A bunch of shit ~pleas read~ & Kita-pon Maniac Station „un-live” broadcast

Akai Haruki: Jeśli chodzi o moje „wariactwa”… Widzisz, jaka jestem zdolna? (samouwielbienie niczym Yuuki, który zamieszczał swoje zdjęcia na twitterze z dopiskiem „widzicie, jaki jestem olśniewający?”) xD Ja mam takich „wariacji” więcej, a więc przyznam się szczerze i bez bicia, że zachowuję się tak na co dzień… Ludzie mnie przez to nienawidzą, może się boją… ^^’’ A co do gry „your boyfriend (…)” (nie chce mi się dalej pisać – Kita, kretynie, było wymyślić krótszą nazwę…), spokojnie, doczekasz się, jak tylko znajdę dłuższą chwilę czasu
Alex Shinigami: Ja cię kocham – tak, to było wyznanie miłosne xp Znajdę Cię i po prostu wytulam xD W końcu ktoś zrozumiał moje spaczone poczucie humoru Podziwiam Cię @.@ A co do trójkącików… Huh… Nie obiecuję, bo nie wiem, jak się za to zabrać. Poza tym ja jestem głupia, ale nie wiem czy na tyle zboczona xp Nawet ciężko jest mi to sobie tak wyobrazić… Chyba musiałabym oglądać więcej gejowskiego porno, bo nie mam za bardzo pojęcia o gejowskim seksie (w końcu nigdy nie będzie dane mi go spróbować) (/.-)’’ Co do Yuukiego też się z tobą zgodzę – ach, te jego prowokacje i te spodenko-majtki, bo to już przecież normalnymi spodniami nazwać nie można xD Ten człowiek jest naprawdę specyficzny, jeśli chodzi o upodobania xp Szkoda, że nigdy nie będę dane mi go poznać… Huh, myślę, że jego poduszka-świnka i moja poduszka-gniecioch, jak ją nazywam, dogadałyby się – ludzie z dziwnymi upodobaniami, łączmy się!
Nemesis Morte: Kto powiedział, że to koniec „Closer to Ideal”? To z pewnością nie jest koniec! xD Będzie jeszcze z kilka dobrych części, bo tak właściwie to końcu wciąż ani widu, ani słychu, mimo iż od części ósmej minął ponad rok… Hańba mi! O losie, tak to jest jak ciągle odkłada się coś na później…
xMidziak: Moje serce krwawi… Kiedyś byłaś tu takim stałym bywalcem, a teraz mnie opuściłaś… Smutno mi z tego powodu ;_; Gosh, czy ja czymś serio zrażam do siebie ludzi, a nawet czytelników (których przecież w gruncie rzeczy nie znam tak twarzą w twarz i nie są skazani na katusze w mojej obecności)? Smutno mi w gruncie rzeczy z tego powodu, że z Twojego komentarza wynika, iż ostatni raz odwiedzałaś mojego bloga ponad rok temu (/.-)’’
Lady Kira: Ja to myślę, że Sienkiewicz to niedługo wstanie z grobu, żeby mi… echem… zrobić coś złego xp Chyba robię się już nudna, kiedy w kółko powtarzam, że Cię kocham i w ogóle wielka czekolada i buziaki dla ciebie za wytrwałość w czytaniu moich wypocin i motywację, którą zawsze mi dajesz Gdybym jeszcze mieszkała w Polsce, to po prostu moim priorytetem byłoby spotkanie się z Tobą xD A może wybierasz się do UK? xp No i oczywiście otrzymujesz „taryfę życzeń” w zamian za skomentowanie 11. części „Nowego Świata” jako jedna z niewielu osób.
Yūko: Masz u mnie specjalne chody za to, że jako jedna z niewielu osób skomentowałaś ostatni wpis, czyli 11. część „Nowego Świata”. Bawię się teraz we wróżkę; proszę bardzo, jestem do twojej dyspozycji, a więc jeśli masz jakieś życzenia to słucham (i oczywiście postaram się je spełnić)
Sumire Suri: Ciebie też dotyczy to, co napisałam już wyżej. W zamian za skomentowanie ostatniej notki jako jedna z bardzo niewielu czytelników, masz u mnie specjalną taryfę (nazwijmy to „abonamentem przywilejów”), przez co postaram się w miarę moich możliwości spełnić wszelkie Twoje zachcianki i życzenia
Aoi Konoe: Cieszę się, że znów zaczęłaś się udzielać (na swoim i moim) blogu; co do „Nowego Świata” to mogę Ci obiecać, że jeszcze dużo tam zamierzam namieszać – mam już napisane dwie kolejne części, więc wiem, że będzie się tam działo dużo różnych rzeczy, które mogą zaważyć na tym, kogo czytelnik sobie upodoba xp Poza tym w końcu zbliżam się do zamknięcia tego „męskiego haremu” i do wybierania ulubionej postaci, klarowania każdego charakteru, więc bądź czujna ;] Oczywiście Ty również zaliczasz się do tej szczęśliwej piątki na „festiwal złotej rybki a’la Kita-pon” w ramach rewanżu za skomentowanie ostatniego posta
Yuna.miko: Już Cię nie nazywam Rukisiową Kotałką, bo przeczytałam, że tego nie lubisz a szkoda, bo mnie bardziej ten nick przypadł do gustu ^^’’ Tobie również dziękuję za skomentowanie ostatniej notki, za co piszesz się (czy chcesz, czy nie xp) na dzień cudów by Kita-pon xD Nie, dobra, z tymi cudami przesadziłam, ale wiesz jak jest Po porostu jestem wdzięczna Co do Nowego Świata to tak jak już wspomniałam wyżej przy komentarzu do Aoi Konoe jestem bliska zamknięcia haremu Alexa xD Poza tym to opowiadanie właśnie tak wyglądało w mojej głowie do samego początku, aby czytelnik był nieco zagubiony, przytłoczony ilością pojawiających się osobistości, ale przy tym mógł znaleźć sobie ulubioną postać, z którą mógłby powiązać głównego bohatera; dla każdego coś dobrego, że tak powiem no prawie xp
Dobra, a teraz informacje, jeśli komuś nie chciało się czytać tego „wywiadu” ze mną:
Po pierwsze nawiedziła nas fala gorąca, a więc od razu odnotowałam spadek zainteresowania moimi „pracami” oraz spadek wydajności mojego myślenia. Między innymi świadczy o tym to, iż kiedyś napisałam, że po przeprowadzce do Anglii będę miała więcej czasu… Serio? Gdzie ja miałam wtedy głowę?! Jestem tu od blisko dwóch tygodni i codziennie wstaję o siódmej rano, a wracam do domu po godzinie dwudziestej (i nie, nie chodzę jeszcze do szkoły ani nie pracuję; wciąż załatwiam jakieś formalności, dokupuję niezbędnego sprzętu jak odkurzacz ect.)… Nie wiem, jak to wszystko się potoczy, ale musicie się też nastawić na to, że będę musiała swego czasu przeżyć swój „kryzys”, kiedy będę tęskniła za naszym krajem kwitnącej cebuli, gdyż… z tego jak rozmawiałam z osobami, które wyprowadziły się ze swojej ojczyzny, zawsze tak jest – różnica polega tylko na tym, ile taki czas trwa i kiedy przypada. Ja póki co za bardzo nie mam czasu tęsknić, ale zapewniam, że kiedyś w końcu zacznę emować… Mam nadzieję jednak, że ten czas nie będzie trwał długo i nie da wam się we znaki. Poza tym nie mam biurka – a to oznacza dla mnie horror! Jestem akurat takim człowiekiem, który potrzebuje porządnego miejsca do pracy; nie umiem zbytnio pisać na łóżku (a w moim obecnym domu w ogóle jest mało mebli – jednym z głównych jest właśnie łóżko). Mogłabym co prawda pisać na blacie kuchennym, ale przy nim muszę stać, co po dłuższym czasie jest uciążliwe, gdyż po pierwsze jest bardzo niewymiarowy i niski (a mam 1,60m wzrostu, więc do dryblasów nie należę) no i nie da się do nie go przysunąć krzesła, gdyż w takim wypadku zmiażdżyłabym sobie nogi. Chciałam kupić biurko, ale ja naprawdę nie potrafię zadowolić się taką sklejką obciągniętą czymś, co ma jedynie imitować drewno, gdyż to mnie irytuje, a ponad to rozpada, gdyż biurko to naprawdę twór wielofunkcyjny (szczególnie dla mnie). Widziałam jedno takie, które mi się podobało, ale kosztowało ponad prawie funtów, ponad to doliczmy sobie koszty transportu (około 10 funtów – samochodu nie mam) i krzesło (jakieś kolejne 100, bo też takie porządniejsze mi się spodobało), no i mamy zgon i głodówkę na najbliższe kilka miesięcy u Kity-pon ;_; Całe szczęście udało mi się naskrobać dość dużo między urwaniem głowy podczas pakowania jeszcze w Polsce a załatwianiem formalności przez Internet, więc mam jeszcze całkiem sporo do opublikowania, ale tak po prostu uprzedzam, że moje zapasy mogą kiedyś znaleźć się na wykończeniu – oczywiście będę starała się do tego nie dopuścić, ale wolę zawczasu zaznaczyć i poinformować, żeby potem nie było zaskoczenia…
A teraz głównie siedzę i dostawiam przecinki, próbuję wyeliminować powtórzenia…
Ponad to w ramach „kary” za niskie zainteresowanie poprzednimi notkami, nie wstawiam nic stricte do „poczytania”. Niemniej widzę też jakieś korzyści z tej sytuacji; następnym razem zamierzam wstawić shota całkowicie autorskiego z wymyślonymi przeze mnie postaciami, który jest dość specyficzny i dotyczy dla mnie ważnego tematu – dużo osób prosiło mnie kiedyś, abym napisała coś niezwiązanego ze sceną visal-kei, a więc proszę, o to i będzie coś takiego. Niemniej boję się trochę reakcji czytelników, gdyż jest to naprawdę… inne niż to, co pisałam do tej pory, więc może małe grono, które zainteresuje się tym na początku nie będzie dla mnie aż tak ostre ani nie znajdę wśród niego jakiś hejterów, którzy skutecznie zniechęcą mnie do brnięcia dalej w tym temacie. Cóż, przyznam szczerze, że naprawdę obawiam się tego, jak to przyjmniecie…
Po… po kolejne to skoro już się tak rozwlekam, to przyznam się, że czuję się jak żul, bo pisząc to piję cydrowe piwo, które serio smakuje bardziej jak zepsuty, gazowany sok jabłkowy. Powtórka jak w klubie podczas koncertu… Pamiętajcie, nigdy nie kupujcie Desperados i Stowford Press… Szkoda kasy – akcja jak z Hiro w „Książę z bajki” ^^’’
Poza tym mam cukierka na suficie. Mieszkam w takim wynajętym domu, gdzie w sypialni mam sufit w plamach po cukierkach, a jeden wciąż wisi i nie mogę go odkleić. Tak, jestem wciąż trzeźwa; ale skarżę się na to wszystkim xp Po prostu bardzo chcę, żeby świat się o tym dowiedział xD
Dobra, a tak wracając do bardziej przyziemnych spraw, to mam dla was kolejną propozycję – doszłam w końcu do wniosku, że Kita-pon Maniac Station „un-live” broadcast nabrał0 nieco charakteru niczym „Zapytaj Beczkę”, gdyż głównie odpowiadam i komentuję Wasze komentarze. Chcąc nadać nowego znaczenia temu… przedsięwzięciu (czy jak to inaczej by nie nazwać) proponuję, abyście także zadawały mi pytania (mogą być wszelkiej natury; odpowiem na wszystko – byle nie były gimbusiarskie, coś w stylu „Czy robisz kupę?”) C: Tak, żeby rozwiać wszelkie niepewności i rozjaśnić niejasności. A więc co o tym myślicie; jak podoba wam się taki pomysł?
Ponad to myślałam także o założeniu oddzielnego bloga, którego nawet nazwę już obmyśliłam (w obecnym zamyśle brzmiałaby ona „Yaoistka na emigracji”), ale nie jestem pewna tego. Chciałabym tam pisać o różnych pierdołach, żeby nie zaśmiecać „Tainted World”, ale szczerze to nie wiem czy ktoś chciałby to czytać, a ja bez czytelników usycham niczym kwiatek w doniczce, dlatego bez was długo bym nie pociągnęła – dlatego też właśnie pytam was o zdanie… Z drugiej strony mam też to moje Kita-pon Maniac Station „un-live” broadcast, więc… cholera, muszę w końcu przestać wymyślać tak diabelsko długie nazwy…

Czekam na Wasz odzew!

"Nowy Świat" cz.11

„Nowy Świat” cz.11

- Odczuwam wewnętrzną potrzebę związania się z kimś emocjonalnie… - westchnąłem, mrucząc pod nosem i jednocześnie mieszając makaron w garnku. Karma przestąpił z nogi na nogę, podnosząc wzrok na mnie znad swojej lektury.
- Nie bardzo rozumiem…
- Wiesz… - westchnąłem raz jeszcze. – Chodzi o to, że chciałbym mieć kogoś bliskiego, dla kogo mógłbym się poświęcić, choćby w takich prostych codziennych czynnościach jak ugotowanie kolacji czy coś… - rozmarzyłem się.
- To zaraz musisz angażować się w jakiś związek? – zdziwił się. – Jak chcesz gotować, to proszę bardzo. Ja tam zawsze jestem za tym, aby zjeść coś ciepłego – rzucił bez cienia drwiny w głosie. Był poważny; w zasadzie tak jak zwykle.
Cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że pomyliłem się z moimi przewidywaniami co do drugiego współlokatora. Karma był dziwny i to nawet bardzo… ale prawdą było, że było w nim także coś przyjacielskiego, co mnie do niego przyciągało i sprawiało, że czułem się w jego towarzystwie bardzo dobrze.
Brunet z pozoru mógłby nieco przypominać Genshō. Był osobliwie statyczny, jeśli mogę się tak wyrazić. Rzadko zmieniał wyraz twarzy, na której na ogół malował się grymas, który z grubsza nie wyrażał nic. Miał problemy z wyczuwaniem ironii i zrozumieniem ludzkich emocji, empatią, ale nie był w żadnej mierze sadystyczny. Był rozmowny – gładko przechodziliśmy z tematu w temat, nadając, prawdę mówiąc, niemalże cały dzień. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że chłopak ten był oziębły, gdyż tak jak już wspomniałem, rzadko zmieniał wyraz twarzy, a nawet ton głosu. Jego zachowania również mogły być przez większość odbierane jako niezbyt na miejscu, jednak po pewnym czasie, jaki z nim przebywałem, zauważyłem, że dla niego pewne zachowania i odruchy nie były tak oczywiste jak dla innych; zupełnie tak jakby naprawdę był nieco dysfunkcyjny społecznie.
Karma miał w zwyczaju chodzić za mną niczym cień, co w moim mniemaniu oznaczało, że również mnie polubił. Wychodził razem ze mną wcześniej do pracy, abyśmy w drodze mogli porozmawiać, nawet teraz stał oparty o blat kuchenny, jednocześnie czytając kolejny z tomów poezji podkradziony Ryūdōinowi i ględząc ze mną, mimo iż był totalnym paliwodą i od kuchni raczej trzymał się z daleka.
- Nie o to chodzi – zaśmiałem się. Czasem to jego niezrozumienie mnie bawiło; może to właśnie dlatego tak go polubiłem. – Nie chcę po prostu gotować. Wiesz, kiedy masz kogoś bliskiego, chcesz coś dla niego zrobić; tak po prostu, od tak, nawet jeśli miałby to być mała rzecz, która mogłaby mu umilić codzienne czynności – wyjaśniłem.
- Ach… - skinął głową. – Nigdy nie mogłem tego zrozumieć – wzruszył ramionami.
- Najwidoczniej nigdy się jeszcze tak naprawdę nie zakochałeś – spojrzałem na niego rozbawiony.
- Możliwe. Nie przeczę – wrócił do lektury.
Wokalista AvelCain namiętnie czytał – przede wszystkim lubował się w haiku. Często powtarzał, że dzięki książkom jest mu łatwiej zrozumieć ludzi, którzy, wedle niego, najczęściej postępują irracjonalnie i nielogicznie, kierując się uczuciami. Karma miał jakieś lekkie spaczenie na tym punkcie… ale w gruncie rzeczy nie przeszkadzało mi to, gdyż był naprawdę miły. Poza tym był osobą, której mogłem zaufać, gdyż wszystko to, co mu mówiłem, zachowywał jedynie dla siebie, o czym miałem okazję się przekonać choćby w chwili, kiedy niekontrolowanie zacząłem użalać się na blondyna, który mnie przerażał – całe szczęście żaden z moich barwnych epitetów nie trafił do niepowołanych uszu.
Spojrzałem na bruneta z jakimś niezrozumiałym nawet dla mnie rozczuleniem. W jakiś niewytłumaczalny sposób to, jak się zachowywał, to, że nie rozumiał (a przynajmniej tak twierdził i takowo też się zachowywał) ludzkich zachowań było w moim mniemaniu słodkie. Dziwne? Może trochę…
- Ej, Karma – szturchnąłem go w ramię, uśmiechając się głęboko. – Wyjdziemy gdzieś razem?
Chłopak aż podniósł przepaskę z jednego oka i spojrzał na mnie zdziwiony – no a nie mówiłem, że jest rozkoszny?

***

Od naszego mieszkania do Ueno nie było daleko. Nie wyszliśmy z domu w zasadzie w żadnym konkretnym celu – ani żeby coś zjeść, ani żeby coś kupić – toteż przez pewien czas po prostu kręciliśmy się w tę i nazad po węższych i szerszych ulicach centralnego Tokio, rozmawiając. Karma tłumaczył mi pewne zawiłe dla gaijinów pojęcia, opowiadał zasłyszane historie związane z mijanymi przez nas przybytkami czy nawet od czasu do czasu zdarzyło mu się uraczyć mnie jakąś opowieścią z jego własnych doświadczeń. W końcu krążąc tak bez celu, dotarliśmy do parku Ueno.
- Huh… - mruknąłem pod nosem. – Niby to takie rozpoznawalne miejsce w Tokio, niemalże wizytówka tego miasta, a ja, mimo iż przebywam tu już jakiś czas, jestem tu po raz pierwszy – bąknąłem z krzywym uśmiechem na ustach. Szczerze powiedziawszy to niezbyt interesowały mnie miejsca owiane taką komercjalną sławą; wydawały mi się być jakieś bezduszne, przereklamowane, znaczenie bardziej przesiąknięte zachodnią kulturą przez natłok kręcących się tu turystów niż wschodnią. O wiele bardziej wolałem te mniej znane miejsca, które miały swój swoisty i niepowtarzalny urok i charakter.
- Dużo nie straciłeś – stwierdził bezdusznie brunet.
- Nie lubisz takich zatłoczonych miejsc? – dopytywałem.
- Nie chodzi o liczbę ludzi – zaprzeczył. Po chwili zdałem sobie sprawę, jakie głupie pytanie zadałem; w końcu to Japończyk, mało tego, który wychował się w Tokio, więc z pewnością jest przyzwyczajony do wiecznego przeciskania się w tłumie. Dałbym sobie rękę uciąć, że nawet nie zwracał zbytniej uwagi na otaczające nas zbiorowisko. – To po prostu… nieciekawe miejsce. Nie lubię tu przychodzić.
- Dlaczego? – drążyłem.
- Jak to? – spojrzał na mnie tym beznamiętnym spojrzeniem, choć po tonie jego głosu wnioskowałem, że się zdziwił. – To Genshō nic ci nie powiedział?
- A o czym miał mi powiedzieć? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Cóż… Szczerze powiedziawszy to myślałem, że była to pierwsza rzecz, o której ci powiedział, zanim się wprowadziłeś. Bo przecież poinformował cię, że będziesz miał jeszcze jednego współlokatora, prawda?
- Tak, wspominał o tym, ale oprócz twojego imienia, nie podał mi żadnych informacji na twój temat… - wyznałem zgodnie z prawdą.
- Serio? – wzruszył ramionami. – No to w takim razie ja ci to opowiem – gładził drobną rączkę lalki w dwóch palcach, która była jego nieodłącznym towarzyszem. – Nie zainteresowała cię nigdy Seiko? – spojrzał wymownie na trzymaną w rękach zabawkę.
- No… może… - mruknąłem niepewnie, mając w pamięci słowa Ryūdōina, że to ciężki temat, którego lepiej nie poruszać.
- Nie wstydź się; ludzie często pytają, po co mi ta lalka – odparł bez skrępowania. – Widzisz ten posąg? – wskazał na majaczącą w oddali statuę mężczyzny ubranego w kimono trzymającego psa na smyczy. Skinąłem głową. – To Takamori Saigō, ale mniejsza o niego. Jeżeli pójdziesz dalej za nim główną aleją na północ, po prawej stronie zobaczysz świątynię Kiyomizu Kannodō, poświęconą tak zwanej tysiącramiennej Kannon, bodishawie miłosierdzia. Jej wizerunek można zobaczyć jedynie w lutym; przez resztę roku kobiety przychodzą tam, prosić aby obdarzyła je potomstwem. Aby prośba została wysłuchana zostawiają na ołtarzu laleczki, które są palone w corocznej ceremonii 25 marca. Wiesz może, kiedy mam urodziny?
- Co? – drgnąłem, gdyż pytanie, które zadał wydało mi się być bardzo nie na miejscu i wyrwane z kontekstu. – Um… Nie, wybacz… - zakłopotałem się.
- Nic nie szkodzi – kontynuował dalej. – Czwarty kwietnia (to prawdziwa data urodzenia Karmy od aut.); dokładnie dziesięć dni po ceremonii.
- Nie rozumiem… - spojrzałem na niego, niemo prosząc, aby dokładniej mi to wyjaśnił.
- Moja matka miała kiedyś długoletniego partnera, ale w końcu i tak kiedyś się rozeszli. Niedługo po tym spotkała swoją największą miłość w życiu… tak przynajmniej jej się wydawało. Młodzi i zakochani któregoś dnia poszli i położyli lalkę na ołtarzu świątyni Kiyomizu Kannodō, bardziej, żeby podtrzymać tradycję i obrząd niż z powodu głębokiej wiary. Jednak z czasem okazało się, że Kannon obdarzyła moją matkę łaską posiadania potomstwa zbyt wcześnie… - urwał na moment. – Teraz już rozumiesz? Moja matka czuła się z czasem coraz gorzej, więc poszła do lekarza. Okazało się, że była w ciąży, mało tego, jak się okazało, ze swoim poprzednim partnerem. Postanowiła zataić informację o tym, kto jest prawdziwym ojcem dziecka przed swoim ówczesnym wybrankiem. Obydwoje bardzo chcieli mieć córeczkę, której planowali nadać imię Seiko; stąd właśnie jej imię – wskazał na lalkę. – Niestety z czasem okazało się, że zamiast córeczki będzie to syn, a zaraz potem kłamstwo wyszło na jaw i ukochany mojej matki zostawił ją. Było już za późno na usunięcie dziecka, a żaden z mężczyzn nie chciał widzieć mojej matki na oczy ani tym bardziej wziąć odpowiedzialność za dziecko. Moja matka została sama; i wtedy się załamała – mówił o tym wciąż tym samym tonem głosu. Ani jeden mięsień na jego twarzy przy tym nie drgnął, co, nie powiem, wręcz mnie przestraszyło. – Można powiedzieć, że nienawidziła mnie od samego początku. Jedenaście dni przed moimi narodzinami, w przeddzień ceremonii poszła do świątyni i zabrała lalkę z ołtarza; rzecz jasna miało to tylko wyraz symboliczny, ale zawsze… Często słyszałem, kiedy jeszcze mieszkałem z matką, że to wszystko moja wina; że to przeze mnie jest sama, nieszczęśliwa… że zabiłem jej ukochaną Seiko, której tak pragnęła… - ostatnie zdanie niemal wyszeptał. Spojrzałem na niego z współczuciem.
- Ale… w takim razie po co ci Seiko? – drążyłem. – Dlaczego wciąż nosisz ją ze sobą skoro jest „kamieniem milowym” przeszłości, która, jak rozumiem, nie jest czymś, z czego możesz być dumny? Pewnie przypomina ci o wielu nieprzyjemnych rzeczach… - pozwoliłem sobie zauważyć.
- Seiko? – zdziwił się brunet. – To tylko lalka; przecież ona nie wyrządziła mi żadnej krzywdy – wzruszył ramionami. – Nie patrzę na nią jako na obraz przeszłości. Staram się żyć teraźniejszością, choć nie próbuję także zapomnieć o tym, co było, gdyż wiem, że jest to niemożliwe. Przeszłość odcisnęła na mnie tak widoczne piętno, iż nie ma możliwości, abym mógł się od niej odciąć… właściwie to nawet tego nie chcę, gdyż w przeciwnym wypadku znaczyłoby to dokładnie tyle, że próbowałbym zabić jakąś cząstkę siebie. A Seiko… to chyba przyzwyczajenie. Po prostu lubię ją mieć przy sobie; jest dla mnie czymś cennym, ale nie potrafię dokładnie wyjaśnić dlaczego. Choć w sumie… nie… to nie przyzwyczajenie. Jak wy to mówicie? – zamyślił się na moment. – Sentyment. Tak, to raczej sentyment niż przyzwyczajenie. Była przy mnie zawsze, odkąd pamiętam. W moim rodzinnym domu stała na komodzie w sypialni mojej matki i patrzyła na mnie zawsze, kiedy wracałem ze szkoły i z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, kiedy się wyprowadzałem, nie umiałem sobie wyobrazić, że mogłoby jej zabraknąć, więc zabrałem ją ze sobą. Na początku wynajmowałem mieszkanie z innym lokatorem niż Genshō i, szczerze powiedziawszy, bałem się, że mógłby ją zniszczyć podczas mojej nieobecności, więc to chyba dlatego zacząłem nosić ją przy sobie… a potem to już stało się moją rutyną – wyjaśnił.
- Twoja matka przez wszystkie te lata trzymała tę lalkę? – byłem zszokowany.
- Tak – skinął głową. – Wydaje mi się, że to bardziej dla niej Seiko była obrazem przeszłości, który wciąż na nowo rozpalał w niej nowe pokłady żalu i nienawiści względem mnie; ja byłem przyzwyczajony do jej widoku. Nie wzbudzała we mnie żadnych uczuć. Właściwie to zawsze ją lubiłem, mimo iż nie mogłem jej dotykać, kiedy byłem mały.
- Dlaczego? – słuchanie o tym koszmarze chłopaka przyprawiało mnie o dreszcze. Mój żołądek zwinął się w kulkę mniejszą niż moja pięść.
- Matka zawsze krzyczała na mnie, że zniszczę ją, kiedy będę się nią bawił – odparł obojętnie. – Jednak ja na przekór, kiedy jej nie było i kiedy nie patrzyła, i tak ją zabierałem. Niestety kiedyś wróciła wcześniej z pracy i przyłapała mnie na tym, za co dostałem w twarz – wciąż wydawał się niewzruszony, choć nie chciało mi się wierzyć, że mówienie o tym naprawdę nie dotyka go w żaden sposób. – Może też właśnie dlatego wziąłem ją, kiedy się wyprowadzałem; z chęci przekory i zrobienia matce na złość, a fakt, że teraz cały czas trzymam ją przy sobie, mimo iż kiedyś było mi to zabronione, nawet przez długi czas po tym jak się wyprowadziłem, uważałem za mój mały triumf.
- Co zrobiła twoja matka, kiedy zauważyła, że wraz z tobą zniknęła Seiko?
- Właściwie to tego też nie wiem – rozłożył ręce. – Nie utrzymuję z nią kontaktów od tamtego momentu i nawet nie bardzo mnie to interesuje – wzdrygnąłem się. Wziąłem głębszy oddech, aby się uspokoić. Nie mogłem pojąć, jak ten biedny chłopak mógł przejść przez coś podobnego; nie mogłem pojąć jak można być tak okrutnym rodzicem i krzywdzić tak swoje własne dziecko…
- Wybacz, nie wiedziałem… Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jakim piekłem na ziemi musiało być dla ciebie wychowywanie się w takim domu… - przysunąłem się do niego, pozwalając sobie ściszyć głos, aby osoby postronne nam się nie przysłuchiwały. Wokalista zaśmiał się pod nosem.
- Niepotrzebnie. Często słyszałem podobne stwierdzenia – wzruszył ramionami. – Nigdy nie miałem innego domu, nie zaznałem innej rzeczywistości, więc, prawdę mówiąc, było to dla mnie normalne i nie widziałem w tym nic dziwnego – spojrzałem na niego oczyma wielkimi niczym spodki. – No nie patrz tak na mnie – uśmiechnął się samymi kącikami ust. – Skąd masz wiedzieć, że mieszkasz w piekle, skoro nigdy spoza niego nie wyszedłeś? Nie zdajesz sobie z tego sprawy, póki nie zobaczysz świata zewnętrznego. Kiedyś wydawało mi się, że wszyscy są w podobnej sytuacji – zachichotał pod nosem. – Dzieciaki narzekały w szkole na rodziców, dziadków, wyolbrzymiały swoje problemy, koloryzując je czasem dość mocno, żeby ktoś zwrócił na nie uwagę, a ja im wierzyłem. Nie czułem się nigdy wyobcowany, gorszy… Ale teraz wiem, że jest inaczej. Zapewne przez to, że odebrałem właśnie takie wychowanie a nie inne, teraz mam problemy ze zrozumieniem ludzi – rozłożył bezradnie ręce.
- Skoro z początku nie zauważałeś niczego dziwnego w sytuacji, jaka miała miejsce w twoim rodzinnym domu, to jak w końcu doszedłeś do tego, że jednak jest coś nie tak? – ostrożnie ważyłem słowa.
- Książki – odparł zwięźle. – Zacząłem dużo czytać, jednak wszystkie opisane historie i fabuły wydawały mi się być mocno przerysowane i naciągane. Nierealne. Potem zacząłem przyglądać się ludzkim zachowaniom i stwierdziłem, że nie wszystko jest wytworem „puchatej” wyobraźni autora. Ludzie naprawdę zachowywali się w sposób, który był dla mnie irracjonalny. Wtedy po dłuższym czasie zauważyłem, że to we mnie czegoś brakuje, a nie w nich jest za dużo tej „słodyczy”, jak to początkowo nazywałem – zaśmiał się. – Teraz wiem, że to empatia, choć rozumienie samego pojęcia jest czymś zupełnie innym niż umiejętność zastosowania tego w praktyce. Z czasem zauważyłem również, jak bardzo ludzie zaślepieni są emocjami, których ja nie potrafię pojąć. Ponad to, tych wszystkich emocji jest zbyt wiele, aby je zrozumieć. Dla mnie jest już za późno na naukę ich. Zdaje się, że już oswoiłem się z myślą, że zapewne do końca moich dni będę łapał się na tym, iż obserwując ludzi, stoję i drapię się w głowę, próbując zrozumieć powód, dla którego ten kretyn tak się zachował – bo choć z punktu ekonomicznego czy zdrowotnego naprawdę jest skończonym kretynem, to jednocześnie jest bohaterem w oczach innego człowieka, któremu pomógł. Wygląda na to, że ja kieruję się nieco odmienną hierarchią wartości, której tak do końca nie mogę już przemianować. Uczucia i emocje nie są czymś, czego można się wykuć na blachę jak definicji czy po prostu zrozumieć jak naukę ścisłą. Tu nie chodzi o zrozumienie, ale o czucie; a jak widać u mnie ta części, która odpowiada za to czucie, jest nieco dysfunkcyjna – wzruszył ramionami i uśmiechnął się, a ja zaniemówiłem. Z uchylonymi ustami wpatrywałem się w niego jak zaczarowany. – Nie bój się, nie raczę takimi historiami pierwszych lepszych osób – zaśmiał się, widząc moją minę.
- Więc… dlaczego właśnie mi…? – wydukałem nieskładnie.
- W sumie… - potarł kark. – Nie wiem – ponownie wzruszył ramionami. – W jakiś niewytłumaczalny i niejasny dla mnie sposób wzbudzasz moje zaufanie – wyznał i skierował się z powrotem w stronę stacji metra, a ja przez dłuższą chwilę stałem i wpatrywałem się w jego odchodzącą sylwetkę, nim zerwałem się z miejsca i biegiem pognałem za nim.

***

- Sam ci o tym powiedział? – blondyn spoglądał na mnie, jakbym był przybyszem z innej planety. – Mnie opowiedział tę historię dopiero po trzech latach znajomości – szepnął konspiracyjnym szeptem. – Musiał ci naprawdę zaufać, skoro powiedział ci o tym; naprawdę niewiele osób miało okazję usłyszeć tę historię - pokiwałem głową ze zrozumieniem, przyznając mu rację. Tylko czym ja sobie na to zaufanie zasłużyłem? – Choć z drugiej strony to właściwie się nie dziwę…
- Co? – zdziwiłem się.
- Wiesz… - zmrużył oczy, przyglądając mi się jeszcze uważniej. – Masz coś takiego w sobie, że ludzie chcą ci zaufać… - westchnął. – Jedynym problemem jest twoja orientacja…
- Co proszę? – ściągnąłem groźnie brwi.
- Nie lubię gejów – odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- No to masz problem, bo ja… - nie było mi dane skończyć, gdyż Ryūdōin przerwał mi pocałunkiem, a właściwie całusem. Musnął moje usta, a ja zamilkłem, wpatrując się w niego z przerażeniem wypisanym na twarzy. – Ale… ale powiedziałeś, że… że nie lubisz…? – wydukałem będąc zszokowanym do granic możliwości.
- No powiedziałem, że nie lubię gejów – wzruszył ramionami – i to się zgadza. Ale orientacja nie jest chyba wszystkim, co cię determinuje, prawda? – spojrzał na mnie wymownie.
Odskoczyłem od Genshō niczym oparzony, kiedy usłyszałem ten charakterystyczny, cichy dźwięk otwieranego zamka w drzwiach łazienki. Prawdę mówiąc jedyną chwilą, kiedy Karma nie podążał za mną niczym cień i mogłem sam na sam porozmawiać z moim współpracownikiem w domu, była ta chwila, w której brunet brał prysznic. Niestety, wokalista AvelCain nie przepadał za długimi i relaksującymi kąpielami… a może w zasadzie to i dobrze?
Brunet z ręcznikiem przerzuconym przez ramiona, z wciąż wilgotnymi włosami usiadł między mną a blondynem. Genshō odwrócił wzrok, a ja wbiłem spojrzenie we własne kolana i czułem, że się zarumieniłem. Muzyk kilkakrotnie przenosił spojrzenie ze mnie na Ryūdōina i z powrotem, będąc zdezorientowanym.
- Ominęło mnie coś ciekawego? – zapytał prosto z mostu.
W tym momencie naprawdę dziękowałem mu za to, że zjawił się właśnie teraz – ach, Karma i to jego wyczucie czasu! – niech mu siedmiu bogów szczęścia za to wynagrodzi!
Coś czuję, że następne kilka nocy spędzę razem z brunetem w salonie na czytaniu haiku…

***

- Alex… Alex… Alex! – brunet dźgnął mnie łokciem pod żebra.
- Co? – mruknąłem zaspany.
- Śpisz mi na ramieniu, gdybyś nie zauważył.
- Wcale nie… - burknąłem, mocniej wtulając się w jego bark.
- Idź się połóż do łóżka.
- Nie.
- Dlaczego?
Na to pytanie aż uchyliłem powieki. Zacisnąłem szczęki, z trudem przełykając ślinę. Podniosłem się z pozycji półleżącej i sięgnąłem po tom, którego wciąż nie skończyłem czytać.
- No przecież nie śpię, nie śpię… - wymamrotałem pod nosem, leniwie przesuwając wzrokiem po pionowych linijkach tekstu, absolutnie nic nie rozumiejąc z tego, co przeczytałem.
- Nie, wcale – zaśmiał się pod nosem. – No już, nie męcz się – zabrał mi tomik poezji i z powrotem odłożył go na stolik. Wskazał wymownie na swoje kolana. Cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ucieszyłem się na tę propozycję. – Skoro nie chcesz tak bardzo wracać do swojego pokoju, to możesz spać tutaj, ale połóż się już, bo jesteś ledwo żywy.
- Dzięki – mruknąłem, kładąc głowę na jego kolanach. Karma delikatnie gładził mnie po włosach, co wpływało na mnie wręcz kojąco, działało niczym kołysanka.
- Nie przeszkadza ci światło? Wybacz, ale nie umiem czytać po ciemku – uśmiechnął się lekko.
- Nie… - ziewnąłem rozdzierająco. – Nie przeszkadza…
Ciepło bijące od ciała chłopaka było niczym delikatna pieszczota. Czułem się przy nim naprawdę dobrze, bezpiecznie, swobodnie… O miłosierny Buddo, jeszcze trochę i się w nim zakocham…

"Closer to Ideal" cz.9

Z dedykiem dla Lady Kiry, która czekała na to chyba najbardziej C: Gdyby wyznawanie miłości do osoby znanej tylko z internetu właśnie na jego łamach nie było tak beznadziejne to wyznałabym Ci miłość za te wszystkie dobre i motywujące słowa, które zawsze do mnie kierowałaś (i wciąż kierujesz), za uznanie moich wypocin za arcydzieła (choć Sienkiewicz pewnie ma już poobcierane łokcie od przewracania się w grobie za każdym razem, kiedy coś podobnego napisałaś) Ale i tak Cię kocham



„Closer to Ideal” cz.9

Chyba od zawsze do przeprowadzek pałałem jedynie szczerą niechęcią i niczym więcej. Cóż, mogłem na zewnątrz udawać takiego, któremu wszystko niemal było obojętne, ale prawdą było, że tak naprawdę byłem dość sentymentalny. Nie lubiłem tego w sobie, dlatego i tę cechę mojej osobowości postanowiłem już dawno temu pogrzebać w sobie żywcem, ukryć za maską rockmana-awanturnika – teraz jednak nie musiałem przed nikim grać, gdyż byłem sam we własnym mieszkaniu. Z tej racji pozwoliłem sobie na ciężkie westchnienie, odrzucając kolejne rzeczy na stos, który następnie miał wylądować w śmietniku. Niestety nie zamierzałem płacić za transport więcej niż to potrzebne – a jako że płaciłem za kilogramy przewożonego towaru, musiałem pozbyć się zbędnego balastu.
Podczas mojej pierwszej samodzielnej przeprowadzki z domu rodzinnego do małej i zatęchłej, miejscami nawet zagrzybionej kawalerki przeżywałem prawdziwe piekło. Nie wiedziałem, co ze sobą wziąć, a czego się pozbyć… Wtedy chyba właśnie utwierdziłem się tak dokładnie w przekonaniu, że chcę się odciąć od przeszłości, stworzyć zupełnie nową osobowość – nowego, wolnego człowieka, który zupełnie od początku mógł pokierować swoim życiem, którego los nie był przesądzony; wtedy właśnie zdawało mi się, że narodziłem się po raz drugi.
A więc zdecydowałem, że, oprócz kilku najpotrzebniejszych rzeczy, nie wezmę ze sobą nic ze starego domu. Nie obchodziło mnie to, że potem musiałem harować jak wół, żeby kupić najpotrzebniejsze przedmioty. Nie obchodziło mnie to, że moje mieszkanie jeszcze przez długi czas wiele nie różniło się od pustostanu, gdyż oprócz łazienki i kuchni, które były już z góry wyposażone, niewiele mieściło się tam mebli. Nawet nie miałem porządnego łóżka; jego marnym odpowiednikiem był twardy materac rzucony na podłogę w kąt pokoju, którego sprężyny niemiłosiernie torturowały całe moje ciało, czego skutki, zdaje mi się, że odczuwam do dziś. To wszystko nie miało żadnego większego znaczenia, gdyż właśnie wtedy w pełni narodził się Hizumi, zajmując miejsce starego Yoshidy Hiroshi, za którym nikt jakoś nie płakał. Wtedy właśnie sklarowałem swój pomysł na przywdzianie maski, dopracowałem ją i przekonałem sam siebie, że tak będzie lepiej… tak musiało być lepiej…
Kiedy przeprowadziłem się razem z matką i bratem z Tokio do prefektury Taunoku byłem wciąż jeszcze dzieckiem, które mocno polegało na innych. Już wtedy coś zaczęło się we mnie zmieniać; już wtedy zauważyłem szansę na rozpoczęcie nowego życia, ale swój misterny plan, który potem pielęgnowałem i dopracowywałem przez długie lata, mogłem wprowadzić dopiero, kiedy się usamodzielniłem.
Teraz, kiedy przeprowadzałem się już po raz wtóry na własną rękę, zebrało mi się nagle na analizowanie przeszłości i wspominanie. Doprawdy, żałosne…
Próbowałem przekonać sam siebie, że nie będzie mi niczego szkoda – że nie powinno mi być niczego szkoda – że nie będę za niczym tęsknił, wyrzucając kolejne oprawione w ramki zdjęcia, pamiątki, beznadziejne i zupełnie nieprzydatne prezenty od starych znajomych. Dokładnie tak, starych znajomych… oni już przeminęli, czas zapomnieć. W życiu Yoshidy Hiroshi nigdy nie było wesoło, więc je zakończyłem i stworzyłem sobie alternatywną postać Hizumiego, jednak po dłuższym czasie i jego maska została naruszona, przejrzana przez Zero. Niby to tylko jedna osoba, ale lepiej nie ryzykować. Pora zmienić image. Jeśli przejrzał mnie basista, zaraz mogą pojawić się kolejni „dociekliwi”, a to byłby już problem. Mniemałem, że postać Hizu upadła przez to, że z czasem pozwalałem na zbyt częste „wcinanie” się mojego prawdziwego „ja” – niestabilnego, roztrzęsionego Yoshidy, który był problematyczny nawet jako trup. No bo taka prawda, w końcu próbowałem uśmiercić własną osobowość, przyjmując nową. Więc jak to inaczej nazwać? To coś, co we mnie powstawało na nowo wbrew mojej woli, to, co Shimizu tak usilnie próbował wyciągnąć na światło dzienne, nie było niczym innym niż zwłokami. Yoshida Hiroshi jest od dawna martwy i taki powinien pozostać. Nikt nie powinien bawić się w mesjasza ani nekromantę, ponownie powołując do życia zmarłych.
Nigdy nie przepadałem za zombie…
A więc czas było się zmyć. Czas było rozpocząć nowe życie, przyjąć kolejną osobowość – pierwszym krokiem, który musiałem wykonać, aby osiągnąć ten cel była przeprowadzka. Z chęcią wyprowadziłbym się z miasta, ale jednocześnie Tokio było najlepszym miejscem do rozpoczęcia wszystkiego od nowa. To miasto było tak olbrzymie, że szansa spotkania kogoś niepożądanego przypadkiem na ulicy wynosiła, doprawdy, tysięczne części ułamka – moloch miejski gwarantował anonimowość i stwarzał wiele możliwości, z których zamierzałem czerpać garściami. Cóż, ktoś mógłby mi doradzić, abym wyprowadził się do… no nie wiem, Osaki, Kioto czy choćby Yokohamy, gdyż są to również duże miasta, ale jednak co stolica to stolica. Główne miasto państwa było centrum, ośrodkiem, w którym działo się najwięcej, a to również sprawiało, że ciężej było kogoś zlokalizować. Im więcej ruchu i gwaru, tym poszukiwania są trudniejsze – nawet jeśli stałoby się pod latarnią.
Jedynym problemem, który był dość istotny, a z którym nigdy wcześniej nie przyszło mi się zmierzyć była sława. Była ona na tyle działająca na moją niekorzyść, że nie mogłem znowu tak całkiem wtopić się w bezimienny tłum, przybierając tożsamość, właściwie, kogo tylko by mi się zamarzyło. Ludzie wiedzieli jak wyglądam, jak się nazywam, skąd pochodzę, ile mam lat, czym się zajmowałem… Musiałem wziąć to pod uwagę. Nie mogłem nagle ni stąd, ni z owąd wytrzasnąć sobie, że przybiorę personalia jakiegoś pana Tanaki i wszystko będzie super – bo nie będzie. Musiałem zrobić to jakoś bardziej dyskretnie, płynnie i z głową; całe szczęście miałem już nawet ogólny zarys, jak mogłoby to wyglądać.
A więc jestem sławny – z tej racji raczej nikt nie będzie zbyt chętny do zatrudnienia mnie, dajmy na to, w biurze, gdyż gdyby takowa informacja wyciekła do mediów, pod owym biurem zapewnie stacjonowały regularny obóz fanów, który skutecznie utrudniałby pracę całemu zakładowi – jednak to nie wiązało mi rąk. Możliwe nawet, że, jeśli spojrzało się na tę sytuację nieco bardziej optymistycznie, stwarzało dość dobre warunki do przemianowania własnej osoby. Skoro nieoficjalnie mój zespół został już rozwiązany, w dodatku ponoć z moich problemów zdrowotnych, nie byłem już wokalistą. Co za tym szło, to już dość mocno mieszało w moim życiu i pozwalało odwrócić mi się od przeszłości. Tak jak już wspominałem wcześniej, zamierzałem zająć się obecnie grafiką komputerową i projektowaniem – to było wręcz rewelacyjne wyjście z tej sytuacji! Korzystając z już wypracowanej sławy, moje nazwisko wciąż będzie rozpoznawalne, choć ja sam będę mógł zniknąć. Jak to możliwe? Nic prostszego! O ile muzyk w istocie jest personą, która stale jest oblepiana spojrzeniami ze wszystkich stron, o tyle ludzie sławni, niezwiązani z przemysłem rozrywkowym lub polityką, są zazwyczaj znani z nazwiska. Czy kogoś naprawdę interesuje jak wygląda jakiś projektant mody czy architekt? Od niego samego ważniejsze są jego prace! W moim przypadku nie miało być inaczej.
Już oczyma wyobraźni widziałem tę stronę internetową, w myślach wybierałem czcionki, a w chwilach przerwy między układaniem talerzy i przekładaniem ich skrawkami folii bąbelkowej, żeby te się nie pobiły, w kartonie, wykonywałem szybkie, chaotyczne szkice na kartkach papieru, które walały się po całej podłodze od czasu, kiedy w napadzie desperacji wyrzuciłem je z biurka.
Naprawdę nie znosiłem tego całego „ceremoniału” towarzyszącego przeprowadzce. Już nawet nie chodziło o te pamiątki, o tę sentymentalną część Yoshidy Hiroshi, który od czasu do czasu irytująco głośno potrafił stukać w wieko trumny, w której go uwięziłem, ale o zwykłe formalności. Tyle z tym zachodu! No i to całe pakowanie… O ile jeszcze z pakowaniem rzeczy osobistych, takich jak ubrania czy kosmetyki, nie miałem problemu, o tyle denerwowało mnie układanie akcesoriów kuchennych. Talerze, kubki, sztućce, przybory kuchenne, garnki, patelnie… Niby tego właściwie nie używałem, a jednak, jakby nie patrzeć, musiałem to ze sobą wziąć, a przyznać trzeba było, że ważyło to przecież dość sporo. No i jeszcze patrz i martw się człowieku, żeby czasem coś się nie zbiło, nie potłukło… Cholera…

***

- Chyba zwariowałeś! – darł się Zero od progu. – Dlaczego chcesz się przeprowadzić?!
- Nie twój interes – burknąłem, z impetem stawiając słoik kawy, po który poszedłem do sklepu, na blacie kuchennym.
Czy ja nie wspominałem przypadkiem, że Tokio to ogromne miasto, w którym szansa na spotkanie kogoś niepożądanego jest równa tysięcznym częściom procenta? No, to jak widać mnie przypadło właśnie to „szczęście” znaleźć się w tej a jakże nielicznej grupie ludzi, których dotknęła ta wyjątkowa sytuacja spotkania niechcianej osoby.
- Właśnie, że mój! – Michi upierał się niczym dziecko.
- Czy ty wiecznie musisz wchodzić w moje życie z butami?! – zirytowałem się. – Jestem dorosły i wiem, co robię. Tak, mamo, poradzę sobie – prychnąłem, widząc jego kwaśną minę. – Nie uważasz, że już dość namieszałeś w moim życiu? – wciąż wściekły wstawiłem wodę na kawę, jak zwykle nie proponując niczego do picia nieproszonemu gościowi.
- Aach… - przeciągnął. – Więc o to chodzi… - uśmiechnął się krzywo.
- Co tam znowu w tej spróchniałej mózgownicy się zalęgło, co? – spojrzałem na niego niechętnie. – Znów jakiś rewelacyjny pomysł nadinterpretowania mojego zachowania?
- Nadinterpretacja? – prychnął. – O nie, kochany, tu nie ma, czego nadinterpretować. Tu jasno widać, że ty po prostu uciekasz! Zwijasz manatki i czym prędzej zmywasz się niczym mały dzieciak, który wie, że za swoje zachowanie dostanie karę – pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Nie… - zacząłem, ale szybko odpuściłem. – A myśl sobie, zresztą, co chcesz – machnąłem lekceważąco ręką, wzruszając ramionami. – Nie obchodzi mnie twoje zdanie.
Pstryk. Już chciałem sięgnąć po czajnik, w którym woda właśnie osiągnęła swoją temperaturę wrzenia, jednak niedane było mi to zrobić. Basista szybkim ruchem przyszpilił mnie do ściany, zaciskając jedną rękę na moim barku, a drugą na przedzie koszulki, którą gniótł między palcami.
- Twoja maska popękała, hm? – posłał mi jadowite spojrzenie. – Pojawiły się na niej skazy, więc postanowiłeś ją wyrzucić, uznając, że już nic nie jest warta – syczał wściekle. – Udało mi się podpatrzeć, ty cholerny, podrzędny aktorzyno ze spalonego teatru, jak ją zdejmujesz, więc postanowiłeś jej się pozbyć, gdyż tak usilnie starałeś się, żeby wszyscy uwierzyli, że ta właśnie maska to twoja prawdziwa twarz – uśmiechnął się niemal obłąkańczo. – Tak bardzo się starałeś… - zaśmiał się pod nosem. – A wszyscy jedli ci z ręki… aż do czasu.
- Zero… - próbowałem mu przerwać, ale on nie zwracał na mnie żadnej uwagi.
- Hiroshi, człowiek to nie jakiś pieprzony projekt! – sapnął ciężko. – Nikt z nas nie jest idealny; wszyscy mamy jakieś skazy! – przymknął na moment powieki, jakby nagle stał się czymś bardzo zmęczony. – Ale ty nie chcesz tego wciąż pojąć… Wciąż na nowo i na nowo próbujesz zaprojektować siebie, przywdziewając nowe maski. Czy ty w ogóle rozumiesz, co ty robisz? Czy potrafisz dostrzec swoją wartość?
- Zero…
- Ależ oczywiście, że nie! – parsknął. – Znaczysz we własnych oczach tak mało, że potrafiłeś zabić swoje „ja”, zamknąć prawdziwego siebie w klatce niczym dzikie, przygłupie zwierzę i przywdziać tę pieprzoną, malowaną maskę. Jak ona wygląda dokładnie, co? – jego monolog zdawał się nie mieć końca. Muzyk wyglądał jakby popadł w jakiś trans; jakby dopadł go słowotok.
- Shimizu… - spróbowałem raz jeszcze zwrócić na siebie jego uwagę, ale i tym razem nie osiągnąłem sukcesu. Chłopak jakby zatracił się, zupełnie nie zważając na mnie.
- Musi być piękna, prawda? Tak, żeby wszyscy ci jej zazdrościli, kiedy tylko na ciebie spojrzą; taka, żeby mogła zakryć swoim pięknem twoją własną brzydotę przegniłego wnętrza, które pod nią skrywasz. Jest misterna i piękna, bogata i pełna przepychu, drogocenna; dlatego, aby mogła być twoją rekompensatą za czasy, w których nie znaczyłeś nic w swoim pojmowaniu. Jest najcenniejsza. Jest twoim doczesnym i nowym życiem; za nic nie możesz jej stracić i…
- Michi! – krzyknąłem w końcu, przerywając mu. – O czym ty, do cholery, pierdolisz? – spojrzałem na niego jak na idiotę. – A tak swoją drogą to weź się przesuń – odepchnąłem go. – Woda mi na kawę stygnie… - mruknąłem burkliwie pod nosem.
Basista posłał mi miażdżące spojrzenie, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Moja kawa była ważniejsza od jego pokręconych uczuć.

***

Chłodne, nocne powietrze przynosiło ukojenie. Stałem na balkonie, niedbale wsparty o barierkę i wpatrywałem się w światła miasta. Stąd widok był zupełnie inny niż z okna mojego starego mieszkania… tam nawet nie było balkonu, ale nigdy jakoś dotkliwie mi to nie przeszkadzało; stąd widok był nawet piękniejszy… Stojąc tak na tym balkonie wysuniętym wprost w objęcia nocy, górując nad całym tym przedstawieniem ze świateł z wysokości jednego z najwyższych pięter wieżowca o naprawdę imponujących rozmiarach, nawet jak na standardy tokijskie, czułem się jakby bardziej uczestnikiem obecnej chwili. Wcześniej, tkwiąc za martwą taflą okna, czułem się bardziej bezpieczny, ale także wyizolowany. Teraz powoli trafiało do mnie to, iż spajałem się z okalającą mnie rzeczywistością – czy tego też chciałem, czy też nie. Nie mogłem już dłużej uciekać.
Metalowy brzdęk – pewnie kluczy.
Ciche, jakby ostrożne kroki.
Dźwięk otwieranych drzwi.
Stop. Kroki ustały na moment.
Szelest zdejmowanego ubrania wierzchniego – obstawiałem czarną, skórzaną kurtkę.
Kroki.
- Zaprawdę malownicza ta piramida z kartonów, która zalega w twoim salonie – Zero pojawił się na balkonie.
Tak, od razu wiedziałem, że to on.
…w końcu, póki co, tylko on miał klucze do mojego mieszkania.
Tak, zabrał mi je, kiedy tylko weszliśmy do mojego nowego lokum z pierwszymi kartonami wypełnionymi po brzegi moimi rzeczami.
- Miło, że komplementujesz mój wystrój wnętrz. Długo nad nim rozmyślałem – nie podjąłem jego sarkastycznej gry. – Niemniej… Zdaje mi się, że tych kartonów jest nieco więcej niż powinno… - odwróciłem się do niego przodem.
Spojrzałem ponad jego ramieniem przez przeszklone drzwi na górę pudeł, która pyszniła się na podłodze salonu. Michi stał w progu mieszkania, wpuszczając do niego zimne podmuchy wiatru. Palił papierosa. W otaczających nas ciemnościach lśniły tylko jego oczy oraz końcówka jarzącej się używki. Basista wzruszył ramionami i przybrał niewinną minę.
- To jeszcze nie wszystkie – oświadczył. – Ale spokojnie, nie mam zbyt wielu rzeczy – posłał mi przymilny uśmiech.
- No to dobrze… - mruknąłem, nie przywiązując większej uwagi do jego słów. – Znaczy… Chwila… Co?! – wrzasnąłem nagle.
- No co? – rozłożył ręce. – Przecież mówiłem ci, że właśnie pokazywałem moje mieszkanie temu potencjalnemu klientowi, co dzwonił z ogłoszenia… Na razie chce je wynająć na pół roku, a potem pomyślimy – zaciągnął się po raz ostatni, po czym wyrzucił niedopałek za barierkę, przysuwając się do mnie. – Więc mamy dla siebie pół roku – posłał mi promienisty uśmiech.
- Nie żartuj… - jęknąłem. Nic jednak w moim rozmówcy nie wskazywało na to, jakoby miał robić sobie ze mnie żarty. – Zrobię sobie krzywdę… - warknąłem pod nosem.
- Jestem tu właśnie po to, aby pilnować cię, byś tego nie zrobił – odgarnął przydługą grzywkę, która opadała mi na twarz.
- Ale to przecież przez ciebie! – wykrzyknąłem, na co chłopak jedynie się zaśmiał.

***

Są takie chwile w życiu, kiedy zastanawiam się czy jeszcze walczyć, czy już się poddać, kiedy doskonale wiem, że i tak nic nie ugram – ale to przecież tak nieładnie poddawać się na samym początku… Chociażby wypadało, żeby trochę powalczyć o swoje!... ale kiedy tak spoglądałem na Zero, to czasem nawet żałowałem, że się urodziłem…
- Widzisz, jak nam wspaniale idzie dogadywanie się? – uśmiechnął się do mnie.
- Zajebiście… - mruknąłem bez entuzjazmu. – To teraz wypad z mojego łóżka! – warknąłem.
- Nie – pokręcił głową. – Widzę, że nie zrozumiałeś – westchnął ciężko. – Przecież tłumaczyłem ci to przez dobre półgodziny! – wywrócił oczyma. – Ale nic, powtórzę jeszcze raz… Umówiliśmy się, że będziemy się zamieniać; raz ty będziesz spał na kanapie, a ja w łóżku, a potem odwrotnie. Ustaliliśmy, że będziesz spał w łóżku każdej pełni, o ile wypadnie ona w dzień nieparzysty, który nie będzie wielokrotnością trójki i nie będzie to miało miejsca w nieparzystym miesiącu. A więc jeśli pełnia wypadnie, na przykład, pierwszego lutego, sypialnia jest twoja – posłał mi kolejny uśmiech, od którego aż zachciało mi się rzygać tęczą… już czułem jak światło załamywało mi się w żołądku…
Prawdą było, że Shimizu w ostatnim czasie zaczął się dużo szczerzyć, co nie powiem, było niepokojące i budziło we mnie strach. Ten jego promienny wyszczerz, jakim zawsze raczą nas domokrążcy, próbujący wcisnąć potencjalnym klientom magiczne skarpetki uzdrawiające, zestaw noży kuchennych zapewniający dobrą atmosferę w związku i inne takie… To nie mogło wróżyć nic dobrego…
- Super – posłałem mu kwaśny uśmiech. – A teraz nie wkurwiaj mnie i wypierdalaj z mojego łóżka – syknąłem, wskazując mu drzwi za sobą.
- Oj, Yoshi…
Westchnąłem ciężko. I tak było codziennie – walka o wszystko: o to, kto pierwszy idzie do łazienki, kto gotuje, kto wyrzuca śmieci i sprząta, kto idzie do sklepu i w końcu kto śpi w łóżku…
Ja naprawdę nie zdzierżę… A może by tak go po prostu zabić albo przynajmniej okaleczyć? Mógłbym go wrzucić do schowka na klatce schodowej, to przynajmniej nie śmierdziałoby mi w mieszkaniu rozkładającym się trupem. Ponad to, jakby przyjechała policja, mógłbym palić głupa, że ktoś podrzucił te zwłoki do mojego schowka i nie wiem, skąd one się tam wzięły. W końcu schowek ten nie znajduje się w moim mieszkaniu, więc nie mam cały czas na niego oka, a poza tym taki tam lichy zamek, że przy mocniejszym szarpnięciu można byłoby go wyrwać, więc pewnie ktoś skorzystał z tego i z tej racji zostawił tam martwe ciało… Tak, to dobre wyjaśnienie. Swoją drogą, pozostaje mi tylko błagać, żeby policja pojawiła się dopiero w momencie, kiedy zwłoki będą już w tak zaawansowanym stanie rozkładu, tak, że nikt nie będzie w stanie już ich rozpoznać…
- Hiroshi – z moich jakże przyjemnych rozmyślań wyrwał mnie natarczywy głos bruneta – nie denerwuj już się – przysunął się do mnie na materacu i lekko objął, jakby obawiał się, że zaraz mógłbym od niego odskoczyć niczym oparzony. – Nie chciałem cię zirytować. Za dużo już się dzisiaj droczyłem?
- Owszem – przytaknąłem i z westchnieniem oparłem głowę na jego ramieniu. – Mógłbyś czasem odpuścić, wiesz?
- Spróbuję o tym następnym razem pamiętać – oparł brodę na mojej głowie.
- Właściwie… Dlaczego chcesz ze mną mieszkać? I dlaczego tak nagle o tym zadecydowałeś?… przy tym nawet nie pytając mnie o zdanie – spojrzałem na niego ciekawsko, z lekką przyganą.
- Aj, głupie pytania zadajesz – przewrócił oczyma. – Nie pytałem cię o zgodę, bo to nie miałoby sensu; jak zwykle w takiej sytuacji włączyłby ci się twój tryb „closer to ideal” i nie zgodziłbyś się – prychnął. – A co do powodu, dla którego chciałem z tobą zamieszkać… - nachylił się nade mną znacząco. – To chyba ty go już dobrze znasz – musnął moje usta.
Odpowiedziałem na pocałunek, przez co muzyk poczuł się pewniej. Pchnął mnie na łóżko, a sam zawisnął nade mną, opierając się dłońmi po obu stronach mojej głowy. Objąłem go za szyję, podczas gdy on znów złączył nasze usta, co rozpoczęło salwę gorących pocałunków.


Quiz 3: "Jak nazywałby się Twój j-rockowy zespół?"

Dobra, pozrzędzę sobie teraz - a co, bo mogę. Przyznam, że ilość 5 komentarzy pod "Hayakki-yoko" mnie nie ucieszyła ;( Pierwsza część wzbudziła wielkie poruszenie i zainteresowania, toteż myślałam, że będzie tak działo się dalej, ale teraz tak jakby wszystko ucichło... ;_;
Miałam dać coś do poczytania, ale "za karę" za tak małą ilość komentarzy dostajecie kolejny quiz na rozruch xD Mam nadzieję, że przypadnie on wam do gustu :)

Quiz 3: „Jak nazywałby się Twój j-rockowy zespół?”

1.      Z jaką wytwórnią Twój zespół mógłby współpracować? (np. PS Company, Shimizuya Records ect.)
……………….. [podaj nazwę]

2.     Jak nazywa się zespół, którego twórczość mogłabyś przyrównać do swojej własnej (domniemanej) muzyki?
……………….. [podaj nazwę]

3.     Jak nazywa się Twój ulubiony muzyk?
……………….. [podaj nazwę]

4.     Gdybyś miała przyrównać swój (domniemany) sceniczny wygląd do jakiejś gwiazdy, kto by to był?
……………….. [podaj nazwę]

5.     Ile Twój zespół liczyłby osób?
a)     Byłabym solistą,
b)     Grałabym w duecie,
c)      Trzy,
d)     Cztery,
e)     Pięć.

6.     Jaki gatunek muzyki grałby Twój zespół?
a)     Rock-pop,
b)     Rock alternatywny,
c)      Hard rock,
d)     Heavy metal.

7.      Czy w Twoim zespole (oprócz Ciebie) grałyby jakieś inne dziewczyny?
a)     Tak; jedna, może dwie,
b)     Nie,
c)      Mój zespół składałby się z samych dziewczyn.

8.     Jaką pozycję zajmowałabyś w zespole?
a)     Wokalista,
b)     Gitarzysta,
c)      Basista,
d)     Perkusista,
e)     Pianista/skrzypek/inne

9.     W jakim języku śpiewałby wokalista Twojego zespołu?
a)     Wyłącznie po japońsku,
b)     Przeplatałby japoński i angielski,
c)      Wyłącznie po angielsku,
d)     W innym języku.

10. W jakim stylu plasowałby się Twój zespół?
a)     Visual-kei,
b)     Oshare-kei.
  
11.   Czy w Twoim zespole mogliby znaleźć się „niesławni” muzycy wspierający (support members)?
a)     Tak
b)     Nie

Odpowiedzi:
1.       Wybierz trzecią literę nazwy od końca i zapisz ją.
2.      Wybierz pierwszą literę od początku nazwy i zapisz ją.
3.      Wybierz piątą literę od początku nazwy (jeśli nazwa zespołu jest krótsza, licz litery kolejno w rzędzie, aż natrafisz na tę, która zyska numer piąty) i zapisz ją.
4.      Wybierz drugą literę nazwy pod początku i zapisz ją.
5.      A) zapisz literę [I]; B) zapisz literę [E]; C) zapisz literę [F]; D) zapisz spację [przerwa]; E) zapisz literę [A];
6.      A) zapisz literę [O]; B) zapisz literę [Y]; C) zapisz literę [J]; D) zapisz literę [P];
7.      A) zapisz spację [odstęp]; B) zapisz średnik [;]; C) zapisz apostrof [‘];
8.      A) zapisz literę [M]; B) zapisz literę [T]; C) zapisz literę [S]; D) zapisz literę [R];
9.      A) zapisz literę [B]; B) zapisz literę [V]; C) zapisz literę [C]; D) zapisz literę [N];
10.   A) zapisz literę [O]; B) zapisz literę [E];
11.    A) zapisz literę [L]; B) zapisz literę [X].

A na koniec wrzućcie to, co Wam wyszło do Google Translator i wybierzcie opcję „wykryj język” – jeśli coś Wam przetłumaczy lub chociaż wykryje język, pochwalcie się koniecznie w komentarzach~!


Mnie wyszło Rliray;Mvox – właściwie nie brzmi aż tak źle (samo Rliray myślę, że wyszło całkiem okej) xD Tłumacz wykrył mi to jako język malgaski, ale niestety nic nie udało mu się przetłumaczyć xp