Oneshot "Ferelny czwartek" Cion x Kuu (VRZEL), Rushi (ex Killaneth, Jupiter) x Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE)

Dobra, przyznam szczerze, że zamierzałam publikować częściej, jednak po drodze zadziało się parę rzeczy, które dosłownie zmusiły mnie do zmiany planów na... właściwie całe życie i w ostatnim czasie byłam zajęta próbami poukładania tego całego chaosu, jaki z tego wyniknął i wyjściem z jakimś planem awaryjnym na szybko. Nie ukrywam też, że to znacząco wpłynęło na moje samopoczucie i humor, toteż nie za bardzo miałam chęci pisać. Z tego wszystkiego nawet zapomniałam, że mam zapisanego w czeluściach mojego dysku tego shota ^^'' a jako że już od dluższego czasu nic nie wstawiałam, postanowiłam wrzucić chociażby to, co "kisiło się" w moich "zapasach" ^^''''''''

Dodam też, że kiedy pytałam czy ktoś życzyłby sobie kontynuację starych serii, takich jak "Uważaj, czego pragniesz" (aka. "Bog, chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia"), "Książę z bajki" etc., i jednoznaczny odzew był: "Hip-hip hurra! Tak, kontynuuj, bo to były moje ulubione serie, na które wciąż czekam!", a jednak nie widać tego jakoś po statysytkach (no 40 odsłon to nawet "ogłoszenia parafialne" mogą więcej nabić x.x), szczególnie po komentarzach, których brakuje. To też odrzuciło mnie w pewien sposób, szczególnie, że w zanadrzu mam nowe serie (napisane już po kilka rozdziałów), które teraz "kiszę", męcząc się pisząc stare gnioty, których niby wszyscy się nie mogli doczekać... a jednak, no patrz, nie. 

To było tak słowem przedwstępu. Postaram się, żeby następnym wpisem był "Książę z bajki" albo "Interesy z diabłem" - ZAPOWIADAM JEDNAK, ŻE JEŚLI "KSIĄŻĘ Z BAJKI" OKAŻE SIĘ TAKĄ SAMĄ LIPĄ JAK POPRZEDNIE STARE SERIE TO JE ZAWIESZAM I BIORĘ SIĘ ZA NOWE RZECZY, bo te wiszą nade mną jak niedoschnięte pranie i, co tu ukrywać, trochę mi tu już zatęchły i śmierdzą... >.<

Tytuł: "Felerny czwartek" (to się nawet trochę trzyma kupy, bo Kai kilka dni temu na twitterze pisał, że ma dwa złe dni pod rząd ^^'')
Paring: Cion x Kuu (Vrzel), Rushi (ex Killaneth, Jupiter) x Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE)
Typ: oneshot
Gatunek: angst (?)
Beta: -

Słowem wstępu kilka zdjęć: 
Na pierwszy ogień Kai i Rushi:


Cion i Kuu:

I na koniec Cion i Rushi, żeby pokazać pewne podobieństwa między Rushim oraz Kuu (minimalne, ale jednak) oraz fakt, że Cion widział się z Rushim (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, though ^^'')

Otworzyłem drzwi do studia, w którym zazwyczaj nagrywaliśmy z hukiem, wściekły niczym sam diabeł wpadłem do środka. Nihit, który siedział na niewielkiej, wysłużonej kanapie pod ścianą, podskoczył przestraszony na miejscu, łapiąc się za klatkę piersiową gdzieś w okolicach trzepoczącego ze strachu serca. Saku z kolei, który zajmował miejsce na krześle obrotowym przy stole mikserskim, pozostał niewzruszony. Wciąż siedział pochylony, w głębokim rozkroku, wsparty łokciami o własne kolana. Jego nieobecny wzrok wskazywał na to, że ten odpłynął gdzieś daleko myślami i prawdopodobnie nawet nie zauważył mojego "wejścia smoka", mimo iż narobiłem nim niemało hałasu, omal nie doprowadzając przy tym gitarzystę do zwału. Blondyn sztywnym ruchem sięgnął po telefon, który wypadł mu z rąk i zaczął składać jego kolejne części w spójną całość.
- Kai... - zaczął słabym głosem.
- Gdzie on jest?! - wrzasnąłem wściekły. - Gdzie jest ta fioletowa kanalia?! - darłem się jak opętany, obrzucając uważnym spojrzeniem każdy kąt. - Zamorduję... - syknąłem pod nosem.
- Rozumiem, że jesteś zły, ale naprawdę, Kai, postaraj się uspokoić... - zaczął jedyny przytomny umysłowo muzyk, który nie stracił jeszcze nad sobą panowania.
- O nie, mój drogi - wyszczerzyłem się krzywo, paskudnie - ja nie jestem tylko "zły" - prychnąłem. - Ja jestem wkurwiony! - wrzasnąłem raz jeszcze. - I nie, nie uspokoję się! - dodałem, widząc zawczasu uniesione dłonie Nihita w pojednawczym geście. - Przynajmniej dopóki nie wyrwę tej fioletowej wszy nóg z jej kościstego tyłka i nie wepchnę jej ich do gardła, aż te z powrotem wyjdą jej dupą tył na przód! - postawiłem warunek.
Gitarzysta zamarł na moment i spojrzał na mnie z prawdziwym przestrachem. Wyglądał, jakby zastanawiał się czy mógł mnie zostawić na wolności, czy może jednak lepszym pomysłem było rzucenie się na mnie i próba unieruchomienia. Ostatecznie jednak wybrał mądrze, a więc nie zdecydował się na żadne pochopne posunięcia, których oczywiście mógłby szybko pożałować, gdyż niesiony na skrzydłach furii, w afekcie mógłbym zwyczajnie mu przywalić. W końcu westchnął tylko ciężko i rozmasował nasadę nosa, jakby próbując się odgonić od widma nadciągającej migreny.
- Masz naprawdę obrzydliwe, sadystyczne zapędy... - mruknął.
- To dopiero początek! Nie chciej wiedzieć, co jeszcze czai się w mojej głowie! - burknąłem, zakładając ręce na piersi.
- W takim razie radziłbym ci nie wdrażać w życie tego, co tam siedzi - spojrzał na mnie krzywo. - Wiesz, ile dostałbyś za to wyroku? - próbował przemówić mi do rozsądku.
- Wszystko jest warte tej radości - wyszczerzyłem się maniakalnie, prostując dumnie.
- Kai...
- Dobra, nie ma go tu, to idę poszukać go gdzieś indziej - oświadczyłem, machając lekceważąco ręką na mojego rozmówcę. - Nie będę marnował czasu - fuknąłem, po czym wyszedłem z takim samym rabanem, z jakim wszedłem do pomieszczenia.
Właściwie czwartek był moim dniem niepracującym. To właśnie zazwyczaj w czwartki załatwiałem wszystkie sprawy na mieście, zaliczałem obowiązkowe wizyty u lekarza, robiłem zakupy na cały przyszły tydzień, odwiedzałem rodziców, umawiałem się ze znajomymi na spotkanie, a jak starczyło mi czasu to nawet szedłem na masaż albo do łaźni publicznych. To był dzień zarezerwowany dla mnie i moich potrzeb. Nie tym razem jednak. W ten felerny czwartek było zupełnie inaczej. Musiałem odwołać obiad u rodziców oraz gnać do studia na złamanie karku z ów łaźni publicznych, przez co swoją drogą wciąż miałem jeszcze mokre włosy. Jeśli w rezultacie tego wszystkiego nabawię się jakiejś grypy albo innego choróbska, to jak babcię kocham!, to Rushi będzie płacił za moje leki, gdyż była to właśnie jego wina, że musiałem zjawić się w pracy w mój dzień wolny.
I nie zrozummy się źle, to nie było nic w stylu: "Ej, stary, nagrałem super ścieżkę dźwiękową, musisz koniecznie ją obczaić!" albo "Przez przypadek usunąłem pliki, które mi ostatnim razem dałeś. Możesz przyjechać i podrzucić mi je na przenośnym dysku?". Nic tak przyjemnego i mało znaczącego. Sprawa była znacznie większego kalibru. Właściwie była to sprawa życia i śmierci. Być albo nie być. A przynajmniej dla mnie...
Okazało się, że Rushi na boku już od jakiegoś czasu szukał sobie innego zespołu. Killaneth było jego pierwszą grupą, jednak zanim w ogóle zdarzyliśmy rozwinąć skrzydła, ten postanowił uprzejmie nas poinformować, że opuszcza nasz skład na rzecz objęcia pozycji basisty Jupitetera. Fajnie, nie? Od tak sobie postanowił zdezerterować i odejść, jakbyśmy nic dla niego nie znaczyli, bo na horyzoncie pojawiła się potencjonalnie lepsza oferta. To tak, jak z kontem oszczędnościowym. Widzisz lepsze oprocentowanie i w trymiga podejmujesz decyzję o przeniesieniu swoich oszczędności z jednego banku do drugiego, z jednego konta do drugiego. Otwierasz jedno, drugie zamykasz. Proste. Machasz parafkę na cyrografie z niekończącą się listą kruczków i uśmiechasz się zadowolony z siebie, ciesząc się poczuciem zrobienia dobrego interesu.
Dokładnie tak potraktował nas basista. Jak rzeczy. Jak przedmioty bez uczuć. Jak śmieci. Jak stare zabawki, które rzucił w kąt, kiedy już się nimi znudził, kiedy dostał nowe. Myślał, że cała ta sprawa tak łatwo się zakończy? Że od tak po prostu zaakceptujemy jego decyzję i przytakniemy mu, życząc wszystkiego, co najlepsze na dalszej drodze kariery? Niedoczekanie. Jasne, nie myślcie, że byłem idiotą, który wyobrażał sobie, że mógł zatrzymać kogoś przy sobie na siłę. Skoro fioletowowłosy muzyk postanowił odejść i tak odszedłby prędzej czy później, jednak ja przynajmniej zamierzałem w dość znaczący sposób utrudnić mu życie, zanim ten mógłby wyjść z mojego na dobre. Swoim zachowaniem chciałem dać mu do zrozumienia, że ludzi nie traktuje się w ten sposób - w szczególności swoich najbliższych współpracowników, którzy ci ufali, którzy zapatrywali się na ciebie jako na przyjaciela... a może nawet kogoś więcej...
Tak, bo wyobraźcie sobie, że jakby tego wszystkiego wciąż było mało, to ja i Rushi byliśmy dla siebie kimś więcej niżby tylko kolegami z pracy... a przynajmniej ja żyłem w takim przekonaniu aż do dnia dzisiejszego. Zdarzyło nam się kilka razy po koncercie wyjść wspólnie na piwo, zaczęliśmy rozmawiać, gadka kleiła się całkiem nieźle... Doszukiwałem się coraz więcej wspólnych cech, które nas ze sobą łączyły. Czas leciał i jakoś tak wyszło, że zbliżaliśmy się do siebie. Z ów czasem zaczęliśmy nawet wspólnie wychodzić bez potrzeby zasłaniania się wymówkami, że to tylko spotkanie po pracy, że to nic znaczącego, że to przypadek. Zaczęliśmy się umawiać, a w rezultacie nawet wylądowaliśmy wspólnie w łóżku. Nie powiem, między nami wciąż nie padły słowa "kocham cię" ani żaden z nas oficjalnie nie nazywał tego drugiego "swoim chłopakiem" czy "partnerem", ale miałem wrażenie, że to wszystko zmierzało właśnie w tym kierunku. Że to tylko kwestia tego upływającego czasu. W końcu wciąż tak dobrze, ze wszystkimi, najdrobniejszymi szczegółami pamiętałem, kiedy leżeliśmy wspólnie w moim łóżku przytuleni do siebie, rozmawiając o przyszłości naszego zespołu, o naszych osobistych planach, obdarowując się przy tym drobnymi pocałunkami w różnych partiach ciała oraz popijając mocną, czarną kawę. 
Ta, jak łatwo się domyślić, wtedy też był czwartek...
Zaledwie zeszły czwartek.
A już tydzień po tym incydencie basista zdążył o wszystkim zapomnieć, spuścić wszystkie wspomnienia związane ze mną oraz tym pamiętnym dla mnie porankiem w toalecie, do której udał się po skończeniu swojej czarnej, mocnej kawy, którą dla niego przygotowałem. Rezultatem tego było to, że teraz zupełnie bez serca i krzty przyzwoitości zamierzał zostawić Killaneth, a co więcej, zamierzał także zostawić mnie i zwyczajnie odejść.
Świadomość, że muzyk rozpatrywał całą tę sytuację w kategoriach nic nieznaczącej była dla mnie bolesna, gdyż dla mnie to była pierwsza relacja, w którą zaangażowałem się i w którą przede wszystkim chciałem brnąć dalej od dłuższego czasu. Zdawało się, że... że faktycznie obdarzyłem go jakimś uczuciem, a ten bez wahania czy chwili pomyślunku potrafił skreślić mnie i wykopać ze swojego życia, zupełnie tak jakbym nigdy nie był jego częścią.
Bo może i nie byłem. Może to wszystko była tylko piękna iluzja, którą sam sobie stworzyłem, w której chciałem żyć. Może faktycznie od samego początku byłem dla niego nikim. Jakimś idiotą drącym się do mikrofonu pod dyktando jego ścieżek dźwiękowych. Wizją darmowego seksu, noclegu i porannej kawy.
Przemierzałem korytarze studia szybkim, sprężystym krokiem. Byłbym minął klatkę schodową schodów pożarowych, która robiła nam za palarnię, niezainteresowany, gdybym nie dostrzegł w porę szybkiego mignięcia znajomych, fioletowych włosów
- Hej! Stój! - wrzasnąłem i rzuciłem się biegiem w stronę ów schodów.
Wbiegałem po metalowych schodkach po dwa na raz próbując dogonić chłopaka, którego chyba albo ruszyło sumienie, albo zdawał sobie sprawę, że unikanie mnie po tym, co zrobił, było najbezpieczniejszą dla niego opcją, gdyż ten zaczął przede mną uciekać. Wbiegł na pierwsze piętro i chciał kontynuować dalej swoją ucieczkę zacienionym korytarzem, jednak okazałem się być od niego szybszy i udało mi się go złapać. Zacisnąłem dłoń na materiale jego bluzy, zatrzymując go i ciągnąc go w swoim kierunku, mimo iż ten stawiał znaczący opór.
- Co ty sobie wyobrażasz, co?! - ryknąłem na niego. - Uduszę cię, ty gadzie... - syknąłem i odwróciłem go do siebie przodem. 
W ciemności nie widziałem jego twarzy, jednak i tak mogłem zauważyć, że się bał. Czułem, jak całe jego ciało drżało i spinało się pod wpływem mojego dotyku. 
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci tak odejść, to grubo się mylisz! - ściągnąłem gniewnie brwi.
- A-ale o co... o co chodzi? - wydukał niemalże płaczliwie. - Przecież ja cię nawet nie znam! - pisnął.
- Jak to "o co chodzi"?! - potrząsnąłem nim, żeby odświeżyć mu pamięć. - Ach, teraz to mnie już nie znasz, tak?! - prychnąłem wściekle. - Pozwól zatem, że cię oświecę! - warknąłem. - Nie zamierzałeś przypadkiem w najbliższym czasie zmienić zespołu?! - zapytałem ironicznie. - Nie zamierzałeś wbić mnie, Nihitowi i Saku noża w plecy, a potem zostawić nas samych sobie i odejść z uśmiechem na ustach?! - burknąłem niskim głosem.
- Nie! - zawołał. 
- Nie kłam, idioto! - zganiłem go. - Dałeś wypowiedzenie managerowi! - szarpnąłem nim raz jeszcze. - Co? Twój pierwszy zespół okazał się być dla ciebie porażką? To było dla ciebie za mało? Postanowiłeś sięgnąć po coś więcej? - zacisnąłem szczęki ze złości.
- Nie, na litość wszystkich bożków shinto, nie! - pisnął. - Vrzel jest moim pierwszym zespołem, a i owszem, ale zamierzam kontynuować w nim grę! - zapewnił.
- To w takim razie niby po cholerę... - urwałem. - Chwila... - zreflektowałem się. - "Vrzel"? - zdumiałem się, na co chłopak energicznie pokiwał głową.
- Hej, co to za wrzaski na korytarzu?! - ktoś wychylił się z jednej z sal. 
Ja w tym czasie pociągnąłem trzymanego za fraki chłopaka do wąskiego snopa światła padającego z wysokiego okna klatki schodowej, aby przyjrzeć mu się uważniej. Dopiero po chwili zorientowałem się, że... przede mną wcale nie stał Rushi. Był to bardzo podobny do niego chłopak, jednak zdecydowanie nie był to basista mojego zespołu we własnej osobie. 
- Co ty robisz z Kuu?! Zostaw go! - nieznajomy wybiegł na korytarz i odtrącił moje ręce od fioletowowłosego, który wpatrywał się we mnie z przerażeniem załzawionymi oczami.
- Ja... - zająknąłem się zdziwiony nie na żarty. - Przepraszam... - wydusiłem z siebie w końcu z trudem. - Wziąłem cię za... za kogoś innego - wytłumaczyłem się.
- I to niby dlatego omal nie złamałeś nosa mojemu gitarzyście? Wyglądałeś, jakbyś szykował się, żeby mu przywalić! - zdesperowany wyrzucił ręce w powietrze.
- Ja... - zacząłem nieskładnie. - Ale to po cholerę uciekałeś przede mną, skoro jesteś niewinny? - spojrzałem na wspomnianego Kuu, który tulił się teraz do boku swojego wybawcy. Chłopak spojrzał na mnie urażony.
- Bo... bo zacząłeś na mnie krzyczeć! Przestraszyłem się! - wytłumaczył piskliwym głosem, po czym w ogóle schował się za plecami drugiego muzyka, którego jeszcze nie znałem. Ten westchnął ciężko.
- Dobra, Kuu, uspokój się, to było nieporozumienie - spróbował załagodzić sytuację. - Jestem Cion - przedstawił się. - Słyszałem, że wspominałeś o Nihicie i Saku, więc wnioskuję, że ty jesteś Kai z Killaneth? - zapytał.
- Zgadza się - przytaknąłem się.
- I szukasz Rushiego? - dopytywał.
- Tak... - warknąłem, mimo iż wcale nie byłem zły na Ciona. Na wspomnienie imienia basisty wciąż krew się we mnie gotowała. - Wiesz, gdzie on jest? - zapytałem.
- Wiem, ale szczerze powiedziawszy to nie jestem przekonany, co do tego czy powinienem ci mówić o tym, gdzie możesz go znaleźć - rzucił mi nieufne spojrzenie. - Jeszcze coś mu zrobisz - wyjaśnił, kiedy spojrzałem na niego wyczekująco, niemo nakazując mu rozwinąć swoją myśl.
- Słuchaj, sorry za tę akcję z twoim gitarzystą, ale nie wtrącaj się w to, co dzieje się w moim zespole, okej? - burknąłem, krzyżując ręce na piersi. - Nic ci do tego. To sprawa między mną a Rushim i im szybciej dojdziemy z nią do ładu, tym lepiej. Więc byłoby mi bardzo miło, gdybyś jednak zechciał współpracować i powiedział mi, gdzie mogę go znaleźć - syknąłem.
- I tu się właśnie mylisz, przyjacielu - uśmiechnął się krzywo, taksując mnie nieprzyjaznym spojrzeniem. - Ta sprawa w pewien sposób mnie dotyczy, gdyż Rushi jest moim przyjacielem - wyjaśnił.
- Oho, jasne - przewróciłem oczyma. - Dać ci dobrą radę? Uważaj, żebyś nie przejechał się na tym stwierdzeniu, bo ja też jeszcze do niedawna nazywałem Rushiego swoim przyjacielem i patrz, jak ten pięknie wypiął się dupą na mnie i na cały mój zespół, zostawiając nas z ręką w nocniku! - zirytowałem się.
Wtem na korytarz wyszła kolejna osoba z tej samej sali. Od razu z daleka poznałem tę drobną postać basisty, który słysząc moje słowa sam postanowił się ujawnić. Najwidoczniej domyślił się, że nie odpuściłbym, aż do momentu, w którym wreszcie udałoby mi się dopiąć swego.
- Kai? - odezwał się cicho, nieśmiało, tak jak to miał w zwyczaju. Nie miałem pojęcia, jak kiedyś mogłem doszukiwać się w tym czegoś uroczego... Teraz to było wyłącznie irytujące. - Co ty tutaj robisz? - zdziwił się. - W końcu jest czwartek. Twój dzień wolny - zauważył.
- No patrz, ktoś mi go zepsuł - prychnąłem, ruszając w jego stronę. 
Fioletowowłosy drgnął i mimowolnie cofnął się o krok do tyłu. Widocznie faktycznie musiałem wyglądać jak sam rozsierdzony demon, skoro wszyscy odczuwali palącą potrzebę pierzchania na boki na mój widok. 
- Nihit zadzwonił do mnie, żeby przekazać mi wiadomości od managera. Myślisz, że w takiej sytuacji mógłbym spokojnie relaksować się podczas masażu? - spojrzałem na niego twardo z góry z racji dzielącej nas różnicy we wzroście.
- Więc już wszystko wiesz? - podrapał się nieporadnie po karku. - Nie rozumiem zatem, dlaczego jesteś zły... - wyznał.
- Jak to nie rozumiesz dlaczego? - spojrzałem na niego jak na idiotę. - Może dlatego, że odchodzisz z zespołu, zostawiając naszą trójkę w potrzasku? Do cholery, Rushi, o co ci chodzi? Przecież dobrze nam szło! - krzyknąłem. - Zdobywaliśmy sławę, nagraliśmy dwa dobre single, mieliśmy wspaniały image, a ty nagle zdecydowałeś się zniszczyć tę sielankę bez powodu! - załamałem ręce. - Chcesz więcej pieniędzy? - zgadywałem. - Proszę bardzo, możesz wciąć wszystkie moje premie i bonusy, nie dbam o to! - prychnąłem. - Chcesz skupiać na sobie więcej uwagi? - kontynuowałem. - Nie ma najmniejszego problemu! Możemy skupić się bardziej na twojej osobie w nagraniach i podczas występów! - zawołałem. - Do cholery, mogę ci dać wszystko, czego chcesz, tylko powiedz mi, o co ci chodzi, a nie ni z gruchy, ni z pietruchy zaczynasz pakować manatki i bez słowa odchodzisz w najmniej oczekiwanym momencie!
- Myślałem, że będziesz się cieszył z tego, że zostałem doceniony przez takich muzyków jak Zin, Hizaki czy Teru i że dostałem ofertę dołączenia do ich składu... - mruknął cicho. - Myślałem, że będziesz cieszył się z mojego sukcesu razem ze mną - spuścił głowę.
- Dlaczego, do ciężkiej cholery, w ogóle chcesz opuścić Killaneth? - dopytywałem. - Co ci w nas nie pasuje? Chcesz po prostu grać z kimś sławniejszym od nas? - spojrzałem na niego z dystansem.
- Ja... po prostu... - dukał. - Kiedy Zin zaproponował mi wspólną grę potraktowałem to jako szansę na osobisty rozwój. Nie mam nic ani do ciebie, ani do Nihita, ani Saku. Lubię was, ale myślę, że Jupiter może mi stworzyć lepsze warunki do rozwinięcia skrzydeł - wytłumaczył tak cicho, że ledwo mogłem go dosłyszeć. 
- A, rozumiem - mruknąłem. - Więc nic do nas nie masz, ale cię ograniczamy, tak? Nie jesteśmy wystarczająco dobrzy dla jegomościa Rushiego - skłoniłem się z udawanym szacunkiem. - Nie to co wielki Zin, Hizaki czy Teru, gwiazdy międzynarodowej sceny, którzy są łatwo rozpoznawalni i wokół których zawsze kwitnie zainteresowanie, prawda? - ironizowałem.
- Kai, to nie tak... - zaczął płaczliwie i pociągnął nosem.
- Nie Rushi, to dokładnie tak - przerwałem mu. - Nie dałeś nam nawet szansy się rozwinąć, pokazać, na co nas stać, tylko z miejsca nas skreśliłeś. Poleciałeś na sławę i kasę całej tej przedpotopowej trójki jak napalona fanka - skrzywiłem się z obrzydzeniem. - Ale dobra. Niech będzie. To twoje decyzja - podniosłem ręce, wymownie pokazując tym samym, że nie chciałem mieć z tą sprawą nic więcej wspólnego. - Rób sobie, co chcesz - prychnąłem. - Powodzenia w życiu i dalszych sukcesów na drodze kariery - sarknąłem, powoli oddalając się od niego. - Wiedz tylko, że to, co zrobiłeś jest w mojej opinii gorzej niż tylko obrzydliwe i gorszące. Naprawdę miałem cię za przyjaciela, wiesz?... może nawet za kogoś więcej... - dodałem ciszej, odwracając od niego wzrok. - Ale w porządku. Ty podjąłeś swoją decyzję. Postanowiłeś wbić mi nóż w plecy i posłać do diabła. Nie ma problemu - rozłożyłem bezradnie ręce. - Jakoś to przeboleję. Nie z takich opresji już wychodziłem. Nie przychodź tylko do mnie zapłakany, kiedy wieki Zin, Hizaki i Teru znudzą się takim żółtodziobem jak ty i wrzucą cię w jakiś zapomniany kąt dokładnie w ten sam sposób, w jaki ty wyrzucasz dziś Killaneth. Nie przychodź potem do mnie błagać na kolanach, żebyś mógł wrócić do składu, jeśli nam powiedzie się bez ciebie - syknąłem. - Bo wierz mi, że dołożę wszelkich starań, nawet jeśli miałbym powyrywać sobie przy tym wszystkie żyły, żebyśmy odnieśli ten pieprzony sukces! BEZ CIEBIE! - wrzasnąłem, po czym odwróciłem się szybko na pięcie i odszedłem.
Zbiegłem schodami na parter i dopiero w momencie, kiedy byłem pewien, że nikt mnie nie widzi, otarłem łzy rękawem bluzy. Te słowa przychodziły mi z trudem i bólem. Bo naprawdę zależało mi na basiście. Doceniałem go nie tylko jako muzyka, ale także jako bliską mi osobę. Obdarzyłem go uczuciem, oddałem mu swoje serce, a ten wyrzucił je do kubła na śmieci z napisem "odpadki organiczne".
Odetchnąłem głęboko, pociągnąłem nosem po raz ostatni, po czym na powrót wyprostowałem się i zamierzałem wrócić do Saku i Nihita, kiedy nagle doszedł mnie odgłos płaczu. Z jakiejś racji mogłem iść o zakład, że wcale nie był to płacz przestraszonego Kuu...
Potrząsnąłem głową. Nie było sensu w tym, abym wmawiał sobie kolejne kłamstwa i budował wokół siebie kolejną, piękną iluzją drżącej mrzonki. Czas było z tym skończyć i wyjść naprzeciw rzeczywistości w jej nieprzychylnej postaci, takiej, jaka przychodziła ona naprawdę. Czas było skończyć z tą słabością i wziąć się ostro do pracy, pokazać, że Rushi wcale nie był mi do niczego potrzebny. Ani w karierze muzyka, ani tym bardziej w szczęściu osobistym. Zamierzałem wyciąć go ze swojego życia w identyczny sposób, w jaki ten zrobił to ze mną. 

*** 

Minęło kilka miesięcy. Kilka długich miesięcy wypełnionych po brzegi żmudną pracą, muszę przyznać. Ale ostatecznie opłacało się. Killaneth bez Rushiego nie przetrwał, ale w ostateczności udało mi się zawiązać nowy projekt z Saku, który nazwaliśmy TRNTY D:CODE oraz do którego dołączyło dwóch nowych muzyków - Shio oraz Masato znany pod pseudonimem MST. Obaj przeszli oni przez nasz bardzo szczegółowy plan sprawdzający potencjalnych kandydatów na naszych współpracowników pod każdym możliwym aspektem - nie tylko umiejętności grania na instrumentach, znajomości branży, ale także ludzkich odruchów, konkretnych zachowań w danych, ukartowanych sytuacjach oraz wiele innych. Przyznam, że tym bardziej "socjologicznym" zapleczem zajmował się Saku, gdyż on interesował się i znał się na tym temacie znacznie lepiej niż ja. Ja jedynie wymagałem posiadania pod ręka ludzi, którzy nie zdezerterują mi przy pierwszej lepszej okazji. Chciałem mieć wreszcie przy sobie osoby, którym mogłem ufać i na których mogłem się wesprzeć w razie potrzeby. Były perkusista po rozwiązaniu Killaneth dowiódł mi swojej wierności, dlatego od tej pory zapatrywałem się na niego jak na prawdziwego przyjaciela i całkowicie mu ufałem.
Po długich przygotowaniach oraz negocjacjach z wytwórnią w końcu mogliśmy zacząć właściwa pracę. Mieliśmy już look, nazwę i obecnie skończyliśmy nasz pierwszy singiel, który w moim własnym mniemaniu brzmiał naprawdę dobrze. Wyjątkowo postarałem się nad "Gravity", gdyż chciałem, żeby ta piosenka wypadła jeszcze lepiej od "Apocrypha" Killaneth, nad którą zarywałem całe noce, żeby dopracować ją w każdym najmniejszym calu i aspekcie. W przyszłym tygodniu mieliśmy zacząć nagrania i zdjęcia do video. Nie mogłem się już doczekać, żeby zaprezentować fanom, co dla nich przygotowałem. Właściwie to byłem pozytywnie zaskoczony tym, że pewni ludzie pomimo stosunkowo długiej przerwy, jaka powstała między disbandem Killaneth a zawiązaniem TRNTY D:CODE oraz zapowiedzeniem pierwszego singla, wciąż interesowali się moją działalnością i czekali z niecierpliwością na wiadomości. To mnie budowało. W takich właśnie chwilach cieszyłem się najbardziej, że wybrałem w życiu zawód muzyka.
Siedziałem właśnie w kawiarni w naszym studiu czekając na Saku, który się spóźniał. Muzyk rano chodził na siłownię, więc czasem zdarzało mu się spóźnić na poranną kawę, którą zazwyczaj mu kupowałem, aby po ćwiczeniach nie wylądował czołem w mikserze - a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem. Prawdą jednak było to, że nawet w tak drobny i nic nieznaczący sposób starałem mu się jakoś, chociażby minimalnie odpłacić za jego wierność oraz wsparcie, którego mi udzielał. Chciałem mu w jakiś sposób pokazać, że to doceniam, że ten coś dla mnie znaczy jako przyjaciel - że nie rzucę go w kąt niczym starą, szmacianą lalkę tak jak zrobił to Rushi - chociażby przez kupno kawy i zrywanie się wcześniej z łóżka tylko po to, aby kupić mu tą przeklętą kawę.
Westchnąłem ciężko nachylając się nad własnym napojem i wdychając jego przyjemny aromat. Byłem zziębnięty po spacerze w zimnicy, na dworze wciąż było ciemno, a ja byłem niewyspany jak diabli i nie marzyłem o niczym innym jak ponownym zakopaniu się pod pierzyną we własnym łóżku. Niestety, wylegiwaniem się na materacu nie dało się osiągać sukcesów w tej branży... a szkoda.
Wtem usłyszałem szuranie towarzyszące odsuwaniu krzesła. Podniosłem spojrzenie, będąc pewnym, że to Saku nareszcie się pojawił i dosiadł się do mnie, jednak pomyliłem się. Naprawdę zdziwiłem się, kiedy naprzeciw siebie zobaczyłem Rushiego, który nie miał już wcale fioletowych, a ciemnobrązowe włosy. Niemniej, pomimo tej zmiany wciąż go rozpoznałem i nie miałem żadnych złudzeń, co do tego, kim była osoba siedząca naprzeciwko mnie.
- Dzień dobry - przywitał się z delikatnym uśmiechem, obejmując wypielęgnowanymi dłońmi swój własny kubek z kawą.
- No zobaczymy czy będzie on znowu taki dobry... - mruknąłem, krzywiąc się.
- Dalej jesteś na mnie zły? - spojrzał na mnie zmartwiony.
- Zgadza się - uparłem się. - Myślisz, że jak minęło parę tygodni to o wszystkim zapomnę? Podejrzewasz mnie o sklerozę czy o bycie łaskawą osobą? - fuknąłem. - Niezależnie od tego, który wariant jest tym prawdziwym, oba są błędne - dodałem, nie czekając na jego odpowiedź. - Czego chcesz? - burknąłem, upijając łyk swojego napoju, który ewidentnie nie był mi już potrzebny. Moje serce zaczęło bić znacznie szybciej przez złość, która pomogła mi otrząść się z resztek snu, jaki zalegał mi na powiekach.
- Chciałem tylko porozmawiać - zawstydzony spuścił wzrok. - Przywitać się...
- Jasne. Mission complete, możesz odejść. Krzyżyk na drogę - odprawiłem go oschle. Chłopak podniósł spojrzenie raz jeszcze i zrobił smutną minę. - To na mnie nie zadziała - uprzedziłem go, krzyżując ręce na piersi.
- Ech, wcale nie chcę wkupywać się w twoje łaski ani wcale naiwnie nie liczyłem na to, że wrócimy do momentu, w który nasza znajomość zatrzymała się przed moim odejściem - odezwał się. - Niemniej, pomyślałem, że przekażę ci pewną wiadomość, która może poprawić ci humor - dodał. Milczałem, pozwalając mu kontynuować. - Zin odchodzi z Jupitera - oświadczył prosto z mostu, na co ja wytrzeszczyłem na niego oczy w niedowierzaniu. - Nie upubliczniliśmy jeszcze tej wiadomości, ale chciałem, żebyś wiedział jako pierwszy.
- Dlaczego mi o tym powiedziałeś? - zdziwiłem się.
- Nie wiem... Myślałem, że ucieszy cię fakt, że niejako wróciła do mnie karma czy jakkolwiek inaczej zechciałbyś to nazwać - wzruszył szczupłymi ramionami. - Kiedyś ja zostawiłem ciebie, teraz Zin zostawia mnie i przyszłość Jupitera jest niepewna. Hizaki i Teru znów angażują się w sprawy Versailles, jak i solowy projekt Hizakiego, więc właściwie hiatus, jeśli nie disband Jupitera byłby im całkiem na rękę. Ściągnęłoby to z ich barków trochę obowiązków, przez co mogliby odetchnąć z ulgą - zauważył.
- Więc zostałeś na lodzie? - westchnąłem.
- Poniekąd... - przytaknął niechętnie. - Nie przyszedłem jednak błagać, żebyś pozwolił mi grać w swoim nowym zespole. Wiem, że masz już nowy, pełny skład i mnie nie potrzebujesz - uśmiechnął się sztucznie.
- Dlaczego pomyślałeś, że wiadomość o twoim nieszczęściu mnie uszczęśliwi? - spojrzałem na niego poważnie.
- Ja... - zająknął się. - Nie wiem... Po prostu pomyślałem, że... Sam nie wiem... Wtedy, kiedy ostatni raz cię widziałem byłeś taki zły na mnie... Myślałem, że... - motał się we własnej wypowiedzi.
- Nie czerpię radości z cudzego niepowodzenia - postawiłem sprawę jasno. W tym momencie do kafejki wszedł Saku z torbą sportową przewieszoną przez ramię. - Nie cieszę się z tego, co ci się przytrafiło, ale nie zamierzam ci także pomóc. W pewnym sensie masz rację. Karma do ciebie wróciła - skwitowałem. - A teraz wybacz, ale mój przyjaciel już na mnie czeka. Musimy zająć się pracą - zakończyłem dość chłodno, po czym odszedłem od stolika do zdziwionego chłopaka, który stanął niczym kołek wmurowany w podłogę w drzwiach lokalu i wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.
- Czy to był Rushi? - zapytał, żeby się upewnić.
- Obecnie Rucy, choć, jak widać, nie na długo... - poprawiłem go, wręczając mu jego kawę.
- Dzięki... - mruknął. - Czego chciał? - dociekał
- Pogadać - zbyłem go.
- Pogadać o czym? - nie dawał za wygraną. - Chciał do ciebie wrócić?
- Na tyle głupi jeszcze nie jest - prychnąłem, ruszając w kierunku naszej sali. - Poza tym tak naprawdę nigdy nie byliśmy razem, więc nie ma, do czego wracać - sprostowałem.
- Kai - Saku zastąpił mi drogę, lustrując mnie bacznie od stóp do głów. - Nie daj mu się znów omotać, co? - zmarszczył brwi.
- Nie zamierzam - zapewniłem, po czym wyminąłem go lekkim krokiem, udając nieprzejętego całą tą sytuacją.
Potraktowanie basisty w taki sposób było dla mnie w pewny sposób strzałem w stopę. Próbowałem utwierdzić sam siebie w przekonaniu, że nie potrzebuję go, żeby być szczęśliwym, jednak nie umiałem zaangażować się w żadną inną znajomość czy relację z drugim człowiekiem. Wręcz na siłę próbowałem sobie kogoś znaleźć, chociażby jakąś "zapchajdziurę", jednak moje starania spełzły na niczym. Może i mogłem funkcjonować bez niego jako muzyk, ale jako człowiek... Ech, nie chciałem się do tego przyznać, ale w jakiś sposób nie potrafiłem się bez niego obejść. Wciąż darzyłem go jakimś uczuciem nawet pomimo tego, jaki ten wyciął mi świński numer. Wciąż go kochałem, jednak nie zamierzałem drugi raz dać sobie wejść na głowę. Chciałem w jakiś sposób go ukarać. Chciałem pokazać mu, że nie wszystko mógł osiągnąć dzięki spojrzeniu zbitego psa lub niewinnemu uśmieszkowi. Chciałem dać mu nauczkę, pomimo tego, że przy tym karałem i raniłem sam siebie, posługując się obusiecznym mieczem - wyrywałem sobie te wcześniej wspomniane festony żył, jednak nie z powodu przepracowania, a wysiłku, jaki musiałem włożyć w to, aby pozostać wobec niego chłodnym i obojętnym, żeby nie wejść drugi raz do tej samej rzeki jak ten skończony idiota.
A może byłem zbyt surowy w swojej opinii? Wszyscy w końcu byliśmy tylko ludźmi, a popełnianie błędów jest rzeczą ludzką. Może wreszcie nadszedł ten pamiętny czas, w którym powinienem nauczyć się przebaczać i puszczać pewne zdarzenia w niepamięć? Może... Z drugiej strony jednak Saku widocznie był takiemu scenariuszowi przeciwny. Wolał mnie skupionego na sukcesie TRNTY D:CODE, maniakalnie oddanego pracy. 
Co zatem było właściwym rozwiązaniem? I czy ta sytuacja posiadała w ogóle jakiekolwiek "właściwe" rozwiązanie, które pozwoliłoby na to, aby i wilk był syty, i owca cała?

"Uważaj, czego pragniesz" cz.7

Ten rozdział powstał w bólu i znoju ^^'' Mam nadzieję, że docenicie ten gest z mojej strony i uraczycie mnie jakimiś komentarzami, tym bardziej, że wiele osób domagało się kontynuacji tej serii C'':

Krótkie streszczenie poprzednich wydarzeń: Kouyou nie jest zadowolony z życia, jakie prowadzi jako chłopak. Uważa, że bycie dziewczyną ma wiele zalet i jakimś cudem akurat w dzień, w którym przynosi rodzicielce kolejną naganę za podrobione zwolnienie z zajęć wychowania fizycznego, dostaje to, czego chce. Następnego dnia budzi się jako Kiyoko i nikt nie pamięta jego poprzedniego "wcielenia" z wyjątkiem jego najlepszego przyjaciela, Rukiego. Takanori oraz uwięziony w damskim ciele Takashima zaczynają panikować, a Uruha z czasem odkrywa coraz więcej minusów przynależenia do płci pięknej. Największym z nim okazuje się jednak fakt, że jego przyjaciel najwidoczniej przestraszył się jego dziwnej przemiany, w szczególności, kiedy zorientował się, że Kiyoko może żywić do niego jakieś cieplejsze uczucia wykraczające poza stopę przyjacielską. Po drodze napatocza się kapitan drużyny koszykarskiej, Aoi, który widocznie jest zainteresowany Uruhą. Jego kuzynka, Yui, chodząca do klasy z Takashimą, próbuje pomóc mu w zdobyciu jego serca, jednak ten jest wyjątkowo oporny. Z czasem Yuu orientuje się, że jego działania są nieefektywne ze względu na blondyna pojawiającego się na horyzoncie, w którego zapatrzona jest jego wybranka serca. Niemniej, to nie zraża go do dalszych prób, a wraz z tym, jak Matsumoto staje się tylko coraz bardziej mglistym wspomnieniem, Shiroyama staje się położonemu w bardzo nietypowej sytuacji chłopakowi coraz bliższy, jednocześnie odkrywając jego sekrety...

"Uważaj, czego pragniesz" cz.7
(aka. "Bóg, chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia")

- Nareszcie jesteś! - usłyszałem podniesiony głos rodzicielki, kiedy tylko przekroczyłem próg domu i nie zdążyłem nawet poinformować o swoim powrocie pozostałych domowników donośnym krzykiem. - Tata powiedział, że poszłaś uczyć się z koleżanką do biblioteki, ale na miłość pańską, ileż można spędzać czasu poza domem? - matka posłała mi zmartwione spojrzenie.
Po tym, jak kobieta zaciągnęła mnie siłą do ginekologa, będąc święcie przekonana, że zacząłem sypiać z Takanorim, przezornie wolałem nie mówić jej o żadnych spotkaniach z płcią przeciwną - bo prawdą było, że dzisiejsze popołudnie spędziłem na randce z Aoim. Wolałem przemilczeć tę kwestię i poinformować drugiego rodzica o późniejszym powrocie do domu, wykręcając się jakąś tanią wymówką... tak przezornie. Bo przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?
Na usta cisnęła mi się burkliwa odpowiedź: "Długo.", bo w istocie nie spieszyło mi się jakoś specjalnie do domu, jednak całe szczęście udało mi się opanować i ugryźć w język, zanim chlapnąłem coś głupiego, czego później mógłbym srogo żałować.
Nawet ojciec, który zazwyczaj pracował od rana do nocy, przez to tak naprawdę nie miałem zbyt wiele okazji, żeby się z nim widzieć, był już w domu, co świadczyło o tym, że moje spotkanie z brunetem faktycznie trochę przeciągnęło się w czasie. Nie żałowałem jednak tego, w jaki sposób spędziłem dzisiejsze popołudnie. Nie rozpatrywałem go w kategoriach czasu straconego. Ani trochę. Właściwie to nawet nie pamiętałem, kiedy ostatnio czułem się tak dobrze przy drugiej osobie - tak swobodnie, beztrosko, bezpiecznie...
Tata siedział przy stole w jadalni i czytał gazetę po dopiero co skończonym posiłku, o czym świadczyły wciąż stojące przed nim brudne naczynia. Ojciec rzucił mi znudzone spojrzenie znad lektury, które niby w żaden sposób nie wyrażało dezaprobaty względem mojego późniejszego powrotu, jednak jego mina mówiła mi, że już mnie rozgryzł. Wiedział, że wcale nie poszedłem się uczyć tylko zasłaniałem się zakuwaniem jako wymówką. Dał mi to jasno do zrozumienia szybkim, chłodnym spojrzeniem, jednak nie skomentował w żaden sposób mojej postawy ani nie wyglądało na to, żeby zamierzał wyciągnąć wobec mnie żadnych, późniejszych konsekwencji. Ot po prostu domyślił się mojego małego kłamstewka. Niemniej, sam fakt, iż zostałem tak szybko zdemaskowany dowodził tego, że byłem słabym kłamcą... albo zwyczajnie nasze męskie jaźnie i podświadomości wciąż umiały się ze sobą jakoś podprogowo porozumiewać i działały na jednych falach, nawet jeśli moja męska jaźń była uwięziona w kobiecym ciele, i z tej racji mężczyzna szybko domyślił się prawdy.
- Daj jej spokój - fuknął rodzic, który wyglądał na równie poirytowanego przesadną troską matki w ostatnich dniach jak i ja sam. - Przecież uprzedziła, że wróci później i powiedziała, gdzie będzie. Poza tym dziewczyna też musi mieć jakiś znajomych - stanął po mojej stronie, za co miałem wielką ochotę podejść do niego i wyściskać, wymownie zajmując miejsce za jego plecami, pokazując tym samym kobiecie, że stanowiliśmy dla niej opozycję.
- No tak, ale... - rodzicielka chciała kontynuować, jednak jej małżonek nie dał dojść jej do słowa.
- Mówię ci przecież, żebyś dała spokój. Nie możesz zamykać Kiyoko w domu niczym ptaka w złotej klatce! - prychnął. - Ona też musi od czasu do czasu wyjść i spotkać się z przyjaciółmi - upierał się przy swoim.
- Właśnie! - w końcu nie wytrzymałem i włączyłem się do rozmowy. - Bo tak się jakoś złożyło, że po ostatniej twojej aferze jednego, a właściwie to jedynego przyjaciela, jakiego miałem, już straciłem... - spojrzałem na matkę z urazą.
- Pokłóciliście się z Takanorim? - zdziwiła się.
- Nie, on mnie unika - wyjaśniłem. - Zwiewa na mój widok, jakbym roznosiła trąd - westchnąłem ciężko, jednak postanowiłem nie brnąć w ten temat zbyt daleko, gdyż na twarzy rodzicielki mogłem dopatrzeć się prawdziwej skruchy. 
Dobra, co się stało, to się nie odstanie. Chowanie wiecznej urazy nie pozwoli mi zawrócić czasu ani tym bardziej Matsumoto, który zdawał się zacząć ode mnie stronić wcale nie z powodu mojej nagłej i niewyjaśnionej zmiany płci ani też tego, że moja matka mogła wziąć nas za parę, podobnie jak i większa część szkoły, ale zwyczajnie faktu, iż zapewne domyślił się, że zaczął mi się podobać w sposób, w jaki chłopcy podobają się dziewczynom. Musiałem w końcu zakopać wspomnienia o tym moim małym, traumatycznym piekle, które prawdopodobnie już na zawsze pozostanie skazą na mojej pamięci i psychice, zgotowanym mi przez własną matkę. Musiałem nauczyć się z tym jakoś żyć i być ponad to.
- Ale teraz tyle mówi się o tym, że samotne podróże dla dziewcząt są takie niebezpieczne! A co, jakby cię ktoś zaczepił? Albo wciągnął do jakiegoś ciemnego zaułka? - ściągnęła brwi zmartwiona, na co ja ledwo powstrzymałem się od teatralnego wywrócenia oczyma. - Obiecaj mi tylko, że będziesz ostrożna - poprosiła.
- Będę - zgodziłem się, po czym chwyciłem ponownie swoją torbę, która uprzednio zostawiłem na podłodze, kiedy zdejmowałem buty i kurtkę, i ruszyłem do swojego pokoju.
Rzuciłem torbę z książkami na łóżko i zamknąłem drzwi nogą, gdyż zamierzałem się przebrać. Zrzuciłem spódnicę i zacząłem rozpinać guziki koszuli wchodzącej w skład mundurka szkolnego, kiedy nagle zatrzymałem się przed lustrem. Obrzuciłem uważnym, krytycznym spojrzeniem swoje odbicie. Po jaką cholerę ktoś niby miałby mnie zaczepiać? Że niby mógłbym wpaść komuś w oko? Miałem za małe oczy, za duże usta, krótką szyję... Rozchyliłem poły koszuli, żeby przyjrzeć się własnemu ciału. No tak, widocznie ciągłe wymigiwanie się od zajęć sportowych, wahania hormonalne oraz pocieszanie się znacznie przekraczającymi normę ilościami czekolady nie wpływały zbawczo na moją sylwetkę. Przydałoby mi się trochę zgubić. Skrzywiłem się, zastanawiając się, jak mogłem doprowadzić się do takiego stanu. W ostatnim czasie przez rozchwianie emocjonalne faktycznie nie przywiązywałem zbytniej uwagi do tego, co i ile jadłem. Jeśli byłem smutny, to zwyczajnie zagłuszałem swoje emocje czymś słodkim, co teraz wyszło mi bokiem - dosłownie, bo teraz dodatkowy wałek tłuszczu kładł się na moim biodrze, a przecież mógłbym przysiąc, że wcześniej go tam nie było! Sapnąłem ciężko niezadowolony sam z siebie. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Mimo wszystko wziąć się za jakieś ćwiczenia i dietę. 
Niestety, jako kobieta miałem wolniejszy metabolizm, który był dodatkowo spowalniany przez hormony, estrogen i progesteron, i ich wahania, które sprzyjały odkładaniu się tkanki tłuszczowej. Dla odmiany, testosteron w ciele mężczyzny przyspieszał proces spalaniu tłuszczu, podobnie jak i kortyzol, hormon stresu. Z tej racji nigdy wcześniej, aż do teraz nie musiałem zawracać sobie głowy swoją wagą oraz tym, jak wyglądałem bez ubrań. Jako chłopak nigdy nie miałem problemów z wagą czy wyglądem, nawet jeśli nie byłem typem sportowca. Teraz jednak byłem dziewczyną i jakby tego wszystkiego wciąż było mało i niewystarczająco, kortyzol wywierał na mnie zupełnie odwrotne działanie niż wcześniej. Dodatkowo ułatwiał odkładaniu się kolejnych wałeczków w różnych częściach mojego ciała, nie wspominając już o tym, że zostałem także pozbawiony zasobów zbawczego testosteronu, przez co przybrało mi się tu i ówdzie.
Teraz skończyło się to, co dobre i trzeba było stanąć oko w oko z brutalną rzeczywistością. I coś na nią zaradzić. Bo przecież wiosenna przerwa już tuż, tuż, a co jeśli klasa zorganizuje wyjazd na plażę? Albo jeśli wybierzemy się tam z rodziną? Jak ja się pokażę jako taki pączek w stroju kąpielowym?
Odwróciłem się, oglądając dokładnie każdy kawałek mojego ciała, kiedy nagle moją uwagę zwróciło... o mój ty smutku, czy to właśnie celulit zaczął mi się odkładać na tyłach ud?! No jeszcze tylko tego brakowało mi do pełni szczęścia! Nie ma co, niemal z każdym kolejnym dniem utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że bycie dziewczyną wcale nie było ani takie łatwe, ani takie przyjemne, jak to pierwotnie zakładałem. To była jakaś porażka. Cholerna, sromotna porażka. Chciałem już swoje stare ciało z powrotem.
Szczerze załamany przebrałem się w jakieś luźne ciuchy, które mogły ukryć moje zdecydowanie zbyt "krągłe" kształty. Zaraz po tym zakradłem się do łazienki, gdzie dopadłem wagi, chcąc mieć świadomość tego, jak katastrofa, jakiej dopatrzyłem się w lusterku, prezentowała się w liczbach.
No to, to już przechodziło wszelkie, ludzkie pojęcie! Jeszcze nigdy w życiu tyle nie ważyłem! I ja miałem uwierzyć, że ktoś niby mógłby się zainteresować takim spaślakiem, jak ja? Że niby ktoś mógłby się zacząć do mnie zalecać w metrze albo zaciągnąć mnie za jakiś ciemny załom muru ze sprośnymi intencjami? I co jeszcze? Może jeszcze mam uwierzyć w to, że świnie latały po niebie? Pff, dobre sobie!... 
No, dobra... ale w takim razie pozostawało pytanie, czego też mógł dopatrzyć się we mnie kapitan szkolnej drużyny koszykarskiej i nie dość, że chciał się ze mną umawiać, to w dodatku był w tym taki nieustępliwy i zaciekły. Co on we mnie widział? A może miał zwyczajnie jakąś wadę wzroku i uciekały mu jakieś szczegóły? Z drugiej strony, gdyby ta teoria była jednak prawdziwa, prawdopodobnie kiepsko by mu szło z celowaniem piłką do kosza, toteż z całą pewnością nie zostałby kapitanem drużyny koszykarskiej, prawda?
Niezależnie od tego, co widział lub czego chciał dopatrzyć się we mnie Shiroyama, postanowiłem wziąć się za siebie. Chociażby dlatego, że sam nie byłem zadowolony z tego, jak wyglądałem. Jeżeli zamierzałem poczynić jakieś zmiany odnośnie mojego trybu i stylu życia oraz diety, musiałem być w tym stosunkowo dyskretny, żeby matka znów się nie przyczepiła. Jeszcze gotowa byłaby bezpodstawnie zarzucić mi, że się głodzę albo zacząć kłaść mi do głowy takie dyrdymały jak to, że mając "trochę więcej" na sobie mogłem czuć się bezpieczniej podróżując w pojedynkę. Niby w jakiś sposób była to prawda, jednak ja wciąż nie uważałem się za wystarczająco urodziwego i atrakcyjnego, żeby ktokolwiek mógł zacząć mnie zagadywać w miejscu publicznym, żeby nie mówić już o tym, że ów osoba mogłaby posunąć się dalej, do jakiś bardziej radykalnych zagrywek, które przecież były bardzo źle postrzegane przez większość społeczeństwa. Poza tym, koniec końców ponoć mieszkaliśmy w najbezpieczniejszym kraju na świecie, prawda? No właśnie. To o czymś świadczyło. Nie było się, czego obawiać. O jakiś porwaniach czy gwałtach słyszało się sporadycznie, a to i tak zawsze były wiadomości dotyczące jakiś dalekich, postronnych osób trzecich. Nigdy nie spotkałem w cztery oczy żadnej osoby, która mogłaby mieć podobne przejścia za sobą, przez co w mojej własnej opinii zagrożenia czekające na niewinne, słodkie i bezbronne panienki podróżujące na własną rękę były zwyczajnie rozdmuchane przez media. I przez moją matkę. Takie rzeczy nie działy się przecież na porządku dziennym, prawda?

*** 

- I jak było na randce z Yuu-kun? - zapytała podekscytowana kuzynka chłopaka, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczami.
- Bardzo miło - przyznałem zgodnie z prawdą, uśmiechając się do własnych wspomnień. - A czy... czy on ci o czymś wspominał? Albo mówił czy mu się podobało? - zapytałem nieco zawstydzony.
- No właśnie nic mi, głupek jeden, nie powiedział! - naburmuszyła się. - Powiedział, że to wasza sprawa i że mam się nie wtrącać, ale przez cały wieczór szczerzył się jak głupi do sera do siebie, więc myślę, że jemu tez się podobało - wyjaśniła, uspakajając mnie trochę. - No właśnie... umówiliście się już na następne spotkanie? - zapytała ciekawsko.
- Nie, jeszcze nie - mruknąłem. - Ale będziemy mieć przecież jeszcze okazję spotkać się i przedyskutować to w szkole, prawda? - próbowałem uspokoić tym pomysłem zarówno ją, jak i siebie. Brunetka w odpowiedzi pokiwała mi głową, przyznając mi rację. - A właśnie, Yui... - zająknąłem się zakłopotany. - Słyszałaś może o jakiś dobrych i skutecznych dietach? - zapytałem przyciszonym głosem, żeby inni nas nie usłyszeli.
- Co? - zdziwiła się. - Ach, nie... - westchnęła. - Nigdy nie interesowałam się takimi rzeczami - wyznała. - A co? Po co ci dieta? Chcesz się odchudzać? - spojrzała na mnie jak na kosmitę.
- Noo... - przyznałem niechętnie, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. - Wydaje mi się, że to by mi nie zaszkodziło. Przydałoby mi się zrzucić parę kilo. W ostatnim czasie pozwalałam sobie na trochę zbyt wiele - cmoknąłem niezadowolony sam z siebie.
- Ach, rozumiem... - dziewczyna wyszczerzyła się cwaniacko, spoglądając na mnie z miną, jakby była pewna, że już mnie rozszyfrowała.
- Co takiego niby rozumiesz? - ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Widzę, że w takim razie naprawdę zależy ci na tym, żeby zrobić na Yuu dobre wrażenie, skoro już po pierwszej randce z nim zaczynasz myśleć o dietach i takich sprawach - parsknęła śmiechem.
- To wcale nie przez niego ani nie dla niego! - naburmuszyłem się, zakładając ręce na piersi. - Robię to sama dla siebie! Żeby lepiej wyglądać! Żeby być zdrowsza! - wyliczałem na palcach.
- Jasne, tak sobie wmawiaj - zaśmiała się brunetka. - Więc rozumiem, że nie zamierzasz ominąć dzisiejszych zajęć sportowych? - spojrzała na mnie z ukosa.
- Cóż... na to wygląda - sapnąłem ciężko.

*** 

Może to było trochę głupie z mojej strony, ale jeśli chciałem szybko uzyskać pewne rezultaty, musiałem się trochę poświęcić i pchnąć się w stronę nieco bardziej radykalnych rozwiązań niżby tych zdroworozsądkowych. W tym wypadku zdecydowałem się w ogóle zrezygnować z lunchu. Byłem wykończony po zajęciach wychowania fizycznego. Nie ćwiczyłem już od tak dawna, że moja kondycja była absolutnie zerowa. Dodatkowo fakt, że postanowiłem zrezygnować z całego, jednego posiłku przekładał się na to, że nie miałem zbyt wiele energii. Byłem głodny, jednak postanowiłem to zignorować, poświęcając się dla celów wyższych. Żeby uniknąć wszelkich pokus i nie wystawiać się na niepotrzebne próby siły charakteru i stalowej siły woli postanowiłem ominąć stołówkę szerokim łukiem. Podczas długiej przerwy udałem się zatem na dach budynku. 
Dziś na zewnątrz było wyjątkowo ładnie i słonecznie, choć wciąż dość chłodno, dlatego zdecydowałem się zabrać ze sobą kurtkę. Postanowiłem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza przed kolejnymi godzinami spędzonymi na siedzeniu sztywno w ławce. Ponad to, fakt, iż zdecydowałem się ominąć kantynę, do której skierowały się wszelkie tłumy, pozwalał mi trochę odpocząć. Całkiem przyjemnie było przechadzać się niemal całkowicie wyludnionymi korytarzami, a już tym bardziej cieszyć się ciszą i spokojem na dachu liceum, na którym zaszyły się zaledwie dwie grupki przyjaciół dzielących się bento.
Przysiadłem pod jedną ze ścian wejścia prowadzącego z powrotem do betonowych trzewi budynku, wystawiając twarz do słońca. Porywisty wiatr szarpał moimi wciąż mokrymi od potu włosami, jednak ten nie okazał się zbyt szorstki w obyciu. Był przyjemny i niósł ze sobą ten charakterystyczny, wciskający delikatny uśmiech na usta zapach powoli zbliżającej się wiosny. To dobrze, bo miałem już serdecznie dość szarugi i słoty jesieni i zimy.
Zacząłem już przysypiać na słońcu, kiedy nagle do rzeczywistości przywrócił mnie odgłos krztuszenia się lub kaszlu. Zaalarmowany otworzyłem z powrotem oczy i rozejrzałem się dookoła tylko po to, żeby dojrzeć w odległości kilku metrów Rukiego, który najwyraźniej jakoś feralnie zaciągnął się swoim papierosem i teraz zginał się w pół, zanosząc się kaszlem, od którego aż załzawiły mu oczy.
- W prządku? - zapytałem, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc do niego. Chłopak tylko wyciągnął rękę w uspakajającym geście i wyprostował się. Uderzył się jeszcze kilka razy pięścią w pierś, przełykając z trudem i ocierając łzy, które spłynęły mu po twarzy rękawem marynarki. - Coś się stało? - zaniepokoiłem się.
- Nie, wszystko w porządku - machnął lekceważąco ręką. Spojrzałem na niego podejrzliwie, nie będąc przekonanym, co do jego prawdomówności. - Słyszałem, że w końcu dałaś się namówić, żeby wyjść z tym całym Shiroyamą... - burknął, chcąc zmienić temat, żebym dał mu już spokój.
- Ach, tak... zgadza się - przytaknąłem, jednak nie zamierzałem zagłębiać się w żadne szczegóły, gdyż wydawało mi się, że Takanori wcale nie byłby zadowolony, gdyby musiał wysłuchiwać przedłużającej się opowieści o mojej randce.
- Wciąż nie rozumiem, co ci się w nim podoba... - prychnął, przewracając oczyma, na co ja tylko wzruszyłem ramionami. 
Właściwie to chciałem mu powiedzieć, że przede wszystkim w brunecie podobało mi się to, że ten cały czas był blisko i uczepił się mnie jak rzep psiego ogona, co początkowo było dość uciążliwe, ale potem... potem, jak Matsumoto właściwie zostawił mnie na własną rękę samego, Aoi stał się dla mnie wielką pomocą i wsparciem. Chciałem zarzucić stojącemu przede mną chłopakowi, że moja obecna sytuacja go przerosła, że się przestraszył i wycofał... ale cóż, najwyraźniej wyglądało na to, że dochodziłem do wprawy, jeśli chodziło o gryzienie się w język w odpowiednim momencie, zanim powiedziałem zdecydowanie za dużo. Lepiej, żeby moje pewne myśli nigdy nie ujrzały światła dziennego i pozostały w ciemnicy mojego umysłu.
- A ty znalazłeś już sobie kogoś? - zapytałem, chcąc podtrzymać jakoś rozmowę i przy okazji skierować ją na jakieś inne tory niżby temat kapitana drużyny koszykarskiej, gdyż to nie mogłoby się dobrze skończyć.
- Ja? - blondyn spojrzał na mnie zdziwiony oczami wielkimi jak spodki wchodzące w zestaw do herbaty. - Ja... nie... przecież wiesz, że nie... - wydukał, speszony spuszczając spojrzenie na ziemię, na która następnie rzucił niedopałek i przydeptał go nogą.
- Wydaje mi się, że, odkąd nie spędzamy już ze sobą tyle czasu, plotki o tym, jakoby mielibyśmy być parą ucichły, więc nie myślę, żeby mógł to być dla ciebie jakiś problem - rzuciłem dość luźno. Chłopak na te słowa aż cofnął się o krok, zupełnie tak, jakbym go uderzył i spojrzał na mnie dziwnie. - Mam przez to na myśli... no wiesz, możesz umawiać się, z kim chcesz - rozłożyłem ręce, tym samym chcąc dać mu do zrozumienia i próbując przekonać go, że jego wcześniejsze przeświadczenie o tym, jakobym mógł obdarzyć go jakimiś głębszymi uczuciami, było błędne, nawet jeśli w istocie było ono bardzo adekwatne i na miejscu. 
Nie mogłem mu jednak tego powiedzieć. Nie mogłem mu wyznać prawdy, nawet jeśli w przeszłości Taka był jedyną osobą, przed którą nie miałem żadnych tajemnic, przed którą nic nie kryłem i której zawsze wszystko mogłem powiedzieć, bo... no właśnie, bo co? Bo wiedziałem, że ten nie będzie mnie osądzał. Nie wyciągnie żadnych konsekwencji wobec mnie, niezależnie od tego, na co się porwałem. Bo ten słuchał, czasem stroił sobie ze mnie żarty, wspierał. I tyle. Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Musiałem udawać i grać najlepiej jak potrafiłem. 
Nie nie było, po co dłużej się oszukiwać. Jeśli nie chciałem być raniony w nieskończoność, to prawdopodobnie musiałem zapomnieć o moich uczuciach żywionych do Rukiego i skupić się na Yuu lub kimkolwiek innym. Koniec końców Takanori mocno mnie rozczarował. Uciekł i zostawił mnie samego sobie, kiedy ja go potrzebowałem. To bolało. Miałem go za przyjaciela, a ten odwrócił się ode mnie jakby nigdy nic, kiedy zaczęło robić się gorąco i pod górkę. Wciąż miałem mu to trochę za złe, tym bardziej, że ten nie wyrażał swoją postawą żadnej skruchy lub chęci zrekompensowania mi swojej winy, jednak zmuszony byłem przełknąć swój gniew i żal. 
- Chyba powinieneś powoli zacząć myśleć o tych sprawach, prawda? - zauważyłem. - Masz już przynajmniej kogoś, kto ci się podoba? - dociekałem.
- Cóż... nie... - przyznał cicho.
- Rozchmurz się - szturchnąłem go, uśmiechając się na pocieszenie. - Wystarczy się tylko trochę rozejrzeć! Dookoła jest wiele ładnych i miłych dziewczyn! - zapewniłem go. Akurat w momencie, kiedy chciałem dodać coś jeszcze, odezwał się mój telefon. - Halo? - odebrałem bez uprzedniego patrzenia na wyświetlacz, kto też do mnie dzwonił.
- Gdzieś ty się zaszyła, co? Szukam cię po całej szkole, a ty wsiąknęłaś jak kamień w wodę! - rozpoznałem głos bruneta po drugiej stronie. Już same brzmienie jego głosu w słuchawce wprawiało mnie w dobry nastrój. 
- Jestem na dachu szkoły - wyznałem. - A gdzie ty jesteś? Może zdążymy się jeszcze spotkać przed końcem przerwy...
- Jestem na głównym hallu.
- Już schodzę - zapewniłem, po czym nie czekając, rozłączyłem się. - Muszę już iść - rzuciłem przepraszające spojrzenie Matsumoto.
- Znowu Aoi, tak? - fuknął, przewracając oczyma.
- Tak - przytaknąłem i wcale nie czując się winny skierowałem się w stronę schodów. 
Przyjemnie było choć raz być tym, który odchodzi, a nie tym, który ogląda czyjeś plecy. Może to nie było zbyt miłe zagranie z mojej strony, jednak blondyn musiał w końcu zrozumieć, że nie byłem wiecznie do jego dyspozycji, niezależnie od tego, co by się stało. Jeżeli on nie traktował mnie poważnie i z należytym szacunkiem, to ja nie zamierzałem traktować go w żaden inny sposób. Choć raz chciałem dać mu posmakować tego, czym ten karmił mnie przez ostatnich kilka tygodni i wiedziałem, że udało mi się osiągnąć zamierzony cel przez jego krzywą, marsową minę. Nie mniej mi tego za złe, Taka! Odpłacam się tylko pięknym za nadobne!

*** 

Siedziałem właśnie we własnym pokoju z niemniej skrzywioną miną niż mój zdradziecki przyjaciel tego popołudnia. Pomimo zamkniętych drzwi wciąż dolatywały mnie smakowite zamachy dochodzące z kuchni na parterze, co nie poprawiało mi humoru w żaden sposób. Byłem niesamowicie głodny, jednak podjąłem mocne postanowienie poprawy i zamierzałem wytrwać w swojej diecie. Próbowałem dodatkowo motywować się, myśląc o tych wszystkich szczupłych, pięknych gwiazdach, którym chciałem dorównać, jednak głód był okropny. Zarezerwował dla siebie znaczącą część moich zdolności umysłowych, skutecznie ograniczając moją produktywność do... niemalże zupełnego zera. Huh, i jak ja mogłem kiedykolwiek myśleć, że bycie dziewczyną może być w jakikolwiek sposób proste i przyjemne?
To było jak wieczne, niekończące się katusze...
Siedząc tak na materacu mogłem kątem oka dostrzec własne odbicie w lustrze. Z braku laku i chęci odwrócenia własnej uwagi od donośnego burczenia w brzuchu skupiłem się na właśnie na nim - tym razem nie zamierzałem jednak wytykać sobie żadnych, choć niezaprzeczalnie tak licznych niedociągnięć i niedoskonałości w moim wyglądzie. Wciąż nie przyzwyczaiłem się jeszcze do oglądania dziewczęcej twarzy i sylwetki za każdym razem, kiedy przechodziłem koło jakiejś witryny sklepowej lub właśnie lustra. To po prostu... było w jakiś sposób złe... niepoprawne. A przynajmniej w moim odczuciu. Bo przecież byłem chłopakiem. Wiedziałem to. Moja mentalność nie zmieniła się ani trochę, a jednak mimo wszystko wciąż pozostawałem zamknięty, uwięziony w kobiecym ciele.
Przyjrzałem się sobie dokładnie. Miałem nieprzyjemne wrażenie, jakbym, zamiast spoglądać w zwierciadło, natknął się na wyjątkowo upierdliwego babsztyla, który uparł się, żeby skrupulatnie kopiować każdy mój ruch czy najmniejszy gest. Bo, kiedy ja podnosiłem rękę, ona robiła to samo. Kiedy ja marszczyłem czoło, ona mnie papugowała. W jakiś sposób wciąż nie mogłem przyzwyczaić się i przyjąć do wiadomości sytuacji, w której przyszło mi się znaleźć. Starałem się o tym zbyt wiele nie myśleć, jednak faktem pozostawało, że po powierzchni mojej podświadomości wciąż pływało jedno pytanie: "Kiedy to szaleństwo wreszcie się skończy?".
Do tej pory jako chłopak byłem dość zniewieściały, pragnąłem stać się kobietą no i oto za sprawą przewrotności losu lub złośliwości jakiś istot wyższych dostałem to, czego chciałem. Jako mężczyzna miałem długie włosy, malowałem się, malowałem paznokcie, farbowałem i spędzałem całkiem niemało czasu na układaniu włosów, interesowałem się modą, stroniłem od sportów i wszelakich wysiłków fizycznych, lubowałem się w tandetnych romansach... Robiłem wszystkie te rzeczy, którym ogół społeczeństwa przykleił łatkę "niemęskich". Czy wystarczyło zatem odwrócić cały ten proces, żebym odzyskał swoje dawne ciało?
Chwyciłem za własne włosy i zawinąłem je wokół palców, próbując wyobrazić sobie, jak mógłbym wyglądać, gdybym ściął je co najmniej do ramion albo i jeszcze krócej. W końcu krótkie obcięcie było "chłopięce", prawda? 
Może tak, może nie, ale jeśli nawet, to ja jakoś nie widziałem siebie w krótkich włosach. Lubiłem je w takiej długości, w jakiej były. W końcu musiałem długo czekać, żeby te w końcu tak urosły. Nie zamierzałem poświęcić tego orgomu cierpliwości i kroci wydanych na specyfiki pielęgnacyjne ze względu na jakiś przelotny kaprys i pomysł, który przypadkiem wpadł mi do głowy.
Może byłoby zatem lepiej, gdybym wziął się za własną szafę? Gdybym zaczął nosić się bardziej "męsko"? Niemniej, mój styl w najkrótszy i najbardziej pobieżny sposób można było określić jako rockowy - a z tego, co mi się wydawało, ten nie posiadał dalszych odnóg, które mogłyby sprecyzować, co było typowo "kobiece", a co "męskie" w czarnych skórach i srebrnych ozdobach, prawda?
Więc co mi pozostawało? Zachowywanie się jak tomboy i liczenie na najlepsze - w tym wypadku na to, że mój plan jakimś cudem jednak wypali? No cóż, obiecałem sobie, że wezmę się trochę za sport, więc przynajmniej tyle w tym wszystkim dobrego...
Westchnąłem ciężko, mając tego wszystkiego już po dziurki w nosie. W chwilach takich jak ta, to znaczy, kiedy nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, zazwyczaj sięgałem po gitarę i tym razem nie było inaczej. Zacząłem improwizować, nie mając ochoty ćwiczyć żadnych konkretnych utworów. Tkwiłem w głębokim przekonaniu, że gdybym wziął się za covery, zapewne nic by z tego nie wyszło, gdyż nie mógłbym się skupić ani na nutach, ani na wymagających chwytach i szybkich przejściach. Nie mając prawie żadnej energii dostarczonej z jedzenia czułem się w jakiś sposób... spowolniony. Nie tylko moje reakcje oraz refleks na tym wszystkim ucierpiały, ale także... moje procesy myślenia. Czułem się jak przestarzały model komputera, który z całych sił starał się odtworzyć nowoczesną, wymagającą pod względem graficznym i prędkości przetwarzania danych grę, jednak kiepsko mi to szło. CPU osadzone w mojej czaszce przegrzewało się, przez co niemal czułem swąd spalenizny i wcale wielce bym się nie zdziwił, gdyby z moich uszu zaczęły wytaczać się właśnie kłęby siwego dymu. Niewystarczająca ilość pamięci RAM sprawiała, że pewne procesy i pliki musiały zostać przeniesione do pamięci stałej i wędrowały tak w tą i z powrotem, przez co w rezultacie co chwila zacinałem się i traciłem wątek, orientując się, że nawet nie pamiętałem już, o czym tak właściwie myślałem. Nie mogłem się skupić i skoncentrować. Pięknie. Przypatrzcie się uważnie, drodzy widzowie, oto pierwszy w historii ludzkości przypadek, kiedy możemy zauważyć zjawisko nazwane "paging" u żywej, niezmechanizowanej istoty!
Moje rozmyślania zostały ponownie przerwane, tym razem za sprawą mojego telefonu. Znudzonym spojrzeniem obrzuciłem wyświetlacz, spodziewając się kolejnej wiadomości od Yui, ewentualnie Yuu, toteż zdziwiłem się, kiedy zorientowałem się, że właśnie dzwonił do mnie Tanabe.
- Halo? - odezwałem się niemrawo.
- Cześć, Kiyoko - przywitał się gospodarz klasy. - Wiesz, właściwie to dzwonię do ciebie z pewną sprawą, więc pozwolisz, że od razu przejdę do sedna sprawy, co? - rzucił bez owijania w bawełnę, na co ja przytaknąłem mu głową, mimo iż ten nie mógł tego zobaczyć. Chłopak nie czekał i od razu kontynuował. - W szkole będzie organizowany dzień otwarty i oprócz tego, że każda klasa musi przygotować coś specjalnego na tę okazję, na początku, zaraz po powitaniu odbędzie się mały pokaz muzyczny. Z tej racji nauczyciele szukają uczniów, którzy grają na jakiś instrumentach. Zdaje mi się, że ty grasz na gitarze, prawda? - upewnił się.
- No niby tak... - przyznałem z ociąganiem. Nie widziało mi się występować przez tłumem zasmarkanych gimnazjalistów i ich rodzicami... Poza tym w ogóle nie byłem raczej osobą, która pchała się na deski sceny, jeśli rozchodziło się o jakieś wystąpienia publiczne. - Ale nie rozumiem... Po co dzwonisz z tym do mnie? Czy uczniowie z klubu muzycznego nie powinni się tym przypadkiem zająć? - zauważyłem.
- Byłoby miło, gdyby ktoś z nich faktycznie mógłby zainteresować się tematem - prychnął. - Problem polega jednak na tym, że to nasz rocznik jest odpowiedzialny za pomyślny przebieg dni otwartych, a tak się jakoś złożyło, że wśród nas nie ma zbyt wielu muzyków - westchnął ciężko. - Więc jak, myślisz, że mogłabyś pomóc? Mogłabyś się dzięki temu zerwać bezkarnie z kilku lekcji, a ja daję ci moje słowo, że to przedstawienie dla dobra mojego, twojego, jak i całego ogółu zostanie zredukowane do rozmiarów nieuniknionego zła koniecznego - zapewnił.
Właściwie to branie sobie na głowę tych dni otwartych było mi potrzebne jak druga dziura w dupie. Miałem wystarczająco własnych obowiązków i umiałem skutecznie wypełnić wszelkie możliwe chwile wolnego czasu, jednak faktycznie widmo pominięcia kilku lekcji sprawiało, że musiałem zastanowić się i przekalkulować wszystkie "za" i "przeciw" raz jeszcze. Co jak co, ale trzeba było przyznać, że Yutaka był bardzo bezpośrednim gościem i potrafił odpowiednio dobierać argumenty, kiedy faktycznie mu na czymś zależało... lub kiedy był do czegoś zwyczajnie zmuszony, lub zobowiązany ze względu na pełnioną funkcję.
- No dobra - zgodziłem się.
- No i świetnie! - usłyszałem jak ucieszony klasnął w dłonie. - Takich ludzi właśnie potrzebujemy! Którzy nie gadają, nie wymigują się, a biorą się do roboty! - sapnął. Jego słowa naprowadziły mnie na trop, że zapewne nie byłem pierwszą osobą, do której dzwonił w tej sprawie i wyglądało na to, że większość moich poprzedników zostawiła chłopaka z negatywną odpowiedzią... co w jego szczególnym wypadku równało się z zostawieniem go z ręką w nocniku. - Dzięki wielkie i sorry za zawracanie ci głowy o tak późnej porze! Dam ci jutro znać, jak mniej więcej będą wyglądać próby, kiedy skompletuję już grupę! - obiecał.
- W porządku. W takim razie do jutra - pożegnałem się.
Przewodniczący klasy odpowiedział mi tym samym i rozłączył się. Musiałem przyznać, że nie znałem się zbyt dobrze z Tanabe, jednak wyglądał na bardzo pracowitego, zorganizowanego i w gruncie rzeczy całkiem fajnego gościa. Lubiłem w nim jego bezpośredniość. Życzyłbym sobie, żeby więcej ludzi potrafiło w tak jasny i precyzyjny sposób określić, czego ode mnie oczekiwali, tak jak potrafił to zrobić Yutaka. Życzyłbym też sobie, żebym to ja sam potrafił w dokładnie ten sam sposób sprecyzować, czego oczekiwałem od innych i samego siebie.
No, to w takim razie nie pozostawało mi już nic innego jak tylko czekanie na nadejście następnego dnia, żeby przekonać się o tym, co ten mógł ze sobą przynieść i jak oraz czym zaowocują podjęte przeze mnie już dziś decyzje... to znaczy, jak bardzo będę pluć sobie w brodę i przeklinać własną głupotę.
...a może nie? Może nie będzie znowu aż tak źle?