"Nowy Świat" cz.5

Widzę, że jednak tym, co zależy najbardziej od ilości komentarzy jest paring. No cóż, w takim razie chyba będę zmuszona do przyswojenia tego, że od tej pory będzie komentarzy mniej. Znacznie mniej, bo ubzdurałam sobie, żeby pisać niekonwencjonalnie - albo inaczej, tworzyć dziwne paringi. No i zresztą ostatnio jedyną rzeczą, którą udaje mi się pisać, to "Nowy Świat", tak więc macie przechlapane =.=''

„Nowy Świat” cz. 5

- Aż się boję pomyśleć, co przyniesie następny – wydusiłem z siebie, gdyż ciężko było mi mówić pomiędzy kolejnymi westchnięciami.
- Byłbyś głupi, gdybyś się nie bał – odparł beznamiętnie i uśmiechnął się złowieszczo.
- Może masz rację - również odpowiedziałem mu uśmiechem i rozkoszowałem się jego kojącym wszelkie bóle dotykiem.
Swoją drogą, ciekawe, co przyniesie następny dzień…

Minęło już dużo czasu od mojego przyjazdu; a bynajmniej na tyle dużo, że dawno temu pośrednictwo pracy, do którego zaniosłem papiery już na samym początku, powinno się odezwać, podsunąć mi jakieś propozycje zatrudnienia. Powinno – w moim przekonaniu – ale tego nie zrobiło. Zaczynałem się martwić, bo niestety moje zasoby pieniężne nie były zbyt pokaźne, więc nie mogłem pozwolić sobie na bezczynne wylegiwanie się w łóżku. Pośrednictwo pracy milczało, mój sponsa mówiący po starojapońsku najwyraźniej nie zamierzał w żaden sposób ingerować w moje życie, na Saitou wolałem się już nie zdawać, podobnie jak na jego kolegę oraz Daisuke, który nigdy nie miał na celu pomocy mi w zalezieniu roboty, a jedynie wykorzystał mnie do wcześniej ukartowanego planu z Hideto.
Odrzuciłem od siebie gazetę, którą właśnie przeglądałem. Niestety, żadnych ofert pracy dla siebie tam nie znalazłem. Zrezygnowany westchnąłem ciężko i opadłem na poduszki. Ito wyszedł do szkoły, a Ochida do pracy, przez co w mieszkaniu panowała idealna cisza przerywana jedynie głuchym odgłosem bicia mojego serca; to było takie… nienaturalne… Zdążyłem się już przyzwyczaić, że z mieszanką wybuchową, jaką stanowił blondyn i brunet nie da się nudzić, zawsze jest głośno, a tu proszę… zupełna odmiana.
Sięgnąłem po wibrujący pod poduszką telefon, aby ponownie odrzucić połączenie od dyrektora studia filmów erotycznych, do którego przez przypadek wysłał mnie Saitou i Akihito. Przez moment bezmyślnie wpatrywałem się we własne odbicie w ciemnym ekranie, kiedy nagle mnie olśniło. Zerwałem się na równe nogi i podbiegłem do krzesła obrotowego stojącego przed biurkiem. Przez jego oparcie wisiały przerzucone moje spodnie. Wygrzebałem z ich kieszeni wizytówkę, którą dał mi Hiro, a o której przez sprawę z Hyde zdążyłem zapomnieć. Pospiesznie wykręciłem numer. Po kilku długich sygnałach usłyszałem, że wokalista Nocturnal Bloodlust odebrał, jednak nim zdążył się odezwać, wypaliłem:
- Cześć, z tej strony Alex. Spotkaliśmy się na Takeshita-dori; pamiętasz mnie może jeszcze? – zacząłem dość nerwowo.
- Um… - usłyszałem jedynie mruknięcie po drugiej stronie. – Chłopaki, chwila! – krzyknął zapewne do zespołu, który musiał stać gdzieś w pobliżu. Chwilę potem usłyszałem dźwięk zamykanych drzwi i dopiero teraz chłopak odezwał się. – Jasne, że cię pamiętam – byłem niemalże pewny, że się uśmiecha; zapewne nieco kpiąco. – Już się bałem, że to ty o mnie zapomniałeś, bo tak długo nie dzwoniłeś.
- Wybacz, miałem… małe kłopoty… - mruknąłem.
- Ochida coś ci zrobił? – dopytywał.
- Uczestniczył w tym tylko pośrednio… - przyznałem. – Ale to nie jest teraz ważne. W zasadzie to dzwonię do ciebie z pytaniem: czy to, że tak długo nie dzwoniłem mógłbym ci zrekompensować spotkaniem? – zaproponowałem.
- Wiesz… - wziął głębszy oddech. – Bardzo chętnie, ale teraz nie mam czasu.
- Och… - byłem zawiedziony. Szczerze powiedziawszy to liczyłem na to, że wyrwę się gdzieś z wokalistą Nokuruby, bo siedzenie w domu stało się dla mnie czymś w rodzaju kary. - Macie próbę? – zgadywałem.
- Właśnie nagrywamy – wyznał. – Wybacz, ale nie wiem nawet, o której dzisiaj wyjdę ze studia. Mamy napięty terminarz na ten tydzień… na razie na ten tydzień… Co będzie dalej też nie umiem przewidzieć – westchnął. – To nie tak, że cię unikam albo spławiam…
- Rozumiem – przerwałem mu. – Jesteś zajęty; nie musisz się przede mną tłumaczyć – chciałem, żeby mój ton głosu był lekki, jednak wyszło dość beznamiętnie.
- Alex…
- Nie szkodzi. Spotkamy się kiedy indziej, prawda?
- Z chęcią… - w oddali usłyszałem nawoływania. – Jeszcze raz przepraszam, ale muszę już kończyć.
- To ja przepraszam, że zająłem ci czas. Do usłyszenia! – zakończyłem entuzjastycznie, co brzmiało dość dziwnie, biorąc pod uwagę, że jeszcze chwilę temu wypluwałem słowa niczym maszyna. Rozłączyłem się, nie czekając, aż ten również wypowie słowa pożegnania.
Sapnąłem i przewróciłem oczyma, po czym znów opadłem na łóżko. Jeśli tak dalej pójdzie to dostanę odleżyn na dupie od nieróbstwa…
Gapiłem się w sufit niczym ciele w malowane wrota, robiąc przy tym dziwną minę. W końcu jednak ponownie podniosłem się i skierowałem do przedpokoju. Zgarnąłem klucze, założyłem buty i wyszedłem w nieznane. Trudo – najwyżej się zgubię. A zresztą, co mi tam? Trzy razy się zgubię, cztery razy znajdę i w końcu gdzieś dojdę… nie?
Doszedłem do najbliższej stacji metra i wsiadłem do pierwszego lepszego wagonu. Nie liczyłem przystanków, nie słuchałem przesłodzonego głosiku ciągnącego się niczym karmel z głośników, który informował podróżujących o nazwie kolejnej stacji. Wysiadłem na „chybił-trafił” wylewając się z metra, a następnie z podziemi wraz z tabunem ludzi, w którym, co było najdziwniejsze, nikt nie deptał sobie po nogach, a i rzadko zdarzało się, żeby ktoś na kogoś wpadł. Z tablicy mieszczącej się tuż przy schodach prowadzących do betonowych „wnętrzności miasta” dowiedziałem się, że znalazłem się na stacji należącej wciąż do dzielnicy Hirō (nie mylić z Hiro z Nocturnal Bloodlust od aut.), jednak w rzeczywistości znajdowała się na jej granicy z Minami-Azabu, w której kierunku się udałem. Przechadzałem się asfaltowymi uliczkami, które w zasadzie różniły się od tych w Higashi (to znaczy tam, gdzie obecnie mieszkałem) tylko witrynami sklepowymi, które reklamowały inne produkty. Wszystko niezmiennie betonowe i wyasfaltowane, więc nie możecie nawet wyobrazić sobie mojego zdziwienia, kiedy dotarłem do parku. Z tablicy mieszczącej się przy jego bramie dowiedziałem się, że jest to Arisugawa Memorial Park, a już korzystając z własnych zasobów wiedzy, przypomniałem sobie, że w jego centrum znajduje się Tokyo Metropolian Center Libray. Mimo wszystko nie zamierzałem się udawać do biblioteki. Spacerowałem wyłożonymi szarą kostką brukową, zamiecionymi alejkami podziwiając upór ogrodników, którzy musieli napracować się, aby utrzymać rośliny w odpowiednich proporcjach, aby te ładnie się ze sobą komponowały, tworząc jakieś wzory bądź figury; wszystko pod czujnym okiem człowieka, jego bezlitosną ręką… aż przez moment zatęskniłem za pięknem nienaruszonej przyrody i jej asymetryczną fantazją.
W zachodniej części parku mieściło się niewielkie, również sztuczne jeziorko. O tej porze mało osób urządzało sobie spacery po parku, gdyż w końcu był środek dnia, a wiec normalni ludzie o tej godzinie pracowali, uczyli się bądź gnali na złamanie karku, aby zdążyć z wypełnieniem zleconych im zadań. O ile po drodze minąłem jeszcze kilku studentów czy licealistów, którzy zmierzali do biblioteki lub już z niej wracali, o tyle tutaj było całkiem pusto. Byłem absolutnie zdziwiony tym, że w tym wielkim terrarium, jednym z największych na świecie skupisk ludzkich może znaleźć się jakieś odludne miejsce… i to w dodatku w jego centrum…
Podszedłem bliżej jeziorka, aby poczuć przyjemny powiew wiatru, który nadchodził z jego strony. Przysiadłem na trawie i przez długą chwilę wpatrywałem się w ospale falującą, niemalże niezmąconą taflę wody, po czym odchyliłem się i położyłem. Założyłem ręce pod głowę i ułożyłem ją na splecionych dłoniach. Nogi pozostawiłem ugięte w kolanach. Przez kolejny moment wpatrywałem się w niebo, po którym gnały porwane skrawki chmur. Znów leżałem… Znów bezczynnie…
Odchyliłem głowę. Na wysokości moich oczu znalazł się wysoki krawężnik. Widziałem nogi ławek, dolne partie pieni drzew i idealnie równo, krótko przyciętą trawę. Przesuwałem wzrokiem szukając czegoś interesującego, na czym mógłbym na chwilę zawiesić wzrok, aż w końcu znalazłem to owe coś.
Trampki.
Conversy (lokowanie produktu xD od aut.).
Czarne.
Jak na moje oko to rozmiar trzydzieści dziewięć, choć mogę się mylić.
Wywindowałem się z powrotem do siadu, aby ponownie skierować wzrok w tę samą stronę. Na najbardziej oddalonej ode mnie ławce siedział chłopak. Był młody; mógł być ode mnie starszy zaledwie o kilka lat. Miał półdługie, farbowane, czarne włosy sięgające ramion, które przy karku stawały się coraz krótsze. Ubrany był w również czarne jeansy oraz popielatą koszulkę z białym nadrukiem w postaci czaszki i misternych napisów pod nią, których nie mogłem odczytać z racji dzielącej nas odległości. Na kolanach trzymał notatnik i pisał coś zawzięcie. Na nadgarstkach luźno zwisało kilka rzemyków oraz bransoleta przypominająca łańcuch o drobnych ogniwach. Na szyi zawieszony miał naszyjnik o ciężkiej zawieszce. Z daleka rzuciło mi się w oczy, że na środku dolnej wargi nosi kolczyk, którym teraz jakby nerwowo się bawił zębami. Również tuż nad środkiem górnej wargi lśniła metalowa kulka, a także po lewej stronie ust. Nie miał mocno zarysowanych kości policzkowych, tak jak to często u Japończyków bywa; wręcz przeciwnie, miał delikatne rysy twarzy, jednak nie był zniewieściały. Wstałem i postąpiłem kilka kroków w jego stronę. Chłopak podniósł głowę i spojrzał na mnie. Miał duże oczy, a w każdym z nich soczewkę w innym kolorze – w lewym czerwoną, w prawym niebieską. Powieki delikatnie zostały oprószone ciemnym cieniem, przez co wydawały się jeszcze większe. Kiedy spostrzegł, że zmierzam w jego stronę uśmiechnął się do mnie delikatnie, ciepło.
- Cześć – przywitałem się. – Nie przeszkadzam?
- Nie, nie – pomachał rękami jakby w obronnym geście. – Usiądź – wskazał mi miejsce obok siebie.
- Co tutaj robisz o tej porze? – zapytałem, aby podtrzymać rozmowę.
- Odwlekam powrót do domu – zaśmiał się. – A ty?
- Próbuję zabić nudę – wyznałem szczerze. Brunet popatrzył na mnie zdziwiony. – Póki co jestem bez pracy, więc się nudzę.
- To nie powinieneś poszukać pracy? – spojrzał na mnie rozbawiony.
- Szukałem. Wszędzie.
- I wszystkie miejsca pracy w całym Tokio są zajęte? – popatrzył na mnie z pobłażaniem i rozbawieniem jednocześnie.
- No może nie wszystkie… ale te, do których mam predyspozycje najwyraźniej tak – odchyliłem głowę za oparcie ławki.
- A kim jesteś z wykształcenia? – dociekał.
- Informatykiem. A ty? Kim jesteś skoro możesz sobie pozwolić na odwlekanie powrotu do domu i gadki z nieznajomymi w parku? – spojrzałem na niego wyzywająco.
- Muzykiem – odparł niezrażony. – Początkującym – dodał.
- To znaczy? – posłałem mu pytające spojrzenie.
- Zajmuję się coverami – włożył notes do torby, która stała obok niego. – Póki co.
- Mhm… - mruknąłem. – Gdzie mieszkasz?
- A coś ty taki dociekliwy? – spojrzał na mnie niby podejrzliwie, jednak na jego ustach wciąż malował się delikatny uśmiech.
- Próbuję nawiązać znajomość.
- Z nudów?
- Możliwe – chłopak zaśmiał się.
- Mieszkam w Fukanace – odparł. – A ty? W Tokio? Czy może przyjechałeś tu tylko na chwilę?
- Teoretycznie na stałe, jednak jeśli nie znajdę pracy w najbliższym czasie, to będę musiał wrócić do siebie – mruknąłem niepocieszony. – Właściwie to jak się nazywasz?
- Crena Ketsueki – przedstawił się i wbił we mnie wzrok. Przez chwilę intensywnie myślałem, jednak w mojej głowie nie zapaliła się żadna żaróweczka i pozostałem nieoświecony.
- Wybacz, ale nie słyszałem o tobie nigdy wcześniej – spojrzałem na niego przepraszająco.
- To nic – wzruszył ramionami. – Wciąż nie cieszę się zbyt duszą sławą – odparł niewzruszony. – A ty jak się nazywasz?
- Alexander Wright.
- Pospolite nazwisko – mruknął i przysunął się, przyglądając mi się uważniej. – Ale twarz… absolutnie nieprzeciętna – zaśmiał się pod nosem. Spojrzałem na niego zaskoczony.
- Chwila, chwila… Ty mnie podrywasz? – zaśmiałem się. – Ty też jesteś niczego sobie… - uśmiechnąłem się. Wcale nie kłamałem. Był naprawdę przystojny; bardzo w moim typie. Uśmiech na ustach Creny stał się delikatniejszy.
- Mam dziewczynę.
- Och… Jaka szkoda – nadałem mojemu głosowni jednocześnie nieco prześmiewczy i zasmucony ton, choć w rzeczywistości naprawdę byłem rozczarowany. Rzuciłem mu rozbawione spojrzenie, aby nie poznał, że jego słowa mnie dotknęły. To z pewnością nie była miłość od pierwszego wejrzenia, fascynacja czy nawet zauroczenie, ale zdawało się, że najzwyczajniej w świecie zapomniałem, iż nie każdy przystojny facet na tej planecie jest homoseksualistą. – Moment… ale w zasadzie… dlaczego mi o tym mówisz? – w końcu go nie podrywałem, nie?
- No wiesz… Tak ni z tego, ni z owego przysiadłeś się, zaczęliśmy niby niezobowiązującą rozmowę… - uśmiechnął się znacząco. – A jaki był tego prawdziwy cel?
- Przepraszam bardzo, ale czy ja ci wyglądam na taniego podrywacza, który włóczy się po parkach, żeby zaczepiać ludzi? – zmroziłem go spojrzeniem, na co brunet zaśmiał się. – Dzięki – wywróciłem oczyma. – W takim razie pozwolisz, że ten tani podrywacz pójdzie sobie ze swym szanownym siedziskiem popodrywać jakieś kwiatki i drzewka w innej części parku, a ciebie zostawi w spokoju – podniosłem się, jednak nim zdążyłem zrobić krok, Ketsueki złapał mnie za nadgarstek.
- Nie obrażaj się – on również wstał. Stanął za mną, tak blisko, że czułem jak jego klata piersiowa przylega do moich pleców. – Przepraszam – nachylił się nad moim ramieniem w taki sposób, że kątem oka mogłem dotrzeć jego twarz, na której znów malował się delikatny uśmiech, tym razem przepraszający. – To rzeczywiście zabrzmiało źle. Powiedziałem coś głupiego, zanim zdążyłem pomyśleć – odwróciłem się do niego przodem. – Nie chciałem cię urazić. Może w ramach rekompensaty… hm… postawię ci obiad? – wyciągnął telefon z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz, na którym ukazała się godzina. – To już ta pora, więc…
- Dobry pomysł – przerwałem mu. – Jestem głodny – wyznałem i ruszyłem przed siebie. Crena w ekspresowym tempie chwycił swoją torbę i dogonił mnie, równając ze mną krok.
- Przepraszam – powtórzył, spoglądając mi w twarz.
- Nie musisz powtarzać tego sto razy. Nie jestem już zły… w zasadzie nawet nie byłem… - wydusiłem z siebie z trudem ostatnie słowa.
- Nie? – zdziwił się. – To dlaczego…?
- Jestem przewrażliwiony na punkcie wszystkiego, co pośrednio i bezpośrednio wiąże się z seksualnością przez… przez przygodę, którą zafundował mi mój współlokator… - sapnąłem.
- To znaczy? Umówił cię na randkę w ciemno? – zgadywał.
- Nie. Chciał mi pomóc znaleźć pracę i przez przypadek wysłał mnie do studia filmów erotycznych… - westchnąłem. – Jego dyrektor wciąż do mnie wydzwania…
Ketsueki aż przystanął z wrażenia i popatrzył na mnie oczami okrągłymi ze zdziwienia. Zamrugał kilkakrotnie, przyswajając moje słowa.
-  Jak można wysłać kogoś „przypadkiem” do studia filmów erotycznych? – zapytał zmieszany.
- On sam nie wiedział, co to za robota. Poszedłem w ciemno… ale najgorsze w tym wszystkim było to, że nic z początku nie wskazywało, że to miejsce może być… studiem filmów erotycznych… - coraz częściej wzdychałem. – Mój współlokator powiedział, że mam dwadzieścia minut do rozmowy kwalifikacyjnej i albo spróbuję, albo potem będę żałował… no i go posłuchałem… Niepotrzebnie…
- Wiesz… W sumie to się nie dziwię – zachichotał pod nosem.
- Nie rozumiem…
- Nie dziwi mnie zachowanie tego dyrektora. Filmy erotyczne to niby tylko seks, ale jeśli ktoś ma ładne i ciało, i buźkę to wiadomo, że przyjemniej się ogląda i zrobi większą furorę – wzruszył ramionami. – A ty jesteś naprawdę uroczy – uszczypnął mnie w policzek niczym babcia wnuka.
- Au… - jęknąłem, rozmasowując obolałą część twarzy. – I kto tu kogo podrywa? Powtarzasz, że ci się podobam, zapraszasz mnie na obiad… - uśmiechnąłem się do niego cwaniacko.
- Nie zaprzeczę – uśmiechnął się szeroko.
- Co? – zdziwiłem się. – Przecież sam powiedziałeś, że masz dziewczynę…
- Sam sobie o tym przypomniałem, żeby się nie zapędzić – rozłożył bezradnie ręce. – Jestem biseksualny – wzruszył ramionami. – A ty mnie pociągasz – dodał. Stanąłem w miejscu jak wryty w ziemię.
- Żartujesz sobie ze mnie? – spojrzałem na niego zdezorientowany.
- W żadnym wypadku – uśmiechnął się ciepło, po czym podszedł do mnie.
Potrafiłem tylko stać nieruchomo i przyglądać się temu, jak nachyla się nade mną, ujmuje mój podbródek w dwa palce zmuszając mnie tym samym, abym zadarł głowę do góry, gdyż był wyższy ode mnie. Przymknął oczy, a następnie pocałował mnie. Delikatnie, krótko, czule. Sam nawet nie wiem, kiedy zamknąłem oczy, ale grunt, że kiedy je ponownie otworzyłem miałem przed sobą rozpromienioną uśmiechem twarz chłopaka, przez co na sercu poczułem dziwne ciepło. Było przyjemne, rozgrzewało moją krew i zakończenia nerwowe w opuszkach palców, przez co te mnie mrowiły. Ciepło było delikatne, nie parzyło mnie tak jak ten gorąc, który pozostawiał po sobie Hyde na moim ciele. Spojrzałem na niego zaskoczony.
- Chodźmy. Ponoć byłeś głodny – pogłębił uśmiech, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą.

***

Wsuwając do ust kolejną kulkę ryżową za pomocą pałeczek, jednocześnie obserwowałem obsługę niewielkiej restauracji, którą napotkaliśmy po drodze. Lokal był niewielki, jednak jedzenie smaczne, a gości wciąż przybywało. Kelnerki w jednakowych uniformach, kucharze stojący za rozgrzanymi do piekielnych temperatur blatami, a nawet przemykające gdzieś w cieniu sprzątaczki, które mogłem dostrzec tylko kątem oka – wszyscy oni pracowali sumiennie i z pasją. Czytałem nieraz o oddaniu, jakim wykazują się Japończycy względem swojej pracy, choć przyznam, że sam nigdy nie zwróciłem na to uwagi. Nie przyglądałem się zbytnio kierowcy autobusu, którym dostałem się z lotniska do miasta. Zignorowałem jego skupienie i dumę wypisaną na twarzy, wyprostowaną sylwetkę i drapieżny błysk w oku, jakby co najmniej był jakimś panem feudalnym, a nie zwykłym kierowcą autobusu. Nie patrzyłem na sprzedawczynię w sklepie, która pomimo iż wykonuje codziennie to samo, to wciąż jest życzliwa dla każdego z klientów, każdego z nich obdarowuje ładnym uśmiechem, mimo iż za jej pracę dostanie jedynie proste „dziękuję” i to w dodatku z ust gadzina (w Japonii w sklepie odchodząc od kasy/lady nie dziękuje się od aut.). Zastanawiało mnie to czy właśnie z tego powodu nie mogę znaleźć pracy… Czy brak mi tej pasji i dumy z wykonywanego zawodu? Prawdę mówiąc poszedłem do technikum informatycznego drogą eliminacji; od razu chciałem mieć jakiś zawód, więc liceum odpadało, szkoły zasadniczej nawet nie rozważałem. Pozostało pytanie, na jaki kierunek się zdecyduję? Nie widziałem siebie w roli elektryka czy budowlańca i tak znów drogą eliminacji doszedłem do wniosku, że została mi informatyka. Lubiłem komputery i nowinki techniczne, jednak to nie była moja pasja. Lubiłem projektować strony internetowe i od czasu do czasu dla zabawy bawić się w hackera, jednak to nie było to, czym mógłbym zajmować się bez przerwy. Po pewnym czasie zaczynałem się nudzić daną pracą, zaczynała mnie męczyć… W zasadzie to chyba jeszcze nie odkryłem swojej pasji. Nie było takiej rzeczy, której poświęcałem się stu procentach.
- Au! – zawyłem, kiedy Crena ponownie uszczypnął mnie w policzek. – To boli! – spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Nie unikaj mojego wzroku – odpowiedział z uśmiechem.
Westchnąłem. Prawda była taka, że do rozmyślań odnośnie pracy doszedłem przypadkiem, obserwując po prostu wszystko dookoła, byleby tylko nie patrzeć i nie myśleć o brunecie. Kiedy tylko w myślach wypowiedziałem jego imię, przed oczami znów stawał mi obraz jego rozanielonej twarzy chwilę po tym, jak mnie pocałował. To mnie peszyło.
Pocałował mnie.
Od tak.
Spuściłem wzrok na podłogę, za co zostałem ukarany kopnięciem w piszczel.
- Zaraz ja ci przywalę – warknąłem.
- Proszę bardzo; bylebyś tylko na mnie patrzył – odparł wciąż niezmiennie uśmiechnięty. Poczułem, że policzki zaczynają mnie piec, na co Ketsueki zaśmiał się. – Jesteś nieśmiały – ciągnął dalej. – To dziwne, gdyż na początku myślałem, że masz w sobie, aż nazbyt dużo brawury.
- Dlaczego tak bardzo chcesz, abym wciąż na ciebie patrzył? – zapytałem.
- Bo wtedy jestem przekonany, że skupiasz się wyłącznie na mnie – świdrował mnie spojrzeniem dwukolorowych oczu, którego ja zbyt długo nie mogłem znieść. Czułem się nieswojo, kiedy tak bezczelnie się na mnie gapił. – Nie daje ci spokoju to, że cię pocałowałem? – zgadywał. Niechętnie skinąłem głową. – Mam ochotę na więcej.
- Co? – zdziwiłem się.
- Chcę uprawiać z tobą seks – odparł bezceremonialnie i uśmiechnął się słodko. Byłem pewien, że na mojej twarzy malowało się przerażenie i zdumienie wymieszane ze sobą w równych proporcjach. – Nie teraz, rzecz jasna – zaśmiał się. – Dopiero jak się lepiej poznamy.
- W jakim sensie „lepiej poznamy”? – dociekałem. Crena znów się zaśmiał.
- To, że jestem bezwstydny nie znaczy, że zaraz zboczony, okej? – spojrzał na mnie rozbawiony. – Nie miałem na myśli niczego nieprzyzwoitego. Chcę cię poznać Alex-chan. Czy to źle? – nachylił się nad stołem i szepną znacznie ciszej. – Pozwól mi się w tobie zakochać – uśmiechnął się szeroko, a ja nie wiedziałem jak się zachować, a co dopiero powiedzieć.

***

Crena szedł blisko mnie. Nasze ramiona co jakiś czas ocierały się o siebie. Co jakiś czas czułem również delikatny dotyk jego palców na moim nadgarstku, zupełnie tak, jakby chciał się upewnić, że wciąż tutaj jestem; na pewno.
Doszliśmy pod blok, w którym mieściło się mieszkanie zajmowane przeze mnie i Ito oraz gościnnie Ochidę. Weszliśmy wspólnie na klatkę.
- Gdzie zostaniesz na noc? – zainteresowałem się, przerywając ciszę, która wisiała między nami od dłuższego czasu.
- Mam jeszcze trochę czasu do pociągu nocnego.
- Więc jednak wracasz już dziś do Fukanaki? – nasza znajomość, ten pocałunek, nieprzyzwoite gadki… to wszystko było jednodniową przygodą?
- A chcesz, żebym został? – spojrzał na mnie badawczo.
- Ja cię do niczego nie zmuszam… - poczułem, że znów się rumienię. Nacisnąłem guzik przy windzie, jednocześnie odwracając się do niego tyłem. Po klatce rozniósł się śmiech chłopaka. Jednym sprawnym ruchem brunet przyparł mnie do ściany.
- Słodki jesteś – uśmiechnął się i ponownie złączył nasze usta.
Jego usta były miękkie i gorące. Jego kolczyk w dolnej wardze delikatnie mnie pieścił, tak samo jak ten nad jego górną wargą, kiedy objąłem ją ustami, oddając pocałunek. Instynktownie objąłem go za szyję, podczas gdy Ketsueki jedną ręką oplótł mnie w pasie, a drugą opierał się o ścianę na wysokości moich żeber. Crena sprawnie rozsunął moje wargi językiem i wsunął go do moich ust. Wstrząsnęły mną dreszcze. Pieścił moje podniebienie, za co odwdzięczyłem mu się cichym mruknięciem aprobaty. Jego kolczyk w języku, którego wcześniej nie zauważyłem zahaczał o moje zęby. Nasze języki splotły się w erotycznym tańcu. Stanąłem na palcach, aby chłopakowi było wygodniej, gdyż różnica wzrostu między nami była naprawdę duża. Odsunęliśmy się od siebie dopiero wtedy, kiedy zabrakło nam tchu. Brunet chciał jedynie nabrać oddechu i wznowić salwę pocałunków, jednak ja go zatrzymałem.
- Crena… nie… - szepnąłem, kładąc dłonie na jego torsie i delikatnie go odpychając.
- Dlaczego? – spojrzał na mnie zdumiony.
- Przecież my się nawet nie znamy… a ty wyjedziesz i… - nie do końca wiedziałem, co tak naprawdę chcę powiedzieć.
- To się dzisiaj nie skończy – uspokajał mnie. Przesunął wierzchem dłoni po moim policzku. – Fukanaka nie jest położona miliony kilometrów od Tokio; poza tym często tutaj przyjeżdżam na nagrania. Zresztą, skoro w Tokio nie możesz znaleźć pracy, to dlaczego nie spróbujesz w moim mieście? – przekręcił głowę delikatnie na bok. Uważnie lustrował moją twarz.
- Nie… Nie rozumiesz – pokręciłem głową. – Dlaczego w ogóle to zacząłeś? To tylko ze względu na to, że… spodobałem ci się? Przecież zupełnie mnie nie znasz… Nie chcę dowiadywać się wszystkiego o tobie w trakcie… Chcę cię poznać zanim… - zaciąłem się.
- …zanim będziemy parą? – dokończył. Był taki pewny siebie…
- Um… - tylko tyle udało mi się z siebie wydusić.
- Dużo się dzisiaj wydarzyło, prawda? – jego ton głosu zupełnie się zmienił. Nie był już taki uwodzicielski, a po prostu pogodny. – Może za dużo? – cmoknął mnie w policzek. – Przemyśl czy chcesz mnie jeszcze widzieć – wcisnął mi coś w dłonie. – Jeśli tak, zadzwoń – tym razem pocałował mnie w czoło, uprzednio odgarniając moją przydługą grzywkę. Nim zdążyłem się zorientować, co się dzieje, chłopak już skierował się do wyjścia, a chwilę potem wyszedł zostawiając mnie z wizytówką w ręce.
No tak, wizytówka.
Japonia.
Wizytówki everywhere.
- Ładne przedstawienie odstawiliście – mruknął ktoś po mojej prawej.
Byłem tak zaskoczony, iż był tu ktoś jeszcze, że aż podskoczyłem ze strachu. Zdziwiony spojrzałem na Daisuke, który ramieniem blokował drzwi windy, nie pozwalając, aby te się zamknęły. Uświadomiłem sobie, że musiał zjechać na dół, kiedy nacisnąłem przycisk…
- To nie tak jak myślisz! – od razu zacząłem się bronić.
- A jak? – spojrzał na mnie zaciekawiony. Zająknąłem się. Sam nie wiedziałem, jak to do końca było, a co dopiero ubrać to jakoś w słowa w taki sposób, aby Ochida się odczepił. – Chodź – przywołał mnie. Powoli, niepewnie podszedłem do niego. – No przecież cię nie pobiję – prychnął. – Wracaj do domu. Nie wyglądasz najlepiej – odparł bez emocji w głosie. – A, i jeszcze jedno – rzucił mi ostre spojrzenie. – Nie sprowadzaj mi do domu żądnych swoich seks-przyjaciół - zganił mnie.
- To nie jest żaden mój seks-przyjaciel! – krzyknąłem niczym oparzony.
- Jasne… - mruknął, przewracając oczyma.
Muzyk obdarował mnie spojrzeniem niosącym jasny przekaz: „I tak wiem swoje. Zresztą, nie takie rzeczy się już w życiu widziało.”; jednak, co dziwne, wyglądał przy tym na spokojnego, wręcz znudzonego. A tak się obawiałem, że zrobi mi awanturę już w widnie…

Oneshoot Meto x Koichi (Mejibray)

Dawno temu obiecałam Atiro, Hanekawie czy jakkolwiek się teraz zwiesz Agato, że napiszę to dla ciebie. Napisała. Również dawno temu. Niemniej ta praca jest dziwna nawet dla mnie, jednak jest to argument przemawiający za tym, że dzięki temu właśnie tobie może się to spodobać. Nikt nie czyta i nie komentuje, więc nie będę bawić się już w liczenie komentarzy, ale od ciebie oczekuję jakiegoś wywodu, choćby z anonima.

Tytuł: ?
Paring: Meto x Koichi (Mejibray) – z dedykacją dla AtiroHanekawy
Typ: one-shot
Gatunek: ?
Ostrzeżenia: To je dziwne… Logika Meto może niektórych załamać…

Słonko świeci, ptaszki śpiewają, a ja…
… a ja zgwałciłem mojego najlepszego przyjaciela…

No cóż, bywa, chciałoby się powiedzieć… Problem w tym, że jednak byłoby lepiej gdyby takie sytuacje nie miały miejsca w życiu; szczególnie moim.

Pierwszy raz w życiu chyba czułem się tak niezręcznie, kiedy Koichi czym prędzej zbierał swoje porozrzucane po podłodze rzeczy, zakładał je w ekspresowym tempie, a chwilę później wyszedł trzaskając przy tym drzwiami; dodam, że drzwiami od swojego własnego mieszkania.
Nigdy nie zastanawiałem się jakoś szczególnie nad konsekwencjami moich czynów – teraz już wiem, że to był poważny błąd; a ten właśnie jeden błąd mógł przypieczętować koniec mojej wieloletniej i zażyłej przyjaźni z różowowłosym.
Pierwszy raz w życiu bałem się, że kogoś stracę…
…kogoś, na kim naprawdę mi zależy, jednak nigdy nie potrafiłem tego adekwatnie okazać.

Zaczęło się dość niewinnie, bo tak jak zwykle, to znaczy od libacji alkoholowej – ale nie takiej zwykłej! Tym razem mieliśmy powód, żeby świętować! Przecież to był ostatni piątek w tym tygodniu!
…
Tak, tygodniu.
Nie, nie przejęzyczyłem się.
Wiem, że mój powód do radości może nie jest zbyt wzniosły i wiele osób może uznać to za głupotę, jednak chłopcy z mojego zespołu przez te wszystkie lata, przez które graliśmy razem, musieli się przyzwyczaić. Basista z czasem nauczył się nawet komunikować na moim poziomie i często pełnił rolę „tłumacza”, krok po kroku wyjaśniając mój zawiły tok myślenia wokaliście i gitarzyście, którzy mimo iż mnie tolerowali, to nie zawsze rozumieli.
Możliwym jest, że to właśnie z tego powodu Koichi w krótkim czasie stał się dla mnie tak bliską i ważną osobą; w końcu był jedynym, który mnie rozumiał, a ponad to miał zbliżone poglądy do moich, przez co znaleźliśmy wspólny język (który również brzmiał jak alfabet Mores’a albo bezsensowne bełkotanie dla osób postronnych). Towarzystwo muzyka było miłą odmianą po spędzeniu większości życia wśród ludzi, którzy patrzyli na mnie jak na niespotykane, ale jednakowoż bardzo dziwne zwierzę w ogrodzie zoologicznym. Potrafił się ze mną droczyć, żartować, niekiedy robił ze mnie idiotę; to wszystko było przyjemne, gdyż w końcu przy kimś czułem się na swoim miejscu. Przy nim nie musiałem się „normalizować” na siłę; mogłem być sobą. Różowowłosy był naprawdę bardzo wyrozumiały i tolerował wszystkie moje szaleństwa… do czasu, kiedy go nie skrzywdziłem.
Dobra, wracając do głównego wątku – libacja alkoholowa w barze przebiegła pomyślnie, a więc zakończyła się tęczowym pawiem na chodniku po zbyt dużej ilości kolorowych drinków, dokładnej kontemplacji nad owym pawiem i głębokim, rozciągającym się w czasie rozmyślaniom czy zrzygam się jeszcze raz oraz porywaniem do tańca (o ile to tańcem można było nazwać) przypadkowych przechodniów; czyli w skrócie upodleniem się absolutnym. Będąc w stanie, w którym siła grawitacji oddziaływała na mnie ze zwielokrotnioną siłą, a przeciążenie osiągnęło niebezpieczny dla zdrowia poziom 10G nie byłem zdolny dotrzeć do własnego mieszkania. Wspaniałomyślnie basista postanowił mnie przenocować, gdyż, na całe szczęście, nie zdążył się jeszcze przeprowadzić do Ryogi.
Tak, tego cholernego Ryogi z BORN, którego kochałem jak drzazgę w dupie i który był chłopakiem mojego przyjaciela.
No to w tym momencie widzicie, że sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej złożona – nie dość, że zgwałciłem mojego jedynego przyjaciela, skrzywdziłem go, kiedy on bawił się w dobrego samarytanina, to w dodatku on miał chłopaka. Pięknie, nieprawdaż? Po prostu lepiej być nie może…
To nie tak, że obawiałem się Ryogi. Szczerze powiedziawszy to w tym momencie chłopak Koichiego była dla mnie najmniejszym problemem; mój stosunek względem niego nie zmienił się ani trochę – to znaczy cały czas starannie ignorowałem jego egzystencję, licząc po cichu, że dzięki temu w rzeczywistości wokalista BORN kiedyś nareszcie zniknie z powierzchni ziemi. Tak, zdaję sobie sprawę, że jestem kurewsko miły. Ale cóż poradzić? Najwidoczniej miłość niekiedy popycha ludzi do zaborczości i sprawia, że człowiek staje się zazdrosny.
Żeby Ryoga był jeszcze jakiś wyjątkowy! Ale nie; on jest takim typem człowieka, którego ja określam mianem „ciepłe kluchy” lub „ciam-cia-ram-ciam, jakiego mnie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz”. Ponad to wszystko nie doceniał on basisty… nawet nie zdawał sobie sprawy jaki skarb ma przy boku.

Westchnąłem ciężko i z trudem wywindowałem się do siadu. Z jeszcze większym trudem udało mi się wyrwać z wiru własnych myśli. Rozejrzałem się po sypialni różowowłosego i poczułem ucisk w żołądku. Coś jakby… poczucie winy? Zgadywałem, gdyż w odczytywaniu uczuć zawsze byłem słaby; właściwie to moja wiedza dotycząca życia uczuciowego opierała się na dramach i blogach zdesperowanych nastolatek, które właśnie przechodziły swoje najboleśniejsze okresy, a swojemu bólu dawały ujście w postaci chaotycznych notek z opisami spojrzenia na dwie strony ect. Wiem, że brzmi to nieco dziwnie, może nawet głupio… jednak zdałem sobie sprawę z tego dopiero teraz. Do tej pory tak naprawdę moje życie polegało na wyodrębnieniu się ze społeczeństwa; czy to wyglądem, czy zachowaniem. Paradoksalnie przeżywałem także napadowe chwile potrzeby zjednoczenia się z jakąkolwiek grupą, jednak wtedy zawsze spotykałem się z odtrąceniem… Właściwie to nigdy nie zastanawiałem się nad towarzyszącymi mi uczuciami; po prostu naprzemiennie próbowałem się wybić lub chwilowo ukryć za cudzymi plecami. Można powiedzieć, że robiłem to machinalnie. Zawsze działałem pod wpływem impulsu. W danej chwili nie obchodziło mnie, że jeśli teraz będę odrzucał ludzi swoim jestestwem, to oni później nie będą chcieli mieć ze mną nic wspólnego, gdyż w ich oczach będę „dziwadłem”. Byłem krótkowzroczny, myślałem krótkoterminowo.
Dziwnie to brzmi, kiedy używam nieraz skomplikowanych wyrazów w chaotycznym potoku słów, prawda? Nie wspominając już o tym, że język, jakiego używam ma na celu po prostu złagodzenia niezaprzeczalnego faktu, że jest coś ze mną mocno nie tak; próbuję chlubnie wyrażać się o swoim szaleństwie.
…
Nieudolnie mi to wychodzi, co?

Ciężką ręką odrzuciłem jasną pościel i z ociąganiem wstałem z łóżka. Przeciągnąłem się i zacząłem zbierać swoje rzeczy. Ruszyłem do łazienki, gdzie wziąłem szybki prysznic; oczywiście bez krępacji korzystałem z dóbr, jakie muzyk trzymał w łazience. Tak, jego szczoteczkę do zębów też sobie pożyczyłem, a co – zresztą nie po raz pierwszy się tak zachowywałem. Może i go zgwałciłem, jednak w tej kwestii raczej nic nie powinno ulec zmianie, nie?...
…Prawda?
Wszedłem do kuchni. Kilkakrotnie na przemian otwierałem i zamykałem lodówkę. Może was zdziwię, jednak nie czekałem, aż cos się tam magicznie pojawi, ale najzwyczajniej w świecie nie miałem apetytu. Teoretycznie o godzinie dziewiątej powinienem być już głodny, tym bardziej po całonocnych wysiłkach. Potarłem nerwowo kark. To domniemane poczucie winy nie pozwalało mi jeść.
W końcu wyszedłem z mieszkania przyjaciela bez śniadania. Zamknąłem drzwi kluczem, który podarował mi już dawno temu. Zauważając, że różowowłosy w pośpiechu sam nie wziął własnego kompletu, zwinąłem go z komody i włożyłem do skrzynki na listy; zawsze tak robiliśmy, kiedy jeden z nas zapomniał kluczy.
Skierowałem się na przystanek metra. Kiedy już przyjechał ten nieszczęsny wagon, wsiadłem i chwyciłem się barierki. Oparłem rozpalone czoło o zimny metal, który przyjemnie chłodził. Przymknąłem oczy.
Gwałt – słowo to kojarzy się negatywnie, nieważne jak je wypowiedzieć i w jakim kontekście. Problem w tym, że dzisiejszej nocy nie miało miejsce nic, co mogłoby się z nim kojarzyć – żadnej przemocy, płaczów, błagań o litość, lamentów, prób ucieczek, łez bezradności… wręcz przeciwnie. Zaczęło się to dość banalnie jak i sama ta sytuacja, gdyż odpowiednio skropieni napojami wysokoprocentowymi roześmiani wpełzliśmy do łóżka.
Tak, razem.
Nie, nie była to żadna rewelacja, gdyż nieraz już wspólnie spaliśmy w jednym łóżku (o czym Ryoga nie wiedział, rzecz jasna); może nie bylibyśmy do tego tak skłonni, gdyby nie fakt, że sofa w salonie basisty nie rozkładała się, a ponadto widomo, że każde łóżko wygodniejsze jest od tapczanu. W końcu Koichi poprosił, abym zrobił mu masaż. Wykonałem to, o co prosił, przy czym złożyłem kilka subtelnych pocałunków na jego karku i barkach. Chłopakowi widocznie się to spodobało. Odwrócił się do mnie przodem i przez moment wpatrywał się w moje oczy mętnym wzrokiem, oczami zasnutymi delikatną mgiełką. Sam już nie wiem, jak to się stało, że nasze usta zetknęły się po raz pierwszy. Nie wiem, kto zainicjował ten pocałunek, jednak od tego wszystko się zaczęło. Mógłbym powiedzieć, że dalej wszystko potoczyło się samoistnie, naturalnie… Kochaliśmy się długo i namiętnie, w różnych pozycjach. Do tej pory przechodziły mnie elektryzujące dreszcze, kiedy przypominałem sobie rozkoszne jęki i krzyki ekstazy kochanka. Było mu dobrze – z pewnością… szkoda jednak, że tylko w sensie fizycznym. Pod względem psychicznym teraz z pewnością zżerały go wyrzuty sumienia, że zdradził swojego pożal-się-Boże chłopaka.
Swoją drogą, wracając do rzeczywistości, ciekawe dlaczego wysiadłem na Shiba-kōen, a nie na Gokouji (odległość tych przystanków od siebie wynosi w linii prostej około pięć kilometrów, a linią metra prawie trzy razy więcej od aut). Stanąłem zdezorientowany na stacji, na której nie planowałem wysiąść i przez dość długą chwilę rozmyślałem, jaki sens miało moje działanie. Stojąc tak jak słup soli pośród przewijającego się tłumu blokowałem nieco ruch, jednak niespecjalnie się tym przejmowałem.
Wtem mnie olśniło!
MiA!
Przecież niedaleko Shiba-kōen mieszkał gitarzysta! Ruszyłem do wyjścia z podziemnego tunelu, po czym skierowałem się na najbliższe osiedle. Przeskoczyłem przez ogrodzenie nie bawiąc się w dzwonienie domofonem. Schyliłem się i podniosłem mały kamyk leżący na trawniku. Wycelowałem w okno przyjaciela. Moment po tym jak kamyk odbił się z hukiem od szyby na parapet wskoczył mały piesek i zaczął wściekle ujadać mierząc mnie nienawistnym spojrzeniem przekrwionych, oszalałych ślepi… No dobra, może trochę dramatyzuję, jednak to było doprawy straszliwe przeżycie… Brrr…
Chwila, od kiedy Mia ma psa?
Kuźwa, nie to okno.
Wyszukałem jeszcze jeden kamyk i tym razem wycelowałem o jedno okno w prawo. Cisza. No cóż… Nazbierałem jeszcze więcej kamyków i raz za razem rzucałem, aż w końcu dostrzegłem za szybą postać muzyka. Gitarzysta otworzył okno na oścież, niestety w chwili, gdy ostatni z pocisków wciąż był w locie. Byłby oberwał w czoło, co zapewne skończyłoby się malowniczym siniakiem w ulubionym kolorze Tsuzuku, to znaczy fioletowym, jednak Mii udało się zręcznie złapać kamyk.
- Wow… - wyrwało mi się.
Normalnie Matrix. Ja, podobnie jak wokalista, utrzymywałem, że gitarzysta nie jest zwykłym człowiekiem (odsyłam do one-shota „Perfekcyjny MiA x Tsuzuku… właściwie to do jego dwóch części xD od aut.), dlatego właściwie jego zachowanie mnie nie zdziwiło.
- Co ty robisz, Meto? – ściągnął groźnie brwi. – Powaliło cię? Nie mogłeś zadzwonić domofonem albo chociaż telefonem? – założył ręce na piersi.
- Ja tylko na chwilę – usprawiedliwiłem się. – Pomóż mi.
- O co chodzi?
- Zgwałciłem Koichiego.
- Co?! – muzyk aż zachłysnął się powietrzem. – Żartujesz sobie ze mnie?!
- Chciałbym.
- Um… - zamyślił się. – Musimy o tym rozmawiać drąc się do siebie z okna? Wejdź, to pogadamy normalnie – zaproponował.
- Nie.
- Dlaczego? – nerwowo wyłamywałem sobie palce.
- Nie chcę. Jakoś… nosi mnie… - mruknąłem. Sam ze zdziwieniem zauważyłem, że cały czas przestępowałem z nogi na nogę. – Nie mogę usiedzieć w miejscu.
- Próbowałeś z nim porozmawiać? – zapytał.
- Skoro wyszedł z własnego mieszkania trzaskając drzwiami, to chyba znaczy, że nie chce mnie widzieć, nie? – wolałem się upewnić; w końcu mogłem się mylić…
- Może daj mu nieco ochłonąć i spróbuj później, co? Chyba masz coś na swoje usprawiedliwienie?
- Mniej więcej… w sumie mniej niż więcej…
- Ale zawsze jakieś argumenty masz. Ubierz to ładnie w słowa, żeby brzmiało to tak, jakbyś miał dużo do powiedzenia, żeby zrobić chociaż dobre wrażenie; tylko pamiętaj, żeby nie naciskać na niego! Musisz liczyć się z tym, iż możliwe, że nigdy ci nie wybaczy, jednak może przynajmniej uda mu się zaakceptować fakt twojej rzeczywistej egzystencji i po prostu będzie cię ignorował do końca życia.
- Więc myślisz, że wszystko zjebałem? – przeczesałem palcami włosy.
- Doszczętnie, Meto, doszczętnie… - pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Dzięki, Mia. Na ciebie zawsze można liczyć – posłałem mu słaby uśmiech, po czym ruszyłem znów w stronę ogrodzenia, mając zamiar przeskoczyć je.
Zdziwieni, że gitarzysta przyjął ten fakt tak… no cóż, można powiedzieć, dość obojętnie? Jakbyście spędzili tyle czasu w moim towarzystwie, co on, też nie zaskoczyłaby was taka informacja. Raz byłem nawet aresztowany pod zarzutem morderstwa, jednak na drugi dzień na całe szczęście mnie wypuścili – a czym jest gwałt przyjaciela wobec morderstwa z premedytacją? No właśnie, niczym.
Nie, nie; źle się zrozumieliśmy, nie popełniłem tego morderstwa! Nie! Chociaż możliwe, że dopiero je popełnię, jeśli Ryoga wkurzy mnie jeszcze raz.
Może na to nie wyglądało, ale tak naprawdę miałem nerwy w strzępach. Obawiałem się, że Mia niestety może mieć rację…
A tak wracając do tematu wokalisty BORN, to przyznam, że tak właściwie to nic do nie go nie miałem… tylko wkurwia mnie to, że to właśnie w nim zakochał się Koichi, przez co byłem cholernie zazdrosny. W zasadzie Ryoga był nawet spoko, ale mimo wszystko i tak go nie lubiłem; chyba już tak z zasady.

***

Nie wiedząc, co ze sobą zrobić wróciłem do mieszkania Koichiego. Czekałem, aż wróci. Chciałem z nim porozmawiać i wyjaśnić sobie wszystko, nawet jeśli miałoby to się skończyć nieciekawie. Usiadłem na podłodze w sypialni i tępo wpatrywałem się w łóżko, na którym przecież wciąż niedawno się kochaliśmy, a które ja dopiero przed chwilą zasłałem. Siedziałem tak kilka godzin, a wiedziałem o tym z powodu bólu mojego szlachetnego zakończenia pleców. W końcu usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi, przez co niczym oparzony poderwałem się z podłogi. Już chciałem biec do basisty z długą przemową, jaką ułożyłem sobie przez ten bezczynny czas w głowie, jednak zamiast tego zamarłem w pół ruchu, kiedy usłyszałem nie pojedyncze kroki, a odgłosy stąpania dwóch osób.
- Och, Ryoga, nie daj się już dłużej prosić… - usłyszałem jęknięcie różowowłosego. Orientując się, że zbliżają się w kierunku sypialni wlazłem do szafy. No co? Trzeba było się gdzie ukryć, nie? Jakiś taki dziwny odruch… - Błagam cię, dotknij mnie!
- Koichi, uspokój się – odezwał się spokojnie wokalista innego zespołu.
- Ryoga, chcę cię! Zetrzyj ze mnie jego dotyk! – obijając się o ściany w końcu udało im się dotrzeć do pomieszczenia, w którym się ukryłem. Basista wisiał na swoim chłopaku obejmując go ciasno ramionami za szyję i ciągnąc niemalże siłą w stronę łóżka. Ryoga był oporny, stał sztywno i próbował nie zwracać uwagi na to, że jego kochanek pieści jego szyję ustami. – Kochaj się ze mną! – zażądał.
- Koichi, do cholery, uspokój się! – blondyn w końcu nie wytrzymał i krzyknął na chłopaka. – Wiem, że czujesz się źle z tym, co się stało, ale czy ty nie rozumiesz, że jeśli teraz będziesz się ze mną kochać, to nic nie zmieni? – spojrzał na niego srogo, po czym westchnął ciężko. – Widzę dużo więcej niż może ci się wydawać – uwolnił się z objęć różowowłosego. –Wiem, że to wszystko, co mówiłeś o zakończeniu znajomości z Meto było kłamstwem. Zamiast próbować zaciągnąć mnie do łóżka, porozmawiaj z nim najpierw. To nie będzie łatwe ani dla ciebie, ani dla niego, ale tylko ty potrafisz się z nim dogadać; no i w końcu musicie dojść do jakiegoś porozumienia, w końcu gracie w jednym zespole!
- Ryoga… - basista złapał wokalistę za przód koszulki i chciał go do siebie przyciągnąć, jednak ten tylko odepchnął Koichiego i czym prędzej wyszedł.
Różowowłosy upadł na łóżko. Westchnął cierpiętniczo i przybrał kwaśną minę. Spojrzał w stronę mojej kryjówki.
- Długo jeszcze będziesz prasować mi tyłkiem ubrania? – warknął.
- Skąd wiedziałeś, że tu jestem? – ostrożnie wyszedłem z szafy.
- Bo tylko ty jesteś takim idiotą, żeby się tam schować – zrugał mnie spojrzeniem. – Poza tym… nie wiem… Chyba przez te wszystkie lata nauczyłem się wyczuwać twoją obecność, tak jak ty tolerować moje humorki… - mruknął ciszej.
- Czy… Czy to już koniec twojego związku z Ryogą? – zapytałem niepewnie stojąc przed nim sztywno. Czułem się skrępowany po raz pierwszy w obecności przyjaciela…
- Pewnie tak… - sapnął i z powrotem opadł na łóżko.
- Przykro mi – powiedziałem nieszczerze. – Przepraszam – Koichi roześmiał się.
- Zgwałciłeś mnie, a teraz mówisz „przepraszam” i myślisz, że to wszystko załatwi? – prychnął i spojrzał na mnie z politowaniem unosząc się na łokciach. Po chwili znów położył się płasko na materacu i rozrzucił ręce na boki. Zamknął oczy.
- Nie, nie myślę tak – mój głos przypominał nieco komputerowy dźwięk z głośników informujący, że niedługo metro wjedzie na stację; wyprany ze wszelkich emocji i sztywny. – Mimo wszystko dziwi mnie bardzo zachowanie Ryogi. Powinien cię wspierać w tych trudnych dla ciebie chwilach, a nie jeszcze cię ganić i odtrącać. W końcu to wszystko moja win…
- Nie – przerwał mi i podniósł się do siadu. Spojrzał na mnie z bólem. – Przecież wiesz, że wina leży po obu stronach, więc nie mów tego, co chciałbym usłyszeć – skrzywił brzydko usta. – Właściwie to nie był nawet gwałt… nazwałem to tak, żeby wybielić się w oczach Ryogi, ale teraz wiem, że żadną siłą już go nie zatrzymam. On jest zakochany w Tsuzuku… od początku był, więc nawet nie wiem, dlaczego związał się ze mną… - westchnął. – A my… My po prostu się przespaliśmy ze sobą… i tyle.
„…i tyle” – jego ostatnie słowa odbiły się echem w mojej głowie.
- Nic nie powiesz? – spojrzał na mnie wyczekująco.
- A co chcesz, żebym powiedział? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie,
- Właśnie dlatego cię tak nie znoszę! – syknął i wstał. – Zrobiłbyś dla mnie wszystko… - ruszył w stronę wyjścia z pokoju - …i nigdy nie liczysz się sam ze sobą. Wiecznie wszystko robisz dla mnie! – wyrzucił ręce w powietrze, po czym trzasnął drzwiami i szybkim krokiem zszedł ze schodów. Chwilę później usłyszałem odgłosy wydobywające się z telewizora.
Spuściłem pokornie głowę.
Nigdy nie liczę się ze sobą?
Mnie się wydaje, że ostatniej nocy wziąłem, aż nazbyt wiele tylko dla siebie…

***

- Koichi! – po sali ponownie rozległ się krzyk Tsuzuku. – Skup się wreszcie, bo jeśli tak dalej będzie wyglądać ta próba, to będziemy tu siedzieć do późnej nocy! – jęknął.
- Jak zwykle się czepiasz… - burknął basista.
- Koichi, Tsuzu-chan ma rację – gitarzysta poprał wokalistę.
- Dobra, przerwa – zarządził brunet. – Meto – zawołał mnie.
- Hm? – spojrzałem pytająco na Tsuzu.
- Co ty dzisiaj taki cichy? – zapytał podejrzliwie. W odpowiedzi wzruszyłem ramionami.
- Nie mam nic mądrego do powiedzenia – 0dparłem.
Mia wyciągnął Tsuzuku z sali, więc zostaliśmy z basistą sami. Różowowłosy nawet na mnie nie spojrzał, mimo iż ja wpatrywałem się w niego wyczekująco.
- Co się tak gapisz? – warknął.
- Nie mogę? – uniosłem brwi w zdziwieniu.
- Nie.
Więc przestałem się na niego patrzeć.
- Boże, Meto, twój imbecylizm nie zna granic! – jęknął chłopak. Odruchowo spojrzałem w jego stronę, jednak przypomniawszy sobie zakaz, szybko spuściłem wzrok.
- Nie, to chyba twój tok myślenia jest dla mnie zbyt skomplikowany. Szkoda, bo kiedyś myślałem, że dobrze cię rozumiem.
Koichi spojrzał na mnie zdziwiony, po czym sapnął. Zdjął bas z barków i odstawił gitarę na stojak, by zaraz do mnie podejść. Ja wciąż nie ruszyłem się z mojego miejsca za perkusją, gdyż mimo iż wiedziałem, że dobrze by było, gdyby basista w końcu strzelił mnie w twarz, to jednak jakoś nie spieszyłem się, aby przyjąć ten cios. Wolałem zostać za bezpieczną granicą, jaką stanowiły bębny i talerze, jednocześnie ograniczające ewentualne pole rażenia różowowłosego.
- Meto, kiedy ty w końcu zrozumiesz, że ja nie chcę mieć pieska, który na wszystko potulnie się zgadza tylko chłopaka, z którego zdaniem będę musiał się liczyć? – obszedł dookoła perkusję i przykucnął po mojej prawej kładąc jedną rękę na moim kolanie. – Czy ty nie widziałeś, że przez cały ten czas chciałem, żebyś w końcu mi się postawił, sprzeciwił?
- Niby dlaczego miałbym to robić? – zapytałem. – Nie chcę cię stopować…
- A gdybym chciał się rzucić z mostu, to też być powiedział: „Go ahead, proszę bardzo, rób, co ci się podoba”? – spojrzał mi przeraźliwie głęboko w oczy.
- Oczywiście, że nie…
- Zależy ci na mnie? – przerwał mi.
- Tak…
- Dlaczego zależy ci tylko na mnie?
- Bo cię kocham – odparłem szczerze. W oczach chłopaka dostrzegłem łzy. Muzyk zagryzł wargi.
- Ale dlaczego ty wciąż myślisz tylko o mnie? Krzywdzisz sam siebie, bo robisz wszystko dla mnie! – usiadł na podłodze, a po jego twarzy spłynęły pierwsze łzy. – Zawsze byłeś na każde moje skinienie palcem, a ja… ja jestem taki niewdzięczny… a ty mnie mimo wszystko wciąż kochasz… - załkał. Byłem zbyt zszokowany, żeby się ruszyć choćby o milimetr. – Ja… ja chciałem się z tobą kochać. Chciałem, żeby choć raz poczuł przyjemność, a nie wiecznie cierpiał z mojego powodu… ale… ale potem Ryoga… i… i spanikowałem, nie wiedziałem, co mam robić… i… jak zwykle wszystko zrzuciłem na ciebie… - zaczął dygotać, a ja w końcu jakbym wyrwał się z amoku i wrócił do rzeczywistości.
Wyciągnąłem do niego dłoń i usadziłem go na swoich kolanach. Objąłem go w pasie, podczas gdy Koichi ukrył twarz w zagłębieniu mojej szyi. Zacząłem go uspakajająco gładzić po plecach.
- Koichi… ale ja nigdy nie cierpiałem z twojego powodu – odezwałem się w końcu.
- Meto, przestań w końcu kłamać mi prosto w oczy! – oderwał się ode mnie i spojrzał na mnie załzawionymi, zaczerwienionymi oczami gotowy w każdej chwili wybuchnąć jeszcze gorszym płaczem.
- Koichi, mówię poważnie – uśmiechnąłem się do niego. – Wiesz, mnie naprawdę niewiele trzeba… Mnie wystarczało, że mogę być blisko ciebie. Jasne, byłem zazdrosny o Ryogę, ale prawda jest taka, że nigdy nie miałem do ciebie o nic żalu. Nigdy mnie nie zraniłeś.
- Dlaczego niby miałoby uszczęśliwiać cię stanie z boku, kiedy… kiedy możesz mieć znacznie więcej? – zająknął się, przełykając łzy.
- Ty mi wszystko wynagradzasz – pogłębiłem uśmiech i zbliżyłem się do niego, by następnie złożyć na jego ustach motyli pocałunek. – A co z Ryogą?
- Ja… kochałem go… kiedyś… To było dawno! – zaprotestował ostro. – On kocha Tsuzuku… przecież ci mówiłem…
- Czy to dlatego dzisiaj tak nakrzyczałeś na Tsuzu-chan? Byłeś zazdrosny? – oberwałem po głowie.
- Nie nazywaj go tak! – krzyknął.
- Jak? – nie zrozumiałem.
- „-chan”! – założył ręce na piersi. – To brzmi pieszczotliwie… Tylko mnie możesz tak nazywać! – spojrzał na mnie ostro, po czym zaraz jego spojrzenie złagodniało. – A co do Tsuzuku… Chyba się na nim po prostu wyżyłem… i chyba będę go musiał za to przeprosić…
- Zerwałeś z Ryogą? – dociekałem.
- Nie, on sam ze mną zerwał. Powiedział, że obaj zbyt długo czekaliśmy; i miał rację. Czekałem, aż to ty zrobisz pierwszy krok w moją stronę, udając, że nie rozumiem, że jesteś takim typem człowieka, który nie zrobi nic bez mojego przyzwolenia – pogłaskał mnie po włosach, po czym ponownie się do mnie przytulił.


Przerywnik "artystyczny" do "Nowego Świata" i żale autorki

LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Wiem, miałam nie marudzić, ale… Jeśli to mój blog, to chyba mogę pisać na nim, co mi się rzewnie podoba, a więc zapytam raz jeszcze: Gdzie jest te ponad 100 obserwatorów? Ja nie wiem jak was zmotywować do komentowania… Może na prywatnym mailu każda z was poda mi swój adres, żebym za każdy przejaw aktywności na  Tained World mogła uhonorować ją tabliczką czekolady i orderem uśmiechu?
Dobra, czaję, że każdy autor jęczy i stęka, że jest mu źle i niedobrze. Wiem, że czytelnik jest tym znudzony i aż prosi się o to, żeby napisać, że jeśli tak bardzo mu wszystko nie odpowiada, to niech przestanie prowadzić bloga, jednak chyba same przyznacie mi rację, że wynik w ilości dwóch komentarzy na ponad sto obserwatorów i zmieniającą się niczym cień niewiadomą liczbę czytelników-ninja jest to naprawdę słaby wynik – w porównaniu choćby do starych dobrych czasów kiedy pod postem pojawiało się nawet dwadzieścia wpisów.
Za starych dobrych czasów… Ta, chyba przechodzę kryzys wieku średniego w wieku szesnastu lat; nieskończonych jeszcze, dodam.
Jeszcze tylko brakuje, żebym zaczęła ględzić, że za PRL’u było lepiej… Ta…

TŁUMACZENIA AUTORA
To teraz z innej beczki; zganię sama siebie, a przy okazji spróbuję się wytłumaczyć (chyba sama przed sobą) z własnych grzechów. Po pierwsze to ja naprawdę nie wiem, kiedy pojawi się kolejna część „Monsters”. Opowiadanie niemalże zginęło śmiercią naturalną i mimo iż naprawdę staram się napisać ten ostatni epizod w postaci rozdziału piętnastego, to mi to nie idzie. Blokada twórcza. Przez cały ten czas napisałam pięć stron w Wordzie i na tym się skończyło.
Co do zapowiadanego oneshoota z parigngiem Hiro (Nocturnal Bloodlust) x Crena, to też nie wiem jak wyjdzie, bo trochę głupio mi pisać yaoi z kimś, kto ma dwójkę dzieci (mam na myśli Crenę, co do Hiro to akurat nic nie wiem, ale to nawet dobrze; czasem niewiedza jest prawdziwym błogosławieństwem). Mimo wszystko dzisiaj jakiś ogólny zarys tego opowiadania zrodził się w mojej głowie, a więc niewykluczone, że jednak coś z tego wyjdzie. Postaram się dziś coś jeszcze sklecić z tego.
Lato, lato i po lecie, a mnie nie minęła wciąż faza na mordobicia i krwawe masakry, co wiąże się z tym, że jakoś yaoi zepchnęłam na drugi plan. W tym momencie chciałam przeprosić wszystkich „znajomych po fachu”, których blogi opuściłam, ale naprawdę w ostatnim czasie nie ciągnie mnie do tego. W ogóle ostatnio pisanie idzie mi jak krew z nosa, jak nie gram, to oglądam „Naruto”, a jak już zaczynam coś skrobać od wielkiego dzwona to są to krótkie prace, które zapewne nigdy nie doczekają się jakiejkolwiek kontynuacji i lądują w folderze o dumnej nazwie „bezsensowce”; pisane od tak pod wpływem chwili, aby dać upust moim chaotycznym myślom gnieżdżącym się i wijącym niczym jadowite węże w mojej głowie. Ostatnio naszło mnie na takie zwykłe hetero romanse, choć prawdą jest, że w tych „bezsensowcach” miłość jest wątkiem pobocznym, a tym, na czym się skupiam jest właśnie mordobicie, lejące się strumienie krwi i skrzywiona psychika głównych bohaterów. Mam jakieś dziwne upodobania do tworzenia postaci, które zamiast uczuć posiadają wszczepioną pod skórę machinę klimatyzującą. Ta…

CZĘŚĆ WŁAŚCIWA
Jak już dotarłaś tutaj, to sukces. Kolejny „artystyczny” przerywnik. Dlaczego? A bo tak i już.
Całe szczęście w ostatnim czasie zauważyłam, że coraz więcej osób przekonuje się do „Nowego Świata”. Niepewnie, bo niepewnie, ale jednak. Chwała komentującym! W każdym razie jak zostanę poinformowana o mocnym postanowieniu poprawy (czyt. Komentowaniu), to część piąta tego opowiadania zapewne pojawi się w niedługim czasie, a jeśli nie to osoby czytające będą zmuszone poczekać na to, aż w końcu przestanę grzebać jedynie w folderze „bezsensowów” i w końcu otworzę drugi folder pt. „blog – do wstawienia”.
No… to tego… na dobre i tak nieodległe rozpoczęcie roku szkolnego macie jeszcze kilka artów.







Nie chciało mi się już kolorować Saitou Ito ani Akihito Tsubakiego. Leniwiec ze mnie. Zresztą, wiecie jak dużo czasu zajmuje kolorowanie w programach do rysowania? =.=’’





A tu, proszę bardzo, macie kilka postaci z moich opowiadań, głównie nieopublikowanych w Internecie. Od prawej, Alexander Wright, którego już dobrze znacie, dalej Shizu Ichiro, dziewczyna, która spotkała Władcę Piekieł, który z kolei wybrał się na Ziemię, aby znaleźć sobie temat na pracę licencjacką z socjologii ludzkiej, od góry zwisa sobie Noroi, czyli dziecko o skrzywionej psychice, które absolutnie nie zachowuje się odpowiednio do swojego wieku no i jest sadystą oraz Hoshi Takano i Kei Umaro z jednego „bezsensowca”, z czego im oboju przyszło znaleźć się w zmilitaryzowanym świecie pełnym mordobicia (lubię to słowo, o wiele lepiej brzmi niż przemoc ^^’’), a na dodatek złego zostali postawieni przeciwko sobie – ich historia (póki co dwudziestokilkustronicowa) trąci odrobinę super natural, ale tylko odrobinę. Nie ma tam Batmana ani supermana, ani nic z tych rzeczy; na mózg mi jeszcze nie padło. Chciałam jeszcze narysować także z tego samego opowiadania Michiego Watanabe, ale skubany w skali źle wyszedł. Miała też pojawić się Kiyoshi Sora, uważam, że moja najbardziej oryginalna postać, ale ta z kolei wyszła krzywa, bo słabe zdjęcie z telefonu zrobiłam z lenistwa i w końcu ją sobie darowałam. Ta dwójka może pojawi się innym razem. Mimo wszystko Kiyo pojawiła się w jednej z moich pierwszych „książek”, gdyż praca o niej póki co ma sto dwadzieścia stron, a końca nie widać ani nie słychać. Pokrótce mówiąc, Sora ma amnezję, upominają się o nią psychopaci, a w razie potrzeby i jej „sprzymierzeńcy” mogą ją kropnąć, gdyż jest niebezpieczną bronią; tak zwanym Pożeraczem Dusz. Tym, co bardzo podoba mi się w jej wyglądzie jest to, że nie ma jednego oka – znaczy oko ma, ale ono z kolei nie ma ani źrenicy, ani tęczówki i przecina je gruba, krótka blizna.