Monsters cz.7




MONSTERS CZ.7

Obudziłem się już o piątej nad ranem. Kiedy tylko otworzyłem oczy, poczułem jak wszystkie emocje z dnia wczorajszego, ponownie wypełniły moje zmaltretowane ciało. Znów mnie nosiło; znów zacząłem knuć, wymyślać, domniemywać i planować. W końcu chwyciłem kartkę i długopis i zacząłem pisać:
1.    Urodziłem się w Japonii i tam też wychowałem.
2.    Zero to mój przyjaciel, który się we mnie zakochał.
3.    Byłem w związku z Shimizu, co nie spodobało się mojej matce, która zakazała nam się spotykać.
4.    Przeżyłem wypadek samochodowy, po czym dostałem amnezji krótkotrwałej. Wykorzystała to moja matka, która „wywiozła” mnie z Japonii, kiedy byłem nieprzytomny (prawdopodobnie) i odseparowała mnie do Michiego. Skutkiem tego, dostałem „zespołu obcego języka”, przez co nie rozumiałem japońskiego. Michi twierdził, że od czasu do czasu miałem „przebłyski z poprzedniego życia”, dlatego niekiedy coś tam rozumiałem.
5.    Dwa lata gimnazjum pamiętałem jak przez mgłę, ostatniego roku, tak samo jak pierwszego semestru w liceum, nie pamiętałem praktycznie w ogóle. „Ocknąłem się” dopiero w drugim semestrze, jednak wtedy chodziłem już do szkoły w Ameryce, gdzie poznałem Asha. To właśnie jego moja matka wcisnęła na miejsce Shimizu, gdyż podświadomie zdawałem sobie sprawę, że miałem bliskiego przyjaciela.
6.    Pojechałem do Japonii, gdzie cudem ponownie spotkałem się z Zero. Ktoś o tym doniósł mojej matce, która postanowiła ponownie pokrzyżować plany basiście i wykorzystała „niefortunny wypadek” Asha, ściągając mnie z powrotem do Ameryki.
Dobra… Tak z grubsza wyglądała moja wiedza na temat własnego życia. Ta historia wydawała się być gorzej niż zakręcona, jednak kiedy się nad tym zastanawiałem, dochodziłem do wniosku, że nie jest to takie głupie. W dodatku basista przedstawił mi dowody: zdjęcie, które mi podarował, w liście wyjaśniającym wspomniał o tych „przebłyskach”, które w istocie miewałem… nawet jego zachowanie świadczyło o tym, że coś w tym musiało być prawdą; to wyjaśniało, dlaczego Shimizu był tak nieprzyjemny dla wszystkich, a mnie traktował jak królewnę – bo mnie kochał! To także tłumaczyło zachowanie Karyu i Tsukasy, choćby w tym pamiętnym barze. I te słowa rudzielca, które krążyły w mojej głowie: „Niby masz dziewczynę, a po trzech drinkach i butelce piwa, liżesz się z basistą z mojego zespołu, jakbyście byli parą od zawsze…” – no… w sumie można powiedzieć, że jesteśmy parą od zawsze, choć… jednocześnie nią nie jesteśmy…
Właśnie, kolejną sprawą była moja orientacja – jak dotąd uważałem się za hetero, a potem zacząłem lecieć na Michiego, choć chyba sam przed sobą bałem się do tego przyznać. Bo przecież… jego czułe gesty były przyjemne, ale świadomość, że to jest „złe” sprawiała, że czułem się zagubiony. Zrobić coś, co jest jednocześnie zakazane i sprawia mi rozkosz, po czym zostać odrzuconym ze strony społeczeństwa, czy powstrzymywać się, udawać „normalnego”, ale cierpieć niedosyt? Ciężki orzech do zgryzienia…
Przekręciłem się na bok i przymknąłem oczy, przy czym zapragnąłem poczuć jak Zero obejmuje mnie od tyłu; aż zadrżałem, ten chłopak tak na mnie działał… Może ja rzeczywiście byłem gejem albo biseksualistą? Trudno przyswoić to takna szybko, ale… przecież niczego jeszcze nie mogłem wykluczyć.
Wierciłem się w łóżku do godziny ósmej. Potem w końcu wstałem, wziąłem prysznic i ubrałem się. Następnie wrzuciłem kilka niezbędnych rzeczy do torby i zszedłem na dół. W kuchni radośnie powitała mnie matka, choć ja odpowiedziałem jej z mniejszym entuzjazmem. Zaproponowała mi śniadanie, jednak przez sprawę z basistą „Monsters” nabrałem do niej dystansu i stałem się tak nieufny, że odmówiłem. Bałem się, że poda mi trutkę na szczury? Możliwe…
Wyszedłem z domu i ruszyłem w stronę przystanku autobusowego. Po drodze mijałem księgarnię. Spojrzałem na jej witrynę i zatrzymałem się w pół kroku, po czym wszedłem do środka. Pokręciłem się chwilę między regałami, aż w końcu znalazłem to, czego szukałem – opasłe tomiszcze do nauki języka japońskiego. Katakana, hiragana, kanji, zapis fonetyczny i ciekawostki dotyczące kultury (choć bardziej nazwałbym to wskazówkami, jak przeżyć w Japonii) – amen. Wszystko, czego potrzebowałem. Z książką gigantem udałem się do kasy, gdzie zapłaciłem za nią, a następnie wrzuciłem do torby.
Dotarłem w końcu do przystanku, gdzie czekało już kilkoro ludzi. Usiadłem na ławce i wyciągnąłem niedawny zakup, po czym zacząłem go studiować. Ze śmiechem zacząłem wertować kolejne strony, stwierdzając, że… cholera, ja to znam! Szybko wygrzebałem z kieszeni ołówek i zasłaniają dłonią kolejne obrazki, które pokazywały kolejność kresek, sam pisałem je na marginesie. Nie musiałem już nawet patrzeć na gotowy znak – po prostu wiedziałem, jak się go pisze! Trochę gorzej było z kanji, gdyż było od zatrzęsienia i jeszcze trochę, ale co nieco umiałem… To było takie szokujące – nagle dowiedzieć się, że zna się jakiś obcy język, który w rzeczywistości był twoim ojczystym. Czułem, że jeszcze trochę, a dostanę pomieszania zmysłów, gdyż już zacząłem od nich odchodzić!
Podniosłem się dopiero, kiedy przyjechał autobus. Kilka babć patrzyło na mnie, jak na kosmitę, gdy zajrzały mi przez ramię i widziały „krzaczki”, które próbowałem rozszyfrować.Mimo ich min, nie przejąłem się. I nagle trafiło do mnie coś jeszcze – ja naprawdę chciałem wierzyć Shimizu! A im bardziej wmawiałem sobie, że jego wersja jest prawdziwa, tym więcej dostawałem tych „przebłysków”; czy to oznaczało, że efekt placebo, który zastosowała wobec mnie własna matka zaczął słabnąć? Że ten mur kłamstw, którym mnie otoczyła, zaczął upadać? A może po prostu wariowałem…?
Wsiadłem do autobusu i zapłaciłem za bilet. Zająłem miejsce, po czym znów wróciłem do japońskiego. Okazało się, że wiele gestów, które autor uznał za „bardzo japońskie” lub „przypisane Japończykom” wykonywałem odruchowo. Coś musiało być narzeczy… tylko pytanie pozostawało, co? Kłamstwa mojej matki, czy moja choroba psychiczna?
Teoria, że moja matka jest „przemytnikiem” coraz bardziej się potwierdzała… choć nadal nie mogłem w nią uwierzyć.
Wyjąłem zdjęcie od Michiego i jeszcze raz mu się przyjrzałem. Było wręcz rozczulające… Nie powstrzymałem mimowolnego uśmiechu, który wcisnął mi się na usta. Czyli Zero był tym „dobrym”… Będę musiał go przeprosić, że tak na niego naskoczyłem w jego własnym mieszkaniu. I właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie, jak paskudnie musiałsię czuć, kiedy wspominałemo mojej dziewczynie, czy wykrzyczałem mu prosto w twarz, że Ash jest moim najlepszym przyjacielem wobec, którego mam dług wdzięczności. Zrobiło mi się głupio… Musiał naprawdę cierpieć, a mimo to nie zrezygnował i nadal mnie kochał – a bynajmniej tak napisał. Zacząłem zastanawiać się, jakie to musi być uczucie: być w związku z chłopakiem.Być w związku z Zero… Popadłem w zadumę, kiedy nagle poczułem wibrację, oznaczającą nowy sms. Wyjąłem telefon z kieszeni i odczytałem wiadomość.
„U Ciebie jest teraz godzina dziewiąta. Wstałeś już, kochanie, czy zamierzasz przespać cały dzień?”
Od: Zero.
Moje serce zabiło mocniej, a uśmiech pogłębił się. Nagle poczułem się pewniej. Kiedy powiedziałby mi to prosto w twarz, zapewne speszyłbym się, ale świadomość, że znajduje się na drugim końcu świata, a ja mogę napisać mu co mi się tylkopodoba, była bardzo wygodna i motywująca. Między innymi dlatego ludzie urządzają sobie jakieś bitwy sms’owe, czy heating w Internecie – bo można napisać wszystko, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji.
„Wstałem i właśnie jadę do centrum miasta. Przeczytałem Twój list i muszę przyznać, że był… poruszający. I mimo, że historia, jaką tam opisałeś jest wręcz nierealna… to ma jakieś solidne podstawy – zdaję sobie z tego sprawę.” – odpisałem szybko i nerwowo czekałem na odpowiedź.
„Cieszę się, że w ogóle to przeczytałeś, a nie od razu wyrzuciłeś do śmieci, kotku. Więc… wierzysz mi?” – mimo, iż był to tylko tekst, a ja nie mogłem zobaczyć jego twarzy ani usłyszeć głosu, to doskonale zdawałem sobie sprawę, że miał nadzieję na twierdzącą odpowiedź.
„Nie mogę powiedzieć „tak”, ale nie mogę powiedzieć również „nie”. To zdjęcie, wszystko, co napisałeś…  jest naprawdę przekonujące. Zresztą… Właśnie przeglądam książkę do japońskiego, licząc na jakieś „przebłyski”, o których wspomniałeś. Muszę Ci powiedzieć, że… bardzo dużo rzeczy rozumiem, co jest dla mnie zaskakujące; to dowód, że jednak tego nie zmyśliłeś… a bynajmniej nie do końca. A może to Ty wywołałeś u mnie efekt placebo?” – wiem, że to może było trochę chamskie zagranie, ale chciałem wiedzieć, jak zareaguje. A może rzeczywiście mnie wkręcał? Boże, już sam nie wiedziałem, komu mogłem ufać…
„Nic podobnego, nigdy bym Cię nie okłamał! Jak mógłbym zrobić coś takiego mojemu sensowi życia?! Skarbie, kocham Cię!”– ta wiadomość była bardzo bezpośrednia… może trochę za bardzo, bo przez chwilę zastanawiałem się, co odpisać. To nadal było dla mnie dziwne –chłopak wyznawał mi miłość.
„Chciałbym Ci wierzyć, ale wybacz… to zagmatwana i trudna sprawa. Daj mi jeszcze trochę czasu na przyswojenie tego i wyciągnięcie własnych wniosków, dobrze?” – uczyłem się, że homoseksualizm został zapoczątkowany już w starożytności wraz z wymyśleniem teatru, Tsu i Karyu nie przeszkadzali mi wcale, czasem wydawali mi się być wręcz bajkowi, pomimo ich pewnych odchyłów od normy… więc, cholera, dlaczego to, że Michi mnie kochał, wydawało mi się takie dziwne?
„Oczywiście. Dla Ciebie wszystko, słońce.” – byłem pewien, że mimo wszystko, był zadowolony z tego, że nie skreśliłem go na samym starcie. Zapewne teraz uśmiechał się delikatnie do ekranu telefonu. Kiedy przypomniał mi się jego ciepły uśmiech, poczułem jeszcze większą tęsknotę za nim.
„Dziękuję, że jesteś taki wyrozumiały… kochanie.– ostatnie słowo napisałem dość niepewnie, tak samo jak całe zdanie. – Wiesz… chyba za Tobą trochę tęsknię… a Ty za mną tęsknisz, czy miałeś mnie już dość?”
„Trochę?” Ja tęsknię za Tobą całym sercem, skarbie!”– kiedy to przeczytałem, zrobiło mi się ciepło na sercu. Uśmiechnąłem się pod nosem i już nie odpisałem. Nie musiałem. Schowałem telefon do kieszeni i wstałem, gdyż zaraz miałem wysiadać.
Skierowałem się do szpitala, który mieścił się niedaleko. Wszedłem do białego giganta, a potem, kierując się oznaczeniami na ścianach i strzałkami, dotarłem do przychodni, skąd później zostałem odesłany do poczekalni. Dziesięć minut później zostałem wezwany do gabinetu lekarza. Doktor zlecił rutynowe badania, o które prosiłem i kazał mi przejść do kolejnego pokoju, gdzie czekała już pielęgniarka ze strzykawką do pobierania krwi.

***

Kiedy ponownie przekroczyłem próg szpitala, rozdzwonił się mój telefon.Wyjąłem urządzenie i nie patrząc, kto dzwoni, odebrałem połączenie.
- Cześć, Hizu! Słyszałem, że już zakończyłeś swoją wycieczkę krajoznawczą – zaśmiał się Rob po drugiej stronie linii. – Cóż to się stało, że tak szybko wróciłeś? Nie podobało ci się w Japonii?
- Ech… - westchnąłem. – Głupia sprawa, nie chce mi się tego wszystkiego znów opowiadać… zresztą, sam ledwo się w tym wszystkim łapię – pokręciłem głową. – Ale podobało mi się. Żałuję, że zostałem tak PERFIDNIE oszukany, przez co musiałem wrócić – wyznałem szczerze.
- To może coś na poprawę humoru? – zaproponował.
- Nie, dzięki. Nie mam ochoty pić – pokręciłem głową, mimo że nie mógł tego zobaczyć.
- Nie o to mi chodziło, pijusie jeden – zachichotał.
- Więc o co? – zdziwiłem się.
- Idziemy na basen; cały zespół. Piszesz się? – przez chwilę zastanowiłem się. W sumie, nie miałem najmniejszej ochoty na pływanie, ale nagle mnie olśniło. Wpadłem na kolejny pomysł, w jaki mogłem się sprawdzić i potwierdzić (lub obalić) historię Shimizu!
- Jasne. Jestem pod szpitalem, ale właśnie wracam do domu. Przyjedź po mnie za pół godziny – powiedziałem, po czym rozłączyłem się.

***

Męska szatnia. Tak, właśnie o to mi chodziło. Po prawej i lewej stronie pod ścianami mieściły się kabiny, w których można było się przebrać w strój kąpielowy, trochę dalej były szafki, gdzie zostawiało się ubrania, a w kolejnym pomieszczeniu na prawo były natryski. Oczywiście, jak się domyślacie, do kabin była kolejka, więc co odważniejsi, bezwstydnie przebierali się na środku szatni. Nie było takich osób zbyt wielu, ale kiedy tylko taki śmiałek pojawił się na horyzoncie, dyskretnie mu się przyglądałem… szczególnie zwracając uwagę na wiadomo jakie miejsce. Po trzecich takich „oględzinach” stwierdziłem, że mnie to w żaden sposób nie pociąga, czy fascynuje; cholera, jestem tak samo zbudowany, więc to dla mnie nic nowego! Po chwili namysłu stwierdziłem, że może to był skok na zbyt głęboką wodę – Michi pisał, że kochaliśmy się, ale przecież do tego też stopniowo dochodziliśmy; najpierw on mnie oswajał – całował w policzek na przywitanie, sadzał na kolanach etc. Więc może ja też powinienem zacząć od czegoś light, a nie od razu rzucać się na hard? Uznałem to za niegłupie, dlatego dałem sobie spokój z „nudystami” i zacząłem przyglądać się facetom, którzy byli już przebrani w kąpielówki, co łączyło się z tym, że paradowali do połowy roznegliżowani. Było w czymwybierać; byli i niscy i wysocy, grubi i chudzi, dobrze zbudowani i wątli, młodzi i starzy… Uparłem się na typ podobny do basisty: średniego wzrostu, szczupły, ale nie chudy jak patyk, około dwudziestki – znalazłem kilku takich i przez dłuższy moment zawsze zatrzymywałem na nich wzrok, ale… to nie było to. Oni byli tacy… normalni, niepociągający. Zdziwiło mnie, gdyż myślałem, że jakoś zareaguję na takie widoki, a tu nic; zero reakcji… A właśnie, a propos Zero – zacząłem zastanawiać się, dlaczego tak reagowałem na Shimizu, skoro inni chłopcy mnie nie pociągali? Zamyśliłem się i wyobraziłem sobie szatyna w samych bokserkach albo i bez nich… ach! Aż przeszły mnie dreszcze podniecenia!
- No idź – popchnął mnie Marc w stronę przebieralni. – Ten jak zwykle… - prychnął rozbawiony widząc, że znów odpływam. – Hizumi, ty masz swój własny świat, prawda? – zaśmiał się.
- No – odpowiedziałem mało inteligentnie i nadal nie mogąc się pozbyć z głowy widoku rozebranego Michiego, wszedłem do kabiny.

***

Minęło kilka dni. Wyniki wykazały, że cierpię na lekką anemię, ale poza tym wszystko było w porządku. Niestety, nawet kiedy odbierałem wyniki, nie było okazji, aby zajrzeć do historii, a nie mogłem znaleźć żadnego porządnego powodu, dla którego pielęgniarka musiałaby mi ją udostępnić. Tak więc niezadowolony i naburmuszony, z mętlikiem i wizją rozebranego Zero w głowie, leżałem na łóżku i grałem w jakąś głupią grę na telefonie, nie miałem nic innego do roboty. Usłyszałem z dołu dźwięk dzwonka do drzwi, jednak na szczęście nie musiałem się podnosić, gdyż moja matka otworzyła drzwi. Zamieniła kilka słów z gościem, który następnie wparował na schody i waląc nogami jak cała armia wojska, wparował do mojego pokoju.
- Słuuchaj! – specjalnie przeciągnął lider zespołu, który wręcz skakał w miejscu.
- Co się stało? – odłożyłem telefon i spojrzałem na niego ciekawsko.
- Dostaliśmy się!
- Gdzie? – zmarszczyłem brwi w niezrozumieniu.
- Do drugiego etapu konkursu! Wysłałem nasze demo i dziś dostałem odpowiedź zwrotną z pięcioma biletami do Nowego Jorku! Człowieku, rozumiesz to?! Do Nowego Jorku! Nagrodą za pierwsze trzy miejsca jest podpisanie kontraktu z Sony Music! – wytrzeszczyłem oczy na Marca, który rzucił się na łóżko, zajmując miejsce obok mnie. – Ale to nie koniec! Słuchaj dalej! To nie jakiś tam sobie przegląd muzyczny! Tam będą zespoły nie tylko z Ameryki, ale również Europy i każdego zadupia na tym świecie! – wymachiwał rękami, tak, że mało nie dostałem w twarz.
- Matko… To jakamusi być tam konkurencja! Ile tak ogólnie dostało się zespołów?
- Od chuja i jeszcze trochę! Będą jeszcze trzy etapy, w których kolejne zespoły będą odpadać! Ale to  jeszcze nie koniec! Nawet jeśli byśmy nie wygrali, ale dostalibyśmy się do ostatniego etapu, wygralibyśmy kasę!
- Ile? – moje oczy zrobiły się okrągłe.
- Dwa tysiące dolców w gotówce do rączki! – skakał, ciesząc się jak małe dziecko. – Ale dzięki temu może zdołalibyśmy się choć trochę wybić! Koniec z graniem do kotleta! Jak dostaniemy się do ostatniego etapu, ktoś nas już znajdzie; podpiszemy kontrakt, a potem już z górki! Longway and rock’n’roll, baby!
- Amen! – krzyknąłem równie podekscytowany, co perkusista. – Kiedy jedziemy?
- Za dwa dni!
- A co z Ashem i jego ręką? – przypomniało mi się po chwili.
- Kciukiem nie gra – wywrócił oczyma chłopak. – Jakoś dasobie radę; ajak nie, to znajdziemy innego gitarzystę! Nie możemy stracić takiej okazji przez to, że ta siermięga nie umie grać w siatkówkę!
- Czyli rozumiem, że te dwa dni będą jedną wielką próbą? – wolałem się upewnić, choć z góry wiedziałem, jaka będzie odpowiedź.
- Oczywiście! – wstał i wskazał mi drzwi. - Do mojego mieszkania, marsz! Pospiesz się, ślamazaro jedna! Musimy jeszcze dużo rzeczy poprawić! – coś czułem, że te dwa dni będę pamiętał do końca życia….

***

Po dwunastogodzinnej próbie, podczas której Marc próbował zabić mnie przynajmniej trzy razy, mało nie wyrzucił wokalisty za okno i walił głową gitarzysty rytmicznego w ścianę, ruszyłem żółwim tempem w drogę do domu. Miałem opuchnięte i porozcinane opuszki palców, bolałamniegłowa ibyłem głodny. Istny Armagedon, rzekłbym, kiedy nagle przekonałem się, że może stać się coś jeszcze gorszego niż koniec świata. Mianowicie: Ashley, moja dziewczyna. Burza gradowa, która nad nią wisiała była widoczna już z daleka. Blondynka tupiąc przesadnie głośno w swoich różowych szpilkach podeszła do mnie z głową zadartą do góry i wymierzyła mi siarczystego policzka. Cios był tak silny, że mało nie upadłem.
- Za co?! – spojrzałem na nią zszokowany. Czyżby nadal gniewała się za to, że nie przeprosiłem jej za tamtą rozmowę przez telefon, kiedy krzyknąłem jej do ucha? Księżniczka miała taki delikatny słuch…
- Nie udawaj, że nie wiesz! – rzuciła we mnie czymś, co ledwo udało mi się złapać. Syknąłem, kiedy to owe coś dotknęło porozcinanej skóry. Spojrzałem na to, co złapałem; mój telefon. A myślałem, że przez cały czas miałem go przy sobie… - Nie odbierałeś, a chciałam się z tobą spotkać!
- Miałem próbę… - wytłumaczyłem się cicho.
- Zamknij się! Jeszcze nie skończyłam! – warknęła piskliwym głosikiem. – Poszłam do ciebie, a teściowa powiedziała mi, że nie ma cię w domu! Postanowiłam zostawić ci wiadomość na kartce w pokoju, że u ciebie byłam, kiedy spostrzegłam to! – wskazała na moją komórkę. – Leżała na łóżku – no tak; Marc wparował do mojego pokoju, a ja odłożyłem telefon i zapomniałem go, gdyż lider niemiłosiernie mnie poganiał – i ja… - pociągnęła nosem, będąc bliską płaczu. - … ja tylko chciałam zobaczyć, jak masz mnie zapisaną w kontaktach! – rozryczała się. – Weszłam w skrzynkę odbiorczą i… i zobaczyłam te smsy! – terazwpadła już w istną histerię. – Ty mnie zdradzasz! Co to za jedna?!
- „Jedna”? – powtórzyłem z niedowierzaniem, nie rozumiejąc, o co jej chodzi.
- No ta… Zero! Kto to jest?! – ryknęła wściekle. (przypominam, że w języku angielskim nie ma rodzaju męskiego i żeńskiego, więc po czasownikach jak i zwrotach nie można się domyślić, czy chodzi o chłopaka, czy dziewczynę – dodam jeszcze, że Zero i Hizu prowadzili konwersacjew komunikacie „ja” i „ty”, czylinp. ja poszedłem, ty poszłaś, jednak w angielskim nie da się rozróżnić, czy mówi to chłopak, czy dziewczyna, bo brzmi to tak samo: I went, you went etc., dlatego Ashley uznała, że musi to być dziewczyna, bo przecież Hizumi jest „normalny” od aut.) – Poznałeś jakąś Japonkę i mnie zdradzasz! – cały jej misterny makijaż rozmazał się, przez co na policzkach dziewczyny powstały czarne zacieki.
- Aaa… O to ci chodzi – zaśmiałem się, a ona spojrzała na mnie jak na idiotę. – W pierwszej chwili nie zrozumiałem, bo to wcale nie jest ona – pokręciłem głową, śmiejąc się cicho.
- Jak to… nie „ona”? – blondynka wytrzeszczyła oczy. – W takim razie, kto to jest?
- No chyba nie „ono”, nie? – parsknąłem.
- To znaczy, że… - Ashley zacięła się. – Że… że to… to jest ON?! – wrzasnęła.
- Tak – kiwnąłem głową, po czym oberwałem w twarz jeszcze raz.
- Pedał! – pisnęła i czym prędzej oddaliła się ode mnie. – Zdradzał mnie Z FACETEM! – wyrzuciła ręce w powietrze, odchodząc w swoją stronę i wrzeszcząc sama do siebie, żeby wyładować swoją złość. – MNIE! Najładniejszą dziewczynę w okolicy!
Obejrzałem się za nią i pokręciłem głową z nikłym uśmieszkiem. Delikatnie dotknąłem bolącego policzka.
- Oj, Shimizu, Shimizu… Coś ty ze mną znowu zrobił? – zapytałem sam siebie i ruszyłem w dalszą drogę do domu.

Le Ciel cz.1


Pisane na podstawie opowiadania ze strony yaoi.pl „Le Ciel” – od razu się wytłumaczę, żeby nie było, że jest to plagiat!
Spotkałam się już dość dawno z opowiadaniem „Le Ciel”, które doprawdy mnie wciągnęło. Niestety, nie zostało ono nigdy ukończone – składa się zaledwie z prologu i dwóch rozdziałów, które mimo wszystko nie wyjaśniają zbyt wiele. Fabuła jest ciekawa, jednak moim zdaniem napisane jest to dość pobieżnie, zupełnie jakby autorka pisała to w biegu i nie miała zbytnio czasu na rozwinięcie. Właśnie dlatego podjęłam się zadania „odtworzenie” tej historii – własnymi słowami. Oczywiście w trakcie pisania pewnie masę rzeczy pozmieniam, poprzekręcam i dodam lub odejmę, jednak mam nadzieję, że nie zepsuję wam tej lektury.

Tytuł: Le Ciel
Paring: Zero x Hizumi (tak jak w oryginale)
Beta: Hoshii.

1.    Narodziny Zero

Mogłem się tego domyślić. Mój kuzyn jak zwykle mnie wystawił! Szlajałem się po dworcu drugą godzinę, licząc na cud, że może Pierrot łaskawie się pojawi – oczywiście, przeliczyłem się.
Nazywałem się Shimizu Michi i właśnie przyjechałem do Francji, do kuzyna, który namawiał mnie do nauki języka francuskiego. Nie dość, że dałem naciągnąć się na te lekcje, to w dodatku poszedłem na filologię francuską. To była moja pierwsza wizyta w tym kraju. Miałem szlifować język i poznawać kulturę, jednak nie wiedziałem, że ten wyjazd mógł okazać się dla mnie tak niefortunny…
W końcu zdecydowałem się poznać Paryż na własną rękę. Skoro Pierrot nie był łaskaw po mnie wyjść ani nawet nikogo przysłać – trudno. Wyszedłem ze stacji i ciągnąc za sobą małą walizkę, rozglądałem się, szukając czegoś, co mogłoby przyciągnąć moją uwagę lub zafascynować mnie.
Szczerze powiedziawszy… inaczej sobie to wszystko wyobrażałem. Skrzywiłem się, kiedy ktoś znów mnie szturchnął, przechodząc obok. Matko, ile tu było ludzi! Nawet w Kyoto tyle nie widziałem! Tylko w Japonii ludzie są jeszcze uprzejmi – a jak cię szturchną, to przynajmniej powiedzą przepraszam, a tu? Istna dzicz! Ci Francuzi byli tacy zapatrzeni w siebie, pełni pychy, przewartościowani, gburowaci… Coś okropnego. Kręciłem się wśród tłumu, szukając choć jednej uśmiechniętej twarzyczki, jednak moje wysiłki były próżne. Doprawdy, nie rozumiałem, dlaczego Paryż został nazwany miastem miłości – jak dla mnie, był brudną metropolią po brzegi wypełnioną opasłymi bankierami wcinającymi bagietki. W dodatku ta pogoda… ciężkie ołowiane chmury wyglądały jakby w każdej chwili były gotowe zesłać obfity deszcz. Mogłem się założyć, że nawet w Londynie było ładniej…
Spacerowałem po coraz węższych uliczkach, przyglądając się odrapanym kamieniczkom, które wyglądały smętnie. W tej chwili żałowałem, że jednak nie poszedłem na filologię angielską. Nigdy jakoś przesadnie dobrze się nie uczyłem, żaden umysł ścisły ze mnie nie był, a dodatkowo byłem w konflikcie z nauczycielem japońskiego w liceum, przez co stawiał mi kiepskie oceny, więc po wykreśleniu wszystkiego, do czego się nie nadawałem, zostały mi dwa kierunki studiów: filologia angielska lub francuska. Byłem dobrym lingwistą i planowałem zostać nauczycielem angielskiego, ale wtedy Pierrot zaczął mi wciskać kity, że angielski teraz każdy zna i nie potrzeba już tylu nauczycieli, jak kiedyś, dlatego zdecydowałem się na francuski. Nie przepadałem za tym językiem – uważałem, że aby poprawnie mówić w „języku miłości” najpierw trzeba włożyć sobie do ust trzy kawałki sushi albo całe opakowanie gumy do żucia; jak dla mnie to Francuzi „faflunili”, a nie mówili, ale cóż… stwierdziłem, że z czegoś utrzymywać się trzeba, a czy będę uczył tego, czy innego języka – to już mnie nie obchodziło.
I tak oto nastała noc, a deszczyk pomału zaczął rosić wszystko, czego zdążył dosięgnąć. Nie widząc innego wyjścia, wszedłem do pierwszego lepszego motelu, gdzie nie dominowały jakieś wygórowane ceny i wynająłem jednoosobowy pokój na czas nieokreślony, dlatego opłatę miałem uiszczać za każdy dzień w recepcji po godzinie ósmej rano. Był to dla mnie dość dziwny sposób, ale na taki uparła się właścicielka pensjonatu o pyzatej fizjonomii i nieprzyjaznym obliczu. Nie chcąc się kłócić z babą, która była ode mnie dwa razy większa, pokornie skinąłem głową i przyjąłem jej warunki.
Pokój, jak zapewne większość mogłaby się domyślać, nie był jakiś urokliwy. Jednoosobowe, proste łóżko, szafka nocna, fotel, który mimo wszystko więcej miał wspólnego z krzesłem (był tak samo niewygodny) i mała szafka z szufladami, na której stał mikroskopijnych rozmiarów telewizor. Oczywiście, aby go włączyć trzeba było uiścić opłatę w recepcji – dopiero wtedy dostawało się pilota. Płacić również trzeba było za klimatyzację – no przecież takie „luksusy” nie są dla wszystkich! Pospólstwo niech się nie pławi w cudzym dobrobycie!
Na szczęście noc nie była upalna ani duszna – wręcz przeciwnie; zimna, dlatego cieszyłem się, że nie wykupiłem klimatyzacji. Kuliłem się pod cienką kołdrą, rozpaczliwie zaplątując nogi w prześcieradle i na wszelkie znane mi sposoby próbując się rozgrzać.
Ściany tutaj było wyjątkowo cienkie (chyba nikt nie pokusił się o coś lepszego niż gips-karton), dlatego słyszałem jak na dole właścicielka rozmawiała przez telefon, dokonując kolejnej rezerwacji, jak jakiś porządnie wcięty turysta w pokoju obok śpiewał sobie skoczną piosenkę, jak ktoś co chwila kręcił się na korytarzu… Przez długi czas nie mogłem zasnąć, ale kiedy w końcu to się stało – zasnąłem jak kamień.

***

Obudziłem się w przekonaniu, że ten dzień nie będzie wcale lepszy od poprzedniego. Wyjrzałem za okno i od razu się skrzywiłem. Znów było dżdżyście i zimno. Zadrżałem na samą myśl o tym, że będę musiał wyjść na dwór – choćby do sklepu, czy jakiejś restauracji, bo na wyżywienie nie miałem co liczyć i właścicielka wyraźnie podkreśliła, że nikogo stołować nie zamierzała.
Ubrałem się i zarzuciłem na ramię torbę, która była moim bagażem podręcznym. Miałem w niej pieniądze, telefon i inne takie tam na ogół przydatne rzeczy, które lubiłem mieć przy sobie, po czym wyszedłem z pokoju i zszedłem na parter.
- Hola, azjatycki chłoptasiu! – zawołała za mną baba stojąca za ladą recepcji. – Najpierw uiszczasz opłatę!
Westchnąłem i wywróciłem oczyma, zawracając w jej stronę. Matko, czy ja wyglądałem na jakiegoś krętacza? Wyjąłem z torby portfel i otworzyłem go, mając zamiar wyjąć pieniądze, kiedy nagle zorientowałem się, że jest on… pusty!
- Co do…? –wydusiłem. – Okradli mnie? – nie mogłem w to uwierzyć. Przecież cały czas nie spuszczałem bagażu podręcznego z oczu, więc kiedy to się mogło stać? Czy ktoś mógł wejść do mojego pokoju, kiedy spałem?
- O nie, mój słodki – pomachała mi palcem wskazującym przed nosem. – Tak nie będziemy się bawić. Już nie raz słyszałam takie wymówki! Albo płacisz, albo rozliczymy się w inny sposób! – zagroziła mi.
- A… Ale ja naprawdę miałem pieniądze! Jeszcze wczoraj wieczorem! – próbowałem ją zapewnić, jednak baba i tak wiedziała swoje.

I tak oto wylądowałem na ulicy bez grosza przy duszy ani żadnej własności. Właścicielka motelu zarekwirowała moją walizkę jako rekompensatę. Jedyne z czym zostałem to z pustą torbą podręczną i również pustym portfelem, gdyż jak się okazało ukradli mi także telefon. Usiadłem załamany na wysokim krawężniku i ukryłem twarz w dłoniach. Nie no, było po prostu świetnie! A wszystko to wina Pierrota, który mnie wystawił!  Rozmasowałem obolałe skronie, w których czułem nieprzyjemne pulsowanie. Westchnąłem ciężko, jednak nie załamałem się. Postanowiłem iść na policję i zgłosić kradzież, kiedy nagle zaburczało mi w brzuchu. Cholera, od rana nic nie jadłem!
- Głodny? – usłyszałem nad sobą głęboki, przyjazny dla ucha głos. Podniosłem głowę i zobaczyłem nad sobą mężczyznę mniej więcej po trzydziestce, w garniturze. Miał ciemne włosy i takie też oczy, który patrzyły na mnie litościwie. Facet uśmiechnął się ciepło. Widać był jedynym porządnym człowiekiem w tym mieście.
- T… Tak – przyznałem nieśmiało. Mężczyzna wyciągnął w moją stronę rękę w geście pomocy, którą bezzwłocznie przyjąłem.
- Właśnie zamierzałem zjeść śniadanie. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś mi towarzyszył.
- Niestety, ale nie mam pieniędzy. Zostałem okradziony… - powiedziałem cicho.
- Nic nie szkodzi. Zapłacę za ciebie – zapewnił.
Czułem się dziwnie, kiedy nieznajomy płacił za mnie, jednak byłem tak głodny, że nie umiałem odmówić. Mężczyzna był bardzo miły i dobrze wychowany – nie biła od niego ta charakterystyczna dla Francuzów wyższość. W przypływie szczerości opowiedziałem mu o nieprzyjemnościach, z którymi musiałem zmierzyć się już w pierwszym dniu mojego pobytu za granicą.
- Och… To smutne – powiedział, kiedy wysłuchał do końca mojej opowieści. – Zapewne nie masz, gdzie się teraz podziać, prawda?
- Niestety… - westchnąłem.
Przyszedł kelner. Facet zamówił dla nas jeszcze po szklance drogiej whisky. Podczas zamówienia szepnął coś jeszcze do chłopaka pracującego w restauracji, jednak nie dosłyszałem co, a głupio mi było pytać.
- Wiesz… Myślę, że znów mogę ci pomóc – uśmiechnął się. – Znam pewne miejsce, gdzie mógłbyś się zatrzymać… na dłużej – zachichotał. – Tylko musiałbyś się zgodzić na pewną robotę. Od razu ostrzegam, że bardzo mała część wynagrodzenia należałaby do ciebie, a mogłoby się okazać, że nawet nic byś z tego nie dostał.
- Miałaby to być praca, gdzie pracodawca załatwiłby mi zakwaterowanie? – kelner wrócił z dwoma szklankami bursztynowego alkoholu.
- Mniej więcej – zaśmiał się i upił pierwszy łyk, a ja poszedłem w jego ślady.- Zgodziłbyś się?
- Chyba nie mam innego wyjścia – wzruszyłem ramionami, po czym zakręciło mi się w głowie.
Zanim straciłem przytomność zobaczyłem jeszcze kwaśny i jednocześnie drwiący uśmiech mężczyzny.

***

Obudziłem się w małym, ciemnym i dusznym pomieszczeniu. Nie wiedziałem, gdzie się znajdowałem ani dlaczego tutaj trafiłem… nie wiedziałem nawet jak się nazywałem. Nie wiedziałem kompletnie nic. Zląkłem się i zacząłem wierzgać, gdy nagle zorientowałem się, że jestem do czegoś przywiązany. Szarpnąłem się na tyle mocno, że coś skądś spadło i narobiło niemało hałasu. Przerażony wstrzymałem oddech, kiedy ktoś otworzył drzwi i włączył światło, które mnie oślepiło.
- O, obudziłeś się w końcu. Jak miło – usłyszałem jadowity głos nad sobą, jednak nie miałem odwagi ponieść głowy i spojrzeć w twarz tej osobie. Kiedy przyzwyczaiłem się do panującej jasności, zorientowałem się, że znajdowałem się w jakimś schowku na miotły czy podobnym pomieszczeniu gospodarczym, gdyż dookoła mnie były szafki z jakimiś puszkami z farbami lub środkami czystości; samych mioteł też stało kilka pod ścianą. Ja sam byłem przewiązany sznurem na wysokości bioder, którego koniec przytwierdzony był do jednej z masywnych szafek. – Jesteś własnością domu uciech cielesnych „Le Ciel” – ów ktoś rzucił we mnie butelką z wodą. – Od zawsze należałeś do tego miejsca. Próbowałeś uciec, dlatego zostałeś ukarany przez „pana”, czyli właściciela tego luksusowego domu rozpusty. Kiedy zostałeś złapany, szamotałeś się i rozbiłeś sobie głowę. To dlatego możesz nie pamiętać wielu rzeczy. Nic nie znaczysz w tym świecie; jesteś zerem – dlatego tak się właśnie nazywasz, Zero – warknął i zgasił światło, po czym na powrót zamknął mnie w mojej „celi”.
Uwierzyłem, bo co innego mogłem zrobić?

***

Po kilku dniach zostałem wypuszczony z mojego „więzienia” i zaprowadzony bajecznie ozdobionym korytarzem przed gigantyczne, dwuskrzydłowe wrota pełne melizmatów. Wystrój posiadłości (nie wiedziałem jak to inaczej nazwać – mimo iż był to w istocie jedynie burdel) przypominał mi barokowe zamki i kościoły, pełne przepychu i ozdób. Tu było podobnie – wszystko opływało w złoto, czerwony lub granatowy aksamit i ciemne, polerowane drewno.
Stojąc pod tymi drzwiami zastanawiałem się, co mam zrobić, jednak w końcu „na chłopski rozum” domyśliłem się, że chyba powinienem tam wejść. Niepewnie otworzyłem ciężkie wrota i wszedłem do ogromnego, zaciemnionego pomieszczenia. Naprzeciw wejścia mieściło się ogromne, masywne biurko zawalone papierami, a za nim znajdowały się trzy okna sięgające od sufitu do podłogi. Żaluzje do połowy były zaciągnięte. Przed biurkiem, naprzeciwko siebie stały dwie, eleganckie kanapy, które wyglądały na bardzo miękkie i wygodne. Obie miały szmaragdowe obicia siedzisk i podłokietniki wykonane z, zdawało mi się, hebanu. Między sofami znajdował się niski stolik, który był wykonany z tego samego drewna, co podłokietniki. Na nim mieściła się srebrna zastawa, w której skład wchodził wysoki czajnik oraz dwie filiżanki, do których została już nalana herbata. Zielona – a bynajmniej tak zgadywałem po zapachu.
- Witaj, laleczko – usłyszałem za sobą cichy głos, na którego dźwięk podskoczyłem ze strachu. Chwilę później ktoś objął mnie od tyłu i ułożył głowę na moim ramieniu, jednocześnie gładząc mnie opuszkami smukłych i długich palców po policzku.
- K… Kim pan… jest? – wydusiłem.
- Mów mi Karyu – pocałował mnie w szyję. – Jestem twoim „opiekunem”. Do moich zadań należy spełnianie twoich próśb. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, laleczko, to zgłoś się do mnie – założył mi włosy na ucho. – Jesteś naprawdę śliczny…
- A… - zająknąłem się. – Czego… ja… znaczy… Czego mógłbym chcieć? – zapytałem, czując jak gula, która nagle wezbrała mi w gardle nie pozwalała mi swobodnie mówić.
- Kosmetyków, perfum, ubrań… - wyliczał na palcach. –Pieniądze nie będą ci do niczego potrzebne, bo nie możesz opuszczać tego miejsca – wzruszył ramionami i odwrócił mnie do siebie przodem, przyglądając mi się uważnie. – Idealny… - szepnął, a ja speszyłem się. Na mojej twarzy pojawiły się rumieńce.
Mój „opiekun” okazał się być wysokim, szczupłym mężczyzną o półdługich włosach, drobnej twarzy i pełnych ustach. Miał również delikatny, pasujący do jego typu urody makijaż, który jedynie ją uwydatniał.
- Jeśli coś będzie się działo nie tak, również masz mi powiedzieć. Zrozumiałeś… jak cię tam nazywają?
- Zero – szepnąłem i spuściłem głowę, przypominając sobie definicję mojego imienia.
- Niech będzie i tak… – wzruszył ramionami i objął mnie ciasno, przyciągając do siebie. Następnie zjechał dłońmi na moje pośladki, które zaczął ugniatać, przez co spiąłem się i zachłysnąłem powietrzem. Chłopak zachichotał i zaczął dotykać mnie po wewnętrznych stronach ud, po czym pocałował mnie w kącik ust. Odsunął się ode mnie i spojrzał z uśmiechem na moją zaczerwienioną twarz. – Chodź, Zero – złapał mnie za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. – Zaprowadzę cię do pokoju.
Znów zostałem przeprowadzony tym samym korytarzem, a następnie skręciliśmy w prawo, w korytarz, w którym wcześniej nigdy nie byłem, a bynajmniej tak mi się zdawało. Tu wszystko opływało w szafirowy kolor zamiast w złoto. Ciemnoniebieska tapeta pstrokata od przeróżnych, granatowych abstrakcji świetnie komponowała się z prawie czarnym dywanem na podłodze, który wyglądał na tak puszysty, że od samego patrzenia po prostu chciało się zdjąć buty i przejść po nim na boso. Zatrzymaliśmy się pod kolejnymi drzwiami, które miały już całkiem zwyczajne rozmiary i nie były jakoś misternie zdobione w odróżnieniu od tych, które prowadziły do gabinetu Karyu. Nie wiem, czy ten pokój rzeczywiście mogłem nazwać gabinetem, ale jakoś nie mogłem znaleźć innego określenia…
Weszliśmy do środka. Nie był już tak okazały, choć nie mogłem powiedzieć, że był ubogi. Ściany były pomalowane na przyjemny dla oka kolor cappuccino, dwa jednoosobowe łóżka stały obok siebie pod równoległymi ścianami – mimo,iż były jednoosobowe, nie były małe i wyglądały na bardzo solidne. Zostały nakryte jasnobrązowymi kapami, spod których wyglądała mleczna pościel. Naprzeciw łóżek znajdowała się toaletka, taka, jaką zazwyczaj miały zamożne damy. Na jej blacie znajdowało się masę kosmetyków, flakoników z perfumami, szczotek, grzebieni i tym podobnych. Obok toaletki znajdował się mały regał z książkami. Mimo tak ładnego wystroju na początku to wcale nie on przykuł moją uwagę – skupiłem się na przestraszonym chłopaczku przyciskanym do ściany oraz jego napastniku.
- Moje pieniądze, jak sam zaimek wskazuje, są moje. Postawiłeś wszystko na jedną kartę, Williamie, i przegrałeś. Tak w życiu bywa, jednak pamiętaj, że się u mnie zadłużyłeś… I tak jestem dla ciebie na tyle dobry, że pozwalam spłacać ci twój dług w małych kwotach co jakiś czas, a nie żądam od ciebie całej sumy na raz– ciemnowłosy mężczyzna, który trzymał za gardło owego Williama, mówił spokojnie, jednak ewidentnie było po nim widać, że był wkurzony i to nie na żarty.
- Wiem – pisnął cienko jasnowłosy chłopaczek. – Przepraszam! Następnym razem już będę miał!
- Ostatnio też tak mówiłeś… - mruknął mało zadowolony z tak słabego argumentu.
- Ale tym razem będę miał te pieniądze! Obiecuję!
- Twoje słowo jest dla mnie nic nie warte – prychnął, ale mimo wszystko puścił blondyna, który osunął się na kolana. – Niech będzie, że jestem dobrym człowiekiem – momentalnie wypluł te słowa. – Ostatnia szansa – warknął i odwrócił się do nas przodem.
- Hizu, nie zastraszaj moich dziwek – zaśmiał się Karyu i położył mi rękę na ramieniu, kurczowo zaciskając na nim palce do tego stopnia aż poczułem ból, i jednocześnie przyciągnął mnie do siebie odrobinę, jakby bał się, że tamten zrobi mi krzywdę.
- Przypominam ci, że ty również masz u mnie długi – ciemnowłosy uśmiechnął się krzywo. Mimo, iż jego słowa były jadowite, przyjemnie się go słuchało. Miał taki… hipnotyzujący głos, którego łaknęło się więcej. Miał idealnie proporcjonalną twarz; tak, jakby został narysowany przez mistrza w swoim kunszcie i ożywiony z kartki papieru. Miał bezdenne, ciemne oczy, które, kiedy zatrzymały się na mnie, stały się niemalże czarne. Przestraszyło mnie to, jednak mimo wszystko nie mogłem oderwać od nich spojrzenia. – Więc lepiej uważaj na słowa, Karyu, bo w przypływie złości mogę przez przypadek wspomnieć co nieco o tym twojemu ojcu – zagroził.
- Ja wszystko powoli spłacam – prychnął niewzruszony mój „opiekun”.
- Tak? – mężczyzna, który został nazwany Hizu, uśmiechnął się obłudnie. – Ale wpłacasz bardzo małe sumy… które nieubłaganie i wciąż maleją. Niedługo ostatnie grosze będziesz mi przynosił w zębach – wywrócił oczyma. – A wiesz, że mógłbym być na tyle chamski, żeby teraz kazać oddać ci wszystko, prawda? – spojrzał na niego z wyższością. – Ale spokojnie… Możemy dogadać się w inny sposób – spojrzał i postąpił trzy kroki w moją stronę. – Jak się nazywasz? – zapytał, a jego oblicze złagodniało. Palce „opiekuna” zacisnęły się na moim barku jeszcze bardziej.
- Au! – krzyknąłem, kiedy palce wysokiego chłopaka wcisnęły mi się pod obojczyk. – Zero… - szepnąłem. Hizu odciągnął ode mnie rękę Karyu, za co byłem mu niezmiernie wdzięczny.
- Nawet o tym nie myśl – warknął „opiekun”. – Nie dostaniesz go – odciągnął mnie od ciemnowłosego.
- Mów, co chcesz, ale wiedz, że nie dorobisz się na ślicznym Zero takiej fortuny jak myślisz… o ile jesteś człowiekiem – wzruszył ramionami. – Jeżeli natomiast jesteś bezuczuciową bestią i tyranem, którego obchodzi tylko forsa i chcesz mieć na sumieniu jego niewinność, to w istocie może w końcu zarobisz tyle, aby spłacić swój dług. Jeśli choć trochę zamierzasz się z nim liczyć i jeśli nie wytrzymasz widoku jego łez, to oddasz mi go; prędzej, czy później – Hizu przeczesał palcami moje włosy i uśmiechnął się ciepło. Wyglądał wtedy jak sam Bóg. –Wiesz, że go nie skrzywdzę. Nie czerpię przyjemności z krzywdy innych w przeciwieństwie do twojego ojca – Karyu zgrzytnął zębami, po czym rzucił wyzywające spojrzenie niższemu, który jedynie wyszczerzył się drapieżnie. Obaj wyszli z pokoju już bez słowa. Ich zachowanie było dla mnie dziwne, jednak nie mi było to oceniać…
W momencie, kiedy zamknęły się za nimi drzwi, przypomniało mi się, że przecież w pokoju znajduje się również Will. Spojrzałem na chłopaka ze współczuciem i powoli podszedłem, a następnie przykucnąłem koło niego.
- Nic ci nie jest? – zapytałem z troską.
- Nie – burknął i z trudem podniósł się z podłogi.
- Kto to był? – pytałem dalej.
- Hizumi – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu. Niewiele mi to wyjaśniło… - Nie wiesz kto to jest? – zdziwił się. – Wiele osób nie widziało go na własne oczy, ale każdy chyba o nim słyszał! Jesteś nowy?
- No… można tak powiedzieć… - wzruszyłem ramionami i usiadłem na wolnym łóżku.
- Hizumi to właściciel wielkiego kasyna, które współpracuje z „Le Ciel”. Wiesz… kiedy idziesz do kasyna, grasz w karty, ruletkę, ale także pijesz; a kiedy goście już wypiją swoje, zaczynają być sprośni i chcą się „zabawić”. Wtedy Hizumi przysyła po nich limuzynę i przywozi swoich gości tutaj, którzy… korzystają z naszych usług… - spuścił głowę.
- Karyu mi powiedział, że nie możemy opuszczać terenu „Le Ciel” – zauważyłem po chwili – w takim razie, jak zadłużyłeś się u tego całego Hizumiego, skoro jego kasyno nie jest bezpośrednio połączone z „Le Ciel”? Znaczy… ja to tak zrozumiałem, bo wspomniałeś o tej limuzynie…
- Nie możemy wychodzić sobie „od tak”; w sensie, że wypad na zakupy, czy coś w tym stylu odpada, ale jeśli ktoś cię wynajmie, może zabrać cię do siebie. Hizu ogólnie nie jest zły i można się z nim dogadać. Ja poszedłem z nim na taki układ, że… - westchnął – on zabrał mnie do swojego kasyna i pożyczył pieniądze. Grałem, bo chciałem wygrać jakieś duże pieniądze, żeby się wykupić z „Le Ciel”, jednak szczęście mi nie dopisało i wszystko przegrałem… Teraz mam dług…
- Dlaczego mówisz o tym tak spokojnie? – zdziwiłem się. – A przecież… my w ogóle się nie znamy!
- Wiem, że nazywasz się Zero i będę z tobą mieszkał. Ty wiesz, że nazywam się Will i będziesz ze mną mieszkał – wzruszył ramionami. – Tyle wystarczy. A czemu ci to mówię? Ponieważ zapytałeś. Niby dlaczego miałbym ci tego nie powiedzieć? Tutaj nikt nie ma ciekawej historii… Nie trafia się do „Le Ciel” za dobre sprawowanie… Zresztą to nie jest żadna tajemnica. Przecież nie pójdziesz teraz i nie zaczniesz o tym plotkować, nie? W sumie i tak nie masz z kim… Inni są w podobnych sytuacjach… A ty? Jaka jest twoja historia?
- Nie wiem… Nie pamiętam – pokręciłem głową, a chłopak spojrzał na mnie przestraszony. – Coś się stało?
- Trafiłeś na najgorszy wariant… Już się kiedyś z tym spotkałem. Współczuję – odsunął się trochę ode mnie.
- Nie rozumiem…
- To może i lepiej – uśmiechnął się krzywo i spojrzał na zegarek na ścianie. – Niedługo osiemnasta, a o dziewiętnastej otwierają, więc możemy zacząć się już przygotowywać. Nauczę cię robić makijaż – obiecał. – Nie ma innego wyjścia – dopowiedział szybko, widząc moją minę.

CDN.