, dlatego ja nie będę się ograniczać (jak zwykle, słowotok) i zbiorę wszystko razem do kupy (tak, źle to brzmi…).
Obecnie nie pamiętam oryginalnego tytułu, ale główny zarys oraz najważniejsze wydarzenia pamiętam, toteż postaram się go odtworzyć w zmodyfikowanej troszeczkę przeze mnie wersji (tak, tak, wiem, co bardziej pamiętliwi mogą mi teraz wytknąć serię „Le Ciel”, którą też chciałam w ten sam sposób kontynuować, gdyż została porzucona na właśnie tym portalu, ale… ciii… W końcu z tego zrobię tylko shota!)
No i jeszcze jedno: jeśli ktoś zamierza zarzucać mi infantylność czy wręcz szablonowość historii, to poroszę niech… niech nie wyraża swojego zdania? Oryginalna historia taka właśnie była – banalna, niewyszukana, niemożliwa w żadnym aspekcie, ale właśnie to było w niej najzabawniejsze. Tekst ten ma być po prostu lekki, przyjemny i niewymagający myślenia, więc jeśli ktoś szuka jakiś głębszych tworów… to nie tutaj, przepraszam.
Nie przedłużając dłużej, zobaczmy, co z tego wyszło…:

Tytuł: „Nakarm raczka!”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Gatunek: komedia (?), bezsensowiec
Typ: oneshoot
Beta: -

- Nie, nie, nie! Nie zniosę tego dłużej! – wykrzyknął zdesperowany fotograf. – Jesteście najgorszym zespołem, z jakim kiedykolwiek przyszło mi pracować! – spojrzał wymownie na Hizumiego i Zero, którzy mierzyli się nienawistnymi spojrzeniami.
- Mocne słowa – Karyu niczym duch pojawił się tuż za mężczyzną, który zdawał się posiwieć jeszcze bardziej przez te kilka godzin – szczególnie jak na kogoś, kto zarabia na chleb (ryż xD od aut.), robiąc zdjęcia owemu najgorszemu zespołowi – rzucił grobowym tonem, uśmiechając się przy tym maniakalnie. – No, ale skoro tak się sprawy mają… - westchnął ciężko, spuszczając z tonu i nagle pedantycznie przyglądając się swoim paznokciom. – To może powinniśmy znaleźć jakiegoś innego fotografa, który umiałby z nami współpracować? – wyszczerzył się niebezpiecznie.
Yoshitaka doskonale wiedział, co robi. Zdawał sobie sprawę, że praca z D’espairsRay nie należała do łatwych, ale w końcu płaca za tę robotę nie należała także do słabych. Oprócz ładnej sumki, współpracujący z nimi fotograf, mógł liczyć na rozgłos w swojej branży, gdyż jego zespół nie należał do pierwszych lepszych. Byli sławni; cholernie sławni, co Matsumurze cholernie się podobało, choć czasem zastanawiał się, jakim w ogóle CHOLERNYM cudem udało im się dojść na wyżyny sławy z wciąż niezmienionym składem, bez kalek i ofiar śmiertelnych. Zastanawiające też było to, że on sam jeszcze nie wylądował na oddziale zamkniętym po dziesięciu latach użerania się z tą dwójką – bo wokalista i basista darzyli się głęboką i jawną nienawiścią, odkąd tylko zobaczyli się po raz pierwszy.
- N-nie… Myślę, że… że nie będzie takiej potrzeby – wydukał siwiejący mężczyzna, gnąc się w przepraszającym ukłonie. Rudzielec spoglądał na całe to przedstawienie ukontentowany.
Tsukasa odetchnął z ulgą, zupełnie tak, jakby tylko czekał na takowy obrót wydarzeń. Bez krępacji wyciągnął papierosa i zapalił go, mimo iż wciąż przecież przebywali na planie, gdzie teoretycznie obowiązywał zakaz palenia. Zaraz potem rozpiął niewygodne spodnie wchodzące w skład scenicznego stroju. Zrzucił je z siebie i w samych bokserkach zaczął grzebać w swojej torbie w poszukiwaniu własnej dolnej części garderoby.
Widząc, że dziś i tak nic więcej nie uda im się zrobić, Karyu również ruszył po swoje rzeczy. Fotograf, korzystając z barku zainteresowania, którym mógł się teraz nacieszyć, szybko wymknął się z sali, pozostawiając zespół samemu sobie.
Tylko Hiroshi i Michi wciąż nie ruszyli się ze swoich miejsc. Nie dość, że zdjęcia przeciągały się w nieskończoność, to w dodatku tym razem została zaplanowana ich wspólna sesja. W efekcie poskutkowało to dwoma bójkami, dokładaniem ciemnego cienia w okolicach oka dla Shimizu, wokół którego malowała się teraz piękna śliwa oraz zmianą ubrania Yoshidy, który początkowy paradował jedynie w skórzanej, czarnej kurtce, ale w trakcie została ona zamieniona na obcisły, lateksowy t-shirt, gdyż szatynowi udało się oznaczyć tors bruneta trzema krwawymi szramami.
Pierwszy odpuścił tym razem Hizu. Prychnął pogardliwie, kręcąc przy tym z pobłażaniem głową, na której nie ruszyło się ani jedno sztywne od nadmiaru lakieru pasmo włosów. Wyminął rywala szerokim łukiem i sięgnął po butelkę wody, która spoczywała zagrzebana wśród (oczywiście) nie jego rzeczy.
- No, to na razie chłopcy! – rzucił dziwnie wesoło rudzielec, stojąc już w progu drzwi. W jednej ręce trzymał klucze od pomieszczenia, a za jego plecami stał skrzywiony Tsu.
- Co? Chwila! – krzyknął basista, jednak nim zdążył wykonać chociażby krok, drzwi zamknęły się z trzaskiem, a następnie rozniósł się ten charakterystyczny, złowieszczy odgłos klucza przekręcanego w zamku i szczęk zapadek. – Cholera! Czy wyście zdurnieli?! – zirytował się. – To jakiś durny żart, tak? Karyu, otwieraj te drzwi! – zdesperowany chłopak dopadł w końcu owych drzwi i zaczął okładać je pięściami.
- Spokojnie – ku zaskoczeniu obu uwięzionych muzyków tym razem odezwał się Kenji. – Spędzicie tu razem upojną noc, a jutro rano po was przyjdziemy – oświadczył ze stoickim spokojem.
- Co?! – tym razem to Hizumi podniósł głos. – Tsu, ty skretyniały idioto! Otwieraj te drzwi w tej chwili i nie wydurniaj się!
- Nie – padła lakoniczna odpowiedź.
- Nogi z dupy powyrywam… - syknął rozsierdzony do granic możliwości Michi.
- Mam lepszy pomysł – Yoshida dołączył do swojego towarzysza, rozpaczliwie szarpiąc za klamkę, która nie chciała ustąpić, mimo iż naciskał na nią, wkładając w to całą swoją siłę. – Wykastrujemy ich. Obu. Strunami do gitary – zgrzytnął zębami tak, że basistę aż przeszły dreszcze wzdłuż kręgosłupa. W takim tempie Hiroshi mógł pozbawić się kilku plomb…
- Wyjątkowo muszę przyznać, że to całkiem kusząca propozycja, choć nie przeszło mi to łatwo przez gardło – prychnął Zero.
- Widzicie? Już zaczynacie się dogadywać! – odezwał się Yoshitaka.
- Nieważne – skwitował kwaśno Oota. – Przyjdziemy po was jutro. Potraktujcie to jako terapię wstrząsową. Albo zaczniecie ze sobą współpracować, albo będziecie tam zamknięci siedzieć tak długo aż zgnijecie; mnie to w zasadzie obojętne – zakończył oschle, po czym słychać już było tylko oddalające się kroki i cichy brzdęk kluczy.
- Jak my zaczniemy współpracować, to wy zginiecie śmiercią tragiczną! – wydarł się Shimizu, jednak nie dostał już odpowiedzi na tę pogróżkę. – Cudownie, po prostu cudownie… - mruknął pod nosem, odchodząc od drzwi.
W tym momencie basista również miał w poważaniu zakaz palenia. Usiadł na niewielkiej sofie, która się tutaj mieściła i zapalił. Oddychał ciężko i równomiernie, próbując się uspokoić. Przymknął powieki, aby postać znielubionego członka zespołu go nie irytowała. W tym samym czasie Yoshida kombinował przy zamku. Niestety, żaden z kluczy, które posiadał wokalista, nie pasował. Zaczął grzebać wśród pozostawionych rzeczy na parapecie i stole w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć za prowizoryczny wytrych. Robił przy tym niemało hałasu, gdyż strącał wszystkie nieprzydatne rzeczy na podłogę, jednak nie przejmował się. Kiedy z twardą posadzką poznał się bliżej także porcelanowy kubek, Michi zaklął pod nosem. Odgłos tłuczonej porcelany wyrwał go ze stanu bliskiego medytacji, w który się wprowadził, żeby zdusić w sobie mordercze instynkty, nie zabić bruneta, a następnie nie odciąć mu głowy, nie wypchać jej i nie postraszyć nią jutro rano pozostałych członków zespołu. Naprawdę starał się pozbyć tych myśli. Naprawdę…
- Zero – niestety Hizu był bardzo irytujący i sam wręcz prosił się o to, aby zrobić mu krzywdę. – Zero – nawoływanie się powtórzyło. – Zero! – głos starał się coraz bardziej natarczywy. – Michi, do cholery! Czy mógłbyś choć raz mnie nie ignorować?! – zdenerwował się wokalista.
- Cholera, ignoruję cię dla twojego własnego dobra! Chcesz zginąć?! – wrzasnął znów wściekły muzyk. – Właśnie próbuję powstrzymać się przed przeprowadzeniem rytualnego morderstwa, więc weź się odwal, co?!
- To daj kartę – padła o dziwo spokojna i zwięzła odpowiedź.
- Jaką kartę? – zdziwił się chłopak.
- Kredytową, płatniczą, lojalnościową… Jaką chcesz – wzruszył ramionami Yoshida.
- Co? – szatyn ściągnął brwi w niezrozumieniu. – Po co ci to? Chcesz mnie jeszcze okraść? – żachnął.
- Zabawne, ha-ha – przewrócił oczyma Hiroshi. – Nie gadaj głupot, tylko dawaj – wyciągnął rękę w oczekującym geście.
- Po co ci to? – Shimizu powtórzył pytanie. – Zresztą, nie masz własnych kart?
- A i owszem, mam – przytaknął wokalista. – W portfelu – uściślił.
- To weź swoje i nie żebrz – fuknął.
- Jasne, zrobiłbym to, gdyby nie ten mały, dość istotny fakt, że portfel miałem w torbie – skrzywił się brunet. – Myślisz, że zniżyłbym się do tego stopnia, aby prosić cię o coś, gdybym tylko miał jakiekolwiek inne wyjście?
- Nie rozumiem… - przyznał w końcu basista.
- To się rozejrzyj – warknął starszy. – Gdy ty udawałeś Buddę, ja zorientowałem się, że Karyu i Tsukasa zabrali nasze rzeczy! – na te słowa Zero poderwał się ze swojego siedzenia i sam zaczął szukać swojej torby, weryfikując przy tym prawdomówność kolegi z zespołu.
- Kurwa… - zaklął.
- Teraz to się kurw zachciało, co? – prychnął Hiroshi. – Mamy aktualnie gorsze zmartwienia od twoich niezaspokojonych potrzeb seksualnych, wiesz? – spojrzał krzywo na swojego rozmówcę.
- A to kanalie! – szatyn uderzył pięścią w stół. – Musieli to wszystko wcześniej zaplanować! – wrzasnął.
- Brawo, Sherlocku – Hizu zaklaskał w aplauzie dla spostrzegawczości muzyka. – Ich plan był tak skomplikowany, że zapewne potrzebował wielu miesięcy przygotowań i treningów – uśmiechnął się cynicznie. – To dasz w końcu tą kartę czy nie? – zniecierpliwił się.
Michi zagryzł dolną wargę, żeby nie odgryźć się towarzyszowi. Bez słowa wyjął jedyną kartę, którą przy sobie miał, gdyż jeszcze niedawno za jej pomocą dokonywał zakupów w kafejce na dole, i podał ją wokaliście. Hizumi podszedł do drzwi i znów zaczął majstrować coś przy zamku. Basista przyglądał się temu wszystkiemu z daleka dla bezpieczeństwa, gdyby w razie niepowodzenia Yoshida wpadł nagle w atak szału.
Wtem dało słyszeć się ten charakterystyczny dźwięk pęknięcia, który zawisł w powietrzu niczym smog nad miastem. W tej samej chwili cała krew z twarzy bruneta odpłynęła.
- Zero… - jęknął niepewnie.
- Nic nie mów – syknął Shimizu. – Nic nie mów… - wciągnął powietrze z sykiem przez zęby. – Cholera, czy ty musisz zawsze wszystko zepsuć?! – ryknął.
- No… Przepraszam… To nie było umyślnie – Yoshida wyjął ze szczeliny pomiędzy drzwiami a framugą dwa skrawki plastiku, które niegdyś sprawowały funkcję karty płatniczej drugiego muzyka.
- Zatłukę! – Zero w akcie desperacji chwycił za stołek, na którym przecież nie tak dawno siedział i już chciał się rzucić z nim na wokalistę, ale w ostatniej chwili udało mu się opanować.
Nie, zwłoki w jego obecnym położeniu będą tylko dodatkowym problemem. Bo jak tu się z tego wytłumaczyć? Perkusista i gitarzysta zamknęli ich w studiu razem na noc, a rano żywy wyszedł tylko jeden. Wersja o podrzuceniu martwego ciała odpadała. Może włamanie? Uzbrojony napastnik? Albo lepiej, psycho-fanka! Wystarczyłoby tylko zbić okno i trochę się ucharakteryzować, żeby wyglądało na to, że jemu też się coś stało… Sam był zdziwiony, jaki sensowny plan udało mu się wymyślić na poczekaniu. To wszystko naprawdę trzymało się kupy i miało jakiś sens… Może warto było to przetestować w rzeczywistości?
Nim jednak zdążył się dobrze zamachnąć swoją prowizoryczną bronią, zorientował się, że jego ofiary nie ma. Rozejrzał się w poszukiwaniu muzyka, który właśnie stał w otwartym oknie. W Zero coś drgnęło. Czyżby Hizu wiedział, co go czeka? Czyżby wyczytał to wszystko z niezdrowego grymasu, który malował się na twarzy basisty?
- Ani waż się skoczyć! – wrzasnął szatyn. – To ja chcę cię zabić! Nie odbierzesz mi tej przyjemności! – chłopak ruszył zdecydowanym krokiem do wokalisty, chcąc mu uniemożliwić ewentualny skok. W końcu bądź co bądź znajdywali się na szóstym piętrze… Ku zdziwieniu szatyna, kiedy tylko się zbliżył do wokalisty, ten wychylił się za okno, zupełnie tak jakby w rzeczywistości szykował się do skoku. – Ej, już dobra, dobra, spasuj! Nie wydurniaj się i wracaj do środka! – zawołał, nagle zdjęty jakimś złym przeczuciem.
- No co ty, przecież nie zamierzam popełnić samobójstwa – prychnął brunet. – Chociaż jakbym tak skoczył na nogi, to może udałoby mi się przeżyć… - mruknął pod nosem, mocniej uczepiając się ramy okna.
- Kretyn… - skwitował młodszy.
- Ty… - zaczął dość nieskładnie Yoshida. – Masz coś, czym można byłoby rzucić?
- W ciebie? Jasne, że mam! – Shimizu w jednej chwili pozbył się obuwia z jednej nogi i cisnął nim w swojego towarzysza. Ten, na całe nieszczęście, zdążył się jednak uchylić przed pociskiem, przez co but wylądował za oknem. – Cholera! Miałeś się nie ruszać!
- Odbiło ci do reszty?! – syknął wściekle Hiroshi. – Rzucasz we mnie butami? Z tobą to już naprawdę może być tylko gorzej… - przewrócił oczyma, sapiąc przy tym ciężko.
- Przecież sam chciałeś!
- Idioto, czy słyszałeś, żebym powiedział: „rzuć we mnie butem”?! – starszy znów zgrzytnął zębami tak, że drugiego chłopaka aż przeszły dreszcze.
- No… nie do końca… - Michi zafrasował się, intensywnie szukając riposty, aby nie wyjść na skończonego idiotę. – Jednakowoż po pewnych filtracjach wypowiedzianych przez ciebie słów, można byłoby uznać, że miały podobne, ukryte znaczenie. Takie drugie dno… - próbował dobierać „mądre” słowa, aby jego rozmówcy wydawało się, że naprawdę wie, o czym mówi i ma to jakiś sens.
- O dobry Buddo… zamknęli mnie tu z gorylem o poziomie inteligencji wzrastającej pietruszki… - jęknął żałośnie. Zero cmoknął niezadowolony. Jego plan okazał się być niewypałem.
- Nieważne… - mruknął kwaśno. – To, o co ci w ogóle chodziło z tym rzucaniem? – basista próbował zmienić temat, odwracając uwagę chłopaka od swojej porażki.
- No… Można byłoby czymś rzucać z okna, nie? – wypalił „wspaniałomyślnie” Hizumi. – W końcu ktoś zwróciłby na nas uwagę i by nas wypuścił! – w odpowiedzi został potraktowany pogardliwym spojrzeniem muzyka. – A co? Źle mówię? – prychnął śmiertelnie obrażony za to, że ten oto niewdzięcznik w postaci jego towarzysza śmiał krytykować jego wspaniałe pomysły, sam przy tym nic nie robiąc.
- I to niby ja tu jestem gorylem z poziomem inteligencji wzrastającej pietruszki, tak? – pokręcił z politowaniem głową. – W takim razie ty jesteś jednokomórkową formą życia, która nie posiada mózgu – odgryzł się, uśmiechając przy tym pięknie. – Prędzej ktoś pomyślałby, że dwóch wariatów dopadło się do okna i wywieźliby nas stąd w białych kaftanach bezpieczeństwa!... albo przynajmniej straż miejska wystawiłaby nam mandaty za śmiecenie… - zauważył burkliwie.
- W białym kaftanie czy nie, grunt, żeby się stąd wydostać – wzruszył ramionami starszy.
- Och, pewnie, jasne! Tylko ja jakoś nie mam ochoty odstawiać razem z tobą tej całej błazenady – fuknął. – Co więcej, czym chcesz rzucać, co? Stołem? Wieszakiem? Kanapą? Przecież Karyu i Tsu zabrali nasze rzeczy! – prychnął Zero. – Ja już zostałem w jednym bucie, drugiego nie zamierzam poświęcić!
- No to co ci zrobię? – rozłożył bezradnie ręce brunet. – Jakżeś imbecyl, to żeś wyrzucił własnego buta – Hizu uśmiechnął się krzywo.
Tej zniewagi Michi nie mógł puścić płazem. W akcie desperacji sięgnął po drugiego buta, który w krótkiej chwili również stał się pociskiem. Niestety w ostatnim czasie Yoshida wykazywał się nienaganną zwinnością, a więc i tym razem uniknął ciosu, przez co na trawniku przed studiem leżały już dwa buty - a Shimizu pomimo odgrażania się, został na boso. Jednak.
Nastała cisza. Basista tym razem obraził się nie na żarty, głównie z tego powodu, że teraz marzły mu stopy na zimnych kafelkach. Przeklinając, na czym świat stoi, sięgnął po kolejnego papierosa, zajmując całą sofę dla siebie. Zgarnął ze stolika jakiś szmatławiec, przelotnie i bez zainteresowania przyglądając się fotografiom. Yoshida w tym czasie wciąż siedział na swoim miejscu na parapecie, jednak po dłuższym czasie zdecydował się zamknąć okno, gdyż zrobiło się chłodno i zanosiło się na deszcz.
- Musisz tyle palić? – warknął w końcu Hiroshi.
- A co? To też ci przeszkadza, księżniczko? – ironizował szatyn.
- No cóż, wyobraź sobie, że ja jakoś nie mam ochoty psuć sobie przez ciebie i te twoje fajki zdrowia – fuknął.
- Zawsze możesz wyjść – sarknął młodszy.
- Oj, doprawdy, jakiś ty jesteś zabawny – skrzywił się wokalista. – Ale teraz tak serio pytam… czemu ty aż tyle palisz? – zainteresował się.
- Trzeba mieć jakieś przyjemności w życiu, nie? – basista uśmiechnął się półgębkiem.
- Używki to nie wszystko. Są przecież ważniejsze rzeczy.
- Tak? Na przykład jakie? – chłopak podniósł nonszalancko jedną brew.
- No… - Hizumi zająknął się. – Uczucia… na przykład…
- Daj spokój – machnął lekceważąco ręką. – Fajki są tańsze – zaśmiał się niewesoło. Yoshida zamilkł na chwilę, jakby porażony tą odpowiedzią.
- Tak mówisz… a… a co w takim razie z tobą i Karyu? – wydusił z siebie w końcu.
- Co? – zdziwił się. – Nie wiem, co z nami – wzruszył ramionami, jakby było mu to obojętne. – Yoshitaka… to trudny gość… - wydukał z trudem. Brunet przytaknął mu głębokim mruknięciem.
- Kochasz go? – wypytywał dalej.
- A ty co? Wywiad jakiś uskuteczniasz czy jak? – fuknął, znów ściągając gniewnie brwi. – A może sam chcesz do niego startować? – spojrzał z wyższością na swojego rozmówcę.
- Jeszcze czego – prychnął wokalista. – Masz zegarek? – zapytał po chwili.
- Mam, ale ci nie dam – odparł szybko. Widząc zdziwienie malujące się na twarzy chłopaka, dodał. – Bo go jeszcze wyrzucisz…
- Nie wyrzucę. Powiedz mi tylko, która godzina – poprosił. – Mój telefon został w torbie… tej wyniesionej przez te dwie hieny – syknął wściekle.
- Podobnie jak i mój – odparł niewzruszony basista, rzucając okiem na swój przegub, na którym znajdywał się owy zegarek. – Dochodzi dziewiętnasta – poinformował „współwięźnia”. Hiroshi zaklął pod nosem, wymierzając cios pięścią parapetowi. – Co jest?
- Już za późno! – jęknął rozżalony chłopak. – O siedemnastej przychodzi sprzątaczka, która mogłaby nam otworzyć drzwi, ale teraz jest już za późno! – westchnął cierpiętniczo.
- Cholera… Może oni to serio zaplanowali? – mruknął Zero, ciężko uwalając się na kanapie. – Ej, jaki dziś dzień?
- Piątek, bo c…? - nagle urwał Yoshida. – No nie! Nie mów mi, że utknęliśmy tu na cały weekend! Zabiję tych pacanów! – zaczął wygrażać.
W tym samym czasie burza rozszalała się za oknem na dobre. Wielkie krople w szybkim, jakby marszowym tempie uderzały o szybę. Rwące potoki płynęły ulicami i chodnikami, a temu wszystkiemu z góry przyglądał się Hizu. Wtem nagle światło zaczęło mrugać, żeby po chwili zgasnąć zupełnie, pozostawiając dwóch mężczyzn pogrążonych w całkowitej ciemności.
- Serio? Teraz nawet światło wysiadło? – jęknął Michi. – Powiedz, że to się nie dzieje naprawdę!... – niestety starszy uparcie milczał. Milczał, jednak przejawił swą aktywność życiową w inny, bardziej uciążliwy dla szatyna sposób. Wstał i przesiadł się na kanapę, zrzucając przy tym nogi basisty z miękkiego posłania. – Co ty robisz? – warknął Shimizu. – Już, wracaj mi tam do siebie! – muzyk machnął ręką, jakby odganiał się od wyjątkowo natrętnej muchy.
- Ale tam jest zimno…
- A co mnie to obchodzi? – prychnął młodszy.
- Wal się – syknął w odpowiedzi wokalista, kuląc się w sobie i próbując nieco rozgrzać. – Głodny jestem…
- Och, jasne! – Zero klasnął w dłonie. – A cóżby jaśnie pan sobie życzył na kolację? Jambalaya z owocami morza czy farfalle ze szparagami i wędzonym łososiem? – ironizował. W odpowiedzi usłyszał jedynie ciężkie sapnięcie. – Ja też jestem głodny… - przyznał w końcu Michi.
Hizumi mocniej wcisnął się w oparcie sofy, podczas gdy teraz to basista „wyruszył na żer”. Jego zadanie było utrudnione z tej racji, że nie widział, dokąd idzie, przez co wielokrotnie potykał się o rozstawione statywy, nogi softbox’ów, krzesła, stoły… W tym momencie on również zaczął głęboko wierzyć w tezę, że najmniejszy palec u nogi został stworzony tylko przez złośliwość ewolucji po to, aby człowiek mógł się w niego uderzyć i cierpieć. Co gorsza nie posiadał także obuwia, które mogłoby zamortyzować uderzenie, przez co odczuwał ból ze zdwojoną siłą.
Yoshida już przysypiał, kiedy z przyjemnych objęć snu wyrwał go triumfalny krzyk  jego towarzysza, a następnie ciężar, który wylądował na jego kolanach.
- Patrz, co znalazłem!
- Gdybyś chciał wiedzieć, to gówno widzę w tej ciemności, więc… - Shimizu, zapobiegając słowotoku „współwięźnia” wcisnął mu do ręki swoje znalezisko. Ten przesuwał palcami po chłodnym metalu, rozpoznając kształt. – To piersiówka! – wykrzyknął zdumiony.
- A co jeszcze lepsze, pełna piersiówka! – Zero wyszczerzył się od ucha do ucha.
Obaj zaczęli pokrzepiać się znalezionym trunkiem, przekazując sobie wzajemnie piersiówkę. Jako, że obaj pili na, tak zwany, „pusty żołądek”, nie potrzeba było im wiele, aby zamiast ludzką mową zacząć porozumiewać się przeciąganymi monosylabami. Co więcej obaj w krótkim czasie zaczęli studiować nocną mapę gwiazd, pomimo iż sufit uniemożliwiał im zobaczenie nieboskłonu, które i tak zaciągnięte było ciężkimi chmurami. Brunet nie lubował się w podobnych napojach wysokoprocentowych, toteż jeszcze szybciej niż Zero doprowadził się do stanu sztucznej nieważkości czy, jak kto woli, stanu upodlenia absolutnego.
- Gdzieś… gdzieś ty to w ogóle znalazł? – mruknął Hiroshi, opierając się twarzą o ramię towarzysza.
- W kamizelce tego fotografa – odparł dumny z siebie szatyn.
- To niezłe ziółko z tego całego fotografa… - wybełkotał niewyraźnie. – Ej, ej! Oddawaj! Teraz moja kolej! – zbulwersował się, kiedy tylko dostrzegł, że basista korzystając ze stanu, w jakim znajdował się drugi muzyk, pozwalał sobie wypić nieco więcej niż starszy.
Niestety, piersiówka nie miała zbyt dużej pojemności, a więc źródełko szybko wyschło. Nieużyteczny już, pusty pojemnik wylądował gdzieś z brzdękiem na podłodze. Niekoniecznie świadom swoich czynów Hizumi zaczął pchać się na Shimizu, co z punktu widzenia tego drugiego wyglądało tak, jakby chciał go powalić i położyć się na nim, może nawet przytulić.
- Co ty wyprawiasz?! – zbulwersował się młodszy.
- Posuń się… - mruknął Yoshida. – Zagarnąłeś całą sofę dla siebie… - wcisnął się pomiędzy oparcie kanapy a plecy muzyka, kładąc się wygodnie. Zepchnął przy tym nieco drugiego chłopaka ze swojego siedzenia. Michi poczuł, jak ręce bruneta obejmują go w pasie.
- Ty sobie nie pozwalaj na… - urwał, słysząc dość chrapliwy, równomierny oddech „współwięźnia”.
Szatyn zorientował się, że Hizu zasnął. Jego oczy były już przyzwyczajone do ciemności, toteż blade, sztuczne światło latarni ulicznych, które wpadało do sali przez okno, wystarczyło mu, aby przyjrzeć mu się uważnie. Basista bronił się przed tym, jak mógł, jednak musiał przyznać, że Hiroshi ze zmierzwionymi włosami, lekko zaróżowionymi policzkami od alkoholu i delikatnie rozchylonymi, zwilżonymi ustami wyglądał naprawdę uroczo. Stwierdził kwaśno, że Matsumura nigdy nie wyglądał słodko. Ten facet przerażał, ale miał też w sobie coś magnetycznego, podczas gdy wokalista… Yoshida był zupełnie inny. Zaczął się zastanawiać, skąd wzięła się ta ich głęboka nienawiść.
Właściwie… właściwie to nie było żadnego konkretnego powodu, dla którego mogliby skakać sobie do gardeł, a przecież robili to przy każdym spotkaniu – a tych z kolei było dużo z tej racji, iż grali w jednym zespole.
Właściwie… właściwie to przecież nic nie miał do tego chłopaka. Hizumi był uzdolnionym muzykiem, świetnym tekściarzem, a ponad to odznaczał się nieprzeciętną pomysłowością, toteż dlatego został również dyrektorem kreatywnym ich zespołu.
Właściwie… właściwie to niemal mógł powiedzieć, że go podziwia… Co więcej, brunet był… no cóż, całkiem niebrzydki, a i charakter miał ciekawy, czego często dawał świadectwo basiście. Potrafił być nie tylko cyniczny czy ironiczny, ale także po prostu zabawny, był opiekuńczy i miły, ale nie pozwalał po sobie deptać. Miał silną osobowość i klarowne cele, do których uparcie dążył. Shimizu z czystym sumieniem mógł stwierdzić, że jego obecny towarzysz był siłą napędową D’espairsRay.
Właściwie… właściwie to całkiem niezły był z niego facet…
Jakby instynktownie, w zaprzeczeniu logice i rozumowi, Zero przesunął opuszkami palców po gładkim policzku wokalisty jedną ręką, podczas gdy drugą gładził jego splecione palce na własnym podbrzuszu. Był niemal rozczulony.
Niemal.
Nagle jakby otrząsnął się z letargu. Z naganą dla samego siebie potrząsnął głową, odrzucając od siebie wszelkie wcześniejsze myśli i zrzucając za nie winę na alkohol, który w siebie wlał. W końcu nie od dziś wiadomo, że po pijaku ludzie bredzą… prawda?
Wyplątał się z objęć starszego mężczyzny i znów obijając się o wszelkie przeszkody (w tym wypadku również przez alkohol), przy czym narobił niemało hałasu, dotarł ponownie do wieszaka, na którym spoczywała niepozorna skarbnica dóbr wszelakich w postaci kamizelki fotografa. Przeszukał jej wszystkie kieszenie, mając nadzieję na znalezienie jeszcze jednej piersiówki lub czegoś podobnego, jednak tym razem zawiódł się. Jedyne, co tym razem udało mu się „upolować”, była paczka jakiś dziwnych papierosów o podejrzanym zapachu i wyglądzie.
- Pewnie jakieś ruskie… - mruknął do siebie, oglądając w słabym świetle opakowanie, z którego nie umiał rozszyfrować nawet nazwy napisanej w innym alfabecie. – Przynajmniej będzie na potem – dodał, przypominając sobie, że w jego paczce ostała się już tylko jedna używka. – Taki z tego pożytek…
Znalezisko, jak się okazało, zrodziło kolejne znalezisko, gdyż w paczce oprócz podejrzanych używek znajdywała się jeszcze zapalniczka – notabene z nadrukiem w gołe panienki. Było to wielkim szczęściem dla basisty, który niestety zapodział gdzieś w ciemnościach swoją zippo, wypuszczając ją z drżących dłoni. Usatysfakcjonowany tym zapalił swojego ostatniego papierosa, stwierdzając, że znaleźne zostawi na potem, kiedy będzie już wystarczająco zdesperowany, aby po nie sięgnąć.
- Daj macha… - jęknął Hizu, który obudzony hałasem, zdążył już wywindować się do pozycji siedzącej.
- Przecież ty nie palisz – rzucił Michi, kierując się na parapet.
Nagle niczym olśnienie przypomniała mu się prośba Yoshidy o to, aby przy nim nie palić – to właśnie dlatego skierował się do okna, które następnie otworzył na oścież. Wpatrywał się w ścianę deszczu, która przysłaniała nocną panoramę miasta, rozmazując ją; szczególnie w oczach Shimizu, którego ostrość widzenia nagle spadła… nieco, delikatnie rzecz ujmując. Wpatrując się tak w strugi wody, zastanawiał się, co go podkusiło do tego, aby jednak usłuchać wokalisty. Co go skłoniło, aby tym razem pójść mu na rękę? Przecież to nielogiczne!
Nielogicznym okazało się być także zachowanie Hiroshiego, który najpierw narzekał na to, że szatyn go truje dymem tytoniowym, a następnie sam przysiadł się do niego, kiedy ten oddawał się swojej małej przyjemności życiowej. Brunet zadrżał z zimna, kiedy lodowaty podmuch wiatru smagnął jego odsłoniętą skórę na ramionach. Młodszy spojrzał z jakimś dziwnym rozczuleniem na ten obraz, za co chwilę później sam sobie sprzedał niezłą naganę.
„Co się ze mną dzieje?!” – wrzasnął na siebie w myślach, nie mogąc pojąć własnego zachowania.
- Daj macha… - jęknął ponownie starszy.
- Nie – odparł twardo basista.
- No daj… Nie bądź taki… - chłopak był nieustępliwy.
- Nie. Wystarczy ci już na dziś to, że się upiłeś… mimo iż ponoć również nie pijesz – zauważył z cierpkim uśmiechem na ustach.
- A weź się odwal, co? – prychnął Hizumi. – Spędzam całe dnie i noce w towarzystwie, które nie szczędzi sobie alkoholu ani tym bardziej papierosów, więc trudno ostać się jedyną osobą, która nie pije i nie pali, wiesz?! – zirytował się. – Zresztą bierne palenie szkodzi bardziej niż czynne! A wy, cała wasza przeklęta trójka, zaserwowała mi już takiego raczka, że… - zadrżał kolejny raz z zimna. – Uch, nie pitol tylko dawaj tego papierosa! Sam wyhodowałeś u mnie tego raczka, więc teraz go karm!
- Yoshi…
- Nakarm raczka! – wokalista nie dał dojść do słowa swojemu „współwięźniowi”. – Raczek głodny! Nakarm raczka! – powtórzył nieustępliwym tonem.
- Cholera, chyba już ci nic gorzej na mózg paść nie może, więc…?
Wciąż słabo przekonany podał starszemu używkę, który zaciągnął się i… zaczął się krztusić! Łzy napłynęły mu do oczu, a gardło zaczął rozrywać ból, jakby ktoś kłuł je milionem maleńkich igiełek. Trudno było mu zaczerpnąć powietrza, jednak na całe szczęście ten problem szybko rozwiązał się sam. W tym czasie Zero również zaszkliły się oczy – jemu jednak ze śmiechu, gdyż naśmiewał się z muzyka bezlitośnie, aż zleciał z parapetu. Niemniej nawet to nie przerwało jego maniakalnej salwy śmiechu.
- Ty sieroto!… - wydyszał, wskazując bruneta palcem.
Yoshida założył ręce na piersi i nogę na nogę, będąc śmiertelnie obrażonym. Jego honor ucierpiał… ale to nic. Obiecał sobie, że przyjdzie jeszcze czas, w którym Michi mu za to zapłaci. Podwójnie. Potrójnie. Albo nawet popiątnie. Nieważne. W każdym razie jeszcze tego pożałuje…
- Nawet nie umiesz się zaciągnąć!  - młodszy nie mógł się uspokoić.
Hizumi naburmuszył się. W jednej chwili zawinął się na swoim poprzednim miejscu przy oknie, które uprzednio zamknął z trzaskiem. Tym razem chłód mu jednak nie doskwierał. Rozgrzewał go gniew, który w nim buzował, ale także zawstydzenie, które w szczególności rozgrzewało jego policzki – do tego stopnia, aż te stały się czerwone. W tym momencie brunet cieszył się, że światło zgasło, gdyż inaczej Zero z pewnością nie dałby mu również spokoju z powodu rumieńców, które wykwitły na jego twarzy.
Wokalista zamilkł. Nie odzywał się, nawet kiedy szatyn go nawoływał, próbował sprowokować do jakiejś ciętej, chamskiej riposty – za każdym razem odpowiadała mu głucha cisza, każda jego próba kończyła się fiaskiem. Właściwie zawzięte milczenie jego towarzysza było jeszcze gorsze od jego docinek; basista zdał sobie z tego sprawę po jakiś dwudziestu minutach, kiedy i on już kipiał złością, podczas gdy Hiroshi popadł w absolutną apatię lub przynajmniej został mistrzem medytowania… tak przynajmniej zdawało się Shimizu, który nie mógł dostrzec jego twarzy kryjącej się w ciemności. Ignorowanie ze strony muzyka bolało Michiego jeszcze bardziej niż obrażanie, gdyż żeby kogoś obrazić, najpierw trzeba zwrócić na niego uwagę, zdenerwować się, wybrać odpowiednie poniżające słowa i skierować je do danej osoby – słowem, zauważyć go. Ignorowanie natomiast było próbą wymazania faktycznego faktu egzystencji drugiej osoby z własnej rzeczywistości. Co więcej zdawało się, że Hizu naprawdę wkładał całą swoją silną wolę, aby tego dokonać. Irytowało i drażniło to szatyna niezmiernie, jednak postanowił odpowiedzieć ogniem na ogień, a więc także zaczął ignorować swojego „współwięźnia”, ewakuując się na „swoją” sofę.
Skoro zdecydował się udawać, że Yoshida nie istnieje choćby na te kilkadziesiąt minut, młodszy nie miał się teraz do kogo odezwać, z kogo pożartować. Szybko zaczęła doskwierać mu nuda. Rozłożył się na kanapie i wpatrywał w ciemny sufit. Wypalił do końca swojego ostatniego papierosa. Z braku laku i lepszego zajęcia chwycił za podejrzaną paczkę znalezioną w kamizelce fotografa. Odpalił używkę i zaciągnął się… dym miał inny zapach oraz smak niż ten ze zwykłych tytoniowych papierosów. Z początku Zero chciał odrzucić od siebie to świństwo, będąc pełnym politowania dla gustu fotografa, ale po kilku kolejnych machach zaczął się rozluźniać. Złość szybko ustępowała miejsca błogiemu poczuciu odprężenia i spokoju. Nagle świat jakby się rozjaśnił, a noc przestała być czarno-szara; nastąpiła eksplozja kolorów, która znacznie poprawiła mu humor.
- Hiroshi… Hiro-chan… - zaintonował śpiewnie szatyn wychylając się zza oparcia sofy po wypaleniu kolejnych kilku papierosów. Zaczął wymachiwać paczką w stronę bruneta.
- Czego? – warknął wokalista.
- Chodź no tu do mnie… - szatyn śmiał się sam do siebie jak głupi.
- Niby po co? – starszy wciąż pozostawał podejrzliwy. Ta nagła zmiana nastroju u drugiego muzyka była nazbyt podejrzana, żeby można było ją od tak zbagatelizować. Z pewnością ten czart w ludzkiej skórze przyszykował dla niego coś okropnego i to z tego tak się cieszył.
- No chodź, chodź… Pokażę ci coś… Spodoba ci się… - uśmiechnął się niewyraźnie, po czym zsunął się po oparciu bezwładnie, gdyż nagle zabrakło mu sił, by się na nim utrzymać.
Yoshida zaniepokojony tym nagłym „zniknięciem” chłopaka ruszył się ze swojego miejsca, aby sprawdzić czy wszystko z nim w porządku. Niemniej wciąż był ostrożny, domyślając się, że to kolejny głupkowaty żart ze strony basisty.
Nagle coś łupnęło. Hizu aż podskoczył ze strachu.
Ostrożnie wychylił się zza kanapy, szykując się do szybkiego uniku w razie, gdyby szatyn zamierzał cisnąć w niego czymś ciężkim – gdyż na te tory myślenia nakierował go owy hałas – jednak jak się okazało muzyk niczego nie szykował. Sam zleciał z sofy, lądując przy tym z impetem na podłodze.
- Nic ci nie jest? – zapytał przezornie. W odpowiedzi Shimizu uniósł wyprostowaną rękę, w której ściskał paczkę (prawdopodobnie) ruskich papierosów. – Ha-ha, bardzo śmieszne – prychnął znów rozgniewany. – Wciąż zamierzasz się ze mnie nabijać? – warknął, odwracając się na pięcie. A on głupi myślał, że temu baranowi naprawdę coś się stało…
- Czekaj… - wybełkotał Michi, łapiąc swojego towarzysza za kostkę. – Weź spróbuj… Tylko powoli… Nauczę cię, jak się zaciągać – obiecał.
Hiroshi wiedział, że Zero palił wcześniej, mimo iż go nie widział. Wyczuwał dym unoszący się w powietrzu, ale nie otworzył okna, gdyż tym samym skazałby się na katusze lodowatych podmuchów powietrza z zewnątrz. Wtedy byłby nie tylko wściekły, ale także zmarznięty – a to najgorsze połączenie dla bruneta. W takim wypadku mógłby nawet rozpętać się Armagedon – za jego sprawą, rzecz jasna. A bądź, co bądź lubił swoje życie takim, jakie było… no może z tym małym wyjątkiem takiego jednego wkurzającego basisty, ale to nie oznaczało, że zamierzał je jakoś drastycznie zmieniać; z tej właśnie racji nie zamierzał jeszcze przeistoczyć się w niosącą śmierć i zagładę siłę nieczystą i postanowił nie otwierać okna. Skazany więc był na wdychanie drażniącego, nieprzyjemnego dymu, jednak dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo zadymiony był ten kąt, w którym ulokował się Zero. Było tu wręcz duszno. W normalnej sytuacji Yoshida wydarłby się za takie zachowanie na swojego „współwięźnia”, ale tym razem postanowił się pohamować. Zresztą… jemu też się nudziło. Nie miał nic do roboty, więc może wykorzystałby ten czas na naukę tej trudnej sztuki palenia? Cóż, kiedyś w życiu wszystkiego trzeba spróbować, nie?
Usiadł więc bez sprzeciwów koło Shimizu na podłodze i obserwował jak ten wkłada najpierw używkę do ust, a następnie odpala ją i zaciąga się. Jej końcówka zapłonęła pomarańczowo-czerwonym blaskiem tlącego się (prawdopodobnie) tytoniu. Po tych zabiegach podał fajkę brunetowi.
- Spróbuj wziąć głęboki wdech – zaczął go instruować. – Powoli, tak, żeby się nie zakrztusić. Postaraj się na moment wstrzymać oddech, a potem wypuścić dym – wokalista zauważył, że szatyn jakoś dziwnie kołysze się na przemian to w przód i w tył, to na boki w jakimś tylko jemu znanym rytmie i mówi coraz mniej wyraźnie. Jego półprzymknięte oczy były przesnute delikatną mgiełką… albo może to tylko w pomieszczeniu znajdywało się już tak wiele dymu, iż Hiroshi odniósł takie wrażenie?
Starszy spróbował raz, drugi i trzeci… z każdą kolejną próbą dochodził do coraz lepszej wprawy. Owych prób było tak wiele, iż nim się obejrzał, znajdował się w podobnym stanie co jego towarzysz. Obaj śmieli się w głos z mało znaczących rzeczy. Ich ciała stały się nagle niesamowicie ciężkie, podczas gdy głowy zdawały się być przyjemnie puste i lekkie. Obydwu ogarnęła błoga euforia.
- Ej, Hizu… - mruknął po pewnym czasie młodszy.
- No?
- A coś ty się tak dzisiaj do mnie kleił, co? – wyseplenił z trudem. – To się przesiąść nie chciałeś, to na mnie właziłeś i się przytulałeś, to jęczałeś, żeby ci papierosa dać… a zawsze to tak uciekasz ode mnie – zauważył.
- Bo mnie wkurzasz, melepeto jeden! – Hizumi wykonał nieskoordynowany ruch ręką. – A zresztą… czy to nie oczywiste?
- Co jest takie oczywiste, bo nie nadążam za twoim tokiem myślenia – wyznał szczerze szatyn.
- No to – wyjął chłopakowi z ust używkę i sam się zaciągnął. – Przecież to taki… pośredni pocałunek, nie? – uśmiechnął się głupkowato.
- Pocałunek? – zdziwił się Michi. – To ty chcesz się ze mną całować? – uniósł wysoko brwi w wyrazie głębokiego zdumienia.
Chłopcy siedzieli blisko siebie, toteż nie była potrzebna już odpowiedź. Yoshida jedynie wpatrywał się w Shimizu, podczas gdy to właśnie ten wykonał pierwszy ruch. Wyciągnął dłoń i przesunął opuszkami palców po szyi bruneta, którą ten eksponował, odchylając głowę do tyłu na siedzenie kanapy. Od tego się zaczęło. Starszy muzyk przyciągnął za przód koszulki do siebie drugiego, łącząc ich usta w pocałunku. Nieprzygotowany na taki obrót wydarzeń Zero, którego poziom koordynacji ruchowej w obecnym stanie znajdywał się na poziomie ujemnym, przewalił wokalistę, tak, że teraz obaj wylądowali na podłodze. Brunet zaplótł ręce na karku chłopaka, podczas gdy ten z trudem utrzymywał się na rękach nad nim. Wkrótce jednak poddał się i przygniótł całym ciężarem ciała swojego partnera, odbierając mu tym samym oddech. Całowali się niespiesznie i namiętnie. Szatyn przesunął językiem po wargach wokalisty, który chętnie rozchylił je w zapraszającym geście. Ich języki splotły się na pograniczu ich ust. Ręka młodszego powędrowała w dół, znajdując się nagle na udzie drugiego chłopaka, które zaczął gładzić, przesuwając przy tym dłoń znacznie za wysoko, przez co od czasu do czasu muskał opuszkami palców krocze partnera.
Basista zaczął obsypywać pocałunkami szyję bruneta, na co ten odpowiadał mu cichymi pomrukami aprobaty. Dłonie Hizumiego wsunęły się pod koszulkę chłopaka, przez co mógł poczuć rozgrzaną skórę na torsie szatyna oraz jego delikatnie zarysowane mięśnie na brzuchu. W końcu, z drobną pomocą Michiego, pozbył się uciążliwego ubrania, dzięki czemu mógł teraz nie tylko dotykać, ale także zobaczyć swojego partnera. Przesunął palcami po napiętym brzuchu i twardym podbrzuszu, zatrzymując się na linii spodni oraz uśmiechając się przy tym perwersyjnie.
Shimizu nachylił się nad nim, raz jeszcze całując go w usta, kiedy niespodziewanie Hizu odezwał się.
- A co z Karyu? – wydyszał między kolejnymi pocałunkami.
I nagle cały czar prysł.
Zero w odpowiedzi jedynie wydał z siebie zduszony jęk i opadł na tors starszego muzyka. Na moment ukrył twarz w zagłębieniu jego szyi, zaciągając się jego zapachem i tuląc go do siebie.
- Naprawdę umiesz zrąbać atmosferę, wiesz, Hiroshi? – mruknął, niechętnie podnosząc głowę z ramienia „współwięźnia”.
Yoshida bez słowa zepchnął z siebie szatyna i odetchnął głośno. Młodszy chłopak, mimo iż z nadwagą się nie borykał, to jednak swoje ważył. A co do sytuacji, do której między nimi doszło… wokalista z chęcią by to przemilczał, jednak drugi muzyk nie był na tyle uprzejmy, aby chcieć siedzieć cicho.
- Hiroshi… - zaczął znowu. – Ty… „lubisz” mnie, prawda? – zapytał otwarcie.
Był środek nocy, a Michi z pewnością wciąż był jeszcze pijany i ujarany tym (prawdopodobnie) ruskim świństwem, a mimo to w jakiś niezrozumiały sposób udało mu się zachować zdolność łączenia faktów – nawet tych najdrobniejszych elementów, które wyszły na światło dzienne tylko i wyłącznie przez to, że Yoshida stracił na chwilę fason i opuścił gardę. „Cholera, jak to było możliwe?!” – zachodził w głowę wokalista.
- Idę do kibla – odparł dyplomatycznie brunet. – Był tu gdzieś kiedyś jakiś, nie?
- Ano był… - przytaknął basista.
A więc Hizumi ruszył przed siebie w poszukiwaniu toalety. Potykał się o przedmioty, których nie był w stanie dostrzec w ciemności, o ściany, kiedy te niespodziewanie wyskakiwały mu przed twarzą. Zaniepokojony Shimizu wsłuchiwał się w te głuche odgłosy uderzeń, dochodząc do wniosku, że nazajutrz rano obaj zapewne będą mogli znaleźć na swoich ciałach całe kolekcje siniaków, które zostaną z nimi na dłużej, przypominając o tej nieszczęsnej nocy.
W końcu dało się usłyszeć ten charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi, co dowodziło, że brunet podołał zadaniu… prawdopodobnie – o ile pomieszczenie, do którego wszedł wokalista w istocie było łazienką.
Minęła długa chwila, podczas której dla odmiany nie było  słychać nic – Zero zaniepokoiła ta dziwna cisza, która wydała mu się być tak drastyczna w porównaniu z hałasem, jakiego źródłem był jeszcze tak niedawno jego krążący w poszukiwaniu toalety towarzysz. Nerwowo poprawił się na siedzeniu, przyszykowując się na najgorsze.
- Cholera! Michi, ratuj! – nagle rozległ się wrzask spanikowanego starszego muzyka.
- Już biegnę! – szatyn zerwał się na równe nogi w równie niespodziewanym przypływie empatii. – Kuźwa, gdzie ty jesteś?!
- W łazience!
- A gdzie jest łazienka?!
- Matko, to ma macki! – pisnął brunet.
Kierując się wrzaskami Yoshidy, basista w końcu odnalazł łazienkę. Wbiegł do pomieszczenia, wpadając wprost na chłopaka. Niewiele myśląc chwycił go w pasie i chciał wyprowadzić, jednak ku jego zdziwieniu poczuł, że coś próbuje odciągnąć Hiroshiego w drugą stronę – i bynajmniej nie był to on sam, gdyż brunet uczepił się Shimizu, próbując przeciwstawić się nieznanej sile.
- Co to, do cholery, jest?! – krzyknął szatyn.
- A ja wiem?! – odpowiedział mu drżący ze strachu głos. – Czymkolwiek to jest, jest w cholerę silne!
Połączonymi siłami udało im się jednak odzyskać Hizumiego. Obaj muzycy wylądowali na podłodze, kiedy uścisk na udzie bruneta nieco zelżał. Hizu upadł na swojego wybawcę, przygniatając go. Nie myśląc wiele, kiedy tylko wokalista był już wolny, obaj wycofali się z łazienki na czworaka i zatrzasnęli drzwi. Wtem dało słyszeć się żałosny jęk, jakby rannego zwierzęcia, który odbił się echem od ścian toalety.
- CO TO BYŁO?! – ryknął przestraszony nie na żarty Zero. – Czy ciebie nawet nie można puścić samego do kibla?!
- Nie wiem, co to było!... ale porwało mi portki… - zaszlochał wokalista.
Basista przytulił swojego „współwięźnia”, pozwalając mu wypłakać się na własnym ramieniu. Buty szatyna, które wylądowały za oknem, piersiówka fotografa oraz jego (prawdopodobnie) ruskie, dziwne papierosy, a teraz potwory z toalety, które porwały spodnie wokalisty i próbowały wciągnąć go do kanalizacji miejskiej… tego po prostu było za dużo jak na jedną noc.
Michi gładził bruneta uspakajająco po głowie, dopóki ten nie przestał trząść się ze strachu w jego ramionach. Zmęczeni przeżyciami, jakich mieli nieprzyjemność doświadczyć podczas zaledwie jednej nocy w studiu, zasnęli wtuleni w siebie.

***

Karyu przekręcił klucz w zamku i pchnął drzwi. Widok, jaki za nimi zastał, wprawił go w niemałe osłupienie. Już dawno nie widział takiego bałaganu – ta dwójka urządziła sobie tutaj niezły poligon. Widząc miejsce pobojowiska, gitarzysta zaczął rozglądać się za rannymi czy może nawet już dogorywającymi, toteż bardzo zdziwił go obraz wtulonych w siebie pod drzwiami toalety, śpiących niczym małe dzieci największych wrogów. Nie umknął mu fakt, że Shimizu był bosy, a Yoshida miał zniszczone spodnie – czyli jednak nie było znowu AŻ tak miło, jak mógłby sugerować ten słodki obrazek, z jakiego, jak się wydawało, została żywcem wyciągnięta ta dwójka muzyków.
Swoją drogą, kiedy wchodził razem z Tsukasą do studia, zwrócił uwagę na porzucone obuwie zalegające na trawniku… Tak mu się wydawało, że nie bez przyczyny wyglądało na znajome…
Rudzielec ruszył w głąb pomieszczenia. Im bliżej podchodził do basisty i wokalisty, tym więcej widział na ich ciałach sińców i zadrapań. Czy oni naprawdę wczoraj bili się tutaj? Doprawdy, jak małe dzieci…
- Ej – szturchnął przyjaciół. – Wstawać, kretyni – przywitał się „uprzejmie”.
Chłopcy powoli się rozbudzali, wracając do rzeczywistości. Pomocnym w tym okazał się być perkusista, który wręczył każdemu z nich papierowy kubek z wciąż gorącą kawą.
- Widzę, że obaj żyjecie, więc jakoś musieliście się dogadać, nie? – zaśmiał się Tsu już w znacznie lepszym humorze niż wczoraj.
- O, wy też tutaj? – do sali wszedł także fotograf. – Zapomniałem wczoraj kilku rzeczy – usprawiedliwił się, czując od razu na sobie pytające, świdrujące spojrzenie Yoshitaki. – A was, co tu sprowadza? – zainteresował się.
Ledwo zdążył skończyć zdanie, a do pomieszczenia wpadła także policja, która aresztowała go za posiadanie marihuany (którą ukrywał w paczkach po ruskich papierosach), a także nielegalnego alkoholu z przemytu oraz przetrzymywanie groźnych zwierząt w pomieszczeniach, które nie były do tego przystosowane. Zeznania złożone przez Hiroshiego i Shimizu miały zostać wykorzystane przeciwko mężczyźnie na rozprawie sądowej.
- A więc upiliście się, naćpaliście, zrobiliście demolkę, a potem walczyliście z potworami z kibla? – upewnił się Matsumura.
- Dokładnie – przytaknął Zero. Jedyną odpowiedzią, jaką dostał w zamian było pogardliwe prychnięcie i przewrócenie oczyma ze strony rudego.
- Nieważne, chodźmy do domu – zaproponował Oota. – W końcu jest weekend, nie? – rozłożył ręce. – Chociaż chwila… Hizumi, skąd masz te malinki na szyi? – zapytał, zatrzymując wokalistę, który właśnie próbował go wyminąć.
- Co? – zdziwił się brunet.
Karyu nie był tak zdziwiony jak Yoshida. On już dobrze wiedział, skąd te malinki się wzięły – z tegoż powodu posłał miażdżące spojrzenie Michiemu, który nic sobie z tego nie zrobił. Gitarzysta stał się zazdrosny; to było jasne. Było to także jednoznaczne z tym, że życie basisty przez ten fakt w najbliższym czasie stanie się o wiele trudniejsze, ale chłopak tym także nie przejął się za bardzo. Wzrok szatyna wciąż był utkwiony w postaci Hizu.
- Idziemy, Shimizu – warknął Yoshitaka i pociągnął muzyka w stronę wyjścia.
Kiedy basista mijał bruneta, musnął delikatnie jego dłoń, na moment splatając z nim palce. Już w progu drzwi odwrócił się do niego przodem i uśmiechnął pięknie, na co Hiroshi odpowiedział mu tym samym. Czuł, że serce znacznie przyspieszyło mu w piersi; poczuł jak przyjemne ciepło rozchodzi się po całym jego ciele wraz z coraz szybciej płynącą w jego żyłach krwią.
- Hej, Yoshi-kun? – zagadnął Kenji. – Co właściwie zaszło między wami tej nocy? – zapytał ciekawsko.
- Oj, długo by o tym opowiadać… - zaśmiał się wokalista.

Tsukasa nie drążył już dłużej tematu. Pokiwał ze zrozumieniem głową i poklepał przyjaciela po plecach, rozumiejąc, że wydarzenia ubiegłej nocy zostaną małą tajemnicą tej dwójki.

Ogłoszenia parafialne~!

Okej, robaczki! (znaczy… niby jest to zdrobnienie, ale… pozostawia taki trochę niesmak, jak się za dużo nad tym rozkminia, nie? =.=’’) Obiecałam ogłoszenia parafialne, toteż takowe właśnie będą:
Więc zaczynajmy!
Nie powiem, żeby te dwa miesiące zrobiły jakiś przełom w moim życiu. Powodem, dla którego w ostatnim czasie wszystko idzie mi jak krew z nosa, nie jest to, że „wypaliłam się zawodowo” a to, że mam zbyt dużo czasu wolnego. Owszem, ta „pauza” w pisaniu pozwoliła mi dojść do takiego wniosku, ale nie pomogła mi w jakiś magiczny sposób zregenerować sił… „pisarskich”? Serio, jak to głupio brzmi xD W każdym razie, tak, oto stoi (znaczy siedzi) przed wami osoba, która narzeka na nadmiar czasu wolnego. W zbyt dużej ilości jest on bardzo szkodliwy i źle wpływa na Szanownego Wena. Odkryłam, że nie mając czasu na nic, byłam naprawdę człowiekiem szczęśliwym i przede wszystkim produktywnym – bo zamiast spożytkować czas wolny na pisanie czy czytanie, to siedzę przed kompem i robię… w zasadzie nic. Opitalam się i podziwiam moje ściany całe umorusane w sylikonie (fachowe remonty w takim stylu przeprowadza się tylko w Krainie Deszczowców ^^). Więc to właśnie był (czy może jest dalej) powód mojego „kryzysu twórczego”. Pomyślałam, że warto się z tego wytłumaczyć na początku, gdyż to chyba najważniejszy punkt całego tego wywodu.
Drugą rzeczą, którą chciałam poruszyć, jest to moja „produktywność”. Wspominałam już chyba kiedyś o tym, że pisanie co niedziela to próba zrobienia z siebie maszyny, ale z drugiej strony takie chaotyczne dodawanie notek może skończyć się tym, że będę wrzucać coś raz na miesiąc, bo nie będę czuła już tej motywacji i „powinności”. Niby niektóre autorki tak robią i żyją, i ich blogi mają się dobrze, ale nie wiem czy chciałabym prowadzić podobną „działalność”. Moje osobiste guru też tak robi, ale… cóż, na jej prace warto czekać te trzy miesiące C’’: (nie są to opowiadania yaoi, jakby co). Niestety poziom moich umiejętności jest daleki od mojej „sensei”, toteż nie myślę, że po takiej przerwie ktoś z entuzjazmem podchodziłby do lektury moich wypocin – co więcej mam już tak wiele rozpoczętych serii, że sama się w tym gubię i nie wiem, co i jak… a gdybym pisała tak rzadko? Prawdopodobnie zrobiłby się tu jeszcze większy misz-masz niż jest teraz (/.-)’’.
No i właśnie… te wszystkie serie… Myśl o nich aż sprawia, że czuję się winna T_T Tyle tego… przyznam szczerze, że mam w zanadrzu jeszcze dwie serie, których nie publikowałam nawet jednego wersu, skrobię tam sobie mega-shota (choć nie wiem, co z tego wyjdzie) i parę części do rozpoczętych opowiadań, ale muszę przyznać, że… nie wiem jak je kontynuować! Kryzys ten jako pierwszy dopadł „Geisha no Furin”, gdyż mimo iż mam jasny, klarowny (i zajebisty jak nigdy – serio, nawet mnie się on podoba) pomysł, to nie umiem przelać go na papier. Nie wiem, co się w ostatnim czasie ze mną dzieje! Myślałam nad zawieszeniem wszystkich niedokończonych prac i zaczęciem z „nową kartą”, ale uznałam, że byłoby to nie fair z mojej strony, gdybym nie skonsultowała tego z wami. Myślę, że ta liczba zaczętych i nieskończonych tworów mnie po prostu przerosła i gdzieś zgubiłam wątki, sama się w tym poplątałam… Niemniej zamierzam jeszcze wręcz zmusić się do dokończenia „Geisha no Furin” (bo to jest zajebisty pomysł! On nie może się zmarnować!) oraz dwóch-trzech tytułów, które mi podrzucicie – toteż z tego właśnie racji ogłaszam głosowanie na serię, którą chcecie, abym dokończyła (znaczy typujcie, proszę, tak właśnie po dwa-trzy, góra cztery tytuły)~! Odpowiedzi, rzecz jasna, w komentarzach
Czy ja coś jeszcze chciałam? Huh, zapewne, ale już nie pamiętam xD Sklerotyk ze mnie… Jak mi się jeszcze coś przypomni to najwyżej zrobię „Ogłoszenia parafialne vol.2” xp
Liczę na waszą pomoc~! ~(^-^)~
Do zobaczenia (przeczytania?) następny raz w niedziele~!


~Kita-pon (z Krainy Deszczowców, wciąż bez sombrera)