Oneshot "Niebooki" Tsuzuku x Koichi (Mejibrary), Tsuzuku x Ryoga (RAZOR, ex BORN)

Zgodnie z "zamówieniem" paring Tsuzuku x Koichi - właściwie to napisałam tego shota zanim jeszcze otrzymałam prośbę, żeby naskrobać coś z tym paringiem, toteż traktuję to jako "zamówienie" w cudzysłowie; bo w gruncie rzeczy to był trochę zbieg okoliczności, ale mogę już zapowiedzieć, że ze względu na to, co zadziało się podczas ostatniego koncertu Meji prawdopodobnie (jakieś 99.9%) napiszę coś więcej z tym paringiem w najbliższym czasie C:
Tymczasem mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu ten pseudo świąteczny, pesudo noworoczny shot (w tym roku naprawdę jakoś nie czuję ani świąt, ani zbliżającego się Nowego Roku, więc nie udało mi się urodzić nic stricte w tych klimatach =.=).


Tytuł: "Niebooki"
Paring: Tsuzuku x Koichi (Mejibray), Tsuzuku x Ryoga (RAZOR, ex BORN)
Typ: oneshot
Gatunek: angst (?)
Beta: -

Właśnie wracałem do domu - choć może powinienem powiedzieć raczej, dopiero wracałem do domu. Było już ciemno, jednak zapadnięcie zmierzchu nie było zbyt dobry wyznacznikiem czasu i tej porze roku. Skrzący się w świetle latarni ulicznych śnieg skrzypiał pod moimi butami, które zdecydowanie nie nadawały się na zimowe eskapady. Po południu umówiłem się na grę w squasha z Tsuzuku, toteż zmuszony byłem założyć sportowe obuwie. Niestety, moja torba nie była wystarczająco obszerna, aby pomieścić wszystkie moje niezbędne rzeczy oraz dodatkową parę butów. Z tejże racji zmuszony byłem chodzić w butach halowych po oblodzonym chodniku, co wcale nie było łatwym zadaniem. Podeszwy ślizgały się, nie mogąc znaleźć przyczepności, przez co raz miałem już tę nieprzyjemność wywinąć teatralnego orła i porządnie obić sobie tyłek. Z tej racji z kolei szedłem, jakby ktoś wbił mi kij od szczotki w ów tyłek, a każdy kolejny krok był nieznośnie bolesny. 
Jak widać, szczęście się mnie dzisiaj wyjątkowo nie trzymało. Ale to jeszcze nie koniec wszystkiego. Nie byłem żadnym wielkim fanem sportu i wcale nie byłem dobry w tej dziedzinie, jednak zgodziłem się towarzyszyć Tsu tylko i wyłącznie dlatego, że to właśnie on mnie o to poprosił. Ponoć Ryoga rozchorował się i leżał z temperaturą w łóżku, więc ten musiał znaleźć sobie chwilowe zastępstwo na cotygodniową partyjkę squasha. Z jednej strony cieszyłem się, że miałem szansę pobyć z nim trochę dłużej, że pomyślał, żeby zapytać mnie jako pierwszego, ale z drugiej strony bolała mnie świadomość, że byłem tylko zastępstwem. Jednorazowym. Zapychaczem. Zapchajdziurą. Poza tym niemal dwugodzinnemu spotkaniu, którego głównym celem było nawalanie piłką w ścianę, wiele brakowało do romantycznego nastroju i wydźwięku randki, o której po nocach śniłem i której wyidealizowane scenariusze układałem sobie w głowie tuż przed pójściem spać. Tak jak już wspomniałem, nie byłem wielkim fanem sportu, a więc wylewanie z siebie siódmych potów latając za piłką jak jakiś pies było dla mnie co najmniej średnią zabawą, ale starałem się, naprawdę starałem się nie dać tego po sobie poznać i sprawić, aby mój towarzysz mógł spędzić ze mną jak najlepszy czas.
Ponad tym wszystkim górowała jeszcze jedna sprawa, która nie dawała mi spokoju. Ryoga był przyjacielem Tsuzuku - takim najbliższym, od serca, któremu latasz po zakupy, kiedy ten się rozchoruje, gotujesz magiczną zupkę, która miała momentalnie postawić go na nogi i u którego zostajesz na noc, aby upewnić się, że ten nie przekręci się podczas twojej nieobecności, zupełnie nie przejmując się zarazkami i wirusami, które ten rozsiewał wokół siebie w ilościach hurtowych oraz wysokim ryzykiem zarażenia się. To, jak blisko ci dwaj byli ze sobą, nie dawało mi spokoju. Tsu, po obrzuceniu szybkim spojrzeniem wiadomości w przerwie w grze, obwieścił mi zdawkowo, że musimy odpuścić sobie ostatni set, gdyż ten właśnie musi lecieć do tego cholernego sklepu, żeby później ugotować tę cholerną zupkę cholernemu, zakichanemu Ryodzę, który, cholera, był na tyle absorbujący, nawet wtedy kiedy nie był obecny w towarzystwie osobiście, że zawsze musiał skupiać na sobie uwagę chłopaka - jak nie swoim niekończącym się gadulstwem, to smsami. Serio, szło dostać wścieku na stojąco, jednak, o dziwo, Tsuzuku wcale się nie denerwował. Uważał to za normalne. A ja byłem zazdrosny. Pieruńsko i nieludzko zazdrosny, bo będąc wiecznie zaaferowanym tym, co zrobił lub powiedział Ryoga, Tsu zdawał się nie dostrzegać poza nim świata. Właściwie to chyba powinienem cieszyć się, że w takim wypadku zostałem przynajmniej sklasyfikowany przez bruneta jako "znajomy", że ten w ogóle zauważył fakt mojej egzystencji na tym świecie, jednak niezależnie od tego, jak mocno próbowałem przekonać się do myśli, iż takie nastawienie było właściwe... wciąż byłem zazdrosny. Bolała mnie świadomość, że Ryoga był "przyjacielem", podczas gdy ja nie byłem nikim więcej niż tylko "znajomym". Jakąś rozpoznawalną, wyglądającą znajomo twarzą w tłumie. W sumie nikim ważnym. On był ważniejszy. Stał wyżej ode mnie w hierarchii bruneta. Bolała mnie myśl, że zapewne ten nawet nie zauważyłby, gdybym zniknął z jego życia, podczas gdy szczególnie w ostatnim czasie znaczna część mojego kręciła się wokół jego osoby. Z początku myślałem, że to tylko zauroczenie, że to przejdzie, że minie... ale nie. Nie przechodziło. Nie mijało. I rosło w siłę. Broniłem się przed tym uczuciem rękami i nogami, ale w końcu pojąłem, że zakochałem się. I to na dobre.
Dlaczego zakochałem się w Tsuzuku? Nie miałem bladego pojęcia. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć. Ale miłość ponoć nie była logiczna, prawda? Nie było na nią żadnego matematycznego, chemicznego czy fizycznego wzoru, który dałoby się udowodnić przy użyciu odpowiednich stałych i zmiennych. To po prostu się działo. Od tak, samo z siebie. Niejako wbrew mojej woli, a i owszem. Bo przecież moje życie byłoby dużo łatwiejsze, gdybym zakochał się w kimś innym albo gdybym zwyczajnie nie zakochał się wcale. Och, o ileż mogłoby być ono łatwiejsze! Ale stało się. Bum!, i gotowe. I nic nie mogłem na to poradzić. Mogłem co najwyżej zaakceptować moje wyniszczające mnie uczucie.
Westchnąłem ciężko. Byłem zmęczony, obolały po treningu, po wywrotce, a do tego głodny. Głód sprawił, że zapragnąłem opuścić siłownię najszybciej, jak to było tylko możliwe, toteż postanowiłem wziąć prysznic już w domu. To był, oczywiście, błąd. Lodowate łapska wścibskiego wiatru wsuwały się pod poły mojej kurtki i gładziły moją rozgrzaną, spoconą skórę, przez co szybko zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że aż zacząłem dygotać. Wisienką na torcie okazał się być wypadek na drodze w pobliżu centrum, przez co cały ruch drogowy został sparaliżowany i autobus, którym zazwyczaj wracałem do domu, nie kursował. Musiałem zatem wracać na piechotę po tym przeklętym, oblodzonym chodniku. Jak to się skończyło, zdążyłem już wspomnieć, toteż nie będę się więcej powtarzał, bo na samo wspomnienie upadku obity tyłek bolał mnie tylko jeszcze bardziej...
Z trudem wdrapałem się na wzniesienie, na którym mieszkałem. Zziajany przystanąłem na moment, żeby wyrównać oddech, opierając się o rosnące w pobliżu, pojedyncze drzewo. Podniosłem spojrzenie na ciemny, rozgwieżdżony firmament nieba. Musiałem przyznać, że potrafiłem docenić piękno zimy, ale znacznie bardziej wolałem kontemplować je zza okna ciepłego mieszkania z kubkiem herbaty w ręku niżby stojąc w mroźnych objęciach tego lodowego piękna. Tym razem jednak nawet pomimo doskwierającej mi, niskiej temperatury nie mogłem narzekać. Pejzaż nocnego nieba przysłonięty białym kłębem pary mojego własnego, zmrożonego oddechu był zachwycająco piękny. Wydawało się, jakby gwiazdy tańczyły, poruszając się z gracją, wirując w piruetach na ciemnym kocu nocy, co było naprawdę niespotykanym zjawiskiem... albo zwyczajnie to mnie już mieszało się w oczach ze zmęczenia...
Wtem ktoś niespodziewanie wychylił się zza drzewa, o które się wsparłem. Nieznajomy, który póki co pozostawał dla mnie jedynie niewyraźnym, rozmytym cieniem o zlewających się, falujących kształtach, stracił równowagę, kiedy postawił nogę na śliskiej nawierzchni. W ostatniej chwili w odruchu, który miał uratować go przed upadkiem, chwycił mnie za ramię, przez co w ostateczności obaj wylądowaliśmy na chodniku. Zawyłem boleśnie, kiedy moje szanowne siedzenie poznało się z twardą nawierzchnią po raz drugi tego samego dnia.
- Cholera jasna, co ty wyrabiasz?! - wrzasnąłem na chłopaka, który miał tę dziwną fantazję, aby pojawiać się znikąd i przewracać bogu ducha winnych ludzi w środku nocy pod ich własnym blokiem. - Odbiło ci?! - wydarłem się, marszcząc przy tym gniewnie brwi.
- Wybacz, nie zrobiłem tego celowo - usprawiedliwił się.
- No jeszcze tylko tego by brakowało! - prychnąłem. - Wyobraź sobie, że tyle to sam potrafię się domyśleć! - krzyczałem na niego, mimo iż doskonale zdawałem sobie sprawę, że właściwie wcale nie miałem ku temu żadnego dobrego powodu. Od po prostu dałem upust wszelkim negatywnym emocjom, które skumulowały się we mnie dzisiejszego dnia, a on miał to nieszczęście stać się moją ofiarą. - Tylko spróbowałbyś zrobić to celowo, a zbierałbyś zęby ze śniegu... - burknąłem, jednocześnie ostrożnie próbując z powrotem wywindować się do pozycji stojącej, usilnie ignorując fakt, że moje nogi rozjeżdżały się na lodzie.
- Ej, spokojnie... - zaoponował niewysoki brunet, który zdążył już dźwignąć się na równe nogi. - Nie irytuj się tak - rzucił mi krzywe, urażone spojrzenie. 
Oj, no patrzcie go, księżniczka wzięła i się pogniewała... Jeszcze brakowało, żeby ostentacyjnie wygiął usta w podkówkę i rozpłakał mi się tu jak mała dziewczynka.
Czy tylko na mnie zwroty typu: "nie denerwuj się", "uspokój się" i tym podobne działały jak płachta na byka, kiedy byłem już zdenerwowany? Serio, to tak, jak mówić do ognia, żeby zgasł. No, już, gaśnij, bo ja tak powiedziałem. Bo ja tak chcę. Jak mówić do słońca, że ma zajść i ten dzień ma się już skończyć, bo mam go dosyć. No, dawaj, kończymy imprezę. Niech nadejdzie już noc, a po nim świt i niech rozpocznie się nowy, lepszy dzień.
Dobre sobie... Ty se mów, a ja zdrów...
Nie dało się ukryć, że to był wybitnie nie mój dzień i właściwie to miałem już wszystkich i wszystkiego po dziurki w nosie. Zacisnąłem zgrabiałe z zimna dłonie w pięści, ledwo powstrzymując się, żeby nie przywalić gościowi wyskakującemu jak diabeł z pudełka.
- Masz dla mnie jeszcze jakieś złote rady albo myśli? - parsknąłem. - Jeszcze coś, czym chciałbyś się ze mną podzielić? - obrzuciłem go nieprzyjaznym spojrzeniem. - Nie mógłbyś po prostu wymamrotać "przepraszam" i zniknąć mi z oczu? - założyłem ręce na piersi.
- Przecież przeprosiłem - zauważył.
- Więc teraz bądź łaskaw oddalić się w trybie natychmiastowym - warknąłem.
- Coś ty taki nerwowy? - cmoknął z niezadowoleniem. - Wkurzasz mnie - przyjął zaciętą minę. - Za karę spełnię twoje cztery życzenia - oświadczył całkowicie poważnie, a mnie na moment odjęło mowę.
- Co? - spojrzałem na niego jak na kretyna. - Czy ty się dobrze czujesz? - parsknąłem. - Uderzyłeś się głową o krawężnik podczas upadku? - pokręciłem głową z niedowierzaniem. - Słyszysz sam siebie? "Za karę" spełnisz moje życzenia? - sarknąłem. - Od kiedy niby życzenia spełniane są "za karę"? - posłałem mu spojrzenie pełne politowania. - Z tego, co mi wiadomo, na dzieciach wymusza się posłuszeństwo przez cały rok, żeby spełnić ich tylko jedno życzenie na święta, a ty "za karę" spełnisz moje cztery? - zaśmiałem się krótko, choć w rzeczywistości wcale nie było mi do śmiechu. - Nie uważasz, że to się ani trochę kupy nie trzyma?
- Jesteś bezczelny - syknął i zbliżył się do mnie. Kiedy stanął w snopie światła rzucanym przez latarnię dostrzegłem, że jego oczy były idealnie czarne i migotały w nich roztańczone gwiazdy, jakby te były dwoma miniaturkami tego, co znajdywało się nad naszymi głowami. - Niech będzie zatem. Naprawdę mnie zdenerwowałeś. Spełnię pięć twoich życzeń - oznajmił niezrażony moimi wcześniejszymi słowami.
- Idź się lecz - machnąłem na niego lekceważąco ręką i odwróciłem się na pięcie, mając zamiar odejść. 
I tak niepotrzebnie zmarnowałem już wystarczająco dużo czasu na tego pajaca. Lepiej było, żebym wszedł do środka, bo jeszcze trochę i skończę jak ten zakichany Ryoga... z podobnie cieknącym nosem i bolącym gardłem.
- O nie, mój drogi Koichi - niski brunet zawołał mnie po imieniu, przez co ponownie odwróciłem się i spojrzałem na niego zaskoczony. Nie przypominało mi się, żebym mu się przedstawiał. - Zdenerwowałeś mnie. Nie pozwolę ci teraz od tak sobie odejść. Wypowiesz życzenia, które ja spełnię - uparł się. - Ale niech będzie, że dam ci trochę czasu. Wróć tu jutro. Będę czekał. Lepiej, żebyś sam przyszedł z listą rzeczy, o które chcesz poprosić, bo inaczej dopiszę ci szóste życzenie - "zagroził". - Dobrze się zastanów, co chciałbyś otrzymać, a ja ci to dam i będę oglądał późniejszy rozwój sytuacji - oznajmił.
Niczym wmurowany w podłoże stałem i gapiłem się na niego z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. Tym razem to nieznajomy odwrócił się do mnie plecami i w końcu zastosował się do mojego polecenia, odchodząc, zostawiając mnie samego, tak, jak sobie tego życzyłem. Nie pojmowałem jego toku myślenia i wszystko dobitnie wskazywało na to, że nie chciałem zmienić tego stanu rzeczy. Kiedy ocknąłem się z letargu, westchnąłem raz jeszcze, po czym w końcu ruszyłem do domu, postanawiając zapomnieć o całej tej dziwacznej sytuacji.
- Dziwak... - skwitowałem pod nosem.

*** 

Po obfitej kolacji oraz gorącym prysznicu od razu poczułem się lepiej. Byłem już zmęczony, jednak postanowiłem jeszcze na moment usiąść do laptopa, aby sprawdzić, co słychać w wielkim świecie. Idąc tak z tą moją herbatą, o której wcześniej, stojąc na zimnicy, zacząłem wręcz fantazjować, zastanawiałem się nad tym, co miało miejsce pod moim blokiem. Zrobiło mi się trochę głupio, że tak wydarłem się na tego chłopaka... w gruncie rzeczy bez powodu. Poślizgnął się i przewrócił się. No zdarza się. Mnie też się zdarzyło i jakoś nikt nie robił z tego wielkiego zagadnienia, choć prawdą też było, że ja przynajmniej nikogo ze sobą nie pociągnąłem. Niemniej, przeprosił. Przyznał, że zrobił to nieumyślnie i tyle powinno mi wystarczyć. Nie powinienem był drążyć tematu na siłę. Faktycznie musiałem wyjść w jego oczach na jakiegoś buca, który tylko szuka zwady...
Przypomniały mi się jego oczy. Zastanawiałem się czy w istocie były takie niezwykłe, jak mi się wydawało, czy była to po prostu wina słabego oświetlenia i mroku wieczoru, który nas zastał. Ta bardziej racjonalna część mojego umysłu podpowiadała mi, że zapewne coś mi się przywidziało, jednak obraz jego oczu zapisał się w mojej pamięci tak dokładnie, z taką precyzją i szczegółami, że aż ciężko było go negować. Wiedziony jakimś impulsem, tak jak zwykle, kiedy nie znałem na jakieś pytanie odpowiedzi, zwróciłem się z nim do wyszukiwarki internetowej. Wpisywałem różne, przypadkowe hasła, które nasunęły mi się na myśl i kojarzyły mi się z niecodziennym nieznajomym. W końcu znalazłem opis istoty, która wydawała mi się być podejrzanie podobna do gościa wyskakującego znienacka zza drzew na moim osiedlu.
"Niebooki - przybywa po zmroku, gdy gwiazdy zaczynają tańczyć na niebie wiedziony czyjąś tęsknotą, wabiony przez niespełnione marzenia. Spełni każde życzenie, ponoć może dać wszystko; w zamian wystarczy zapłacić mu jedynie własnym pragnieniem. Mówiono, że kiedyś był smokiem, ale teraz już tylko spełnia życzenia. Jeśli jest łaskawy: trzy, jeśli jest zły: cztery, jeśli jest okrutny: pięć. Ponoć jeszcze nikt nie zdołał złożyć mu sześciu życzeń."
Nie powiem, ciekawa bajeczka, jednak jakoś jej nie kupowałem. Nigdy wcześniej nie słyszałem też o takim zabobonie, jakim był ten cały Niebooki. Zadziwiająco wiele pokrywało się z definicją znalezioną w wyszukiwarce z tym, co mówił oraz jak prezentował i zachowywał się niewysoki, postrzelony brunet, jednak nie byłem naiwny. Wspominał o spełnianiu życzeń i zwiększał ich liczbę wraz z tym, jak denerwował się coraz bardziej. Przestrzegał przed tym, żebym lepiej sam do niego przyszedł, gdyż w przeciwnym wypadku ten spełni aż sześć moich marzeń. To niby się zgadzało i brzmiało jakoś podobnie, ale... wciąż bezsensownie. Poza tym koniec końców wszyscy mieliśmy dostęp do internetu, prawda? Coś nie chciało mi się wierzyć, żebym spotkał jakąś istotę nadprzyrodzoną, która w dodatku kiedyś była smokiem, pod własnym blokiem. Bo niby jakim cudem? Z jakiej racji? Że niby ja miałbym przyciągnąć go swoimi niespełnionymi marzeniami i tęsknotą? Bo w końcu oprócz nas nikogo w pobliżu nie było, kiedy na siebie wpadliśmy...
Postanowiłem dać tej sprawie spokój, jednak mimo wszystko stworzyłem krótką listę życzeń, którą spisałem na przypadkowej kartce, która nawinęła mi się pod rękę. Nie wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Może zwyczajnie chciałem oczyścić umysł, w którym tak wiele się kłębiło, dając upust skołtunionym myślom, chcąc przelać je na papier? Może. Może nie. Nie wiedziałem. Nie przejmowałem się tym jednak zbytnio. Zawsze byłem typem niepoprawnego marzyciela, dlatego właściwie takie zachowanie z mojej strony nie było dla mnie zbyt wielkim zaskoczeniem. Czasami zdarzało mi się robić jakieś dziwne, pozornie bezsensowne rzeczy, które jednak w jakiś niezrozumiały sposób przynosiły mi choć odrobinę ukojenia i spokoju ducha. Tym razem zapewne nie miało być inaczej. Nie przejmując się tym zatem zbyt przesadnie wyłączyłem laptopa, światło, a następnie położyłem się wreszcie do łóżka.
To był długi i męczący dzień, dlatego nareszcie nadszedł czas, żeby go zakończyć. W chwili obecnej nie pozostawało mi już nic innego, jak tkanie własnych snów i pokładanie nadziei w tym, że następny dzień będzie choć trochę lepszy od poprzedniego.

*** 

Właśnie wracałem z pracy do domu. Znów było już ciemno, choć nie było aż tak późno jak wczoraj. Z jakiejś racji pomyślałem, że spisanie pięciu życzeń na kartce poprawi mi humor i pozwoli mi pozbyć się nadmiaru negatywnych myśli, jednak stało się dokładnie odwrotnie. Przez to, że zapisałem je na papierze, zacząłem myśleć o nich jeszcze więcej, non-stop i bez końca. Nie dawało mi spokoju to, jak te były odległe i nierealne. Starałem się, jak mogłem, żeby zamienić swoje sny w rzeczywistość, jednak moje próby zazwyczaj kończyły się fiaskiem. Rozmyślania o moich powtarzających się w kółko porażkach bolały chyba nawet bardziej od samych upadków. Rozdrapywałem stare rany nie pozwalając im się zagoić. W takim wypadku przeszło mi przez myśl, że naprawdę byłoby miło, gdyby pojawił się na mojej drodze ktoś, kto "od tak" mógłby spełnić kilka moich marzeń w zamian za samo pragnienie. Tym akurat mogłem się podzielić bez problemu. Bo pragnąłem bardzo mocno.
Tak, zgadza się, zainteresowanie Tsuzuku było jedną z tych rzeczy, bez której nie potrafiłem się obejść i o którą desperacko zabiegałem - póki co bezowocnie. Wiem, jestem przewidywalny do bólu. Ale co mogłem na to poradzić?
Szedłem z ciężką od zbędnych myśli głową nisko zwieszoną między ramionami. Wpatrywałem się w ten sam oblodzony chodnik, starając się wybierać trasę w taki sposób, aby możliwie jak najczęściej kroczyć po szarych przebłyskach płyt chodnikowych spod srebrnej w świetle księżyca tafli lodu lub po śniegu, na którym moje, tym razem już nieco bardziej odpowiednie buty, mogły złapać chociażby jakieś śladowe ilości przyczepność. Poświęcałem tej czynności całą moją uwagę, ignorując świat dookoła, krocząc ze słuchawkami wciśniętymi w uszy.
Wtem ktoś złapał mnie za łokieć, który ciasno przyciskałem do własnego boku, żeby możliwie zachować jak najwięcej ciepła. Zatrzymałem się i niechętnie wyjąłem dłoń z nagrzanej kieszeni, wyjmując jedną słuchawkę z ucha.
- Już myślałem, że nie przyjdziesz - "Niebooki" uśmiechnął się oszczędnie na mój widok. - A więc? - podparł się po boki. - Jakie są twoje życzenia? Masz ich aż pięć do wykorzystania - przypomniał.
- Daj mi spokój - prychnąłem, przewracając oczyma. 
Serio, jakiś nawiedzony gość z niego... Lepiej było trzymać się od niego z daleka. Chociażby tak przezornie. Z wariatami nigdy nic nie wiadomo.
- Nie wykręcisz mi się, Koichi - zastąpił mi drogę. - Zamieniam się w słuch - naciskał.
- A co ty niby mógłbyś mi dać, co? - pozostawałem nieprzekonany i niechętny. - I niby jakim cudem?
- Mogę dać ci wszystko, czego zechcesz. Wszystko - podkreślił dobitnie. - Po prostu wypowiedz to, co ciśnie ci się na usta, a ja dam ci odpowiedź - wzruszył ramionami.
- Odpowiedź? - mruknąłem. - To powiedz mi w takim razie czy Tsuzuku jest zainteresowany Ryogą? - palnąłem, dobrze wiedząc, że ten zapewne nie miał zielonego pojęcia, o kim w ogóle mówiłem.
- To twoje pierwsze życzenie? - zdziwił się. - Chcesz po prostu wiedzieć, co dzieje się w sercu Tsuzuku? - upewnił się, na co ja bez zbędnego namysłu skinąłem mu głową. Przecież i tak nie było możliwości, żeby ten dał mi prawdziwą odpowiedź. - Zgadza się. Tsuzuku jest zakochany w Ryodze - odparł. 
Jego słowa w jakiś sposób zakuły mnie w serce. Niby byłem przekonany o tym, że ten się zgrywa, że zmyśla, a ponad to ja sam zadałem pytanie w taki sposób, że mógł tylko odpowiedzieć "tak" lub "nie", więc w żaden sposób nie udowodnił mi swoich nadludzkich zdolności, jednak... samo słuchanie o tym, że brunet mógł podkochiwać się w swoim przyjacielu i to z tego powodu tak o niego dbał, bolało i nie dawało mi spokoju. 
- Widzę, że prowadzisz bezpieczną grę - zauważył chłopak jakby z uznaniem. - Cóż, proszenie o wiedzę jest dość rozsądne i niesie ze sobą dużo mniej ryzyka niż proszenie o podjęcie konkretnych akcji. Niemniej, sama wiedza także potrafi krzywdzić, prawda? - przekrzywił głowę niczym wielkie ptaszysko, przyglądając mi się ciekawsko i oceniając moją reakcję.
Zacisnąłem szczęki ze złości, podobnie jak i dłonie w pięści.
- Są parą? Ryoga odwzajemnia jego uczucie? Jest go świadom? - zapytałem szybko, choć w sumie nie miałem pojęcia, dlaczego postanowiłem kontynuować tę bezsensowną rozmowę. Najwyraźniej emocje wzięły nade mną górę.
- Nie, nie są razem. Ryoga powoli domyśla się, co czuje do niego Tsuzuku, jednak konsekwentnie próbuje pozostać ślepy na jego uczucie, tak jak i on pozostanie niewzruszony na twoje - odezwał się spokojnie, a ja poczułem się, jakby strzelił mnie zdechłą rybą po twarzy.
Skąd niby mógł wiedzieć, że zakochałem się w Tsu?... Cóż, chociaż może jakby tak dokładniej przeanalizować moje słowa i reakcje, to nie było to znowu aż tak trudne do odgadnięcia... a przynajmniej tak próbowałem sobie wmówić.
- Więc Tsuzuku wie? I specjalnie mnie ignoruje? - mój głos niekontrolowanie zadrżał.
- Lubi cię i byłeś mu bliski, ale tylko i wyłącznie jako kolega. Umyślnie zaczął cię unikać, kiedy domyślił się, że obdarzyłeś go uczuciem. Zaczął od ciebie stronić głównie ze względu na to, co sam czuje do Ryogi. Postanowił skupić się na uczuciu żywionym do niego niżby do ciebie - wyjaśnił.
- Więc postawił go ponad mną... - mruknąłem do siebie, ponownie spuszczając wzrok na chodnik. 
Zagryzłem dolną wargę. Byłem wściekły i rozżalony jednocześnie. A to dupek! Cholerny dupek, w którym musiałem się zakochać...
- Czy oni zostaną wkrótce parą? - wymamrotałem pod nosem niemrawo.
- Jeśli wszystko będzie dalej zmierzać w takim kierunku, jak dotychczas, to tak, zgadza się - odpowiedział, po czym westchnął ciężko i założył ręce na piersi. - Naprawdę zamierzasz zadawać mi tylko pytania? Zmarnowałeś już cztery życzenia - zauważył. - Myślałem, że będę miał więcej ubawu z ciebie, a ty, ku mojemu rozczarowaniu, okazałeś się bardzo racjonalnie myślącym człowiekiem, który unika niebezpieczeństw... - skrzywił się nieznacznie.
Nie miałem pojęcia, dlaczego w jednej chwili przestałem podważać jego słowa. Było w nim coś takiego, że po prostu chciałem mu wierzyć. A może to zwyczajnie wina samego tematu w sobie. Moje najgorsze przypuszczenia zostały potwierdzone przez osobą trzecią, więc nie mogłem już dłużej łudzić się, że w tym wszystkim wciąż kryła się dla mnie jakaś szansa. Byłem na straconej pozycji. Co prawda wciąż istniała możliwość, że ten kłamał jak z nut, jednak ja nie brałem na nią już poprawki. Odpłynąłem do swojego własnego, małego światka rozmyślań. Brunet kontynuował, ale ja go nie słuchałem.
- Zamień nas miejscami - odezwałem się w końcu, przerywając jego przeciągający się wywód. - Mnie i Ryogę. Chcę, żeby to we mnie Tsuzuku się kochał. Chcę też, żeby Ryoga kochał się w Tsuzuku, ale żeby ten umyślnie go ignorował. Chcę, żeby ten doświadczył tego, co ja teraz - wyrzuciłem z siebie potok słów.
W pierwszej chwili Niebooki spojrzał na mnie zaskoczony i jedynie zamrugał kilkakrotnie swoimi nieludzkimi oczami, w których odbijało się nocne niebo z tańczącymi konstelacjami gwiazd i całymi, odległymi galaktykami. W końcu jednak uśmiechnął się krzywo i skłonił prześmiewczo.
- Do usług - zaśmiał się głucho. - Na to właśnie czekałem... Ludzie to jednak bez wyjątku pazerni idioci - skwitował, chichocząc pod nosem. - Zanim jednak spełnię twoje ostatnie życzenie, pozwolisz, że odbiorę swoją zapłatę? - zbliżył się do mnie. - Odbiorę ci twoje pragnienie - dotknął mojej klatki piersiowej otwartą dłonią. 
Chciałem zapytać, co to tak dokładnie miało znaczyć, ale już w następnej chwili świat zawirował mi przed oczami i zawinął się w czarnym szalu nocy, w którym postanowił zniknąć niczym biały królik w cylindrze magika.

*** 

Obudził mnie dźwięk dochodzący z mojego telefonu, informujący mnie o nowej wiadomości. Niechętnie rozlepiłem powieki i sięgnąłem po urządzenie. No jasne. Znowu Tsuzuku. Ten gość w ostatnim czasie nie da mi się nawet wyspać...
Westchnąłem ciężko i odpisałem na poranne przywitanie. Żeby ten mógł jeszcze pisać do mnie o tak pieruńsko i nieprzyzwoicie wczesnej porze z jakimś dobrym powodem - ale nie, ten chciał się tylko przywitać. Przewróciłem oczyma. Ogólnie nie był z niego zły gość, ale powoli zaczynał mi działać na nerwy. Zacząłem zastanawiać się, dokąd ta nasza znajomość w ogóle zmierzała, gdyż nie dało się przeoczyć, że brunet zmienił swoje nastawienie względem mojej osoby... Odnosiłem wrażenie, jakby ten zaczął się mną interesować w wymiarze wykraczającym poza przyjacielskie zainteresowanie, jednak próbowałem wmówić sobie, że to tylko mi się wydaje i że zapewne źle interpretuję całą sytuację.
Wygrzebałem się z nagrzanego łóżka i obijając się o ściany mojego miniaturowego mieszkanka, jakimś cudem dotarłem do łazienki. Wykonałem poranną toaletę, ubrałem się i wyszedłem na spotkanie z Tsu, który czekał już na mnie w pobliskiej kawiarni. Wstąpiłem do lokalu, w którym serwowano jedną z najlepszych kaw, jaką miałem okazję kosztować i zaciągnąłem się przyjemnym, ciężkim zapachem świeżo mielonych ziaren. Skierowałem się do kontuaru, zamawiając dla siebie napój oraz jednocześnie rozglądając się na boki w poszukiwaniu przyjaciela. Ten ulokował się przy stoliku przy oknie, jednak nie był sam. Towarzyszył mu Ryoga, który jak zwykle wpatrywał się w niego maślanymi oczami. Jego zauroczenie chłopakiem było więcej niż tylko oczywiste i wszyscy nasi znajomi, uwzględniając w tym także samego Tsuzuku, zdawali sobie sprawę z jego uczucia. Brunet pozostawał jednak niewzruszony i nie robił sobie nic z miłosnych wysiłków Ryogi. Ignorował go. Nawet teraz znudzonym spojrzeniem wpatrywał się ślepo w sufit, zupełnie nie zwracając uwagi na to, o czym towarzyszący chłopak do niego świergotał, desperacko próbując zainteresować go jakąś historią. Aż mi się przykro robiło, kiedy przyglądałem się z boku tej scence wyborowej. Szczerze powiedziawszy to żałowałem, że Tsu zadurzył się we mnie, a nie w Ryodze, gdyż wydawało mi się, że ten mógł dać mu prawdziwe szczęście. W końcu tak wytrwale i bez wytchnienia o niego zabiegał. Zależało mu jak jasna cholera. A ja? Co ze mną? Ja chciałem pozostać z nim wyłącznie na stopie przyjacielskiej, ot co. 
- Dobry - mruknąłem, dosiadając się.
- Ach, Koichi, nareszcie jesteś - ucieszył się brunet. 
Z miejsca ożywił się i przeniósł spojrzenie na mnie z szarego, nudnego sufitu. Uśmiechnął się delikatnie i nachylił się nad stołem, aby zredukować między nami odległość. Niby mimochodem nasze dłonie zetknęły się ze sobą, kiedy każdy z nas trzymał w objęciach własny kubek z kawą.
- Cześć, Koichi... - mruknął niezbyt zadowolony z mojego pojawienia się Ryoga.
Cóż, właściwie nie mogłem go winić. Przemawiały przez niego uczucia, nad którymi nie mógł zapanować. Był zakochany w Tsuzuku po uszy, ale ten z jakiejś racji interesował się bardziej moją osobą, przez co Ryoga rozpatrywał mnie w kategoriach potencjalnego zagrożenia. W jednej chwili zdawało się, jakby chłopcy zamienili się humorami. Mrukliwy i znudzony Tsu rozpromienił się, a gadatliwy Ryoga ucichł i wbił martwe spojrzenie w czarną taflę swojego napoju.
Dlaczego nasze pragnienia nie mogły się ze sobą pokrywać? Dlaczego jeden z nas nie mógł pragnąć tego, czego chciał drugi? Przez to, że byliśmy tak do siebie niedopasowani, tkwiliśmy w błędnym kole, w którym żaden z nas nie mógł zaznać prawdziwego szczęścia.
Upiłem łyk gorącej kawy. W tym momencie koło naszego stolika przeszedł niewysoki brunet, który zatrzymał się i położył mi rękę na ramieniu. Zdziwiony spojrzałem na niego pytająco. Nie wydawało mi się, żebyśmy spotkali się wcześniej...
- Widzisz, Koichi - westchnął - spełniłem twoje wszystkie pięć życzeń, a ty wciąż nie jesteś szczęśliwy - odezwał się. - W zamian zapłaciłeś mi jedynie swoim pragnieniem. Z pozoru mogłaby się to wydawać śmiesznie niska cena, ale to właśnie ów pragnienie sprawia, że marzenie jest tym, czego pożądamy, co sprawia nam radość. Kiedy tracimy czymś zainteresowanie, odwracamy się i szukamy czegoś innego godnego uwagi. Tak też było w twoim wypadku. Spełniłem twoje życzenia, ale jako że oddałeś mi swoje pragnienie, w gruncie rzeczy wszystko to, co ci dałem stało się dla ciebie bezwartościowe, gdyż nie pożądasz tego już ani trochę. To dlatego właśnie wszyscy ludzie, którzy proszą mnie o konkretne akcje są gruncie rzeczy smutnymi, skończonymi, pazernymi idiotami - skwitował. - Jeśli poszukujesz prawdziwego szczęścia, sam powinieneś podjąć odpowiednie działania, aby je znaleźć i zatrzymać, a nie biernie czekać, aż ktoś inny odwali całą brudną robotę za ciebie - pouczył mnie.
- Znasz go? - Tsuzuku spojrzał na mnie mocno zaniepokojony, po czym zlustrował nieznajomego od stóp do głów z jakimś dystansem, może nawet uprzedzeniem.
- Nie wydaje mi się... - odparłem zakłopotany. - Chyba mnie pan z kimś pomylił... - starałem się zabrzmieć grzecznie. Chłopak pokręcił z politowaniem głową, po czym zabrał rękę z mojego ramienia i odwrócił się na pięcie.
- Do rychłego! - rzucił przez ramię, po czym odszedł w swoim kierunku, ponownie zostawiając nas samych.
- O czym on bredził? - zainteresował się Ryoga.
- Bladego pojęcia nie mam - wzruszyłem ramionami. - Pewnie jakiś dziwak... - machnąłem lekceważąco ręką.
Dziwak czy też nie, musiałem przyznać, że mimo wszystko mogłem doszukać się jakiegoś głębszego sensu w jego słowach i to mnie z jakieś niezrozumiałej racji niepokoiło...

Historia z życia wzięta "Why you don’t want to be with me?"

Dobra, przyznam się otwarcie, że napisałam już to "cudko" dawno temu, ale... zapomniałam o nim i zostało ono zagubione jako wersja robocza gdzieś w moim gigantycznym spisie postów na bloggerze x''p Pozwalam sobie dzisiaj wstawić taki "śmieciowy post", ale nie obawiajcie się, później w ciągu tygodnia zamierzam dodać już coś do poczytania! (tekst już gotowy, ale... no nie mam żadnego "ale"... ale... x''p może przejdźmy już dalej? ^^'')

Tym razem opowiem wam historię z życia wziętą... Jak już niektóre z was wiedzą, borykałam się swgo czasu z problemem stalkującego mnie ciapola... Jedyny pożytek z niego taki, że przynajmniej niejako dzięki niemu stworzyłam to coś... chociaż jakby się tak chwilę zastanowić, to nie wiem czy to faktycznie można uznać na plus ^^''

Niemniej, jedziemy x''D


Le chat:

Le stalker: Why u don’t want to be with me?
Kita-pon: Cause we just met twice and we don’t know each other?
Le stalker: It’s love at first glance. Do u believe in love at first glance?
Kita-pon: Em… No. Sorry.
Le stalker: No? How disappointing. I feel u just don’t want to date with me. What is wrong with me? What type of men do u like?

Le thinking of Kita-pon:
Jakich facetów lubię? Demonicznych lub opętanych, kur...de... ewentualnie przynajmniej ociekających krwią... lub substancjami krwio-podobnymi...



 
 

Kita-pon: ...
 Le Stalker: Why aren't u responding? I can see u read my message...
Kita-pon: ...
Le Stalker: Ok, nevermind... Just say why u don't wanna to be with me.


 Le thinking of Kita-pon:
No zgadnij, geniuszu... Chyba czegoś ci brakuje... Takiego sześciopaka... albo ośmiopaka... albo przynajmniej wystających talerzy biodrowych...




Kita-pon: ...
Le Stalker: U aren't responding again... Ok, I can deal with it. But anyway... Is there anything that will make me more attractive in ur opinion?


Le thinking of Kita-pon:
What can u do:
  • ·         Become 170-185cm height,
  • ·         Become longhaired Japanese, handsome guy in age range 22-30,
  • ·         Become muscular,
  • ·         Learn how to growl and sing or play guitar or drums,
  • ·         Learn how to speak in Japanese,
  • ·         Learn how to write and compose songs,
  • ·         Join hardcore, metal, visual-kei band,
  • ·     Make sure your band is Killaneth, TRNTY D:CODE, Nocturnal Bloodlust, Jiluka, Canival / Hiz, D'espairsRay, The GazettE, AvelCain, Lycaon, DADAROMA, DIO -distraught overlord-, Morrigan or any other band that I like,
  • ·         Make sure you’re in right band for 100% so there’re also other, right musicans,
  • ·         Create amazing songs, probably the best ones I ever heard in my whole life,
  • ·         Become fucking sexy,
  • ·         Exercise hard until u have six-pack or eight-pack abs,
  • ·        Meet me during one of your concerts and try to flirt with me,
  • ·        Be gentle and cute as men in soap operas usually are,

…and after this all ur job's done and you can even marry me.
Good luck!


Kita-pon: Kita-pon is offline 

A dlaczego w ostateczności i tak zostanę starą panną? Nie, nie dlatego, że interesują się mną tylko jakieś zjeby C'': Powód jest inny:


YAOI
YAOI EVERYWHERE


Dziękuję za uwagę i przepraszam za zajmowanie czasu pierdołami xD Cóż, na usprawiedliwienie dodam tylko, że chat zostawiłam niemalże w oryginale, a więc postanowiłam również nie zmieniać języka z angielskiego na polski, bo... to chyba bardziej oddaje duszę stalkera xp Poza tym faktycznie myślałam właśnie w ten sposób, kiedy ten spamował mi na fb... Więc jest to fakt autentyczny, historia z życia wzięta ^^''

Oneshot na disband Yuusai "Toksyczna miłość" Amane x Riku (Yuusai, ex Zin)

Miałam się z tym jeszcze wstrzymać i nie publikować tego shota, żeby później nie wyjść z tekstów (w sensie, żebym cały czas miała coś w zapasie), ale w końcu stwierdziłam, że jak wciaż będę tak czekać, to sprawa się przedawni i będzie musztarda po obiedzie, no i tego... tak być w końcu nie może, nie? ^^''
Cóż, tytuł jest chyba wystarczająco wymowny i nie muszę dodawać nic więcej - no może z wyjątkiem tego, że cała ta "otoczka" dispanbu Yuusai jest moim wymysłem, a więc w gruncie rzeczy podejrzewam, że Riku nie miał z tym nic wspólnego (chociaż kto wie - dopatrywanie się spisków leży w mojej naturze C'': ), a i sam Riku w istocie odszedł ze składu Zin ze względu na leczoną depresję - ja jednak jestem bez serca i nie dość, że chłopak i tak miał już doła, to ja jeszcze zrobiłam z niego czarnego charaktera (~spoiler!~ ^^'')


Tekst pisany z punktu widzenia Orochiego.


Tytuł: “Toksyczna miłość”
Paring: Amane x Riku (ex Yuusai, ex Zin)
Typ: oneshot
Gatunek: lemon (?)
Beta: -


- Tym wokalistom to się w dupie poprzewracało i tyle! - warknął rozeźlony Yoshi, prychając oraz zakładając ręce na piersi.
Słowa gitarzysty zawisły w powietrzu niczym smród stęchlizny. W gruncie rzeczy nikt nie mógł zacząć krzyczeć, że nie ma racji, gdyż jego frustracja była zrozumiała. Wszyscy byliśmy zdenerwowani i rozżaleni. Z drugiej strony jednak nikt nie mógł przyznać mu racji. Bo w końcu rozchodziło się o Amane. O naszego Amane i nikogo innego. Wszyscy znaliśmy go zbyt dobrze, żeby zwyczajnie założyć, że księżniczka obraziła się, tupnęła nogą i postanowiła zwinąć manatki. To nie było w jego stylu…
Graliśmy z Amane nieprzerwanie od 2012 roku, a prywatnie znaliśmy się jeszcze dłużej. Dobry był z niego chłopak. Pogodny, pomocny, empatyczny. Przejmował się wieloma rzeczami, może nawet czasem zbyt wieloma, przez co wiecznie był zabiegany, zawsze brakło mu na coś czasu - ale przede wszystkim brakło mu czasu na to, żeby w końcu siąść na chwilę na tyłku i odpocząć, złapać oddech. Amane zdecydowanie nie był typem osoby, która łatwo się poddawała lub która cechowała się słomianym zapałem. Zawsze doprowadzał swoje projekty do końca. Przykładem tego mogło być odejście Riku, kiedy wciąż jeszcze działaliśmy pod nazwą Zin. My wszyscy załamaliśmy ręce, zaczęliśmy lamentować, będąc przekonanymi, że bez wokalisty dalej nie pociągniemy, jednak Amane rychło w czas przejął inicjatywę i chwycił nas stanowczo za karki. Oświadczył wszem i wobec, że nic tu się nie będzie kończyć bez jego przyzwolenia i że to on zostanie nowym wokalistą. W końcu mogliśmy poradzić sobie z jednym gitarzystą, ale bez osoby przy mikrofonie daleko byśmy nie zaszli. Z tego właśnie względu Luy zmienił pozycję w zespole, a jakiś czas później wyszedł z pomysłem zmiany nazwy zespołu z Zin na Yuusai. Sam także zmienił pseudonim na Amane, gdyż chciał odciąć się od poprzedniego wizerunku - zarówno całej grupy, w której przez dłuższy czas to właśnie Riku pełnił rolę frontmana jak i swojego własnego. Fani kojarzyli Luya jako gitarzystę, dlatego ten wykreował sobie nowy image, stworzył nową postać, jaką był Amane, charyzmatyczny wokalista Yuusai.
Wszystko szło dobrze. Oczywiście do czasu - bo inaczej przecież nie musielibyśmy zaprzestawać działalności jako Yuusai, prawda? Ano właśnie… Cały problem polegał na tym, że niezależnie od tego, jak bardzo staraliśmy odciąć się od Zin, widmo poprzedniej formacji kładło się na naszej teraźniejszości gęstym cieniem. Mało tego, ów cień przybierał formę człowieka - formę Riku, będąc dokładnym.
Były wokalista miał skłonności depresyjne i to raczej on miał większe zadatki na księżniczkę na ziarnku grochu niżby Amane. Riku sam z siebie postanowił opuścić naszą grupę, tłumacząc, że czuje się tu bezużyteczny. Koniec końców został zdiagnozowany z depresją i zrobił z tego główny powód swojego odejścia. Niezależnie od tego jednak, co zostało napisane w karcie pacjenta Riku ani ja, ani Saku, ani Yoshi nie podejrzewaliśmy, aby były wokalista robił cokolwiek innego niż udawał. On był zwyczajnie takim pasożytem, który wymagał ciągłego uwielbienia, podziwu i pochwał. Cóż, może i dostałby nawet to, o co tak usilnie zabiegał, gdyby tylko jeszcze na to zasłużył. Niestety jednak, Riku był typem, który nie miał w zwyczaju robić zbyt wiele. Nie komponował prawie wcale, teksty piosenek głównie pisał mu Amane, choć ten i tak próbował je sobie przywłaszczyć. Często spóźniał się na próby czy nagrania lub w ogóle na nie nie przychodził, zdawkowo informując któregoś z nas smsem, że się źle czuje, że zapomniał o wizycie u dentysty albo coś w tym rodzaju… Wszyscy mieliśmy go po dziurki w nosie, ale żyliśmy w złudnym przekonaniu, że przecież musimy to wszystko znosić, bo to przecież wokalista - najbardziej rozpoznawalna osoba w zespole, nasz frontman, na którym skupia się kamera podczas kręcenia teledysków i który stoi najbliżej krawędzi sceny podczas występów. Z jakiejś racji, bardzo głupiej racji wydawało nam się, że niesamowicie łatwo było wymienić perkusistę, który nawalał po garach gdzieś w cieniu sceny lub basistę czy gitarzystę, który brzdąkał coś tam na swojej gitarze w kącie pokoju. Ale przecież nie wokalistę! Na litość wszystkich bożków shinto, nie wokalistę! Wokalista był naszą wizytówką, której zmiana z pewnością wiele by nas kosztowała. Tak właśnie nam się wydawało. Teraz, kiedy tak się nad tym zastanawiam i spoglądam na to z dystansu czasu, wychodzi mi na to, że to właśnie Riku musiał nas jakoś podpuścić i wbić nam te bujdy do głowy, choć wciąż nie miałem zielonego pojęcia, jak udało mu się czegoś podobnego dokonać.
Z czasem atmosfera w zespole stawała się tylko coraz bardziej napięta, coraz częściej dochodziło do spięć, a w rezultacie nawet do poważniejszych kłótni. Riku, widząc, że sprawy nie idą po jego myśli, zaczął nas straszyć swoim odejściem jako ultimatum. Chciał wymusić na nas posłuszeństwo. I w gruncie rzeczy w większości przypadków to właśnie on był górą. Mogliśmy kłócić się z nim, wypominać mu błędy i momenty, w których jego zachowanie niewiele różniło się od sprzedania kopniaka w krocze indywidualnie każdemu z członków zespołu, ale tylko do czasu. Wszystko to ustawało i z miejsca traciło znaczenie, kiedy ten zaczynał zaciskać gniewnie szczęki, odwracał wzrok, zakładał ręce na piersi i urażonym tonem proponował, żebyśmy “wymienili go na lepszy model”, skoro było nam z nim tak źle. Ten argument zazwyczaj ucinał wszelkie dyskusje, kończył wszelkie spory i pozwalał robić różowowłosemu to, co mu się tylko żywnie podobało.
Nieźle nas wytresował, nie?
Wbił nam do głowy, że to wokalista jest właśnie tą niezastąpioną podstawą, podwaliną zespołu, której nie dało się podmienić na żadną inną. To tak jak z domem. Możesz zmienić dachówkę, okna, drzwi, zmienić kolor ścian, a nawet wyburzyć ścianki działowe i postawić je od nowa, ale jeśli z jakiejś racji zamarzyło ci się wymieniać fundamenty to… to cóż, prawdopodobnie jesteś idiotą. Ryzyko zawalenia się konstrukcji podczas przeprowadzania takiej operacji było niewyobrażalnie wysokie - szczególnie, jeśli za robotę zabierali się amatorzy, za jakich wówczas się mieliśmy. Tylko prawdziwi profesjonaliści mogli podjąć się podobnego ryzyka, jednak żaden z nich nie był głupi, toteż każdy z nich wystrzegał się podobnych prac. Logiczne, prawda?
Gówno prawda. Nie było w tym ani krzty prawdy. Bujda na resorach i tyle w temacie. Całe szczęście Luy czy też, jak kto woli, Amane miał łeb na karku i widząc, że Riku wciąż tylko pogarsza naszą sytuację jako zespołu, postanowił pozwolić mu odejść. Przekonał nas, że to nie koniec świata, a nawet jeśli, to wciąż są inne planety nadające się do zamieszkania w tym Wszechświecie, więc nie ma, co płakać nad rozlanym mlekiem. Muszę przyznać, że to był piękny czas. Pozbycie się balastu w postaci poprzedniego wokalisty przyniosło wszystkim wielką ulgę. Osobiście poczułem się, jakbym znów mógł swobodnie oddychać pełną piersią. Ponownie zacząłem chodzić do pracy pełen entuzjazmu i zapału. Mój umysł otworzył się na nowo, toteż komponowanie przychodziło mi łatwiej, praca szła szybko i gładko, a ponad to bezkonfliktowo. Przez chwilę żyliśmy w naszej pięknej, drżącej i ulotnej mrzonce.
Czystą przyjemnością było też oglądanie szatyna w tamtych czasach. Nosił się dumnie, wyprostowany, żywiołowy, kipiący nowymi pomysłami. Czysta inspiracja i wena zamknięta w ludzkim ciele, obciągnięta ludzką skórą. Tak go właśnie wtedy widziałem.
Życie jednak to nie bajka i sielanka szybko się skończyła. Głównie z tego powodu, że Amane wciąż był w związku z Riku. Tak, dokładnie. Nasz obecny wokalista był w związku z poprzednim i to już od ładnych paru lat. To właśnie z tej racji różowowłosy często próbował przywłaszczyć sobie efekty pracy Luya; dlatego właśnie ten zazwyczaj nie wtrącał się i nie zabierał głosu w konfliktach wykwitających między mną, Saku i Yoshim a Riku niczym kwiaty na wiosnę. To znaczy w liczbie mnogiej. Dużej liczbie. Takiej, do której nawet ciężko zliczyć…
Przełom nastąpił, kiedy Amane widocznie miał już naprawdę dość swojego chłopaka i nie mógł dłużej patrzeć na to, jak ten niszczy jego marzenia, których ucieleśnieniem na tym padole łez był właśnie jego zespół. Luy od zawsze pragnął tworzyć muzykę, która była jego pasją i nie mógł pozwolić, aby jego kochanek dłużej go stopował w tej kwestii, aby zabierał mu całą tę radość, która płynęła z zajmowania się tym, co kochał. To było jak prawdziwy cud. Ten cichy i uległy chłopak w końcu się przebudził i postanowił zawalczyć o swoje, a przy tym nie zapomniał także o swoich wiernych towarzyszach broni… tudzież instrumentów. Pamiętam, że byłem wtedy pod wielkim wrażeniem jego nagłej i tak drastycznej zmiany. Zacząłem go podziwiać. Amane stał się dla mnie osobą, za którą chciałem podążać - i nie byłem w tym odosobniony. Szatyn okazał się być wspaniałym liderem grupy oraz dużo lepszym frontmanem niż Riku, toteż Yoshi i Saku również zdecydowali się ruszyć jego śladem.
W tamtym czasie myślałem, że wszystko będzie szło już tylko ku lepszemu. Któregoś razu, kiedy poszliśmy do baru po pracy, palnąłem nawet, że Amane nie powinien przejmować się byłym wokalistą i zapomnieć o nim, bo szybko znajdzie sobie kogoś dużo lepszego na jego miejsce. Do dziś pamiętam, jak Luy zakrztusił się wtedy właśnie pitym piwem i spojrzał na mnie jak na kosmitę. Dopiero po paru chwilach przyznał cicho, że wciąż nie zerwał z różowowłosym.
W tamtej chwili to ja miałem ochotę chwycić szatyna za kark i walić jego durnym łbem o kant blatu, tak długo, aż wybiłbym mu w końcu ten durny pomysł zadawania się z tą pijawką. Minęło już kilka tygodni od odejścia tego pasożyta z naszego składu, a my dopiero dowiedzieliśmy się o tym, że Luy wciąż się z nim umawiał. Cudownie. Wręcz pięknie. Nawet nie chciałem zgadywać, jakie piekło na ziemi ten chłopak musiał przeżywać każdego dnia po powrocie do domu, kiedy Riku wyżywał się na nim, dając upust swojej frustracji i poczuciu krzywdy. Bo przecież on był wiecznie pokrzywdzony… przez przyjaciół, rodzinę, Boga i partię…
Amane mieszkał z byłym wokalistą, co nie było żadną tajemnicą. Naiwnie jednak liczyłem, że po wyrzuceniu go z zespołu ten wyprowadził się. Skoro nie prosił żadnego z członków zespołu o pomoc, założyłem, że zatrzymał się u innych przyjaciół lub rodziny, a może nawet w konsekwencji zatrzymał mieszkanie dla siebie i wyrzucił z niego tego paskudnego robala. Tak się jednak nie stało. Moje wielkie nadzieje upadły, zderzając się z ziemią z wielkim hukiem.
Byłem rozczarowany postawą Luya, gdyż myślałem, że temu w końcu udało się odciąć od Riku, jednak historia jego drastycznej przemiany z cichej myszki w prawdziwego króla lwa brzmiała zbyt pięknie i zbyt abstrakcyjnie, żeby móc być prawdziwą. No… bo nie była ona prawdziwa we wszystkich aspektach. Najwyraźniej w tym samym czasie, kiedy my borykaliśmy się z problematycznym wokalistą, chłopcy mieli także pewne trudności w związku spowodowane zachowaniem różowowłosego, w efekcie czego nawet szatyn znany ze swojej cierpliwości świętego mógł w końcu mieć tego wszystkiego dość. Frustracja spowodowała u niego krótkotrwały przebłysk odwagi oraz logicznego myślenia. Co za szkoda, że ta flara nadziei tak szybko zgadła w ciemnościach przywiązania do jednej, w dodatku tak potwornie niewłaściwej dla niego osoby...
Przyjemnie było odciąć się od trucizny Riku. Życie nagle stało się piękniejsze i prostsze. Nie dla wszystkich jednak. Amane starał się, jak mógł, ale z czasem dało się zaobserwować, jak ten marniał w oczach. Dałbym sobie rękę uciąć, że były wokalista wciąż karmił go jakimiś kłamstwami, przez które temu zdarzało się przychodzić kompletnie zrezygnowanym do pracy, że ten robił mu awantury o nic, które kończyły się popisowym, wymuszonym płaczem ze strony tej przeklętej wszy oraz nieprzespaną nocą ze strony Luya, który został wykopany do salonu. Tam z kolei spędzał długie godziny, podczas których trawiony był przez wyrzuty sumienia. On już taki był. Obwiniał się za zło całego świata i starał się z nim walczyć, a kiedy rezultaty jego starań nie przynosiły oczekiwanych efektów ten chodził jak struty z głową zwieszoną nisko między ramionami i przepraszał, za co tylko się dało. Męczyło mnie oglądanie tego cyklicznie powtarzajacego się przedstawienia. Bo ileż można było?! Próbowałem przemówić Amane do rozsądku, podobnie jak i pozostali chłopcy, jednak nie udało nam się nic wskórać. Najwidoczniej jad tego pasożyta był silniejszy od naszych zdroworozsądkowych słów.
Nasz nowy wokalista męczył się w tym związku i był w nim niszczony. Byłem pewien, że byłby dużo szczęśliwszy będąc z kimś innym lub nawet będąc singlem. Byłby także… nie wiem, jak to określić… mniej zmartwiały? Bo czasem, jak przyszedł na próbę to wyglądał jak zwłoki, w które ktoś tchnął swego rodzaju śmieszną imitację życia - wyglądał, jak lalka w rękach lalkarza sterowana za pomocą niesamowicie długich sznurków, które ciągnęły się aż do oślizgłych, lepkich palców Riku. Szkoda mi go było, gdyż, tak jak już wspomniałem, dobry był z niego chłopak, jednak nie mogłem mu pomóc w żaden inny sposób niżby namawiając go do zakończenia tego toksycznego związku. Koniec końców kluczową decyzję oraz pewne drastyczne, wymagane środki to właśnie on musiał podjąć i wdrożyć w życie. Nie mogłem zrobić tego za niego, mimo iż czasami naprawdę miałem ochotę go w tym wyręczyć.
Wszystko to ciągnęło się tak aż do czasu zaginięcia Luya. Nie powiem, z początku nie przejęliśmy się tym za bardzo z chłopcami. Myśleliśmy, że ten może zabalował i zgubił telefon albo przydarzyło mu się coś równie trywialnego… Nie dało się też ukryć, że wciąż tliła się w nas czcza nadzieja na to, że może ten w końcu postawił się tej pijawce, że właśnie układa sobie od nowa życie, co może zająć mu trochę czasu. Dopiero po kilku dniach jego nieobecności oraz żadnej odpowiedzi zwrotnej na pierdyliard wysłanych smsów, maili oraz zostawionych wiadomości na automatycznej sekretarce zaczęliśmy obawiać się, że mogło stać się coś złego. W końcu w ostatnim czasie słyszało się trochę o zaginionych muzykach… Kto wie, może Japonia nie była już taka bezpieczna jak kiedyś? Może coś mu się stało? Próbowaliśmy zdobyć jakieś informacje na temat jego miejsca położenia lub stanu zdrowia, jednak stanęliśmy w martwym punkcie. W ostateczności dodzwoniliśmy się nawet do jego matki i starszego brata, jednak żadne z nich nie miało pojęcia, co działo się z Amane.
Aż wreszcie ten sam wrócił. Po niewyjaśnionej nieobecności ciągnącej się od października. Od tak wrócił i już. W pierwszej chwili miałem wielką ochotę przemeblować mu tę przystojną gębę, jednak wystarczyło jego jedno złamane spojrzenie, żebym zatrzymał się w pół kroku ze wzniesioną pięścią, którą chwilę później i tak opuściłem i rozluźniłem. Nawet się nie bronił. Zamierzał przyjąć cios, którym chciałem poczęstować go na “dzień dobry”. Sama jego pasywna postawa wskazywała na to, że coś tu było mocno nie tak…
Luy wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać i w istocie miał łzy w oczach. Chyba właśnie z tego względu we wszystkich nagle opadły wojownicze nastroje, rzuciliśmy pochodnie i widły w cholerę i zamiast nadziać go na pal postanowiliśmy go pocieszyć i wywiedzieć się, co tak naprawdę było przyczyną jego zniknięcia. Ten jednak uparcie milczał i tylko kręcił głową, niezależnie od tego, jak mocno naciskaliśmy. Właściwie to nasze starania zdawały się przynosić odwrotne rezultaty. Im mocniej naciskaliśmy, tym bardziej ten zamykał się w sobie.
Wydusił tylko, że musi odejść. Że nie jest już w stanie ani grać, ani śpiewać. Że chyba musi zająć się czymś innym, o ile w ogóle jest na tym świecie jakakolwiek rzecz, której ten potrafiłby nie spartolić.
Te słowa uderzyły we mnie, gdyż uważałem szatyna za przyjaciela. Widząc go tak załamanego, słuchając o tym, jak dokładnie ten przemyślał swoją decyzję, sam miałem ochotę rozpłakać się jak dziecko, a później mimo wszystko przywalić mu, żeby się otrząsnął.
Po wszystkim długo dyskutowałem na ten temat z Saku i Yoshim. Wychodziło na to, że chłopcy nie od razu zorientowali się, o co mogło w tym wszystkim chodzić i o co w tym wszystkim właśnie najprawdopodobniej chodziło, dlatego postanowiłem ich olśnić. Niby to Riku został zdiagnozowany z depresją, ale ta gnida tak naprawdę miała zwyczajnie spaczony charakter i tyle w temacie. Ten pasożyt zamiast borykać się ze swoją chorobą sam wpędził Amane w depresję, co łatwo można było odczytać z jego postawy oraz zachowania. A mimo to ten nie chciał go opuścić. Zarzekał się, że kocha rożowowłosego i vice versa. To się dopiero nazywa toksyczna miłość…
Miłość naprawdę potrafi zrobić z człowieka głupca...
Złamał go. Były wokalista zwyczajnie złamał Luya. Doszczętnie go zniszczył. Dopiął swego po latach starań. I co? Cieszył się z tego? Nie wiem. Właściwie to nawet nie chcę wiedzieć, bo nie spotykam się z tą pijawką i nie chcę widzieć jej na oczy - głównie dlatego, że nie mógłbym poręczyć za to czy przypadkiem nie zrobiłbym z nim tego, co robi się z robalami w normalnych sytuacjach: a więc zwyczajnie rozdeptałbym go. Była za to jedna inna rzecz, której byłem niemal aż za nadto pewien. Teraz Riku mógł już w pełni sterować szatynem tak, jak mu się podobało. Wpoił mu wraz ze swoim jadem przeświadczenie o byciu bezużytecznym i kompletnie pozbawionym talentu w jakiejkolwiek dziedzinie. Z tej racji z punktu widzenia szatyna wyglądało to tak, jakby “dobrodziej” Riku zlitował się nad “godnym pożałowania” Amane i zdecydował się poświęcić dla dobra ogółu ludzkości, zostając z nim w związku, aby nikt inny nie musiał się z nim męczyć. No bo przecież nikt inny nie był aż takim masochistą, żeby porwać się na coś podobnego, prawda?
Luy stał się marionetką w rękach złego lalkarza. Jego własna miłość go wykończyła. Zrobiła z niego trupa za życia.
I w takich właśnie momentach często pytałem siebie, gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie? Czy żeby “zbilansować” te wszystkie nieszczęścia Amane, jakich ten doznał za sprawą byłego wokalisty, jego ciemiężyciel nie powinien… no nie wiem… wpaść pod autobus? Zostać pogryzionym przez stado dzikich psów i zejść z tego świata na wściekliznę? Cholera, dlaczego żyjemy w wielkim, cywilizowanym mieście, gdzie nie ma stad dzikich psów? No ale autobusy przecież mamy! Czemu jeden z nich nie może przejechać w końcu tę glizdę?
Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na zadawane przez siebie pytania - wyglądało zatem, że nasz świat wcale nie był sprawiedliwym miejscem…
Ostatecznie zdecydowaliśmy się zakończyć działalność jako Yuusai, Zin i jako jakikolwiek inny zespół, o którym ktoś mógł słyszeć. Yuusai bez Amane to nie byłoby już to samo. On akurat był tą podwaliną tej grupy, toteż nie mogliśmy kontynuować bez niego.
Co się teraz z nami stanie? Nie wiem. Ja, Saku i Yoshi wciąż trzymamy się razem i mamy dobre relacje, ale raczej wątpię, żebyśmy założyli wspólnie kolejny projekt. Pewnie nasze drogi rozejdą się, każdy z nas wstąpi do innego już istniejącego zespołu lub założy swój własny od podstaw. Co się stanie z Luyiem? W jego przypadku nawet ciężko snuć mi jakiekolwiek domysły. Nie mam najmniejszego pojęcia, co może się z nim stać. Mam nadzieję tylko, że nic złego, bo ten chłopak naprawdę wycierpiał już swoje w życiu. Było mi go szkoda, jednak zdawałem sobie sprawę, że nie mam, jak mu pomóc. Ten był już od dawna stracony i wybierając uczucie do Riku ponad wszystko inne dążył do własnej autodestrukcji. Bo z pasożytami nie da się zaprzyjaźnić. One kochają człowieka tylko dlatego, że mogą na nim żerować. Jesteśmy dla nich niczym więcej niż tylko bufetem, ale wydawało się, że szatyn tego nie rozumiał lub nie chciał zrozumieć.
- Myślicie, że jak mu wyślę kondolencje, to połapie się, o co mi chodzi? - zapytał Saku, podpierając głowę na dłoni zaciśniętej w pięść.
- Wątpię - odezwałem się z ciężkim westchnięciem. - Ten głupek jest tak zatruty, że nawet nie widzi, że umiera…
- Ej, a może by mu tak znaleźć kogoś innego? - zaproponował nagle ożywiony Yoshi, którego złość szybko przerodziła się w naglącą chęć pomocy.
- A nie próbowaliśmy już tego? - prychnąłem.
- Żeby to tylko raz… - przewrócił oczyma perkusista.
- To może któryś z nas zacząłby się z nim umawiać? Okej, czaję, to nie jest zbyt fair zagranie, ale lepsze niż pozostawienie go na pastwę Riku! - zawołał.
Westchnąłem raz jeszcze. Gitarzysta miał rację. Cały problem polegał jednak na tym, że Amane był już stracony i nikt nie mógł nic na to poradzić. Jedyną osobą, która mogłaby mu pomóc był on sam, jednak ten miał tak zatruty umysł przez tego pasożyta, że był przekonany, że przecież nic nie może zrobić. Że w gruncie rzeczy jest dobrze tak, jak jest.
Nawet jeśli nic nie było dobrze. Ani trochę.
Westchnąłem raz jeszcze.

Żegnaj, Amane. Będzie mi cię brakować.