Horror a'la Hizumi cz.1 (mini-seria), oneshoot Hizumi x Zero

Ha, Kita-pon powróciła! Nie miałam komputera (w naprawie był), więc nie miałam dostępu do internetu, ale w końcu powróciłam i mam dla was część pierwszą mini-serii oraz miniaturkę z D'Ray. Czuję się jakbym na powrót ożyła...  Tak mi cię brakowało Internet-san! ;_;
Obiecuję nadrobić wszelkie zaległości w czytaniu i komentowaniu tego, co zdążyło się pojawić podczas mojej nieobecności. ♥ Co prawda nie odzyskałam internetu "stale", ale przynajmniej przeczytam, a komentowaniem zajmę się później x.x

A tak btw. cieszycie się, że zaczyna się nowy rok szkolny? Bo ja teoretycznie nie, ale w sumie to tak... (Tak, wiem tyko polonista-Kita potrafi się tak logicznie wypowiedzieć; zabijcie mnie, dziś nie myślę, jak i przez całe wakacje)... Nie ciągnie mnie jeszcze do szkolnej ławki, ale biorąc pod uwagę moją organizację podczas wakacji, a tak naprawdę to jej brak... to w sumie dobrze, że wakacje się kończą. Nie wiem dlaczego, ale w nawale pracy potrafię się jakoś lepiej zorganizować - to dotyczy się również pisania. Wraz z wrześniem mam nadzieję, że znów będę prowadzić tego bloga w miarę przyzwoicie. Życzcie mi powodzenia (/.-)''




Tytuł: „Horror a’la Hizumi” cz.1
Paring: Zero x Karyu (D’espairsRay) + na razie tylko w tym parcie
Typ: mini-seria
Gatunek: komedia (?)
Beta: -



- Michi… - jęknął płaczliwie Karyu, kopiąc lekko chłopaka w kostkę.
- Co? – mruknął Zero, który usiłował zasnąć.
Jakimś cudem i niefartem Shimizu, i Matsumura musieli razem dzielić pokój. Jakby tego było mało to w dodatku zamiast dwóch pojedynczych łóżek w pokoju zastali jedno, wielkie, małżeńskie łoże. Mimo awantury, jaką zrobił basista w recepcji, nie udało im się zdobyć innego, więc skazani byli spędzić tę jedną noc wspólnie.
- Wiesz… Ja się boję… - wyznał cicho rudzielec.
- Niby czego? – prychnął rozbawiony Michi.
- Hizumiego.
- A… To zmienia postać rzeczy – szatynowi uśmiech spełzł z ust, gdyż prawda była taka, że wokalista napawał strachem nawet jego.
Zero był wredny i nie znał takiego słowa jak „empatia”, przeważnie wszystko miał w głębokim poważaniu. Tsukasa był oziębłym perfekcjonistą, potrafiącym katować człowieka niekończącymi się próbami dopóki któryś z członków zespołu nie padł z wycieńczenia. Przy basiście i perkusiście Karyu wyglądał jak potulny baranek, którym w istocie był. Gitarzysta był miły, ciepły i otwarty, a wyżej wymieniona dwójka potrafiła go przestraszyć i przyprawić o palpitacje serca, ale Hizumi… on był zdecydowanie najgorszy. W sumie to… wokalista nie był ani przesadnie wredny, czasem wykazywał się empatią, interesował się sprawami, nawet tymi, które go nie dotyczyły, nie był oziębły, a jego perfekcjonizm dało się znieść ze względu na to, że dotyczył tylko jego osoby, więc Yoshida katował tylko siebie, jednak… Hiroshi był po prostu straszny. Nie ma możliwości, aby to wyjaśnić. Po prostu, kiedy spoglądało się na niego człowiekowi jeżyły się włoski na karku, serce zamierało, oddech stawał się płytki i nierówny, mięśnie przestawały reagować na polecenia wydawane z mózgu, a źrenice rozszerzały się…
- Mam czasami wrażenie, że on urwał się z jakiegoś horroru… - wyznał Shimizu. – I to takiego naprawdę, naprawdę dobrego horroru…
- On mnie przeraża… - chlipnął rudy.
- Ale… właściwie to, dlaczego mi to mówisz? Chyba nie ma na świecie osoby, którą Hizumi mógłby nie przestraszyć. Ba! Zdziwiłbym się, gdyby on sam siebie się nie bał…
- Bo... Bo mi telefon spadł pod łóżko, więc się po niego schyliłem i… i wtedy usłyszałem taki jakby charkot i błysnęło coś w tych ciemnościach pod łóżkiem! Tak na biało błysnęło! I wtedy przypomniały mi się te białe soczewki Hizumiego, które zasłaniały jego tęczówki i źrenice… (takie jak na zdjęciu powyżej od aut.)
I oto nadeszła pamiętna chwila, albowiem Zero przejawił jednak objaw empatii. Przysunął się do roztrzęsionego gitarzysty i objął go ciasno. Karyu położył głowę na ramieniu basisty, który zaczął gładzić go uspakajająco.
- Myślisz… Myślisz, że on może być pod łóżkiem? – zapytał niepewnie Matsumura.
- A kto go tam wie? Jak się urwał z horroru to w sumie nawet byłoby wskazane, żeby tam siedział… - „wydedukował” Zero.
- Więc już nie odzyskam swojego telefonu? – Karyu rozpłakał się niczym małe dziecko, któremu zabrano lizaka. – Zaraz… Jak on tam siedzi… To znaczy, że to wszystko słyszał?
W ciszy, która na moment zapanowała między nimi słychać było jedynie głośne przełknięcie śliny oraz dwa, zawrotnie szybkie bicia serc.
- Myślisz, że on…?
- Na pewno się zdenerwował…
- Mógłby chcieć się zemścić?
- Z pewnością…
- Pewnie będzie czekał aż zaśniemy…
- Więc nie możemy sobie na to pozwolić!
Z tą wojowniczą myślą muzycy przetrwali bezsennie całą noc. Kiedy zrobiło się już widno, ostrożnie zajrzeli pod łóżko. Przestrzeń pod nim była pusta, przez co Zero zdenerwował się i już chciał trzepnąć w łeb gitarzystę, jednak ten zaraz znalazł „genialne” wyjaśnienie, że Hizumi pewnie przyjmuję swoją „horrorową” postać jedynie w nocy, a wraz z pierwszymi promieniami słońca znów zmienia się w człowieka, jednak jego mordercza aura pozostaje i to właśnie ona tak przeraża innych. Ponadto „horrorowa” postać wokalisty miała znikać w promieniach światła dziennego niczym wampir, a jego ciało miało ponownie powrócić do miejsca, gdzie została pozostawiona ludzka wersja Hizumiego i znów się w nią zmienić. Michi był tak śpiący, że za wiele nie zrozumiał z tego wyjaśnienia, jednak przytaknął, zgadzając się z tym, co mówił Matsumura, uznając, że jeśli gitarzysta ma jakiekolwiek wytłumaczenie to ta sprawa nie może być jednak taka idiotyczna i gdzieś to ziarenko prawdy musi tkwić.
Umyci i ubrani zeszli na śniadanie. Przy jednym ze stolików czekali na nich wokalista i perkusista, którzy zdążyli już zjeść. Tsukasa właśnie kończył kawę, a gdy ją wypił postanowił ponownie napełnić kubek – w tym celu udał się do stołu, gdzie stał ekspres do kawy. Basista i gitarzysta zostali sam na sam z brunetem.
- Co się tak gapisz? – zapytał Hizumi znad swojego kubka z kawą, rzucając spojrzenie Karyu.
Rudzielec spiął się, a krew odpłynęła mu z twarzy. Następnie zerwał się z krzesła i ledwo powstrzymując się od panicznego krzyku, wybiegł z restauracji, mieszczącej się na najwyższym piętrze hotelu.
- A jemu co odwaliło? – ponownie odezwał się wokalista, tym razem spoglądając w stronę Shimizu, który chwilę później poszedł w ślady gitarzysty







Oto „Tsukasa-duch” xD Rzecz jasna on po prostu ruszał się, kiedy zdjęcie było wykonywane, ale to natchnęło mnie do napisania tej miniaturki ;p
Tytuł: „Nadprzyrodzone moce Tsukasy”
Paring: Zero x Hizumi (D’espairsRay)
Typ: miniaturka
Gatunek: komedia (?)
Beta: -

- Aach… Michi… - westchnął przeciągle Hizumi przyparty do zimnych kafelek studyjnej toalety. – Nie… Nie powinniśmy tego tutaj… - dukał i miarowo coraz głośniej wzdychał, kiedy kolano basisty mocniej napierało na jego krocze.
- Daj spokój, Yoshi-chan – szatyn przesunął dłonie na pośladki partnera i zaczął je ugniatać. Hizumi odchylił głowę, pięknie eksponując swoją szyję, do której przylgnął Zero. – Tsukasa-tyran zwalił się do naszego mieszkania, więc nawet nie mogę się na ciebie rzucić we własnym domu – rozżalił się. – A ja mam ochotę… Tak wielką ochotę… na ciebie… - mruknął zmysłowo.
Yoshida objął partnera za szyję i mruczał, wbijając paznokcie w plecy chłopaka, które wciąż były zasłonięte przez materiał czarnej koszulki z logiem ich zespołu.
- Ale Zero… Naprawdę nie powinniśmy… Poczekaj jeszcze te kilka dni, a Oota wyprowadzi się już. Seks w publicznej toalecie nie jest szczytem moich marzeń – wyznał, spoglądając z naganą na kochanka.
- Przecież ty też masz ochotę – na potwierdzenie tych słów Shimizu przesunął dłonią po kroczu Hiroshiego. – Pozwól i mi, i sobie ulżyć – cmoknął go krótko w usta, po czym ponownie powrócił do obdarzania pocałunkami jego szyi.
- Michi… Proszę cię, ja naprawdę czuję się niekomfortowo…
- Nie bój się, nie my pierwsi będziemy kochać się tutaj – pocieszył go Zero, gładząc jego boki ciała i biodra.
- Nie, nie o to mi chodzi… Wiesz… Mam wrażenie, że wiecznie jesteśmy obserwowani. Nie wiem czy to przez to, że Tsukasa pomieszkuje u nas już drugi tydzień i towarzyszy nam praktycznie we wszystkim, czy może dlatego, że…
- Rozluźnij się – przerwał mu Michi, masując delikatnie jego spięte barki. – I przestań myśleć o Tsu. Skup się na mnie – uśmiechnął się cwaniacko, po czym pocałował go. – Zostało nam ledwo pół godziny przerwy, a później znów zaczyna się próba… Hizu-chan, później nie będziemy mieli okazji…
- Ale zrozum! Tsukasa jest jak duch! Jesteś sam w pokoju, obracasz się, a on nagle stoi za tobą! Wydaje ci się, że jesteś z kimś sam na sam, a na zdjęciu w tle pojawia się Tsu… On jest wszędzie i to mnie przeraża! – zaskomlał wokalista.
- Dobra, przyznaję ci rację, Kenji najprawdopodobniej ma jakieś nadprzyrodzone moce, ale teraz naprawdę go tu nie ma!
- A skąd wiesz? Na tym właśnie polega jego sztuczka; kiedy myślisz, że go tu nie ma, on się pojawia! A jakoś uprawiać seks przy publiczności to mi się nie widzi… - Hiroshi wygiął brzydko usta.
Chwila ciszy.
Konsternacja.
- W końcu przestaliście się kłócić na mój temat? – usłyszeli tak znajomy i przerażający głos. Basista i wokalista w jednym momencie spojrzeli na perkusistę, który stał w drzwiach łazienki i opierał się niedbale o framugę. – W takim razie świetnie. Zaczynamy ponownie próbę – poinformował ich swoim wystudiowanym, zimnym niczym lód głosem, który świadczył, że lider obraził się.
Obaj chłopcy ze spuszczonymi głowami w pokorze powlekli się za Ootą. Zero westchnął ciężko, będąc niezadowolonym z tego, że do niczego nie doszło. Hizumi trącił go łokciem między żebra.
- Widzisz, mówiłem, że on jest wszędzie! – szepnął do ukochanego.
Shimizu zaczął poważnie zastanawiać się nad nadprzyrodzonymi umiejętnościami Tsukasy i zaczęło go to przerażać. W istocie, ten chłopak potrafił pojawić się wszędzie, jednak zawsze wybierał tą najmniej odpowiednią chwilę…




Miniaturka Nezumi x Shion (No.6) "Połowa prawdy"

Uwaga! Uwaga! Potrzebuję bety! Hoshii. jest zajęta i nie zawsze ma czas na sprawdzanie moich wypocin, więc... Potrzebuję bety i kropka, bo takiego niezbetowanego tekstu to niezbyt lubię wstawiać ;_;
Proszę o pomoc!
Jest tu jakiś dobry samarytanin, który zechciałby czytać moje wypociny i poprawiać w nich błędy? Jeśli tak to proszę o kontakt - napisz mi maila! Adres podany powyżej!


Na „dzień dobry” wyjaśnię, że nezumi po japońsku oznacza szczur – żeby nie było żadnych „ale” ani nie było wątpliwości, co do tego.

Tytuł: „Połowa prawdy”
Paring: Nezumi x Sion (No.6)
Typ: miniaturka
Gatunek: ?
Beta: -

„Im mocniej próbujesz coś zatrzymać przy sobie, tym szybciej to stracisz” – każdego wieczora rozmyślałem nad znaczeniem słów jakie powiedział mi kiedyś Nezumi.
Pamiętam doskonale okoliczności w jakiś to powiedział; siedzieliśmy wtedy w jego małym mieszkaniu, o ile można było to tak nazwać, ukrytym pod ziemią. Wróciłem po skończonej pracy u Psiary. Za zarobione pieniądze za mycie i przystrzyżenie psów kupiłem więcej jedzenia niż zwykle. Obiad, który ugotowałem tamtego dnia nie przypominał już brudnej wody spływającej do kanalizacji, a powiedziałbym, że był prawie na poziomie tych, które serwowała moja mama jeszcze wtedy, kiedy nie zostaliśmy przeniesieni z „Kronos” do „Utraconego Miasta”.
Szczur wszedł do domu, kiedy postawiłem talerz z dwoma kawałkami ciasta wiśniowego na niskim stoliku. Ciasto wiśniowe chyba już zawsze będzie kojarzyć się nam obojgu z naszym pierwszym spotkaniem. Mnie napawało ono szczęściem, mimo iż przez ukrywanie VC* straciłem wszystko, co liczyło się dla ludzi mieszkających w No.6 – dom w „Kronos”, możliwość zostania badaczem i uczęszczania na specjalny kurs ekologii w wieku 12 lat, co teoretycznie zwiastowało, że miałem już utorowaną drogę życiową, która usiana była wszelkimi luksusami. Nie żałowałem tego. Cieszyłem się, że pomogłem wtedy Nezumiemu, mimo iż następny raz spotkaliśmy się dopiero po czterech latach. Byłem szczęśliwy z tego, że Szczur pomógł odkryć mi moje własne uczucia. Pokazał mi je i nauczył o nich wszystkiego, co sam wiedział. Niesamowicie się z tego radowałem, gdyż dopiero po spotkaniu szarowłosego zrozumiałem jakim jestem człowiekiem. Gdyby nie to, wyrósłbym na posłusznego, apatycznego idiotę podlegającemu No.6… a co najważniejsze No.6 wciąż stałoby niewzruszone. Mimo tak wielu plusów jakich przysporzyło mi spotkanie z tym chłopakiem, byłem pewien, że Nezumi nie jest z tego zadowolony. Obwiniał się o to, że zniszczył mi życie, mógłbym sobie za to rękę dać uciąć! Zapewne nigdy sobie tego nie wybaczył – to dlatego uratował mnie, kiedy ludzie z departamentu pokoju mieli zamiar zamknąć mnie w zakładzie karnym.
Dziś jest 17 września 2015 roku. Minęły dwa lata od zniszczenia No.6. Jedyne co pozostało po szóstym mieście-państwie to wzniesienia po gigantycznym murze, jaki je ogradzał. Lubiłem przychodzić na wschodnią część tego wzniesienia, usiąść i pomyśleć. To miejsce było dla mnie tak ważne ze względu na to, że to tu ostatni raz widziałem Szczura. To tutaj pocałował mnie na „do widzenia”. To tutaj się pożegnaliśmy.
Ale… dlaczego w sumie o tym myślę? Jaki ma to związek z tym, co powiedział mi szarowłosy? Otóż mimo że spędziłem z Nezumim tle czasu, mimo iż mieszkałem u niego… ja… nie pamiętam… Nie potrafię sobie przypomnieć wyrazu jego twarzy, kiedy wszedł do mieszkania i zobaczył tą „ucztę”, ciasto wiśniowe, które jest dla nas niczym kamień milowy. Uśmiechał się? A może był zasmucony? Może zły? Nie wiem… Pamiętam jedynie, że kiedy skończyliśmy jeść rzucił sucho te słowa, a następnie znów wyszedł i nie wrócił na noc.
Starałem się zatrzymać w pamięci obraz jego twarzy, jednak to również mi nie wychodziło. Z każdym kolejnym dniem i chwilą, którą spędzałem na rozmyślaniu, siedząc na wschodnim wzniesieniu jego twarz stawała się coraz bardziej rozmyta w moich wspomnieniach. Im bardziej próbowałem przypomnieć sobie jego wygląd, tym bardziej stawał się niewyraźny, nieuchwytny. Tak jakbym… patrzył na jego postać przez krzywe zwierciadło albo przez pobitą szybę, po której spływa woda – teoretycznie coś widać, ale nie jest się w stanie określić dokładnie, czym jest to „coś”.
Zawsze, kiedy ta myśl gościła w moim umyśle, do oczu napływały łzy. Pochyliłem głowę, przecierając pięścią oczy i biorąc głębszy wdech na uspokojenie. Drugą, wolną ręką objąłem mocniej kolana, które przyciągnąłem pod brodę. Kilka słonych kropli spłynęło po mojej twarzy. Nie pamiętałem nawet dotyku jego ust ani ich smaku… Przesunąłem kciukiem po wargach uporczywie próbując przypomnieć sobie to, co czułem kiedy pocałowałem go niby „na dobranoc”, choć w planach w istocie miałem samotną wędrówkę do zakładu karnego oraz ten moment, kiedy to Nezumi pocałował mnie, żegnając się, po upadku No.6. Jednak i tym razem nie było inaczej – wspomnienia jak na złość jedynie jeszcze bardziej zacierały się i stawały nie do odgadnięcia, przez co po mojej twarzy spłynęło jeszcze więcej łez.
Z amoku i letargu w jaki popadłem wyrwał mnie Hamlet. Biała myszka, jedyne co pozostało mi z przeszłości, która może była ciemna, brudna i śmierdząca, ale do której zawsze chciałem wrócić; bo był w niej Szczur.
Hamlet wspiął się po moich plecach i zajął swoje stałe miejsce na moim ramieniu, po czym… niespodziewanie ugryzł mnie w ucho! Nigdy wcześniej nie zdarzyło się coś podobnego!
- Ał… - syknąłem, biorąc myszkę w ręce. – Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałem z wyrzutem.
- Mówi ci, że masz wziąć się w garść – dobiegł mnie wciąż odległy głos.
Przez chwilę siedziałem otępiały, a brzmienie tego głosu roznosiło się w mojej głowie dudniącym echem, który jakby mocą swojej fali dźwiękowej stłukł wszystkie krzywe zwierciadła, przez która patrzyłem na własne wspomnienia. Wydarzenia z przeszłości nagle stały się ostre niczym brzytwa, a wszelkie uśmiechy, wyrazy smutku i złości stały się dla mnie tak oczywiste jak nigdy dotąd. W dodatku w mojej pamięci stanął pełny obraz twarzy Nezumiego – nie był on niczym zmącony. Wyraźny jak nigdy przedtem.
- Pamiętasz, co powiedziałem ci na odchodnym? – spojrzałem w górę, gdyż teraz stamtąd dochodził głos. – Że dasz sobie radę. A jak tak powiedziałem, to tak ma być; więc nie waż mi się tu więcej płakać.
Z niedowierzaniem i zachwytem patrzyłem na postać stojącą koło mnie. Nie mogłem uwierzyć, że on tu naprawdę jest… że nie jest jedynie wymysłem mojej fantazji. Stał nade mną z delikatnym uśmiechem na ustach, wpatrując się w widok przed nami. Promienie zachodzącego słońca pięknie go oświetlały złotym snopem światła. Delikatny wiatr bawił się jego, jak zwykle, związanymi włosami, wyciągając pojedyncze kosmyki z upiętej z tyłu głowy całości i unosił je.
Powoli wstałem na słaniających się nogach. Wpatrywałem się w niego z nabożną czcią, jednak sam widok to było dla mnie za mało. W końcu odważyłem się i wyciągnąłem rękę, a następnie przyłożyłem ją do jego piersi. Pod palcami poczułem opór ciała oraz rytmiczne bicie serca… Był prawdziwy…
Nezumi nakrył własną dłonią moją, ściskając moje palce.
- Wciąż bije… Wciąż ciepły… Wciąż żyję – uśmiechnął się szerzej, spoglądając na mnie. Przypomniałem sobie jak podczas naszego pierwszego spotkania miał gorączkę, jednak nie chciał leków, mówiąc, że kiedy człowiek jest ciepły, to znaczy, że żyje. – A ty wciąż nic nie urosłeś – zaśmiał się pod nosem, głaszcząc mnie pod głowie. – Wciąż jestem wyższy.
Nie myśląc wiele przysunąłem się do niego, a następnie przytuliłem, kładąc głowę na jego barku. Objąłem go za szyję, a on mnie na wysokości bioder. Przymknąłem powieki, wsłuchując się w bicie serca, które tak mnie uspokajało. Poczułem się bezpiecznie. W końcu bezpiecznie i na swoim miejscu. Uśmiechnąłem się, wtulając w niego jeszcze bardziej i zaciągając jego zapachem.
- Ej, miałeś już nie płakać – przypomniał mi.
- To łzy szczęścia – wytłumaczyłem się, odzywając po raz pierwszy od dłuższego czasu. Spojrzałem na niego z dołu, widząc malujący się błogi grymas na jego twarzy. – Gdzie byłeś przez te dwa lata?
- Wiesz… Zakończyć pewne sprawy jest o wiele trudniej niż je rozpocząć… - westchnął.
- Ale… teraz już zostaniesz, prawda? – zapytałem z nadzieją, zaciskając kurczowo palce na jego bluzce.
- Chcesz tego?
- Oczywiście! – chłopak uśmiechnął się szeroko i pogładził mnie po dolnych partiach pleców.
- Pamiętasz jak powiedziałem ci, że im bardziej starasz się coś zatrzymać, tym szybciej to stracisz? – pokiwałem głową na potwierdzenie. Nezumi wziął głębszy wdech i ponownie zaczął mówić. – To tylko połowa prawdy. Ta zasada tyczy się tego, co od ciebie ucieka. Ucieka czas, niektórzy ludzie, wspomnienia, pieniądze… ale są też tacy, który chcą przy tobie zostać. O stratę tego nie masz co się martwić, bo prędzej czy później to i tak do ciebie wróci. Nawet jeśli przez długi czas tego nie widziałeś…
- Nawet jeśli nie widziałem tego przez dwa lata?
- Nawet gdybyś nie widział tego przez sto lat to i tak do ciebie wróci – posłał mi spojrzenie pełne spokoju i radości, po czym nachylił się nade mną i musnął moje usta.
Na początku nieśmiało jedynie dotknął moich warg swoimi, jednak zaraz potem ośmielił się i pocałował mnie pewniej. Zasmakowałem jego ust. Mocniej objąłem go, aby nie upaść, gdyż nogi odmówiły mi posłuszeństwa i ugięły się samoistnie pode mną. Kiedy szarowłosy polizał moje wargi uchyliłem je. Całowaliśmy się długo i namiętnie, dopóki nie zabrakło nam tchu. Kiedy to już się stało odsunęliśmy się od siebie odrobinę. Nezumi spojrzał mi w oczy i wyszeptał:
- Jestem tym, który chce być przy tobie – a następnie ponownie złączył nasze usta.

THE END.



*VC – dla niewtajemniczonych, czip VC był wszywany pod skórę wyjątkowo niebezpiecznym przestępcom, aby można było określić ich położenie nawet jeśli udałoby im się zbiec z zakładu karnego. Nezumi był wtedy dzieckiem tak jak Shion (12 lat), co wydało się głównemu bohaterowi głupie, że takiemu dzieciakowi wszyto VC. Ciężko to opisać – polecam przeczytanie mangi choćby pierwszego rozdziału lub obejrzenie pierwszego odcinka anime.

Yo-ka x Ruki 4

Opierniczam się i nie mam wam nic więcej do powiedzenia x.x Jakoś w ostatnim czasie nie mam ochoty na yaoi, więc wciąż czytam książki (pokaźny stos wciąż widnieje na mojej szafce nocnej), oglądam anime i czytam mangi. W najbliższym czasie możecie się spodziewać jakiegoś shot'a z Nezumim i Shionem z No.6.
Przez kolejne kilka dni wciąż leżałem w łóżku, wracając do zdrowia. Yo-ka przychodził codziennie i przypisywał mi zeszyty, a ja czytałem jego notatki. Muszę przyznać, że spodziewałem się po nim zobaczyć w moich zeszytach jakieś szlaczki podobne do pisma arabskiego, może ptaszki, oczy i słoneczka z egipskich hieroglifów lub ewentualnie kropki i kreski z alfabetu Morse’a, jednak okazało się, że miał naprawdę piękny charakter pisma. Bez trudu się rozczytałem, notatki były rzetelne i wszystko było wyjaśnione, przysłowiowo, jak chłop krowie na rowie.
- Chyba nigdy w życiu tyle nie notowałem – zaśmiał się, kiedy przyszedł do mnie któregoś z kolei dnia.
- Przepraszam, że sprawiam ci taki kłopot – spuściłem głowę.
- Takanori – zawołał mnie, więc ponownie podniosłem głowę, a on ujął mój podbródek w dwa palce. – To żaden problem. Cieszę się, że mogę ci pomóc – uśmiechnął się i wrócił do przepisywania.
Moje serce biło nienaturalnie szybko. Wystraszył mnie. Cholernie mnie wystraszył; znowu – tak, jak wtedy, kiedy przyszedł oddać mi torbę; myślałem, że chce mnie pocałować. Spojrzałem niepewnie na chłopaka siedzącego przy biurku, który właśnie przerysowywał schemat z biologii. Sam chwyciłem pierwszy lepszy zeszyt i również zacząłem przepisywać, aby odsunąć od siebie niewygodne myśli.
-  A tak w ogóle… - mruknął po jakimś czasie. – To chyba powoli wracasz do zdrowia, prawda?
- Tak. Dzisiaj już chciałem iść do szkoły, ale pielęgniarka powiedziała, że dopiero od poniedziałku mogę ponownie zacząć uczęszczać na zajęcia – odpowiedziałem chyba jednym z najdłuższych zdań, jakie kiedykolwiek skierowałem pod jego adresem.
- Dobrze, że dzisiaj cię nie puściła. Piątek to najcięższy dzień dla naszej klasy; uważam, że to naprawdę niesprawiedliwe, że w ostatni dzień roboczy mamy aż osiem lekcji! – pokręcił głową. – Ale ciesz się; ominęła cię kartkówka z chemii – uśmiechnął się.
- Ech, wcale się nie cieszę, bo zapewne na najbliższej lekcji nauczyciel mnie zapyta i, i tak dostanę jedynkę, i tak… - westchnąłem.
- W takim razie, jeśli masz problem z chemią, dlaczego nie poprosisz o pomoc w nauce? – odłożył pióro i odchylił się na krześle, spoglądając na mnie ciekawsko.
- Prosiłem już Kaia nie raz i nie dwa, ale nie chcę nadużywać naszej przyjaźni do takich błahych spraw…
- Jak będziesz miał test komisyjny z chemii, to też powiesz, że to „błaha sprawa”? – podniósł jedną brew.
- No nie… Ale… Nie uważam, że nauka to błaha sprawa, ale zdaję sobie sprawę, że Kai ma ciekawsze zajęcia niż tłumaczenie chemii takiemu tłumokowi, jak mi. Nie chcę, żeby pomyślał, iż uważam go za darmowego korepetytora, którego mogę wykorzystywać, kiedy mi się podoba – przeczesałem palcami włosy.
- A czy w tej szkole jedyny Kai rozumie chemię i tylko on jest cito w stanie wytłumaczyć? Hm? Jest tutaj wielu innych uczniów dobrych z tego przedmiotu… - w tym momencie przypomniałem sobie, jak Yo-ka odpowiadał ze mną pod tablicą… znaczy ja miałem odpowiadać pod tablicą w ramach kary za spóźnienie, a po chwili dołączył do mnie, bo stanął w mojej obronie. W sumie, nie można powiedzieć, że odpowiadałem, gdyż nie odezwałem się ani razu. Blondyn pomylił się tylko w jednym pytaniu i to ze względu na pośpiech, jednak ten stary belfer i tak wyrzucił nas z klasy i postawił oceny niedostateczne. – Nie chcę się chwalić, ale nieraz wygrywałem olimpiady z chemii, a jeśli nie zawsze, to przynajmniej jestem laureatem – bawił się swoimi włosami, kręcąc jeden kosmyk na palcu.
- Więc… Rozumiem. Pomożesz mi w zamian… właśnie: w zamian za co?
- Słucham? – spojrzał na mnie zdziwiony.
- Za przepisywanie zeszytów dałem ci moje słowo i możesz żądać ode mnie jednej, dowolnej rzeczy. Więc czego chcesz w zamian za pomoc w nauce?
- Niczego – chłopak zaśmiał się wracając do pracy. – To tak nie działa. Pomogę ci w zamian za nic. To właśnie jest bezinteresownapomoc.
- Więcdlaczego za przepisywanie zeszytów chciałeś moje słowo? – nie rozumiałem; jak bezinteresowna pomoc, to chyba bezinteresowna, nie? A może to tylko taki kaprys? Może dzisiaj mówi, że niczego nie będzie żądałw zamian, a jutro już wymyśli sobie Bóg wie co?
- Bo… - uśmiechnął się pod nosem. – Wszystko w swoim czasie – zachichotał.
- Coś uknułeś – stwierdziłem. – Skłamałeś, kiedy mówiłeś, że jeszcze nie wiesz, czego możesz ode mnie chcieć. Mogłem się tego spodziewać…
- Ej, nie obrażaj się – przysunął się do mojego łóżka na krześle obrotowym. – Czujesz się oszukany? Masz rację, wiem, o co chcę cię poprosić, ale jeszcze na to nieczas. Obiecałem, że nie zmuszę cię do zabijania, gwałcenia ani brania udziału w orgiach i zamierzam tej obietnicy dotrzymać. Nie bój się, nie ucierpisz na tym – chciał pogłaskać mnie po głowie, jednak odtrąciłem jego dłoń. Uśmiech zniknął z jego ust. – Przepraszam, jeśli w jakikolwiek sposób moje zachowanie cię ubodło – spuścił głowę, a ja oddałem mu zeszyt, który właśnie skończyłem przepisywać. – Będziesz się teraz na mnie boczył? Mam wyjść?
- Zostań, jeśli chcesz – wzruszyłem ramionami. – I nie boczę się na ciebie, tylko próbuję zgadnąć, czego mógłbyś ode mnie chcieć.
- Powiedziałem, że na tym nie ucierpisz, więc…
- Nie mam żadnych wpływów w tej szkole, a ty i tak nie potrzebujesz naciągania ocen, bo uczysz się bardzo dobrze. Nie jestem bogaty, ani lubiany; zresztą, jakbyś potrzebował, żeby ktoś załatwił ci coś po znajomości, zwróciłbyś się do swoich znajomych, bo znasz pięć razy więcej osób niż ja… Nie, co ja gadam, przecież zna cię cała szkoła! W sumie… znajomość ze mną nie daje ci żadnych korzyści, a jedynie same minusy – dygasz z moją torbą z książkami, którą zostawiłem w stołówce, bronisz mnie, pomagasz nadrabiać zaległości…
Blondyn bez słowa przysunął się z powrotem do biurka i znów zaczął przepisywać, przesadnie się garbiąc. Spochmurniał… Czyżbym go czymś uraził? Ech, nieważne… Zacząłem zastanawiać się nad tym, co kiedyś powiedział mi Kai – czy to możliwe, żeby TAKI chłopak się we mnie zakochał? Nie… Oczywiście, że nie! Jest wysportowany, przystojny, bogaty, kocha się w nim połowa naszej męskiej szkoły, a druga połowa jedynie go podziwia, ma świetne oceny, dużo znajomych… po co mu taki ciężar jak ja? Czyli moje obawy były uzasadnione… Jednak chce mnie wykorzystać… Tylko w jaki sposób? Najpierw zamierzał zdobyć moje zaufanie, a potem zrobić ze mnie swojego kundelka i chłopca na posyłki? A może po prostu chciał się ze mnie pośmiać?
Nagle Yo-ka rzucił pióro, które odbiło się od blatu biurka i wylądowało na podłodze. Wstał z krzesła i szybko do mnie podszedł, łapiąc mocno za ramiona. Wcisnął mnie w poduszkę, równając nasze twarze i spoglądając mi prosto w oczy.
- Jeśli myślisz, że chcę cię wykorzystać, to naprawdę grubo się mylisz! – powiedział nieprzyjemnie, twardo. – Przestań w końcu myśleć o mnie jak o zagrożeniu! Chcę ci po prostu pomóc, poznać cię… a ty mi w tym nie chcesz pomóc, dlatego uciekam się do wszelkich sposobów; nawet takich, jakie ty nazywasz oszustwem! – puścił mnie i ponownie usiadł na krześle. Podniósł pióro i wznowił przepisywanie.
Nie wiedziałem jak się zachować… Nigdy wcześniej się tak nie zachowywał, dlatego byłem totalnie zaskoczony. Spoglądałem na niego przez chwilę, jednak starał się to ignorować. Stwierdziłem, że nie mam nic mądrego do powiedzenia, więc również zacząłem przepisywać notatki.
Po kolejnych trzydziestu minutach, niczym niezmącona cisza panująca między nami, zaczęła mi doskwierać. Zacząłem co i rusz rzucać mu krótkie, ukradkowe spojrzenia. Zdałem sobie sprawę, że nie minęła nawet godzina, a ja już tęskniłem za jego głosem i uśmiechem. Świadomość, że tu jest, ale nie odzywa się i nie uśmiecha, była dla mnie bardzo nieprzyjemna; paradoksalna. Yo-ka = gadulstwo + uśmiech; takie równanie powstało w mojej głowie, a w tym momencie zostało złamane. To tak jakby ktoś na siłę próbował mi wmówić, że dwa plus dwa to pięć. To było takie… nielogiczne, niemal głupie...
- Jeśli nie chcesz tutaj siedzieć, to możesz wyjść – mruknąłem cicho. Nie chciałem, żeby siedział tu na siłę i się męczył.
- Czy to była delikatna sugestia, że mam wypierdalać? – uśmiechnął się jadowicie, co mnie zabolało. Spojrzałem na niego wystraszony, a następnie spuściłem głowę w pokorze.
- Przepraszam… ja… - dukałem, a w moich oczach zaczęły gromadzić się łzy.
- Nie, to ja przepraszam – westchnął i usiadł obok mnie, obejmując jedną ręką. – Poniosło mnie… Przepraszam. Uwierz, że jesteś dla mnie bardzo ważny – uśmiechnął się ciepło, a mi kamień spadł z serca. Ponownie poczułem się bezpiecznie przy jego boku i – tak jak w parku – jego bliskość nie przeszkadzała mi. Oparłem głowę na jego torsie, a chłopak objął mnie ciaśniej. – Zróbmy sobie przerwę od tego przepisywania, co? – zaproponował.
- Dobry pomysł – zgodziłem się.
- Tyle dni leżysz w łóżku, przydałoby się przewietrzyć, nieprawdaż? – pogłaskał mnie po głowie. – Przejdziemy się? – chwilę nad tym myślałem, jednak moja odpowiedź…
- Nie - …była przecząca. Yo-ka westchnął zawiedziony.
- W takim razie pójdę już. Robi się ciemno – wyjrzał przez okno i wstał. – Do zobaczenia jutro – rzucił i wyszedł, zostawiając mi zeszyty.
Przez chwilę siedziałem tak w ciszy i zastanawiałem się, czy aby na pewno dobrze zrobiłem. Dziś blondyn zachowywał się nieco inaczej niż zawsze… Czy zacząłem go irytować? A może ma jakiś problem, o którym nie chce mówić? Zacząłem przebierać nogami i przygryzać nerwowo wargi, aż w końcu nie wytrzymałem i szybko wyciągnąłem jakieś ciuchy z szafy. Założyłem pierwsze lepsze rzeczy, które nawinęły mi się pod rękę – trafiło na podarte jeansy i czarną bokserkę. Wypadłem z pokoju jak burza jednocześnie czesząc włosy. Kiedy mniej więcej doprowadziłem niesforne kosmyki do ładu schowałem składaną szczotkę z małym lusterkiem do tylnej kieszeni spodni. Zacząłem rozglądać się po korytarzu, ale chłopaka nie było już w pobliżu. Pobiegłem na główny hol, gdzie mieściły się czerwone kanapy, telewizor oraz schody prowadzące na pierwsze i drugie piętro akademika. Z oddali usłyszałem jego głos. Wbiegłem po schodach na drugie piętro, kierując się za jego głosem. Stojąc u szczytu schodów zobaczyłem powoli oddalającą się postać. Podbiegłem do niej i prawie złapałem ją za rękę. Cofnąłem dłoń w ostatnim momencie.
- Więc jednak czujesz się na tyle dobrze, żeby biegać? – dobiegł mnie głos blondyna z lewej strony. Zobaczyłem jak Yo-ka opiera się o futrynę drzwi swojego pokoju. Chłopak, którego chciałem zaczepić okazał się być jakimś innym pierwszoroczniakiem, którego nie znałem.
- Jak widzisz… - uśmiechnąłem się pod nosem. Odpowiedział mi tym samym gestem, po czym ruchem ręki nakazał mi podążać za sobą.
- W takim razie chodźmy…

***

Spacerowaliśmy po parku w nie za wielkiej, ale także nie minimalnej odległości od siebie. Yo-ka oddał mi swoją bluzę, gdyż zrobiło się już zimno, a ja wypadłem z pokoju w samej podkoszulce. W jego, za dużej na mnie, sportowej bluzie, musiałem wyglądać dość śmiesznie, ale nie przeszkadzało mi to. Podobało mi się, jak ta bluza pachniała – chciałbym ją zachować, ale wiedziałem, że to niemożliwe.
- Więc kiedy chciałbyś, żebym przyszedł i wytłumaczył ci chemię? – zapytał.
- Nie wiem… Może być jutro?
- Jutro jest impreza w szkole… Właśnie, miałem przekazać ci tą wiadomość! Chciałbyś może pójść?
- Wiesz, że ja… niezbyt lubię zatłoczone miejsca – wykręciłem się.
- A ze mną? Poszedłbyś, gdybym obiecał ci, że będziesz tylko przy mnie?
- Przecież to niemożliwe. Twoi koledzy nie dadzą ci spokoju… - wiatr delikatnie targał naszymi włosami. Spacerując z tym chłopakiem po oświetlonejalejce wyłożonej kostką brukową,między drzewami parku, czułem się… na swoim miejscu?
- O to się nie martw. Już dam im powód, żeby nie zawracali nam głowy – uśmiechnął się zachęcająco.
- Nawet gdyby to było możliwe, nawet twoja bliskość nie zmieni tego, że wciąż będzie tam dużo osób, co mnie krępuje…
- Też racja… Ale… ale myślałem, że kiedy pójdziesz z przyjacielem, skupisz się głównie na nim, ignorując otoczenie. Wiesz, ja tak właśnie robię, kiedy spotykam się z tobą.
- Uważasz mnie za przyjaciela? – zdziwiłem się.
- A ty mnie nie?
- No wiesz… W sumie to krótko się znamy…
- Tak, ale… Nieważne – machnął ręką. – Więc pójdę sam. W takim razie mógłbym przyjść do ciebie w niedzielę?
- Jasne. Byłoby miło – uśmiechnąłem się delikatnie.
Nawet nie zauważyłem, kiedy weszliśmy do akademika, a tym bardziej, kiedy doszliśmy pod mój pokój. Zdumiony rozejrzałem się po korytarzu. Byłem tak skupiony na chłopaku, że zignorowałem otoczenie… więc jednak też tak potrafię…
- W takim razie do niedzieli – pomachał mi i odszedł w swoją stronę.
- Yo-ka! Twoja bluza! – krzyknąłem, a on zareagował cichym śmiechem i machnięciem ręki.
- Zatrzymaj ją! – odkrzyknął.
Więc jednak niemożliwe czasem staje się możliwe… Dał mi bluzę, uświadomił, że potrafię ignorować otoczenie skupiając się tylko i wyłącznie na nim… to znaczy, że jesteśmy przyjaciółmi? Cholera…
Skoro niemożliwe jest możliwe,to dlaczego by nie…?
Ech, raz kozie śmierć; muszę spróbować!
Jeśli on mnie nie złamie, nie zrobi tego nikt inny…
„Złam mnie, Yo-ka – pomyślałem – bo mam już dość tej nieśmiałości. Mam dość czołgania się na dnie mojej cholernej nieśmiałości.”*


*wers piosenki „Without a Trace”


Oneshoot MiA x Tsuzuku (Mejibray) "Lovely Cheeks" + rocznica~!

Z paringiem MiA x Tsuzuku napisałam jeszcze część drugą oneshoota "Perfekcyjny". Pamiętacie to? ^^ Poza tym beta właśnie odesłała mi część czwartą "Ruki x Yo-ka" - a to taki tam spojler, czego możecie się spodziewać w najbliższych dniach xD

Aoi, dziękuję za piękny komentarz ♥ Ale z tymi kartonami to chodziło mi o to, że one są w środku czymś wypełnione, dlatego Sono jeszcze podkreślał, że woli między nimi się nie przeciskać, żeby ich zawartość nie wypadła mu na głowę :)

Dziękuję także Alexandrze Rothe za "+1" dla poprzedniego oneshoota Sono x You (Matenrou Opera). Arigatooo~! ♥

A teraz z innej beczki: wiecie, że dziś mija dokładnie rok odkąd piszę na blogerze? Ten blog nieprzerwanie działa już od roku~! ♥ Pierwsze urodzinki mojego bloga~!




Kolejne inspirujące zdjęcie pochodzące z profilu facebooka "Tsuzuku Mejibray", z którym ostatnio ucięłam sobie rozmowę xD Normalnie prawie poczułam się, jakbym pisała z prawdziwym Tsuzu ;p

Tytuł:” Lovely Cheeks”
Paring: MiA x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: Oneshoot
Gatunek: ?
Beta: Hoshii.

- Tsuzu-kun? – zapytał przesłodko Mia, odwracając się w moją stronę.
- Tak?
- Mogę się dowiedzieć, dlaczego molestujesz moją twarz? – popatrzył na mnie jak na idiotę.
- Ależ ja nie molestuję twojej twarzy! – prychnąłem. – Co mam poradzić na to, ze masz takie urocze policzki? – uszczypnąłem go i wytarmosiłem za owe urocze policzki niczym zawodowa babcia. Jeszcze tylko brakowało, żebym zaczął do niego mówić „gudziu-gudziu-gu” jak do małego dziecka i wciskać w niego jedzenie.
- Tsuzuku! To boli! – jęknął, odsuwając się ode mnie. Na policzkach chłopaka pojawiły się czerwone ślady.
- Miałeś źle rozprowadzony podkład. Już go roztarłem, więc się nie irytuj – machnąłem ręką, jednak nie przewidziałem jednego… najgorszego…
Za moimi plecami w magiczny sposób zmaterializowała się nasza wizażystka. Teoretycznie nic strasznego, ale biorąc pod uwagę to, że pochodziła z Rosji, była wyższa i miała bardziej rozbudowane barki niż ja i Mia razem wzięci, trochę napawała strachem… trochę bardzo, przyznam… Ponadto wysunięta, kwadratowa szczęka jak u Arnolda Schwarzenegger’a i małe oczka, teraz dodatkowo groźnie zmrużone, przez co wyglądały jak dwie poziome, nachylone do siebie nawzajem pod kątem ostrym kreski, nadawały jej twarzy wyrazu mordercy lub niedoszłego mordercy, który dziwnym trafem za nieudaną zbrodnię chciał się zemścić właśnie na mnie. Przełknąłem głośno ślinę i powoli odwróciłem się w jej stronę. Tak, jak do tej pory wciąż siedziałem do niej tyłem, jednak wiedziałem, że stoi za mną i właśnie tak wygląda – skąd to wiedziałem? Jej pojawienie się zwiastowało złowieszcze strzelenie stawów wyłamywanych palców, które obwieszczało, że zaraz oberwę. Za co oberwę? Za to, że powiedziałem, iż podkład Mia został źle rozprowadzony; to z kolei było powodem jej okropnej miny. Ta kobieta była przerażająca i zarówno swoją budową, jak i wyrazem twarzy bardziej przypominała mężczyznę, jednak, co jak co, przyznać trzeba, że makijaż robiła perfekcyjnie. W istocie podkład gitarzysty z mojego zespołu został idealnie rozprowadzony, jednak to była tylko moja wymówka przed szatynem (na zdjęciu MiA wciąż ma brązowe włosy, więc się tego trzymam, mimo iż obecnie jest blondynem od aut.), dlaczego go uszczypnąłem. Niestety wizażystka musiała to usłyszeć, co oznaczało, że wydałem na siebie wyrok śmierci – zapewne będę katowany dopóki nie zdechnę w męczarniach… Przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze…
- Witaj, Olgo – szepnąłem przerażony, a mój niski głos niespodziewanie stał się strasznie wysoki, niemalże piszczący. Ręce zaczęły mi się trząść.
Mia zauważył, że boję się konsekwencji swoich słów. Nakrył moje drżące dłonie swoimi, gładząc kciukami moje palce w uspakajającym geście. Przelotnie spojrzałem na gitarzystę, niemo się z nim żegnając i przekazując krótki testament: „Weź mojego kota, Koichi niech dostanie moje garnki, bo ostatnio opowiadał, że prawie wszystkie swoje spalił, a Meto niech odziedziczy moją kolekcję kolczyków i niech wciąż torturuje nimi swoje ciało”.
Przeniosłem wzrok na Olgę; żeby to zrobić w istocie musiałem zadrzeć głowę do góry, gdyż, jak wspomniałem, była wyższa ode mnie. Miała chyba z jakieś metr osiemdziesiąt, albo i więcej… Pierwszy raz w życiu poczułem się taki malutki…
Podsumowując: wizażystka była wielka, rozbudowana (chyba chodziła na siłownię), miała fizjonomię „Terminatora” i w takich momentach była straszna. Ogólnie była to ciepła i dobra kobieta, jednak kiedy tylko usłyszała choć strzępek zdania na temat niedociągnięć w makijażu, jaki wykonała zamieniała się w ów „Terminatora”. Ogólnie, bałem się jej nawet, kiedy miała dobry humor – kiedy śmiała się, nie opuszczała mnie obawa, że zaraz zmieni się jej nastrój i zacznie mnie dusić... Nie wiem dlaczego, ale nie mogłem pozbyć się wizji, jak Olga łapie mnie za szyję (moja szyja wyglądała jak jej przedramię – a bynajmniej tak mi się zdawało przez ogarniający mnie strach) i podnosi, kurczowo zaciskając palce, jednocześnie odcinając mi dopływ powietrza. Aż zrobiło mi się słabo… Zachwiałem się i bujnąłem do tyłu, a z racji tego, że zmieniłem pozycję, aby móc spojrzeć na Olgę, to teraz siedziałem tyłem do gitarzysty. Oparłem się o Mia, który również zaczął drżeć. Mocniej zacisnął dłonie na moich.
- Witaj Tsuzuku-chan – warknęła.
Z opisu wizażystki, jaki podałem, zapewne, drogi Czytelniku, w twojej głowie powstał obraz Schwarzenegger’a z farbowanymi włosami do ramion – i dobrze. Bo tak właśnie wyglądała Olga. Dodatkowo miała ogromny biust, którym zapewne potrafiła udusić człowieka, a w każdym razie potrafiła nim przywalić – Meto był tym nieszczęśnikiem, który kiedyś nim oberwał. Akurat robiła makijaż perkusiście, kiedy niespodziewanie zadzwonił jej telefon. Podobno oczekiwała jakiegoś i poderwała się z krzesła, jak oparzona, przez co Meto dostał w twarz pokaźnym biustem i do dziś wspomina to, jako otarcie się o śmierć… Bałem się tegoż biustu, jak i jej właścicielki, jednak tylko dzięki niemu potrafiłem stwierdzić, że jest wizażystką, a nie wizażystą. To był jej jedyny widoczny, kobiecy atrybut.
- Więc, co powiedziałeś na temat podkładu gitarzysty, Tsuzuku-chan?
- Nic – pokręciłem głową, którą opierałem na ramieniu Mia. Byłem kompletnie bezwładny. Jedyne, co potrafiłem, to drżeć z przerażenia i wydusić z siebie pojedyncze słówka.
- Nic, mówisz… - westchnęła. – A ja jednak coś słyszałam…
- Ja… Znaczy… Eee… mówiłem, że… - dukałem.
- Powiedział, że podkład był źle roztarty – odezwał się szatyn. Odwróciłem głowę, spoglądając na niego z niedowierzaniem i miną pt. „I ty, Brutusie, mnie zdradziłeś?!”. – To rzeczywiście mogła być prawda, bo… opierałem głowę na dłoni i może… może jakaś smuga się zrobiła, czy jak wycierałem nos chusteczką, to niechcący wytarłem trochę podkładu… W każdym razie, Tsuzu-chan chciał dobrze! – więc jednak mnie bronił, a nie pogrążał! Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
Wykręciłem rękę do tyłu i złapałem go za kark, przyciągając bliżej siebie. Szepnąłem mu na ucho:
- Chcesz zginąć razem ze mną?
- Próbuję cię bronić – odpowiedział równie cicho.
- Ryzykując własne życie?!  - oburzyłem się.
- Jestem twoim przyjacielem, Tsuzu-kun. To chyba logiczne, że się tak zachowałem, prawda?
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Mia! Kocham cię! – uścisnąłem go i pocałowałem w policzek. – Miło jest wiedzieć, że przynajmniej zginę z przyjacielem…
- Razem staniemy na sądzie ostatecznym – mruknął płaczliwie.
- Będzie nam raźniej – uśmiechnąłem się, próbując go jakoś pocieszyć.
- Co tam szepczecie? – fuknęła i podeszła do nas, a my przerażeni, jak małe dzieci, wtuliliśmy się w siebie jeszcze bardziej, jednak to nic nam nie dało.
Olga chwyciła nas za bluzki i, tak jak w moim wyobrażeniu, podniosła nas (co prawda plus, że za bluzki, a nie za gardła, jednak wciąż to nie było przyjemne). Obaj straciliśmy grunt pod nogami. Ponownie przełknąłem głośno ślinę. Miałem tak zaciśnięte gardło, iż myślałem, że przełykam kamień sporych rozmiarów, a nie ślinę.
- Więc obaj jesteście winni; ty – brodą wskazała na Mia – za to, że zniszczyłeś moją pracę (choć Mia wciąż wyglądał tak samo dobrze), a ty – wskazała na mnie – za to, że ośmieliłeś się cokolwiek poprawiać.
Była wściekła, a ja byłem pewien, że nie wyjdziemy z tego w jednym kawałku. Na szczęście z pokoju obok nagle rozległ się wybawczy głos.
- Olga, gdzie jest ten nowy lakier do włosów?!
- W szafce po lewej! – odkrzyknęła wizażystka.
- No właśnie nie ma!
Rosjanka spojrzała na nas groźnie i zmierzyła nieprzyjemnym spojrzeniem, po czym rzuciła nas na stół, a sama poszła pomóc szukać współpracowniczce nowego lakieru do włosów. Rzuciła nas z takim impetem, że przeturlaliśmy się po blacie stołu, lądując na podłodze po jego drugiej stronie.Ja wylądowałem nieco dalej niż Mia. Niestety, stołowi zachciało się przewrócić po tym, jak się po nim prześlizgnęliśmy – byłby przygniótł gitarzystę, gdybym w porę nie przyciągnął go do siebie. Szatyn wylądował na moim torsie, na którym ułożył głowę.
- Żyjemy… - odetchnął i opadł na mnie bezwładnie.
- Nigdy więcej tak nie ryzykuj… - szepnąłem.
- A ty uważaj na słowa, bo inaczej obaj zginiemy… - westchnął, a ja objąłem go w pasie.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Naprawdę cię kocham – pogładziłem go po policzku, który według mnie, wciąż był uroczy.
- Też cię kocham; dlatego nie dałbym ci zginąć samotnie – podniósł się na łokciach i zrównał nasze twarze.
Nasza miłość była rzecz jasna przyjacielska, jednak… kiedy Mia spoglądał tak w moje oczy, nie mogłem mu się oprzeć. Powoli przesunąłem dłoń z jego lędźwi po całych plecach, aż dotarłem do karku. Przyciągnąłem go i złożyłem delikatny pocałunek na jego ustach. Szatyn nie opierał się, dlatego powoli muskałem jego wargi, aż w końcu odważyłem się i polizałem je. Chłopak uchylił wciąż drżące usta, a ja wsunąłem w nie język. Mruknął, kiedy zacząłem pieścić jego język i uwięziłem go między dwoma częściami mojego. Przeszły go dreszcze. Wygiął plecy w łuk nie odrywając się ode mnie. Chwycił moją twarz w dłonie, a ja mocno go do siebie przycisnąłem, zakładając mu stalowy uścisk – objąłem go tak mocno, że czułem jak szybko bije jego serce. Całowaliśmy się, dopóki nie skończyło nam się powietrze. Odsunęliśmy się od siebie nieznacznie, aby nabrać tchu, a następnie ponownie, jedynie na krótkie chwile, łączyliśmy nasze wargi w drobnych całusach. Po pewnym czasie gitarzysta ponowie położył się na mnie i wziął głęboki oddech.
- Zamilcz… - usłyszeliśmy cichutki głos.
Obaj odwróciliśmy głowy w stronę wejścia. W progu drzwi stał Koichi, który zatykał usta czerwonemu jak cegła Meto.
- Mówiłem, żebyś się nie odzywał! Przez ciebie nas usłyszeli! – prychnął basista.
- Ale oni się tu pieprzyli! – lamentował perkusista, który wyglądał, jakby zaraz miał uciec.
- Co? My nie… - odezwaliśmy się z Mia w tym samym momencie, ale blondyn nam przerwał.
- Nawet nie zaprzeczajcie! Wszystko jest jasne! Zaczęliście na stole, ale spadliście – wskazał na przewrócony mebel – potem wyznawaliście sobie miłość. Tak, słyszeliśmy te „kocham cię” – był spanikowany, jednak mimo to udało mu się przedrzeźnić nas słodziutkim głosikiem. – I całowaliście się!
- Meto, to nie tak, jak myślisz… - zaczął gitarzysta, podnosząc się.
- Nie! – wrzasnął perkusista, zakrywając sobie oczy. – Nie podnoś się Mia! Ja was nie chcę widzieć z rozpiętymi spodniami! – krzyknął i wybiegł z pomieszczenia.
Koichi obejrzał się za blondynem, ale za nim nie pobiegł. Wzruszył ramionami i podszedł do nas. Przykucnął, a następnie pogłaskał nas po głowach.
- A mnie wasz związek nie przeszkadza – uśmiechnął się ciepło. – Meto też z czasem przywyknie. Tylko nie rozumiem, dlaczego to przed nami ukrywaliście? I… Czy naprawdę jesteście tak niewyżyci, żeby uprawiać seks w pracy? – różowowłosy przechylił głowę.
- Ale my nie uprawialiśmy seksu! – westchnąłem.
- Nie wiem, czy w istocie robiliście to najpierw na stole, tak jak mówił Meto, ale zdaje mi się, że ani blat, ani podłoga nie są zbyt wygodne, co? – zaśmiał się, wciąż trzymając się swojej wersji wydarzeń. – Zboczeńce jedne… - wystawił język. – Możecie zaprzeczać sobie, ile chcecie, ale wasza pozycja i westchnięcia Mia mówią wszystko…
W istocie, gitarzysta wciąż na mnie leżał, a ja go obejmowałem. Nasze biodra znajdowały się na jednej wysokości. Zdałem sobie sprawę, że musieli wejść w momencie kiedy zaczęliśmy się całować, albo kiedy kończyliśmy – w drugim przypadku zakładałem, że w czasie kiedy się całowaliśmy, stali za drzwiami i po prostu nasłuchiwali, ale ciekawski basista nie wytrzymał i musiał zajrzeć do środka, czym Meto był przerażony.
- A tak w ogóle… - różowowłosy kontynuował swój wywód. – Nie pomyśleliście o tym, że za ścianą jest Olga i w każdej chwili mogła tu wejść?
Na myśl o wizażystce skrzywiłem się. Spojrzeliśmy na siebie z gitarzystą niepewnie i w jednej chwili poderwaliśmy się z podłogi, czym prędzej wychodząc.
- Na jakiś czas mam jej dość. Nie mam zamiaru jej oglądać… - wzdrygnąłem się.
- Ja również – pokiwał głową Mia, biegnąc korytarzem zaraz za mną.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że trzymam go za dłoń, a on mi się nie wyrywa. Może to „kocham cię” miało jednak… inny wydźwięk? A może… może to i dobrze?

Rozmyślając, nie zatrzymywałem się. Dobiegliśmy do windy. Wsiadając do dźwigu obaj potknęliśmy się i wpadliśmy na siebie. Odruchowo złapałem szatyna, chroniąc go przed upadkiem. Jeszcze przed zamknięciem się drzwi dobiegł nas serdeczny śmiech Koichiego – więc to jednak nie „może”, to „na pewno”.