Oneshoot Tsukasa (ex. D'espairsRay, TMH4N'S) x Tsuzuku (Mejibray)


No tak, co prawda ten paring nie wygrał w ankiecie (spokojnie MiA x Tsuzuku jest już gotowy i wysłany do bety), ale na specjalną prośbę Amidamaru napisałam również coś z tym paringiem - a zresztą miał dużo głosów, więc można powiedzieć, że to był mój obowiązek xD
Z dedykiem dla Amidamaru ;p

Tytuł: To więcej niż mógłbym chcieć
Paring: Tsukasa (ex. D’espairsRay, The Micro Head 4N’S) x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: oneshoot
Gatunek: ?
Beta: Hoshii.

Z Tsuzuku znałem się jeszcze ze szkolnych lat. Zdawało mi się,że poznałem go w gimnazjum, ale już dokładnie nie pamiętałem – to wspomnienie przykrył ogrom przedziwnych przeżyć, których przysporzył mi wokalista Mejibray.
Zazwyczaj to on wracał wcześniej do domu, dlatego gotował. Drugim powodem był fakt, że po skończonej próbie zawsze zajeżdżałem do sklepu, aby uzupełnić zapasy, które uszczuplał Tsuzu, przygotowując obiad. Tak było i teraz; stanąłem przed drzwiami mieszkania z dwoma wielkimi siatami zakupów i nasłuchiwałem. Zawsze wolałem upewnić się, że w przedpokoju nic na mnie nie czyha. Po pięciu minutach czekania, w końcu się odważyłem i nacisnąłem klamkę. Wszedłem do naszego wspólnego mieszkania. Nie wspomniałem, że mieszkamy razem? Ach, pewnie i tak można się było tego domyślić po przeczytaniu powyższego tekstu; mieszkałem z Tsuzuku od kilku lat. Nasze dziewczyny utrzymywały, że dziwnie to wygląda, a jakby fanki się dowiedziały, z pewnością zaczęłyby wymyślać jakieś yaoi z naszym udziałem (czego chciałem za wszelką cenę uniknąć!), ale cóż… mimo rewelacji, których dostarczał mi drugi muzyk, mieszkanie z nim było całkiem wygodne. Choćby ze względu na to, że gotował obiady i kiedy przychodziłem, dostawałem talerz z ciepłym jedzeniem pod nos, zamiast stać przy garach i bawić się w kuchmistrza, którym, notabene, byłem marnym – Tsuzuku nie był wiele lepszym kucharzem, ale cóż… nie mogłem wybrzydzać.
Ściągnąłem buty, po czym wszedłem do kuchni, gdzie poczułem swąd spalenizny, który wzbudził we mnie pewne podejrzenia. Podszedłem do wokalisty i zajrzałem mu przez ramię.
- Znów smażysz? Ostatnim razem nie skończyło się to najlepiej… - przypomniałem usłużnie.
- Tsukasa! – krzyknął przestraszony i odwrócił się w moją stronę, upuszczając drewnianą łyżkę. – Wystraszyłeś mnie! – podniósł ową łyżkę z podłogi i nawet nie obmywając jej, znów zaczął przewracać coś na patelni.
- Smażysz używając do tego łyżki? – podniosłem jedną brew, kręcąc głową z politowaniem.
- Nie mogłem znaleźć łopatki – wzruszył ramionami. Spojrzałem na podłogę, uznając, że znów będzie obiad z piachem… Może w końcu któryś z nas nauczy się sprzątać choćby w kuchni? Raczej wątpię… - Siadaj do stołu. Zaraz podam obiad – oświadczył, po czym zaczął wyjmować talerze z szafki.
Zrobiłem tak, jak mi kazał. W istocie po chwili dostałem danie złożone z poczernionych prostokątów, które zapewne miały być rybą i duszonych warzyw (które także nie zostały przygotowane po mistrzowsku, ani choćby w stopniu poprawnym, ale cóż…). Tknąłem ów przypalony prostokąt pałeczką, krzywiąc się.
- Czego się krzywisz? – prychnął, lekko naburmuszony. – Nie wybrzydzaj!
- Nie wybrzydzam!
- Wczoraj nawet chciałeś dokładkę! – założył ręce na piersi.
- Wczoraj była pizza, którą znalazłeś w zamrażalniku – zaśmiałem się.
- Nie!... – krzyknął, po czym zaciął się. Przyłożył palec do brody, zamyślając się. – Jednak… No tak, masz racje – pokiwał głową, spuszczając ją w pokorze.
Zjedliśmy, rozmawiając o tym, co działo się na naszych próbach. Tsuzuku, jako lider, ustalił te same godziny dla jego zespołu, na które również ja miałem pojawić się w studiu – dzięki temu kończyliśmy o tej samej porze i mogliśmy wspólnie zjeść obiad. Chwilę po tym, jak odłożyłem pałeczki, rozległ się huk, podobny do tego, który towarzyszy wystrzałowi z pistoletu. Spojrzałem okrągłymi oczami na współlokatora, który zdawał się być tak samo wystraszony jak ja.
- Co… Co to było? – wydukałem.
- Nie wiem… To dobiegało jakby… z kuchni? – spojrzał na mnie niepewnie, wiedząc, o czym myślę. Minęła dość długa chwila zanim wypowiedziałem to na głos.
- Co znów wrzuciłeś do odpływu?
- Nic… - wyszeptał, ale zagłuszył go dźwięk dzwonka do drzwi.
Westchnąłem ciężko i wstałem, a następnie skierowałem się do przedpokoju. Otworzyłem drzwi, w których stanęło dwóch funkcjonariuszy.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że ktoś słyszał strzały padające w tym mieszkaniu – odepchnął mnie od drzwi, przycisnął do ściany, po czym skuł mi ręce, wykręcając je do tyłu.

***

Areszt tymczasowy.
Ponownie westchnąłem ciężko i ulokowałem się wygodniej na pryczy, starając się nie przejmować tym, że dzisiejszą noc spędzimy w tymczasowym areszcie. W duchu modliłem się, aby ta sprawa nie została nagłośniona, bo inaczej paparazzi i dziennikarze nie dadzą nam już spokoju... tym bardziej, kiedy dowiedzą się, że mieszkamy razem.
Tsuzu przysunął się do mnie i spojrzał na mnie z bólem w oczach.
- Przepraszam… - szepnął.
- Ech… Nic się nie stało – uśmiechnąłem się do niego pokrzepiająco. – Przecież w rzeczywistości nie padły żadne strzały. Kiedy tylko to się wyjaśni, wypuszczą nas stąd – położyłem się na czymś, czego łóżkiem, czy nawet materacem nazwać nie było można.
W sumie, nie byłem nawet zły. Mieszkając z wokalistą Mejibray, nauczyłem się, że wszystko jest możliwe – a przede wszystkim to, co wydaje się niemożliwe. Z Tsuzukim mieliśmy na koncie naprawdę sporo podobnych akcji; może niekoniecznie wszystkie kończyły się w areszcie tymczasowym, tak jak teraz, ale były podobnie zakręcone.
Pewnego pięknego dnia, brunet stwierdził, iż ma serdecznie dość, że w dni wolne, kiedy pracuję przy komputerze, nie słyszę, kiedy woła mnie z salonu czy kuchni; jednak najbardziej irytowało go to, że zanim się zebrałem i doszedłem do niego, film, który chciał ze mną obejrzeć był już w punkcie kulminacyjnym, a obiad musiał podgrzewać w mikrofali drugi raz. Postanowił to zmienić – a zrobił to mocując dwie gaśnice do mojego krzesła obrotowego. Miało to nadać prędkości mojemu siedzisku, co wiązało się z tym, że ja sam miałem szybciej się przemieszczać, ale skończyło się na tym, że cały salon był biały i zadymiony przez gaśnicę, a ja spadłem na podłogę i obiłem sobie tyłek, przez co chodziłem przez tydzień jak kaleka. To z kolei skutkowało tym, że do tej pory chłopcy z mojego zespołu uważają, że jestem w związku z Tsuzuku, ale boję się do tego przyznać.
Tak jak powiedziałem, takich akcji było naprawdę sporo, więc pewnie niektórych nawet już nie pamiętałem… Z zamyślenia wyrwał mnie głos współwięźnia.
- Tsu…?
- Tak? – spojrzałem na niego.
- Mogę…? – wskazał na moje ramię. Od razu zrozumiałem, o co mu chodzi.
Kiwnąłem głową, a chłopak ułożył się obok mnie. Położył głowę na moim torsie i delikatnie mnie objął. Zrobiłem to samo – objąłem go po przyjacielsku. Brunet wtulił się we mnie ufnie i zamknął oczy. Po chwili poczułem, jak jego dłonie wsuwają się pod moją bluzę i zastygają w bezruchu na moim podbrzuszu. Wcale nie zareagowałem na to tak, jak ktoś mógłby pomyśleć. W sumie, nie zwróciłbym na to szczególnej uwagi, gdyby nie to, że jego dłonie od mojej nagiej skóry oddzielał już tylko materiał cienkiej bluzki, a ja poczułem chłód jego zmarzniętych palców. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że podczas gdy ja mam na sobie bluzę, on ma tylko podkoszulkę. Spojrzałem na niego z troską, a on, jakby to wyczuwając (mimo, że miał zamknięte oczy i nie mógł zauważyć, że właśnie w tym momencie na niego spojrzałem) zadrżał, jakby na potwierdzenie moich domysłów.
- Zimno ci? – zapytałem głupio, chyba dla utwierdzenia.
- Troszkę… - przyznał.
Zdjąłem bluzę i choć nie miałem na to najmniejszej ochoty, oddałem mu ją. Tsuzu przyjął ją z wdzięcznością. Włożył jedną rękę do rękawa, kiedy nagle zamarł w pół ruchu i spojrzał na mnie.
- Tobie też jest zimno – dotknął mojego przedramienia, na którym pojawiła się gęsia skórka.
Wokalista ponownie ułożył się na moim torsie, przy czym przykrył nas oboje bluzą, rozkładając ją niczym kołdrę. Ponownie go objąłem, zamykając w objęciach.

***

Z rana wypuścili nas, informując przy okazji, że wypadałoby wezwać hydraulika, bo moje przypuszczenia się sprawdziły i Tsuzu ZNÓW rozsadził rury i ZNÓW nie wiedział czym.
Gdy wyszliśmy z budynku, zderzyliśmy się z niewidzialną, lodowatą ścianą wiatru, przez który oboje zaczęliśmy dygotać i niemalże szczękać zębami. Podszedłem do Tsuzuki’ego i ponownie objąłem go po przyjacielsku, abyśmy mogli się rozgrzać. Brunet ułożył głowę na moim barku.
- To więcej niż mógłbym chcieć…  - szepnął, uśmiechając się pod nosem.
- Słucham? – spojrzałem na niego ciekawsko, pragnąc, aby rozwinął tę myśl.
- Muszę zerwać z Misą – powiedział obojętnie, zmieniając temat.
- Dlaczego? – zdziwiłem się; Misa była jego dziewczyną od dwóch lat!
- Bo mnie rozpieściłeś – zaśmiał się pod nosem. – Nie mogę już dłużej udawać, że ją kocham i przede wszystkim wmawiać sobie tego… Naprawdę chciałem w to uwierzyć, ale… od początku kiepsko mi szło. Nie umiałem się w niej zakochać. Ani w niej, ani w żadnej innej dziewczynie. Po prostu… nie umiałem… A teraz, kiedy dostałem więcej niż mógłbym chcieć, to stało się dla mnie jak cierń; niewygodne i przeszkadzające. Przez to, jak w ostatnim czasie mnie traktowałeś, jeszcze dobitniej zdałem sobie sprawę, że kocham tylko i wyłącznie jedną osobę na świecie – uśmiechnął się rozmarzony. Wolnym krokiem ruszyliśmy przed siebie.
- Matkę? – palnąłem, nie mogąc powstrzymać się od wypowiedzenia tego na głos.
- Mówię o innej miłości! – uderzył mnie lekko w ramie, na co ja zachichotałem. – Mówię o miłości, jaka rodzi się między kochankami! – wymachiwał jedną ręką, gdyż drugą obejmował mnie w pasie.
- Mimo wszystko nie rozumiem, w jaki niby sposób moje zachowanie uświadomiło ci, że nie kochasz Misy. Wiesz… jeśli tak na ciebie wpływam, wcale nie jestem z tego zadowolony – przyznałem zgodnie z prawdą. W żaden sposób nie chciałem sugerować mu, że ma się rozstać z tą dziewczyną!
- Ale ja jej nigdy nie kochałem! – zaśmiał się. – Po prostu nie chciałem przyznać się sam przed sobą, kim tak naprawdę się interesuję.
- Aaa… - mruknąłem mało inteligentnie. – A kim się interesujesz? – zapytałem z czystej ciekawości. Tsuzu zatrzymał się na pustej, bocznej uliczne, którą wracaliśmy do domu. Wybraliśmy taką drogę, aby nikt nas nie rozpoznał, tym bardziej, kiedy się obściskiwaliśmy.
- Tsukasa – westchnął – nadal nie rozumiesz? – spojrzał na mnie rozbawiony. – Przecież powiedziałem, że nie interesuję się ani Misą, ani ŻADNĄ inną dziewczyną – rzucił mi wyczekujące spojrzenie. Chyba myślał, że to rozjaśni mi coś w głowie… Zasępiłem się i po chwili doszedłem do pewnego wniosku.
- To znaczy, że… że nie interesują cię kobiety, tak?
- Ciepło – zaśmiał się.
- Interesujesz się tą samą płcią?
- Cieplej – wyszczerzył się.
- I to tego się wstydziłeś?
- Zimno – ponownie westchnął. – Zawsze uważałem się za biseksualnego. Otwarcie przyznawałem się do tego, że interesowały mnie tak samo kobiety, jak i mężczyźni, ale nie mogłem pogodzić się z tym, w kim się zakochałem – powiedział „otwarcie”, jednak nadal nie rozumiałem z tego zbyt wiele. Nadal nie dostałem odpowiedzi na pytanie, które zadałem. – Tsu! Powiedziałem, że uświadomiłem to sobie przez zmianę w TWOIM zachowaniu, więc to TY byłeś czynnikiem, który na mnie wpłynął. W ostatnim czasie obejmowałeś mnie, przychodziłeś do domu z zakupami, a ja czekałem na ciebie z obiadem; rozmyślając nad tym doszedłem do wniosku, że zachowujemy się jak małżeństwo! – zaśmiał się, a ja znów zacząłem intensywnie myśleć, jednak na nic się to zdało. – Aż tak idealnie być nie mogło… - pokręcił głową. – Mieszkamy razem, mamy wspólną sypialnię i śpimy w jednym łóżku, mimo że TY nadal uważasz mnie TYLKO za przyjaciela, czekam na ciebie z obiadem i piorę twoje brudne rzeczy niczym wzorowa żona, a ty, niczym mój mąż, przynosisz mi zakupy, żebym znów mógł wysadzić rury w kuchni i zawsze pozwalasz wypłakać mi się w swój rękaw, przytulasz i obejmujesz mnie… ale nie możesz się tego domyślić – wywrócił oczyma. – To ciebie kocham! – wykrzyknął, a ja stanąłem jak wryty. Uśmiech przez chwilę figurował na jego ustach, ale widząc moją minę, która nie wyrażała zachwytu, w końcu spełzł z jego twarzy. Tsuzu pochylił głowę i sposępniał. – Przepraszam… - szepnął. Głos mu zadrżał, co znaczyło, że był bliski łez. – To więcej, niż mógłbym chcieć… - powiedział jeszcze ciszej.
Odwrócił się do mnie tyłem i zamierzał szybko odejść, ale w ostatniej chwili złapałem go za rękę, nie pozwalając mu na to.
- Nie – powiedziałem twardo. – To wcale nie jest więcej, niż mógłbyś chcieć. Wręcz przeciwnie. Możesz mnie mieć; pytanie tylko, jak rozdasz karty – spojrzałem mu głęboko w oczy. – Pamiętaj, że możesz mieć wszystko, czego chcesz… Ale jak na razie, daj mi trochę czasu – puściłem go i sam ruszyłem przed siebie. Po kilkunastu krokach odwróciłem się ponownie do niego. – Idziesz? – zapytałem z uśmiechem. Chłopak przez chwilę się wahał, jednak ostatecznie odwzajemnił gest i podbiegł do mnie. Złapał mnie za rękę i splótł nasze palce. Mocno ścisnąłem jego dłoń
„Wszystko jest w twoim zasięgu, Tsuzu-chan” – pomyślałem spoglądając na jego rozpromieniony profil. 

Głoosowanie! cz.2

7 komentarzy - trochę słabo, ale cóż... ostatnio nikomu nie chce się komentować ;( Ale teraz macie (chwilowo) taryfę ulgową, rozumiem, są święta etc.
Pomijając to, wytypowaliście paringi:
1. Reno (ViViD) x Tsuzuku (Mejibray)
2. Ryoga (BORN) x Tsuzuku (Mejibray)
3. Mia (Mejibray) x Tsuzuku (Mejibray)
4. Tsukasa (ex. D'espairsRay, The Micro Head 4'NS) x Tsuzuku (Mejibray)
5. Koichi (Mejibray) x Tsuzuku (Mejibray)

Oto pięć pairngów, które same stworzyłyście. Głosowanie odbywa się przez napisanie numerka paringu w komentarzu ;D Mam nadzieję, że będzie dużo głosów i zacięta rywalizacja ;p Zobaczymy, kto wygra, choć z grubsza już widzę zwycięzcę xD

Monsters cz.8


Sorry, że tak krótko, ale to jest wprowadzenie do kolejnej akcji, a nie wyobrażałam sobie, żeby zdradzić wam od razu wszystko xD


MOSTERS CZ.8

Ashley chcąc zrobić mi na złość, zaczęła zarywać do pozostałych chłopaków z zespołu, jednak najbardziej skupiła się na Ashu, gdyż wiedziała, że to mój przyjaciel. Myślała, że to mnie zaboli, jednak pomyliła się. Odkąd zobaczyłem zdjęcie, które podarował mi Zero, Ash stał się dla mnie zupełnie obojętny. Zacząłem w nim dostrzegać wady, których wcześniej nie chciałem zobaczyć… Między innymi okazało się, że był strasznie tępy, bo myślał, że blondynka naprawdę się w nim zakochała i zmusił Marca, aby ten zgodził się wziąć ją ze sobą do Nowego Jorku. Lider zapierał się rękami i nogami, twierdząc, że dziewczyna będzie nam przeszkadzać – reszta go poprała. Wtrąciłem się i przypomniałem, że mamy tylko pięć biletów, jednak to nie okazało się być problemem; Ash wydał swoje ostatnie pieniądze na bilet dla jego „różowej landryneczki”, jak zwykł ją nazywać, i powiedział, że zostanie naszą wizażystką. Po trzeciej godzinie kłótni Marc skapitulował, a blondynka posłała mi spojrzenie pełne wyższości… To nie mogło skończyć się dobrze…
Pojechaliśmy na lotnisko. Tradycyjnie – czekanie, nadanie bagażów i znów czekanie na odprawę celną. Podczas tego drugiego czasu oczekiwania, oddaliłem się od chłopaków i poszedłem do baru kupić sobie wodę. Z butelką zimnego napoju usiadłem przy stoliku i wyciągnąłem telefon, zamierzając włączyć tryb offline, aby nikt do mnie nie dzwonił podczas lotu, kiedy spostrzegłem, że mam nieodczytanego maila. Wszedłem w skrzynkę odbiorczą i zorientowałem się, że nadawcą był Zero. „Efekty naszej krótkotrwałej współpracy” – przeczytałem treść, a następnie pobrałem kilka załączników, które przesłał mi Shimizu. Ów załącznikami były piosenki zespołu Monsters. Włączyłem w końcu ten tryb offline i wyciągnąłem słuchawki, po czym zacząłem przesłuchiwać nagrania. Mocne wejście, nieźle się zaczynało… Rozpoznałem, że pierwszą piosenką było „Furachi na toiki to amaiuso”. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ale zaraz, zaraz – melodia basu była trochę inna, jakby bardziej wprawiona, ulepszona… to znaczyło, że grał Michi, a nie ja, więc z jakiej racji napisał, że przesyła mi „efekty NASZEJ krótkotrwałej WSPÓŁPRACY”? Zrozumiałem dopiero po chwili… kiedy usłyszałem swój głos – i to nie jako wokal wspierający! Byłem zszokowany… szczególnie, że to brzmiało dobrze… bardzo dobrze…
Nagle ktoś wyjął mi jedną słuchawkę z ucha i przysiadł się do mnie. To byłMarc, który wyglądał na odrobinę zniesmaczonego.
- Musimy porozmawiać – powiedział poważnie.
- Coś się stało? – wyłączyłem muzykę, obiecując sobie, że będę tego słuchał podczas lotu.
- Wiem, że rozeszliście się z Ashley, ale nie wiem, o co poszło…
- Interesuje cię to? – zdziwiłem się, przerywając mu.
- Nie. Słuchaj; nie wiem, o co poszło, ale w każdym razie macie się jakoś dogadać. Ten debil ją ze sobą zaciągnął na nasz występ, a ty nie możesz się rozpraszać przez tą głupią piczkę, jasne? I przede wszystkim nie odpowiadaj na jej głupie komentarze i docinki – pouczył mnie.
- Nie zwracam na nią uwagi – wzruszyłem ramionami i upiłem łyk wody. – Zresztą… nic na mnie nie gada – zauważyłem.
- Właśnie teraz zaczęła – westchnął cierpiętniczo. – Próbowała nam wmówić, że w Japonii poznałeś jakiegoś chłopaka, w którym się zakochałeś i zdradzałeś ją z nim – wywrócił oczyma. – Oczywiście wiem, że to nieprawda, ale chłopaki źle to przyjęli…
- Ale to prawda – odpowiedziałem szybko.
- Co? – spojrzał na mnie zszokowany.
- No… w sumie nie tak do końca. Nie wiem, czy go kocham, ale jest ładny i mi się podoba – wzruszyłem ramionami, mówiąc o tym jak o najoczywistszej rzeczy na świecie.No co, każdy ma prawo się zakochać, nie? I to w dodatku w kim chce, prawda? – Z jednej strony można uznać, że zdradzałem ją, bo całowałem się z Shimizu – Marc zamrugał kilkakrotnie, wpatrując się we mnie, jakbym powiedział mu, że masturbuję się kaktusem. – Byliśmy już wtedy trochę podpici… Zresztą graliśmy w butelkę i to było zadanie, jakie wymyślił mi Tsukasa.
- Kim jest Tsukasa? – zapytał, a ja dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że on przecież ich nie znał…To było dla mnie takie dziwne; ta trójka była tak specyficzna, jedyna w swoim rodzaju… Nagle uświadomiłem sobie, że wywrócili moje życie do góry nogami; i dobrze, bo bez nich z pewnością byłoby nudne. Pozostawiali po sobie ślad na wszystkim, czego się dotknęli – chyba dlatego teraz tak bardzo nierealne było dla mnie przejście obok nich obojętnie.
- Taki perkusista zespołu, w którym grałem przez te półtora tygodnia – wyjaśniłem.
- Grałeś w innym zespole? – oburzył się.
- Rekreacyjnie – zaśmiałem się cicho. – Ale wracając do głównego tematu; to była jedna strona. Druga jest taka, że to jego zdradzałem z nią.
- Nic już z tego nie rozumiem… - westchnął.
- Ja też, więc jedziemy na jednym wózku – zachichotałem. – To długa i zakręcona historia… ale według Shimizu, kiedyś byłemz nim w związku, apotem miałem wypadek, amnezję i matka wywiozła mnie do Ameryki, gdzie poznałem was i Ashley. Jeśli tak przedstawi się sprawę, wychodzi na to, że mój związek z tym chłopakiem nie miał jakiegoś formalnego i jasnego zakończenia, a przecież w międzyczasie byłem z Ashley; więc to jego, a nie ją zdradzałem – upiłem kolejny łyk.
- Trochę to… zagmatwane i niedorzeczne… - spojrzał na mnie z dystansem.
- Wiem. Sam ledwo się w tym łapie i do tej pory nie mogę w to uwierzyć – wzruszyłem ramionami.
- Więc… Więc ty naprawdę jesteś pedałem? – skrzywił się brzydko i odsunął odrobinę.
- Przecież mówię ci, że sam nie wiem – przypomniałem mu. – Nie wiem czy wierzyć w tą historię, czy nie… Wiesz, są pewne jednoznaczne dowody, jednak nadal nie mogę przekonać się do tego w stu procentach… Zresztą, moja matka nie wygląda na przemytnika, ale… dziwnie się ostatnio zachowuje, zawsze miałem do niej duży dystans i nigdy nie obdarowałem jej takim zaufaniem, jakim dziecko obdarowuje swoją matkę… Może podświadomie czułem, że coś jest nie tak? – zadałem sam sobie pytanie, na które nie potrafiłem odpowiedzieć.
- Ale przecież powiedziałeś, że ci się podoba! – perkusista zdawał się mieć moje problemy i rozterki na temat przeszłości gdzieś i interesowała go jedynie sprawa mojej orientacji. Zdawało mi się, że usłyszał tylko to.
- Nie mogę zaprzeczyć; brzydki nie jest – zaśmiałem się, jednak chłopakowi siedzącemu naprzeciwko wcale nie było do śmiechu. Najwyraźniej zmienił o mnie zdanie.
- A… Aha… - mruknął i gwałtownie wstał, szybko odchodząc.
Pięknie…

***

- Hello New York City! – wydarł się Rob.
Wszyscy zawtórowali i zaczęli ciekawsko rozglądać się po lotnisku, popiskując cicho z zachwytu. Nie rozumiałem, co ich tak cieszyło, dlatego w ciszy, trzymając się nieco z boku, ściągnąłem swoją torbę z taśmy i przerzuciłem jej pasek przez ramię. Pozostała piątka szła trzy kroki przede mną i żywo o czymś rozmawiała, mając mnie w głębokim poszanowaniu. Zgadywałem, iż była to wina tego, że Marc przekazał im to, czego dowiedział się podczas naszej ostatniej rozmowy – to znaczy przekazał im, że w rzeczywistości jestem pedałem. Myślałem, że może nawet przyjęliby to do wiadomości, gdyby nie było tu Ashley, która starała się, aby jej niechęć względem mnie przeszła również na chłopaków… i szło jej coraz lepiej, niestety. Tacy byli z nich przyjaciele…
- Ej, Hizumi! – krzyknął Ash, który mimo wiadomej sytuacji próbował udawać, że nic się nie stało. – Nie cieszysz się z tego, że przyjechaliśmy do Nowego Jorku?
- Cieszę się, cieszę… - uśmiechnąłem się oszczędnie. Mogłem nie mówić tego wszystkiego perkusiście, ale teraz było jużza późno. Uważałem go za przyjaciela, myślałem, że zrozumie… że oni wszyscy zrozumieją…
- Jakoś tego nie okazujesz… Nie podoba ci się tu? Nie czujesz potęgi tej metropolii? – wypytywał dalej.
- Tokio zrobiło na mnie większe wrażenie – wzruszyłem ramionami. – Nowy Jork przy stolicy Japonii wypada dość mizernie – powiedziałem z przekąsem, rozglądając się po okolicy, kiedy już wyszliśmy z lotniska.
- Pewnie tak mówi, bo zostawił tam swojego chłoptasia – Ashley „szepnęła” do chłopaków, jednak zrobiła to na tyle głośno, że usłyszałem to również ja.
Muzycy skrzywili się… No tak, pięknie się zapowiadało… Moi przyjaciele, z którymi miałem grać, brzydzili się mną – lepiej być nie mogło…

***

Znacie to, kiedy mówicie, że gorzej już być nie może, a właśnie w tej chwili robi się jeszcze gorzej – specjalnie, jakby los chciałby zrobić wam na złość? No to ja właśnie przeżyłem coś identycznego.
W końcu dotarliśmy do hotelu, gdzie okazało się, że mamy jeden, wspólny, pięcioosobowy pokój, więc nie było nawet mowy o prywatności, a co się z tym łączyło, wolnej chwili od blondynki. W dodatku, podkreślę, że było tylko PIĘĆ łóżek, więc przewidywałem, że dziewczyna zajmie moje, a ja będę musiał zadowolić się w najlepszym wypadku fotelem, czy krzesłem. Oczywiście nie pomyliłem się. Wszedłem do pokoju jako ostatni, a wszyscy zdążyli już sobie wybrać łóżka, postawić na nich swoje torby i zacząć wyciągać z nich najprzydatniejsze rzeczy.  Bez słowa rzuciłem swój bagaż pod ścianę i wyszedłem na balkon, zapalić papierosa. Oparłem się przedramionami o barierkę i przerzucałem fajkę z jednego do drugiego kącika ust, zaciągając się szarym, duszącym dymem. Po chwili zdałem sobie sprawę, że mogłem wziąć ze sobą torbę, bo zaraz Ashley zacznie się do niej dobierać albo wytnie mi jakiś numer. Westchnąłem ciężko i pokręciłem głową. Stwierdziłem, że jest już za późno na odkręcenie wszystkiego. Spuściłem głowę i rozmasowałem obolałe skronie. Cóż, musiałem pogodzić się z tym, co już zdążyło się wydarzyć… Przynajmniej grać i wyrażać w ten sposób swoich uczuć nikt nie może mi zabronić – jedynie ta myśl podniosła mnie na duchu. Chciałem wrócić do środka po swoją gitarę, kiedy nagle, jak na zawołanie, wszyscy zjawili się na balkonie. Marc trzymał jakąś kartkę w dłoni.
- Nie jesteś z nami już w zespole – oświadczył, wpatrując się cały czas w skrawek papieru, a nie we mnie.
- Co?! – wrzasnąłem.
- Przed chwilą dostałem informację, że zostałeś zgłoszony przez dwa zespoły; przez nas i przez „Monsters”. Zostałeś przez to zdyskwalifikowany, a my mamy znaleźć sobie innego basistę – szczęka opadła mi do podłogi, mocno w nią uderzając i wbijając się w dół na dobre kilka centymetrów.
Jak to…
… zdyskwalifikowany?

Closer to Ideal cz.1





Tytuł: „Closer to Ideal”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Gatunek: obyczajowe
Typ: seria
Beta: Hoshii.

Nie wiem, a może raczej nie pamiętam, jak dokładnie się stało, że Zero znalazł się w moim zespole. Po prostu przyjechaliśmy do Tokio, pokłóciłem się z byłym basistą, doprowadzając niemalże do rozpadu zespołu, gdyż nie chciałem przeprosić tego bęcwała. Przez kilka dni piłem, w końcu dopadł mnie kac, a zaraz po nim Karyu, dzięki któremu wytrzeźwiałem… a Zero już był. Był w studiu, a lider i perkusista traktowali go jak starego przyjaciela, jakby to on był z nami od powstania zespołu. Nie przejąłem się tym zbytnio i traktowałem go jako zastępstwo, jako basistę – ale nigdy jako muzyka. Dlaczego? Może brakowało mi pokory, by przyznać, że Michi był naprawdę dobry, a może po prostu miałem go gdzieś.
Westchnąłem i podparłem głowę na dłoni, robiąc przy tym minę cierpiętnika. Gitarzysta spóźniał się już dwanaście minut! Nie do pomyślenia! Ludzie, przecież tylko ja mam tutaj prawo przyjechać do studia na godzinę dwunastą, kiedy próba jest ustalona na dziewiątą! Tylko ja mam prawo bezczelnie spóźniony wejść do sali i nie szepnąć nawet kurtuazyjnego „przepraszam”! Spojrzałem na zegar, wiszący na ścianie – dwunasta trzynaście. Spóźniał się już trzynaście minut…
Zdawało się, że moja irytacja nie udzielała się pozostałym członkom zespołu. Tsukasa z nudów przysypiał na kanapie, a Zero bawił się telefonem. Perkusista po raz setny ziewnął rozdzierająco i ułożył się wygodniej, przekręcając na drugi bok, co łączyło się z tym, że teraz zamiast jego twarzy mogłem podziwiać jego plecy i tyłek. Swoją drogą… ładny tyłek… Wiele razy próbowałem poderwać Tsu, ale on zawsze mnie odpychał, twierdząc, że nie interesują go chłopcy, mimo iż doskonale wiedziałem, że podkochiwał się w Karyu. To, jak wpatrywał się maślanymi oczyma w lidera, było nie do przeoczenia. Zresztą pozostawała jeszcze jedna, bardzo istotna kwestia, którą przeważnie posługiwał się Kenji, gdy stawałem się zbyt nachalny – „Hizu… Nawet gdybym był homoseksualistą, to wiesz przecież, że nie interesują mnie przygody na jedną czy dwie noce.” – to był jego stały tekst. Racja, chciałem go tylko przelecieć, a nie dać mu się uwiązać na smyczy. Mimo jego kategorycznej odmowy i tak co jakiś czas próbowałem go wyrwać – bo przecież nigdy nie wiadomo, co mu się odwidzi albo przywidzi, nie? Trzeba być czujnym, żeby zdobyć taki ładny tyłek…
Czytając to, ktoś mógłby stwierdzić, że jestem okropny – i znowu racja! Miałem paskudny charakter, a co jeszcze gorsze: wiedziałem o tym i nic z tym nie robiłem. Odpowiadało mi to, jaki byłem. Ale w tym momencie muszę wtrącić kolejne kilka słów wyjaśnienia – tak w gwoli ścisłości – mianowicie: nie chodziło mi o to, żeby każdego zaciągnąć do łóżka; nie. Ja po prostu chciałem udowodnić, że mogę i potrafię… wszystko. Nie była to chęć popisania się przed kimś, bo często sam wyznaczałem sobie cele, które później osiągałem. Byłem tak okropny, że potrafiłbym spalić studio – zniszczyć cudzy dorobek życia, przy czym sam bym ucierpiał, bo przecież moja praca także poszłaby na marne – jednak byłem gotów to zrobić, żeby udowodnić, że mogę, że potrafię… że nie mam żadnych granic, że jestem bezwzględny – można by rzec, że byłem aniołem śmierci i zniszczenia XXIw. – że masz chować dzieci przede mną, masz im opowiadać bajki o złym Hizumim, który zrobi im krzywdę, jeśli nie zjedzą całego obiadu; jestem złem wcielonym.
Tak, możecie od dziś mówić mi Panie Ciemności.
Mimo mojego wręcz obrzydliwego usposobienia, które zdawałoby się, że nie ma sobie równych… to jednak miało. Był ktoś, kto mógł się ze mną równać – Shimizu Michi. Uwielbiałem się z nim kłócić, bo kiedy wygrywałem, czułem się jak niemal jak ludzkie wcielenie bóstwa… którym po części już byłem, nie? Więc może inaczej… Czułem się usatysfakcjonowany, mimo iż nie obchodził mnie ten chłopak i nie umiałem przyznać, że jest naprawdę dobrym basistą (może nawet lepszym ode mnie, ale cii…). Zero był mocnym przeciwnikiem i prowadził wspaniałe potyczki słowne, jednak wiadomo, kto był lepszy. Ach, cóż za skromność…
- Cześć! – z zamyślenia wyrwał mnie głos rudego, który dopiero co wszedł do sali. – Przepraszam za spóźnienie, ale władowałem się w niezły korek… O, Hizumi! Już dotarłeś? – był szczerze zdziwiony. – Znaczy, że jestem ostatni?
- Ta – mruknął zaspany Tsukasa i mocniej wcisnął się w oparcie kanapy, na której leżał.
- Naprawdę, jestem szczerze zdumiony, Hizu, że choć raz w życiu udało ci się przyjść na czas! – spojrzał na mnie jak na kosmitę.
- Na czas? – podniosłem nonszalancko jedną brew.
- No tak. Zawsze ci mówiłem, że próba jest na dziewiątą, żebyś przyszedł o dwunastej. My przychodziliśmy kilka minut wcześniej. Myślałeś, że naprawdę sterczymy tu już od godziny dziewiątej? – prychnął.
- W takim razie na następną próbę przyjdę na szesnastą – wzruszyłem ramionami, wcale nie czując się pokonanym.
- Więc my też – kiwnął głową lider, a ja uśmiechnąłem się jadowicie, planując pojawić się dopiero o godzinie osiemnastej.– To co? Zaczynamy? – zapytał z ciepłym uśmiechem.
- Jeszcze chwilę… - wyseplenił perkusista.
- Zaraz… - odezwał się Shimizu. – Tylko to doczytam…
- No to dam wam jeszcze pięć minu…
- Zaczynamy! – zarządziłem, podrywając się z miejsca. – Tsukasa! – podszedłem do chłopaka i zwaliłem go na podłogę. – Obudź się! – wrzasnąłem mu do ucha. – A ty – podszedłem do ciemnowłosego i wyrwałem mu komórkę z ręki, po czym wyjąłem z niej baterię i wsunąłem ją za linię spodni, a sam telefon wsadziłem do kieszeni – oddaj mi to i szoruj po swoją gitarę – uśmiechnąłem się wrednie.
Kenji zaczął na mnie wyklinać, Matsumura pokręcił głową z politowaniem, a Shimizu bez słowa wykonał moje polecenie, jednak jego postawa przekazywała jednoznaczny komunikat: „Poszedłem po tą gitarę, bo lubię grać, a nie dlatego, że mi kazałeś.”
Rozpoczęła się próba. Zagraliśmy kilka starych piosenek, by potem stopniowo przechodzić do coraz nowszych. Doszliśmy do „Going on” (to jedyna piosenka Despów, która została napisana w całości w języku angielskim od aut.), a ja trzeci raz śpiewałem dwa pierwsze wersy refrenu, kiedy znów coś poszło nie tak.
- Karyu, zwolnij trochę – powiedziałem niby obojętnie, jednak w głębi duszy byłem już lekko podenerwowany.
- Masz problem z wejściem w rytm czy po prostu twój angielski jest aż tak słaby? – zamiast gitarzysty odezwał się basista.
- Ani to, ani to – odwróciłem się do niego przodem i spojrzałem na niego znudzony, choć przewidywałem już, co się święci. – Po prostu za szybko gracie i zmieniacie rytm.
- A może to ty za wolno śpiewasz i nie wyciągasz, co? – odparował szybko. – Zarzucasz niekompetencję trzem zawodowym muzykom; wiesz, bardziej prawdopodobne jest, że wini jednostka niż AŻ trzech zawodowców.
- Zakładasz, że ja nie jestem profesjonalistą? – założyłem ręce na piersi.
- Zakładam, że nie znasz nawet rytmu piosenki, który jest ustalony na jedną ósmą, a nie jedną czwartą – prychnął i podetknął mi pod nos kartkę z nutami, wskazując palcem ułamek mieszczący się zaraz za kluczem wiolinowym.
- Rytm i wartościowość utworu zawsze można zmienić – wzruszyłem ramionami.
- Ale my trzymamy się tego, co jest – odparł hardo. – Więc albo dostosujesz się do naszej trójki, albo… - w tym momencie wyrwałem mu kartkę z ręki i wyjąłem długopis z kieszeni, po czym poprawiłem ułamek z jednej ósmej na jedną czwartą.
- Proszę – pokazałem mu nuty. – Teraz masz rytm ustalony na jedną czwartą. Pozmieniaj jeszcze sobie te szesnastki na ósemki i ósemki na ćwierćnuty. Powiedziałeś, że trzymacie się tego, co jest, więc proszę; napisane jest jedna czwarta, trzymaj się tego – uśmiechnąłem się z wyższością i wcisnąłem mu kartkę w dłoń. Michi już chciał coś odpowiedzieć, ale Karyu go uprzedził.
- Daj spokój, Shimizu. Wiesz, że z nim nie wygrasz… szczególnie, gdy włączy mu się ten tryb „boga” – szepnął mu na ucho, jednak zrobił to albo na tyle głośno, albo ja miałem tak rewelacyjny słuch, że usłyszałem to. Mój uśmiech pogłębił się.
- Zaczynamy jeszcze raz – znów zacząłem się rządzić. – Tym razem z nowym rytmem! – podkreśliłem. Zaczęli nieco wolniej…

***

Chyba nigdy w życiu nie zrozumiem ludzi z mojej branży, którzy umawiają się na próby o jakiś barbarzyńskich porach, jaką była na przykład godzina dziewiąta. Ja, jako przedstawiciel rasy lenia pospolitego, raczyłem zwlec się z łóżka dopiero po jedenastej. Normalnie o tej godzinie już kończyłem makijaż oraz śniadanie (miałem jakiś dziwny nawyk jedzenia w łazience podczas przeglądania się w lusterku) i szykowałem się do wyjścia, jednak nie dziś – skoro zamierzałem wyjść dopiero o osiemnastej, to miałem jeszcze masę czasu. Uśmiechnąłem się pod nosem dość kwaśno i w samych bokserach oraz za dużej, pogniecionej bluzce, która sięgała mi do połowy uda ruszyłem do kuchni. Nalałem wody do czajnika elektrycznego i nastawiłem wodę na kawę. Wyjąłem duży kubek i wsypałem do niego cztery czubatych łyżeczek drobno zmielonego proszku, który w połączeniu z wodą tworzył życiodajny płyn, bez którego nie umiałem już poprawnie egzystować. Taa, a ja się zastanawiałem ostatnio skąd ta arytmia i problemy z sercem…
Kiedy woda się zagotowała, zalałem kawę, a następnie wdrapałem na blat szafki kuchennej. Potem z kolei usiadłem na szerokim parapecie i ułożyłem gorący kubek na brzuchu. Oczywiście poparzyłem się przy tym, ale nie przejąłem się zbytnio. Spojrzałem na szybę, w której mogłem się przejrzeć – przesuszona i blada, wręcz pergaminowa skóra poprzecinana siną siatką żył, wory pod oczami, przebarwienia od przeróżnych kosmetyków, z których nie wszystkie działały na moją korzyść, zapadnięte policzki, wysunięta do przodu szczęka, pionowa kreska między brwiami, która nigdy nie znikała, nieuczesane włosy sterczące na wszystkie strony tego świata… no może nie do końca tak wygląda ludzkie wcielenie bożka, ale cóż…
Podciągnąłem nogi pod brodę i spojrzałem na własne kolana – byłem zaskoczony, jak bardzo widoczne są u mnie kości – jeszcze trochę a postawią mnie w klasie od biologii, gdzie będę robił za model ludzkiego szkieletu! Fakt, ostatnio regularne posiłki nie były według mnie w modzie, dlatego często o nich zapominałem, ale… żeby zaraz wyglądać AŻ tak chudo? To lekka przesada… Pogładziłem dłonią własne udo – mógłbym przysiąc, że był tu kiedyś mięsień…
Westchnąłem ciężko i upiłem pierwszy łyk napoju, odwracając wzrok od własnego ciała i utkwiwszy go w bezchmurnym niebie. Zacząłem rozmyślać; a to wcale nie był dobry znak! U mnie takie rozwodzenie się oznaczało depresyjny nastrój – co gorsza mógł on trwać od kilku minut do kilku miesięcy. Nie byłem pocieszony tym, że właśnie teraz zebrało mi się na rozpamiętywanie i analizowanie tego, co już zdążyło się wydarzyć, jednak nie mogłem z tym walczyć. Nie mogłem, a nawet nie chciałem. Nic chciałem tego wstrzymywać, gdyż zdawałem sobie sprawę, że to doprowadziłoby tylko do jeszcze gorszego skutku – im dłużej próbowałem powstrzymywać i bronić się przed tym, tym dłużej potem utrzymywał się u mnie podły nastrój.
Jak zwykle w takim humorze zgarnąłem pierwszą lepszą czystą kartkę, która nawinęła mi się pod rękę oraz ołówek i zacząłem pisać tekst kolejnej piosenki, od czasu do czasu popijając kawę. Jak zwykle także przypomniał mi się e-mail, który dostałem kiedyś od jednej z fanek jeszcze na początku swojej kariery. Dziewczyna pisała, że bardzo podobają jej się moje teksty, gdyż zawieram w nich mnóstwo uczuć, o których większość ludzi boi powiedzieć się nawet najlepszemu przyjacielowi, a ja mam odwagę wyśpiewać je publicznie. Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem – pamiętam, jak ucieszyłem się z tego… pamiętam również jak Zero powiedział, że to jedna wielka bzdura, gdyż nie posiadałem ludzkich uczuć, więc tym bardziej nie mogłem ich zawrzeć w czymkolwiek. Zabolało mnie to wtedy – i chyba to właśnie był powód, dlaczego stałem się tak obojętny i jeszcze bardziej oziębły względem Shimizu. Na ogół, kiedy funkcjonowałem poprawnie, te słowa nie bolały; z kolei, kiedy znów popadałem w melancholię, stara rana otwierała się ponownie, a słowa basisty odbijały się echem w mojej głowie – tak było i teraz.
Michi był jedyną osobą, której udało się tak na mnie wpłynąć – udało mu się wyryć swoje istnienie w mojej świadomości aż nadto dobrze. Nigdy nie rozpamiętywałem niczyich słów, nie zastanawiałem się nad nimi… Czasem jedynie zastanawiałem się, czy mogłem lepiej sprecyzować wypowiedź, zmienić ją nieco – ale to wszystko wciąż dotyczyło mojej narcystycznej postaci; nigdy nikogo innego… aż do tamtego momentu. Od tamtej chwili Zero utknął w mojej pamięci.
Nie wiem, ile przesiedziałem na tym oknie, jednak stwierdziłem, że musiało już minąć trochę czasu ze względu na to, że kawa zdążyła już dawno wystygnąć, a kartka została zapisana przeze mnie drobnym druczkiem z obu stron – zapewne stworzę z tego przynajmniej dwie piosenki.
Odstawiłem kubek na blat, zamierzając się z niego ześliznąć, kiedy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Zdziwiłem się – pizzy nie zamawiałem, więc kto też mógł do mnie przyjść i w dodatku używać dzwonka? Musiał to być jakiś niecodzienny gość… co oznaczało, że nie był to Karyu. Spojrzałem na cyfrowy zegarek na piekarniku, którego chyba nigdy w życiu nie użyłem; była godzina szesnasta trzydzieści siedem. Wzruszyłem ramionami i postanowiłem udawać, że nie ma mnie w domu. Dzwonek powtórzył się kilka razy, aż potencjalny gość stracił cierpliwość i po prostu wszedł do mieszkania, o czym świadczyło ciche kliknięcie wydawane przy naciśnięciu klamki. Zakląłem pod nosem, żałując, że nigdy nie zamykałam drzwi na klucz. Po chwili w kuchni stanął…
- Co ty tutaj robisz? – zdziwiłem się na widok chłopaka.
- Ja również mógłbym zapytać, co TY jeszcze tutaj robisz – warknął Zero i założył ręce na piersi, mierząc mnie groźnym spojrzeniem. – Wystawiłeś nas!
- Co? – zdziwiłem się, ale po chwili załapałem, o co mu chodziło. – Daj spokój! Przecież czekacie na mnie dopiero pół godziny; jest jeszcze młoda godzina! – prychnąłem.
- Karyu wściekł się i odwołał próby na najbliższe trzy dni. Zamierza cię wyrzucić z zespołu, bo go olewasz – powiedział z triumfem w głosie.
- Zamierzałem przyjść na godzinę osiemnastą – wzruszyłem ramionami i przeczesałam włosy palcami, po czym stanąłem na nogach. – W sumie moje lenistwo wyszło nam na dobre; mamy przynajmniej trochę wolnego – zauważyłem.
- Poprawka: ja mam wolne przez trzy dni, ty jesteś bez pracy – uśmiechnął się jadowicie. Widać ogromną radość sprawiało mu przekazanie informacji, że nawet cierpliwość Karyu kiedyś się kończy; a w tym wypadku, skończyła się właśnie teraz.
- Zgaduję, że dobrowolnie zgłosiłeś się na ochotnika, aby przyjechać do mnie i powiedzieć, że Matsumura zamierza mnie wypieprzyć na zbity pysk, prawda? – kiwnął głową w odpowiedzi, a ja prychnąłem. – Nie ciesz się tak – machnąłem ręką. – Myślisz, że on to zrobi naprawdę? Chce mnie tylko postraszyć. Zresztą… gdzie znalazłby drugiego, równie dobrego wokalistę? – zapytałem z wyższością.
- A tak się składa, że to ja znalazłem twojego zastępcę. Tak na marginesie mówiąc, jest on o niebo lepszy od ciebie, patałachu – zaśmiał się.
- Mów, co chcesz, i tak w to nie uwierzę – postąpiłem kilka kroków w jego stronę. Zdawało się, że dopiero teraz dokładnie dostrzegł moją twarz, gdyż zląkł się.
- H-Hizumi… - zająknął się i cofnął dwa kroki. – Ty… Jak ty… wyglądasz… - szepnął.
- Po prostu nie mam makijażu – wzruszyłem ramionami.
- Wyglądasz jakbyś wyszedł z obozu koncentracyjnego! – wykrzyknął.
- Nie przesadzaj – zrobiłem sceptyczną minę. – Ty bez tony gładzi szpachlowej na twarzy zapewne nie wyglądasz dużo lepiej. Ale to nie jest ważne… Wracając do poprzedniego tematu; to ja stworzyłem D’espairsRay, więc nie ma mowy o tym, abym został wyrzucony.
- Założyłeś ten zespół razem z Tsukasą – przypomniał.
- Ech… Niech ci będzie – zatoczyłem koło dłonią. –W takim razie ustosunkuję się do Tsu. Skoro on jest współzałożycielem, ma tu dużo do powiedzenia i jego się posłucham. Jeśli on mnie wywali; odejdę. Ale powiedzmy sobie szczerze i otwarcie… naprawdę myślisz, że Kenji to zrobi? Znam się z nim od podstawówki!
- Nie ma znaczenia, jak długo się z nim znasz…
- Ma! Tsukasa jest sentymentalny; w porównaniu do mnie, czy do ciebie, więc możesz tego nie zrozumieć. Ja też tego nie rozumiem – powiedziałem obojętnie.
- Uwierz mi, to koniec twojej przygody z D’espairsRay – pokręcił głową i uśmiechnął się cwaniacko.
- Błagam cię, Shimizu, nie udawaj jeszcze głupszego niż jesteś! – wywróciłem oczyma. – Karyu i Tsu nie pozwolą ci zastąpić mnie jakimś chłystkiem, którego poznałeś wczoraj w barze! Na litość boską, może i się nie lubimy, ale to nie oznacza, że masz mi przez te całe trzy dni wmawiać, że to mój koniec! Zdarzyła się okazja, kiedy mogłeś się ze mnie pośmiać, ale nie dałem się nabrać; kiedy to do ciebie dotrze? – sapnąłem.
- Wiem, że to twój koniec, bo osobiście dopilnuję tego, abyś upadł widowiskowo i z wielkim hukiem – wyszczerzył się wrednie. – Wiem również, że nowy wokalista świetnie będzie do nas pasował i nie jest to żaden tani grajek z ulicy, za którego go uważasz, mimo że go nie znasz.
- A niby skąd to wiesz, panie mentalisto? – spojrzałem na niego z politowaniem.
- Bo to mój chłopak – powiedział dobitnie, po czym… po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami.

Liceum cz.13

„Liceum cz.13”

[Reita]

Minęło kilka dni. Jak na razie plan Uruhy sprawdzał się –główną tego przyczyną było to, że Saki gdzieś zniknął i od dłuższego czasu nie pojawiał się, ale jak wiadomo lepiej nie wywoływać wilka z lasu; więc, jak mówiłem, na razie było spokojnie.
Z nieoficjalnych źródeł, to znaczy od Yuu, dowiedziałem się, że Ruki również był bezpieczny i nikt mu nie przeszkadzał. Podobno chodził z obstawą osiłków po szkole – zapewne wyglądał komicznie; taki niziutki, szczuplutki chłopaczek wyglądający jak dziecko w towarzystwie najlepszych sportowców w liceum, którzy byli od niego dwa razy wyżsi.
A co do tych nieoficjalnych źródeł... Używając tego zwrotu nie chciałem podkreślić, że nie ufałem Shiroyamie w żadnym stopniu czy coś w tym stylu, jednak… nie ufałem mu w stu procentach. Na moje zaufanie trzeba było długo pracować, a on z pewnością jeszcze na nie nie zasłużył – tym bardziej, że próbował przywłaszczyć sobie Takanoriego. Takim zachowaniem zdobył u mnie ogromnego minusa, jednak powoli to naprawiał. Mimo wszystko, nie mogłem zapomnieć o incydencie z Matsumoto i zapewne będę pamiętać o tym jeszcze przez długi czas. W dodatku zastanawiała mnie tak szybka zmiana jego obiektu westchnień – z Taki na Kouyou; a przecież wiadomo, że ci dwaj diametralnie się od siebie różnią. Nie wiedziałem, co tak dokładnie zaszło między Aoim a Uruhą i wolałem w to nie wnikać, jednak obawiałem się, że Shima z tym swoim psim przywiązaniem mógłby na tym źle wyjść, gdyż mógł być wykorzystywany. Bardzo nie podobała mi się ta myśl…
- Reita! – Shiro szturchnął mnie w ramię. – Mówię do ciebie!
- O… Sorry, zamyśliłem się… - bąknąłem cicho, przyglądając się własnym butom. Jakoś nigdy nie mogłem spojrzeć mu w oczy… Czyżbym podświadomie żywił do niego żal za to, że to on był przyczyną tej całej afery?
- Coraz częściej ci się to zdarza – zaśmiał się sztucznie, co chyba miało rozładować napięcie między nami, jednak nie dało oczekiwanych skutków. – Tak więc… - podrapał się po głowie i pochylił ją, rozumiejąc, że ze swobodnej rozmowy nici. – Idziemy od razu do Uruhy czy chcesz iść najpierw do domu?
- A po co mamy niby iść do Kyou? – zdziwiłem się.
- Wcale mnie nie słuchałeś, prawda? – ponownie próbował się uśmiechnąć, ale tym razem wyszło mu o wiele gorzej, przez co na jego twarzy zagościł jedynie krzywy grymas. Brunet próbował zakumplować się ze mną, jednak byłem oporny. Miałem do niego jakieś uprzedzenia. Zresztą, wciąż martwiłem się o Maleństwo… - Uru opowie ci, co u Taki i jak wygląda sytuacja w tamtej szkole. Przecież widzę, że nie wierzysz w ani jedno moje słowo – odpowiedział na moje nieme pytanie, czytając mi w myślach. – Nie wiem, dlaczego jesteś wobec mnie taki sceptyczny, ale… martwi mnie twoja strapiona i bolesna mina. Z pewnością niepokoisz się o Rukiego. Chcę uciszyć te niespokojne myśli w twojej głowie; chcę cię zapewnić, że wszystko jest w porządku, ale ty mi nie wierzysz. Może, kiedy usłyszysz to z ust swojego dawnego przyjaciela, uspokoisz się – spojrzałem na niego z niedowierzaniem i z wrażenia aż przystanąłem. Na chwilę głos uwiązł mi w gardle.
- Dziękuję… - wydusiłem słabym głosem.
- Nie masz, za co mi dziękować. Winisz mnie za to wszystko, więc moim obowiązkiem jest wynagrodzić ci krzywdy, których przeze mnie doznałeś…
- Skończ już z tym płakaniem w rękaw, co? – uderzyłem go pięścią w ramię. – Zachowujesz się, jak główny bohater z dramatu o nieszczęśliwej miłości dla nastolatek!– zaśmiałem się krótko i ruszyłem w dalszą drogę. Yuu poszedł w moje ślady, uśmiechając się pod nosem. Teraz z kolei ja próbowałem go pocieszyć. Nie lubiłem, kiedy zaczynał się obwiniać… przynajmniej zbyt długo.
Do domu Kouyou dotarliśmy w ciszy. Kiedy Shiroyama zadzwonił do drzwi, otworzyła nam starsza kobieta, pełniąca rolę „guwernerki” Uruhy, na którą rudzielec zawsze się skarżył. Na pytanie czy Shima jest w domu, odpowiedziała, że jeszcze nie dotarł na miejsce. Wyjąłem telefon z kieszeni i sprawdziłem godzinę. Był piątek, godzina 16:30. Lekcje z pewnością już się skończyły, a nie wierzyłem, żeby Ruki został na jakiejś poprawie czy dodatkowych lekcjach dydaktycznych, gdyż nigdy nie miał problemów z nauką. Shiro spojrzał na mnie i bezbłędnie odczytał moje emocje.
- Spokojnie, Rei. Może zatrzymali się gdzieś po drodze?
- No… Ciekawe, gdzie – mruknąłem z przekąsem i z powrotem skierowałem się w stronę bramy wyjściowej.
- No nie wiem… W kawiarni? – rzucał pomysłami, jednak zdawało się, że on również nie wierzył we własne słowa.
- Uruha wiedział, że planujesz mnie do niego przyprowadzić? – zapytałem prosto z mostu.
- Tak, wiedział, że do niego przyjdziemy. W sumie, to on chciał się z tobą spotkać…
- W takim razie nigdzie się nie zatrzymali – powiedziałem ostro i przyspieszyłem temu do szybkiego marszu. Stawiałem duże kroki, przez co Yuu musiał pobiec, żeby mnie dogonić.
- Skąd taka pewność? Zapewne nic się nie stało, uspokój się – próbował mnie udobruchać, jednak od jego zapewnień jeszcze bardziej wzbierał we mnie gniew. – Może poszli do akademika?
- Przecież powiedziałeś, że Uruha miał codziennie przywozić i odwozić Rukiego ze szkoły! Nie miał już mieszkać w akademiku! – spojrzałem na niego groźnie. Czyżby się wsypał? Wydało się kłamstwo?! Cholera, czułem, że zaraz mu coś zrobię!
- A… No tak, zapomniałem… - mruknął cicho i spuścił głowę w pokorze.
Moim wojskowym krokiem szybko dotarliśmy do budynku szkoły. Kiedy tylko znaleźliśmy się w pobliżu, usłyszeliśmy charakterystyczne okrzyki towarzyszące bójce – co gorsza, dużej bójce. Moje serce ścisnęła niewidzialna, stalowa obręcz. Przyspieszyłem jeszcze bardziej. Puściłem się biegiem w kierunku boiska, skąd owe odgłosy dochodziły. Wpadłem tam jak burza, a zaraz za mną ciemnowłosy. Walka musiała trwać już od kilku dobrych chwili, a przynajmniej tak oceniłem po stanie bijących się. Kilku chłopaków już leżało na trawie i nie mogli się podnieść, dlatego jedynie czołgali się, starając odejść jak najdalej od centrum bójki. Z kolei reszta nawalała się w najlepsze. Dwaj chłopcy trzymali Sugę pod pachami i nie pozwalali mu upaść na kolana, podczas gdy kilku innych okładało go bezwstydnie. Saki natomiast miewał się o wiele lepiej niż jego brat – stał na nogach o własnych siłach i powalał kolejnych przeciwników, którzy utworzyli krąg wokół Kouyou i Takanoriego, starając się ich chronić. Co i rusz Uruha próbował wyciągnąć stamtąd jakoś Rukiego, jednak wtedy brunet doskakiwał do nich, odcinając im drogę ucieczki; i znów tworzyło się wokół nich „żywe koło”. Zgadywałem, że było tak cały czas. Rudzielec i blondynek znaleźli się w potrzasku. Już z daleka widziałem krew na twarzy wyższego, wnioskowałem, że on także musiał się bić. Jak do tej pory nigdy nie widziałem bijącego się Shimy, ale nie komentowałem, nie był to odpowiedni czas na wydawanie opinii na ten temat… Uru co chwila ciągnął Matsumoto w którąś stronę, gdyż „żywe koło”, tak samo jak i Saki, przemieszczało się, a Taka był tak zdezorientowany, że nie wiedział, co się dzieje. Gdyby nie Takashima, już dawno brunet dostałby go w swoje ręce.
Saki zdawał się być jak maszyna; przyjmował kolejne ciosy, jednak nie przejmował się tym. Nie szukał jakiejś taktycznej drogi, tylko szedł jak ucieleśnienie destrukcji, atakując każdego, kto stanął mu na drodze. Był poraniony – i to całkiem dotkliwie – jednak nawet to go nie spowalniało. Zgadywałem, że to wina adrenaliny, która wytworzyła się u niego podczas bójki.
A propos adrenaliny… We mnie również uderzył nadmiar tego hormonu. W jednej chwili stałem się wściekły do granic możliwości. Zrzuciłem torbę z książkami, którą miałem przewieszoną przez ramię i rzuciłem się w ferwor walki. Kiedy dostrzegło mnie kilka osób, „na dzień dobry” rzucili się na mnie. Zapewne byli po stronie Sugi i Sakiego; wiadomo, że nawet takie szumowiny znajdą u kogoś aplauz; u ludzi, którzy będą tańczyć, jak im zagrają. Pierwszego napastnika przerzuciłem przez plecy i powaliłem na ziemię. Uderzył z głuchym hukiem i jęknął żałośnie. Kolejnych dwóch po prostu wyminąłem, a oni sami niemalże się znokautowali. Następnie „na chama”, jednego z nich, kopnąłem w krocze, a drugiemu wbiłem łokieć w splot słoneczny, odbierając mu tym samym oddech – co jak co, ale musiałem przyznać, że Saki mnie czegoś nauczył.
- Aki! – usłyszałem piskliwy i płaczliwy głos Maleństwa.
Odwróciłem się w jego stronę i zobaczyłem, jak na ułamek sekundy wszyscy zatrzymują się i spoglądają na mnie, jakby zdziwieni moją obecnością. Ten właśnie moment wykorzystał Saki. Kiedy „żywe koło” było rozproszone, doskoczył do Rukiego. Złapał go za gardło, jednak w tym momencie bohaterem, który wyratował go z opresji okazał się być Kouyou. Rudzielec zamachnął się i wyprowadził naprawdę silny cios w brzuch bruneta. Ręka Sakiego, która na dobrą sprawę jeszcze nie zdążyła mocno zacisnąć się na szyi blondynka, została odtrącona. Odetchnąłem z ulgą, jednak nie na długo. Psychopata zatoczył się do tyłu, ale nie upadł; tylko jeszcze bardziej się wściekł. Złapał Uru za bark, zaciskając na nim palce tak mocno, aż Shima zaskomlał z bólu i ugięły się pod nim nogi. Następnie brunet rzucił go na ziemię i kopnął w twarz. W tym momencie w moim kręgu widzenia pojawił się Yuu, którego wyraz twarzy nagle zaczął bardziej przypominać dzikie zwierzę niż człowieka. Shiroyama był gotów rozszarpać Sakiego, jednak nie mógł sobie na to pozwolić, gdyż ten założył chwyt Takanoriemu – nie dusił go ani nawet nie ściskał, jego ręka luźno zwisała, będąc przerzuconą przez bark Maleństwa, mimo to obaj z Shiro wiedzieliśmy, iż to zaraz mogło się zmienić. Dodatkowo, jakby chcąc podkreślić swoje „zwycięstwo”, brunet postawił jedną nogę na plecach nieruchomego rudzielca, którego siła kopnięcia przewróciła na brzuch.
- Akira… - szepnął Saki i uśmiechnął się jak psychopata… cholera, przecież on jużn im był! – A myślałem, że się nie pojawisz – zachichotał cicho.
- Nie przyszedłem tu na pogaduszki… - warknąłem.
- Nie? – zaśmiał się obłędnie. – Jakaż szkoda… - popatrzył na mnie pobłażliwie.
- Załatwmy to szybko i bez zbędnych ceregieli – burknąłem i na moment odwróciłem się, upewniając się, że tamci dwaj, nadal trzymali Sugę. Ledwo przytomny szatyn przypatrywał się całemu zajściu zamglonym wzrokiem. – Proponuję wymianę, bez rozlewu krwi i łamania kolejnych nosów – zacząłem dyplomatycznie, przypominając sobie, że staliśmy pod budynkiem akademika, gdzie mieszkali także inni uczniowie, którzy w każdej chwili mogli zadzwonić na policję, co łączyłoby się z kolei z tym, że trafiłbym do poprawczaka. Jednoznacznie oznaczałoby również, że byłoby pozamiatane, a Saki wygrał.
- To znaczy? – zainteresował się.
- Ty oddasz mi… moich przyjaciół – wskazałem na Uruhę i Rukiego – a ja oddam ci brata – wskazałem na Sugę.
- Kiepski pomysł – zaśmiał się ohydnie. – Nie obchodzi mnie mój brat – wzruszył ramionami.
- Co?! – Suga, jakby na chwilę wrócił do żywych. – Ty łajzo! Pomagałem ci, robiłem wszystko, żebyś dostał tego swojego cholernego blondynka, a teraz mówisz, że cię „nie obchodzę”?! – wydarł się.
- Taki los – odpowiedział obojętnie brunet, po czym znów zwrócił się do mnie. – Zresztą… Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego, jak WŁASNORĘCZNE unicestwienie swojego największego wroga, prawda? – delikatny uśmiech wciąż błąkał się po jego ustach, przez co miałem ochotę go zatłuc. – Jesteś jak infekcja, Reita, jak insekt… jak coś niepożądanego, co trzeba usunąć. Usunąć z mojego życia – objął ciaśniej Takę – i jego również. Takanori na pewno będzie o wiele szczęśliwszy, kiedy już przestaniesz nam przeszkadzać – zatkał usta Maleństwu, przewidując, że ten zaprzeczy.
Jednak Matsumoto miał sposób na wyrażenie swojego protestu – ugryzł Sakiego, po czym splunął z odrazą, jakby bał się, że mógłby zarazić się czymś od tego psychopaty.
- Nieprawda! – krzyknął i spróbował mu się wyrwać, jednak niewiele mu to dało. Brunet przyciągnął go do siebie mocno, a po twarzy blondynka spłynęły łzy. – Aki… - szepnął cicho. Z pewnością osunąłby się na kolana, gdyby nie to, że Saki podtrzymywał go.
- Więc jak zamierzasz to rozwiązać? – wtrącił się Yuu. Obydwaj powstrzymywaliśmy się resztkami sił, aby nie rzucić się na psychopatę. Sęk w tym, że nie mogliśmy tego zrobić, gdyż mogłoby to tylko pogorszyć sytuację, szczególnie, kiedy brunet był w takim stanie: taranował wszystko jak czołg.
- Po staremu – Saki wzruszył ramionami.
- Znów „napierdalanka” do utraty tchu? – prychnąłem. – Myślałem raczej o czymś bardziej… zdyscyplinowanym – warknąłem.
- O czymś, gdzie są „pseudo-zasady”? – zgadywał Aoi. – MMA?
- Raczej takie „polowe MMA” – zaśmiał się brunet. – Walki uliczne, co? Niech będzie i tak… - zgodził się. Wszyscy jak na komendę ustawili się w ogromnym kole, w którego środku znalazł się Saki, Takanori, Kouyou, który zaczął odzyskiwać przytomność, jednak nie miał siły się podnieść, Shiro i ja. – A więc… wasza dwójka przeciwko mnie – uśmiechnął się szaleńczo. – Kto wypadnie poza krąg lub uderzy któregoś z nich – wskazał na rudego i blondynka – ten… chyba nie muszę tłumaczyć… - zachichotał. Shiro spojrzał na mnie z pytaniem. Najwidoczniej nigdy nie brał udziału w czymś podobnym; i chwała mu za to.
- … Ten przegrywa i traci nagrodę; w tym wypadku Takanoriego i Kouyou. Jeśli przegramy, krąg się zacieśni i… prawdopodobnie nie wyjdziemy już z niego albo nie wyjdziemy o własnych siłach – westchnąłem. – „Widownia” ma „obowiązek” ukarać przegranego… I jest jeszcze jeden haczyk, Yuu. Walka trwa do pierwszego upadku; jeżeli któryś z nas upadnie, to koniec, a skutki są tego takie same jakbyśmy wypadli z koła, rozumiesz? – spojrzałem na czarnowłosego, który z pewną obawą kiwnął głową. – Zaczynajmy więc – zwróciłem się do Sakiego.
Brunet przepchnął dwóch bezbronnych chłopaków na środek kręgu. Ruki pomógł Uru wywindować się do siadu i przykucnął przy nim, szepcząc mu na ucho coś, czego nie mogłem zrozumieć.
- Dlaczego oni są na środku? – zdziwił się Shiroyama, podchodząc do mnie.
- To… kolejny haczyk. Masz nie wypaść poza krąg, nie uderzyć „nagrody”, nie upaść i powalić przeciwnika lub wypchnąć go poza koło. Takie są zasady. Zazwyczaj to jakieś roznegliżowane dziewczyny stoją na środku takiego okręgu i to one są „nagrodami”… - szepnąłem do niego znacznie ciszej. Czarnowłosy odpowiedział mi jedynie krzywą miną i ponownie kiwnął głową, dając znać, że zrozumiał już wszystko.
Zaczęła się kolejna walka. Saki bez ostrzeżenia przeskoczył ponad głową pochylonego rudzielca, któremu ciekła krew z nosa, po czym dopadł Shiro. Pchnął go. Chłopak cofnął się o dwa kroki, będąc zaskoczonym, jednak nie upadł – na całe szczęście. Uskoczył w bok, unikając ciosu w szczękę. Następnie uniósł gardę, chroniąc się przed kolejnymi uderzeniami. Chcąc zmylić bruneta, wyprowadził kopnięcie, którym chciał podciąć mu nogi, jednak Saki nie dał się na to nabrać i złapał go za kostkę. Znów serce zabiło mi szybciej, gdy pomyślałem, że to już koniec. Na całe moje szczęście, Shiro był sprytny i wygimnastykowany, dlatego nie dał się przewrócić i stanął na rękach, wykonując coś na kształt gwiazdy, kopiąc przy okazji psychopatę w twarz, po czym zrobił przewrót w tył i stanął na równe nogi. Domyślałem się, że to kopnięcie było rewanżem w zamian za to, jak Saki potraktował Uru. W tym momencie wszelkie moje wątpliwości dotyczące uczucia, którym Yuu obdarzył Kyou, rozmyły się. Uśmiechnąłem się cwaniacko i rzuciłem się brunetowi na plecy. Niestety, chłopak był silny i przerzucił mnie przez ramię, jednak nie przewróciłem się. Stanąłem na nogach i choć poleciałem do przodu, to oparłem się o kogoś, kto wchodził w skład kręgu i stanąłem już pewniej. Odwróciłem się w stronę przeciwnika, którego już okładał Shiroyama. Saki był mocny i blokował kolejne ciosy Yuu, dlatego musiałem się wciąć. Znów skoczyłem mu na plecy, tym razem, zakładając mu chwyt, chcąc go przydusić. Skończyło się to dość niefortunnie – Saki wykonał obrót wokół własnej osi; no i ja oczywiście też, z racji tego, że uwiesiłem mu się na szyi. Mój sprzymierzeniec mało nie dostał ode mnie w twarz przez przypadek. Nie doszło jednak do tego – Yuu złapał mnie w pasie i ściągnął na ziemię. Zakręciło mi się w głowie, ale nie zwolniłem przez to tempa. Już chciałem ponownie rzucić się na napastnika, kiedy ten głos uderzył we mnie jak strzała, która przeszyła moje serce.
- Boże, jeśli istniejesz, oddaj mi mojego Akirę… - ten szept był dla mnie głośniejszy niż wszystkie krzyki, jakie słyszałem do tej pory w całym moim życiu razem wzięte.
Stanąłem jak wryty i odwróciłem się, spoglądając na ledwo przytomnego Uruhę, który tulił rzewnie płaczącego Takanoriego. Ten wyraz bezbrzeżnego smutku i goryczy na jego twarzyczce, te szkliste oczy i policzki mokre od potoków łez, które po nich spłynęły... Nagle zrobiło mi się słabo. Ten widok był tak przejmujący, że nie mogłem tego znieść… Postąpiłem zaledwie krok w stronę blondynka, kiedy nagle potężny cios w głowę powalił mnie na kolana. Ruki krzyknął przerażony. Nad sobą usłyszałem zwycięski i pełen wyższości śmiech Sakiego. Gapie tworzący krąg wydali jedno, wspólne, zaskoczone westchnienie.
- Niech ktokolwiek się do niego zbliży, a własnoręcznie zabiję – usłyszałem tak dobrze znany mi, mrożący krew w żyłach głos. Przewróciłem się na drugi bok i zobaczyłem Kyo ze swoją bandą, który stał naprzeciwko Sakiego. – Czy wyraziłem się wystarczająco jasno? – nikt mu nie odpowiedział, co chłopak jak zwykle przyjął jako potwierdzenie. – Świetnie…
- Co?! – warknął psychopata. – Sam tego chciał! Sam wybrał taką formę walki, a teraz bronią go jakieś kurduple?! – zaśmiał się okropnie. – Bez jaj! Dobijcie go! – wskazał na mnie, a swoją wypowiedź skierował do gapiów. Nikt nawet nie drgnął. – Nie mówicie, że boicie się tego kmiotka! – zarechotał jeszcze raz, wskazując na Kyo. – Żałosne…
Nishimura postąpił kilka kroków w jego stronę i dźgnął go palcem w tors, choć żeby spojrzeć mu w twarz, w istocie musiał zadrzeć głowę do góry.
- Co powiedziałeś? – spytał spokojnie.
- Że nie zejdę ci z drogi, karzełku. Praw walk ulicznych się nie zmienia. Takie są zasady na tym podwórku…
- To ja je, cholera, ustalam na tym terenie, więc nie masz prawa, psia mać, decydować o tym, jak mają być respektowane prawa ulicy! To jest mój obszar, moje cholerne podwórko i ja tu rządzę! – wrzasnął Kyo.
Krzyczał coś jeszcze, ale już go nie słuchałem. Byłem mu bardzo wdzięczny za ratunek, bo bez jego interwencji z pewnością straciłbym wszystko, co było w tym momencie dla mnie ważne; to znaczy Rukiego. Kyo zaczął przepychać się z Sakim, który próbował nastawić wszystkich przeciwko mnie – oczywiście nie udało mu się to (zgadywałem, że to zasługa tego, iż Nishimura był po mojej stronie). Za to jemu udało coś zupełnie innego – nastawić wszystkich przeciwko Sakiemu. Zamiast na mnie, krąg rzucił się na bruneta. Dopiero w tym momencie jakbym się przebudził; odpełzłem od miejsca walki i skierowałem się w stronę Takanoriego. Yuu już zajmował się Shimą. Kiedy w końcu dotarłem do blondynka, on odezwał się cichutko:
- Aki… - w jego oczach nadal czaiły się łzy.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie pozwoliłem mu na to i zatkałem jego usta własnymi. Po prostu rzuciłem się na niego i namiętnie pocałowałem, zmuszając go, aby położył się na trawie, z racji tego, że nie miałem siły utrzymać się w pozycji siedzącej – cios w głowę zbierał swoje żniwa. Położyłem się na nim, przygniatając ciężarem własnego ciała. Matsumoto drżącymi ustami oddawał pocałunki i nieśmiało objął mnie za szyję, podczas gdy ja opierałem się rękami po obu stronach jego głowy. Polizałem jego dolną wargę, a on uchylił wargi, pozwalając mi pogłębić pieszczotę. Wsunąłem język do jego ust, a po chwili on zrobił to samo. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, kiedy zabrakło nam tchu. Spojrzałem w jego piękne czekoladowe oczy i uśmiechnąłem się. Pierwszy raz od tak długiego czasu czułem się spokojny i beztroski. Nie liczyło się już dla mnie to, co będzie za chwilę czy za dwa lata… Skupiłem się tylko na tym, co było tu i teraz – tylko i wyłącznie na MOIM Maleństwie. Już nieważne było dla mnie to czy ktoś postronny zobaczy, że się całujemy, że stracę jakąś tam głupią pozycję w szkole… to wszystko teraz wydało mi się błahe – zrozumiałem, że przez cały ten czas właśnie takie to było; błahe. Zrozumiałem, że jedyną rzeczą, na której mi zależało był on i jego uśmiech.
Uśmiechnąłem się delikatnie, a Taka odwzajemnił ten gest. Wtedy poczułem się zupełnie błogo. W końcu chwila wytchnienia, przyjemności i czułości pomiędzy tymi intrygami, spiskami i bójkami… Musnąłem jego usta jeszcze raz, po czym ułożyłem głowę na jego klatce piersiowej, wzdychając głęboko.
- Nareszcie… - szepnąłem.
- Co „nareszcie”? – zapytał cichutko Ruki, wplatając palce w moje włosy.
Czułem się tak swobodnie i dobrze… Zupełnie jakbyśmy byli w jakimś ustronnym miejscu, gdzie moglibyśmy sobie w spokoju okazywać uczucia, a nie na „polu walki”, gdzie kilkanaście metrów dalej około dwunastu chłopaków próbowało zatłuc mojego największego wroga.
- Nareszcie znalazłem w sobie odwagę – wyznałem.
- Zawsze byłeś odważny – schlebił mi, a ja uśmiechnąłem się pod nosem, po czym podniosłem głowę i znów zrównałem nasze twarze.
- Ale nigdy nie miałem odwagi by przyznać się do czegoś…
- Do czego? – dociekał.
- Do tego, że cię kocham – wyznałem i jeszcze raz go pocałowałem, tym razem nie tak zaborczo.
Zaledwie muskałem jego wargi, chcąc mu w ten sposób pokazać, że naprawdę coś do niego czuję; ale nie coś tak bezwzględnego jak miłość, którą obdarzył go Saki. Chciałem mu przekazać, że będę liczyć się z jego zdaniem i zawsze je respektować. Chłopak ponownie oddał pieszczotę.
- Też… cię… kocham – wyszeptał w przerwach między pocałunkami.
- Nie no, nie chcę tego psuć, bo obrazek istnie bajkowy – Kyo zaśmiał się, stojącnad nami.
Oderwałem się od Rukiego i zszedłem z niego, kładąc się obok. Taka podniósł się do siadu, a zaraz potem pomógł mi się wywindować, co nie było wcale takim prostym zadaniem, jakby ktoś mógł pomyśleć. Przysunąłem się bliżej Maleństwa i objąłem go w pasie.
- Dzięki za pomoc – uśmiechnąłem się do Nishimury.
- Nie no, spoko, wiesz, że lubię napuszczać jednych ludzi na drugich – zaśmiał się. On i jego czarny humor… - Ale nic za darmo – nagle spoważniał, a ja zgłupiałem. Chciał pieniędzy za pomoc?! – Wisisz mi czteropak piwa – szturchnął mnie w ramię i znów się roześmiał, a ja razem z nim. Blondynek tylko się we mnie mocniej wtulił i ułożył głowę na moim barku.
- Jasne. Wiesz, że zawsze dotrzymuję słowa – pokiwałem głową.
- Inaczej bym się z tobą nie zadawał – ponownie zaśmiał się. – No to sprawa załatwiona… Chyba nic więcej do roboty już tu nie mam, co? – potarł brodę w geście zamyślenia. – No to zbieram się z moimi chłopakami. Wam też radę się ulotnić zanim przyjadą glin… O rzesz kurwa… - przeklął, spoglądając gdzieś w dal ponad naszymi głowami.
Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy czerwono-niebieskie światła radiowozów.
„No pięknie…” – pomyślałem załamany.