Monsters cz.5



MONSTERS CZ. 5

- A jeśli ta osoba tego nie zrozumie? – przerwałem mu. – Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że jesteś mentalistą i potrafisz sprawić, by ludzie za każdym razem myśleli lub dostrzegli to, co ty chcesz im pokazać.
- Dopiero wtedy się odzywam – światła na jego twarzy tworzyły kolorowe mozaiki. Wyglądał cudownie w tym świetle. Chciałem zapamiętać go takim do końca życia.
- Mam rozumieć, że chciałeś mi coś przekazać, ale ci się to nie udało… dlatego tak nagle zacząłeś ze mną rozmawiać?
Muzyk spojrzał na mnie łagodnie i takowo również się uśmiechnął, po czym położył rękę na mojej dłoni, którą zaciskałem kurczowo na barierce. Delikatnie długimi, smukłymi palcami gładził grzbiet mojej dłoni.
- Dokładnie tak… - szepnął patrząc mi w oczy.

Pod jego natarczywym spojrzeniem speszyłem się i wbiłem wzrok w nasze dłonie, a dokładniej moją dłoń, którą gładził Zero. Dziwnie się czułem – jeszcze nigdy nie spotkałem się ani z podobnym człowiekiem, ani nie znalazłem się w podobnej sytuacji z chłopakiem. Gdybym jeszcze miał do czynienia z płcią przeciwną, zapewne wszystko byłoby okej, ale… co miałem zrobić, kiedy on dotykał mnie w taki sposób, w jaki dotyka się, na przykład, swoją dziewczynę? A może w Japonii to było normalne? Albo oni mieli tutaj jakiś inny „system” okazywania sobie uczuć… No tak, jestem Amerykaninem i gówno o tym wiedziałem, więc mogłem jedynie tak sobie „gdybać”. Kurde, nawet nie miałem do kogo zwrócić się ze swoimi wątpliwościami! Karyu zabiłby mnie śmiechem, a Tsukasa wydałby mnie Karyu… który zabiłby mnie śmiechem po raz drugi. A Zero? No jak zapytać go w takiej sytuacji?
Czułem się, co najmniej tak, jakby on próbował mnie poderwać! Nie no, nie miałem nic do homoseksualistów – w końcu Tyczka i jego perkusista, z którym mieszkałem przez kilka dni byli razem i to tolerowałem… i mógłbym nawet zaakceptować to, że basista również był gejem, czy biseksualistą, a ten zespół tworzyli sami pederaści, jakby to powiedziała moja mama, ale… Przecież ja z Michim znałem się zaledwie kilka dni! No… tydzień, może trochę więcej, jednak – przynajmniej w moim mniemaniu – to za krótki czas żeby się w kimś zakochać! W dodatku przecież w ogóle się nie znaliśmy… Wiedzieliśmy o sobie tylko tyle, że obaj lubiliśmy japońskiego rocka, graliśmy na basach i potrafiliśmy powiedzieć, jak ten drugi ma na imię. To chyba trochę za mało…
„Boże, o czym ja myślę!” – zganiłemsię i ledwo powstrzymałem od wykonania klasycznego „face palm”. – „To zwykły dotyk, nic poza tym! Yoshida, opanuj się i swoją wyobraźnię!” – oj źle ze mną, źle…
Shimizu spojrzał na mnie ciekawsko, jednak ciepły uśmiech nadal widniał na jego ustach. Nie wiem, dlaczego Karyu i Tsu mówili o nim jak o jakimś cichym monstrum – fakt, może nie odzywał się zbyt często, ale kiedy go przycisnąłem, nawet powstała między nami jakaś mini-dyskusja. Zero od pierwszego momentu, kiedy go spotkałem wydawał mi się być przyjazny, choć jednocześnie dość specyficzny… ale pozostaje jedno pytanie: Dlaczego pozostali dwaj muzycy wmawiali mi, że basista to prawdziwy jeździec apokalipsy? Jaki mieli w tym cel? Może nie chcieli, żebym znalazł tutaj przyjaciół – żebym cały czas czuł się jak outsider, aż w końcu łaskawie opuścił ich kraj i dał im święty spokój? No dobra, Karyu rzeczywiście mógłby się tym kierować, jednak Tsukasa? W końcu on sam zaproponował mi żebym u niego zamieszkał, a teraz chciał mnie wyrzucić? Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć… Może i Oota był narcyzem, którego najbardziej interesował własny czubek nosa, ale nie był zły, czasem wręcz pomocny, więc…
A może myśleli, że w jakiś sposób „zdegraduję” ich ukochanego Zero, dlatego woleli mnie trzymać z daleka, a wiadomo, jak w najbardziej przystępny sposób odseparować jedną osobę od drugiej - tej pierwszej wcisnąć jakieś kity, tak, żeby potem nie chciała się już zadawać z tą drugą! To wydawało mi się całkiem niegłupie… Ale znów pozostawało pytanie, czy Kenji byłby do tego zdolny? Może rudzielec coś mu nagadał, albo przekupił go w wiadomy sposób (no skoro byli razem to chyba sprawy łóżkowe nie były im obce) i wmówił, że to ja byłem tym złym i niedobrym?
Ech… Tyle pomysłów zrodziło mi się w głowie, jednak żadnego nijak nie mogłem potwierdzić. Żeby te wszystkie moje domysły jakoś poprzeć, musiałbym ich lepiej poznać i stwierdzić, czy perkusista i lider byli na tyle źli, aby wyciąć mi taki numer. Jednak żeby ich poznać potrzebowałbym trochę czasu… Z Tsu jeszcze mógłbym nawiązać jakiś kontakt, jednak biorą pod uwagę Tyczkę… oj, tu potrzebowałbym ogromu czasu, a przecież aż tyle go nie miałem, bo za dwa tygodnie znów miałem wrócić do Ameryki. Żeby to wszystko sprawdzić i rozważyć wszelkie możliwości potrzebowałbym niezależnej osoby trzeciej, która zechciałaby mi pomóc, a przy okazji nie wygadała nic chłopakom… Ale przecież ja nie znam żadnej takiego osoby! Oprócz Zero, Karyu i Tsukasy nie znam tutaj nikogo…
Ale zaraz, zaraz! Nagle doznałem olśnienia! Enya! Były wokalista Monsters! On jest tą osobą trzecią, która… chwila, chwila… olśnienie po olśnieniu! Przecież on również mnie nie lubił po tym, jak naskoczyłem na niego za to, że traktował muzykę jak grzebanie w śmieciach i w ogóle nie zależało mu na zespole… Zresztą, nie wiedziałem gdzie on mieszkał… A nawet gdybym znał adres to i tak nic by mi to nie pomogło, bo przecież nie znałem Tokio i zaraz bym się w nim zgubił!
Mimo wszystko postanowiłem spróbować…
- Zero? Wiesz może, gdzie mieszka ten cały Enya? – zapytałem cicho.

***

Wysiadłem z taksówki przed małym blokiem nadal miętosząc w ręku karteczkę z adresem byłego wokalisty, który został zapisany pochyłym pismem basisty. Cóż… Spodziewałem się, że czarnowłosy zaraz po tym, jak otworzy drzwi, naskoczy na mnie, nawrzeszczy, ewentualnie pobije i wyrzuci na ulicę, a ja z podkulonym ogonem wrócę do domu Shimizu, ale mimo to nie traciłem nadziei, że mógłbym się dowiedzieć czegoś ważnego i interesującego na temat ludzi, którzy stali się moim jedynym otoczeniem przez kilka ostatnich dni.
Wszedłem do małego budynku i wspiąłem się po schodach na drugie piętro. Stanąłem przed drzwiami z cyferką 12 i z wielką obawą, zapukałem. W chwilę po tym usłyszałem dźwięk jakby coś spadło, potem kilka siarczystych przekleństw w języku angielskim (czyżby ktoś się mnie tu spodziewał?) aż w końcu drzwi się uchyliły i zobaczyłem w nich burzę poczochranych, czarnych włosów, a następnie za nimi zaspaną twarz.
- Czy ty, kurwa, wiesz, która jest godzina? – warknąłpo angielsku.
- Wiem, wiem. Przepraszam, że nachodzę cię o tej porze, ale…
- A tak w ogóle,to po co żeś tu przylazł, przychlaście? – burknął. – I skąd masz mój adres?
- Ja tylko na chwilę… obiecuję – dodałem widząc niepewność w jego oczach.
Po chwili wahania chłopak mrucząc pod nosem coś po japońsku, czego nie mogłem zrozumieć,wpuścił mnie do swojego mieszkania.
- Jeżeli Tsukasa wyrzucił cię z domu za to, że dotknąłeś jakiejkolwiek jego rzeczy, czy,o zgrozo, zepsułeś ją, to nawet nie licz, że cię przenocuję! – wcelował we mnie palcem w oskarżycielskim geście. – Jestem rasistą!
- Em… Ale ja też jestem Japończykiem, wiesz? Tylko wychowałem się w Ameryce – podsunąłem usłużnie.
- Właśnie! Wychowałeś się w Ameryce i zachowujesz się jak typowy amerykański przychlast, więc dla mnie jesteś durnym Amerykańcem!
- Amerykaninem – poprawiłem go.
Przeszliśmy do salonu, w którym ściany były koloru błękitnego. Komplet białych mebli składający się z dwóch foteli, komody i szafki, na której ustawiony był telewizor sprawiały, że miałem wrażenie, iż nagle temperatura spadła o jakieś dwa stopnie. Było tu tak zimno i nieprzyjemnie… mimo wszystko nie dałem nic po sobie poznać. Właściciel mieszkania usiadł na jednym z foteli, po czym wskazał mi miejsce naprzeciw siebie. Zdziwiłem się, że jeszcze mnie nie wygnał – uznałem to za dobry omen, dlatego podjąłem rozmowę.
- Nie bój się, nie chcę prosić cię o żadną przysługę – założyłem nogę na nogę. – Aktualnie mieszkam u Zero, który, bynajmniej jak na razie, nie daje mi jakiś jednoznacznych znaków świadczących o tym, że chce mnie wyrzucić na bruk…
- Mieszkasz u Zero? – wytrzeszczył oczy. Niepewnie kiwnąłem głową, nie rozumiejąc, co go tak zdumiało. Po chwili były wokalista roześmiał się. – To musisz mieć tam z nim niezły Armagedon! Boże, oddałbym wszystko żeby tylko nie mieszkać z Shimizu! – klasnął w dłonie. – Jak ty znosisz ten horror?
- Horror? – powtórzyłem, mrugając kilkakrotnie jakby to miało mi pomóc i rozjaśnić umysł. – Zero jest bardzo przyjazny… - wzruszyłem ramionami. – W sumie… Między innymi przyszedłem do ciebie również w jego sprawie.
- Co masz namyśli? – podparł głowę na dłoni i taksował mnie uważnym spojrzeniem.
- Przyszedłem dowiedzieć się czegoś o wszystkich członkach zespołu Monsters. Proszę, wyjaśnij mi najpierw, o co chodziło z tymi dwoma poprzednimi muzykami, którzy odeszli… - Enya podrapał się po głowie, po czym skrzywił się i westchnął.
- Myślałem, że przyszedłeś z jakąś ważniejszą sprawą… - wzruszył ramionami. – Ale no nic… Nie wiem, co się tam dokładnie wydarzyło, bo nie należałem wtedy do zespołu. W ogóle znam tylko bardzo pobieżną historię z tamtych czasów Monsters. Karyu i Tsukasa nie chcą o tym rozmawiać, a Zero udaje słup soli – wywrócił oczyma. – W każdym razie, kiedyś po jednym z występów, podsłuchałem ich rozmowę w garderobie. Wiem tylko, że poprzednimi członkami zespołu był jakiś Takeru i Miyawaki. Nigdy tych ludzi osobiście nie spotkałem, więc nie mogę ci nic o nich powiedzieć. Słyszałem tylko, jak Tsukasa mówił, że już dawno temu trzeba było zakończyć działalność zespołu, bo kiedy odeszli ci dwaj, których ci wcześniej wymieniłem, Monsters porządnie podupadło.
- A wiesz może dlaczego ci dwaj odeszli? – dopytywałem.
- Po części… - mruknął niechętnie. – Chodziło o związek Tsu i Karyu. Podobno jakaś nieciekawa sytuacja miała miejsce między jedną, a drugą dwójką i dlatego Takeru, i Miyawaki odeszli. Podejrzewam, że Oota i Matsumura przesadzili trochę z „fan service’m po koncercie” – wzruszył ramionami. – Wiem również, że od tamtej pory chłopcy ukrywali się ze swoim związkiem i nie afiszowali się tak. Nie wiem, czy przeszli na jakieś „cold” stosunki, czy może jedynie udają takich niezainteresowanych sobą nawzajem jedynie przy osobach postronnych, ale w każdym razie skończyło to się w miarę szczęśliwie.
- „W miarę szczęśliwie”? – zacytowałem go. – O co ci chodzi?
- Takeru i Miyawaki odeszli, zespół nieco się popsuł, ale nasze gołąbeczki nie zrezygnowały ze swojej miłości… bynajmniej nie całkowicie – wzruszył ramionami i ziewnął rozdzierająco. – No to chyba opowiedziałem wszystko, co wiedziałem – potarł brodę w geście zamyślenia. – Teraz ty mi odpowiedz na pytanie. Jak Zero może być „przyjazny”?
- Em… - zafrasowałem się. – No normalnie… On cały czas uśmiecha się delikatnie, wykonuje wszystko, o co go poproszę… tylko nie mówi za wiele… chociaż kilka godzin wcześniej, zanim tutaj przyszedłem, staliśmy na balkonie i nawet udało nam się nawiązać coś w rodzaju konwersacji – powiedziałem, przyglądając się swoim paznokciom. Jego pytanie wydało mi się być dziwne… Czyżby Karyu przewidział, że mógłbym wpaść na genialny pomysł spotkania się z Enyą i jego również w jakiś sposób przekupił, żeby ten wmówił mi, że basista jest zły?
- Nie wierzę! – wykrzyknął, wyrzucając ręce w powietrze. – Chyba nie mówimy o tej samej osobie! – spojrzał na mnie jak na idiotę.
- No i tu właśnie też chciałem się ciebie o coś spytać… - powoli przeniosłem wzrok na niego. – Karyu i Tsu również wmawiali mi, że Michi jest chodzącym zwiastunem śmierci, jednak on jest dla mnie bardzo dobry. Kiedy byliśmy razem w barze i Zero odniósł moją pustą szklankę, a następnie przyniósł mi piwo, chłopcy nie mogli pozbierać szczęk z podłogi! Siedzieli przez jakieś dziesięć minut w osłupieniu i wpatrywali się we mnie z otwartymi ustami, jakbym… nie wiem… powiedział, że go kocham! – palnąłem pierwszą lepszą absurdalną rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
- Czekaj, czekaj… - zdawało się, że czarnowłosy również dostał zatwardzenia mózgu po tej informacji. – Ja powiem jak wyobrażam sobie tą sytuację, a ty potem powiesz jak było naprawdę, okej? – przytaknąłem. – Zero bierze od ciebie szklankę z niedopitym drinkiem i albo wylewa ci go na głową, albo na koszulkę, i śmiejąc się cicho odchodzi z twoją szklanką, gdyż pomylił się i myślał, że to jego. Potem kupił dwa piwa, bo uznał, że nie opłaca mu się dwa razy chodzić do baru i z powrotem, a następnie jednak stwierdził, że to piwo jest niedobre i oddał jedną butelkę tobie – wysnuł swoją teorię, na co ja pacnąłem się otwartą dłonią w twarz.
- Nie – pokręciłem głową. – Zero wstał i kierował się do baru, żeby odnieść swoją szklankę, więc złapałem go za rękaw i poprosiłem żeby wziął od razu i moją, na co on kiwną głową, uśmiechnął się lekko i to zrobił. Potem Karyu i Tsukasa zaczęli się tak we mnie ostentacyjnie wpatrywać, więc wolałem zmyć się. Wstałem i skierowałem się do baru, przy którym usiadłem, a obok mnie zaraz pojawił się Shimizu i wręczył mi butelkę piwa – wyjaśniłem.
Cisza.
Cisza.
Dźwięk przełykanej śliny.
Cisza.
Cisza.
- KŁAMIESZ! – wykrzyknął, zrywając się na równe nogi.
- Nie! – zaprzeczyłem szybko.
- Kłamiesz! To niepodobne do Zero! Nie dość, że nie zabił cię za to, że go zaczepiłeś i miałeś do niego jakąś prośbę, to w dodatku uśmiechnął się do ciebie i kupił ci piwo? Prędzej uwierzę w to, że się z nim całowałeś! – zasłonił dłonią oczy.
- Ja… ja całowałem się z nim – spuściłem wzrok na podłogę. Notabene, ładne miał te ciemne panele podłogowe… - Graliśmy w butelkę i jeden z chłopaków wymyślił mi takie zadanie! Miałem do wyboru, albo go pocałować, albo pieprzyć się z nim na stole… więc z dwojga złego wybrałem to pierwsze – wyrzuciłem to z siebie szybko, widząc, że Enya szykuje się do kolejnej serii zaprzeczeń i oskarżania mnie o kłamstwo.
„Z dwojga złego” – moje własne słowa odbiły się echem w mojej głowie… W sumie… to ten pocałunek nie był taki zły… Co ja się oszukuję! Podobało mi się! To znaczy, że jestem bi?
Chłopak, zupełnie jakby coś ścięło go z nóg, spadł ciężko na swoje poprzednie miejsce i wbił we mnie ten sam oszołomiony wzrok, którym taksowali mnie perkusista i lider w barze.
- Posłuchaj… - odezwał się tak cicho, że musiałem wytężyć słuch żeby go usłyszeć. – Osoby bez serca to zazwyczaj te same osoby, które miały go kiedyś za dużo… Znam Zero od początku gimnazjum i powiem ci, że kiedyś to była najbardziej empatyczna osoba, jaką kiedykolwiek spotkałem. Potem… Potem coś w jego życiu się zmieniło. Nie wiem co – pokręcił głową. – Jakiś pas nieszczęść… Ktoś go strasznie skrzywdził… Podobno źle to zniósł i przez długi czas nie chodził do szkoły. Wtedy wszyscy się o niego martwili; bo w końcu jak można nie martwić się o osobę, która z pewnością przebiła swoim miłosierdziem Matkę Teresę z Kalkuty? Cała szkoła go znała… Codziennie ktoś do niego pisał, przychodził, jednak jego matka odsyłała wszystkich z kwitkiem i zapewnieniem, że Shimizu niedługo wrócić do szkoły… To była trzecia klasa gimnazjum. Minęło półrocze, a Michi  dopierozjawił się w szkole. Wtedy był już zupełnie inny. Na początku nikt go nie poznał. Przestał się kimkolwiek interesować, nikomu nie pomagał, a wręcz przeciwnie – szkodził. Wyrobił sobie jakiś dziwny, czarny humor, przez co bawiły go ludzkie nieszczęścia. Odizolował się od większości ludzi, jednak mimo swojej zmiany nadal miał swój mały haremik złożony z najwierniejszych fanek. Te głupie dziewczyny myślały, że to taki nowy image Zero; że mimo wszystko, pod tą nową powłoką w środku kryje się czuły romantyk, który swoją oblubienicę będzie obsypywał płatkami róż i codziennie wręczał jakieś drobne upominki. Ale tak wcale nie było… Shimizu zaczął interesować się również chłopcami; zaczął eksperymentować… Opuścił się w nauce, a wolny czas poświęcał na grę na gitarze. Ja również się od niego odciąłem, o ile można tak powiedzieć, bo jak można odciąć się od kogoś, kogo codziennie spotykasz na klatce schodowej? Mieszkaliśmy w jednym bloku… Zero zmienił się nie tylko z charakteru, ale również z wyglądu. Zapuścił włosy, przefarbował na brązowo, zaczął lubować się w czarnych ubraniach, mimo że kiedyś twierdził, że czarną koszulkę założy tylko i wyłącznie na jakiś pogrzeb – westchnął. – Tak jak mówiłem, starałem się odciąć od niego. Jakoś obaj skończyliśmy gimnazjum. Potem nasze drogi się rozeszły – poszliśmy do innych szkół. Wyprowadziłem się do Osaki, ale kiedy skończyłem technikum, wróciłem do Tokio. Wtedy pierwszą osobą, z którą ponownie się spotkałem był on. Pomyślałem, że może ta „chandra” już mu się skończyła; że znów jest normalny, dlatego zaczepiłem go na ulicy, za co Zero odpłacił mi się tym, że mało nie zmiażdżył mi nosa. Pomijając to, zaczęliśmy jakąś nieskładną rozmowę, a dokładniej to monolog z mojej strony, bo on praktycznie na żadne moje pytanie nie odpowiedział. W końcu w jakiś sposób wywiedziałem się, że Michi należy do Monsters, ale okazało się, że nie mają wokalisty, więc wkręciłem się na to miejsce, bo… bo chciałem być bliżej Shimizu. Zaczęły mnie zżerać wyrzuty sumienia, że zamiast mu pomóc w tych trudnych dla niego chwilach, odepchnąłem go jak pozostali. Chciałem mu to jakoś zrekompensować, a zresztą… - nagle urwał.
- Co „a zresztą”? – podskoczyłem na siedzeniu z ciekawości.
- Nie, nic – pokręcił głową i utkwił wzrok w bliżej nieokreślonym punkcie.
- Dokończ – zażądałem, na co on westchnął głośno.
- Późno już. Zaraz będzie druga w nocy. Moja dzielnica o tej porze nie jest najbezpieczniejsza, więc powinieneś już wracać – polecił i wstał, po czym podszedł i złapał mnie za rękę, podrywając na równe nogi. Zaciągnął mnie pod drzwi, po czym je otworzył i czekał aż wyjdę, a gdy zobaczył, że nie zamierzam tego zrobić, wypchnął mnie. Chciał mi zamknąć drzwi tuż przed nosem, ale wystudiowanym ruchem domokrążcy wsunąłem nogę między drzwi a futrynę.
- Dokończ – powtórzyłem. Enya pokręcił głową i uśmiechnął się gorzko.
- Ach, ten amerykański upór – przewrócił oczyma. – A zresztą… to była moja szkolna miłość – szepnął cicho i szybko. – Dobranoc –zamknął drzwi. Po chwili usłyszałem charakterystyczny dźwięk zasuwanej zasuwy i już wiedziałem, że moja audiencja u byłego wokalisty dobiegła końca.
Przez kilka następnych minut stałem jeszcze w osłupieniu i wpatrywałem się w drzwi, po czym w końcu przyswoiłem wszystko, co powiedział mi czarnowłosy i wyszedłem z jego bloku. Następnie skierowałem się na jedną z głównych ulic, gdzie złapałem taksówkę i podając drugi adres, który miałem zapisany na karteczce, ruszyłem w drogę powrotną do domu basisty. Zastanawiało mnie, co też mogło wpłynąć tak na Shimizu? Co go tak zmieniło? Jakie drastyczne przeżycie? Ech, od tego wszystkiego jedynie rozbolała mnie głowa. Nic mądrego nie byłem w stanie wymyślić.
Taryfa zatrzymała się, a ja zapłaciłem otyłemu kierowcy i ponownie znalazłem się na ulicy. Spojrzałem na blok, w którym mieszkał muzyk i jeszcze raz zastanowiłem się, czy na pewno chcę się z nim spotkać. Może tym razem znajdzie się jakiś wolny pokój w hotelu?
Spojrzałem w górę i wypatrzyłem jeden z najwyższych balkonów, który należał do mieszkania Zero. Przez szklane drzwi balkonowe widziałem słaby promień żółtego światła. Jeszcze nie spał? To dziwne… Przecież mówiłem mu, że wychodzę i prawdopodobnie wrócę późno… ale po co niby miał na mnie czekać?
Wszedłem do budynku i skierowałem się do windy. Wjechałem na odpowiednie piętro, po czym wszedłem do mieszkania chłopaka. Sam nie wiem dlaczego, ale widok jaki tam zastałem wywołał u mnie uśmiech. Michi leżąc na leżance obok włączonej małej lampki, która dawała owe słabe światło, które widziałem z ulicy, zasnął w otoczeniu pustych kubków po kawie i książce. Najwidoczniej starał się jak tylko mógł doczekać mojego powrotu, jednak Morfeusz i tak z nimwygrał. Shimizu spał spokojnie i, wydawałoby się na pierwszy rzut oka, głęboko. Przez chwilę z jakąś dziwną fascynacją przyglądałem się, jak jego klatka piersiowa rytmicznie unosi się i opada, po czym nagle jakbym się ocknął z letargu. Trafiło do mnie, że zapewne jest mu zimno, bo mimo iż miał długie spodnie, to na odsłoniętych ramionach, z racji tego, że miał bluzkę z krótkim rękawem, pojawiła się gęsia skórka. Zgarnąłem z sofy puszysty, czarny koc i przykryłem go nim, przysiadając na krawędzi leżanki. Chłopak wziął głębszy oddech i poruszył się delikatnie, kiedy nakrywałem go kocem, ale wydawało mi się, że się nie obudził. Wyglądał pięknie w tym miękkim, żółtym świetle… wyglądał tak pięknie, iż wydawało mi się, że to tylko złudzenie optyczne. Żeby uświadomić sobie, że to rzeczywistość opuszkami palców przesunąłem po jego policzku i uśmiechnąłem się pod nosem. Jego cera była tak idealna jak on sam… Kiedy nagle…! Tak zapatrzyłem się w jego twarz, że nawet nie zauważyłem, kiedy sięgnął do mojej ręki i nakrył ją własną dłonią, przyciskając do swojego policzka. Przestraszony w pierwszym momencie chciałem odskoczyć, ale uniemożliwił mi to. Po chwili otworzył oczy i spojrzał na mnie zamglonym wzrokiem.
- Gdzie byłeś tak długo? – zapytał zachrypniętym od snu głosem.
Teraz dylemat: powiedzieć mu prawdę, czy nie?
- A wiesz… - mruknąłem niezbyt skory do rozmowy. – Postanowiłem trochę połazić po mieście i zakręciłem się… Nie mogłem znaleźć drogi powrotnej do twojego mieszkania, ale w końcu jakoś mi się to udało – uśmiechnąłem się sztucznie.
- Yoshida – chłopak spojrzał na mnie srogo. – Nie rób ze mnie idioty, dobrze? – skrzywił się. Pierwszy raz widziałem, żeby uśmiech zniknął z jego twarzy. – Uwierz mi, mam mózg i się nim posługuję od czasu do czasu! Skoro wziąłeś ode mnie adres Enyi to z pewnością u niego byłeś, choć nie podejrzewam żeby twoja wizyta u niego trwała więcej niż dziesięć minut, bo nie lubi gości i rzadko kiedy wpuszcza kogoś do swojego mieszkania. W takim razie pytam się, co robiłeś przez pozostały czas? – rzucił mi wyczekujące spojrzenie.
- No mówię, że kręciłem się po mieście… - bąknąłem.
- A ja wcale nie widzę, że kłamiesz – westchnął i pokręcił głową z politowaniem. – Hizu… - powiedział prosząco, a ja łaskawie na niego spojrzałem. – Enya to nie jest miły i fajny koleżka, z którym mógłbyś, przysłowiowo, konie kraść. Zawsze otaczało go jakieś dziwne towarzystwo, które, obawiam się, że mogłoby zrobić ci krzywdę. Każdy następny ruch tego chłopaka jest nie do przewidzenia, a poza tym nie wolno mu ufać, bo on nigdy nie dotrzymuje swoich obietnic; jego słowo jest nic nie warte. To jeden z najlepszych kłamców jakich w życiu poznałem! – zaraz, zaraz… To znaczy, że to wszystko, co mi powiedział mogło być kłamstwem? Na szybko skleconą historyjką?! No pięknie! Zmarnowałem wieczór na słuchanie jakiś bajek! – Mógł cię zaprowadzić w jakiś ciemny zaułek, gdzie sprzedałby cię swoim „kolegom” na organy… ale skoro wróciłeś o własnych siłach i nie krwawisz to wnioskuję, że nic podobnego nie miało miejsca… - mruknął ciszej i wywindował się do siadu, po czym… objął mnie w pasie! Przyciągnął mnie do siebie iwsunął ręce pod moją koszulkę gładząc dolne partie pleców.
- Ej! -  odsunąłem się trochę on niego, wyrywając z uścisku. – Spasuj z tym, okej? Znów zaczynasz, jak na tym murku? – wypomniałem mu.
- No nerki nadal masz dwie – uśmiechnął się krzywo. – Dzięki Bogu! A co do tego, co miało miejsce na murku… Jeszcze raz przepraszam – pochylił głowę w akcie skruchy. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego Japończycy witając, czy przepraszając kłaniają się sobie… jak dla mnie to było śmieszne! Co prawda moja mama też zawsze tak robiła, więc byłem z tym oswojony, jednak nie zmienia to faktu, że mnie to bawiło! – Ale przynajmniej przypomniałeś mi, że jeśli już, to mam się bawić z tobą, a nie tobą… - uśmiechnął się zadziornie, na co ja zareagowałem prychnięciem.
- Chciałbyś… - rzuciłem, cicho się śmiejąc. – Ale zaraz, zaraz…. „Przypomniałeś” sobie o tym? Przecież my się tydzień temu poznaliśmy!
- Aa… No jak dla ciebie to tak – pokiwał głową. – A tak dokładnie to tydzień i trzy dni temu – pokazał mi język.
- O, widać, że byłeś dobry z matematyki… w przeciwieństwie do mnie… A o co ci chodzi z tym „jak dla ciebie to tak”? Zero, mówisz jakimiś zagadkami! – zganiłem go. – Jak dla mnie? To ja cię poznałem tydzień i trzy dni temu, a ty w jakiś magiczny sposób poznałeś mnie wcześniej? – wywróciłem oczyma i prychnąłem.
- No… W pewnym sensie można tak powiedzieć – zgodził się.
- Co? – spojrzałem na niego jak na człowieka niespełna rozumu.
- Ech… Nieważne – pokręcił głową. – Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Teraz, nawet gdybym ci wytłumaczył, nie uwierzyłbyś mi – westchnął.
- Em… Co ty ćpasz, Zero? – zmarszczyłem brwi.
- Widzisz, nawet nie zacząłem opowieści, a ty już masz mnie za jakiegoś postrzeleńca! – uśmiechnął się kwaśno, ale jednocześnie jakoś przyjaźnie. – A wracając do głównego tematu… co robiłeś tak długo z Enyą, albo po zakończeniu wizyty u niego?
Przez chwilę zastanawiałem się. I znów ten dylemat: Powiedzieć mu prawdę, czy nie? Nie umiałem przewidzieć jak zareaguje, gdy dowie się, że poszedłem do byłego wokalisty tylko po to, by wypytać o jego zespół i niego samego… Może Zero nie życzyłby sobie żebym łaził po obcych ludziach i wypytywał ich o niego? Może to zdenerwowałoby go?
- Cały czas byłem u Enyi – wzruszyłem ramionami. – Woda na herbatę się długo gotowała… - prychnąłem, nie mogąc wymyślić nic lepszego. – I w istocie, miałeś rację; zielona jest tutaj bardzo popularna – założyłem nogę na nogę.
            Chłopak westchnął i z powrotem opadł na leżankę. Chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował z tego i zamilkł, wpatrując się we mnie uporczywie. Wiedział, że mnie to peszy, zapewne licząc na to, że w ten sposób skłoni mnie do gadania. Nic z tego! Trzymałem się twardo – mimo że z rumieńcami na twarzy i wzrokiem utkwionym w podłodze, ale przynajmniej się nie złamałem!
- Przestaniesz robić ze mnie głupka? – zapytał znudzonym głosem.
- No mówię ci, że cały czas byłem u niego! – zbulwersowałem się. No co jak co, ale to jeszcze była prawda.
- Ale ja zapytałem się, co tam robiłeś – przypomniał. – Bo ten wykręt z gotującą się wodą i herbatą słabo ci wyszedł…
Westchnąłem ciężko i spojrzałem na niego. Shimizu może nie był zły, a rzeczywiście jedynie zatroskany, ale mimo to i tak obawiałem się, że tą informacja mogłem go rozzłościć. Chyba takie przeczucie u mnie spowodowało zniknięcie uśmiechu z jego twarzy. Bo może obawiał się, że Enya powiedział mi o nim trochę za dużo? Ale…jakby się tak nad tym głębiej zastanowić, to przecież Zero mówił, że nie zna lepszego krętacza od czarnowłosego, więc może mnie oszukał? Może ta opowiastka z zespołem i historią Michi’ego była fałszem? A może tylko jedna była zmyślona? Albo obie prawdziwe? Miałem totalny mętlik w głowie! Westchnąłem ponownie i w końcu podjąłem decyzję.
- Shimizu… Czy to prawda, że się zmieniłeś? Że kiedyś byłeś rozmowny i wiecznie uśmiechnięty – że odnosiłeś się do wszystkich tak, jak do mnie?
Basista na początku ściągnął brwi w dość gniewnym grymasie, ale zaraz na powrót się uspokoił. Rozłożył ręce w zapraszającym geście i zrobił mi miejsce. Przez chwilę się wahałem, jednak poddałem się pod naciskiem jego spojrzenia. Ułożyłem się obok muzyka, kładąc głowę na jego ramieniu, gdyż innej możliwości nie miałem – po prostu nie było miejsca. Tą samą ręką, na której ułożyłem głowę, on gładził mnie po plecach. Znów poczułem się dziwnie i nieswojo, jednak… jednocześnie jakoś przyjemnie. Czując ciepło jego ciała ogarnął mnie błogi spokój. Ułożyłem ręce na jego brzuchu, gdyż nie miałem, co z nimi zrobić.
Dziękowałem w duchu wszystkim bożkom i im podobnym za to, że nie ma tu mojej dziewczyny; gdyby zobaczyła mnie i Michi’ego w takiej pozycji, prawie obściskujących się na wąskiej leżance z pewnością by mnie zabiła! Zresztą… pewnie już trzeci raz popełniłaby morderstwo na mojej skromnej osobie: pierwszy raz, gdyby dowiedziała się, że całowałem się z Zero w klubie; drugi, kiedy dowiedziałaby się o tym spotkaniu na murku… W tym momencie w głowie rozbrzmiało mi pytanie Karyu, które kiedyś mi zadał: „Jakiej ty jesteś w końcu orientacji? Niby masz dziewczynę, a po trzech drinkach i butelce piwa, liżesz się z basistą z mojego zespołu, jakbyście byli parą od zawsze…”. Już miałem zacząć zastanawiać się nad tym, czy preferuję kobiety, czy też mężczyzn, a może ich oboje, kiedy moje rozmyślenia przerwał głos Shimizu.
- Wiesz… To długa historia… W sumie to jest ta sama opowieść, która dotyczyła tego jak poznałem cięwcześniej niż ty mnie. Takjak już mówiłem, nie uwierzyłbyś mi od razu, więc nie będę ci tego opowiadał. Wszystko powiem ci w swoim czasie, dobrze? – teraz z kolei głaskał mnie po głowie, wplatając palce w kosmyki moich włosów i delikatnie za nie ciągnąc. Niechętnie zgodziłem się, nie widząc innej opcji. –Mimo wszystko mogę cię delikatnie naprowadzić – zachichotał. – Chcesz? – spojrzał mi w oczy. Nasze twarze były tak blisko siebie, że wystarczyło, żeby któryś z nas przysunął się o kilka milimetrów, a nasze usta złączyłby się w pocałunku. Niepewnie kiwnąłem głową, uważając, żeby nasze wargi nie zetknęły się. – Rozumiem, że możesz nie wierzyć mi, Karyu, Tsu, czy Enyi, ale… własnej matce chyba ufasz, co? – zgłupiałem.
- A co ma do tego wszystkiego moja matka? – zdziwiłem się.
- Zapytaj się. Może ci odpowie – zachichotał, przybliżając się powoli.
- O co mam się zapytać?
- Na przykład o mnie – chyba chciał mnie pocałować, ale szybko odsunąłem się, udając, że nie domyśliłem się tego, co zamierzał. Usiadłem odwrócony do niego tyłem, aby nie mógł zauważyć moich pokaźnych czerwonych plam na policzkach. Shimizu, zdawało mi się, że, o zgrozo, zawiedziony (!)westchnął i również usiadł. Przez chwilę przyglądał się moim plecom. Obawiałem się, że może mnie przytulić i uwięzić w swoich ramionach, jednak na szczęście nie zrobił tego. Wstał i rzucił: - Idę wziąć prysznic – oznajmił i zniknął za drzwiami łazienki.
Dopiero, kiedy Michi zniknął z mojego pola widzenia zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób moja matka mogła być powiązana z historią Zero i tym, że on, jak twierdził, poznał mnie wcześniej? Przecież ja byłem pierwszy raz w Japonii! Chyba, że… chyba, że on był w Ameryce… Ale w takim razie, co robił w Albany? Moje małe miasteczko raczej nie jest jakoś szczególnie znane i rzadko kiedy odwiedzał je jakiś turysta. Zresztą… nigdy nie widziałem tam żadnego Azjaty, nie licząc mnie i mojej matki. A może… nasi rodzice kiedyś się znali? Moja matka była Japonką i w Japonii wychowała się oraz dorastała – wyjechała z kraju dopiero kiedy skończyła dwadzieścia trzylata ze swoim mężem Amerykaninem, którego poznała na jakimś bankiecie, na który wysłał ją jej pracodawca. Rok później urodziła mnie, a mój ojciec zginął w wypadku kolejowym w tym samym czasie. Od momentu, kiedy wyjechała, zerwała wszelkie kontakty ze znajomymi z Kraju Kwitnącej Wiśni… więc jak to mogło być ze sobą powiązane? Chyba że moja matka znała rodziców Shimizu lub jednego z nich z czasów szkolnych; z czasów zanim wyjechała?
Ech... Znów miałem więcej pytań niż odpowiedzi. A Zero nie chciał mi nic powiedzieć! Opadłem na leżankę i jeszcze przez chwilę zastanawiałem się nad tą zagadką, próbując coś ze sobą połączyć. W końcu powieki zaczęły mi ciążyć. Zgadywałem, że jest już koło trzeciej w nocy, a ja byłem zmęczony, przysłowiowo, jak koń po westernie. Dałem za wygraną i zasnąłem.

Nie wiem, czy spałem dwie minuty, godziny, czy dni, ale w każdym bądź razie nie wyspałem się. Nadal byłem zmęczony i nie miałem na nic siły. Z trudem utrzymywałem otwarte oczy. Przed sobą zauważyłem znów uśmiechniętego basistę. Miał mokre włosy, więc zgadywałem, że dopiero niedawno skończył się kąpać. Mówił, coś do mnie, ale jego słowa dochodziły do mnie z dużym opóźnieniem.
- Co? – udało mi się wybełkotać.
- Zasnąłeś – poinformował mnie.
- Aa… - mruknąłem mało inteligentnie. – To wyjaśnia to przeniesienie w czasie… Samochody już latają? – paplałem wszystko, co mi ślina na język przyniosła.
- Nie – zaśmiał się i po chwili poczułem, że lewituję! Nie, chwila! To Zero wziął mnie na ręce jak pannę młodą! – Choć, przyszykowałem ci kąpiel.
- Kąpiel? – powtórzyłem z niedowierzaniem. Teraz miałem ochotę jedynie wziąć szybki prysznic i iść spać, a nie moczyć się w wannie, ale… - A po co kąpiel?
- Bo jak się pytałem, czy chcesz to mruknąłeś coś na kształt „mhm…”, co ja uznałem za zgodę – zaniósł mnie do łazienki i postawił na zimnych kafelkach.
- Aha… - pokiwałem głową i zachwiałem się, jednak chłopak szybko mnie złapał i nie pozwolił upaść.
- Pomóc ci, czy sam dasz radę się rozebrać?
- Idź, ty pederasto jeden! – zaśmiałem się i niby obrażony odepchnąłem go. W jego głosie słychać było jedynie troskę, jednak ja jakoś nie przywykłem do tego, żeby ktoś pomagał mi się rozbierać. – Sam dam radę – poinformowałem go.
- A ty myślisz tylko o jednym… - przewrócił oczyma. – Ja ci tylko chciałem pomóc – zachichotał, kierując się do wyjścia.
- Ta, już ja znam tą twoją pomoc! – rzuciłem bluzką w zamykające się drzwi.
Szybko pozbyłem się reszty ubrań i wszedłem do gorącej wody. Hm… Szczerze powiedziawszy, to ta kąpiel nie była znowu takim złym pomysłem. Ciepła woda uspakajała mnie i pozwalała chociaż na chwilę zapomnieć o tych wszystkich rozterkach i problemach, które mnie dopadły w tak krótkim czasie. Oparłem głowę na zagłówku zrobionym z czegoś gumo-skóro-podobnego i odprężyłem się. Moje mięśnie rozluźniły się. Poczułem się zupełnie lekko… i śpiąco.

- Yoshi… Yoshi – obudził mnie cichy szept i ciepły oddech na moim uchu. Niechętnie podniosłem powieki i znów zobaczyłem przed sobą Shimizu.
- Nie dasz mi się wyspać… - jęknąłem żałośnie.
- Zasnąłeś w wannie – powiedział roześmiany, a ja pomachałem ręką w wodzie.
- Zimna – skrzywiłem się, ale zaraz coś do mnie trafiło: przecież ja jestem nagi! Kiedy zdałem sobie z tego sprawę szybko podniosłem się i zacząłem układać nogi w taki sposób żeby zasłonić wiadome miejsce. – Em… Mógłbyś na chwilę wyjść? Zaraz się oporządzę… - zarumieniłem się.
- Jasne – zaśmiał się i wyszedł. – Czekam w sypialni – krzyknął.
Boże, ten chłopak tak mnie onieśmiela! Przez niego non stop się rumienię!
Wyszedłem z wanny i wytarłem się do sucha, po czym przewiązałem się ręcznikiem w pasie. Kiedy wyciągałem korek z odpływu, mało z powrotem nie wpadłem do wanny, ale jakoś udało mi się utrzymać równowagę. Posprzątałem po sobie i wyszedłem z łazienki, kierując się do sypialni. Podszedłem do szafy i wyciągnąłem z niej swój odpowiednik piżamy. Zero leżał na łóżku i najwidoczniej też już przysypiał, ale próbował nie zasnąć, przyglądając mi się. Ubrałem o rozmiar za dużą koszulkę i bokserki, tym razem pamiętając by się zbytnio nie obnażać przed nim. Potem rzuciłem mokry ręcznik na krzesło, gdyż nie chciało mi się z powrotem odnosić go do łazienki. Westchnąłem i usiadłem na łóżku. Przez chwilę tak siedziałem, gdyż miałem o czymś pomyśleć… ale zapomniałem o czym. Byłem tak zmęczony, że moje myślenie zostało całkowicie wyłączone. W końcu Michi pociągnął mnie za bluzkę i siłą położył obok siebie, po czym przylgnął do moich pleców, obejmując mnie delikatnie w pasie.
- Pamiętaj, że jutro na dziesiątą próba – mruknął sennie, a ja kątem oka dostrzegłem wyświetlacz elektronicznego budzika na szafce. 5;15! Pięknie! – Dobranoc.
- Dobranoc – wybełkotałem.
Normalnie zapewnie odsunąłbym się od Zero, albo kazałbym mu się odsunąć lub poszedłbym spać nawet na kanapę, ale byłem zbyt zmęczony. Z tym usprawiedliwieniem, dałem się porwać Morfeuszowi.

Yaoi Attack - Gdańsk!

A teraz kilka słów wyjaśnienia: Otóż mądra Kita spotkała się z Amidamaru (+ osoba tajemnicza, której nikt z was nie zna o pseudonimie AT.) i zrobiły sobie wypad na Gdańsk. Oto tego skutki xD


Talerz po sushi a'la Kita
(tam jest narysowany kwiatek sosem sojowym i napisane Hizumi i Zero, ale nie wiem, czy jest to widoczne)

Talerz po sushi a'la Amidamaru
(tam jest narysowana burza włosów należąca do Kyo sosem sojowym i napisane Kyo)


Talerz po sushi a'la AT
(tam jest narysowany piękny Reita z szyją niczym żyrafa sosem sojowym i ogólnie jego... nowe mieszkanie z ogródkiem? xD)


Wspólny talerz, na którym były wszystkie rodzaje sushi - teraz zostało tylko jedno. Zostawiłyśmy je dla chłopaków xp
(Tam jest napisane [również sosem sojowym]: dla Hizu, Zero i Kyo. PS. Rei nie dostanie)

A otoż... witryna sklepu albo banku... już nie pamiętam - w każdym bądź razie, po wycięciu jednej litery z przodu uzyskałyśmy ten piękny efekt ;D

Ach... nie ma to jak eyeliner na murze... 


No po prostu nie mogłam się powstrzymać! 
Japonia i yaoi jest wszędzie! @.@


A teraz czas na trochę kultury według nas:
Dziś planujemy: teatr :)

Na początek o godzinie osiemnastej: "Ciała obce w Hizumim"

Następnie: "Orgia" w wykonaniu Zero i Hizu
lub: "Seks dla opornych i dla Kyo"
A na sam koniec o godzinie 21: "Intymne lęki Hizumiego"

A oto... graficzne przedstawienie zimnego charakteru Zero i gorącego temperamentu Hizumiego xD
Tak naprawdę to są to oznaczenia wody ciepłej i zimnej (bynajmniej mnie się tak wydaje), ale... skojarzenia są wszędzie! To jest jak przekleństwo! Gdzie się nie spojrzysz - yaoi!


A teraz pytanie końcowe: Przyjechać do twojego miasta?
;]

Gara x Tetsu 3


Jak widać wszyscy umarli... Więc ja postanowiłam coś napisać, żeby pokazać, że pokolenie yaoistek nadal żyje i pisze xD

Po długiej, ale to bardzo długiej rozmowie (a właściwie monologu Tatsurou) wróciłem do domu zmordowany jak,przysłowiowo,koń po westernie. Wszedłem do mieszkania i uwaliłem się na fotelu w salonie, nie zadając sobie nawet trudu zamknięciem drzwi (drzwi na oścież – taka nowa moda; kochani sąsiedzi podziwiajcie, co też interesującego tutaj udało mi się przed wami zakamuflować…), czy choćby ściągnięciem butów. Westchnąłem ciężko i wyciągnąłem telefon z kieszeni. Pięknie – było po dwudziestej trzeciej! A ja się zastanawiałem, o czym mówiła ta kelnerka, wspominając, że wszyscy zdążyli już wyjść, a ona powinna zamknąć lokal… No tak, w końcu nie wypadało jej nas wyprosić, więc delikatną sugestią, licząc na nasz takt i inteligencję sugerowała, żebyśmy sobie poszli, jednak kiedy Tatsu oddał się potokowi słów to końca nie było ani widu, ani, tym bardziej, słychu…
- Nigdy więcej nie dam się nabrać na coś podobnego… - mruknąłem sam do siebie.
O dziwo nie byłem ani zły, ani zdruzgotany tym, że zmarnowałem tyle wolnego czasu… byłem po prostu zmęczony. Oparłem łokieć na podłokietniku, a następnie głowę na dłoni i przymknąłem oczy. Mało wygodna pozycja, ale nie miało to wtedy dla mnie znaczenia. Powieki były tak ciężkie, że w tym momencie nie mogłem myśleć o niczym innym niż sen. Czułem jak ciepłe objęcia Morfeusza powoli mnie oplatają i porywają w stronę słodkich krain sennych marzeń, kiedy nagle… zadzwonił dzwonek do drzwi! No rzesz cholera jasna! Kogo tam diabli niosą? Kto śmie napastować mnie o tak barbarzyńskiej porze?!
Wymyślając kolejne spektakularne sposoby, w jakie mógłbym pozbawić życia tą niegodną bytowania istotę, która stała za drzwiami, wstałem i ponownie przeszedłem do przedpokoju. Z rozmachem otworzyłem drzwi i wziąłem głęboki wdech, by wrzasnąć:
- Czy ciebie człowieku Bóg opuścił, żeby wpaść na pomysł przychodzenia do mnie w środku nocy?! Czy dla ciebie nie ma już żadnych świętości?! Zresztą chuj z nimi! Czy ty nie znasz czegoś takiego jak cisza nocna?! – darłem się tak, że chyba pół osiedla mnie usłyszało, kiedy nagle zdałem sobie sprawę kto przede mną stoi. – Gara…? – wydukałem słabo, wytrzeszczając na niego oczy.
- Wszystkich gości tak witasz? – rzucił chłodno.
- Po godzinie dwudziestej pierwszej, tak… - mruknąłem. – Co ty tu robisz? – wpatrywałem się w niego jak w ósmy cud świata. W tym momencie zorientowałem się, że wokalista trzyma jakieś pudło. – Co to jest?
- To twoje rzeczy – wepchnął się do mieszkania bez zaproszenia, przeciskając się między mną a framugą drzwiami. – Wciąż je znajduję w swoim mieszkaniu, a rzecz jasna, nie chcę ich – położył pudło na fotelu, na którym niedawno półleżałem. – To doprawdy dziwne… Zupełnie jakby ktoś je tam ciągle podkładał…
- No wybacz, ale aż takim oszołomem nie jestem, żeby podrzucać ci do domu własne rzeczy! W ogóle… to niby czemu miałoby to służyć? – podniosłem jedną brew.
- To – wyciągnął z kartonowego pudła moją granatową koszulę – kupiłeś, o ile się nie mylę, niedawno… w każdym bądź razie nie miałeś jej, kiedy my… - mimo panujących ciemności w mieszkaniu miałem wrażenie, że chłopak zarumienił się. – No wiesz… - spuścił wzrok na podłogę, po czym kontynuował już tym samym zimnym i nieprzyjemnym tonem, który w moim mniemaniu brzmiał jak ocieranie o siebie dwóch metalowych noży. Spojrzał na mnie uważnie. – Wybierasz się gdzieś? Może ci przeszkadzam?
- Nie. Właśnie wróciłem – westchnąłem.
- Tak, czy inaczej przyszedłem tylko ci to oddać i zadać jedno pytanie.
- Jakie?
- Zauważyłeś może jakieś drobne kradzieże? Czy może pożyczyłeś coś komuś, co nie wróciło do ciebie? Czy w ostatnim czasie zniknęły jakieś twoje rzeczy osobiste?
- Jak na mój gust to były trzy pytania – prychnąłem i nie odmówiłem sobie triumfalnego uśmiechu, kiedy wycelował we mnie zabójczym spojrzeniem. – W ostatnim czasie przychodzę do domu tylko po to żeby się przebrać i nie miałem czasu weryfikować, czy mi coś zginęło, czy też nie – wyznałem.
Gara wyciągnął coś z kieszeni, po czym podszedł do mnie i podetknął mi to pod nos.
- A dowodu osobistego nie zgubiłeś? – westchnął, widząc zdziwienie odmalowane na mojej twarzy.
- Dałbym sobie rękę uciąć, że miałem go cały czas przy sobie…
- To dobrze, że jednak nie dałeś sobie tej ręki uciąć, bo mój zespół straciłby gitarzystę… - pokręcił głową i oddał mi moją własność.
- Dziękuję – powiedziałem, odebrawszy od niego dowód. Wokalista stanął jak wryty i spojrzał na mnie jakby drugi kutas wyrósł mi na czole. – To słowo aż tak do mnie nie pasuje?
- Nawet nie wiesz jak bardzo… - wydusił, wytrzeszczając na mnie oczy.
- A o co ci chodziło z tymi kradzieżami? Chyba nie myślisz, że ktoś okrada mnie z ciuchów i dokumentów, prawda? To niedorzeczne!
- Myśl, co chcesz, ale mógłbyś zacząć zwracać uwagę na to, czy coś z twoich rzeczy znika?
- A tobie? Tobie coś „ukradziono”?
- Poszukaj w mieszkaniu – podsunął usłużnie i podszedł do stolika, po czym zgarnął z niego zegarek. – Odbieram moją własność – uśmiechnął się dość oszczędnie, a następnie wyszedł bez słowa pożegnania.

***

To była pierwsza noc od dłuższego czasu, którą spędziłem we własnym łóżku. Nie żebym miał jakieś dziwne upodobania do sypiania w nieswoim łóżku, czy preferował nadmierną rozwiązłość, ale… Ostatnie wieczory i noce przesiadywałem na balkonie. Paliłem masę papierosów i wpatrywałem się w ciemne niebo, porównując je do oczu wokalisty, które wydawały mi się być setki razy bardziej urzekające. Może i to banalne, ale zawsze lubiłem po przebudzeniu i ostrym seksie wpatrywać się w oczy Gary, w których umiałem odnaleźć wiele odpowiedzi na pytania, które wolał przemilczeć. Zawsze wtedy jedna myśl powracała do mnie: „Tetsu… Jesteś mi bliski… Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek inny; może znasz mnie lepiej niż ja sam siebie… Więc, do kurwy nędzy, nie zadawaj pytań, na które znasz odpowiedzi!” – dość często mi to powtarzał. Zawsze, kiedy przypominało mi się to, nie mogłem powstrzymać mimowolnego uśmiechu, który wkradał się na moje usta. Ta myśl wypalała w jaźni fakt, że byłem częścią jego życia… ale już nią nie jestem i nic nie mogę na to poradzić… a może nawet i bym mógł, ale nie wiedziałem jak, gdyż ten surowy wzrok wokalisty zawsze potrafił mnie skutecznie unieszkodliwić, demotywując do czegokolwiek.
Gara twierdził, że miałem na niego wielki wpływ; że mimo iż poznaliśmy się na dobrą sprawę w czasie, kiedy zakończyliśmy okres dorastania, a nasze charaktery były w pełni ukształtowane mówił, że zmieniłem go; że gdyby nie ja, teraz byłby zupełnie innym człowiekiem – niestety nigdy nie wyjawił mi, czy uważał tę zmianę, za dobrą, czy też może złą.
Chłopak był małomówny. Lubił zagadki i ukryte znaczenia, w które maniakalnie się bawił. Szukał drugiego dna nawet w najprostszym zdaniu, jakie mogłem do niego powiedzieć: „Pieprz się ze mną.”; tym teraz zaraził mnie. Byłem święcie przekonany, że tylko ja odcisnąłem na nim swoje piętno, jednak to była transakcja wiązana… Właśnie przez to teraz nie mogłem zasnąć. Wierciłem się w łóżku, przekręcając z boku na bok. Zastanawiałem się nad tym, co powiedział mi o tych kradzieżach – przecież to absurd! Jednak Gara zdawał się w to wierzyć… co łączyło się z tym, że ja również musiałem w to uwierzyć.
Usiadłem na łóżku wzdychając i przecierając dłońmi zmęczoną twarz. Pokręciłem głową i… nagle coś usłyszałem. Jakby przekręcający się zamek w drzwiach – ciche kliknięcie i charakterystyczny dźwięk zamykanych za kimś drzwi. Wytężyłem słuch, w pierwszej chwili myśląc, że z tego całego rozmyślania nad słowami wokalisty zaczyna mi odbijać. Po chwili rozległo się skrzypienie butów z gumową podeszwą na kafelkach z polerowanego gresu. Ściągnąłem brwi, będąc pewnym, że zamykałem drzwi na klucz. Czyżby jakiś włamywacz zawitał do mojego domu? Po cichutku wstałem i ustawiłem się pod ścianą, lekko uchylając drzwi, żeby zobaczyć z kim mam do czynienia. Ciemna postać skradała się i wyjrzała przez drzwi balkonowe na taras. Mruknęła coś do siebie niezrozumiale i rzuciła się w stronę kartonu, który przyniósł wokalista. Wtedy to właśnie słabe światło latarni gazowych zza okna oświetliła ją, dzięki czemu mogłem dostrzec jej czarny zarys; rozeznałem, że złodziejaszek nie był jakimś dryblasem – wręcz przeciwnie; był mizernej postury. Nie szczupły, a wręcz chudy. Miał długie nogi, które przypominały mi tyczki oraz długie włosy, które w nieładzie opadały mu na dolne partie pleców… zaraz, zaraz… to dziewczyna?!
Zdziwiony do granic możliwości wymknąłem się z pokoju i uważając, żeby nie wyjść z cienia przesuwałem się pod ścianą, zmierzając w kierunku salonu, gdzie znajdywała się w chwili obecnej złodziejka… miałem tylko cichą nadzieję, że to nie żadna fanka, która dowiedziała się w jakiś magiczny sposób, gdzie mieszkam… W każdym razie nadal zastanawiał mnie fakt, jak włamywaczka tutaj weszła – jak pokonała furtkę oraz drzwi, przy których trzeba wstukać odpowiedni kod, aby wejść do środka? I jak poradziła sobie z zamkiem przy moich drzwiach, które notabene miały trzy zasuwy. Nieproszony gość usłyszał jak się zbliżam, dlatego na chwilę zamarł i nasłuchiwał, ale kiedy ja, jak na złość, nie chciałem się ruszyć, odpuścił i znów zaczął przeglądać rzeczy z kartonu. W tym oto momencie wychyliłem się i włączyłem światło, naciskając włącznik znajdujący się tuż nad fotelem, na wysokości twarzy złodziejki. Pokój zalało oślepiająco jasne światło. Zamrugałem kilkakrotnie, po czym moje oczy przyzwyczaiły się do panującej wokół jasności. Spojrzałem na włamywaczkę i…
- Nie no… bez jaj – wywróciłem oczyma, wzdychając. – Die?! Co ty tu, do ciężkiej cholery, robisz?! – wydarłem się na muzyka. – Co ci strzeliło do łba, żeby zakradać się po nocach do mojego mieszkania i grzebać mi w rzeczach?! – wyrwałem mu z ręki granatową koszulę, którą wyjął z kartonu. Gitarzysta spojrzał na mnie okrągłymi, wielkimi jak piłki do tenisa ziemnegooczami. – Boże, myślałem, że jesteś kobietą! – pokręciłem głową i przestawiłem karton z fotela na podłogę, po czym zwaliłem się na niego ciężko.
- Te… Tetsu? – wydukał oszołomiony.
- No, a kurwa, kogo innego spodziewałeś się zastać w moim mieszkaniu o tej porze? – warknąłem. – Otrzymamodpowiedzi na poprzednie pytania?
Czerwonowłosy podrapał się po głowie i skrzywił, myśląc intensywnie. Przygryzł dolną wargę, kręcąc głową.
- Nie – odpowiedział stanowczo, co zdecydowanie mi się nie spodobało.
Wstałem i wyprostowałem się. Gitarzysta spiął się, ale nie odsunął choćby o milimetr. Stał sztywno, ze ściągniętymi łopatkami, co było oznaką stresu; w jego oczach czaiła się niepewność. Chwyciłem go za gardło i rzuciłem na sofę, przyszpilając go do niej. Zaczął mi się wyrywać, więc żeby uniemożliwić mu jakąkolwiek ucieczkę usiadłem na nim okrakiem, nadal przyduszając.
- Wiesz, że to jest włamanie, za które możesz dostać zawiasy, jeśli zgłoszę tę sprawę w sądzie? – prychnąłem obojętnie. – Ponad to nie zapominaj, że ukończyłem szkołę aktorską, więc umiem nieco grać, a zważywszy, że skoro nie chcesz mówić, nie wiem, czy to był taki jednorazowy twój wybryk, czy może już któryś z kolei, więc będę mógł zeznać, że to już nie pierwszy raz... Co wiąże się z wydłużeniem zawiasów – wzruszyłem ramionami. – Ale pomińmy sprawy sądowe, bo one nie są ważne… pomińmy również fakt, że mogę powiedzieć, że mnie napastowałeś – wywróciłem oczyma, moszcząc się na nim wygodniej. – Skierujmy się na ważniejsze tematy; zespół i twoja sława. Myślisz, że fani będą pocieszeni takim zachowaniem ich idola? Albo wyobraź sobie reakcję takiego Kyo, czy Kaoru jakby się dowiedział o tym, że po nocach włamujesz się do cudzych mieszkań? A właśnie… Kaoru… - uśmiechnąłem się wrednie. – Nie muszę nawet zgłaszać tego incydentu na policję, informować media, czy twojego zespołu… wystarczy, że Kaoru się dowie, a własnoręcznie cię zamorduje – zaśmiałem się, mówiąc wprost, ohydnie. – Masz jakieś podejrzenia jak nasz kochany KaoKao zareaguje? Bo ja mam w głowie same czarne scenariusze – podniosłem jedną brew, podkreślając tym nonszalanckim gestem to, że mam nad nim władzę.
- Nie zrobisz tego… - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Oj, dobrze wiesz, że zrobię… Zrobię wszystko żeby ci się odpłacić – skrzywiłem się.
- Nie zrobisz tego… - powtórzył z trudem łapiąc chrapliwy oddech. Mimo swojej pozycji uśmiechnął się, co nie powiem, zainteresowało mnie.
- I czego zęby suszysz? Myślisz, że to wzbudzi we mnie jakieś ludzkie uczucia? Nawet jakbyś zaczął się przede mną czołgać i błagając o litość, zalewając łzami, nie darowałbym ci – fuknąłem. – Bo ty mi też nie darowałeś… - ledwo powstrzymałem się od uderzenia go w twarz. Zabawne jak łatwo można znienawidzić człowieka, którego kiedyś się kochało.
Sięgnął mojej ręki, którą nadal trzymałem go za gardło. Próbował rozluźnić moje palce, ale byłem nieustępliwy i nawet o tym nie myślałem. Widząc, że w ten sposób ze mną nie wygra, zaczął delikatnie gładzić moją dłoń.
- Proszę… - wyszeptał słabo. Chyba zaczynało brakować mu tchu, ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Przyjemnie było popatrzeć, jak choć raz to on cierpi, a nie ktoś inny obrywa po głowie za jego winy. Jego prośba spowodowała tylko wzmocnienie uścisku, ale kiedy poczerwieniał na twarzy w końcu zdecydowałem się odrobinę odpuścić, co wywołało u niego kolejny uśmieszek. Czyżby ten głupek myślał, że ze mną wygrał? Przewróciłem oczyma. Gadaj z dupą to cię osra… - Nie zrobisz tego…
- Słyszę to już trzeci raz. Może teraz powiesz coś, co mogłoby ci pomóc?
- Nie zrobisz tego… a wiesz jaki jest tego powód? – uśmiech nie chciał spełznąć z jego obrzydliwie wykrzywionych warg.
- No przekaż mi te swoje „mądrości”… - westchnąłem cierpiętniczo.
Chłopak w odpowiedzi uniósł odrobinę biodra i otarł się o mnie, jęcząc przy tym cicho. Powtórzył to trzy razy, po czym dłońmi zaczął przesuwać po moim odsłoniętym torsie, brzuchu i podbrzuszu z racji tego, że moja piżama składała się jedynie z dresowych spodni.
- Naprawdę… to tyle? – powiedziałem niezbyt wstrząśnięty.
Czerwonowłosy z łatwością odsunął moją rękę od swojego gardła i wsunął ją sobie pod spodnie, jęcząc przeciągle.
- Nie zrobisz tego, bo będziesz zajęty… - zachichotał. – Zgaś światło – polecił, a ja zgarnąłem coś ze stolika, co nawinęło mi się pod rękę i cisnąłem tym we włącznik światła. Znów otuliły nas ciemności. – Noc jeszcze młoda… - ocierał się o mnie perwersyjnie.
- To zdrada, wiesz? – spojrzałem na niego uważnie.
- Wiem… i dlatego jestem z tego taki dumny – mruknął uwodzicielskim głosem tuż przy moim uchu, po czym pocałował mnie namiętnie. – Kocham cię… - szepnął.
Oddałem pocałunek.

***

Za cholerę nie wiem, w jaki sposób teleportowaliśmy się do sypialni, ale w każdym raziewłaśnie tam się obudziłem z czerwonowłosym, który spał z głową ułożoną na moim torsie. Wszystko pięknie, ładnie… ale jedna rzecz bardzo mi tutaj nie pasowała – z jakiej racji nie pamiętam tej nocy? Rozumiem gdybym był uke – omdlenie każdemu może się zdarzyć, ale ja przecież zawsze byłem seme i nigdy nie dałem się zdegradować!
Wziąłem głęboki wdech i uważnie wpatrując się w twarz muzyka, rozmyślałem, co ten czerwonowłosy szatan znów wymyślił; co zrobił, że nie pamiętałem tej nocy? Na jaki „genialny” pomysł wpadł tym razem? Aż ciarki człowieka przechodzą…
Z pozoru wydawałoby się, że to miły, uprzejmy, a nawet kulturalny chłopak… Pokręciłem głową i westchnąłem, przenosząc wzrok na sufit. Więc tak jak mówiłem… Tylko z pozoru… Daisuke nawet babci miejsca w autobusie, metrze, czy tramwaju ustępował (oczywiście w czasach, kiedy jeszcze nie był sławny, a termin „komunikacja miejska” nie był mu jeszcze obcy), przy czym kłaniał się nisko i uśmiechał szeroko; w szkole był wzorowym uczniem – ambitnym, inteligentnym i pracowitym. W dodatku takim z ładną buźką, na którego można było popatrzeć z przyjemnością i od którego widoku po godzinie lekcyjnej nauczyciel nie musiał martwić się ewentualnym samozapłonem własnych gałek ocznych… Wydawałoby się, że to człowiek idealny, ale jeszcze raz się powtórzę, tylko z pozoru. Niewiele osób znało Die’a – tego prawdziwego, zakompleksionego gówniarza, który mimo, że był już dorosły, zachowywał się jak pięcioletnie dziecko tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę, żeby cały czas być w centrum uwagi. Pewnie, drogi Czytelniku, zadajesz sobie teraz pytanie jak to możliwe, że jednocześnie był zakompleksiony i chciał żeby wszyscy na niego patrzyli? Czy nie powinno być odwrotnie – że powinien chcieć, aby nikt się nim nie interesował? Albo, czy nie powinien być przewartościowany? Otóż nie. Andou zawsze był chwalony przez swoje otoczenie – rodziców, znajomych, nauczycieli… kto wie, czy nawet jego pies albo rybki w akwarium (czyt. klozecie) mu nie gratulowały kolejnej wspaniałej myśli, oceny, znajomości, rozwiązania problemu etc… mimo to on źle czuł się we własnym ciele. Spoglądając w lustro widział karykaturę człowieka niespełna rozumu – to właśnie dlatego wciąż chciał być w centrum uwagi; by słuchać tych wszystkich pochlebstw, które nie pozwalały mu wpaść w depresję.
Dai zawsze miał swoje dziwactwa… Mimo to potrafiłem go polubić… a nawet pokochać. Tak jak już pisałem w poprzednim akapicie, niewiele było osób, które go znało tak naprawdę – od początku do końca, a ja akurat byłem taką osobą. I pokochałem go. To jest dopiero dziwactwo… Kiedy zdałem sobie sprawę z własnych uczuć, automatycznie jakby jakaś żaróweczka halogenowa rozbłysła w moim umyśle i nagle trafiło do mnie również to, że nigdy wcześniej nikogo nie kochałem. Die był pierwszą osobą, którą obdarzyłem takim uczuciem…
 Ale on się mną znudził.
Dla niego jedna osoba klaszcząca to za mało; on chciałby od razu całe trybuny, pełną salę ludzi zachwycających się nim… ale właśnie przez takie zachowanie sam wpędzał się w kłopoty natury psychiatrycznej.
Nie przystanął na mnie – o nie! Jednocześnie potrafił mieć kilku chłopaków i kochanków, nie wspominając o tym, że chodził jednocześnie na dziwki, a w burdelu miał już chyba kartę stałego klienta. Dla niego klaskać musieli wszyscy…  …
…
Ale teraz chyba poczuł tą pustkę po moim odejściu. Daisuke sam mnie odepchnął, a teraz zrobiło mu się… głupio? Nie, zupełnie innego słowa szukałem… Zrobiło mu się za cicho. Kiedy wyszedłem z tej pełnej sali, która dla niego klaskała, zrobiło się za cicho. Zrozumiał, że odtrącił jedyną osobę, która go kochała i dobrze znała. Mógł sobie wmawiać, że Kaoru dorównuje mi, a może nawet próbował wbić sobie do głowy, że Kao jest lepszy ode mnie, ale jak widać złamał się i przyszedł tutaj.
Złamał się – tak samo jak ja w momencie, kiedy ponownie mu uległem.
To nie był pierwszy i zapewne nie ostatni raz, kiedy spędziliśmy wspólną noc, mimo że już od dawna nie jesteśmy parą.
Andou zawsze znaczył dla mnie wiele i nie umiałem mu odmówić, kiedy w jakikolwiek sposób (nawet w taki, który miał zaszkodzić mi) mogłem go uszczęśliwić. Nawet teraz nie potrafiłem go wyrzucić za drzwi, kiedy ten, na dobrą sprawę, włamał się do mojego mieszkania. Już nawet nie zastanawiałem się, jaki miał w tym cel…
Niestety, jak to mówią, czas leczy rany, a z gojącymi się zadrapaniami nadchodzi skleroza, która pomaga ci zapomnieć pewne rzeczy – między innymi emocje, które, kiedy wygasną, ciężko jest je od nowa wzbudzić. Die ugasił we mnie wiele emocji po tym jak mnie zostawił – to przez niego stałem się taki oziębły i chamski. W pewnym sensie, świat się już dla mnie skończył.
Ale wtedy przyszedł Gara; a w sumie to ja znalazłem go w altance w parku i jakoś począwszy od zdjęć, rozpoczęła się nasza znajomość. Makoto pomógł mi do pewnego stopnia zapomnieć o czerwonowłosym; pomógł mi wykreować nowy świat z nową rzeczywistością, w którym klaskałem dla kogo chciałem i zakochiwałem się w wielu osobach naraz… A potem znów dorosłem i ta „rzeczywistość II” przeszła kolejną metamorfozę, a z nią mój punkt widzenia, który utkwił w Asadzie. Bo tak można najprościej powiedzieć, że Asada stał się moim punktem widzenia – jeśli on w coś wierzył, to ja też, jeśli on coś lubił, to ja też… nawet kawę latte, mimo że miałem uczulenie na mleko…
I tak jakoś już zostało.
I tak miało być już pięknie.
I miał być happy end.
Ale teraz z kolei żaróweczka halogenowa rozbłysła w głowie Daisuke, którego cisza zaczęła przytłaczać i przypomniał sobie wtedy o mnie. Może i powinienem się z tego cieszyć, bo w pewnym sensie przecież mógłbym to uznać za dowód miłości z jego strony, prawda?
A jednak nie cieszyło mnie to w żadnym stopniu…
Dlaczego?
To proste!
Moje dwie rzeczywistości zderzyły się ze sobą!
Przeszłość z teraźniejszością.
Wzajemnie starły się na proch.
A to oznacza, że nie będzie przyszłości.
Nie będzie nowej przyszłości – nie będzie mnie.
I to właśnie dlatego z „tamtego” „Tetsu”, gitarzysty „Merry”, nie zostało nic.
Ja jestem jedynie wrakiem człowieka; pustą skorupą bez wnętrza.
Bez przyszłości… i żadnej miłości…