Liceum cz.12

„Liceum cz.12”

[Ruki]

Przez całą drogę do domu kopałem jakąś puszkę, która nawinęła mi się pod nogi. Szedłem, rozmyślając o wszystkim i niczym. Teoretycznie myślałem, ale… praktycznie już nie. W sumie tylko sprawiałem wrażenie człowieka zamyślonego, gdyż w mojej głowie odbijało się jedynie echo świszczącego wiatru. Byłem niepocieszony tym, że z pewnością ponownie zostaniemy rozdzieleni z Retią… Znaczy, nigdy nie byliśmy razem! Ale... Znowu będziemy od siebie odseparowani... Nie sądziłem, że powiem to jeszcze kiedyś, ale… teraz już wiem, że będę za nim tęsknił.
Ponad to martwiła mnie kolejna sprawa – mówiąc po ludzku i wprost, zostałem pozbawiony swojego rycerza na białym koniu. I kto teraz, do cholery, miał mnie bronić przed Sakim? Przecież ja się bałem tego psychopaty! Wolałbym już wejść do klatki z lwem niżby znów znaleźć się w pokoju ciemnowłosego!
Westchnąłem ciężko i odtrąciłem nogą puszkę. Zorientowałem się, że już od dłuższego czasu stałem przed drzwiami mieszkania babci. Normalnie pewnie poszedłbym się jeszcze przejść i poudawałbym jeszcze trochę, że jestem zamyślony, ale strach przed spotkaniem z bratem Sugi skutecznie mnie demotywował. Westchnąłem jeszcze raz i wszedłem do środka.
- O dobra Kannon, dziecko, jak ty wyglądasz! – wykrzyknęła babcia, kiedy tylko mnie zobaczyła. – Czemu nie założyłeś kurtki? Chcesz się przeziębić?
- Ee… Mam to gdzieś – machnąłem ręką i odwiesiłem kurtkę na wieszak, którą w istocie, cały czas miałem jedynie przewieszoną przez przedramię.
- Jak ty się wyrażasz! Może trochę szacunku do starszych, co? – warknęła i zmierzyła mnie złowieszczym spojrzeniem pt. „Zaraz dostaniesz szlaban, gówniarzu!”, ale zaraz potem jej oblicze złagodniało. – Takanori… Co się dzieje? Od kilku dni chodzisz smutny ze zwieszoną głową między ramionami… Wyglądasz jak swój własny cień!
- No bo… wszystko się tak nawarstwiło – wydusiłem z siebie. – Długa historia…
- Zgaduję, że nie będziesz mi chciał o tym opowiedzieć, prawda?
- No... Ee… Niezbyt – ściągnąłem buty.
- A dzisiejsza historia? Co się stało dzisiaj? – dopytywała troskliwie.
- Bo… Akira tu był, w sensie u nas nocował, bo… on uciekł z domu. Błąkał się po ulicach i spotkał takiego psychopatę z mojej szkoły, który… pomagał takiemu jednemu – przecież nie mogłem powiedzieć, że Saki pomagał Yuu, bo moja babcia poznała już Aoia, kiedy ten do mnie przychodził. – Ale ten psychopata już działa na niekorzyść tego chłopaka, któremu pomagał na początku. Rozumiesz, babciu?
- Na razie jeszcze tak – pokiwała głową. – A co to ma wspólnego z tobą?
- Bo ten chłopak… nazwijmy go X, będzie łatwiej – westchnąłem. – No to ten X nie dawał mi spokoju i jak się potem okazało, chciał mnie zmusić do… do takiej jednej rzeczy, której ja nie chciałem wykonać – tak, babciu, Yuu to pederasta i chciał mnie zmusić, abym był z nim związku… Matko, jak ona by na to zareagowała?! – A teraz tak się to wszystko zagmatwało, że wyszło, iż ten psychopata chce mnie zmusić do tego samego, co ten chłopak X, któremu na początku pomagał tylko, że… w „odrobinę” brutalniejszy sposób. Ale wracając do tematu; Reita błąkał się po ulicach i zobaczył, że ten psychopata mnie zaczepia, więc się z nim pobił i obronił mnie. W ramach rekompensaty przenocowałem go. Ale to było kilka dni temu… - jednak musiałem jej to powiedzieć, żeby zrozumiała dzisiejszą historię. – No, a dzisiaj poszliśmy się z Akirą przejść i na punkcie widokowym zgarnęła nas policja – oblicze kobiety stężało. – Nic nie zrobiliśmy złego! Przysięgam! – wybroniłem się od razu. – Na początku nie wiedzieliśmy, o co chodzi, ale później wyszło, że Akiry szukała policja, bo jego mama złożyła wniosek o zaginięciu syna. I my, znaczy ja i Suzuki, trafiliśmy na komisariat. Zaczęliśmy rozmawiać i tak jakoś wyszło, że… dzięki niemu się nie bałem. Przy nim wszystko wydawało się być takie błahe. Czułem się bezpiecznie… A przez te wszystkie dni, kiedy Rei mi pomagał, zbliżyliśmy się do siebie i… jakoś tak samo wyszło… Nie no, - oświeciło mnie nagle – w sumie to on to zainicjował! – zdziwiłem się.
- Co zainicjował? – zapytała babcia.
- Ee… - zaciąłem się. Spuściłem głowę i wbiłem wzrok w podłogę, oblewając się rumieńcami. – Pocałunek – szepnąłem cicho. – No i wtedy weszła mama Akiry! I wszystko zepsuła! – aż tupnąłem nogą ze złości. – Musiałem wziąć całą winę na siebie, bo Aki i tak ma już wiele kłopotów, więc nie chciałem obarczać go jeszcze tym… więc powiedziałem, że to ja go pocałowałem, a jego matka zaczęła się na mnie drżeć, że jestem nienormalny i że już nigdy więcej nie spotkam się z Akirą – skrzywiłem się i posmutniałem. – No i… w sumie to jest mi przykro i dlatego jestem taki przybity. Bo… między nami już się układało; tak jak kiedyś i myślałem, że może… może moglibyśmy być znów przyjaciółmi… Zależałoby mi na tym… Zresztą… Aki mnie bronił. A teraz… teraz znów jestem sam, a ja po prostu boję się tego psychopaty! – wzdrygnąłem się.
Kobieta spojrzała na mnie z politowaniem i westchnęła ciężko, kręcąc głową.
- Czy poprzednie liceum nie nauczyło cię, że Akira to nie jest już grzeczny chłopiec, którybył twoim przyjacielem? – prychnęła. – On cię jedynie wykorzystał!
- Nieprawda! Aki nigdy nie był grzeczny i lubił się awanturować, ale nigdy mnie nie skrzywdził! – już chciała coś powiedzieć, ale ją uprzedziłem. – Nie wiesz, jak było naprawdę! On nigdy mnie nie uderzył! Po prostu śmiał się ze mnie, ale to było spowodowane presją, jaką wywarli na niego ludzie, z którymi zaczął się zadawać! Teraz się od nich odsunął! Znów jest dla mnie dobry!
- Takanori… Masz już szesnaście lat… Więc nie zachowuj się jak sześciolatek! Nie bądź taki naiwny!
- Ale on mnie pocałował! – nagle kobieta uspokoiła się i widać było, że już nie zamierzała krzyczeć. Chyba tym argumentem ją zaskoczyłem. – Musi mu na mnie zależeć! Gdyby tak nie było, to przecież by mnie nie pocałował! Z pewnością nie zrobił tego dla żartu czy po to, żeby wzbudzić we mnie sztuczne zaufanie! Przecież ci „normalni” chłopcy się tego brzydzą, więc musiał naprawdę się przełamać, żeby zrobić coś takiego… - dokończyłem już znacznie ciszej.
Przez chwilę między nami panowała cisza. Oboje musieliśmy „przetrawić” moje ostatnie słowa. Sam byłem zdziwiony tym, co powiedziałem. Nawet nie zastanawiałem się nad słowami, które wydostały się z moich ust jak potok. To było takie… samoistne. Takie… prawdziwe; z głębi serca. Ja… ja rzeczywiście tak myślałem… Czy on mógłby się…
- W takim razie pójdę porozmawiać z panią Suzuki, a ty idź zjedz kolację i wypij ciepłą herbatę, bo od dłuższego czasu nie widziałam, żebyś zjadł coś porządnego.
… we mnie zakochać?

[Reita]
W absolutnej ciszy dojechaliśmy do domu. To milczenie było ciężkie i przygnębiające, jednak nie chciałem się odzywać, gdyż wiedziałem, że paplaniną mógłbym tylko pogorszyć sytuację. Nastawiłem się na „co ma być, to będzie” i z założonymi rękami wpatrywałem się w widok zza szybą. Kiedy matka zaparkowała na parkingu przed blokiem, nie czekając na nią, wysiadłem z samochodu i ruszyłem w stronę budynku. Po chwili dogoniła mnie, jednak nie odezwała się i milczała z takim samym zacietrzewieniem jak ja. Wjechaliśmy windą na odpowiednie piętro, po czym weszliśmy do naszego mieszkania. Na „dzień dobry” siostra rzuciła się na mnie i zaczęła ściskać – widać ona, jako jedyna, żywiła do mnie jeszcze jakieś ciepłe uczucia. Pogłaskałem ją po plecach, po czym bez zbędnych czułości odsunąłem od siebie. Ojciec rzucił mi jedynie twarde spojrzenie znad gazety.
- Jak wycieczka krajoznawcza? – rzucił kąśliwie.
- Dobrze – uśmiechnąłem się wrednie.
- Tak? Gdzie byłeś?
- Tu i tam – machnąłem ręką. – Długo by opowiadać.
- Rzym zwiedziłeś? – parsknął.
- Tak. Do Paryża nawet dotarłem – pokiwałem głową.
- A jaką drogę wybrałeś? Przez ląd czy ocean?
- Wiesz, że zawsze lubiłem pływać – wzruszyłem ramionami.
- Prezenty dla staruszków przywiozłeś?
- Pieniądze mi zamokły, kiedy płynąłem i nic nie mogłem kupić.
- Ach tak… A gdzie cię złapali?
- Na Mount Everestcie – ojciec spojrzał na mnie zdziwiony. Chyba nie zrozumiał tej aluzji i pytał poważnie. – No na punkcie widokowym – odpowiedziałem rzeczowo.
Taka sobie miła pogawędka….
- A wiesz, z kim tam był?! – wcięła się moja matka.
- No niech zgadnę… Z jednorożcem i siedmioma krasnoludkami?
- Nie pleć bzdur i skończ z tymi durnymi gadkami! Z Takanorim Matsumoto! – wykrzyknęła oburzona.
W tym momencie odezwał się dzwonek do drzwi. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie, po czym w końcu moja siostra, która stała najbliżej drzwi, otworzyła je.
- Dzień dobry. Słyszę, że rozmawiacie o moim wnuku, więc chyba przyszłam w odpowiednim momencie – odezwała się babcia Takanoriego, a mnie nagle zrobiło się gorąco.
- Akira, idź do swojego pokoju. Z tobą porozmawiam później – mina matki wskazywała, że to nie była pora na licytacje, dlatego też bezzwłocznie wykonałem jej polecenie.
Poszedłem do siebie i usiadłem na łóżku, po czym stwierdziłem, że nie będę tu tak sam siedział. Otworzyłem okno i wychyliłem się za nie. Jedną ręką trzymałem się parapetu, nogami zaczepiłem się o kaloryfer i zwisając tak, niczym nietoperz głową w dół, zapukałem w okno mieszczące się piętro niżej. Po chwili ktoś je otworzył.
- Matko, Akira, wystraszyłeś mnie! – krzyknął.
- Cicho! – zganiłem go. – Bo zaraz ktoś przyjdzie… Mogę do ciebie wejść?
- Em… Jasne – uśmiechnął się i odszedł od okna. – Pomóc ci?
- Nie, dzięki. Nieraz już tak robiłem.
Obiema rękami teraz chwyciłem się okna pokoju Maleństwa, po czym puściłem się nogami grzejnika i wykonując pół-salto, przykucnąłem na parapecie okna piętra niżej. Następnie elegancko wślizgnąłem się do pokoju blondynka.
- Powinieneś zostać włamywaczem – zaśmiał się i spojrzał na mnie z podziwem.
- To nic trudnego – powiedziałem pewnie. Tak naprawdę robiłem to pierwszy raz i bałem się jak cholera, że jeśli się puszczę, to spadnę z drugiego piętra na bruk, ale ciii, on o tym nie musiał wiedzieć. – Mogę zostawić otwarte okno? Chcę słyszeć, jak ktoś będzie się zbliżał do mojego pokoju, żebym zdążył jeszcze wejść z powrotem do siebie – uśmiechnąłem się.
- Nie ma problemu – pokiwał głową i usiadł na obrotowym krześle, po czym zaczął wycierać biurko. – Przez ciebie wylałem herbatę – spojrzał na mnie „zawistnie”, na co ja jedynie się uśmiechnąłem.
- Wybacz – pogładziłem go po włosach, po czym zgarnąłem jedną kanapkę z jego talerza.
- Ej! – zbulwersował się. – To ja tu jestem niedożywiony!
- A ja głodny! – zaśmiałem się. Chłopak pokręcił głową i wycelował we mnie palcem w oskarżycielskim geście.
- Ja to sobie zapamiętam! – strzelił „focha”.
- Czego się burzysz? – prychnąłem. – I tak nie przytyjesz, i tak! – zaśmiałem się.
- A kto w ogóle powiedział, że ja chcę przytyć? – zdziwił się.
- Przecież sam powiedziałeś, że jesteś niedożywiony, więc pomyślałem, że… A zresztą – złapałem go za ramię – ty masz niedowagę!
- Odwal się od mojej wagi – zaśmiał się. – Mam idealną wagę i nie zamierzam ani schudnąć, ani przytyć! Chociaż w sumie… - zamyślił się. – Zawsze lepiej za mało niż za dużo tych kilogramów, nie? – spojrzał na mnie wyczekująco, jednak w odpowiedzi tylko podniosłem jedną brew. – W takim razie masz – podsunął mi talerz kanapek. – Jedz. Ty przynajmniej to wybiegasz, a ja się nie ruszam, więc lepiej żebym na tyle sobie nie pozwalał – pokiwał głową jakby dla potwierdzenia, że zgadza się z własnymi słowami.
- No, co ty, Ruki! – krzyknąłem. –Ty ważysz stanowczo za mało! Musisz właśnie zacząć jeść, szkielecie jeden! – dźgnąłem go palcem w zapadnięty brzuch.
- „Szkielecie”? – spojrzał na mnie zdziwiony. – Bez przesady!
- Nie przesadzam!
- A kiedyś to ważyłem jeszcze mniej i ci się podobałem… - mruknął cicho.
- Co? – zmarszczyłem brwi w niezrozumieniu.
- Nic, nic – pokręcił głową i uśmiechnął się sztucznie.
- Taka – usiadłem na jego łóżku. – Nie chciałem cię obrazić… Wiesz, to, co było kiedyś…
- To, co było kiedyś, było kiedyś i nie roztrząsajmy tego, tak, wiem i rozumiem – wywrócił oczyma, przerywając mi.
- Nie! Chciałem powiedzieć coś zupełnie innego! – zaprotestowałem. – To, co było kiedyś… Może nie uda nam się odzyskać tego w stu procentach, ale… zawsze chyba możemy spróbować… Jak mylisz? – spojrzałem na niego. Blondynek siedział z otwartymi ustami i patrzył na mnie, jakby doznał objawienia pańskiego.
- Ty tak… poważnie to mówisz? – wydukał.
- Tak – kiwnąłem niepewnie głową i spojrzałem na niego spod grzywki. Maleństwo uśmiechnęło się do ucha do ucha, po czym rzuciło mi się na szyję.
- Uda nam się! Uda w stu procentach, jeśli tylko będziemy się starać! – pisnął uradowany i… pocałował mnie. Było to krótkie muśnięcie ust, jednak… - Przepraszam! – krzyknął i odskoczył ode mnie jak oparzony. – Przepraszam, ja nie chciałem! Nie wiem, co we mnie wstąpiło… jakoś tak wyszło… Chyba poczułem się zbyt swobodnie i… - próbował się tłumaczyć, jednak marnie mu to szło, dlatego pociągnąłem go za rękę i zmusiłem, aby usiadł mi na kolanach, po czym ponownie pocałowałem go w usta.
- Dobrze, że czujesz się przy mnie swobodnie – uśmiechnąłem się i musnąłem jego wargi. Chłopak zaczął angażować się w pieszczotę i wtedy, kiedy akurat chciałem ją pogłębić, rozległ się kolejny krzyk:
- ON ZNOWU UCIEKŁ! – rozpoznałem głos mojej matki. Odsunąłem się od Takanoriego i spojrzałem na niego przepraszająco.
- Wybacz, ale muszę już iść – cmoknąłem go w policzek, po czym szybko wdrapałem się na parapet, a następnie po rynnie wspiąłem się na wyższe piętro i stanąłem w oknie swojego pokoju. – Jestem! Nie rób znowu awantury! – wywróciłem oczyma.
- Gdzieś ty znowu był?! – warknęła matka, na co posłałem jej spojrzenie pt. „No zgadnij”… - Wyszedłeś z kolegami?!
- Oczywiście, że nie! Byłem u Takanoriego! – powiedziałem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

[Aoi]

- Matko! Ty masz większą łazienkę niż ja pokój! – przeraziłem się. – Zgubię się tu! – zaśmiałem się.
- W takim razie zostanę twoim prywatnym przewodnikiem – Uruha objął mnie od tyłu i pocałował w policzek.
Jeszcze raz rozejrzałem się po pomieszczeniu. Prysznic wielkości mojej szafy, wanna z hydromasażem, wszędzie gigantyczne lustra i porozrzucane na trzech wielkich blatach kosmetyki. Mimo, że kosmetyki były porozrzucane, panował tu względny porządek, gdyż mniej więcej wiadomo było, gdzie można co znaleźć – na blacie koło umywalki (gigantycznej, jak wszystko inne tutaj) - kosmetyki do twarzy, na blacie pod prawą ścianą – kosmetyki do włosów, a na trzecim blacie – lakiery do paznokci i inne takie tam wynalazki, których z pewnością nigdy na oczy jeszcze nie widziałem i nigdy w życiu nie zgadłbym, jak się nazywają.
Z jego mokrych włosów nadal kapała woda i moczyła moją koszulkę. Uru przytulił się do mnie i wtulił twarz w moją szyję. Jego oddech łaskotał mnie.
- Pocałuj mnie – usłyszałem jego szept.
Odwróciłem się w jego objęciach i najpierw musnąłem jego wargi, by zaraz potem smakować ich z zachłannością. Kouyou oddawał pocałunki z pasją i czułością. Czułem się taki szczęśliwy, kiedy nagle... odezwał się mój telefon, cholera! Niechętnie oderwałem się od mojego chłopaka i wyciągnąłem urządzenie z kieszeni, po czym nawet nie patrząc, kto dzwoni, odebrałem.
- Moshi, moshi – odezwałem się.
- Yuu, gdzie ty się podziewasz! – matka była wściekła.
- Em… Jestem u chłopaka. Przepraszam, że nie zadzwoniłem, że zostanę u niego na noc… - zacząłem się już tłumaczyć.
- U tego Rukiego?
- Nie. U Kouyou – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Na zmiankę o blondynie wyraz twarzy Uruhy stężał. – Muszę kończyć. Obiecuję, że wrócę rano – rozłączyłem się szybko.
- Więc… Jednak zamierzasz wrócić do domu? – zapytał niby obojętnie, jednak wiedziałem, że jest podenerwowany ze względu na pytanie o Takę ze strony mojej matki. Cholera, czemu ona musi tak głośno gadać? Byłem pewien, że rudzielec to usłyszał, bo echo głosu wydobywającego się z głośnika komórki odbiło się nawet od kafelek, więc…
- Ee… W sumie, palnąłem to tak na szybko, żeby więcej nie dzwoniła – podrapałem się po głowie. – Nie przemyślałem tego. Wiesz… Emocje trochę we mnie opadły, ale to nie oznacza, że chciałbym wrócić już do domu – westchnąłem. – Ale nie mogę także u ciebie zamieszkać, więc…
- A kto powiedział, że nie możesz? – zdziwił się.
- A co na to twoi rodzice?
- Mówiłem ci, że ich praktycznie cały czas nie ma. Zresztą… jestem pewien, że nawet nie zwróciliby na ciebie uwagi – wzruszył ramionami. – Może nawet wzięliby cię za swojego drugiego syna albo za mnie… - wywrócił oczyma.
- No nie przesadzaj… Aż tacy nieczuli i obojętni wobec ciebie to chyba nie są… - spojrzałem na niego z naganą.
- Nie znasz ich – pokręcił głową – więc prosiłbym cię, abyś nie wypowiadał się na ten temat – warknął i wyszedł z łazienki. Podążyłem za nim do pokoju. Takashima usiadł na łóżku i westchnął ciężko, po czym położył się i jednoznacznie dał mi do zrozumienia, że idzie spać.
- Kyou-chan… - odezwałem się cicho i przykryłem go kołdrą. – Nie chciałem cię urazić… W istocie, nie znam twoich rodziców, ale myślę, że nikt nie potrafi być AŻ tak nieczuły względem własnego dziecka – ułożyłem się za nim i objąłem go w pasie.
- To źle myślisz – odwrócił się do mnie przodem. – Możemy zmienić temat? Nie chcę o tym rozmawiać… - skrzywił się.
- Oczywiście – zgodziłem się, jednak mimo to obiecałem sobie, że jeszcze kiedyś wrócę do tego tematu i zmuszę go do rozmowy. – O czym chciałbyś porozmawiać?
- O Rukim – odpowiedział szybko.
- Ee… - poczułem się bardzo niezręcznie. –Czemu niby chciałbyś o nim rozmawiać?
- Bo twoja matka uważa go za twojego chłopaka – powiedział niezadowolony i wtulił się w mój tors. – A ja nim jestem – burknął. – Dlaczego myśli, że jesteś z Takanorim?
- Ech… Ona zawsze tak gada. Jak przyjdzie do mnie jakiś kolega czy koleżanka, to zaraz uważa go za mojego chłopaka albo dziewczynę. A Taka był u mnie kilka razy – wzruszyłem ramionami.
- Przecież widzę, że kłamiesz – zganił mnie. – Gadaj prawdę! – zażądał.
- No… dobrze – westchnąłem. – Chociaż już wiesz… Interesowałem się Rukim, ale już mi przeszło. Teraz interesuję się tylko tobą – zapewniłem. – Saki teraz chce zdobyć Takanoriego, ale on ma Reitę jako obrońcę, więc nic mu nie grozi – machnąłem ręką. – Saki, no on może trochę rzadziej, częściej Suga, bywał u mnie i rozmawiałem z nim na temat Taki. Wtedy… mówiłem o nim tak, jakby już należał do mnie… Pewnie moja matka to usłyszała i z tego taki wniosek – wzruszyłem ramionami.
- Kto to jest Saki? – zdziwił się.
- To brat Sugi.
- Wiem, kim jest Suga– warknął. – Ten, którego podesłałeś do mojego grona, żeby mnie szpiegował – dźgnął mnie palcem w mostek. – Ale Saki? Nigdy go nie wiedziałem… - pokręcił głową.
- Widziałeś, tylko nie pamiętasz. O, wiem! Kiedy Saki kręcił się koło Akiry, podawał się za Mizui’ego. Już kojarzysz? – rudzielec zamyślił się na chwilę.
- Taki wysoki brunet, który był zawsze najbliżej Reity? – zachłysnął się powietrzem.
- Tak, to on – potwierdziłem. Uru nagle zbladł. – Co się stało, kochanie?
- To on! To jego Ruki nazywa psychopatą! – zerwał się z łóżka i stanął na materacu na równych nogach. –Yuu, on jest nienormalny! Wiesz, w co ty wpakowałeś Rukiego?! – krzyknął na mnie.
- No… tak nie do końca rozumiem, o co ci chodzi… - zrobiłem głupią minę.
- Reita nie może trzymać się blisko Rukiego! Taka przeniósł się do innej szkoły właśnie dlatego, że jego babcia dowiedziała się, że Akira nie dość, że nie jest już przyjacielem jej wnuka, to w dodatku był jego prześladowcą; wyśmiewał się i wyzywał Takę, żeby przypodobać się swoim nowy koleżkom i utrzymać swoje stanowisko najgroźniejszego w szkole! Jeżeli Akira będzie chciał chronić Takanoriego, to będzie musiał się bić z Sakim. Bo nie wyobrażam sobie, aby Suzuki znalazł inne rozwiązanie, a jeśli znów będzie się bił, może trafić do poprawczaka! Wtedy już nijak nie będzie miał jak mu pomóc, a Taka zostanie na łasce tego psychopaty! Musimy jakoś ochronić tych dwóch bęcwałów, bo sami sobie nie poradzą!
- Niech zgadnę… i przy okazji zeswatać ich ze sobą? – uśmiechnąłem się krzywo.
- Co? – zdziwił się.
- Ruki opowiadał mi kiedyś, że… przespał się z Akirą. Potem niby było wszystko pięknie, ładnie, układało im się jak w bajce, dopóki nie poszli do liceum, gdzie ich drogi się rozeszły no i… no i jest tak, jak teraz – wyjaśniłem.
- Nie wiedziałem o tym – spojrzał na mnie zainteresowany. – Będziesz mi musiał kiedyś o tym opowiedzieć, ale najpierw musimy wyciągnąć ich z tego bagna!
- Tylko jak?
- Słuchaj. Zrobimy tak…

***

Zapukałem mocno do drzwi i uśmiechnąłem się szeroko, kiedy kobieta o tlenionych włosach, tak samo jak jej syn, otworzyła mi drzwi.
- Dzień dobry, czy Akira jest w domu? – zapytałem przesłodko.
- Tak, jeszcze nie wyszedł do szkoły. A mogę wiedzieć, kim ty jesteś, chłopcze? – zapytała, a ja ledwo powstrzymałem się od parsknięcia śmiechem.
- Nazywam się Yuu Shiroyama. Czy mógłbym porozmawiać z Akirą?
W tym momencie, jak na zawołanie, w przedpokoju z torbą na ramieniu ukazał się blondyn z przepaską na nosie. Spojrzałem na niego i spróbowałem się nie skrzywić.
- Co ty tu robisz? – burknął i kiedy matka odsunęła się z przejścia, wyszedł. Drzwi zamknęły się, a ja odetchnąłem z ulgą.
- Tak, ja też nie cieszę się na to spotkanie. Ale spokojnie! – krzyknąłem, widząc jak mierzy mnie spojrzeniem spod byka. – Nie przyszedłem się tutaj z tobą bić!
- To w takim razie, po co przylazłeś?
- Uświadomić cię, w jak patowej sytuacji jesteś i powiedzieć, że mogę ci pomóc, jeśli będziesz chciał. Chodź. Porozmawiamy o tym w drodze do szkoły.
Suzuki, niechętnie, bo niechętnie, ale ruszył ze mną w drogę. Zeszliśmy po schodach i wyszliśmy z budynku. Kiedy znaleźliśmy się na ulicy, blondyn rzucił mi wyczekujące spojrzenie, abym w końcu wyjaśnił mu, o co też mi chodzi.
- Wiem, że z pewnością będziesz się bronił przed moją pomocą jak przed ogniem, ale musisz zrozumieć, że bez niej chyba się nie obejdziesz. Wiem, że zależy ci na Rukim – Reita zgrzytnął zębami i już chciał zacząć protestować, ale uprzedziłem go. – Oj, daj spokój! Doskonale o tym wiem! Taka opowiedział mi, co było kiedyś między wami, więc daruj sobie – chłopak spojrzał na mnie przerażony, dlatego dodałem dla otuchy. – Jeśli to cię pocieszy, powiem ci, że jestem z Uruhą – uśmiechnąłem się. 
- Acha… I co w związku z tym? – burknął. Jego policzki były czerwone; dostrzegłem to, mimo iż próbował ukryć się za włosami.
- Wiem także, że nie możesz się bić, bo inaczej możesz trafić do poprawczaka. Saki interesuje się Takanorim, a ty chcesz go obronić, ale nie możesz się bić. I tu jest twój problem – wskazałem na niego palcem. Zacząłem żywo gestykulować, jakbym był na jakiejś debacie. – Saki i Suga również o tym wiedzą i będą chcieli to wykorzystać. Ale tu zjawiam się ja z pomocą…
- Taa… - przerwał mi. – Gdybyś w ogóle się tu nie pojawił, nie potrzebna by mi była niczyja pomoc – wywrócił oczyma. – To twoja wina. Narobiłeś bałaganu, a teraz wszyscy musimy ponosić tego konsekwencje – poczułem się urażony.
W sumie miał rację, ale… chyba wcześniej nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę; aż do teraz. Reita powiedział to tak ostentacyjnie. Jego słowa uderzyły we mnie z wielką siłą. Spuściłem głowę i wbiłem wzrok w chodnik.
- Wiem. przepraszam za to, ale czasu już nie cofnę. Byłem idiotą, ale chcę naprawić swoje błędy. Pozwolisz mi na to? – spojrzałem na niego spomiędzy kosmyków już trochę przydługiej grzywki.
- No więc, jaki masz ten plan awaryjny? – mruknął.
- Będę ci pomagał w nauce i ewentualnych bójkach. Będę cię odprowadzał od domu do szkoły i z powrotem. Jeżeli gdzieś w pobliżu znajdzie się Saki, a ty będziesz chciał mu przyłożyć, pozwolę, a nawet pomogę ci w tym.
- A co mi da ta twoja eskorta? Jeszcze pomoc w nauce to rozumiem, chociaż nie jestem z tego powodu szczęśliwy – prychnął. – Ale rzeczywiście, moje oceny są gorzej niż marne…
- Moja eskorta da ci to, że jeśli nawet ktoś doniósłby, że znów się biłeś, wszystko zrzucisz na mnie. Powiesz, że próbowałeś mnie odciągnąć albo coś w ten deseń…
- Myślisz, że ktoś mi uwierzy? – skrzywił się.
- Może tobie nie, ale mi tak. Jestem dobrym uczniem i nigdy nie sprawiałem przesadnych problemów, ale nie byłem też świętoszkiem. Właśnie dlatego jestem dobrym kandydatem na twoje sumienie. Wyjdzie na to, że nie dość, że się nie biłeś, to w dodatku próbowałeś odciągnąć mnie od walki; a nuż może jeszcze choćby za „chęci” ściągnięcia kolegi ze złej drogi zapunktowałbyś w oczach dyrektora? – zachęciłem go.
- Ty tak poważnie czy znowu próbujesz mnie jakoś wkręcić? – spojrzał na mnie sceptycznie. – Wiesz… nie ufam ci za grosz, ale muszę chwycić się każdej możliwej deski ratunku… A lepsza twoja propozycja niż patrzenie, jak ten psychopata znęca się nad Takanorim… Tylko jakoś ciężko mi uwierzyć, że tak sam z siebie nagle postanowiłeś mi pomóc…
- To nie był mój pomysł tylko Uruhy. W sumie nie robię tego dla ciebie, a dla niego, więc siedź cicho – wywróciłem oczyma. – Ty nie lubisz mnie, ja nie lubię ciebie, ale kocham Kouyou. On również zdaje sobie sprawę, że całe to zamieszanie to moja wina, ale mimo wszystko potrafił się we mnie zakochać i okazać mi trochę serca. Chcę mu się odwdzięczyć i pokazać, że nie jestem taki zły…
- Chcesz się wybielić w jego oczach? – zaśmiał się.
- A ty nie chciałbyś się wybielić w oczach Rukiego? – zapytałem śmiertelnie poważnie. Uśmieszek zniknął z jego ust. Chłopakowi zrobiło się głupio. Mimo wszystko, delikatnie pokiwał głową. – Plan Uruhy obejmuje również Takę. Kyou będzie codziennie odwoził i przywoził go do domu samochodem, a on sam nie będzie już mieszkał w internacie. W ten sposób zmniejszymy pole manewru dla Sakiego. Będzie mógł spotkać Rukiego jedynie w szkole na przerwach, a i o to zadbaliśmy, aby przesadnie się do niego nie zbliżał. Powiedzmy, że mam w tamtej szkole swoje znajomości i skontaktowałem się z pewnymi osobami, które będą miały oko na Sakiego i Sugę.
- Plan rodem z Matrixu. Nic, tylko jeszcze dodać muzyczkę z „Mission Impossible”!
- Mów, co chcesz, ale musisz przyznać, że Uruha ma łeb…
- Ano muszę – westchnął. – I muszę mu podziękować. Serio robisz to tylko dla niego?
- Tak – przytaknąłem.
- Dobra, ty dostaniesz w zamian wieniec laurowy od Uruhy… a co w zamian dostali od ciebie ci kolesie z twojej poprzedniej szkoły, z którymi rzekomo się dogadałeś? Skoro mają pilnować rozjuszonego lwa, to nie myślę, żeby były to jakieś ułomki, z którymi poszedłeś na ugodę, co?
- To kilku chłopaków ze szkolnego klubu zapaśniczego, koszykarskiego i strzelniczego – wyznałem.
- Więc co dałeś im w zamian? – dopytywał z chytrym uśmieszkiem.
- Bardzo atrakcyjną możliwość…
- Jaką?
- Dołożenia Sakiemu i Sudze – skrzywiłem się.
- To chyba nie wszystko, mam rację? Oj, dawaj! Powiedz! Zapłaciłeś im? – zaśmiał się.
- Nie. Dałem im bardzo atrakcyjną możliwość…
- No, ale teraz gadaj prawdę! – doszliśmy już pod szkołę.
- Dołożenia…
- To już słyszałem! – wywrócił oczyma.
- … „trzem wspaniałym”.
- Kto to są ci „trzej wspaniali”? – zdziwił się.
- Ale nie mów Uru, jasne? – rozejrzałem się czy nigdzie w pobliżu nie ma rudzielca. – „Trzej wspaniali” to trzy osoby, które najbardziej gnębiły wszystkich w szkole. Byli nietykalni… aż do teraz. Wiele osób chce się na nich zemścić… Są to: Saki, Suga i… ja – dodałem cichutko.
- Ty?! – wykrzyknął. – Za bezpieczeństwo Rukiego dasz sobie dołożyć połowie szkoły?! – wrzasnął.
- Cicho! – zganiłem go. – I uwierz mi, że jest to więcej, niż połowa szkoły… - pokręciłem głową załamany. Opadłem na schody prowadzące do wejścia do szkoły i złapałem się za głowę. – Nie miałem innej możliwości. Nie chcieli niczego innego jak zemsty. W sumie… rozumiem ich – potarłem skronie.
- Uruha o tym nie wie?!
- Oczywiście, że nie wie! Inaczej by się na to nie zgodził i szukał innego rozwiązania! Ale… Ja chcę po prostu zakończyć to najszybciej, jak się da. Próbowałem przekupić ich pieniędzmi, ale powiedzieli, że nic nie jest cenniejsze od rozłupania głowy wyzyskiwaczom…
- Oni cię zabiją! – zaczął panikować. – Jak tyle osób się na ciebie rzuci, to nawet nie będzie, co z ciebie zbierać!
- Ja… Po prostu musiałem się zgodzić… Tak przynajmniej mam pewność, że Rukiemu nic nie grozi. Są tak szczęśliwi na myśl o tym, że mi dołożą, że nawet nie pytaj… Ty też powinieneś się cieszyć…
- No patrz, a jakoś nie skaczę z radości – pokręcił głową i spojrzał na mnie z bólem. – Musi być inne rozwiązanie…
- Nie ma! – krzyknąłem. – Muszę ponieść konsekwencje swoich czynów i koniec! Nie chcę o tym myśleć! Reita, skończmy ten temat! – wstałem i zachwiałem się. – Muszę zaznać bólu, który sprawiałem innym przez wiele lat – pokręciłem głową i zacząłem wspinać się po schodach. – Zaraz zaczną się lekcje. Chodźmy – machnąłem na niego ręką i obróciłem się do niego tyłem.
Nigdy nie widziałem jeszcze wyrazu twarzy Akiry, który wyrażałby taki żal jak teraz. Kiedyś uważałem go za maszynę do rozbijania nosów – teraz przekonałem się, że to jednak przyjacielski gość, który miał po prostu trudny charakter i na pierwszym miejscu zawsze stawiał bezpieczeństwo blondyna. Miło, że i mnie okazał w minimalnym stopniu miłosierdzie, ale tym razem musiałem stawić czoła swoim problemom – bez żadnych wykrętów i taryf ulgowych. Po prostu musiałem…


Wzmocnijmy szeregi polskiego yaoi! - MOTYWACJA dla was wszystkich


Ludki moje kochane, mam dla Was złą wiadomość... Nie, nie - nie zawieszam bloga ani nie odchodzę! (Chyba ktoś musiałby mnie zabić, żebym przestała pisać, mój Wen ma się świetnie [a kiedy on miewał się źle? O.o], choć trochę i tak ponarzekam, ale to później xD)

Chodzi o to, że wszyscy, nie no dobra, nie wszyscy... Więc może zacznę jeszcze raz: Chodzi o to, że dużo autorek blogów o tematyce yaoi/shounen-ai odchodzi, usuwa blogi, czy zawiesza je... To smutne! W dodatku polski portal yaoi (yaoi.pl) również upada (ale tam to wina adminów, więc nie będę się na ten temat wypowiadać).

Wiem, że każdy ma gorszy czas (ale to już jest przesada - mamy jakiś ogólnopolski okres depresyjny dla yaoistek?) - ja też nieraz miałam ochotę to wszystko rzucić i powiedzieć "pier$%^&* wy się wszyscy, niech pisze kto inny, bo ja się do tego nie nadaję!", ale zapewniam, że to nie jest rozwiązanie. Jeśli zamkniecie bloga, przestaniecie pisać to... sto procent i gwarancja na dwa lata z doczepionym paragonem, że będziecie żałować. Wiem, bo sama kiedyś chciałam zakończyć działalność i teraz bardzo cieszę się, że tego nie zrobiłam.

Teraz możecie uważać inaczej - ale kiedyś wspomnicie moje słowa (przeraża mnie to, że wypowiadam się jak moja własna prababcia...). Jeśli pisanie bloga sprawia Ci przyjemność - to pisz! Pisanie to nie mordęga ani nic z tych rzeczy. Ja, na przykład, czerpię wielką satysfakcję, kiedy od czasu do czasu przeglądam własne opowiadania i strzelam klasyczne "face palm", widząc jakie błędy popełniałam; mimo wszystko jestem dumna z siebie, że już ich nie popełniam. Teraz to, co kiedyś było nie do pojęcia, nie do przyswojenia, jest dla mnie błahostką, łatwizną.
Powiem Wam w tajemnicy (co niektórzy [czyt. ci, którzy ze mną piszą] wiedzą), że miałam zostać dyslektykiem. Polonistka w podstawówce stwierdziła, że jestem... że miewam poważne problemy, że tak to ładnie ujmę, i nic nie da się z tym zrobić - a dziś? Kiedy od tak, kiedyś odwiedziłam starą szkołę i pokazałam jej jedynie objętościowo mojego wydrukowanego mega-shota (60 stron, a "Liceum ma już 64 mimo że jeszcze się nie skończyło), to jej zrobiło się głupio, a nie mi - ale do czego piję? Już wyjaśniam: moja mama uparła się, że będzie ze mną ćwiczyć ortografię i gramatykę - poległa sromotnie. Potem zaczęłam czytać dużo książek - co nieco mi się tam poprawiło, ale nie za wiele. Jeszcze później zaczęłam czytać blogi i trafiłam na fanficki; pomyślałam: "Skoro inni piszą i wychodzi im to dobrze... to dlaczego ja mam nie spróbować?". I tak oto się zaczęła moja przygoda z pisaniem - i to tylko i wyłącznie dzięki temu nie kalam dziś swojego języka ojczystego aż tak bardzo jak moi rówieśnicy.

Właśnie... rówieśnicy - jeśli ubolewasz nad tym, że nie możesz nikomu powiedzieć o tym, o czym piszesz lub grono osób, które wie o tym jest bardzo małe, to pocieszę Cię - z całej szkoły, do której chodzę, prawie wszyscy widzą, że piszę bloga. O czym? Wie tylko jedna osoba poza mną. Codziennie słyszę prośby, typu: "Daj linka! No podaj ten link!", a co wtedy robię? Uśmiecham się ładnie, kiwam głową, odwracam się na pięcie i odchodzę.

Wiadomo, że wszystko po jakimś czasie może nam się znudzić, jak np. czekolada. Nie znam osoby, która by jej nie lubiła (nie mówię tu o osobach uczulonych) - ale jeśli codziennie któraś z nas by ją jadła i to w dodatku w kilogramach -> wiadomo, że to by nam się znudziło, przejadło, zniesmaczyło, a nawet zaszkodziło. Więc jeśli piszesz bloga, a nie masz weny - to zrób sobie wolne! Dwa tygodnie bez pisania i czytania jakiegokolwiek bloga - przerzuć się na książki, pooglądaj telewizję, spotkaj się ze znajomymi... Odpocznij. Zobaczysz, głowa znów zapełni ci się pomysłami! Nie zmuszaj się do pisania, bo możesz zrazić sama siebie!

Ja akurat jestem taką dziwną istotą, która nigdy nie spotkała się z problemem braku weny, bo ja po prostu siadam do laptopa, wygłaszam swój tradycyjny tekst "nie wiem, o czym napiszę, ale coś napiszę", włączam word'a i zaczynam nawalać w klawiaturę, dopóki mnie palce nie zaczną boleć! W takim razie, ktoś zapyta, z jakiej racji mam prawo wypowiadać się na ten temat - bo mnie też dotykają problemy! Można powiedzieć, że ja również przechodzę teraz gorszy okres, mimo że moja wena od ponad dwóch lat miewa się tak samo dobrze. Kiedyś, kiedy czytałam bądź pisałam (szczególnie kiedy pisałam) miałam wyobrażenie tego, jak co wygląda. Mimo iż nigdy nie byłam w Japonii (i pewnie nigdy tam nie pojadę) to, kiedy opisywałam, że ktoś tam skręcił z głównej ulicy na blokowisko, gdzie mieszkał, to ja nie pisałam sobie tego "od tak" - ja to naprawdę widziałam oczyma wyobraźni. Nazwijcie mnie wariatką, ale ja nie patrzę się w monitor ani na klawiaturę, kiedy piszę - wpatruję się w punkt powyżej monitora, w czerwoną ścianę mojego pokoju, choć... za dobrze jej nie widzę (i wcale nie chodzi o to, że jestem krótkowidzem - spokojnie, noszę soczewki). Chodzi o to, że nie widzę tak wyraźnie tej ściany, gdyż zakrywają mi ją półprzezroczyste obrazy z mojej fantazji. Kiedy piszę, że np. "Ruki wszedł do pokoju", to nie zawsze opisuję już dalej jak ten pokój wyglądał, ponieważ... jest to dla mnie zbyt oczywiste. (Oczywiście, kiedy chcę podkreślić, że w tym pokoju coś jest lub nie ma, lub jego wystrój był jakiś szczególny to zwracam na to uwagę) To jest dla mnie tak jakbym... zaprosiła Was to siebie. Skoro byłaś u mnie w domu, widziałaś jak tam jest, to nie na następnym spotkaniu, kiedy coś bym Ci opowiadała, nie musiałabym Ci mówić: "No wiesz... Ja to w przedpokoju mam taką komodę, która stoi zaraz przy drzwiach. Ona jest wykonana z ciemnego drewna i ma metalowe uchwyty. To właśnie tam położyłam klucze, a potem podeszłam do takiej dużej szafy, wykonanej z podobnego drewna i z podobnymi uchwytami i odwiesiłam tam płaszcz na niebieski, plastikowy wieszak" - po co niby miałabym Ci opisywać te meble, skoro byłaś u mnie i widziałaś jak to wygląda? Mogłabym po prostu powiedzieć: "Położyłam klucze na komodzie, a następnie odwiedziłam płaszcz do szafy". Więc jeśli opisuję np., że "Gara skręcił w lewy korytarz, choć myślałem, że skieruje się w prawy, do wyjścia (...)" to ja to naprawdę widzę. Widzę korytarz główny i dwa boczne od niego odchodzące; widzę, że te korytarze są zaciemnione, a przez małe okna wpada miękkie, słabe światło gasnącego już słońca; widzę, że na ścianie prawego korytarza jest graffiti, choć może nie zawsze o tym napiszę. Jakoś podświadomie wiem, że prawy korytarz prowadzi do wyjścia, a lewy w głąb budynku - skąd to wiem? Nie mam bladego pojęcia.
Kiedyś było to dla mnie oczywiste i myślałam, że inni też tak mają. Potem okazało się, że to tylko ja jestem taka dziwna. Teraz to zanika... Kiedy patrzę się w czerwoną ścianę mojego pokoju to... widzę głównie czerwoną ścianę mojego pokoju. Mogłabym z tego powodu zamknąć bloga, czy go zawiesić - ale tego nie zrobię.

Jest jeszcze jedna sprawa, która mnie wkurza i jednocześnie dobija - ilość polskich fanficków. Jest ich naprawdę mało... Znów podam przykład dotyczący mojej szanownej, wywyższającej się osoby - jak pewnie się zorientowałyście uwielbiam D'espairsRay, a moim ulubionym paringiem jest Zero x Hizumi, który niestety w polskich opowiadaniach występuje rzadziej niż rzadko. Lubię język angielski i trochę go już tam znam, dlatego też... czytam ficki w języku angielskim (nie, nie używam google tłumacz, jakby się ktoś pytał)! Smuci mnie to, że nie mogę poczytać nawet dobrego yaoi w języku polskim.
Dobra, kit z Zero x Hizumi - mówię teraz już ogólnie. Nowe ficki w języku polskim przybywają z prędkością cieknącej krwi z mojego nosa, kiedy dostałam w twarz piłką od szczypiorniaka. U nas miewa się to zazwyczaj tak - prolog, rozdział pierwszy, w szaleńczych i jakże nieprzyzwoitych porywach rozdział drugi i THE END lub zawieszenie na czas nieokreślony, co równa się THE END'owi. Boże, niedługo będę się musiała nauczyć się szwabskiego, żeby przeczytać jakieś yaoi! Ludzie, ja nienawidzę niemieckiego! Nie karzcie mnie tak! *płacze rzewnie*
Ale w tym podpunkcie muszę poruszyć jeszcze jeden temat - polskość z nas wychodzi! W sumie to mogę powiedzieć z Was albo ich, bo teraz zwracam się głównie do osób, które nigdy nie napisały choćby jednego zdania pojedynczego lub jego równoważnika na temat yaoi - nie ważne, czy to zdanie lub równoważnik zostało opublikowane w internecie czy też nie.
Coraz częściej dostaję maile, smsy, czy wiadomości na facebook'u o treści: "Kita! No weź coś napisz, bo nudą wieje!" albo "Weź coś naskrob, bo nie mam co czytać!" - a może, cholera, ty coś "naskrobiesz"? Hm? Może teraz ja coś przeczytam? Tak, Polacy lubią od innych wymagać, ale jak mają sami coś od siebie dać to - broń Boże! Nudzi Ci się? Siedzisz już przy tym komputerze to otwórz word'a czy notatnik i zacznij pisać! Jedni piszą lepiej, inni gorzej, ale ważne, żeby chociaż spróbować - poza tym nie będzie Ci się już nudzić. Teraz ktoś z kolei mógłby powiedzieć: "Bo tobie to łatwo powiedzieć, bo ty już "znana" jesteś". Gów%^ prawda! Obserwatorów nie przybywa wcale, wejść jest coraz mniej, ludziom komentarzy nawet nie chce się pisać... To wszystko jest demotywujące, ale cóż zrobić? No przecież nie powieszę się z tego powodu... Ostatnio dostałam także takiego maila: "Chciałam zacząć pisać, ale potem znalazłam twojego bloga i załamałam się. Przeczytałam wszystkie twoje opowiadania - łącznie z tymi najstarszymi, "najgorszymi" i załamałam się. Zrezygnowałam jednak z pisania, bo stwierdziłam, że przy tobie to bym się jedynie zbłaźniła...". Że tak powiem z francuskiego (którego nigdy w życiu się nie uczyłam) "la face palm"! "Zbłaźniłabym się przy tobie"? A co ja jestem? Steven King czy Agata Christi? Zbłaźnić to się możesz jak przy chłopaku, który ci się podoba wyrżniesz się i wylądujesz twarzą w błocie albo dostaniesz okresu, kiedy będziesz miała białe spodnie, a na twoim tyłku nagle pojawi się flaga Japonii... Tak jak pisałam już wyżej, jedni piszą trochę lepiej, inni trochę gorzej - ale wszystko da się wytrenować. Ja akurat jestem humanistą, ale nie każdy w końcu musi nim być. Z kolei z matematyki jestem gorzej niż tępa i do dziś nie znam tabliczki mnożenia. Umiem jedno, nie umiem drugiego - i co robię? Wzruszam ramionami, bo matma jest mi obojętna, a zresztą mam kalkulator w telefonie. Ty na maturze, czy teście gimnazjalnym nie będziesz miała opracowania lektury przed nosem, czy Sienkiewicza, który napisałby wypracowanie za Ciebie. Zdziwiona?
 A ja będę mogła mieć kalkulator na testach.
Jeżeli czytasz (cokolwiek, nawet zwykłe babskie szmatłwace), to znaczy, że w pewnym sensie interesujesz się słowem pisanym. Więc może pomyśl, żeby coś napisać albo zastanów się dwadzieścia razy, czy chcesz z tym skończyć.
I przypominam, że ja też kiedyś nie lubiłam języka polskiego i nie umiałam pisać. Jestem na blogu już prawie dwa lata, przez pół roku chowałam moje prace do szafki. Potem je ujawniłam - przeczytałam blogi innych dziewczyn, które pisały znacznie dłużej ode mnie - i również się załamałam. Też chciałam usunąć swoje teksty, kiedy nagle pojawił się pierwszy przychylny komentarz... a potem drugi... a potem zaczęły one wyskakiwać jak grzyby po deszczu i stwierdziłam, że może do Kinga, który pisze czterotomową sagę na kiblu, kiedy ma laptopa pod ręką i porządne rozwolnienie, się nie umywam, ale skoro ktoś czyta to, co piszę, to będę jednak pisać. Tak minął tydzień, miesiąc, dwa, trzy... pół roku, rok, aż w końcu strzeliło dwa lata i mogę nazwać się "weteranem". Napisałam dość sporo, a każde moje opowiadanie, każda kolejna część jest lepsza od poprzedniej - i to daje mi satysfakcję. To, dlatego nie usuwam sowich starych prac, mimo że są miliardy razy gorsze od tych, które piszę obecnie - czasem po prostu lubię do nich wracać i szczerzyć się jak dziecko z tego, że rozwijam się i sama mogę to zauważyć. Kiedy zaczynałam pisać, potrafiłam zrobić błędy we własnym nazwisku, dziś uczę ortografii i gramatyki moją młodszą siostrę i cioteczne rodzeństwo.

 A nawiązując do tych testów i matury... Tak jak mówię - nikt za Was nie napisze tego. Za mnie też nikt nie policzy, ale cóż... Nie chcecie chociaż spróbować sowich sił w humanie? Wiadomo, że każda z nas ma innego historyka, polonistę - jedna ma miłego i pomocnego, druga chamskiego i wiecznie naburmuszonego. Nauczyciele potrafią zrazić do swoich przedmiotów, ale na litość Boską, nie patrzcie na nich! Mnie też nie odpowiada moja historyczka, ale zaciskam zęby i brnę z tematem do przodu, bo a nóż, widelec znajdę coś ciekawego, co mnie zainteresuje!
Nie poznasz odpowiedzi, dopóki nie spróbujesz.

Zachęcam wszystkich do pisania w jakiejkolwiek formie! Już nie mówię tylko o yaoi, ale piszcie cokolwiek! Choćby liściki na lekcjach i bawcie się w pocztę pantoflową!

Ej! I pamiętajcie, że są osoby, które od Was "lepiej" piszą i jeśli boicie się, że się "zbłaźnicie" (nie no, nie mogę tego przeżyć...) to napiszcie do kogoś! Nie mówię już, że macie pisać do mnie, ale do kogokolwiek, kto was zainspirował, kogo uważacie za lepszego "pisarza" od Was, do kogoś, kogo chcecie poprosić o pomoc. Zapewniam Was, że nikt nie odpisze Wam: "Sorry, jestem lepsza, a Ty wywal te swoje wypociny, bo mi dysk normalnie się stopił, kiedy to czytałam"... Nikt nie gryzie i Was nie pobije, tym bardziej, że w internecie jesteście anonimowe, więc... gdzie problem?

Yaoi attack - come back to Gdańsk + konkurs

Witam, witam! Po prostu nie mogłyśmy powstrzymać się z Amidamaru i wykonałyśmy kolejny nalot na Gdańsk xD Sprawdziłyśmy - nasze poprzednie działa nadal są widoczne i nikt ich nie zepsuł. Oto kilka nowych naszych pomysłów, a tak naprawdę może i produktów xp

Dobra, rozpoczynam Amiadmaro-Kito Mango-telezakupy! Licytacje; ceny proszę pisać w komentarzach!

1. Przedmiot pierwszy to rzecz codziennego użytku - papier toaletowy (szary) marki Hizumi&Zero (na sej strajtaśmie właśnie jest napisane Hizumi i Zero, ale nie wiem, czy to jest widoczne, bo jakieś takieś zdjęcie nieciekawe wyszło :-/ )
Punkt odbioru: toaleta kina Cinem City "Krewetka" w Gdańsku xD - przedostatnia kabina


2. Przedmiot numer dwa: spłuczka marki Hizumi&Zero! (tak, wiem to zdjęcie jest powalające - ach ta moja odbijająca się ręka i telefon ;D) Za serduszko naliczamy dopłaty ;p
Punkt odbioru: toaleta kina Cinema City "Krewetka" w Gdańsku - ostatnia kabina


3. Przedmiot trzeci to drzwi do yakuzowni, jak głosi sam napis:


Zostały one przez nas pięknie ozdobione przez: karykaturę Kyo (moja robota xD nie zabijać mnie za to!), rozterki na temat Kyo (wokalisty) i Kyo (z taką kresą nad "o", ale nie chce mi się już tego szukać w wordzie xD Sorry. W każdym bądź razie to Kyo z kreską nad "o" oznacza dzisiaj), matematyczne serduszko (pierwiastek z dziewięciu - robota Ami), mój niedokończony napis w hiraganie (akurat jakiś gościu szedł, więc nie mogłam dokończyć :'( ) oraz listę członków yakuzy, do której te drzwi należą ("gang krzywych zębów - so cute" - taka nazwa, jakby się ktoś pytał xD). Na tej liście znajdują się: Tooru Niimura, Yoshida Hiroshi oraz Tanabe Yutaka - ewentualnych, kolejnych kandydatów proszę zgłaszać w komentarzach.
Punkt odbioru: nie mam pojęcia - gdzieś naprzeciwko małej kawiarni, gdzie nie ma kawy 


4. Przedmiot czwarty i zarazem ostatni to dziwaczny świecznik wraz ze świeczką marki Hizumi&Zero (robota Ami). 
Punkt odbioru: dziwna knajpa naprzeciwko kina Cinema City "Krewetka", gdzie ściany są sklejone taśmą klejącą xD



A teraz kilka bonusów:

1. Dzwonienie do ludzi domofonami i pytanie się, czy nie widzieli może naszego kolegi Shimizu Michi'ego lub Yoshidy Hiroshi. Niestety nikt nie widział... Jakby ktoś z was widział ich, to proszę napisać w komentarzu!
Dodam, że dzwoniłyśmy do gościa o nazwisku... Stoper. Tak, właśnie Stoper - nie zmyślam!
I tekst Amidamaru "Panie Stoper, ma pan Stoperan?" - do tej pory się z tego śmieję xD

2. Idziemy sobie kulturnie chodnikiem z kawą za cholerne 7,50 i słyszymy jak facet za nami rozmawia przez telefon:
- Co?... Nie... Hiro... Hiroczi? Nie, no mówię Hiro!
Porozumiewawcze spojrzenie między Kitą a Amiadamaru.
- W sensie Hiroshi? Yoshida? - Ami.
- A może Hiroto z Alice Nine? - Kita.
- No... Właśnie! Kira! Kyo? - znów się odzywa ten facet.
Kolejne porozumiewawcze spojrzenie.
- Kira z Death Note? - Kita.
- Kyo z Dir en Grey? - Ami.
- Kyo został Kirą - Kita.

3. Azjato-podobny; tak nazwałam chłopaka, który siedział w tunelu i grał na gitarze. Bynajmniej wyglądał na takiego z daleka xD Chciałam do niego podejść i zapytać się, czy zagrałby mi Guren albo Screen, ale niestety nie było już czasu (na jeden autobus i tak już się spóźniłam, więc sorry... powiedziałam, że nie będę do niego biegać... >.<) Ale następnym razem jak będzie to obiecałam sobie i Ami, że dam mu nawet wydrukowane nuty xD Jak już ma grać, to niech gra porządnie!

No dobra - z yaoi atack to tyle, bo byłam krótko, więc za dużego pola do popisu nie miałyśmy. Miał byś wypad do sex shopu, ale zapomniałam! Przypomniało mi się dopiero w autobusie... Cholerna skleroza! Może następnym razem nam się uda...
A propos następnego razu... wydaje mi się, że trzecie yaoi atack będzie najlepsze, gdyż, o zgrozo, żeby tylko wypaliło, będzie charakteryzacja, więc możliwe, że zobaczycie jak wyglądamy, chociaż niczego nie obiecuję (Boże, mój krzywy ryj... Masakra...).
To by było na tyle.

KONKURS!!!

Chcesz wziąć udział w yaoi atack i spotkać się ze mną? Napisz w komentarzu, gdzie mieszkasz! (Jeżeli mieszkasz w takiej małej miejscowości jak ja, to napisz duże miasto, do którego masz najbliżej) Miasto, które zostanie wymienione najwięcej razy, wyrywa! Postaram się na długi weekend przyjechać właśnie do Ciebie!
Osoby z trójmiasta i okolic - piszcie Gdańsk. Jeżeli chcecie się spotkać; piszcie do mnie na maila - po coś go w końcu założyłam, nie? Ustalimy pasujący wszystkim termin!


A teraz podziękowania, bo wszyscy dziękują, a ja wyjdę na taką nieczułą, że nic wam się nie odpłacę... xD

Amidamaru - Boże, mam to wszystko wymieniać? No dobra; dziękuję za to, że: spotykasz się ze mną, niszczysz ze mną swoje miasto i razem ze mną jesteś wandalem, piszesz ze mną sms i tracisz na mnie kasę, za to, że piszesz najdłuższe komentarze, po których nawet Red Bull'a nie muszę pić, bo ty mi dodajesz skrzydeł, za to, że jednak piszesz, nie opuściłaś bloga i nie pozwoliłaś mi popełnić samobójstwa z powodu niedomiaru twoich opowiadań, za to, że kiedy pisałam jeszcze na onet'cie nawet na telefonie czytałaś moje wypociny i złamałaś hasło do wi-fi, mój ty hackerze jeden <3 etc. Pamiętaj, że cię kocham!

Anonimie - każdy osobniku miłujący yaoi, który nie masz czasu wymyślić sobie pseudonimu i podpisać się na dole komentarz; dziękuję za wszystko. Nie będę wymieniać każdego anonimowego komentarz, bo mi życia chyba by nie starczyło...

Aoi Konoe - wspierasz mnie dziewczyno... ale i tak będę zła i na ciebie nakrzyczę! Napisz mi coś wreszcie! Ja chcę "Coocon"! I pamiętaj o Tsu x Hizu. Bardzo ucieszyła mnie twoja propozycja, co do wspólnego napisania ficka - lubię pisać z innymi osobami :)

Lilien - OMG, że tak się ładnie wyrażę... tu też jest długa lista - przez pewien okres czasu cię nie było, ale teraz znów powróciłaś! Dziękuję za to, że jesteś przy mnie przez... w sumie przez cały czas. Odkąd pisałam na onet'cie ty byłaś już stałym odwiedzającym. Jesteś jednym z moich głównych motywatorów, dla których wciąż piszę. Pamiętaj, że cię kocham!
xMidziak - a ciebie to zbesztać powinnam, a nie chwalić, bo mnie tu wywyższasz i przez ciebie będę jeszcze bardziej zadufana w sobie, ot co! Cały czas powtarzasz mi jak ja to cudownie piszę... Twój ostatni tekst mnie po prostu zabił: "PS Chciała bym cię móc kiedyś zaprosić do siebie, ale jak na razie to nie mam poziomu ._. " - jeśli ja mam jakiś poziom... to literatura polska schodzi na psy... Mimo wszystko miło jest choćby poudawać, że ci wierzę, iż w istocie masz mnie za taką "pisarkę" ;] Twoje słowa są bardzo miłe - zauważyłam, że coraz częściej widzę twoje komentarze pod postami i są one coraz dłuższe - to się chwali! <3 Pamiętaj, że cię kocham!

mi rai - twoje komentarze są na ogół krótkie, ale cieszę się, że w ogóle wysilasz się, żeby postukać trochę w tą klawiaturę xD 

Reila - Chwalisz mnie podobnie jak xMidziak, ale ja zapewniam cię, że nie jestem taka za jaką mnie uważasz. Twoje komentarze na ogół również nie są długie, ale treściwe i także motywują.Pamiętajcie, że każdy - nawet najkrótszy komentarz motywuje i jest pokarmem dla autora!

No, myślę, że najbardziej aktywnych nagrodziłam <3 :*Smuci mnie tylko to, że dużo osób, które kiedyś zaglądały na mojego bloga na onet, dziś zaginęły. Zresztą... W porównaniu do tamtych statystyk, mam wrażenie, że coraz mniej osób porywa się na to "szaleńcze i nieprzyzwoite" pisanie komentarzy. W takim razie moje pytanie do was brzmi: Dlaczego? To moja wina? Zmienił mi się w jakiś sposób styl pisania - na gorsze?


Oneshoot Ryoga x Kifumi (BORN)


Tytuł: Red Desire
Paring: Ryoga x Kifumi (BORN) dlaLilien :*
Typ: oneshoot
Gatunek: yaoi-cuspospolituj
Beta: Hoshii.

Dedykowane dla Lilien :*


- Ja i tak was nie rozumiem… - przewrócił oczyma basista.
- Boże, czego ty znowu nie rozumiesz? – westchnął cierpiętniczo K.
- No tego całego klipu… Dlaczego wy jesteście tacy sztampowi? Czemu zawsze musi występować tam dziewczyna? Przecież to jest już nudne! – prychnął i opadł na kanapę, zajmując ją całą dla siebie, dlatego ja i Tomo musieliśmy usiąść na podłodze.
- Nie podoba ci się oglądanie półnagiej kobiety w naszym klipie? – zdziwił się Ray, który podczas nagrywania owego teledysku, który nie podobał się Kifumi’emu, jak zahipnotyzowany wpatrywał się w dziewczynę bez stanika. – Dziwny jesteś… - machnął na niego ręką. – Jak dla mnie to cycków nigdy za wiele… - rozmarzył się.
- A ja nie wiem, co was w tym tak podnieca – kontynuował swój wywód Kifumi, zakładając ręce pod głowę. – Nie umiecie nikogo wyrwać na imprezie? Internet wam odcięli i dostępu do Red Tube nie macie? – prychnął.
- A co? Wolałbyś oglądać półnagiego mężczyznę w naszym klipie? – wciął się Tomo.
- No na przykład! – basista ożywił się nieco. – To przynajmniej byłoby coś innego! Teraz,nieważne jaki klip włączysz:wszędzie gołe baby. Mnie się to nie podoba! Mam tego dość! Jakbym chciał obejrzeć porno, poszedłbym do burdelu! – lamentował.
- A czego ty się spodziewałeś? – zganił go K. – Przecież piosenka nosi nazwę „Red Desire”. Myślałeś, że pokażemy tam teletubisie na łące i wycięte zdjęcia Kai’a z The GazettE zamiast tego śmiejącego się słoneczka?
- A propos tego słoneczka… - odezwał się Ray, ale zaraz został uciszony przez perkusistę.
- Nawiązując do tego faceta, o którym wcześniej mówiliśmy… Kifumi, czy ty się dobrze czujesz? Chcesz pokazać jakieś yaoi w naszym klipie?! Wiesz jakby na to zareagowała publiczność?! – wydarł się.
- A co mnie publiczność? – rozwalony na kanapie muzyk wzruszył ramionami. – Fankom by się spodobało. Zresztą, narobilibyśmy dużo szumu, więc pisaliby o nas w gazetach! Zyskalibyśmy na popularności!
- Ta… Bylibyśmy znani jako pederaści i zboczeńcy – fuknął K.
- A tak uważają nas za normalnych facetów, którzy gapią się na cycki baby, która w samych majtkach i jakiejś dziwnej masce, której także nie rozumiem, wystąpiła w naszej piosence, tak?
- Dokładnie – potwierdził gitarzysta.
- I to niby ja tu jestem dziwny… - Kifumi załamał się i pokręcił głową z politowaniem dla całego, zboczonego świata. – I jest jeszcze jedna rzecz, której nie rozumiem…
- Jezu, zlituj się nad nami – westchnął Ray, łapiąc się za głowę. – Będziesz roztrząsał sprawę tej maski? Dobra, jest dziwna, ale, cholera, nie my ją projektowaliśmy, więc daruj!
- Nie o tym chciałem powiedzieć – warknął basista, przewracając się na bok, po czym pogładził mnie po włosach. – Ryoga – zwrócił się do mnie. Drgnąłem na wydźwięk mojego imienia – możesz mi wyjaśnić, dlaczego, do kurwy nędzy, ty gryzłeś tą dziewczynę po kolanach? I dlaczego to zostało wyemitowane?!
Wyrwany z letargu spojrzałem zdumiony na basistę, po czym potrząsnąłem głową, aby się w niej rozjaśniło. Kiedy trafiły do mnie jego słowa, odpowiedziałem z głupią miną:
- A miałem ciebie gryźć po kolanach? – zdumiałem się, na co wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem. Tylko ja i ciemnowłosy mierzyliśmy się spojrzeniami. Ja nie wiedziałem, co zrobić (a tym bardziej nie rozumiałem, co tak rozśmieszyło pozostałych), a Kifumi wydawał się intensywnie nad czymś myśleć. Gdy w końcu śmiech ucichł, basista odezwał się:
- To nie jest głupie! – reszta zespołu spojrzała na niego jak na idiotę, jednak on się tym nie przejął i wpatrywał się wciąż we mnie. – Z tym facetem, to rzeczywiście byłaby przesada… Miałeś rację Tomo, mogłoby to zostać przez wielu uznane za niesmaczne, ale gdybyśmy tak ograniczyli siętylko do naszej piątki?
- W sensie, że mamy lizać się między sobą i pokazać to w klipie? – upewnił się Ray.
- A co? Już nie raz tak robiliśmy! Trochę fanservice’u nie zaszkodzi, a spodoba się fanom! Nagrajmy to jeszcze raz!
- Bez urazy, ale nikt nie będzie cię gryźć po kolanach, Kifumi – westchnął perkusista.
- Ja mogę – zdeklarowałem się i położyłem dłonie na kolanach basisty, opierając się o niego i jednocześnie odwracając tyłem do reszty. – Ładne masz te kolanka… - uśmiechnąłem się i w zaczepny sposób zacząłem ciągnąć zębami za materiał rurek, które miał dziś na sobie. Przez to, że były obcisłe, od czasu do czasu przygryzałem także jego skórę… a wcale nie robiłem tego delikatnie. Ciemnowłosy przeczesał palcami moje włosy, odgarniając grzywkę, która wpadała mi do oczu.
- Ryoga… to wygląda conajmniej… źle… - zauważył K. – Wiesz… siedzisz na podłodze między rozchylonymi nogami Kifumi’ego, przez co wyglądasz, jakbyś miał mu zaraz… no wiesz… - przewrócił oczyma.
- Obciągnąć? – dokończyłembezwstydnie.
- Ta, właśnie…
- Ej! To będzie fajne! – wykrzyknąłem. – Ogólnie ten pomysł Kifumi’ego może wypalić! Wiecie… Możemy nagrać to właśnie w taki sposób!
- Taki, to znaczy jaki? – dociekał K.
- Możemy „sklecić” ten klip z takich dwuznacznych urywków! Nikt nie będzie się z nikim pieprzył ani rozbierał, ale będziemy pokazywać właśnie coś takiego – że niby wygląda, jakbym chciał obciągnąć naszemu basiście, ale przecież tego nie zrobię!
- To byłoby przynajmniej oryginalne, a nie takie sztampowe! – dodał chłopak, który chwilę po tym, jak to powiedział, podniósł mnie i usadził na własnych kolanach, po czym zaczął gładzić moje udo. Pozostali spojrzeli na nas krzywo.
- No nie wiem…
- Nie jestem przekonany…
- Może lepiej zostawmy to tak jak jest… - próbowali się wymigać.
- Oj, dajcie spokój! Możemy tylko spróbować! Jeśli w trakcie nagrywania, czy po obejrzeniu pełnych efektów naszej pracy,uznamy, że to jednak nie jest dobre, nie musimy tego publikować! – próbowałem ich zmotywować.
- Bez urazy dla nikogo, ale nie chciałbym wylądować na jakiejś stronie xxx w filmiku, w którym wyglądam jakbym któremuś z was miał się zarazsprzedać… - odezwał się jasnowłosy gitarzysta,który wyglądał jakby zjadł właśnie całą cytrynę.
- Dajcie nam szansę! – jęknął błagalnie basista, zaciskając dłoń na moim kolanie.
- No dobra – westchnął perkusista, który również nie był zachwycony naszym pomysłem. – Szansę możemy wam dać. Napiszcie scenariusz, który pokazywałby jak wy to widzicie. Potem to przeanalizujemy i stwierdzimy, czy w ogóle ktoś oprócz was będzie chciał w tym wystąpić…

***

- Matko! To też odpada! Kifumi, nie oszukujmy się! To jest niewypał! – załamałem się. – Oni nie będą chcieli w tym wystąpić!
- Ryoga, nie trać nadziei! – próbował mnie pocieszyć. – Nie gnieć tej kartki! No nie wyrzucaj jej! – sapnął wściekły, kiedy wrzuciłem kolejną papierową kulkę do śmietnika. Basista wstał i podszedł do papierowej góry wyglądającej z plastikowego kubła i zaczął szukać w niej kartki, którą tam dorzuciłem. – Nie możesz nastawiać się na „anty”. Ty już wymyślasz… A to w tym Ray nie będzie chciał zagrać, a na to K się nie zgodzi… daj spokój! Przedstawimy im sześćdziesiąt tysięcy wersji i na którąś będą musieli się zgodzić! – rozwijał zgniecione kartki jedną po drugiej aż w końcu zalazł to, czego szukał. – Ha! Mam! – przebiegł wzrokiem po tekście. – A nie… to jednak nie to – westchnął. – Ale to też się nada. Łap! – rzucił we mnie papierową kulką, która odbiła się od mojej głowy. Zacząłem kląć pod nosem. – No mówiłem, żebyś złapał… - podszedł do mnie i uderzył mnie lekko pięścią w ramię. Spojrzałem na niego zawistnie, jednak w moim wyrazie twarzy wyłapał inne uczucie, które za wszelką cenę chciałem ukryć. – Wiem, że jesteś smutny – objął mnie ręką. – Ja też chciałbym, żeby to przeszło…
- Ja nawet nie mam nic do tej półnagiej baby, ale chciałbym zrobić coś oryginalnego! Narobić dużo szumu! – wyrzuciłem ręce w powietrze. –Jednak, jak zawsze, musi być jakieś pierdolone „ale”! – wkurzyłem się. Z jednej strony niby byłem wściekły, a z drugiej totalnie wykończony tą wściekłością i bezradnością zarazem. Ułożyłem głowę na ramieniu chłopaka i ziewnąłem. Była już noc, a my nadal siedzieliśmy w tej naszej nieszczęsnej salce w studiu…
- No wiesz, zawsze istnieje taka opcja, że oni będą sobie tańczyć, grać i tak dalej – machnął ręką, podkreślając, iż jest to nieistotne – a my możemy się całować – wzruszył ramionami. – Jeśli oni nie będą chcieli być oryginalni to my będziemy!
- Jak tylko nasza dwójka tak zrobi, to nie będziemy oryginalni! Bo to już było! BREAKERZ tak zrobili w „Real Love”! Tak samo zachowywała się ta dwójka z ADAMS!
- Tych ostatnich, o których mówisz nie znam, ale wierzę ci na słowo… Myślisz, że żeby wzbudzić prawdziwe zainteresowanie i wywołać skandal, to musi wziąć w tym udział cały zespół?
- No! – jęknąłem. – Wiesz… dwójka to nic, ale piątka… to już coś!
- Pięciokącik? – zachichotał.
- Fajnie by było, ale oni się nie zgodzą… - westchnąłem i wyrwałem się z jego objęć, po czym położyłem się na sofie, zwijając w kulkę. – Jestem zmęczony… - wyznałem.
Kifumi ułożył się za mną i objął mnie w pasie, przyciągając do siebie. Miałem na sobie grubą bluzę i było mi zimno, a on był w samej koszulce z krótkim rękawem i grzał jak piecyk. Odwróciłem się do niego przodem i przywarłem do jego torsu, chcąc się nieco ogrzać.
- Masz zimne dłonie – zauważył, chwytając moje ręce i bawiąc się moimi palcami.
- Bo mi zimno – mruknąłem.
Basista wsunął moje dłonie pod swoją bluzkę, układając je na swoim brzuchu. Kifumi był tak gorący, że jego rozgrzana skóra niemal parzyła mi palce. Kiedy poczułem to gorąco aż zachłysnąłem się powietrzem z wrażenia. Po chwili przytuliłem się do niego całym ciałem, chcąc odebrać mu trochę tej wysokiej temperatury. Ciemnowłosy gładził mnie po głowie, a następnie zaczął masować mój kark. Jego długie, szczupłe i przede wszystkim gorące palce były przyczyną przyjemnych dreszczy, które mną wstrząsały. Kiedy chłopak zauważył to, wsunął dłoń pod moją bluzę i raz za razem przejeżdżał palcami wzdłuż kręgosłupa. Chichotałem wtedy i wyginałem się w różne strony; łaskotało mnie to. Kiedy znudziła mu się już ta zabawa, przeszedł do następnej. Zaczął wciskać mi palce między żebra i podszczypywać mnie, przez co śmiałem się jeszcze głośniej i wierzgałem nogami. Rękami próbowałem jakoś bronić się przed jego kolejnymi atakami, ale moje próby spełzły na niczym, gdyż nie umiałem zmusić go, żeby wyjął ręce spod mojej bluzy.
- Ki… Kifumi! Przestań! – zwijałem się ze śmiechu i próbowałem go jakoś odepchnąć, ale nie wychodziło mi to.
- Ale dlaczego? Mnie się to podoba – zachichotał i przewalił mnie na plecy, po czym usiadł na mnie okrakiem i rozpiął moją bluzę. – Chyba już ci cieplej? – uśmiechnął się, kiedy pokiwałem głową. Wyjął moje ręce z rękawów, a następnie nachylił się nade mną. Przez chwilę zastanawiałem się, co zamierzał zrobić, kiedy nagle… znów wbił mi palce między żebra, przez co zaśmiałem mu się prosto w twarz! – Nie pluj, z łaski swojej – zaśmiał się.
- Ja? Ja nie pluję, ot co! – zachichotałem, a on znowu mnie zaatakował. – No, przestań! – znów zacząłem się śmiać i wiercić.
- Miałeś mi coś zaoferować w zamian! – przypomniał.
- Au! – zawyłem. – To boli! Przestań, bo nie mogę się skupić, żeby wymyśleć, co ci dać w zamian!
- Nie możesz się skupić… Słaby argument – zaśmiał się i znów zaczął mnie maltretować.
- A czego… Au!... byś chciał w zamian za to, że przestałbyś robić mi krzywdę? – poszedłem na łatwiznę; nie mogłem wymyślić niczego sensownego.
- Hm… - wyprostował się, nadal siedząc na mnie okrakiem i przez chwilę zastanowił się. – Odpowiesz mi trzy razy tak.
- Ale… Na co? – nie rozumiałem, o co mu chodziło.
- Po prostu przytaknij, a przestanę się nad tobą „znęcać” – uśmiechnął się.
- No… dobra – pokiwałem głową. W sumie to… conibymogłem stracić na takim układzie?On przestałby mnie dręczyć, a ja po prostu miałem mu trzy razy powiedzieć tak. – Mam powiedzieć tak, tak, tak. I tyle? – zdziwiłem się.
- Nie – zachichotał i zszedł ze mnie. – Red desire?
- Co? – zgłupiałem, jednak pod siłą nacisku jego wzroku mniej więcej zrozumiałem. – Aaa… Kumam! Tak!
- Sex on the beach?
- Tak!
Kifumi wstał i nic już więcej nie mówiąc, pociągnął mnie za rękę. Wyprowadził mnie ze studia, uprzednio nawet nie zabierając stamtąd naszych rzeczy, czy zamykając drzwi na klucz. Wyszliśmy na parking, gdzie chłopak władował mnie do swojego samochodu. Byłem totalnie zagubiony i nie rozumiałem jego zachowania, przez co przez chwilę czułem się jak uprowadzony główny bohater w filmie akcji.
- Gdzie jedziemy? – zapytałem, jednak on mi nie odpowiedział, a jedynie uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Znaleźliśmy się na obrzeżach miasta. Basista zboczył z głównej trasy i zaczął manewrować po coraz węższych uliczkach. W prawo, w lewo, w prawo, w prawo, w lewo… i zgubiłem się. Kompletnie nie wiedziałem, gdzie się znajdowaliśmy. Z dziwną miną spojrzałem na ciemnowłosego, który nadal uśmiechał się pod nosem. Nagle przed nami jakby spod ziemi wyrosła zielona ściana lasu.
- Chyba się zgubiliśmy… - powiedziałem cicho, na co on zachichotał i wjechał do lasu.
Wtedy to już w ogóle poczułem się jak w filmie – jak w tych wszystkich horrorachklasy B, a nawet C, kiedy morderca wywozi swoją ofiarę do lasu, przywiązuje ją do drzewa, a potem zabija w bestialski sposób siekierą. Po udanej masakrze zazwyczaj jeszcze przygląda się swojemu „dziełu”, a nieraz nawet obliże swoje palce, które są w hektolitrach keczupu albo czerwonej farby, która miała być imitacją krwi. Zaśmiałem się, kiedy wyobraziłem sobie Kifumi’ego w roli takiego mordercy. To wyglądało wręcz groteskowo!
Jechaliśmy po jakiejś piaszczystej drodze, a właściwie dróżce, która nie była przeznaczona dla samochodów, o czym świadczyła choćby jej szerokość – co chwilę jakieś gałęzie bębniły o boczne lusterkai szyby.Bałem się, że auto się zakopie i za chwilę razem będziemy musieli je pchać, na co nie miałem najmniejszej ochoty, jednak obyło się bez tego. Dojechaliśmy… na plażę. Na dziką, niestrzeżoną plażę, która chyba była częścią parku krajobrazowego, a może nawet i narodowego, chociaż nie byłem tego pewien. W końcu basista zatrzymał się i wyłączył silnik, po czym wysiadł, dając mi ręką znak, żebym poszedł w jego ślady. Zrobiłem to bezzwłocznie i podbiegłem do niego.
- Po co tutaj przyjechaliśmy?
- Pięknie, prawda? – udał, że nie usłyszał mojego pytania.
Co, jak co, ale musiałem przyznać, że miał rację. Niebo było bezchmurne, a wielki talerz księżyca wyglądał urzekająco w towarzystwie cudownie migających setek gwiazd. Woda leniwie, wręcz ospale falowała. Wydawała się być srebrna od blasku księżyca, który się w niej odbijał. Od strony morza wiała delikatna i rześka bryza, która unosiła nasze włosy. Uśmiechnąłem się – lubiłem takie widoki. Piasek, po słonecznym dniu, nadal był ciepły i czysty. Wszędzie było cicho i pusto; istny raj dla weny, która nagle do mnie zawitała. Zacząłem przeszukiwać kieszenie w nadziei, że znajdę długopis, czy choćby kredkę do oczu (już nie potrzebna była mi kartka – mogłem pisać na rękach), kiedy basista znów złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Objął mnie w pasie i poprowadził w głąb plaży. Zaprowadził mnie na wydmy, po czym pchnął mnie tak, że usiadłem na piasku. On również usiadł; naprzeciwko mnie i uśmiechnął się pięknie.
- Po co mnie tutaj przyprowadziłeś? – zapytałem, a muzyk popchnął mnie jeszcze raz, tak, że tym razem położyłem się.
Zawisł nade mną i spojrzał mi w oczy. Jego oczy lśniły i widziałem w nich płomyczki radości, której z pewnością nie umiałbym opisać słowami. Nie wiedziałem, z czego się tak cieszył. Zacząłem o tym rozmyślać, kiedy nagle… pocałował mnie! Delikatnie muskał moje usta, a kiedy nie wyczuł z mojej strony żadnego oporu, polizał moją dolną wargę. Uchyliłem usta, choć sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Może to była chwila słabości, a może chciałem tego już od dawna… Może myślałem, że ciemnowłosy chciał „poćwiczyć” do tego klipu? To wytłumaczenie chyba było najgłupsze, ale tak wiele zrodziło się ich w mojej głowie, że nawet nie zauważyłem, kiedy objąłem go za szyję i zacząłem oddawać pocałunki. Nasze języki splotły się i zaczęły razem bawić. Co chwilę przechodziły mnie dreszcze, co chłopak doskonale mógł wyczuć.
W pewnym momencie Kifumi wsunął rękę pod moją bluzkę i zaczął mnie dotykać. Na początku spiąłem się, ale kiedy zaprzestał, poczułem niedosyt. Sugerując mu, że ma wznowić pieszczotę, sam zacząłem go dotykać. Nie chciałem się spieszyć, ale… nie wyszło. Po prostu nie dałem rady i po chwili zdarłem z niego koszulkę, odrzucając ją. Pożądanie wzięło nade mną górę. Basista pozbył się także mojej górnej części garderoby, po czym zszedł z pocałunkami na szyję. Raz całował, raz lizał, a od czasu do czasu nawet przygryzał skórę na mojej szyi, pozostawiając na niej drobne malinki. Kiedy tak się ze mną bawił, wzdychałem głośno, dając mu tym samym znak, że mi się podoba. Dotarł do torsu, gdzie nie zabawił długo – na chwilę jedynie zatrzymał się przy sutkach, ale w jego planach było coś zupełnie innego. Zjechał od razu na podbrzusze i dopiero wtedy zrozumiałem, że tutaj zaczyna się zabawa. Chłopak wsunął mi język do pępka i przez moment się tak bawił, a następnie po prostu zaczął mnie lizać. Czułem jak podniecenie zbierało swoje żniwa w postaci ubywającego w zastraszającym tempie miejsca w moich spodniach. Nie wiedziałem, że, zpozoru, taka drobna pieszczota, mogła być tak przyjemna… Kifumi nie zaprzestając kreślenia językiem na moim podbrzuszu szlaczków, rozpiął mi rozporek, a po chwili zdjął ze mnie spodnie, co dało mu możliwość zejścia jeszcze niżej. Pojękiwałem cicho, kiedy od czasu do czasu wsuwał język za linię bokserek. W momencie, kiedy myślałem, że zdejmie ze mnie ostatnią część garderoby, on zaczął całować mnie po wewnętrznych stronach ud. Zachłysnąłem się powietrzem i rozsunąłem przed nim nogi, dając mu do zrozumienia, że tego chcę. Robiło mi się coraz goręcej, mimo że piasek stawał się coraz zimniejszy. Kiedy był już naprawdę blisko mojego krocza, próbowałem zacisnąć dłonie na sypkim piachu tak jak na pościeli, ale oczywiście nie wychodziło mi to.
- Proszę… Zrób to wreszcie… - wyjęczałem, kiedy lizał moją męskość, przez materiał bielizny.
Basista uśmiechnął, po czym w końcu zlitował się nade mną i ściągnął ze mnie bokserki. Polizał żołądź, po czym, już bez zbędnych gier, wziął mnie w usta. Powoli poruszał głową do przodu i do tyłu, chcąc tym samym przedłużyć zabawę. Było mi cholernie dobrze… Korzystając z tego, że chłopak wybrał tak ustronne miejsce, pozwoliłem sobie na… jakby to ładnie ująć? Głośne potwierdzanie przyjemności, jaką on mi sprawiał. Krzyczałem na całe gardło, wplątując palce w jego włosy i delikatnie go za nie ciągnąc. Na początku chciałem, żeby przyspieszył, ale potem zrozumiałem, że takie „słodkie tortury” są o wiele przyjemniejsze. Zresztą… to przedłużanie dawało mu więcej czasu na „popisy”. Muzyk wyczyniał ze mną cuda, a ja krzyczałem jego imię, wychwalając go pod same niebiosa. Miałem wrażenie, że złapałem Boga za nogi… a kiedy pomyślałem, że to dopiero początek, uznałem, że moim Bogiem właśnie został Kifumi. Ssał, lizał i przygryzał moje przyrodzenie sprawiając mi niewyobrażalną przyjemność. Mimo, iż było mi tak dobrze, wiedziałem, że przy takim tempie nie dojdę. Jak się okazało basista też o tym wiedział (mentalista jeden, no!) i w pewnym momencie nagle ostro przyspieszył, przez co po kilku chwilach spuściłem się w jego usta.
- Aaach! – krzyknąłem. – Prze… Przepraszam – wyszeptałem, kiedy zauważyłem, że ciemnowłosy wszystko przełknął.
Pocałował mnie, jakby chciał powiedzieć „nie przepraszaj”, po czym zdjął swoje spodnie. Wtedy nagle mi się przypomniało, że on nie rozebrał się jeszcze! Zacząłem szamotać się z jego bielizną; Kifumi trochę mi pomógł i już był od niej uwolniony. Kiedy ogarnąłem go wzrokiem, uśmiechnąłem się do siebie, po czym przyciągnąłem go do jeszcze jednego pocałunku. Chłopak na oślep sięgnął do swoich spodni i wyjął coś z ich kieszeni. Po tym, oderwał się ode mnie, a ja otworzyłem oczy i kiedy zobaczyłem, co trzyma w ręku, zaśmiałem się.
- No chyba żartujesz – prychnąłem i wyrwałem mu z ręki prezerwatywę, po czym wyrzuciłem ją gdzieś za siebie. – Jestem czysty jak łza. Niczym się nie zarazisz – powiedziałem dobitnie.
Chłopak uśmiechnął się i pocałował mnie jeszcze raz. Potem podstawił mi trzy palce, które ja dokładnie oblizałem, pozostawiając na nich grubą warstwę śliny. Basista podniósł mnie delikatnie i zaczął napierać na moje wejście pierwszym z palców, jednocześnie znów przywierając do moich ust. Na początku nie było przyjemnie… Krzywiłem się, jednak wiedziałem, że później mi to zrekompensuje. Kiedy dodał drugi palec i zaczął mnie rozciągać, gryzłem go w dolną wargę, ciągnąc za nią, kiedy bolało i wyginałem się w przeróżne strony. Przy trzecim palcu, jęczałem z bólu i mrugałem wściekle, starając się nie uronić łzy. Muzyk widząc, że źle to znosiłem, zaczął onanizować mnie drugą ręką, aby odciągnąć moją uwagę od bólu. Kiedy uznał, że byłem wystarczająco dobrze przygotowany, wyjął ze mnie palce, a ja poczułem się dziwnie pusty w środku. Zaraz potem jednak zaczął na mnie napierać swoją erekcją, a ja zachłysnąłem się powietrzem. Wchodził we mnie powoli, mocno zaciskając dłoń na moim przyrodzeniu – mimo to i tak odczuwałem ból. Dawno już nie kochałem się z mężczyzną, dlatego musiałem swoje „ścierpieć”. Ciemnowłosy scałowywał moje łzy. Wszedł we mnie do końca, jednak nie poruszał się, dając mi czas na przyzwyczajenie się do jego obecności we mnie. Wziąłem kilka głębszych wdechów i rozluźniłem się na tyle, na ile w tym momencie mogłem i zacząłem się pod nim poruszać, dając mu znać, że już jestem gotowy.
- Nie jestem ze szkła… - uśmiechnąłem się mimo łez, co on odwzajemnił i pocałował mnie ponownie.
Jego pierwsze ruchy były bardzo powolne i płytkie; mimo to i tak głośno jęczałem. Z czasem ból zamieniał się w przyjemność, a ja rozluźniłem się już całkowicie i zacząłem go popędzać. Powtarzałem jego imię jak mantrę, wychodząc naprzeciw jego pchnięciom, aby wbił się we mnie jeszcze głębiej. Kochanek wchodził we mnie pod różnymi kątami, szukając mojego czułego punktu. Jęczałem wprost do jego ucha, wbijając paznokcie w delikatną skórę na plecach. Nasze oddechy stawały się coraz płytsze, a pchnięcia głębsze. Co chwila zalewały mnienowe fale gorąca. Obaj byliśmy już blisko, gdy nagle Kifumi trafił w moją prostatę.
- Tak! Tak! Nnn!... Właśnie tu! – krzyczałem wijąc się pod nim z rozkoszy.
Teraz trafiał już raz za razem, przez co po chwili doszedłem i zacisnąłem na nim mięśnie. Chłopak wykonał jeszcze kilka chaotycznych ruchów, po czym sam rozlał się we mnie, zalewając moje wnętrze spermą. Kiedy to poczułem, zadrżałem z przyjemności. Ciemnowłosy opadł na mnie wykończony. Przez chwilę obaj regulowaliśmy oddech, a gdy jemu jako-tako już się to udało, ponownie podniósł się, wyszedł ze mnie, na co jęknąłem rozżalony i położył się koło mnie, obejmując ręką w talii. Przylgnąłem do jego torsu i ukryłem nos w zagłębieniu jego szyi, nadal ciężko dysząc.
- Byłeś wspaniały… - szepnąłem mu na ucho.
- Ty również – odpowiedział mi i pocałował mnie w ramię, po chwili układając na nim głowę.
Przez moment jeszcze odpoczywaliśmy, po czym Kifumi delikatnie odsunął się ode mnie i pocałował mnie krótko. Uśmiechnął się zawadiacko, po czym odezwał się:
- Red desire – dotknął mojej męskości, na co ja cicho westchnąłem i zarumieniłem się, zrozumiawszy, o co mu chodzi. – Sex on the beach – zatoczył dłonią koło, pokazując wszystko, co nas otaczało. Również uśmiechnąłem się i wtuliłem w niego jeszcze mocniej.
- Ale jak do tej pory powiedziałem tylko dwa razy tak – zauważyłem.
- Nie jesteś zły? – zapytał z wątpliwością, która odbiła się w jego głosie.
- Niby za co? – zdziwiłem się.
- Za to, że… praktycznie cię do tego zmusiłem – spuścił wzrok.
- Praktycznie, to ty jesteś debilem, Kifumi – przewróciłem oczyma i pocałowałem go w szyję. – Obiecałem ci, że powiem trzeci raz tak, więc… słucham. Co jest tą trzecią rzeczą?
- Wiesz… Chyba do końca nie przemyślałem tej gry – podniósł się na łokciu i wyraźnie sposępniał. – Obawiałem się, że w ogóle się nie zgodzisz… że mnie odrzucisz… Potem, kiedy już się niemo zgodziłeś, bałem się, że później będziesz na mnie zły… Zresztą… to nie był najdelikatniejszy sposób w jaki chciałbym ci przekazać coś... bardzo ważnego…
- Dobra, zgodziłem się na seks, nie jestem zły, wręcz przeciwnie; jestem zadowolony i zaspokojony – zbyłem go, chcąc wreszcie usłyszeć „kocham cię”. Boże, to tak trudno powiedzieć? Przecież już się kochaliśmy! Włożenie jest łatwiejsze od wypowiedzenia dwóch słów? Przecież nie brał ze mną ślubu! Najpierw będzie związek, poznawanie się etc. A dopiero później coś ewentualnie dalszego… - Więc co to za trzecia rzecz? – udawałem, że się nie domyślam.
- Ryoga – zganił mnie wzrokiem. – Nie popędzaj mnie…
- No dobrze, dobrze – uśmiechnąłem się słodko, przewracając oczyma i kreśląc niewidoczne znaczki na jego torsie.
- To, co chcę ci powiedzieć jest bardzo ważne… i nie powinno występować w tej mojej głupiej grze. To bardzo poważna sprawa i broń Boże, nie odpowiadaj „tak” tylko dlatego, że zgodziłeś się na nią, jasne? – rzucił mi poważne spojrzenie.
- Jasne – uśmiechnąłem się. – Ale ta gra jest fajna… I uczy angielskiego – zaśmiałem się. – Kontynuuj to! – zmroził mnie wzrokiem. – Wiem, wiem… Mam nie zgadzać się ze względu na grę… ale chodzi mi o to, żebyś powiedział to w taki fajny sposób – wyszczerzyłem się. – Wiesz… Było Red desire, Sex on the beach… i? – „Areyou love me?”; dopowiedziałem sobie trzecią rzecz w myślach. Albo nie… to chyba nie ma być w formie pytania tylko równoważnika zdania, więc powinno być „Love me”, nie? Rozmyślałem, w jaki sposób Kifumi w końcu to powie, kiedy z letargu wyciągnął mnie właśnie jego głos.
- Jak chcesz… Red desire?
- Yes – „zabłysnąłem” znajomością języków obcych.
- Sex on the beach?
- Yes.
Chwila ciszy.
- Marry me?
- Ye… - zatkało mnie. – Co? – wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Marry me? – powtórzył wyraźnie zestresowany. Zza siebie wyjął małe pudełeczko i otworzył je. W środku oczywiście był pierścionek… Na chwilę zapomniałem jak się oddycha. Płuca zaczęły mnie palić żywym ogniem, łzy napłynęły mi do oczu…
- Yes! – krzyknąłem w końcu i rzuciłem się na niego, przytulając mocno.
Chłopak na ślepo włożył mi obrączkę na palec i pocałował namiętnie. Zastygliśmy w pocałunku, smakując naszego niezatwierdzonego przez państwo ani Kościół małżeństwa.



DODATKI:
- Kifumi! Pobawimy się jeszcze raz w tą twoją grę? Ale teraz ja będę mówił!
- No dobrze, skarbie…
- Ale zmienimy trochę zasady, ok? Ja będę mówił seriami, bo mam znacznie więcej wymyślonych rzeczy niż ty… I niech stracę… Możesz powiedzieć tak lub nie.
- Zaczynajmy.
- Buy me a dog… no, no… Buy me a cat! Yeah! I want acat! And buy me a car. Buy house with garden for us. Give me more sex. Give me something sweet to eat.
- Yes, yes, yes, yes, yes – uśmiechnął się.
- Give me a baby. I want know your parents. Go with me to sex shop.
- No, no, yes.
- Czemu nie chcesz mieć ze mną dziecka?!
- Chcę, ale to fizycznie niemożliwe, skarbie!
- Pierdolony ginekolog się znalazł… A czemu nie poznasz mnie ze swoimi rodzicami?!
- Bo cię kocham i nie chcę żeby stała ci się krzywda. Zresztą… Gdybyśmy się razem u nich pojawili, jestem pewien, że przeprowadziliby na nas takie eksperymenty, że żaden z nas nie mógłby mieć dzieci….
- Chcę mieć z tobą dzieci!
- Mogę ci kupić lakę BabyBorn…
- Taką z logo naszego zespołu?
- Co?
- No mówisz: Baby Born. To znaczy, że to lalka, która wygląda jak dziecko i ma logo naszego zespołu? No bo przecież żadna kobieta nie mogła urodzić lalki – nie mogła jej zrobić „born”! Cholerne kobiety, czemu tylko one mogą rodzić?!
- BabyBorn to nazwa tej lalki…
- Aaa… A kupisz mi taką z logo naszego zespołu?
- Oczywiście kochanie. Dla ciebie wszystko.
ect. xD