Monsters cz. 6


Nie wiem, czy ktoś w ogóle to jeszcze czyta, bo jak widzę wszyscy czekają jedynie na "Liceum", ale nic... I tak to wstawię. Choć szczerze powiedziawszy, ale tak na marginesie, to uważam, że "Monsters" jest dużo lepsze od "Liceum" >.<

MONSTERS CZ. 6
Monotonne szarpnięcia, powtarzające się co kilkanaście sekund, zaczęły mnie już denerwować. Niechętnie otworzyłem oczy i spojrzałem na Shimizu, który uśmiechnął się do mnie ciepło. Natomiast ja, w rewanżu, skrzywiłem się i zasłoniłem oczy czymś czarnym, co wydawało mi się być kołdrą.
- Nie ciągnij! – warknąłem po kolejnych dwóch minutach, odtrącając jego ręce od moich włosów. – To już boli… - jęknąłem.
- Przepraszam – odpowiedział i pocałował mnie za uchem.
- Ej! – oburzyłem się i ściągnąłem z oczu czarny materiał… który jednak okazał się być koszulką basisty! Cholera, nieświadomie się do niego przytuliłem! Pewnie przez to poczuł się pewniej i pocałował mnie; a ja przecież wcale tego nie chciałem! Nie chciałem ani pocałunku, ani zasugerować mu coś! – Zostaw… - odsunąłem się od niego i powoli podniosłem na łokciach.
- Niby dlaczego? – zaśmiał się i przysunął do mnie. Miał dobry humor i chciał się ze mną podroczyć. – Podaj mi jakiś dobry argument, który zniechęciłby mnie do przeszkadzania ci i przede wszystkim dotykania ciebie – uśmiechnął się cwaniacko.
- Mam wszy – palnąłem.
- Nie masz – pokręcił głową. Był taki pewny siebie… Dobra, myłem włosy codziennie, więc o wszach, czy temu podobnych u mnie nie było mowy, ale… jego pewność siebie i tak była dla mnie dość dziwnym znakiem. Uważał, że aż tak dobrze mnie zna?
- Choruję na trąd – nie mogłem wymyślić nic, co byłoby rzeczywiste i jednocześnie mogło go demotywować do zaczepiania mnie.
- Nieprawda – odparował szybko.
- No to… choruję na gruźlicę i moje prątki z pewnością już zainfekowały twój organizm.
- Po pierwsze: nawet nie kaszlesz, więc z pewnością nie masz gruźlicy, a po drugie: nawet gdybyś na nią chorował, ja byłbym już zainfekowany i w takim razie nie obawiałbym się choroby, skoro zostałbym już nią zarażony! I dalej bym cię dotykał i nie dawał spać – zachichotał i przejechał dwoma palcami wzdłuż mojego kręgosłupa, przez co przeszły mnie dreszcze.
- Nie znasz się! – machnąłem na niego ręką. – Choruję na gruźlicę i zaraziłem cię, więc nie powinieneś mnie dotykać, bo masz być obrażony! Poza tym… możesz już udać się do lekarza i walczyć o swoje życie, a mnie dać umrzeć w spokoju… I dać mi się wyspać! Nie chcę stanąć z worami pod oczami przed obliczem Pana Naszego, Amen – ponownie opadłem na poduszki.
- Skończyłeś już z tą gruźlicą? – zakpił i ułożył się obok mnie, po czym objął mnie jedną ręką w pasie.
- No przestań! – krzyknąłem, wyrywając się z jego objęć.
- Miałeś mi podać jeden powód! – zaśmiał się, a ja speszyłem się. Na mojej twarzy wykwitły dorodne rumieńce. – Więc…? Co jeszcze wymyślisz?
- Shimizu… - spojrzałem na niego niemalże boleśnie. – Czy ty nie rozumiesz? To mnie po prostu krępuje… - szepnąłem zawstydzony.
Chłopak zachłysnął się powietrzem i spojrzał na mnie zdziwiony. Dla niego, jak dotąd, to była zabawa i najwidoczniej nic nie zauważył. Jego poczynania względem mnie były jednocześnie przyjemne, ale także… dziwne, co mnie peszyło. A teraz już zaczął trochę przesadzać…
- Przepraszam – wykrztusił, spuszczając głowę. Odsunął się ode mnie na znaczną odległość, po czym wstał, zaścielając swoją stronę łóżka. – Niedługo próba. Zacznij się już szykować – polecił.

***

Była już godzina dwudziesta trzecia, a Zero jak nie było, tak nie ma. Wróciliśmy z próby około godziny szesnastej, a on po uprzednim zostawieniu kartek z nutami do nowych piosenek na komodzie w przedpokoju, oświadczył, że idzie się przejść i tak oto wsiąkł jak kamień w wodę. Po dwóch i pół godzinie jego nieobecności postanowiłem go poszukać, jednak moje poszukiwania ograniczały się jedynie do obszarów pobliskich blokowi, w którym mieszkał muzyk. Bałem się, że gdybym zapuścił się gdzieś w głąb miasta, mógłbym się zgubić i (tak jak wczoraj próbowałem wcisnąć to basiście) później nie odnalazłbym drogi powrotnej.
Westchnąłem i opadłem na fotel – tak jak wczoraj on czekał w napięciu na mój powrót, tak dziś ja czekałem na jego. Bałem się o niego, bo Shimizu przez cały dzisiejszy dzień był bardzo przybity i po naszej ostatniej rozmowie w sypialni nie odezwał się już ani słowem. Kiedy Karyu pytał go o coś, ten nawet nie raczył skinąć, czy pokręcić głową.
A skoro już o Tyczce… muszę przyznać, że dziś to on uśmiechał się cały dzień. Rudzielec był bardzo zadowolony z naszej dzisiejszej próby. Pochwalił mnie i powiedział, że mam świetny głos oraz wyczucie rytmu, mimo że się z tym nie zgadzałem. Wyczucie rytmu to jedno – jako basista przecież także musiałem je mieć – ale głos? Ja nawet w szkole na lekcjach muzyki nie śpiewałem!
Nagle moje rozmyślenia przerwał dźwięk dzwonka mojego telefonu. Wygrzebałem urządzenie z kieszeni i spojrzałem na wyświetlacz.
- Cześć, kochanie – przywitałem się.
- Cześć, skarbie! – wykrzyknęła uradowana dziewczyna po drugiej stronie linii. – Kotku, już tak długo się nie widzieliśmy!
- Prawda… - przytaknąłem.
- Ale już niedługo się zobaczymy!
- No tak… Jeszcze półtora tygodnia do mojego powrotu.
- Co? Półtora tygodnia? Nie żartuj, słodki – zaśmiała się.
- Nie żartuję przecież… - pokręciłem głową.
- A teściowa – zawsze tak nazywała moją matkę. Nie wiem dlaczego spodobało jej się to określenie, ale nie komentowałem tego – powiedziała mi, że wracasz jutro!
- Jak to jutro?! – zdziwiłem się.
- Nie krzycz! Głucha nie jestem! – warknęła. – No tak to – niemal usłyszałem jak wzrusza ramionami, a jej wieczny uśmieszek znika, gdyż strzeliła focha za to, że podniosłem głos. –Powiedziała, że jak wczoraj z tobą rozmawiała to stwierdziłeś, że już wszystko zobaczyłeś, co miałeś do zobaczenia i zarezerwowałeś drogi hotel, przez co nie masz już praktycznie pieniędzy, dlatego wracasz już jutro.
- Nie rozmawiałem wczoraj z matką! Nie rozmawiałem z nią odkąd przyjechałem do Japonii! – broniłem się.
- Ile razy mam ci powtarzać, że głucha nie jestem?! Nie drzyj się! – krzyknęła. – Nie wiem… sam to z nią wyjaśnij – powiedziała, po czym rozłączyła się naburmuszona. Będę musiał ją przeprosić, ale tym zajmę się później…
Przez chwilę tępo wpatrywałem się w wyświetlacz komórki, jednak w końcu wybrałem drugi numer i z powrotem przyłożyłem telefon do ucha.
- Mamo! Co ma znaczyć ten jutrzejszy powrót?! Dlaczego zmieniłaś datę rezerwacji?! – wydarłem się na „dzień dobry”.
- Ash jest w szpitalu i chciał cię widzieć. Właśnie miałam do ciebie zadzwonić z wyjaśnieniami – odpowiedziała spokojnie, a mnie na moment odjęło mowę.
- Co mu się stało? – wyszeptałem.
- Nie wiem. Dowiesz się jutro, jak już do niego pójdziesz. W każdym razie słyszałam od Marca, że nie była to żadna przyjemna sprawa…
- Ale dlaczego okłamałaś Ashley?
- Bo ta twoja durna piczka nigdy nie zrozumiałaby pojęcia „miłość przyjacielska” i poświęceń, jakie są potrzebne do jej utrzymania! Ona jest za tępa! – tak, moja mama nigdy nie lubiła mojej dziewczyny. – Zresztą… Pewnie znów zaczęłaby się wtrącać w twoje sprawy, a wiem, że chłopcy z twojego zespołu bardzo tego nie lubią, dlatego postanowiłam zaoszczędzić w ten sposób problemu wszystkim – odpowiedziała rzeczowo.
- W takim razie idę się pakować… - szepnąłem i rozłączyłem się, po czym pognałem po swoją walizkę już w biegu zaczynając zgarniać swoje rzeczy i jednocześnie wybierając kolejny numer. Tym razem do Asha.
- Nie masz środków na koncie – odezwała się przesłodzonym głosikiem kobieta w słuchawce.
- Kurwa! – przekląłem. – Pieprzony roming! Jebany telefon na kartę!
Cholera, nawet nie mogłem dowiedzieć się, co stało się Ashowi.
Ash był gitarzystą prowadzącym w zespole Le’veil, do którego należałem. Marc z kolei był perkusistą i liderem zespołu. Obaj byli moimi przyjaciółmi jeszcze z lat szkolnych – chodziliśmy razem do liceum. Do Le’veil należeli także Rob, gitarzysta rytmiczny i Jim, wokalista. Tych dwóch ostatnich poznałem znacznie później.
- Co ty robisz? – niespodziewanie usłyszałem za sobą znajomy głos.
- Wracam do domu – odpowiedziałem ciemnowłosemu, nawet nie odwracając się w jego stronę.
- Dlaczego?
- Mojemu najlepszemu przyjacielowi coś się stało. Coś poważnego. Jest teraz w szpitalu. Muszę się z nim zobaczyć! – wyjaśniłem.
- Przecież to tylko kolega – prychnął. Pierwszy raz słyszałem taką obojętność w jego tonie głosu. Z wrażenia aż zamarłem w pół ruchu i mimo wszystko spojrzałem na niego przez ramię. – Takich przyjaciół jak on masz pewnie jeszcze z dwudziestu – wywrócił oczyma. – Skoro coś mu się stało, ma przestrogę, żeby bardziej dbać o siebie w przyszłości, ot co. Ty nie musisz przez to skracać swojego urlopu – oparł się o framugę drzwi.
- Co?! – zdziwiłem się, po czym w zaledwie dwóch krokach pokonałem odległość, jaka nas dzieliła. Złapałem go za bluzkę i przyparłem do ściany, uprzednio mocno nim potrząsając. – Ty nic nie rozumiesz! To mój NAJLEPSZY przyjaciel! Mam ci to przeliterować?! To nie jest kumpel, który pojawia się koło mnie tylko wtedy, kiedy chce się ze mną napić albo pożyczyć jakąś grę video! To jest Ash! To on, kiedy miałem złamaną nogę, siedział przy mnie całe dnie i nadrabiał materiał, który został zrealizowany na lekcji! To on wydał ostatnie pieniądze na zespół, który prawdopodobnie nie odniesie żadnego większego sukcesu – ale zrobił to, bo mi nie starczyło kasy! Zrobił to dla mnie! To on pomagał mi w realizacji swoich marzeń i osiąganiu celów! To on zawsze dobrze mi doradzał i mimo, że często go nie słuchałem, bo uważałem, że wiem lepiej i popełniałem wiele błędów, to on mnie z nich wyciągał! To on pocieszał mnie w trudnych sytuacjach! To on był moim oparciem, kiedy wszyscy inni się ode mnie odwrócili! Cholera, Michi, powiedz mi teraz, jak ja mam, kurwa, być wobec niego obojętny?! Nawet nie wiem, co mu się stało, ale za to wiem, że muszę przy nim być! To mój obowiązek! On był przy mnie, dlatego ja też muszę być przy nim!
Zero zaczął się śmiać.
- Naprawdę myślisz, że to był on? – prychnął.
- A co?! Może ty?! – byłem wkurwiony do granic możliwości. Ten chłopak nigdy wcześniej mnie tak nie zdenerwował… Zmienił się… Tak bardzo się zmienił…. Tylko dlaczego?
- Wypytaj o mnie matkę … Może to rozjaśni ci w głowie – odepchnął mnie.
- Ty jesteś popierdolony! – wrzasnąłem.– Psychiczny! Lecz się, człowieku! Nikogo o nic nie będę wypytywał! Mam ważniejsze sprawy na głowie!
- Asha? – zapytał zimno.
- Dokładnie – syknąłem.
- W takim razie: Żegnaj, Hiroshi – pożegnał się oschle i znów wyszedł.

***

Na lotnisko odwiózł mnie Matsumura. On również nie chciał żebym wyjeżdżał – kilka razy delikatnie sugerował, abym został, jednak widziałem, że chodziło mu tylko i wyłącznie o zespół, dlatego w odpowiedzi zawsze posyłałem mu mordercze spojrzenie, pod którym zamykał się.
Dostałem od chłopaków purezento, czyli prezenty pożegnalne. Od Tsu i Karyu dostałem jeden wspólny podarunek – katanę. Natomiast od Enyi (który nie wiem skąd wiedział, że wyjeżdżam wcześniej) tradycyjną, porcelanową lalkę, która miała przynosić podróżnikowi szczęście. Shimizu nie pożegnał się ze mną na lotnisku – nikt nie wiedział, gdzie go wywiało; całą noc nie było go w domu. Mimo to Tsukasa przekazał mi także od niego prezent. Był to mały pakunek, a tak naprawdę prostokąt wielkości połowy kartki z zeszytu A5 i takiej też grubości (grubości kartki, nie zeszytu od aut.). Nie miałem bladego pojęcia co to mogło być, ale nawet tego nie sprawdziłem, gdyż byłem zajęty pakowaniem katany i lalki, i przekonywania faceta w punkcie odprawy, że mój bagaż nie waży za dużo i nie przekracza dopuszczalnej normy. Kiedy w końcu mi się to udało, purezento od Zero po prostu wrzuciłem do bagażu podręcznego, po czym udałem się do poczekalni.
Przez czas, jaki musiałem oczekiwać na samolot oraz czas lotu siedziałem jak na szpilkach. Bałem się tego, czego mogłem się dowiedzieć po powrocie do Ameryki.

***

Wpadłem na klatkę schodową bloku, w którym mieszkał Ash niczym burza i wspiąłem się na trzecie piętro, po czym zapukałem do mieszkania numer trzydzieści dwa. Po krótkiej chwili drzwi się otworzyły, a w nich stanął…
- ASH! – wydarłem się i rzuciłem na chłopaka. – Boże, nic ci nie jest?!
Brunet spojrzał na mnie zdziwiony, przekrzywiając głowę na bok i odgarniając grzywkę, która, jak zawsze, wpadała mu do oczu.
- Nie. A… Co ty tu robisz? Czy nie miałeś być w Japonii?
- No byłem, ale kiedy usłyszałem, że wylądowałeś w szpitalu i stało ci się coś poważnego, skróciłem pobyt i przyleciałem! Matko, jak wariat leciałem do szpitala, a tam powiedzieli mi, że nikt o podobnym imieniu nie został przyjęty na oddział, więc przyleciałem tutaj i… - ogarnąłem go spojrzeniem. – W sumie, to co ci się stało?
- No można powiedzieć, że praktycznie nic. W każdym razie nie jestem w agonii, więc zostałeś błędnie poinformowany i jedynie zniszczyłeś sobie urlop – wyjął drugą rękę, którą jak dotąd trzymał za plecami. –Mam wybitego palca – pokazał na bandaż owinięty wokół kciuka. – Wczoraj grałem z chłopakami w siatkówkę i jakoś źle odbiłem… - wzruszył ramionami.
Spojrzałem na niego, jakby nagle drugi kutas wyrósł mu na czole, po czym otworzyłem usta ze zdziwienia.
Jedno słowo odbiło mi się w głowie echem:
IDIOTA.

***

Wpełzłem do domu. Rzuciłem walizkę w kąt, ściągnąłem kurtkę i buty, po czym zmusiłem się do morderczego wysiłku pokonania schodów. Wszedłem do swojego pokoju i rzuciłem się na łóżko, ukrywając twarz w poduszce. Z matką nie zamieniłem ani słowa – nie miałem na to siły. Byłem kompletnie wykończony psychicznie i fizycznie. W dodatku to uczucie bezradności i kretynizmu, jakim dzisiaj się popisałem, odbierały mi chęć do życia. Gdzie ja miałem głowę? Powinienem był najpierw się wszystkiego dokładnie dowiedzieć, a dopiero potem podjąć decyzję, czy jechać, czy też nie. Cholera, przecież mogłem wziąć telefon od Zero i zadzwonić do Asha albo Marca, ale ja nawet o tym nie pomyślałem; emocje wzięły górę i na łeb, na szyję rzuciłem się do samolotu…
„W każdym razie słyszałam od Marca, że nie była to żadna przyjemna sprawa…” – przypomniały mi się słowa własnej matki. Żadna przyjemna sprawa? Ja myślałem, że on był umierający, a okazało się, że tylko wybił sobie palca! No przecież ja zaraz strzelę sobie w łeb; groteskowość tej sytuacji była po prostu nie do opisania! Przecież mianem „żadnej przyjemnej sprawy” można określić miliony rzeczy! Gdyby złamał rękę też można by powiedzieć, że to „żadna przyjemna sprawa”, jednak nie na tyle, żeby ściągać mnie z drugiego końca świata!
Jeszcze zostaje kwestia mojej matki… Ona też niczego dokładnie nie wiedziała, a już zmieniła mi datę rezerwacji biletu. Postąpiła głupio, jednak… każdy ma prawo do pomyłki, prawda? Co nie zmieniało jednak faktu, że miałem wrażenie, iż był to jakiś spisek. Może naoglądałem się za dużo filmów kryminalnych, a może ta cała sytuacja miała drugie dno… Może…
Westchnąłem i podniosłem się na łokciach, jednocześnie zdejmując z siebie pasek torby, którą miałem przerzucony przez raz ramię. Ta właśnie torba była moim bagażem podróżnym. Chciałem odstawić go na podłogę, kiedy nagle coś mnie tknęło. Wyrzuciłem zawartość torby na łóżko. Między stosami papierków, długopisów i dwoma książkami znalazłem to, czego szukałem – purezento od Shimizu. Rozdarłem czerwoną kopertę, a moim oczom ukazało się zdjęcie. Przedstawiało ono mnie – leżącego na łóżku z nogą w gipsie i basistę - który siedział obok mnie i trzymał w jednej ręce książkę, pokazując mi coś na jej stronach. Nie wiedziałem, gdzie zostało wykonane to zdjęcie – nie mogłem rozpoznać otoczenia. Obaj byliśmy uśmiechnięci i, co dziwne, o wiele młodsi niż teraz. Nie wiem, jak wyglądał Zero w poszczególnych latach, ale po swoim wyglądzie oceniłem, że byłem wtedy mniej więcej w drugiej lub trzeciej klasie gimnazjum. Tylko… dlaczego za nic nie mogłem sobie przypomnieć tego wydarzenia? I dlaczego, cholera, to zdjęcie potwierdza, że już wcześniej znałem się z Michim, a ja tego za nic nie pamiętam?!
Wyjąłem również kartkę zapisaną drobnym druczkiem, która znajdowała się w kopercie: „02.03.1992 – to były Twoje urodziny. Pewien jesteś, że to jakiś tam Ash siedział przy Tobie, kiedy miałeś złamaną nogę i to on przerabiał z Tobą materiał z lekcji?
Weźmy też pod uwagę fakt, że gimnazjum zapewne pamiętasz jak przez mgłę, pierwszy semestr pierwszej liceum praktycznie w ogóle, a Twoja pełna świadomość rozpoczęła się dopiero z drugim semestrem pierwszej klasy. Zakładam, że umiesz odejmować, więc skoro mamy obecnie 1997 rok, a urodziłeś się w 1977 to miałeś wtedy piętnaście lat, więc byłeś w gimnazjum, z którego pamiętasz pewnie skrawki, urywki wspomnień.
Skąd to wiem?
Mówiłem Ci, znam Cię już bardzo długo - od piątej klasy podstawówki. Może wydać Ci się to dziwne, a nawet nierealne, ale zawsze starałem się Cię chronić, bo byłeś jedyną osobą, która myślała podobnie jak ja i rozumiała mnie.
Pytałeś się kiedyś, czy się zmieniłem – czy kiedyś byłem inny; miły i rozmowny. Odpowiedź brzmi: tak. A wszystko dlatego, że byłeś blisko mnie. Byłeś moim jedynym przyjacielem i widząc Twój uśmiech, miałem wrażenie, że cały świat jest piękny i dobry… jednak nadszedł dzień, kiedy mi Cię odebrano, bo nie umiałem cię ochronić; wypadek samochodowy. Z pewnością pamiętasz jak obudziłeś się w szpitalu – już w Ameryce. Nie było mnie przy Twoim łóżku, mimo że powinienem tam być. Uwierz mi, starałem się jak tylko mogłem do Ciebie dotrzeć, jednak nie udało mi się.
Jak wiesz, miałeś amnezję – zapewne żyjesz w przekonaniu, że to na jej skutek nie pamiętasz pół roku z trzeciej klasy gimnazjum, a poprzednie lata z tej szkoły stanowią jedynie pojedyncze obrazy, z których codziennie mógłbyś stworzyć inną historię. Otóż nie! To efekt placebo; Twoja matka wmówiła Ci, że ich nie pamiętasz, bo chciała, abyś zapomniał o mnie.
Yoshida Hiroshi, wychowałeś się w Japonii i to ja jestem Twoim przyjacielem, a nie żaden tam Ash, czy jak go tam nazwałeś…  Jeśli odpowiednio skupiłbyś się na słowach, które zawarłem w tym liście do Ciebie, gdybyś uwierzył w nie wystarczająco mocno – jestem pewien, że przypomniałbyś sobie chociaż jeden moment, który spędziłeś ze mną, kiedy jeszcze chodziliśmy do szkoły. Było tych momentów naprawdę wiele, więc – do wyboru do koloru. Byliśmy nierozłączni.
Byliśmy przyjaciółmi, a wszystkie pozytywne cechy przyjaciela, którym byłem tak naprawdę ja, Twoja matka przerzuciła na Asha, gdyż może i zdołała wymazać z Twojej pamięci moją osobę, to nie mogła unicestwić tego poczucia, że miałeś kogoś bliskiego. Zrobiła ze mnie formę bezosobową w Twoim umyśle, jednak zawsze coś pozostało i to było dla niej problemem. Tak jak już wcześniej pisałem – zapewne pamiętasz jakieś urywki, pojedyncze obrazy; po pewnym czasie zacząłbyś dopytywać, kim był ten chłopak, który pomagał Ci w nauce, kiedy miałeś złamaną nogę, a ona musiała temu jakoś zaradzić – dlatego na moje miejsce wcisnęła pierwszego lepszego chłystka, który nie wyglądał na narkomana i psychopatę. Wtedy Ty byłeś już spokojny, bo wiedziałeś (teoretycznie), kto jest kim i wszystko miało dla Ciebie sens.
Po wypadku Twoja matka przeprowadziła się z Tobą do Ameryki, aby odciągnąć mnie od Ciebie jak najdalej. Słyszałem, że dostała jakąś dobrą propozycję stamtąd, dlatego nie wahała się – upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu; zlikwidowała moją osobę w Twoim życiu i dostała lepsze wynagrodzenie. Język nie był problemem, bo przecież teraz prawie każdy zna angielski – a Ty w dodatku byłeś wybitnym językowcem. A skoro już o językach… mimo tego wszystkiego, co napisałem i tak pewnie masz mnie za chorego psychicznie, bo przecież, jak mogłeś wychować się w Japonii, skoro nie znasz języka japońskiego? Otóż znasz. Nie zauważyłeś na wyjeździe, że raz jedne znaki potrafiłeś przeczytać, a raz nie? Raz mówiłeś bardzo płynnie (jak podczas tego karaoke), a raz dukałeś, albo nie potrafiłeś przeczytać danego wyrazu w ogóle – miałeś takie „przebłyski” świadomości z „poprzedniego życia”. Zapewne teraz poruszyłbyś kwestię akcentu – rzeczywiście, czasem po japońsku mówiłeś z typowo amerykańskim akcentem. Jest to z pewnością wina tego, że przez kilka ładnych lat nie używałeś swojego ojczystego języka. Ponadto istnieje syndrom „obcego języka”, który polega na tym, że ofiara wypadku, która ulegnie amnezji, nagle przestaje rozumieć swój ojczysty język (jeśli nie wierzysz, możesz poczytać o tym w Internecie).
 Jak na razie wiesz (zakładam, że doczytałeś do tego fragmentu i masz zamiar czytać dalej), że chodziliśmy razem do szkoły, byliśmy przyjaciółmi, Twoja matka wywiozła Cię do Ameryki, gdyż chciała Cię ode mnie odizolować, a ja cię szukałem… No tak – przedstawiłem się jak wzór cnót i zalet, chociaż akurat w tej sprawie rzeczywiście jestem święty. Na pewno męczy Cię pytanie: W takim razie, dlaczego matka mnie wywiozła? Otóż już odpowiadam: nasza przyjaźń przerodziła się w coś więcej. Chciałem ci to powiedzieć osobiście, pod koniec Twojego pobytu w Tokio, ale skoro tak nagle wyjechałeś, w jakiś sposób musiałem dostarczyć Ci tą wiedzę. Wiem, że teraz może wydać Ci się to niesmaczne, a może wręcz obrzydliwe, ale po kilku latach stałej znajomości, nasza przyjaźń przerodziła się w coś więcej. To ja zakochałem się w Tobie. Znam Cię na wylot, Yoshi, nadal Cię kocham – i kochać nie przestanę.
Byliśmy w drugiej klasie gimnazjum, kiedy wyznałem Ci swoje uczucia. Na początku byłeś przerażony – pamiętam te wielkie oczy do dziś – jednak nie odepchnąłeś mnie. Nie powiedziałeś ani słowa. Tolerowałeś moje uczucia i starałeś się nadal traktować mnie TYLKO jak przyjaciela. Ja natomiast zdobywałem się na coraz to nowe, drobne, czułe gesty. Nie zwracałeś na nie uwagi – stały się rutyną każdego naszego spotkania. Po pewnym czasie sam zacząłeś się do mnie przytulać, siadać mi na kolanach, czy całować w policzek na powitanie. Nadeszła ta pamiętna noc – miałeś u mnie nocować. Jak zwykle spaliśmy w jednym łóżku, a ja pomyślałem, że to świetna okazja, aby przypomnieć Ci, że jestem Tobą zainteresowany. Objąłem Cię w pasie i przyciągnąłem do siebie. O czymś mówiłeś, ale nie pamiętam o czym, wybacz, ale nie słuchałem Cię. Po prostu patrzyłem, jak te pięknie wykrojone usta poruszały się i rozciągały w uśmiechu – wtedy nie wytrzymałem i po prostu Cię pocałowałem. O dziwo, oddałeś pocałunek. Całowaliśmy się namiętnie i gorąco aż doszło… do czegoś więcej. To był nasz pierwszy raz, który w sumie zapoczątkował nasz związek. Można by powiedzieć, że układało nam się jak w bajce. Było cudownie, jednak w każdej bajce zawsze jest jakieś „ale”. Trzymaliśmy nasz związek w sekrecie, ale ty uparłeś się, żeby komuś o tym powiedzieć. Oczywiście koledzy z klasy odpadali, więc postanowiliśmy się podzielić naszym szczęściem z kimś bliskim dla nas. Nasz wybór padł na rodziców, jednak od razu zdeklarowałem, że moi rodzice zabiliby nas na miejscu. Ty natomiast zaproponowałeś, by powiedzieć o tym Twojej matce. Byłem dość sceptyczny, jednak byłeś pewien, że nas zrozumie. Niestety, pomyliłeś się. Znienawidziła mnie, oskarżając o „spaczenie” jej dziecka i zakazała nam spotykania się. Mieliśmy wiele problemów, jednak tym ostatnim gwoździem do trumny był Twój wypadek samochodowy. Twoja matka wymyśliła cały plan, jak nas rozdzielić – i udało jej się.
Jednak po latach znów się spotkaliśmy; a ja nadal Cię kocham.
Możesz uznać mnie za wariata, albo poważnie przemyśleć tę sprawę. Wiem, że ciężko jest myśleć o swoim rodzicu jak o spiskowcu, jednak taka jest prawda.
Proszę cię, porozmawiaj z matką. Wypytaj ją o mnie i nie daj się zbyć odpowiedzią „Nie wiem, o kim mówisz, kochanie”.
Jeżeli masz jakieś pytania, których nie zdołałem przewidzieć, lub na które nie znalazłeś odpowiedzi w tym tekście, zadzwoń do mnie.
Błagam, potraktuj to poważnie – pozwól by słońce na moim szarym niebie znów wzeszło; Ty jesteś moim słońcem! Kochanie, pozwól mi się znów uśmiechnąć…
… dla Ciebie.
Shimizu”

Treść tego listu co najmniej mnie zszokowała. Siedziałem otępiały i wpatrywałem się w kartkę, jakby miałoby mi to w czymś pomóc, rozjaśnić umysł. Po naprawdę długiej chwili, kiedy przyswoiłem wszystkie nowe informacje, powoli wstałem.
Nie wierzyłem, ale zapytać nie zaszkodzi, prawda?
Poszedłem do sypialni mamy, gdzie kobieta siedziała przy biurku i pracowała przy laptopie. Kiedy mnie zauważyła, odchyliła się na krześle i uśmiechnęła miło.
- I co tam z Ashem, kochanie? – usiadłem na łóżku i wyprostowany, założyłem nogę na nogę.
- A teraz powiesz mi, kim tak naprawdę jest Shimizu Michi, skąd go znam i dlaczego zrobiłaś ze mnie Amerykanina, kiedy jestem Japończykiem – odezwałem się tonem wypranym z wszelkich emocji.
- Nie wiem, o co ci chodzi, kochanie – pokręciła głową. Zacisnęła szczęki.
- Powiesz mi także, kto poinformował cię o tym, że spotkałem Shimizu i dlaczego zmusiłaś mnie do wcześniejszego powrotu do „domu” – mój kamienny wyraz twarzy chyba ją z lekka przestraszył.
- Synku, ja naprawdę nie wiem…
- Będziemy bawić się w te kłamstwa dalej? – przerwałem jej.
- Yoshida! – warknęła na mnie. – Co to za zachowanie? Uznam, że jesteś zmęczony i tego nie było, jasne? Wyśpij się, odpocznij i wtedy porozmawiamy – odwróciła się i znów zaczęła stukać w klawiaturę.
- Och… - wypuściłem powietrze z płuc. – Dobrze – uśmiechnąłem się. – Chyba rzeczywiście z tego zmęczenia coś padło mi na mózg – zaśmiałem się. – Ostatnio mam tak coraz częściej… Powinienem się przebadać, może brakuje mi jakiegoś pierwiastka albo witaminy?
- Możliwe. To dobry pomysł, synku.
- Pójdę jutro do lekarza.
-  Dobrze – uśmiechnęła się i pokiwała głową. – A teraz idź się wyśpij. Pewnie jesteś potwornie zmęczony.
- Masz rację – przytaknąłem i ponownie skierowałem się do swojego pokoju.
W istocie, padałem na ryj. Mimo wszystko list basisty mnie zaintrygował i nie zamierzałem tak łatwo odpuszczać. Wszystko tak… wynikało z siebie i było logiczne. Nie chciało mi się wierzyć, że on to wszystko zmyślił… tak samo jak w to, że moja matka niemal „przemyciła” mnie do Ameryki, a ja jestem gejem, jednak nic o tym nie wiem….
W każdym razie, moja matka nie złamała się, przez co nie uzyskałem żadnych odpowiedzi – mogło to znaczyć jednocześnie, że kłamała i próbowała mnie zbyć, tak jak przestrzegał mnie przed tym Zero w liście lub rzeczywiście nic takiego nie miało miejsca, a ona uznała, że pomieszało mi się w głowie z przemęczenia.
Ale karty w szpitalu nie kłamią. Wiedziałem, że miałem wypadek i że matka wyrobiła mi nowe papiery ze względu na to, że się przeprowadziliśmy, jednak… czy mogłaby zmienić miejsce mojego urodzenia? Przez te wszystkie lata byłem święcie przekonany, że na początku mieszkaliśmy w New Town, zapadłej dziurze, a potem przeprowadziliśmy się tutaj, do Albany. Zawsze myślałem, że urodziłem się w Ameryce i podawałem New Town za miasto, w którym się urodziłem… ale jeśli mogłoby być inaczej? Nie! Przecież w papierach zawsze musi się wszystko zgadzać! Ale gdybym znalazł w historii jakąś japońską pieczątkę albo informacje zapisane po japońsku, świadczyłoby to o tym, że Zero miał rację… W końcu na tym zdjęciu ewidentnie widać, jak basista jest przy mnie, kiedy obaj jesteśmy dzieciakami, więc albo to musi znaczyć coś albo on jest mistrzem photoshopa. Ale skąd wziąłby moje zdjęcie, kiedy byłem w tym wieku?
Wszystko zależało od tego, co mógłbym znaleźć w swojej historii – na pewno było zapisane to, że złapałem nogę; pytanie tylko, w jakim języku i czy potwierdziłoby to teorię Shimizu? Ale zaraz, zaraz… Czy historie nie są tłumaczone? Shit! Musiałbym to sprawdzić!
Zacząłem wymyślać, co też mógłbym znaleźć za cuda w tej historii i czy w ogóle mógłbym tam coś znaleźć… Ale to wszystko jutro.

Liceum cz. 11


Uhuhu... ale wtopa >.<'' Zapomniałam o tym albo to gdzieś przez przypadek usunęłam... lub kochany blogger mi tego po prostu nie opublikował (zamorduję... *szczerzy się ślicznie*). Dobra... Ciicho, nic się nie stało xD 
Macie tu taki "wypełniacz", żeby ta historia miała, przysłowiowo, ręce i nogi...

„Liceum cz.11”

[Ruki]

– Wyjaśnijcie mi jeszcze jedno, dobrze? Co miał oznaczać ten pocałunek? – jej wyprany z wszelkich uczuć ton był jeszcze gorszy niżby miała na nas wrzeszczeć i pourywać nam głowy.

Spojrzałem przerażony na Reitę. Co odpowiedzieć jego matce? Przecież nie mogliśmy powiedzieć czegoś w stylu: „Proszę pani, to już nie pierwszy raz! Wcześniej nawet się kochaliśmy, więc ten pocałunek nie powinien pani dziwić!”. Może się jakoś z tego wykaraskać? Tylko jak? Ruki, myśl, myśl, myśl! Ścierałem coś z jego twarzy ustami, a nie mogłem zrobić tego ręką, bo mnie boli? Przecież to idiotyczne! Musiałem wymyślić coś sensownego, co przy okazji nie narobiłoby kolejnych problemów blondynowi. Widać było, że jego matka była już zmęczona tymi wszystkimi problemami, jakie Akira miał w szkole i jakie przysparzał w domu; jego bójkami, ciągłymi wezwaniami na komisariat albo do szpitala, groźbami dyrektora szkoły, że wyrzuci go z liceum, groźbami kuratorem, groźbami, że jej syn trafi do ośrodka wychowawczo-poprawczego, jego ucieczką z domu… a teraz miałaby się jeszcze dowiedzieć, że Rei jest prawdopodobnie gejem? Ona już nie miała siły nawet radować się z tego, że jej syn się odnalazł czy wrzeszczeć na niego za to, że w ogóle uciekł i mieszkał u mnie, piętro niżej w tym samym bloku, o czym ona nic o tym nie wiedziała. Miałem ją jeszcze tym dobić? O nie! Nie chciałem sprawić jej takiej przykrości! Zresztą… uważałem, że ta wiadomość mogłaby już przepełnić czarę goryczy, przez co matka mogłaby w końcu stracić cierpliwość do syna, czego oczywiście również chciałem uniknąć.
- Ja… - bąknąłem cicho. – To wszystko moja wina… - spuściłem pokornie głowę. Przez grzywkę obserwowałem Reitę i bezbrzeżne zdziwienie malujące się na jego twarzy. Już chciał temu zaprzeczyć, ale uprzedziłem go. – To ja pocałowałem Akirę – odsunąłem się od niego trochę. – Tak jakoś… pod wpływem dziwnego nawet dla mnie impulsu… Bardzo przepraszam – złożyłem ręce w geście przeprosin.
Pani Suzuki spojrzała na mnie zszokowana. Domyślałem się, że zapamiętała mnie jako roześmianego kurdupla, który godzinami przesiadywał z jej synem gadając o bezsensownych rzeczach. Jako małego blondyna, który zawsze uśmiechał się na widok Akiry i zapraszał go na ciasto czekoladowe z wiśniami, które upiekła jego babcia; jako chłopca, który niezbyt umiał radzić sobie w tym okrutnym, współczesnym świecie, ale zawsze miał oparcie w jej synu, który po pewnym czasie stał się jego prywatnym ochroniarzem… a potem ten piękny sen nagle prysnął. Reita stał się „niegrzecznym chłopcem” i znalazł sobie inne towarzystwo, a mały blondyn pozostawiony sam sobie odizolował się od wszystkich i wszystkiego. I nie dość, że sen prysł, to jeszcze stał się koszmarem – nagle ten chłopiec i Akira wylądowali razem na komendzie policji, a pozornie słodki i dobry kurdupel pocałował jej syna… co było, jak podejrzewałem, w jej mniemaniu nie do przyjęcia.
Babcia zaakceptowała moją orientację, gdyż według niej zawsze byłem dziwny. Uważała, że tak wpłynęła na mnie tragiczna śmierć rodziców – myślała, że w taki właśnie sposób odreagowywałem psychicznie, a później mi to przejdzie. Właśnie ze względu na to, że straciłem mamę i tatę tolerowała moje odmienności, między innymi to, że jestem gejem, że się maluję, że nie mam przyjaciół, zamykam się w pokoju, siedzę na parapecie i godzinami gapiąc się w okno skrobię coś w zeszyciku, a później wyrzucam to, uznając efekty swojej pracy za denne i bezsensowne. Babcia zrozumiała mnie, ale podejrzewałem, że matka Reiego nie byłaby taka wyrozumiała ze względu na to, że przecież on pochodził z „normalnej” rodziny, w której nigdy nie zdarzyła się żadna tragedia. W dodatku, gdyby dowiedział się o tym jego ojciec… Ech… Reita zapewne ponownie nie miałby dachu nad głową. Pan Suzuki był, według mnie, wręcz cholerykiem i to w dodatku stereotypową głową rodziny, która chce, żeby jego jedyny syn założył rodzinę i przekazał dalej nazwisko. Chłopak był w patowej sytuacji, dlatego koniecznie musiałem mu pomóc.
- A… Akira, czy to prawda? – zapytała kobieta, nagle mając problemy z oddychaniem. – Czy to Takanori cię pocałował?
Spojrzałem na chłopaka porozumiewawczo, ale ten nie dawał za wygraną i chciał wyznać prawdę. Nie miałem zbytnio pomysłu, co powiedzieć, aby ponownie mu przerwać, dlatego… zdecydowałem się na „nieco” drastyczniejszą metodę. Po prostu pocałowałem go jeszcze raz na oczach jego matki. To był krótki pocałunek i z pewnością nie przekazywał żadnych głębszych treści niż to, żeby Aki w końcu przestał kopać grób dla samego siebie.
- Jeszcze raz bardzo przepraszam, ale… najwyraźniej pani syn mi się spodobał – wypaliłem.
Przez chwilę panowała idealna cisza. Nawet mucha przestała latać po sali i nie odważyła się zmącić jej swoim irytującym bzyczeniem. Po chwili kobieta, jakby dopiero w tym momencie trafiło do niej co zrobiłem, ściągnęła groźnie brwi, po czym wstała i pociągnęła za rękę Reitę.
- Nie będziesz zadawał się z jakimś pederastą, Akiro Suzuki! – wydarła się, kierując w stronę wyjścia. Otworzyła z hukiem drzwi i wypchnęła przez nie Reiego, po czym jeszcze raz odwróciła się i spojrzała na mnie z niechęcią przemieszaną z obrzydzeniem. – Masz nie zbliżać się do mojego syna, albo przysięgam, że wytoczę ci sprawę w sądzie! – zagrzmiała.
Zacząłem się zastanawiać, o co też by mnie pozwała? O molestowanie Reity? Hm… Całkiem możliwe…
Słyszałem jeszcze jakiś wrzaski pani Suzuki, po czym kolejne trzaśnięcie drzwiami. Zgadywałem, że zjechała wszystkich policjantów i „na tarana” wyszła z komisariatu. Zastanawiałem się czy zastosowała na kimś cios z „This is Sparta!” a’la Leonidas, ale po chwili stwierdziłem, że jednak mnie to nie interesuje. W tym właśnie momencie, do pokoju przesłuchań, w którym nadal gniłem, pojawił się funkcjonariusz, który nas tutaj ściągnął.
- Co się stało? – zapytał zdziwiony, na co ja niewinnie wzruszyłem ramionami. – To ciebie, mały, wyzywała od tych pederastów?
- Mnie, nie mnie… Co za różnica? – ponownie wzruszyłem ramionami. – Słyszałem gorsze obelgi… Mogę już iść do domu? – zapytałem z nadzieją.
- No w sumie… Ty tu do niczego potrzeby nie byłeś, a skoro wasza zguba się znalazła i została zabrana do domu, to myślę, że tak – pokiwał głową. – Odwieźć cię, mały, czy ktoś po ciebie przyjedzie?
- Przejdę się – powiedziałem, wymijając go i również kierując do wyjścia.

[Uruha]

- Kochałeś się kiedyś z facetem? – upewniłem się.
Aoi wydawał się zaskoczony moją bezpośredniością, ale mimo wszystko pokiwał głową. Chyba zdziwiło go to, że jeszcze przed chwilą wyzywałem go i uderzyłem w twarz, a teraz tak nagle zmieniłem do niego nastawienie.
- Ale… Co ty?... Chcesz…? Teraz?! – Ha! Normalnie od dziś mówcie mi mentalista! Umiem czytać w myślach!
- A ty nie chcesz? – uśmiechnąłem się perwersyjnie i musnąłem jego usta. – Wiesz… myślę, że po tym całym męczącym dniu… - ostatnie słowa specjalnie przedłużyłem - … całym dniu w bólu i męczarniach, należy ci się na wieczór choć trochę przyjemności, co? – podniosłem jedną brew, obserwując jego reakcję. Brunet zamrugał kilkakrotnie, po czym pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Nie chcę cię do niczego zmuszać – zapewnił, na co ja wywróciłem oczyma, wzdychając cierpiętniczo.
- Daj już spokój! Nie jestem ze szkła! – oburzyłem się. – Obchodzisz się ze mną jak z jakąś drogocenną, porcelanową lalką… - mruknąłem niezbyt tym pocieszony, przesuwając dłonią po jego torsie.
- Bo jesteś dla mnie drogocenny – odgarnął grzywkę, która spadła mi na lewe oko. – Nie chcę cię ponownie skrzywdzić – skrzywił się boleśnie. – Swoją drogą to masz coś, niecoś z tej lalki… a bardziej księżniczki – dodał cicho, chichocząc.
- Co? – zapytałem, starając się specjalnie mówić bardzo niskim i męskim głosem.
- Jesteś jak taka księżniczka, która musi mieć swojego rycerza – dokończył, gładząc mój policzek opuszkami palców.
- Ja ci zaraz dam księżniczkę! – udałem, że się obrażam i uderzyłem go lekko pięścią w ramię.
 Mimo wszystko doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że byłem dość zniewieściały… ale co miałem z tym zrobić? Wybaczcie, operacji plastycznej nie planowałem! W sumie to nawet odpowiadało mi być taką „kobietą”. Wszyscy faceci, z którymi byłem, musieli wtedy o mnie dbać, dawać mi pieniądze na kosmetyki (choć często ja sam miałem ich więcej od nich), musieli mi kupować prezenty, nosić moją torbę z książkami w szkole, odprowadzać mnie do domu po długim i romantycznym spacerze i w razie gdyby coś mi się stało, jak na przykład wtedy, gdy skręciłem kostkę, musieli mnie nieść na rękach… Swoją drogą bardzo lubiłem, kiedy ktoś mnie nosił na rękach… czułem się wtedy jak… księżniczka! Niech go szlag, miał rację! Uśmiechnąłem się pod nosem..
– To jak będzie z tą „fizyczną miłością”? – zapytałem.
- Jestem do twojej dyspozycji… - mruknął nachylając się nade mną i wsuwając rękę pod moją bluzkę. Gładził mnie po brzuchu. Kiedy zaczepił o mój pępek, zrobił zszokowaną minę. - Masz kolczyk?
- Co się dziwisz… – zaskoczyło mnie… jego zaskoczenie. No tak, świetnie składam zdania… To dlatego z japońskiego mam tróję! – Ty masz kolczyk w wardze, a ja w pępku… co w tym dziwnego? – wzruszyłem ramionami. – Jeśli ci przeszkadza, mogę go wyjąć – zaoferowałem.
- Nie, nie! Nie przeszkadza mi – zaprzeczył szybko. – Tylko… nie wiedziałem o tym. W końcu jeszcze nie widziałem cię bez ubrań – uśmiechnął się.
- To teraz masz okazję – przygryzłem jego dolną wargę, po czym wpiłem się w jego usta.
Nasze usta pasowały do siebie idealnie – zupełnie tak, jakby ktoś specjalnie je do siebie dopasował. Jego gorące wargi i zimny kolczyk sprawiały mi ogromną przyjemność. Nagle chłopak wsunął ręce pod moje ugięte kolana i plecy, po czym podniósł mnie.
- Gdzie mnie niesiesz? – zdziwiłem się.
- Na tylnie siedzenia – uśmiechnął się. – Chyba, że wolisz to zrobić na masce twojego samochodu? – spojrzał na mnie z ciekawością.
Wygrzebałem z kieszeni kluczyki i otworzyłem samochód. Chłopak z kolei otworzył drzwi i położył mnie delikatnie na tylnich siedzeniach, po czym sam usiadł na mnie okrakiem. Pocałował mnie namiętnie, jedną ręką popierając się obok mojej głowy, a drugą przeciągając po moim udzie od biodra do kolana i z powrotem. Zaplotłem ręce na jego szyi, chociaż po chwili zacząłem robić się niecierpliwy i zacząłem podwijać jego koszulkę. Aoi, widząc to, załapał, o co mi chodzi i na chwilę oderwał się ode mnie, by zdjąć z siebie górną część garderoby. Potem znów powrócił do moich ust. Dłońmi ślepo błądziłem po jego gorącej skórze, gładząc jego tors, brzuch i podbrzusze. Kilka razy zahaczyłem nawet o jego spodnie, ale chciałem się nim nacieszyć, a nie wykorzystać. Chciałem, żeby nasz pierwszy raz był romantyczny i przepełniony czułością, a nie szybki, chaotyczny i pełny zwierzęcego pożądania, które do niczego nie prowadzi… bynajmniej nie w związku. Nie chciałem wyłącznie zaspokoić siebie czy jego – chciałem okazać mu moje uczucia, które na dobrą sprawę żywiłem do niego od samego początku naszej znajomości. Owszem, w międzyczasie byłem na niego trochę zły (czyt. z chęcią rozpierdoliłbym mu w tym centrum łeb krzesłem, ale akurat nie miałem żadnego pod ręką, a byłem za słaby, żeby rozbić mu głowę o ścianę), ale rzeczywistości cały czas zdawałem sobie sprawę, że nadal coś do niego czułem. Chłopak zboczył nieco ręką, którą przesuwał po moim udzie i zaczął masować moje krocze. Jęknąłem wprost w jego usta, co wywołało u niego uśmiech. Chyba chciał popatrzeć, jak wiję się podczas słodkich tortur, ale nie dałem mu tej przyjemności i chwyciłem go za kark, po czym przyciągnąłem do następnego pocałunku. Było mi naprawdę dobrze… Po chwili ciemnowłosy rozpiął guzik moich spodni, pozbawiając mnie ich. Mruknąłem zadowolony, kiedy zaczął obdarzać pocałunkami moją szyję. Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem oczy, jęcząc cicho, gdy on mnie podniecał. Przez cały ten czas masowałem jego plecy, od czasu do czasu lekko go drapiąc czy wbijając paznokcie w jego delikatną skórę, ale w końcu uznałem, że przydałoby się mu jakoś odpłacić za to, co robił. Jedną rękę nadal miałem przerzuconą przez jego plecy, przez co przyciągałem go do siebie, przytulając, a drugą przeniosłem na jego tors. Dotykałem go, aż w końcu dotarłem do jego sutków, które podszczypywałem i drapałem niezbyt mocno. Wywoływało to u Yuu ciche westchnienia i jęki, przez które owiewał moją szyję ciepłym oddechem.
Shiro zacisnął mocniej dłoń na moim kroczu i oderwał się ode mnie z ukontentowaniem wsłuchując się w mój głośny jęk i prośbę o więcej w nim zawartą. Niestety zabrał dłoń spomiędzy moich nóg i wziął się za moją bluzkę. Pomogłem mu trochę. Teraz leżałem przed nim w samych bokserkach.
- Jesteś śliczny – szepnął mi. – W końcu nie na darmo cię tak nazywają, prawda Uruha? – zachichotał i zaczął całować mnie wzdłuż mostka.
- Mhm… - mruknąłem nie mogąc sklecić jakiegoś sensownego zdania. Rozpraszały mnie jego usta, które błądziły po mojej klatce piersiowej.
Dotarł do mojego prawego sutka i zaczął go lizać. Wciągnąłem ze świstem powietrze, wyginając się delikatnie w łuk. Następnie zaczął go przygryzać zębami i bawić się, podczas gdy drugim zajmował się dłonią w ten sam sposób, co ja przed chwilą jego.
- Yuu! – jęknąłem, zaplatając nogi wokół jego bioder.
- Było się ze mną droczyć? – zaśmiał się.
- Ja się wcale z tobą nie… Ach! Nnn! – krzyknąłem, kiedy wsunął dłoń pod materiał moich bokserek, by mnie uciszyć. – Mmm… Dobrze mi… - poinformowałem go, przez co na twarzy Yuu pojawił się głęboki uśmiech.
Nie wiedziałem już, na czym mam się skupić bardziej – na tym, że lizał mój prawy sutek, a lewy podszczypywał dłonią, czy tym, że właśnie onanizował mnie ręką? W końcu dał sobie spokój z moimi sutkami i zsunął się z pocałunkami jeszcze niżej na mój brzuch. Przewidywałem, co chce zrobić i już nie mogłem się tego doczekać, jednak przypomniało mi się, że on ma na sobie jeszcze spodnie! Zacząłem dobierać się do jego paska, kiedy nagle… ktoś zapukał w szybę! Obaj zamarliśmy, po czym Shiro, w przeciwieństwie do mnie, odzyskał nieco jasności umysłu i odwrócił się, uchylając okno. Za nim stał jakiś starszy pan ubrany w zgniłozielony uniform. Spojrzał na nas… przestraszony?
- Em… Chłopcy – zaczął niepewnie, na co ja wybuchnąłem śmiechem. Nie mogłem się powstrzymać. Aoi spojrzał na mnie z politowaniem i jedynie się uśmiechnął, chociaż widziałem w jego oczach, że również ma ochotę do mnie dołączyć.
- O co chodzi, proszę pana? – zapytał chłopak siedzący na mnie.
- Jestem tu leśniczym i… i chodzi o to, że… jakby to ładnie nazwać? Jesteście za głośni… - speszył się.
„No tak, zapewne niecodziennie wypraszasz dwóch gejów, którzy zamierzali uprawiać seks przed twoim laskiem, prawda dziadku?” – pomyślałem rozbawiony.
 – Zresztą jest już późno, a parking leśny jest czynny do godziny dwudziestej drugiej – dodał.
- Mamy… ten... – zmarszczyłem brwi. – No… Sobie jechać stąd? – bełkotałem.
- Tak – odpowiedział stanowczo leśniczy. – Do widzenia – pożegnał się i czym prędzej odszedł.
- A może raczej i nie „do widzenia” – zachichotałem, czując jakbym był pijany. – Yuu… proszę, kontynuujmy – uśmiechnąłem się do niego prosząco. Brunet pogładził mnie po włosach, po czym cmoknął w usta i sięgnął po moje spodnie, podając mi je.
- Kiedy indziej – odpowiedział i spojrzał na mnie wyczekująco. – Jedźmy stąd…
- Ale ja nie chcę – jęknąłem i wywindowałem się do siadu, wysuwając spod niego nogi. – Pragnę cię… Tu i teraz… - szepnąłem mu na ucho, liżąc je.
- A kiedy indziej i w innym miejscu już nie będziesz mnie pragnął? – zapytał, stawiając mnie w wiadomej sytuacji. No przecież nie mogłem powiedzieć, że nie! Zresztą… gdybym powiedział „nie”, skłamałbym.
- No tak, ale… - westchnąłem, obejmując go czule. – Ja chciałem ci to wszystko TERAZ jakoś wynagrodzić… - szepnąłem, spoglądając na niego z żalem. Naprawdę było mi go szkoda.
- Nic mi się nie stało – uśmiechnął się. – Kocham cię – pocałował mnie w czoło, po czym wskazał dłonią moje spodnie.
- Ech… No dobra – byłem dość niepocieszony, a raczej niezaspokojony. Ten chłopak tak na mnie działał… Miałem taką ochotę… i co? I nic z tego nie wyszło! Ach, świat jest niesprawiedliwy!
Założyłem spodnie i koszulkę, będąc nadal nieprzytomnym i dalej bełkocząc jakieś nieskładne słowa pod nosem, gdyż emocje, jakie wywołał we mnie Shiro, nadal we mnie nie opadły.
- Kochanie, świetnie wyglądasz w mojej koszulce, ale muszę cię zaniepokoić, ponieważ ja niestety się w twoją nie wcisnę – rzucił mi rozbawione spojrzenie, na co ja spojrzałem na to, co ubrałem. Rzeczywiście! To była jego koszulka! Wiedziałem, że coś mi tu za luźno…
- A muszę ją zdejmować? – jęknąłem. – Nie mam na to siły… - była to prawda. Byłem jakoś tak… wykończony psychicznie. Tyle się dzisiaj działo, że nawet gdybym miał to wszystko streścić, to pewnie i tak znacznej części bym zapomniał dopowiedzieć, bo połowa mojego mózgu już nie działała. – Jaki ty wielki rozmiar nosisz! – zdziwiłem się. – A przecież jesteś taki szczupły! – dodałem, przesuwając opuszkami palców po jego barku, a następnie zagłębieniu między obojczykiem a szyją i błądząc dalej. Chłopak zatrzymał moją dłoń i przyłożył ją płasko do swojej klatki piersiowej. Czułem, jak biło mu serce.
- Kocham cię – powtórzył i cmoknął mnie. – A teraz zbierajmy się – dodał.
- Też cię kocham… - odpowiedziałem rumieniąc się, choć sam nie wiedziałem, co mnie tak speszyło.
Ściągnąłem z siebie koszulkę Aoia i oddałem mu ją, po czym ubrałem swoją bluzkę. Przesiadłem się do przodu, jednak tym razem to ja zająłem miejsce pasażera ze względu na to, iż obaj doszliśmy do wniosku, że nie jestem w stanie prowadzić. Poprosiłem Yuu, żeby poprowadził, jednak ten z początku wymigiwał się, lamentując, że z pewnością spowoduje wypadek. Mimo to w końcu zgodził się zasiąść za kierownicą z racji tego, że przecież jakoś musieliśmy wrócić do miasta. Szybko okazało się, że Shiro jest lepszym kierowcą ode mnie! Jechał szybko, sporo ponad dozwoloną prędkość, ale prowadził pewnie i nie dawał mi się sprowokować. Wiem, że to głupie prowokować kierowcę podczas jazdy, ale ja już wtedy nie myślałem. Skulony na fotelu pasażera przyglądałem się jego profilowi, co chwilę wzdychając. Byłem zmęczony, oczy same mi się zamykały. W dodatku miałem wrażenie, że naćpałem się… nie żebym wcześniej ćpał! Nie! Ale… miałem jakieś takie wrażenie… jakbym się naćpał, moim chłopakiem. „Mój chłopak, Yuu Shiroyama” – jak ładnie to brzmi. Zachichotałem.
- Co cię znów bawi, kochanie? – zapytał, a ja uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, słysząc jego ostatnie słowo.
- Myślę o tym, jakiego to mam cudownego chłopaka – pocałowałem go w policzek. – Mój Yuu-chan –westchnąłem zachwycony.
Sam nie wiedziałem, co mnie w tym tak zachwycało. Przecież miałem już wcześniej wielu chłopaków (nawet kilka dziewczyn, ale te związki nie trwały dłużej niż dwa tygodnie, dlatego ich nie liczyłem) i jakoś nigdy wcześniej nie fascynował mnie tak żaden partner. A teraz? Byłem w siódmym niebie, mogąc zaledwie na niego patrzeć. Mówiłem już, że się nim naćpałem? Wybaczcie wszystkie czytelniczki… ale chyba pierwszy raz w życiu zakochałem się… tak naprawdę, na dobre.
Oczy kleiły mi się. Chciało mi się spać...

***

Obudził mnie Yuu, który odpiął mój pas bezpieczeństwa i delikatnie wziął na ręce. Spojrzałem na niego zdezorientowany i bez zastanowienia ufnie wtuliłem się w jego tors. Wcisnął mi coś do ręki. Nie wiedziałem, co to jest, ale zgadywałem, że to zapewne kluczyki od samochodu. Wtuliłem się w niego jeszcze bardziej, próbując ponownie zasnąć, ale uniemożliwiały mi to wstrząsy. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że Shiro wspina się po schodach z czerwonej kostki brukowej… byliśmy gdzieś w parku? Ale po co przywiózł mnie o tej porze do parku? Rozejrzałem się i po chwili poznałem znajome fikuśne zielone kształty, które były misternie przycinanymi krzewami. Byłem… w domu! A dokładniej w ogrodzie, który trzeba było pokonać, aby dostać się do mojego domu. On zapewne zaparkował na parkingu przed bramą, podczas gdy ja zazwyczaj wysiadałem z auta tuż pod drzwiami wejściowymi, dlatego w pierwszej chwili nie poznałem tego miejsca… szczególnie, kiedy wpatrywałem się w to, co było pode mną.
I nagle coś do mnie trafiło…
- Skąd wiesz, gdzie mieszkam? – miałem zachrypnięty głos od snu.
- Jakoś trudno tego nie wiedzieć – zachichotał. – Kogokolwiek w szkole spytasz, gdzie mieszka Uruha, wyrecytuje ci z pamięci adres – uśmiechnął się. Ach, nie ma to jak być szkolnym „celebrytą”…
Aoi postawił mnie na nogi przed wejściem i pocałował w policzek, po czym odsunął się o jakieś dwa kroki.
- Do zobaczenia – pomachał mi, mając zamiar już odejść.
- No ty chyba żartujesz! – nagle otrzeźwiałem, a jego narkotyk przestał na mnie działać. – Niby gdzie chcesz iść? Sam powiedziałeś, że do domu ani do szkoły nie chcesz wracać! Przyznałeś, że nie masz tutaj przyjaciół, nie masz, gdzie się zatrzymać! Nie masz pieniędzy! – złapałem go za rękę i przyciągnąłem do siebie. – Nie zostawię cię w takiej sytuacji! Zamieszkasz przez ten czas u mnie! – poinformowałem go, nie bawiąc się w żadne „ale”.
Brunet spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Po chwili jednak uśmiechnął się i cmoknął mnie w usta.
- Mówiłem już, że anioł z ciebie? – zachichotał, pogładził mnie po włosach, po czym znów się do mnie odwrócił. Złapałem go za rękę, zatrzymując go. Shiro westchnął i niechętnie ponownie odwrócił się do mnie przodem. – Kyou… Proszę cię – jęknął. – Nie chcę ci się narzucać jeszcze bardziej niż to konieczne – pokręcił głową. – Nic mi się nie stanie. Zresztą… Chyba twoi rodzice nie byliby zbytnio zadowoleni, gdybyś przyprowadził do domu swojego chłopaka, z którym jesteś… może z półtorej godziny, a z którym wcześniej się jedynie kłóciłeś, prawda? – spojrzał na mnie jak na idiotę.
- Nie gap się tak na mnie, bo nic jeszcze o mnie nie wiesz! – zganiłem go. – Moich rodziców praktycznie przez cały czas nie ma w domu! Zresztą mój ojciec wyjechał w delegacje do Ameryki, a moja matka zapewne jeszcze nie zdążyła wrócić, bo się kurw… bo siedzi u swojego kochasia w apartamencie w centrum miasta – wywrócił oczyma, poprawiając się. Co jak co, ale nawet przy nim musiałem jakoś wyrażać się o matce… – Poza tym oboje wiedzą, że jestem homoseksualistą i nie przeszkadza im, kiedy przyprowadzam swoich chłopaków na noc – wzruszyłem ramionami. – Więc się nawet nie wykręcaj, że nie zostaniesz! Nie pozwolę ci błąkać się po ulicach po nocy! – otworzyłem z rozmachem drzwi. – Właź! Ale już! – wydarłem się na niego jak na niegrzeczne dziecko. Aoi spojrzał na mnie zszokowany tym, że na niego nakrzyczałem. Chyba nawet w centrum handlowym na niego tak nie naskoczyłem…
- Ale… - szepnął.
- Shiroyama! – warknąłem, a on już zamilkł i w końcu wszedł do środka. Kiedy znalazł się w holu mojego domu, objąłem go czule w talii. – Chcesz coś do picia albo do jedzenia, skarbie? – zapytałem słodkim głosikiem, uśmiechając się.
Shiro spojrzał na mnie i strzelił „face palm”, po czym pokręcił głową.
- Jeszcze wiele razy mnie zaskoczysz, prawda? – zapytał.
- Ależ oczywiście – pocałowałem go w policzek i poprowadziłem do swojego pokoju, gdyż nie wyobrażałem sobie innej opcji niż ta, która zakładała, że mój chłopak miał spać ze mną w jednym łóżku.