Monsters cz.4




MONSTERS CZ. 4

- Nie sądziłem, że neandertalczyk potrafi śpiewać… - poklepał mnie po ramieniu. – Koniec picia panowie. Jutro próba! Na dziesiątą! Z nowym wokalistą!


Chłopaki, idący przodem, musieli przeciskać się przez gęstniejący tłum, który chciał mi się przyjrzeć, natomiast przede mną rozstępował się on niczym Morze Czerwone w Starym Testamencie (no co… święta idą nie? xD od aut.). W końcu wyszliśmy z klubu, a ja nadal czułem na plecach palące spojrzenia gapiów. Wzdrygnąłem się. To było bardzo nieprzyjemne… wzbudzać takie zainteresowanie.

Byłem tak przejęty ostatnim wydarzeniem, że nawet nie zwróciłem szczególnej uwagi, kiedy nagle Zero jakby rozmył się w powietrzu, a Karyu wcisnął mnie i Tsu do swojego rozklekotanego subaru. Kiedy tylko zobaczyłem znajomy blok, w którym mieściło się mieszkanie perkusisty, odetchnąłem z ulgą. Tam przynajmniej będę mógł się zaszyć w sypialni ciemnowłosego, gdzie ani on, ani Tyczka nie będą mnie tak ostentacyjnie przewiercać wzrokiem.
Oczywiście, jak mogłem się domyślić, nie było mi to dane. Tsukasa, oznajmiając, że boli go głowa poszedł się położyć, zostawiając mnie sam na sam z samozwańczym królem, który rozsiadł się wygodnie na fotelu i zmierzył mnie wzrokiem.
- Normalnie pewnie powiedziałbym, że to zapewne twoja wina, że boli go głowa, ale cóż… muszę przyznać, neandertalczyku, że umiesz śpiewać – założył nogę na nogę.
- Mhm… - mruknąłem niezadowolony. Cholera, to ja chciałem pod tym pretekstem uciec do sypialni i tam pozostać na wieki!
Jedne, czego nauczyłem się przez te kilka dni, to, że lepszym rozwiązaniem jest ignorowanie docinek lidera, niż droczenie się z nim. Usiadłem po turecku na podłodze i włączyłem telewizor. Następnie zabrałem jedną z poduszek z kanapy i położyłem się na niej, uprzednio ustawiając kanał na jakiejś stacji muzycznej, gdzie akurat nadawano smutną, rockową balladę. Zgadywałem, że o nieszczęśliwej miłości… Może tematyka nie dotyczyła akurat mnie, ale w każdym razie muzyka łagodziła zszarpane nerwy. Przycisnąłem twarz do poduszki, kładąc się płasko na podłodze.
- A ty co? Upiłeś się? Odwala ci? – parsknął.
- Nie, po prostu nie mam się gdzie położyć, bo ty zająłeś sofę, a Tsukasa sypialnię… - mruknąłem nie odrywając twarzy od poduszki. I nagle mnie coś tknęło… - Ty prowadziłeś po pijaku?
- Oj tam zaraz po pijaku… - machnął ręką. – Ledwo trzy drinki wypiłem – wzruszył ramionami.
Nie odpowiedziałem. Chciałem zasnąć, ale, jak na złość, sen nie chciał przyjść. W dodatku podłoga to mało wygodne miejsce, szczególnie, kiedy leżąc na brzuchu masz wrażenie, że zgniatasz sobie żebra własnym ciężarem ciała. A jakby tego wszystkiego było mało, Karyu zaczął mnie dźgać po plecach.
- Nudzi ci się? Przyjaciół szukasz? – warknąłem.
- Bardziej to pierwsze – spojrzał na mnie znudzony. – Mam pytanie.
- Jakie?
- Słyszałem od Tsu, że tam w Ameryce masz jakąś dziewczynę… prawda?
- No prawda… - westchnąłem, przewracając się na wznak, żeby w końcu przestał mnie dźgać. – I co z tego?
- Jakiej ty jesteś w końcu orientacji? Niby masz dziewczynę, a po trzech drinkach i butelce piwa, liżesz się z basistą z mojego zespołu, jakbyście byli parą od zawsze… Pytam z ciekawości – usiadł obok mnie, a ja zasępiłem się.
- Ee… No wiesz… - podrapałem się po głowie. – Zasadniczo to zawsze uważałem się za hetero… Ale teraz to zaskoczyłem sam siebie – wyznałem, a chłopak uśmiechnął się cwaniacko. – O co ci tym razem chodzi?
- O to, że chyba wiem, co się święci…
- Niby co? – podniosłem jedną brew.
- Są dwa warianty; na jutrzejszej próbie albo będziesz się TYLKO całował z Zero, albo od razu będziecie się pieprzyć w kiblu – powiedział dobitnie. – Szczerze, to mam nadzieję, że będziecie się rżnąć, bo już dawno nie oglądałem jakiegoś dobrego porno na żywo – zaśmiał się, a ja skarciłem go wzrokiem, na co rudzielec roześmiał się jeszcze głośniej.
- Ty jesteś niewyżyty! – załamałem się. – Tsukasa ci nie daje? – prychnąłem.
- Co? – syknął, momentalnie tracąc humor.
- Ano właśnie to – wzruszyłem ramionami. – Nie udawaj niewiniątka. Wiedziałem dlaczego chciałeś, żeby Tsu patrzył na nas, podczas tego striptizu; chciałeś żeby patrzył na ciebie, widział Twoje reakcje. Zresztą… widać po was, że jesteście w sobie zakochani. Możecie się wzajemnie obrażać, wyzywać i udawać, że nic dla siebie nie znaczycie, ale ja i tak wiem swoje. W sumie, dzięki takiemu wyjaśnieniu, twoje zdenerwowanie na mój widok, kiedy Oota przyprowadził mnie tutaj po raz pierwszy, nie byłoby takie bezpodstawne… po prostu bałeś się, że ci go zabiorę. To ogólnie wyjaśnia całą twoją niechęć do mnie…
- Masz bardzo bujną wyobraźnię, chłopczyku – mruknął, przeczesując palcami moje włosy.
- O… Teraz to już „chłopczyku” a nie „neandertalczyku”? Szok! – pociągnął mnie za kosmyki, przez co skrzywiłem się i już nie miałem zamiaru więcej mu tego wypominać. – A poza tym… Cały czas trzymacie się razem. Możecie wmawiać innym, że jesteście tylko kolegami z zespołu, ale te konspiracyjne szepty, uśmieszki, kiedy myślicie, że nikt was nie obserwuje… to wszystko was zdradziło. Z pewnością jesteście dziwną parą… ale zawsze parą – powiedziałem obojętnie, bawiąc się pierścionkiem na palcu.
- Jeśli powiesz o tym Zero… - ściszył głos pochylając się nade mną i szarpiąc za włosy – obiecuję, że zamienię twoje życie w piekło. On nie może się o tym dowiedzieć! Jasne? – znów zaczął mnie delikatnie gładzić po głowie, zupełnie tak, jakbym był jego ulubionym zwierzakiem.
- Nawet nie zamierzałem mu tego mówić – przewróciłem się na brzuch i spojrzałem na niego, podnosząc się na łokciach. – I nie ciągnij mnie za włosy – upomniałem go. – To boli – skrzywiłem się.
- Jasne – uśmiechnął się pobłażliwie i znów zaczął mnie głaskać. Położyłem poduszkę na jego niesamowicie chudym udzie, a następnie układając splecione ręce pod brodą, ułożyłem na nich głowę. – Zachowujesz się jak kot – zaśmiał się. – Raz pogłaskany domagasz się uwagi i pieszczot – mruknąłem z zadowoleniem, również będąc rozbawiony tą myślą.
- Lubię koty – uśmiechnąłem się. – I lubię, kiedy ktoś mnie głaszcze i poświęca mi uwagę.
- Ale nie lubisz kiedy ktoś się na ciebie gapi – podsumował. – Widziałem, jaki dyskomfort sprawiały ci te wszystkie spojrzenia w barze… i wzrok Zero. Jak ostatkami sił hamowałeś się, by mu nie przywalić. To było zabawne – zachichotał.
- A właśnie… A propos Zero… On na wszystkich się tak gapi, czy po prostu nigdy nie widział Japończyka, który może tak pokalać swój ojczysty język?
- On nigdy się nie gapi. Nigdy nawet nie zwraca na nikogo uwagi – odpowiedział gitarzysta. – Dlatego nas, mnie i Tsu, zdziwiło, kiedy nie dość, że wykonał twoje polecenie to w dodatku uśmiechnął się. W ogóle to dziwne… Zero i uśmiech. On zazwyczaj siedzi cicho i wszystko obserwuje z bezpiecznej odległości, wyciągając tylko i wyłącznie sobie znane wnioski… To do niego zupełnie niepodobne…
- Sugerujesz, że zaczął ćpać albo po prostu wciągać wybielacz w proszku? – podniosłem jedną brew. – To taki super tani zamiennik dragów dla slumsów… Tylko on szybciej sieje spustoszenia w organizmie… Chociaż nie wiem, czy jest uzależniający, czy jedynie biorą go tak zdesperowani ludzie, którzy nie mają nic innego do roboty…
- Wiesz… Istnieje prostsze wyjaśnienie – powiedział, a jego ręka zjechała niżej na mój kark. Zaczął mnie masować, a ja mruknąłem głośniej.
- Ale mi dobrze… Nie mogłeś być dla mnie taki od razu? – palnąłem, ale zaraz wróciłem do odpowiedniego tematu. – Jakie to niby wytłumaczenie?
- Może się zakochał?
- Nie może odnieść mojej pustej szklanki, a może się zakochać?
- No chyba każdy ma jakieś ludzkie uczucia, nie?
- Podobno… - mruknąłem, moszcząc się na jego nogach jeszcze wygodniej. – A masz może już podejrzenia w kim?
- To nawet nie są już podejrzenia tylko stuprocentowa pewność – zaśmiał się. – To ty! – z wrażenia momentalnie poderwałem się, przez co uderzyłem głową w łokieć chłopaka i ponownie opadłem na jego nogę.
- Au… - jęknąłem. – Że niby co?!

***


Wieczorem, po prowizorycznej kolacji, jaką udało nam się wydrzeć od zaprzyjaźnionego z Tsukasą właściciela niewielkiej restauracji, postanowiłem przejść się po okolicy, bo jak wiadomo, gdy człowiek sam zgubi się raz, drugi, to potem najlepiej zapamiętuje drogę – a zapowiadało się na to, że całe trzy tygodnie spędzę u perkusisty, więc przynajmniej wypadałoby zobaczyć, gdzie się było. Zresztą Tsu miał pretensję do Karyu o to, że ten przyznał, że ich związek, to nie jedynie moje mylne wyobrażenia. Zgadywałem, że dojdzie do „kłótni małżeńskiej”, przy której wolałem nie być obecny.
Dałem ponieść się błędnemu krokowi i po kilku minutach spaceru zorientowałem się, że znajduję się przed tym samym hotelem, w którym Oota próbował znaleźć mi zakwaterowanie. W tym właśnie momencie jakiś facet wszedł przez obrotowe szklane drzwi do środka i skierował się do windy, taszcząc za sobą wielką walizkę.
- Nie ma wolnych pokoi, co? – burknąłem i skręciłem w wąską uliczkę.
Ponownie usiadłem na tym samym murku, gdzie po raz drugi spotkałem perkusistę. Założyłem nogę na nogę i zapaliłem papierosa. Pobliski parking był prawie pusty. Głównymi, równoległymi do siebie ulicami, między którymi mieścił się murek, na którym siedziałem, gnały stada ludzi, lśniły kolorowe bilbordy, a tu… nic. Cisza i spokój; ciemność przetykana gdzieniegdzie latarniami gazowymi o słabym, chorobliwie żółtym świetle. Zaciągnąłem się używką i przymknąłem na chwilę powieki. Dzisiejszy wieczór był wyjątkowo zimny, a ja, paradując w samej bluzce z rękawami do łokci, nie pomyślałem nawet, żeby wziąć ze sobą coś cieplejszego. Zadrżałem i przekląłem w myślach samego siebie. Skrzywiłem się dodatkowo myśląc o tym, że prawdopodobnie dzisiejszą, jak i każdą następną noc będę musiał spędzić na kanapie w salonie pod cienkim kocem, gdyż Tyczka, korzystając z tego, że dowiedziałem się o nim i Tsu, z pewnością nie odmówi sobie władowania się do sypialni własnego chłopaka.
Nagle moje rozmyślania przerwało coś ciepłego, co wylądowało na moich ramionach. Otworzyłem oczy i odwróciłem się. Za mną stał Zero – jeszcze bardziej roznegliżowany niż ja, z racji tego, że miał na sobie jedynie białą bokserkę; oddał mi swoją kurtkę. Spojrzałem na niego zdziwiony i wydukałem:
- Dziękuję… - rzuciłem niedopałek na ziemię i zdeptałem go.
Chłopak skinął głową, co chyba miało oznaczać „proszę” i usiadł obok, obejmując mnie jednym ramieniem. Zamrugałem kilkakrotnie zanim dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobił.
- Ee… Wiesz… Chyba aż tak zimno nie jest – odsunąłem się od niego, a on roześmiał się dźwięcznie i spojrzał na mnie rozbawiony, po czym znów przysunął się do mnie i położył mi rękę na kolanie. – Przestań – zmarszczyłem brwi, ale on tym razem nie zamierzał wykonać mojego polecenia. Jego dłoń powędrowała ku górze, sunąc po wewnętrznych stronach moich ud. Próbowałem go od siebie odetchnąć, ale basista był ode mnie silniejszy. – Zero! – krzyknąłem, ale się tym nie przejął.
Jednym sprawnym ruchem (naprawdę nie wiem jak to zrobił) rozsunął moje nogi, a następnie usiadł mi na kolanach, trzymając za biodra.
- Co ty odpierdalasz?! – fuknąłem, a on zaczął bawić się krawędzią mojej bluzki.
W końcu wsunął pod nią zimną dłoń i zaczął gładzić mój brzuch, a ja gwałtownie wciągnąłem powietrze. Zaraz potem nachylił się nade mną i lewą ręką gładząc moje podbrzusze, a prawą dobierając się do rozporka, pocałował mnie krótko. Ledwo musnął moje usta, ale to wystarczyło żebym zachwiał się do tyłu i przed wylądowaniem z głową w krzakach, uratował mnie tylko jego refleks. Zero szarpnął za przód mojej koszulki i nie pozwolił mi upaść. Spojrzał na mnie na wpół zadowolony, na wpół rozbawiony i przejechał językiem od mojego prawego obojczyka do górnej wargi, po czym uśmiechnął się delikatnie i zmysłowo.
- A teraz… - szepnąłem. – Co to, do kurwy nędzy, miało być?! – odepchnąłem go z takim impetem, że chłopak wylądował na ziemi. Przez chwilę patrzył na mnie oszołomiony, a następnie znów się roześmiał. Uklęknął przede mną i oparł przedramiona na moich kolanach na przemian rozsuwając i zsuwając je ze sobą.
- Zimno… - westchnął. – Nadal ci zimno?
- Podniosłeś mi ciśnienie do tego stopnia, że jest mi już gorąco – ściągnąłem z ramion kurtkę i cisnąłem nią w niego. Basista zręcznie ją złapał, a ja założyłem nogę na nogę i odwróciłem głowę w bok, będąc obrażonym… W pewnym momencie miałem takie małe deja vu… Tylko tak jakbym teraz wcielił się w rolę Tsukasy… - Dlaczego to zrobiłeś? – burknąłem.
- Bo miałem ochotę – wyjaśnił bez skrupułów. „Pięknie… Mieszkam razem z narcyzem i samozwańczym królem z mroczną przeszłością… kto wie może nawet i zamordowali byłego gitarzystę i wokalistę, wszystko jest możliwe… oraz zadaję się z basistą pederastą i seksoholikiem! Świetnie!” – jęknąłem w myślach. – Oj nie bądź obrażony… I nie mów, że ci się nie podobało – podniósł nonszalancko jedną brew.
- Nie, nie podobało mi się – prychnąłem. – I masz tak więcej nie robić, albo pożyczę od Tsukasy pałeczki i zgadnij co z nimi zrobię… - syknąłem złowieszczo, mrużąc oczy i posyłając mu spojrzenie pełne urazy.
- W klubie ci się podobało… - mruknął.
Nie mogłem zaprzeczyć. Tamten pocałunek miał w sobie coś istnie magicznego… coś, co sprawiało, że nie chciałem go kończyć, ale ten? Zero potraktował mnie jak zwykłą dziwkę! Uliczną kurwę, z której uczuciami nikt się nie liczy! Mimo moich protestów zrobił to, co chciał, a ja naprawdę byłem na niego zły. Nie chciałem żeby mnie tak traktował… Zresztą… Co to miało być? Od tak pojawia się znikąd i zaczyna mnie dotykać i lizać – to chore!
Kiedy nie zaprzeczyłem na twarzy muzyka pojawił się triumfalny uśmiech. Na ten widok wywróciłem oczyma i wstałem, omijając go.
- Wyjaśnijmy sobie jedno – powiedziałem ostro. – Ten pocałunek w klubie to było jedynie zwykłe, durne zadanie wymyślone przez Karyu! A teraz przesadziłeś! – już zamierzałem odejść, nawet postąpiłem krok, kiedy jeszcze raz zatrzymałem się i odwróciłem. – Zresztą… Tak dla jasności… Nie interesują mnie chłopcy – uśmiechnąłem się słodko niczym prawdziwy psychopata (brakowało mi tylko tasaka albo piły mechanicznej, za pomocą której mógłbym poćwiartować basistę) i skierowałem się w stronę ulicy, którą tutaj przyszedłem.
- Hizu, zaczekaj… - poprosił, ale ja, tak samo jak on mnie, nie zamierzałem słuchać. Nawet przyspieszyłem kroku. Zero zerwał się z ziemi i podbiegł go mnie, po czym przyparł mnie do muru trzymając za ramiona. Spojrzał mi w oczy. Jak zwykle nie mogłem wyczytać nic ani z jego twarzy, ani z samych oczu. - Przepraszam – powiedział nadal nie spuszczając wzroku z mojej twarzy, przez co to ja (zamiast niego) nieco się skrępowałem.
Westchnąłem ciężko.

***


„Zdecydowanie źle postąpiłem… Ledwo wydusił „przepraszam”, a ja już odpuściłem mu wszystkie winy i zgodziłem się na to… – pokręciłem głową z rezygnacją. Ale cóż… teraz już nie było odwrotu. Zgodziłem się zamieszkać z Zero z racji tego, że on sam mi to zaproponował, a następnie Tyczka w „delikatny” sposób zasugerował mi, że mam się wynieść, bo on wprowadza się do Tsu na stałe.
            Właśnie skończyłem się rozpakowywać. Zamknąłem szafę i wcisnąłem walizkę pod łóżko, po czym wyszedłem z sypialni i skierowałem się do kuchni, gdzie chłopak właśnie zaparzył dwie zielone herbaty. Podał mi jeden z kubków.
            - Nie lubię zielonej – mruknąłem.
            - W Japonii jest bardzo popularna…
            - Co nie zmienia faktu, że jej nie lubię – wylałem napój do zlewu i wymijając muzyka, wyszedłem na balkon. Zapaliłem kolejnego papierosa.
            Mieszkanie Zero było nieco większe niż Tsukasy. Było nowocześnie umeblowane, utrzymywane w zimnych kolorach. Sypialnia była czarna, przedpokój i kuchnia szara, salon biały… Czułem się tutaj trochę jak w mauzoleum.
            Dopiero teraz, pierwszy raz od dłuższego czasu, basista się odezwał. Podczas mojej przeprowadzki milczał. Znów stał się tym mimem, którego tak nie lubiłem. Westchnąłem po raz kolejny. Chłopak dołączył do mnie na balkonie; obaj podziwialiśmy panoramę miasta.
            - Możesz się odezwać? – poprosiłem. - Cisza jest dla mnie krępująca…
            - Jak na wokalistę, to kiepsko dbasz o gardło…
            - Żaden tam ze mnie wokalista… - machnąłem ręką i wyrzuciłem niedopałek za barierkę. I znów cisza. Cholera… - Dlaczego tak rzadko się odzywasz?
- Bo nie ma potrzeby wszystkiego roztrząsać, o wszystkim rozmawiać… Są tematy, które lepiej przemilczeć; są też takie, do których nie warto nawet wracać wspomnieniami, więc tym bardziej – dlaczego niby o tym mówić? Zresztą… Moje milczenie może być wymowne – uśmiechnął się pod nosem. – Wiele osób może je interpretować na różne sposoby. Przynajmniej wiem, że moje zachowanie zrozumieć może jedynie ta osoba, której chcę je pokazać; której chcę dać coś jednoznacznie do zrozumienia…
- A jeśli ta osoba tego nie zrozumie? – przerwałem mu. – Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że jesteś mentalistą i potrafisz sprawić, by ludzie za każdym razem myśleli lub dostrzegli to, co ty chcesz im pokazać.
- Dopiero wtedy się odzywam – światła na jego twarzy tworzyły kolorowe mozaiki. Wyglądał cudownie w tym świetle. Chciałem zapamiętać go takim do końca życia.
- Mam rozumieć, że chciałeś mi coś przekazać, ale ci się to nie udało… dlatego tak nagle zacząłeś ze mną rozmawiać?
Muzyk spojrzał na mnie łagodnie i takowo również się uśmiechnął, po czym położył rękę na mojej dłoni, którą zaciskałem kurczowo na barierce. Delikatnie długimi, smukłymi palcami gładził grzbiet mojej dłoni.
- Dokładnie tak… - szepnął patrząc mi w oczy.

Liceum cz.10

A co mi tam! Dwie notki jednego dnia (kit z tym, że jedna nie jest mojego autorstwa) - jak się bawić to się bawić! Dom zastawić, drzwi wypierdolić, okno wstawić! xD 
Oj... coś dzisiaj mi odbija, ale to nic; właśnie dzięki temu prezentuję wam oto najnowszą część liceum :D

„Liceum cz.10”

[Ruki]

- Akira! – usłyszeliśmy za sobą krzyk i jak oparzeni odkleiliśmy się od siebie. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że w drzwiach stoi matka Reity…
Pani Suzuki miała policzki mokre od łez, jednak mimo tego trudno było pominąć wyraz bezbrzeżnego zdumienia, który malował się na jej twarzy. Zdezorientowana kobieta przenosiła wzrok, to ze mnie na swojego syna, to z powrotem. Za nią stał funkcjonariusz, który nas tutaj zgarnął.
- Co tu się wyprawia? – zapytała, o dziwo nie groźnie, a… sam nie wiem, jak to określić. Głos, który usłyszałem należał do strudzonej życiem i ciężkim losem kobiety, która przez długie godziny bezustannie płakała, nie zważając na próby pocieszenia jej przez męża oraz córkę; ten głos… aż nie chciało mi się wierzyć, że mógł należeć do pani Suzuki, która zawsze była pełna energii i miała pozytywne nastawienie… na dobrą sprawę, do wszystkiego i wszystkich. – Proszę… Proszę pana – zwróciła się do policjanta. – Czy mógłby pan nas na chwilę zostawić samych? Muszę wyjaśnić sobie z chłopcami parę spraw…
Mężczyzna skinął głową i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Matka Akiry oparła się o nie plecami i westchnęła, po czym odepchnęła się od nich, jak oparzona i w ułamku sekundy znalazła się przy synu.
- Mamo… ja nic tym razem nie zrobiłem… Dlaczego tutaj jestem? Nic nie rozumiem… - Reita pokręcił głową.
- Akira! – krzyknęła i przytuliła go. – Tak się o ciebie bałam! Kiedy nie wracałeś do domu, razem z twoją siostrą zgłosiliśmy twoje zaginięcie! Policja cię szukała! – kolejne łzy popłynęły srebrnymi strumykami. – Miałam wyrzuty sumienia, że tak na ciebie nakrzyczałam, synu… A teraz – odsunęła się od niego i sama usiadła naprzeciw nas na podłodze. – Takanori, dlaczego tutaj jesteś?
Drgnąłem na dźwięk mojego imienia. Przeniosłem wzrok na blondyna, zadając mu nieme pytanie. Chłopak westchnął i kiwnął głową.
- Aki się u mnie zatrzymał… i my razem byliśmy na punkcie widokowym, kiedy przyszedł ten policjant… no i – rozłożyłem ręce. – No i teraz jesteśmy tutaj – wzruszyłem ramionami.
- Czyli cały czas, Akira, byłeś praktycznie w domu, tuż pod moim nosem, a ja cię szukałam po całym mieście? – Reita niepewnie kiwnął głową. Jego matka westchnęła. - Chłopcy… - kobieta zaczęła taksować nas uważnym spojrzeniem. – Wyjaśnijcie mi jeszcze jedno, dobrze? Co miał oznaczać ten pocałunek? – jej wyprany z wszelkich uczuć ton był jeszcze gorszy niż jakby miała na nas wrzeszczeć i pourywać nam głowy.


[Uruha]

Kto by się spodziewał, że… odepchnę od siebie Aoia w takiej chwili! Zrzuciłem go z siebie i szybko wstałem spoglądając na niego groźnie.
- Co to, do cholery, miało być?! – wydarłem się na niego. W myślach ciągle karciłem się za tę chwilę słabości, na którą sobie pozwoliłem. – Taak, ty rzeczywiście nie uważasz mnie za głupiego… ty masz mnie za kretyna i dziwkę! – uderzyłem go w twarz. Łzy popłynęły po moich policzkach.
- Kouyou, to nie tak! Zaczekaj! – podniósł się z trawy, kiedy ja zacząłem kierować się pod górę, by wrócić na główną ścieżkę, a następnie dojść nią do samochodu. Chłopak dobiegł do mnie i chwycił za ramię. – Kyou, nie chciałem ci zrobić nic złego! – uchylił się przed kolejnym ciosem. – Kocham cię! – krzyknął, a ja wyrwałem mu się i zacząłem biec przed siebie.
„Palant, dupek, idiota, cham, kłamca!...” – wyzywałem go w myślach. Łzy rozmazywały mi widok. Biegłem, tak naprawdę zdając się na pamięć; przyjeżdżałem tu tak często, że drogę od szlabanu, przy którym zawsze parkowałem do samej polany, mógłbym przejść z zawiązanymi oczami… przejść, a nie przebiec! Nie widziałem, na co staję, przez co kilka razy mało się nie wyłożyłem.
- Zaczekaj! Uruha!
Mimo iż nie byłem żadnym wybitnym biegaczem, cieszyłem się, że mam przynajmniej długie nogi, przez co robiłem o wiele większe kroki niż Yuu. Dodatkowo dziękowałem sobie w duchu, że nie założyłem dziś koturn, tylko zwykłe trampki. Na moje nieszczęście Shiro miał dobrą kondycję i kiedy ja jak głupi cieszyłem się już z widoku rozmazanej srebrnej plamy, która była moim mercedesem, brunet dogonił mnie. Złapał mnie mocno za ramiona i chciał zatrzymać, jednak ja, jak ostatnia sierota, potknąłem się o jego nogę i wylądowałem plecami na masce mojego samochodu. Shiroyama miał przez to ułatwione zadanie. Przyszpilił moje ręce nad głową. Próbowałem go kopnąć, wierzgałem nogami, ale nie pomogłem tym sobie – doprowadziłem tym tylko do tego, że chłopak praktycznie się na mnie położył, uniemożliwiając mi już każdy ruch. Nasze twarze znajdowały się na tej samej wysokości.
- Zostaw mnie, pederasto jeden! – jak mogłem w ogóle pomyśleć, że ktoś taki jak on może zmienić się na lepsze?! Dlaczego ta moja durna potrzeba pomagania wszystkim, którzy uronią choćby jedną łezkę doprowadza mnie do takich patowych sytuacji? Ja chcę pomóc, a co dostaję w zamian; gwałt?!
- Pederasto? – powtórzył zdziwiony. – No, teraz to chyba już przesadziłeś… - podniósł jedną brew.
- Czy ty nie rozumiesz, jak się do ciebie mówi po ludzku? Puszczaj, zboczeńcu! – darłem się jak opętany.
- Najpierw pederasto, teraz zboczeńcu… Kyou, za kogo ty mnie masz? – szarpałem się, ale nic mi to nie dawało. Zaczynałem tracić nadzieję, że się uwolnię. Cholera, choć raz zamiast na zakupy, mógłbym pójść na siłownię! – Nic ci nie zrobię! Spokojnie! – zapewnił, choć wcale mnie to nie uspokoiło. – Puszczę cię, ale dopiero kiedy zrozumiesz, że nie chcę cię zgwałcić ani zrobić ci żadnej krzywdy! Pocałowałem cię, bo się w tobie zakochałem!
- No to w takim razie jeszcze długo tutaj tak postoimy… - burknąłem, odwracając głowę w bok by na niego nie patrzeć.
- Ja mam czas – wzruszył ramionami. – Spójrz na mnie – poprosił, ale oczywiście nie zrobiłem tego. Jedną dłonią nadal przytrzymywał oba moje nadgarstki, a drugą chwycił mnie za podbródek i delikatnie przekręcił moją głowę tak, bym na niego patrzył. – Kocham cię… - powiedział już spokojnie, na co ja prychnąłem. – Możesz prychać, wyśmiać mnie, pobić, zniszczyć doszczętnie życie… ale chcę, żebyś o tym wiedział. Jesteś aniołem… Chcesz wszystkim pomagać, twoje serce jest czyste jak kryształ…
- No, tak, zacznij mi tu jeszcze cisnąć jakimiś tekstami z dramatów o nieszczęśliwej miłości – przewróciłem oczyma.
- Kouyou, chodzi mi o to, że nigdy wcześniej nie znałem tak dobrej i empatycznej osoby, jaką jesteś ty… Wiem, że cię skrzywdziłem, i wiem, że mi nie ufasz, ale… chciałbym, o ile to możliwe, zyskać twoje przebaczenie i zaufanie… Kocham cię i nie mogę przestać o tobie myśleć! Takanori już mnie nie interesuje! Zrozumiałem, że podstępem nic nie zyskam, więc chcę z tobą grać w otwarte karty; fair. Chcę żebyś wiedział, że cię kocham. Może trochę źle rozegrałem to wszystko… najpierw zapewne powinienem stać się zostać twoim kumplem, potem starać się stać się twoim przyjacielem, a dopiero wtedy zabiegać o twoje względy, ale… po prostu nie mogłem się powstrzymać. Wybacz – spuścił głowę, a mnie zamurowało.
- Nie… Nie kłamiesz? – wydukałem.
- Nie śmiałbym! – odpowiedział szybko.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, po czym chłopak nachylił się nade mną i pocałował mnie. Złożył motyli pocałunek na moich wargach, a następnie odsunął się i puścił mnie.
- Przepraszam – ukłonił się, a ja nadal leżąc na masce mojego samochodu, z nogami ustawionymi na krawędzi tablicy rejestracyjnej, nie wiedziałem, co mam powiedzieć.
W końcu zrezygnowałem ze słów i pociągnąłem go za koszulkę, by ten znów się na mnie położył. Rozsunąłem nogi, by było mu wygodniej. Tym razem to ja go pocałowałem; długo i namiętnie. Aoi oddawał moje pocałunki z pasją i uczuciem. Po chwili polizał moją dolną wargę, a ja już bez żadnych obaw i nie planując ponownego uderzenia go za to, uchyliłem usta i oplotłem ramionami jego kark. Drżałem pod wpływem różnorodnych emocji, jakie wzbudzał we mnie chłopak. Opierał się rękami po obu stronach mojej głowy. Kiedy przygryzł mój język, westchnąłem cicho. Oderwaliśmy się od siebie, dopiero kiedy zabrakło nam tchu.
Ująłem jego twarz w dłonie i powoli zacząłem sunąć opuszkami palców po opuchniętej skórze. Policzek był nadal czerwony od ciosu, który mu zadałem.
- Aleś ty się dzisiaj nacierpiał… Jedna bójka, druga, a teraz ja… Przepraszam – pocałowałem go w obolały policzek, który był niewyobrażalnie gorący.
- Jeżeli miałem to znieść, żeby zrozumieć, że to tobą powinienem był interesować się od samego początku i zabiegać o ciebie w sposób, w jaki cała reszta absztyfikantów próbuje cię zdobyć… - uśmiechnął się i cmoknął mnie jeszcze raz. – Opłacało się - jego uśmiech był zaraźliwy. Moje kąciki ust również podjechały ku górze.
- Wiesz… może to i lepiej, że wybiłeś się z tego tłumu… Przynajmniej cię dostrzegłem i teraz masz mnie na własnoś… - zaciąłem się. – Zaraz, zaraz… A ty w ogóle chcesz być ze mną? Czy to tylko taki chwilowy romans?
- Kocham cię, Kyou-chan – pogładził mnie po włosach. – I nie marzę o niczym równie mocno, jak o tym, żeby być z tobą – przytuliłem się do niego mocno. Przez chwilę tak trwaliśmy, dopóki się nie odezwałem:
- Więc mnie sobie przywłaszczasz, tak?
- To nie tak! – tysięczny raz chciał już zacząć mnie przepraszać, ale uprzedziłem go.
- Przecież tylko żartuję! – spojrzałem na niego z politowaniem, a ciemnowłosy odetchnął głęboko. – Więc mnie kochasz, tak?
- Tak – przytaknął i ponownie się uśmiechnął.
- A mocno? – droczyłem się z nim.
- Najmocniej na świecie! – zapewnił, na co ja zaśmiałem się krótko.
- A chciałbyś mi to jakoś okazać… fizycznie? – Shiro ściągnął brwi w niezrozumieniu.
- Nie wiem, o co ci chodzi… - przyznał. Westchnąłem i jeszcze bardziej rozsunąłem przed nim nogi.

- Kochałeś się kiedyś z facetem? – upewniłem się.

Sylwestrowy Oneshoot Hizumi x Zero


Wszystkiego najlepszego, kociaki! Happy new year, Easter itp. xD W końcu 2013! Cieszycie się? Macie jakieś plany? Bo ja jak na razie to tylko w czerwcu wybieram się na koncert Bon Jovi i Gdańsku. A tak w ogóle... jak spędzacie tego Sylwestra? 
D;a samotnych, którzy nigdzie się nie wybierają dzisiaj serwuję tego shoota, żeby przynajmniej spędzili Sylwestra w towarzystwie Zero i Hizu :)
Nie jest to bezfabułowiec bo seksu nie ma, ale nie jest też to taki dobry shot, bo nie ma fabuły... O.o Nie wiem co z tego wyszło... Grunt że żyje własnym życiem i raz próbowało mnie pogryźć - przeczytacie to sami ocenicie co to jest.

Paring: Hizumi x Zero
Tytuł: Napisałem o tobie, Yoshida Hiroshi.
Typ: oneshoot
Beta: Hoshii.

Odstawiłem kubek na blat biurka, po czym nagle rozległ się głośny brzdęk i huk, jakby coś się potłukło. Ze zdziwieniem spojrzałem na podłogę, gdzie na białym (!), perskim (!) dywanie leżały szczątki porcelany i widniała wielka, ciemnobrązowa plama.
- Cholera… Filiżanka! Plama! Dywan! Tsukasa mnie zabije… - wymamrotałem.
Przeniosłem wzrok z powrotem na biurko, gdzie dostrzegłem, z jeszcze większym zdziwieniem, całą rodzinkę kubków, szklanek i filiżanek, które zaścielały blat, niemalże jak obrus. Każdy z nich był wypełniony mniej więcej do połowy zimną już kawą. Skrzywiłem się – nienawidziłem zimnej kawy, dlatego, kiedy zaledwie zdążyła wystygnąć, odstawiałem ją i szedłem do kuchni by zaparzyć nową. Hm… Dziwne, że jest ich tutaj tak wiele, z racji tego, że wydawało mi się, iż za każdym razem wynosiłem kubki ze sobą…
Wstałem z krzesła i zamrugałem kilkakrotnie, orientując się, że jest już całkowicie ciemno. Zsunąłem okulary z nosa i przetarłem oczy, które zaczęły niemiłosiernie łzawić, kiedy odsunąłem się od ekranu monitora. Przekląłem pod nosem jeszcze jakieś dwa razy i zaciągnąłem zasłony na okna, za którymi rozpościerało się idealnie czarne niebo bez gwiazd.
- Już jest noc? – zdumiałem się.
Chwyciłem dwie szklanki i dwie filiżanki w ręce, po czym ruszyłem do kuchni. Stanąłem jak wryty, widząc w zlewie górę kubków, której nie spodziewałem się tutaj zobaczyć. Skąd ich tu tyle?
- Wena cię naszła i całkowicie się w niej zatraciłeś… - usłyszałem za sobą głos.
Podskoczyłem jak oparzony i momentalnie odwróciłem się. Za mną stał Zero, który również dzierżył szklanki w rękach. Zmarszczyłem brwi na jego widok… Jak on tu wszedł? Przecież zamykałem drzwi na klucz… tak mi się bynajmniej wydawało…
- Nie, nie zamknąłeś drzwi – poinformował mnie, czytając w moich myślach. – Gdyby Tsukasa dowiedział się, że tego nie zrobiłeś, prawdopodobnie kazałby cię ukamieniować… ale spokojnie. Nie zamierzam mu o tym wspominać – uśmiechnął się cwaniacko.
- Ech… Uroki mieszkania z perkusistą… - westchnąłem. – Czego chcesz w zamian za to, że mu nie powiesz? – zapytałem, wiedząc, że na dobroduszność ze strony basisty nie mam co liczyć.
- Drobnej przysługi… Przenocuj mnie, co? Tylko ta jedna noc – odstawił kubki na blat kuchenny, na którym ledwo co się utrzymały i nie spadły. – Pomogę ci tutaj ogarnąć tak, żeby Tsu się nie dowiedział… Nawet dywan oddam do pralni chemicznej – zaoferował się.
- Zero… Przecież sam widzisz, że mieszkam u Tsu, gdyż moje… mieszkanie się spaliło… - dodałem dość ponuro, choć nie chciałem żeby to tak zabrzmiało.
- Ale pomyśl – kontynuował. – Co bardziej rozwścieczy naszego kochanego perkusistę? Ja, czy może ten burdel, stosy kubków z niedopitymi kawami, plama na jego ukochanym perskim dywanie i pusta puszka po kawie, bez której on sam nie może poprawnie egzystować? A może wiadomość, że jego tymczasowy współlokator nie zamknął drzwi jego gigantycznego, cholernie drogiego apartamentu, na który namówił go Karyu? – uśmiechnął się złowieszczo. – Mimo wszystko mam wrażenie, że najbardziej rozłości go informacja o tym, że nieproszony gość, w tym wypadku ja, wtargnął do jego gniazdka, kiedy ty pisałeś teksty piosenek na komputerze i nawet o tym nie wiedziałeś…
- Szantażujesz mnie? – prychnąłem.
- Hizu… - postąpił krok w moją stronę, a ja cofnąłem się o dwa. – Ja ci tylko oferuję pomoc. Możemy tu razem szybko posprzątać i sklecić historyjkę o tym, że ci się nudziło, zaprosiłeś mnie, oglądaliśmy film i zasnęliśmy, i tak oto tutaj zostałem – wzruszył ramionami. – Nic prostszego!
- Szatańska energia promieniuje od ciebie na kilometry, – syknąłem – ale jeśli nie chcę zginąć z ręki Ooty…
- Albo skończyć z jego pałeczkami do perkusji w odbycie… - podsunął usłużnie.
- …Albo skończyć z jego pałeczkami w odbycie – powtórzyłem – to muszę się zgodzić na twój plan… - westchnąłem. – Zastanawiam się tylko, co też ZNÓW zrobiłeś, że żona wyrzuciła się z domu?
- Dowiedziała się o czymś… - zaczął wylewać moją niedopitą kawę do odpływu. - …A właściwie kimś…
- Kochance? – zgadywałem.
- Znacznie gorzej… - mruknął. – Naszła cię wena – zmienił temat - więc po ilości kubków i twoich przekrwionych od wpatrywania się w monitor oczach, wnioskuję, że pisałeś tak cały dzień, żłopiąc hektolitry kawy… I zgaduję, że ani razu nie byłeś w klopie, prawda? – zapytał, a ja, jak na zawołanie, poczułem, że muszę iść do łazienki. – Czy ty próbujesz pobić jakiś rekord? – zaśmiał się, kiedy ja kierowałem się do łazienki.
Gdy wróciłem z toalety, ilość kubków w kuchni była dwa razy mniejsza, a zmywarka prawie pełna. Bez słowa zająłem się znoszeniem szklanek z mojego pokoju. Kiedy w zmywarce nie było już miejsca, zacząłem zmywać ręcznie.
- Ach… I zapomniałem powiedzieć – odezwał się, a ja spojrzałem na niego. – Śpię z tobą.
- Co?! – wykrzyknąłem.
- Ano właśnie to – wzruszył ramionami. – Bo w końcu ktoś musi podawać ci magnez i rozmasowywać łydki, kiedy złapie cię skurcz, mam rację? – spojrzał na mnie z politowaniem. – No chyba nie myślałeś, że po takiej ilości kawy nic ci nie będzie, prawda?
Nie odpowiedziałem. Utkwiłem wzrok w złoto-białej filiżance z serwisu, którą właśnie myłem – jedną z nich stłukłem. Jej szczątki chyba nadal leżały na dywanie. „Tsukasa się wścieknie…” – nie mogłem przestać o tym myśleć.
- Tym razem spędzamy wyjątkowo fajnie Sylwestra, co? – zagadnąłem w końcu. – Ja zmywając kubki, a ty szukając jakiegoś tekstu, którego jeszcze nie wykorzystałeś, żeby udobruchać żonę…
- Nie chcę się z nią pogodzić – powiedział twardo, a ja spojrzałem na niego zaskoczony.
- Nie?
- Nie. Po tym, czego dzisiaj się dowiedziała, powiedziała, że już od dawna się tego domyślała i zażądała rozwodu. Do czasu, kiedy nie nastąpi proces, będziemy w separacji – powiedział obojętnie.
- I nie zamierzasz nic z tym zrobić?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo tak naprawdę nigdy jej nie kochałem…
- W takim razie, dlaczego w ogóle się z nią ożeniłeś? – usiadł na blacie, na którym w końcu pojawiło się wolne miejsce.
- Bo myślałem, że kiedyś ją pokocham… i zapomnę o osobie, którą naprawdę kocham, choć ona ma to głęboko gdzieś… a może po prostu o tym nie wie? – przeczesał dłonią włosy. – Sam nie jestem pewny…
- A kim ona jest?
- Jaka „ona”? Moja BYŁA żona?
- Nie. Kobieta, w której się zakochałeś.
Michi spojrzał na mnie i uśmiechnął się gorzko, nie odpowiadając mi. Widząc wyraz jego twarzy, przeszły mnie ciarki. Coś okropnego…
- Może spędzimy jakoś przyzwoicie tego Sylwestra? – zaproponował, podchodząc do mnie od tyłu, zakręcając kurek z wodą i wyjmując szklankę z ręki. – Tsukasa poszedł na imprezę z Karyu, więc z pewnością nie wrócą przed południem następnego dnia… - uśmiechnął się zachęcająco, a ten dramatyczny grymas, który przed chwilą widziałem, zupełnie zniknął z jego twarzy. – Niedługo dwudziesta czwarta… Może wyjdziemy na balkon i przynajmniej poobserwujemy, jak bawi się całe miasto?
- Niecałe… - poprawiłem go. – My się nie bawimy…
Wciąż czekał na moją odpowiedź. Ułożył dłonie na moich biodrach, a ja, nie zwracając uwagi na ten drobny gest, kiwnąłem głową. Wytarłem ręce i obaj przeszliśmy do salonu, skąd przez wielkie szklane wrota wychodziło się na balkon, z którego było widać panoramę miasta. Sześćdziesiąte dziewiąte piętro robi swoje… (69 – jest to dość wymowna liczba, ale nie ingeruję w to, na którym piętrze mieszka perkusista). Wszystko było pokryte grubą warstwą śniegu – dwa leżaki stojące po naszej prawej stronie, mały stolik pomiędzy tymi leżakami, popielniczka stojąca na nim, barierka… Podszedłem do owej barierki i zgarnąłem z niej śnieg, formując go w dłoni na kształt kuli. Zimno szczypało i wbijało się drobniutkimi igiełkami w moje ręce, jak i całe ciało. Zadrżałem – szkoda, że nie pomyślałem żeby wziąć ze sobą kurtki… ale wtedy nie chciało mi się już po nią wracać.
Lubiłem zimno, bo było przeciwieństwem gorąca; bo było przeciwieństwem ognia, przez który straciłem wszystko…
Moje place momentalnie stały się czerwone, a śnieg zaczął się między nimi roztapiać, przez co woda cieniutkim, lodowatym strumyczkiem wdarła się pod rękaw mojej bluzki. Uśmiechnąłem się pod nosem.
Zaczęły się piski i okrzyki, a po chwili pierwsze petardy rozbłysły bajkowymi kolorami na ciemnym nieboskłonie. Fajerwerki, wystrzeliwane w różnych konstelacjach, tworzyły prawdziwe dzieła sztuki – co prawda ich istnienie ograniczało się zaledwie do niepełnej minuty, jednak zawsze lepiej było lśnić przez te kilkanaście sekund, niż wiekami ukrywać się w ciemnościach… Miło było popatrzeć na ten obraz radości – szkoda tylko, że ludzie nie potrafią się tak cieszyć przez cały rok…
Zero objął mnie od tyłu; w ostatnim czasie robił to coraz częściej, dlatego nie zaskakiwał mnie już ten gest z jego strony. Wytarł moją mokrą dłoń o własne spodnie, a następnie wcisnął mi do ręki skrawek żółtego papieru listowego i długopis.
- Zaskakujące, że żeby otrzymać taki ciekawy efekt, trzeba najpierw coś unicestwić… Petarda musi wybuchnąć, żeby stworzyć wybuch… i piękno. To jednak prawda, że żeby coś stworzyć coś pięknego, najpierw trzeba coś zniszczyć… - szepnął basista, drażniąc moje ucho ciepłym oddechem.
- Masz rację… - zgodziłem się.
- Zastanawiam się w takim razie, co ty musiałeś zniszczyć – zaśmiał się, a ja odwróciłem się i spojrzałem na niego krytycznie. – Zrozumiałeś aluzję? Brawo! Nie dość, że piękny to jeszcze rozumny! – uśmiechnął się i odgarnął mi grzywkę, która wpadała do oczu.
Przez pewien  czas w ciszy przypatrywaliśmy się, jak kolejne wybuchy rozświetlają niebo i jak inni ludzie bawią się beztrosko, wykorzystując do samego końca ten jeden jedyny dzień, w którym mogą pozwolić sobie na rozpustę.
- Nie rozumiem, z czego oni się cieszą… Nadejdzie kolejny rok i nic się nie zmieni; no może oprócz podatków, które mogą wzrosnąć… - westchnąłem.
- No akurat dla ciebie, to chyba niestraszne – zachichotał. – Jesteś bogaty.
- Może ja akurat nie muszę się tym przejmować, ale oni tak – wskazałem na miasto pełne ludzi. – Nie wiem, z czego się tak radują… Zamiast zajmować się poważnymi, przyziemnymi sprawami i cieszyć się z prawdziwych sukcesów, oni wymyślają sobie takie pierdoły… - przewróciłem oczyma.
- Czasem dobrze jest dostrzec pozytywną stronę w najbłahszych rzeczach… Nie musisz zaraz wspinać się na Mount Everest, wystarczy, że wejdziesz po schodach na drugie piętro do swojego biura – wzruszył ramionami. – Nie musisz zaraz zostać onkologiem, wystarczy, że codziennie będziesz palił jednego papierosa mniej.
- Czy to była delikatna sugestia? – nonszalancko podniosłem jedną brew.
- A podobno uroda i intelekt nie chadzają parami – zaśmiał się.
Znów zapadła między nami cisza. Chłopak zabrał ręce i odsunął się trochę ode mnie. W tym właśnie momencie zrobiło mi się zimno; na całe szczęście po chwili Zero znów przylgnął szczelnie do moich pleców.
- Napisz na kartce swoje marzenie. Podobno dzisiaj mogą się spełnić…
Spojrzałem na niego jak na idiotę, dostrzegając kątem oka, że basista trzyma podobną karteczkę, na której widnieją pochyłe, czarne znaki, których niestety nie mogłem odczytać.
- A ty? O czym ty napisałeś, Shimizu? – zapytałem.
- Dowiesz się za chwilę…
Zacząłem szybko myśleć. Marzenie, marzenie… Jakie ja mam niespełnione marzenie? Odwróciłem się do ciemnowłosego przodem, gdyż jak dotąd stałem do niego tyłem i nie widziałem go za dobrze. Omiotłem pospiesznie spojrzeniem całą jego twarz, a następnie zatrzymałem się na oczach. Duże, ciemne, głębokie – takie jak zawsze. Na lewym łuku brwiowym blizna. Rzęsy długie i czarne jak węgle. Następnie mój wzrok zatrzymał się na jego ustach. Pełne, miękkie, pięknie wykrojone… I już wiedziałem, czego chciałem tak naprawdę.
„Pocałuj mnie” – napisałem na kartce, choć w sumie za tymi dwoma słowami kryło się znacznie więcej, niż z pozoru mogłoby się wydawać. Nie chciałem, żeby pocałował mnie Zero – o nie! Chciałem po prostu kogoś bliskiego… Kogoś, na kim w końcu mógłbym się wesprzeć; oddać w ramiona i być spokojnym. A co ja na to poradzę, że bliskość kojarzyła mi się z pocałunkami?
Basista na powrót odwrócił mnie do siebie tyłem. Wziął swoją kartkę i zwinął ją w rulonik. Zdążyłem jedynie zobaczyć kawałek napisu:
„…hida
…oshi”
Nic mi to nie powiedziało. Nie potrafiłem się domyślić, o co też mogło chodzić chłopakowi. Ciemnowłosy zwinął również i moją karteczkę, nie czytając uprzednio, co było na niej zapisane. Następnie wyjął z kieszeni zapalniczkę i podpalił oba skrawki papieru. Spiąłem się. Zrobiło mi się niedobrze na widok ognia. Chciałem się cofnąć, ale uniemożliwił mi to basista, który nadal za mną stał. Szarpnąłem się.
- Puść mnie! – krzyknąłem, jednak mnie  nie posłuchał.
Wpatrywał się w płomyk, który pożerał kartki, niczym w świętą rzecz. Próbowałem jakoś wydostać się z jego objęć, jednak trzymał mnie mocno. Od czasu, kiedy wybuchł pożar w moim mieszkaniu, a ja, gdyby właśnie nie Zero, który mnie uratował, na dobrą sprawę mógłbym tam zginąć, cholernie bałem się ognia. Choćby najmniejszego płomyka… Minęło już pół roku, a mnie nadal śniły się koszmary o pożarze, który próbuje spalić mnie żywcem…
Kiedy chłopak poczuł, że może zaraz poparzyć sobie palce, wypuścił karteczki. Obaj przyglądaliśmy się jak jasny punkcik opada, a potem nagle ogień gaśnie niczym błędny ognik i nie zostaje po nim żaden ślad… bynajmniej niedostrzegalny z tej wysokości.
Poczułem jakby coś we mnie pękło i popchnęło ku basiście, do którego przytuliłem się i ukryłem twarz w zagłębieniu jego szyi, oddychając ciężko. Zero objął mnie w pasie i uspakajająco gładził po plecach. Wiedział, że miałem traumę…
Po chwili odsunąłem się od niego, dochodząc do wniosku, że obściskiwanie się na balkonie z kolegą nie jest na miejscu, kiedy on wzmocnił uścisk i nie pozwolił mi odejść. Pochylił się i bardzo szybko mnie pocałował.
- Co napisałeś? – zapytał z delikatnym uśmieszkiem na ustach.
- Że… Co?... A… - dukałem i jąkałem się, nie umiejąc złożyć poprawnego zdania. Byłem totalnie oszołomiony. – O… O pocałunku… - szepnąłem. – A ty? – dodałem szybko.
- O tobie. Napisałem o tobie, Yoshida Hiroshi – powiedział, a mnie zatkało. Napisał… o mnie? Na tej karteczce… to było moje imię i nazwisko? – Widzisz, marzenia się spełniają – pogłębił uśmiech.
- Co? Jak to? – nie zrozumiałem go.
- Ty dostałeś pocałunek, o którym napisałeś, a ja ciebie – wzruszył ramionami. -  Nic prostszego. Chodź – skierował się do drzwi, łapiąc mnie za rękę.
- Gdzie?! – wyrwałem mu się. Chłopak odwrócił się do mnie przodem i spojrzał cierpliwie, po czym ponownie ujął moją dłoń i zaczął prowadzić do mieszkania.
- Do środka. Jesteś zmarznięty. Drżysz. Będziemy kontynuowali w salonie.
- Kontynuowali co?! – krzyknąłem. Spojrzał na mnie przez ramię i uśmiechnął się.
- Pocałunki. A ja będę uczył się mieć taki skarb na własność – doszliśmy do drzwi balkonowych i stanęliśmy w ich progu.
- Co?! O czym ty mówisz?! – byłem przerażony. Czy coś padło mu na mózg?!
Zero pocałował mnie jeszcze raz. Tym razem jednak długo i namiętnie. Całował mocno i z uczuciem. Kiedy polizał moją dolną wargę z wahaniem, uchyliłem usta, z czego on skorzystał. Pierwszy raz w życiu całowałem się z facetem… ale było to przyjemne uczucie. Wstrząsnęły mną dreszcze podniecenia. Zaplotłem ręce na jego karku, a on znów objął mnie w pasie. Wiatr przez niedomknięte drzwi balkonowe chłostał nas lodowatym wiatrem po zaróżowionych twarzach. Oderwaliśmy się od siebie, kiedy zabrakło nam tchu.
- Teraz pasuje? – zapytał, a ja zgłupiałem.
- Co… Co pasuje? – wydukałem cicho.
- Pocałunek. Marzenie spełnione? – zastanowiłem się. Chciałem tego? I w ogóle, o czym tak NAPRAWDĘ myślałem, pisząc to marzenie na karteczce? Czy wcześniej po prostu nie chciałem usprawiedliwić się sam przed sobą? Czy podświadomie pragnąłem Zero, ale nie chciałem się do tego przyznać, uważając to za niedorzeczne?
- Tak – przytaknąłem w końcu i nagle wyczerpany do granic możliwości, opuściłem głowę na jego tors i przymknąłem oczy. – Tak… Teraz czas na twoje?
- Przecież już cię mam – zaśmiał się i wziął mnie na ręce, a następnie, tak jak powiedział, zaniósł do salonu.
Jednak jest się z czego cieszyć w Sylwestra…

Choćby z tego, że marzenia się spełniają.

Ruki x Yo-ka "Jesteśmy przyjaciółmi"

„Jesteśmy przyjaciółmi”

Pierwszy rok w nowej szkole zawsze jest trudny… przynajmniej dla mnie. Zawsze zdawało mi się, że moi rówieśnicy zawierają przyjaźnie bez najmniejszego trudu, podczas gdy mnie przerażała choćby wizja tego, że ktoś miałby się do mnie zbliżyć. Zawsze byłem outsiderem. Jedni mówili, że byłem dziwakiem, inni, że po prostu miałem ciężki charakter… Ale to wszystko już się zmieniło – zmienił to on. To dzięki niemu pozbyłem się mojej fobii, z której nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Ale…
Ależ nie, nie będę uprzedzał wypadków. Czym byłaby niesamowita opowieść bez tej tajemnicy, która do końca, do ostatniego słowa gęstnieje, mrocznieje, napawa lękiem? Jesteśmy w ciemnym pokoju i pobądźmy w nim chwilę, zanim ktoś zapali światło… Zdradzę tylko, że tym kimś w moim życiu był Yo-ka.

***

Liceum.
Od zawsze bałem się ludzi. Po prostu w pewien irracjonalny sposób przerażali mnie. Nie chciałem, żeby na mnie patrzyli, a tym bardziej, żeby mnie dotykali. Moja rodzina starała się być dla mnie wyrozumiała na tym punkcie, jednak i ich cierpliwość miała pewne granice. Matka, będąc pewna, że nie wyrośnie ze mnie już nic „normalnego”, odesłała mnie z tak dobrze znanej mi Kanagawy do szkoły mieszczącej się w górach. Było to męskie liceum o rygorystycznych zasadach. Z pewnej strony podobało mi się zorganizowanie i harmonia panująca tutaj, jednak z drugiej… jak zwykle przerażali mnie ludzie.
Teren szkoły można było opuszczać jedynie podczas weekendów i to w dodatku za pozwoleniem nauczyciela. Do starszych uczniów trzeba było mieć należyty szacunek (i okazywać go na każdym kroku), a jego brak był surowo karany. Mundurek, składający się z szarych spodni, białej koszuli, ciemnoniebieskiego krawatu oraz błękitnej marynarki, można było zdjąć dopiero po lekcjach, w swoim pokoju w akademiku – za wcześniejsze pozbycie się go czy choćby rozwiązanie krawatu, również groziły kary. Dodatkowo podczas lekcji, kiedy uczniowie nosili mundurki, nie można było zakładać żadnych rzucających się w oczy drobiazgów. Broszki, kolczyki, naszyjniki, bransoletki, kolorowe soczewki… makijaż również był zakazany, choć akurat pod tym względem nauczyciele zawsze przymykali oko. Kiedy któryś z uczniów miał pomalowane rzęsy czy oczy podkreślone czarną kredką, nic nie mówili. Niemniej kiedy makijaż był zbyt widoczny, kazali go po prostu zmyć. Na szczęście nie przyczepili się do moich tlenionych włosów, gdyż jakoś nie miałem zamiaru powracać do swojego naturalnego, czarnego koloru.
Nazywam się Takanori Matsumoto, ale wszyscy mówią na mnie Ruki. Byłem jednym z najniższych i najbardziej nieśmiałych chłopców w całej szkole.
Właśnie wychodziłem z mojego pokoju, który dzieliłem z jedynym człowiekiem, Tanabe Yutaką, który jeszcze nie stracił do mnie cierpliwości i szanował to, że nie lubię zbyt bliskiej konfrontacji z kimkolwiek. Minąłem kilka osób siedzących na dużych, czerwonych sofach, mieszczących się w holu akademika i wyszedłem. Dróżką wyłożoną kostką brukową, ciągnącą się przez park, doszedłem do kamiennych schodów, po których wspiąłem się, by po chwili ujrzeć budynek szkoły, który przypominał mi średniowieczny zamek. Przed jej wielkimi wrotami stał pomnik Murasaki Shikibu, poetki, której dzieła niedługo miałem omawiać na lekcji historii literatury pięknej. Nie tylko zewnętrzny, ale i wewnętrzny wystrój utwierdzał mnie w przekonaniu, że ta szkoła wygląda niczym rezydencja jakiegoś możnowładcy. Wszedłem po kolejnych schodach, tym razem drewnianych, wielkich i solidnych na piętro, gdzie podłoga wyłożona była białym, gładkim kamieniem… marmurem? Chyba nie… chociaż może? Kto wie.
Doszedłem pod odpowiednią klasę. W środku było już kilku uczniów, którzy rozmawiali ze sobą, żywo gestykulując. Ciężkie ławki wykonane z ciemnego drewna, podobnego do tego, z którego zostały zrobione schody stały ustawione w trzech rzędach. Przy każdej z nich stały dwa krzesła, których siedziska i oparcia były obciągnięte ni to bordową, ni to brunatną skórą. Usiadłem w ostatniej ławce, na moim stałym już miejscu i wyjąłem książki oraz zeszyty z torby, po czym zacząłem przeglądać notatki z języka angielskiego, gdyż takowa lekcja zaraz miała się zacząć.
Nawet, kiedy przyjechałem tutaj z rodzicami po raz pierwszy, ta szkoła zrobiła na mnie wrażenie. Nie tylko sam jej ogromny budynek, który, jak już wspomniałem, przypominał mi zamek, ale również olbrzymia posesja, która do niej przynależała. Mieściły się tutaj trzy budynki akademickie, z których każdy jeden przypisany był odpowiedniemu rocznikowi. Uczęszczały tutaj rzesze młodzieży – czasem zastanawiałem się czy choćby w Tokio jest gdzieś większa szkoła… zdawało mi się, że nie. Oprócz akademików były również wydzielone dwa budynki stołówki, gdzie od godziny siódmej rano do ósmej wieczorem można było zawsze przyjść i zjeść coś o każdej porze. Nie było tutaj jak w zwykłej stołówce szkolnej, gdzie jest jedna przerwa obiadowa.
Poza tym ten park – park, przez który musiałem przejść, żeby dotrzeć na lekcje - był doprawdy intrygujący. Zadbany, rozległy i urzekający, wręcz błagający, żeby wieczorem, tuż po odrobieniu nieszczęsnej pracy domowej z znienawidzonej przeze mnie matematyki, przejść się po nim na spacer. Było tutaj kilka ścieżek – krętych, pagórkowatych i cholernie długich – którymi niemal codziennie biegali najlepsi biegacze ze szkoły, przygotowujący się do olimpiady sportowej, która podobno niebawem miała się zacząć.
Moje rozmyślenia na temat kolosalności szkoły przerwała wchodząca do klasy równo z dzwonkiem dwójka chłopaków oraz trzeci, przewodzący pozostałej dwójce blondyn. Nie znałem go, ale słyszałem nieco na jego temat. Miał ksywkę Yo-ka i mimo iż podobno oboje jego rodzice byli Japończykami, ich syn urodził się w Ameryce. Jego ojciec miał tam firmę komputerową, a Yo-ka był jego najstarszym dzieckiem, co wiązało się z tym, że miał kiedyś przejąć rodzinny interes. Był jednym z najpopularniejszych dzieciaków w szkole. Był przystojny, a jego wyraz twarzy nakierowywał na to, że jest raczej miłą i serdeczną osobą, jednak jego oczy patrzyły przenikliwie, wręcz przeszywająco. W pewnym momencie zdawało mi się, że Yo-ka zmierza właśnie w moim kierunku, ale nagle zatrzymał się, kiedy podszedł do mnie Takumi Gichii – najlepszy szkolny sportowiec oraz kapitan drużyny koszykarskiej.
- Cześć – przywitał się. – Wolne? – wskazał na miejsce obok mnie.
Kiwnąłem głową. Bo cóż innego mogłem zrobić? Nie wypadało mi skłamać, zresztą nie byłem dobrym kłamcą. Fakt, nie chciałem, żeby obok mnie usiadł, ale… po prostu czasami trzeba się poświęcić i skinąć głową, kiedy tak naprawdę ma się ochotę kręcić nią aż skręcisz sobie kark, a potem wybiec z pomieszczenia, w którym się znajdujesz, trzasnąć drzwiami i schować się przed złem całego świata.
Yo-ka zajął miejsce w ławce, przy której się zatrzymał i bez słowa wypakował swoje rzeczy. Po chwili do klasy wszedł nauczyciel dzierżący pod pachą opasłe tomiszcza słowników oraz dziennik lekcyjny. Przywitał się z uczniami, po czym zapisał temat na tablicy.
- Czy mógłbyś mi pożyczyć długopis? – zapytał Takumi. – Mój najwyraźniej się wypisał…
Znów kiwnąłem głową i podałem mu to, o co prosił. Chwycił długopis, przy czym dotknął mojej dłoni… po czym wyrwał mi pisak z dłoni, splótł nasze palce i jakoś nie wyglądało, żeby zamierzał przestać to robić! Szarpnąłem się, aby wyrwać rękę z jego uścisku, ale to nic mi nie pomogło. Moje wszystkie mięśnie spięły się, zupełnie tak jakbym przygotowywał się do ucieczki.
- Spokojnie – szepnął konspiracyjnym szeptem. – Chcę cię tylko zaprosić – uśmiechnął się i drugą, wolną ręką wyjął z kieszeni jakieś dwa bilety. – Dasz się zaprosić na randkę czy mam się za tobą uganiać i błagać? – uśmiech nie schodził z jego ust.
Zarumieniłem się i wbiłem wzrok w swój zeszyt. Jeszcze raz spróbowałem uwolnić dłoń z jego stalowego uścisku, jednak tym razem poskutkowało to tym, że długie palce sportowca jeszcze mocniej zacisnęły się wokół moich. Oblizałem w nerwowym geście usta, które nagle stały się spierzchnięte.
- Nie jestem zainteresowany… - wydukałem, będąc oszołomiony jego dotykiem. Teraz zrozumiałem reakcję mojego ciała; ja naprawdę w tym momencie miałem ochotę uciec!
- Daj spokój… Słyszałem, że wszystkich odtrącasz… wiesz, wzbudzasz dość duże zainteresowanie wśród uczniów – uśmiechnął się, a ja zacząłem mieć problemy z oddychaniem. „Że niby ja?... Zainteresowanie… Budzić w… uczniach?” – Ale żeby mnie odrzucić? Musiałbyś być głupi – prychnął, szczerząc się.
- Ostatnia ławka! Co to za rozmowy?! – krzyknął anglista, po czym utkwił wzrok we mnie. – Chłopcze… - powiedział z troską w głosie. – Nic ci nie jest? Jesteś blady jak kartka papieru… Dobrze się czujesz?
- Taak… Ja… Ja tylko… Czy mógłbym się przesiąść? – wypaliłem jak z procy.
- Oczywiście – zezwolił, a ja odetchnąłem z ulgą i szybko zebrałem swoje rzeczy, po czym rzuciłem się do pierwszej lepszej wolnej ławki.

***

Było około godziny czternastej. O tej właśnie porze najwięcej uczniów wybierało się do stołówki, by zjeść obiad. Ja nie miałem ochoty jeść. Miałem tak ściśnięte gardło, iż czułem, że gdybym tylko spróbował przełknąć jakiś kęs, mógłbym się nim zadławić. Nadal byłem zestresowany po tym incydencie na lekcji języka angielskiego. Chociaż minęło już tyle godzin, ja nadal czułem się niekomfortowo i byłem podenerwowany. Niemniej poziom adrenaliny w mojej krwi stopniowo malał, a ja wyciszałem się, jednak wiązało to się z tym, że stawałem się także coraz bardziej senny. Z tego powodu zamówiłem sobie jedynie kawę i wyszukałem na półpiętrze, w ustronnym miejscu wolny stolik z czterema krzesłami. Na jedno zarzuciłem marynarkę i torbę z książkami, a na następnym sam się uwaliłem i powoli zacząłem sączyć napój. Westchnąłem cicho, przymknąłem oczy i rozmasowałem obolałe skronie, a kiedy ponownie, niechętnie podniosłem powieki przede mną stał lider jakiejś grupki chłopaków, a za nim jego „wyznawcy”. „Jak ja kocham te kółeczka wzajemnej adoracji…” – jęknąłem w myślach.
- To ty jesteś ten Matsumoto? – zapytał, a ja skinąłem głową. – Jestem Akira Yoshizawa i dobrze ci radzę, trzymaj się od Yo-ka z daleka – warknął, a ja zmarszczyłem brwi w niezrozumieniu.
- Nawet go nie znam – wzruszyłem ramionami. – Nigdy z nim nie rozmawiałem.
- To, że ty go nie znasz, nie oznacza, że on nie zna ciebie – wywrócił oczyma. – W każdym razie, ostrzegam cię, bo on jest mój – powiedział z wyższością.
- Szczerze zapewniam cię, że nie zamierzam ci go w jakikolwiek zabierać – dałem słowo.
- Yoshizawa, zostaw go w spokoju – usłyszałem znajomy głos, za którym nadal nie zdążyłem się stęsknić. Na jego dźwięk przeszedł mnie dreszcz. – Ty zabierz się za swojego Yo-ka, a mnie zostaw Takanoriego – spojrzałem w bok i zobaczyłem uśmiechniętego Takumiego.
- Nie będziesz mi rozkazywał, Gichii – warknął Akira, mierząc chłopaka nienawistnym spojrzeniem.
- Ależ oczywiście, że będę i właśnie to robię – sportowiec niczym niezrażony, najwyraźniej świetnie się bawił, gdyż uśmiech jakby na stałe został przyklejony do jego ust.
- Nawet jeśli Yo-ka będzie już mój, to nie zmienia tego, że nadal będę mógł pastwić się nad twoim chłoptasiem. Nic mnie przed tym nie powstrzymuje – prychnął. Takumi, kompletnie go lekceważąc, podszedł do mnie i wyciągnął te sam bilety co wcześniej.
- Weekend. Wieczorem kino i długi spacer, co ty na to? – zapytał, zawisając nade mną. Odruchowo odsunąłem się i odwróciłem głowę, by nie patrzeć mu w oczy.
- Mówiłem już, że nie jestem zainteresowany – powiedziałem cichutko.
- Oho, widać, że szczęście w miłości ci nie dopisuje – Yoshizawa zdobył się na sarkazm i spojrzał na mnie nieprzyjaźnie. – Doprawdy, nie żebym cię lubił Gichii, ale mógłbyś celować nieco wyżej, a nie… zadajesz się z tym czymś. Widać, że nie masz gustu – chcąc podkreślić to, jak bardzo mną gardzi, podszedł do mojego stolika i potrząsnął nim, zrzucając z niego sportowca, który na nim siedział oraz filiżankę z kawą, której zawartość z pewnością wylądowałaby na moich spodniach, gdyby ktoś mnie momentalnie nie odsunął. Ten owy ktoś szarpnął za oparcie krzesła, na którym siedziałem i odciągnął mnie od stolika oraz beżowej stróżki, która teraz po nim spływała. Odwróciłem się i zobaczyłem za sobą blondyna. Yo-ka. Z bliska jego uroda była wręcz hipnotyzująca.
- Ja zadaję się z „tym czymś” – odezwał się mój „wybawiciel”, którego rękaw błękitnej marynarki był teraz ubrudzony kawą. Widocznie musiała na niego chlusnąć, kiedy filiżanka została przewrócona przez Akirę. – Uważasz więc, że nie mam gustu? – Yoshizawa zaniemówił i z otwartymi ustami wpatrywał się w blondyna.
- No, tłumacz się przed swoim „panem” – zaśmiał się Takumi i na powrót znalazł się przy mnie, by następnie objąć mnie ramieniem.
- Nie, nie, Yo-ka, to nie tak! – zaczął protestować Akira.
Yo-ka rzucił wściekłe spojrzenie sportowcowi, ale ten urządzał sobie z tego kpiny. Odniosłem jakieś dziwne wrażenie, że wcale nie chodziło mu o to, że Gichii nazwał go „panem Yoshizawy”. Wyrwałem się z objęć Takumiego i jakimś dziwnym trafem znalazłem się bliżej blondyna, którego wyraz twarzy nagle stał się o wiele bardziej przyjazny.
- Jesteśmy przyjaciółmi – spojrzał na mnie i uśmiechnął się życzliwie, a ja zgłupiałem, nie wiedząc już, o co tak na dobrą sprawę chodzi. – A teraz… Yoshizawa, co zamierzasz zrobić z moją marynarką? – zapytał retorycznie. Akira przez chwilę spoglądał na niego, jakby zobaczył go po raz pierwszy, zamrugał kilkakrotnie, po czym podbiegł do blondyna i wziął od niego wspomnianą część garderoby.
- Ja… Ja przepraszam Yo-ka-kun! – wykrzyknął, kłaniając się w pas.
- Wyczyść ją – polecił.
Sportowiec znów znalazł się obok mnie. Pomachał mi biletami przed oczyma.
- Więc jak będzie? – uśmiechnął się, ponownie odzyskując humor. Chciał objąć mnie w pasie, ale Yo-ka, stojący obok mnie, nie pozwolił mu na to. Złapał jego przedramię i wykonał obrót niczym zawodowy tancerz, wykręcając rękę Takumiego na plecy. Gichii jęknął żałośnie i skrzywił się boleśnie.
- Nie rozumiesz, co się do ciebie mówi? – zapytał bardzo spokojnie blondyn. – Takanori powiedział, że nie jest zainteresowany, a zgaduję, że nie lubi się powtarzać, prawda? – spojrzał na mnie, a ja przytaknąłem. – Widzisz? W takim razie teraz zostaw naszego uroczego Matsumoto-kun, dobrze?
- Odwal się… - syknął sportowiec. Yo-ka mocniej przycisnął jego rękę do pleców, aż pod chłopakiem ugięły się nogi. Takumi zagryzł wargi z bólu.
- Dobrze? – zapytał ponownie blondyn. Gichii w końcu skinął głową, a jego „oprawca” uwolnił go i odprowadził wzrokiem, dopóki ten nie wyszedł ze stołówki. Ja wykorzystałem ten moment i powoli zacząłem się cofać w stronę pobliskiego korytarza. W końcu odwrócił się i spojrzał na mnie, uśmiechając promieniście. – Dobrze się czujesz? – zadał pytanie, na które ja odpowiedziałem jedynie kiwnięciem głowy. – Ej, zaczekaj na mnie – poszerzył uśmiech i zrobił zaledwie kilka kroków w moją stronę, a ja spanikowałem. Po prostu odwróciłem się i zacząłem biec przed siebie. – Zaczekaj, Takanori! – krzyknął za mną, jednak nie posłuchałem go.
Korytarz, którym biegłem prowadził do pomieszczeń przeznaczonych dla personelu, przez co zgadywałem, że są to chłodnie albo jakieś magazyny z jedzeniem. Domyślałem się również, że są to zamknięte pokoje, z których nie ma już żadnego wyjścia. Gorączkowo zastanawiałem się nad tym, gdzie mogłem się ukryć. Cholera, przecież nie mogę tak biec bez końca – ten korytarz na pewno zaraz się skończy!
Wykrakałem. Właśnie dobiegłem do jego końca. Nadal słyszałem za sobą nawoływania Yo-ka i tupot jego butów na drewnianej podłodze. Nie namyślając się wiele, wpadłem do pierwszego lepszego pokoju, który okazał się być… klatką schodową! O dobra Kannon! Dzięki ci za ten cud! Szybko zbiegłem po metalowych schodach, którymi zapewne wchodzili jedynie dostawcy. W duchu modliłem się, żeby blondyn mnie zgubił, żeby nie zauważył, przez które drzwi przeszedłem… jednak limit cudów na dziś został wyczerpany.
- Taka, stój! Czekaj! – krzyknął ze szczytu schodów, kiedy ja byłem już prawie na samym dole.
Jeszcze tylko trzy stopnie i… ja i moje parszywe szczęście! Wyrżnąłem się i wylądowałem na podłodze jak długi. Nie zwracając na nic uwagi, szybko podniosłem się i wypadłem na dwór. Przebiegłem przez park najszybciej jak potrafiłem i potrącając przy tym kilku innych uczniów, wparowałem do akademika, a następnie do swojego pokoju. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i oparłem się o nie plecami, dysząc ciężko.
- Ruki, już wróciłeś? – Tanabe spojrzał na mnie sponad książki, którą właśnie czytał. – Myślałem, że na ostatniej lekcji masz jeszcze w-f…
Uświadamiając sobie, że właśnie uciekłem z jednej lekcji, doszedłem do wniosku, jaki jestem głupi. Pacnąłem się otwartą dłonią w czoło. Nadal opierając się plecami o drzwi, zsunąłem się na podłogę i usiadłem na niej, obejmując kolana rękami. Ukryłem twarz między nogami i rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie przywykłem do takich akcji. To było dla mnie zbyt wiele. Zbyt wiele spojrzeń skierowanych na mnie, zbyt wiele rąk chcących mnie dotknąć… i jeszcze tak istna pogoń. Czułem się jak jakiś zbieg… którym w pewnym sensie byłem. Kiedy nauczyciel zorientuje się, że nie ma mnie na lekcji, z pewnością nie ominie mnie sroga kara…
- Co się stało? – Kai przykucnął przy mnie, ale mnie nie dotknął. Widział, że to byłaby teraz najgorsza rzecz, jaką mógłby zrobić.
Yutaka był moim najlepszym przyjacielem. Zdążyliśmy się już trochę poznać, a on nauczył się, co ma robić w takich sytuacjach. Widział, że bałem się ludzi… jakiś irracjonalny strach przed tym, że mogą mnie skrzywdzić kazał mi od nich uciekać jak najdalej.
- Chcesz o tym porozmawiać? – zapytał, a ja pokręciłem głową. Tanabe wstał, zajął na powrót swoje miejsce i wrócił do lektury.
Nie byliśmy z Kaim takimi „normalnymi” przyjaciółmi. Owszem, rozmawialiśmy, a czasem nawet i żartowaliśmy, jednak nawet jemu nie pozwalałem się do siebie zanadto zbliżyć. Czasami zwierzałem mu się z moich problemów, dlatego wiedział o moich strachu oraz widział, jak ma się zachować, kiedy dostanę napadu takiej histerii – to był najwyższy wyraz mojego zaufania do niego. Tylko tyle mogłem mu dać; dla mnie to i tak było bardzo wiele. Nie lubiłem i nie pozwalałem mu się dotykać, jak każdemu innemu, ale z nim czasem miałem nawet ochotę porozmawiać, nie uciekałem przed nim… przynajmniej nie za każdym razem.
Yutaka zdawał sobie sprawę, że jeśli nie chcę z nim rozmawiać, to nie ma sensu na mnie naciskać ani do niczego zmuszać, bo tym mógłby jedynie pogorszyć moją sytuację. Szczerze, byłem mu wdzięczny za to, że po prostu dał mi się wypłakać i nie zadawał żadnych zbędnych pytań, nie próbował mnie pocieszyć ani tym bardziej przytulić.
Kiedy w końcu się uspokoiłem, wstałem chwiejnie i ruszyłem do swojej małej szafy. Pokój umeblowany był dość skromnie – dwa pojedyncze łóżka, dwie szafki nocne, dwa małe biureczka, dwa krzesła i dwie małe szafy. Wyciągnąłem z niej moje „cywilne” ubranie i odwiesiłem mundurek na swoje miejsce. Potem rzuciłem się na łóżko i przytuliłem do zimnej poduszki.
- Przepraszam… - szepnąłem cicho. Głowa mnie bolała.
- Nie masz za co – uśmiechnął się słabo. Był niepocieszony. Zapewne zastanawiał się, co było powodem mojego płaczu, ale nie zapytał o to. – Ja teraz muszę wyjść. Daję korepetycję Aoiemu.
- Chwila… Czy on nie jest w drugiej klasie? – tknęło mnie.
- Ano jest – przytaknął i uśmiechnął się jednoznacznie.
- Aaa… - mruknąłem ze zrozumieniem. – W takim razie życzę powodzenia w podboju serc – zaśmiałem się słabo.
Kai zebrał potrzebne mu rzeczy do plecaka i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. Ja wciąż leżałem w tej samej pozycji, oddychając głęboko i spokojnie, starając się nie myśleć o przeżyciach dzisiejszego dnia. Byłem zmęczony i zaczynałem już przysypiać, kiedy przypomniało mi się, że w końcu przydałoby się zrobić lekcje. Usiadłem na łóżku i rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu mojej torby, kiedy nagle uświadomiłem sobie, że… została w stołówce razem z marynarką, która wisiała na krześle!
- Szlag by to… - mruknąłem pod nosem i wstałem, mając zamiar wrócić do stołówki, kiedy nagle rozległo się pukanie.
Zdziwiłem się i spojrzałem na zegarek stojący na mojej szafce nocnej. W sumie nie było jeszcze tak późno, ale kto mógł przyjść o tej porze do Kaia? Z góry zakładałem, że przecież nikt nie przyszedł do mnie. Pukanie powtórzyło się. Powoli podszedłem do drzwi i otworzyłem je, mając zamiar powiedzieć nieproszonemu gościowi, że Tanabe wyszedł, gdy nagle zamurowało mnie… Yo-ka! Przede mną stał Yo-ka! Co on tu robił?!
- Cześć – zaczął niezgrabnie. – Ja… Przyniosłem twoje rzeczy – pokazał na torbę z książkami i marynarkę, którą trzymał w ręku. – Mogę wejść?
Przepuściłem go w drzwiach. Chłopak położył moje rzeczy na łóżku, na którym jeszcze chwilę temu się wylegiwałem i omiótł wzrokiem pomieszczenie.
- Ładnie… tu – próbował jakoś zacząć rozmowę, ale ja uparcie milczałem. Kiedy spojrzał na mnie, zarumieniłem się. Zrobiło mi się głupio z tego powodu, że uciekłem przed nim. – Rozmawiałem z nauczycielem i powiedziałem, że źle się czułeś, dlatego nie było cię na lekcji. Dobrze zrobiłem? – upewnił się. Kiwnąłem głową, co poskutkowało jak zapalnik. Blondyn zacisnął dłonie w pięści i w dwóch susach pokonał długość pokoju, momentalnie znajdując się tuż przy mnie. – Nic ci nie zrobię – zapewnił, a ja cofałem się do tyłu, dopóki nie natrafiłem na ścianę. – Proszę, nie uciekaj przede mną – znajdował się tak blisko, że czułem jego oddech na ustach. Znów cały się spiąłem. Yo-ka podniósł dłoń, przez co myślałem, że zamierza mnie uderzyć w twarz. Zacisnąłem powieki, ale… o jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast uderzania poczułem jak jego opuszki palców delikatnie suną po moim policzku. Niepewnie otworzyłem oczy i spojrzałem na niego. Chłopak wpatrywał się we mnie jak w ósmy cud świata. – Chcę być po prostu blisko ciebie. Czy to aż tak wiele? – chciałem kiwnąć głową, a nawet powiedzieć, że tak, ale nie mogłem się ruszyć ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Zamarłem pod jego dotykiem, zupełnie jakby ktoś nagle zatopił mnie w olbrzymiej bryle lodu. Obserwowałem jak jego oczy suną wzrokiem zaraz za palcami, lustrując dokładnie moją twarz. W końcu nasze spojrzenia skrzyżowały się. Yo-ka uśmiechnął się delikatnie i przysunął się jeszcze bliżej, wciskając mnie w ścianę. Czułem jego szybko, boleśnie łomoczące o żebra serce. Przez chwilę jeszcze przypatrywał mi się, po czym nachylił się nade mną zupełnie tak, jakby chciał mnie pocałować…
…zaraz, zaraz! On chciał mnie pocałować! Cały czas uważnie mnie obserwował, nie zamykał oczu. Kiedy przysuwał się do mnie coraz bardziej, mnie ogarniał coraz większy strach. Dzieliły nas już tylko milimetry. Już prawie musnął moje wargi, a ja wpatrywałem się w niego szeroko otwartymi ze zdziwienia i przerażenia oczyma. ON CHCE MNIE POCAŁOWAĆ?! Nie wiedziałem, jak miałem się zachować, co zrobić, kiedy nagle… on odsunął się ode mnie.
- Przepraszam… - wyszeptał. – Ja… Zapomniałem, że ty… nie lubisz zbytniej bliskości… To już się więcej nie powtórzy. Przepraszam – w pokorze spuścił głowę.
- Skąd o tym wiesz? – odezwałem się po raz pierwszy, a blondyn z wrażenia aż uniósł głowę i spojrzał na mnie.
- O czym? – dopytywał.
- O tym, że nie lubię… zbytniej bliskości, jak to ująłeś? – wyjaśniłem.
- Ja… Wiem o tobie znacznie więcej niż ci się może wydawać – uśmiechnął się. – Wiem, bo zainteresowałeś mnie i chciałem się o tobie dowiedzieć czegoś więcej… Wyjaśniłbym ci dlaczego, ale nie chcę jeszcze bardziej namieszać ci w główce – pogłaskał mnie po głowie. – Myślę, że dzisiejsze wrażenia ci wystarczą, prawda? – kiwnąłem głową. – No właśnie. Wszystko w swoim czasie – pogłębił uśmiech. – Ale jak na razie… po prostu przede mną nie uciekaj, dobrze? – musnął moją dłoń palcami i… wyszedł.
Tak po prostu – wyszedł.