Oneshoot "Nakarm raczka!" Hizumi x Zero (D'espairs'Ray)

Słowem wstępu:
Jak już wiecie (lub też nie) strona yaoi.pl nie działa (jeżeli działa na innym serwerze bądź została gdziekolwiek indziej przeniesiona/została zmieniona jej nazwa i link, proszę poinformujcie mnie o tym), została zamknięta, a wraz z nią ogrom cudownych (jak i tych troszeczkę mniej cudownych) prac pisanych w tematyce yaoi – o j-rocku, anime, książkach, filmach, grach, w pełni autorskie… jednym słowem wszystkim. Znajdywały się tam shoty, całe serie i prace plastyczne. Przyznam szczerze, że znajdywały się tam również twory, które mnie chwyciły za serce, toteż bardzo ubolewam z tego powodu. Administratorzy tej strony odeszli już dawno, niczym stare, zapomniane bóstwa, pozostawiając dopuszczone do publikacji twory samym sobie, a co więcej (co wydaje mi się być totalnym… nie wiem, skandalem? Aż słów mi brakuje, żeby to opisać!) blokując publikację nowych dzieł, które czekały w nieskończoność na pozwolenie, którego w gruncie rzeczy nigdy się nie doczekały. Jest to o tyle bolesne, iż nie wszyscy zaraz musimy zakładać blogi, jeśli chcemy coś napisać – na owym portalu było mnóstwo osób, które porwały się na jeden, czasem dwa teksty i to im wystarczało, nie chcieli bawić się w pisanie bloga. Z tej racji, że od bardzo długiego czasu (nie wiem czy już nawet nie liczonego w latach) niemożliwym było nic tam napisać, zrażało to nowe osoby, którym raz na bardzo długi okres zdarzało się dostać weny. Co więcej oczywiście były tam także opowiadania osób, które pisały dużo regularnie, nad którymi również ubolewam, gdyż w ten sposób przepadł ich cały dorobek ;_;
Dobra, ale do rzeczy: chodzi mi o to, że była tam pewna seria o D’espairsRay z moim ukochanym paringiem Hizumi x Zero, która również przepadła. Lubiłam do niej bardzo często wracać, aż któregoś pięknego wieczora zorientowałam się, że jest to niemożliwe, gdyż storna już nie działa – w tym właśnie momencie wieczór przestał być piękny. Była to seria, choć tak naprawdę ja mogłabym napisać to w formie shota, na co się porwę – stąd ta przedmowa. Owa seria składała się z kilku bardzo krótkich części, dlatego ja nie będę się ograniczać (jak zwykle, słowotok) i zbiorę wszystko razem do kupy (tak, źle to brzmi…).
Obecnie nie pamiętam oryginalnego tytułu, ale główny zarys oraz najważniejsze wydarzenia pamiętam, toteż postaram się go odtworzyć w zmodyfikowanej troszeczkę przeze mnie wersji (tak, tak, wiem, co bardziej pamiętliwi mogą mi teraz wytknąć serię „Le Ciel”, którą też chciałam w ten sam sposób kontynuować, gdyż została porzucona na właśnie tym portalu, ale… ciii… W końcu z tego zrobię tylko shota!)
No i jeszcze jedno: jeśli ktoś zamierza zarzucać mi infantylność czy wręcz szablonowość historii, to poroszę niech… niech nie wyraża swojego zdania? Oryginalna historia taka właśnie była – banalna, niewyszukana, niemożliwa w żadnym aspekcie, ale właśnie to było w niej najzabawniejsze. Tekst ten ma być po prostu lekki, przyjemny i niewymagający myślenia, więc jeśli ktoś szuka jakiś głębszych tworów… to nie tutaj, przepraszam.
Nie przedłużając dłużej, zobaczmy, co z tego wyszło…:

Tytuł: „Nakarm raczka!”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Gatunek: komedia (?), bezsensowiec
Typ: oneshoot
Beta: -

- Nie, nie, nie! Nie zniosę tego dłużej! – wykrzyknął zdesperowany fotograf. – Jesteście najgorszym zespołem, z jakim kiedykolwiek przyszło mi pracować! – spojrzał wymownie na Hizumiego i Zero, którzy mierzyli się nienawistnymi spojrzeniami.
- Mocne słowa – Karyu niczym duch pojawił się tuż za mężczyzną, który zdawał się posiwieć jeszcze bardziej przez te kilka godzin – szczególnie jak na kogoś, kto zarabia na chleb (ryż xD od aut.), robiąc zdjęcia owemu najgorszemu zespołowi – rzucił grobowym tonem, uśmiechając się przy tym maniakalnie. – No, ale skoro tak się sprawy mają… - westchnął ciężko, spuszczając z tonu i nagle pedantycznie przyglądając się swoim paznokciom. – To może powinniśmy znaleźć jakiegoś innego fotografa, który umiałby z nami współpracować? – wyszczerzył się niebezpiecznie.
Yoshitaka doskonale wiedział, co robi. Zdawał sobie sprawę, że praca z D’espairsRay nie należała do łatwych, ale w końcu płaca za tę robotę nie należała także do słabych. Oprócz ładnej sumki, współpracujący z nimi fotograf, mógł liczyć na rozgłos w swojej branży, gdyż jego zespół nie należał do pierwszych lepszych. Byli sławni; cholernie sławni, co Matsumurze cholernie się podobało, choć czasem zastanawiał się, jakim w ogóle CHOLERNYM cudem udało im się dojść na wyżyny sławy z wciąż niezmienionym składem, bez kalek i ofiar śmiertelnych. Zastanawiające też było to, że on sam jeszcze nie wylądował na oddziale zamkniętym po dziesięciu latach użerania się z tą dwójką – bo wokalista i basista darzyli się głęboką i jawną nienawiścią, odkąd tylko zobaczyli się po raz pierwszy.
- N-nie… Myślę, że… że nie będzie takiej potrzeby – wydukał siwiejący mężczyzna, gnąc się w przepraszającym ukłonie. Rudzielec spoglądał na całe to przedstawienie ukontentowany.
Tsukasa odetchnął z ulgą, zupełnie tak, jakby tylko czekał na takowy obrót wydarzeń. Bez krępacji wyciągnął papierosa i zapalił go, mimo iż wciąż przecież przebywali na planie, gdzie teoretycznie obowiązywał zakaz palenia. Zaraz potem rozpiął niewygodne spodnie wchodzące w skład scenicznego stroju. Zrzucił je z siebie i w samych bokserkach zaczął grzebać w swojej torbie w poszukiwaniu własnej dolnej części garderoby.
Widząc, że dziś i tak nic więcej nie uda im się zrobić, Karyu również ruszył po swoje rzeczy. Fotograf, korzystając z barku zainteresowania, którym mógł się teraz nacieszyć, szybko wymknął się z sali, pozostawiając zespół samemu sobie.
Tylko Hiroshi i Michi wciąż nie ruszyli się ze swoich miejsc. Nie dość, że zdjęcia przeciągały się w nieskończoność, to w dodatku tym razem została zaplanowana ich wspólna sesja. W efekcie poskutkowało to dwoma bójkami, dokładaniem ciemnego cienia w okolicach oka dla Shimizu, wokół którego malowała się teraz piękna śliwa oraz zmianą ubrania Yoshidy, który początkowy paradował jedynie w skórzanej, czarnej kurtce, ale w trakcie została ona zamieniona na obcisły, lateksowy t-shirt, gdyż szatynowi udało się oznaczyć tors bruneta trzema krwawymi szramami.
Pierwszy odpuścił tym razem Hizu. Prychnął pogardliwie, kręcąc przy tym z pobłażaniem głową, na której nie ruszyło się ani jedno sztywne od nadmiaru lakieru pasmo włosów. Wyminął rywala szerokim łukiem i sięgnął po butelkę wody, która spoczywała zagrzebana wśród (oczywiście) nie jego rzeczy.
- No, to na razie chłopcy! – rzucił dziwnie wesoło rudzielec, stojąc już w progu drzwi. W jednej ręce trzymał klucze od pomieszczenia, a za jego plecami stał skrzywiony Tsu.
- Co? Chwila! – krzyknął basista, jednak nim zdążył wykonać chociażby krok, drzwi zamknęły się z trzaskiem, a następnie rozniósł się ten charakterystyczny, złowieszczy odgłos klucza przekręcanego w zamku i szczęk zapadek. – Cholera! Czy wyście zdurnieli?! – zirytował się. – To jakiś durny żart, tak? Karyu, otwieraj te drzwi! – zdesperowany chłopak dopadł w końcu owych drzwi i zaczął okładać je pięściami.
- Spokojnie – ku zaskoczeniu obu uwięzionych muzyków tym razem odezwał się Kenji. – Spędzicie tu razem upojną noc, a jutro rano po was przyjdziemy – oświadczył ze stoickim spokojem.
- Co?! – tym razem to Hizumi podniósł głos. – Tsu, ty skretyniały idioto! Otwieraj te drzwi w tej chwili i nie wydurniaj się!
- Nie – padła lakoniczna odpowiedź.
- Nogi z dupy powyrywam… - syknął rozsierdzony do granic możliwości Michi.
- Mam lepszy pomysł – Yoshida dołączył do swojego towarzysza, rozpaczliwie szarpiąc za klamkę, która nie chciała ustąpić, mimo iż naciskał na nią, wkładając w to całą swoją siłę. – Wykastrujemy ich. Obu. Strunami do gitary – zgrzytnął zębami tak, że basistę aż przeszły dreszcze wzdłuż kręgosłupa. W takim tempie Hiroshi mógł pozbawić się kilku plomb…
- Wyjątkowo muszę przyznać, że to całkiem kusząca propozycja, choć nie przeszło mi to łatwo przez gardło – prychnął Zero.
- Widzicie? Już zaczynacie się dogadywać! – odezwał się Yoshitaka.
- Nieważne – skwitował kwaśno Oota. – Przyjdziemy po was jutro. Potraktujcie to jako terapię wstrząsową. Albo zaczniecie ze sobą współpracować, albo będziecie tam zamknięci siedzieć tak długo aż zgnijecie; mnie to w zasadzie obojętne – zakończył oschle, po czym słychać już było tylko oddalające się kroki i cichy brzdęk kluczy.
- Jak my zaczniemy współpracować, to wy zginiecie śmiercią tragiczną! – wydarł się Shimizu, jednak nie dostał już odpowiedzi na tę pogróżkę. – Cudownie, po prostu cudownie… - mruknął pod nosem, odchodząc od drzwi.
W tym momencie basista również miał w poważaniu zakaz palenia. Usiadł na niewielkiej sofie, która się tutaj mieściła i zapalił. Oddychał ciężko i równomiernie, próbując się uspokoić. Przymknął powieki, aby postać znielubionego członka zespołu go nie irytowała. W tym samym czasie Yoshida kombinował przy zamku. Niestety, żaden z kluczy, które posiadał wokalista, nie pasował. Zaczął grzebać wśród pozostawionych rzeczy na parapecie i stole w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć za prowizoryczny wytrych. Robił przy tym niemało hałasu, gdyż strącał wszystkie nieprzydatne rzeczy na podłogę, jednak nie przejmował się. Kiedy z twardą posadzką poznał się bliżej także porcelanowy kubek, Michi zaklął pod nosem. Odgłos tłuczonej porcelany wyrwał go ze stanu bliskiego medytacji, w który się wprowadził, żeby zdusić w sobie mordercze instynkty, nie zabić bruneta, a następnie nie odciąć mu głowy, nie wypchać jej i nie postraszyć nią jutro rano pozostałych członków zespołu. Naprawdę starał się pozbyć tych myśli. Naprawdę…
- Zero – niestety Hizu był bardzo irytujący i sam wręcz prosił się o to, aby zrobić mu krzywdę. – Zero – nawoływanie się powtórzyło. – Zero! – głos starał się coraz bardziej natarczywy. – Michi, do cholery! Czy mógłbyś choć raz mnie nie ignorować?! – zdenerwował się wokalista.
- Cholera, ignoruję cię dla twojego własnego dobra! Chcesz zginąć?! – wrzasnął znów wściekły muzyk. – Właśnie próbuję powstrzymać się przed przeprowadzeniem rytualnego morderstwa, więc weź się odwal, co?!
- To daj kartę – padła o dziwo spokojna i zwięzła odpowiedź.
- Jaką kartę? – zdziwił się chłopak.
- Kredytową, płatniczą, lojalnościową… Jaką chcesz – wzruszył ramionami Yoshida.
- Co? – szatyn ściągnął brwi w niezrozumieniu. – Po co ci to? Chcesz mnie jeszcze okraść? – żachnął.
- Zabawne, ha-ha – przewrócił oczyma Hiroshi. – Nie gadaj głupot, tylko dawaj – wyciągnął rękę w oczekującym geście.
- Po co ci to? – Shimizu powtórzył pytanie. – Zresztą, nie masz własnych kart?
- A i owszem, mam – przytaknął wokalista. – W portfelu – uściślił.
- To weź swoje i nie żebrz – fuknął.
- Jasne, zrobiłbym to, gdyby nie ten mały, dość istotny fakt, że portfel miałem w torbie – skrzywił się brunet. – Myślisz, że zniżyłbym się do tego stopnia, aby prosić cię o coś, gdybym tylko miał jakiekolwiek inne wyjście?
- Nie rozumiem… - przyznał w końcu basista.
- To się rozejrzyj – warknął starszy. – Gdy ty udawałeś Buddę, ja zorientowałem się, że Karyu i Tsukasa zabrali nasze rzeczy! – na te słowa Zero poderwał się ze swojego siedzenia i sam zaczął szukać swojej torby, weryfikując przy tym prawdomówność kolegi z zespołu.
- Kurwa… - zaklął.
- Teraz to się kurw zachciało, co? – prychnął Hiroshi. – Mamy aktualnie gorsze zmartwienia od twoich niezaspokojonych potrzeb seksualnych, wiesz? – spojrzał krzywo na swojego rozmówcę.
- A to kanalie! – szatyn uderzył pięścią w stół. – Musieli to wszystko wcześniej zaplanować! – wrzasnął.
- Brawo, Sherlocku – Hizu zaklaskał w aplauzie dla spostrzegawczości muzyka. – Ich plan był tak skomplikowany, że zapewne potrzebował wielu miesięcy przygotowań i treningów – uśmiechnął się cynicznie. – To dasz w końcu tą kartę czy nie? – zniecierpliwił się.
Michi zagryzł dolną wargę, żeby nie odgryźć się towarzyszowi. Bez słowa wyjął jedyną kartę, którą przy sobie miał, gdyż jeszcze niedawno za jej pomocą dokonywał zakupów w kafejce na dole, i podał ją wokaliście. Hizumi podszedł do drzwi i znów zaczął majstrować coś przy zamku. Basista przyglądał się temu wszystkiemu z daleka dla bezpieczeństwa, gdyby w razie niepowodzenia Yoshida wpadł nagle w atak szału.
Wtem dało słyszeć się ten charakterystyczny dźwięk pęknięcia, który zawisł w powietrzu niczym smog nad miastem. W tej samej chwili cała krew z twarzy bruneta odpłynęła.
- Zero… - jęknął niepewnie.
- Nic nie mów – syknął Shimizu. – Nic nie mów… - wciągnął powietrze z sykiem przez zęby. – Cholera, czy ty musisz zawsze wszystko zepsuć?! – ryknął.
- No… Przepraszam… To nie było umyślnie – Yoshida wyjął ze szczeliny pomiędzy drzwiami a framugą dwa skrawki plastiku, które niegdyś sprawowały funkcję karty płatniczej drugiego muzyka.
- Zatłukę! – Zero w akcie desperacji chwycił za stołek, na którym przecież nie tak dawno siedział i już chciał się rzucić z nim na wokalistę, ale w ostatniej chwili udało mu się opanować.
Nie, zwłoki w jego obecnym położeniu będą tylko dodatkowym problemem. Bo jak tu się z tego wytłumaczyć? Perkusista i gitarzysta zamknęli ich w studiu razem na noc, a rano żywy wyszedł tylko jeden. Wersja o podrzuceniu martwego ciała odpadała. Może włamanie? Uzbrojony napastnik? Albo lepiej, psycho-fanka! Wystarczyłoby tylko zbić okno i trochę się ucharakteryzować, żeby wyglądało na to, że jemu też się coś stało… Sam był zdziwiony, jaki sensowny plan udało mu się wymyślić na poczekaniu. To wszystko naprawdę trzymało się kupy i miało jakiś sens… Może warto było to przetestować w rzeczywistości?
Nim jednak zdążył się dobrze zamachnąć swoją prowizoryczną bronią, zorientował się, że jego ofiary nie ma. Rozejrzał się w poszukiwaniu muzyka, który właśnie stał w otwartym oknie. W Zero coś drgnęło. Czyżby Hizu wiedział, co go czeka? Czyżby wyczytał to wszystko z niezdrowego grymasu, który malował się na twarzy basisty?
- Ani waż się skoczyć! – wrzasnął szatyn. – To ja chcę cię zabić! Nie odbierzesz mi tej przyjemności! – chłopak ruszył zdecydowanym krokiem do wokalisty, chcąc mu uniemożliwić ewentualny skok. W końcu bądź co bądź znajdywali się na szóstym piętrze… Ku zdziwieniu szatyna, kiedy tylko się zbliżył do wokalisty, ten wychylił się za okno, zupełnie tak jakby w rzeczywistości szykował się do skoku. – Ej, już dobra, dobra, spasuj! Nie wydurniaj się i wracaj do środka! – zawołał, nagle zdjęty jakimś złym przeczuciem.
- No co ty, przecież nie zamierzam popełnić samobójstwa – prychnął brunet. – Chociaż jakbym tak skoczył na nogi, to może udałoby mi się przeżyć… - mruknął pod nosem, mocniej uczepiając się ramy okna.
- Kretyn… - skwitował młodszy.
- Ty… - zaczął dość nieskładnie Yoshida. – Masz coś, czym można byłoby rzucić?
- W ciebie? Jasne, że mam! – Shimizu w jednej chwili pozbył się obuwia z jednej nogi i cisnął nim w swojego towarzysza. Ten, na całe nieszczęście, zdążył się jednak uchylić przed pociskiem, przez co but wylądował za oknem. – Cholera! Miałeś się nie ruszać!
- Odbiło ci do reszty?! – syknął wściekle Hiroshi. – Rzucasz we mnie butami? Z tobą to już naprawdę może być tylko gorzej… - przewrócił oczyma, sapiąc przy tym ciężko.
- Przecież sam chciałeś!
- Idioto, czy słyszałeś, żebym powiedział: „rzuć we mnie butem”?! – starszy znów zgrzytnął zębami tak, że drugiego chłopaka aż przeszły dreszcze.
- No… nie do końca… - Michi zafrasował się, intensywnie szukając riposty, aby nie wyjść na skończonego idiotę. – Jednakowoż po pewnych filtracjach wypowiedzianych przez ciebie słów, można byłoby uznać, że miały podobne, ukryte znaczenie. Takie drugie dno… - próbował dobierać „mądre” słowa, aby jego rozmówcy wydawało się, że naprawdę wie, o czym mówi i ma to jakiś sens.
- O dobry Buddo… zamknęli mnie tu z gorylem o poziomie inteligencji wzrastającej pietruszki… - jęknął żałośnie. Zero cmoknął niezadowolony. Jego plan okazał się być niewypałem.
- Nieważne… - mruknął kwaśno. – To, o co ci w ogóle chodziło z tym rzucaniem? – basista próbował zmienić temat, odwracając uwagę chłopaka od swojej porażki.
- No… Można byłoby czymś rzucać z okna, nie? – wypalił „wspaniałomyślnie” Hizumi. – W końcu ktoś zwróciłby na nas uwagę i by nas wypuścił! – w odpowiedzi został potraktowany pogardliwym spojrzeniem muzyka. – A co? Źle mówię? – prychnął śmiertelnie obrażony za to, że ten oto niewdzięcznik w postaci jego towarzysza śmiał krytykować jego wspaniałe pomysły, sam przy tym nic nie robiąc.
- I to niby ja tu jestem gorylem z poziomem inteligencji wzrastającej pietruszki, tak? – pokręcił z politowaniem głową. – W takim razie ty jesteś jednokomórkową formą życia, która nie posiada mózgu – odgryzł się, uśmiechając przy tym pięknie. – Prędzej ktoś pomyślałby, że dwóch wariatów dopadło się do okna i wywieźliby nas stąd w białych kaftanach bezpieczeństwa!... albo przynajmniej straż miejska wystawiłaby nam mandaty za śmiecenie… - zauważył burkliwie.
- W białym kaftanie czy nie, grunt, żeby się stąd wydostać – wzruszył ramionami starszy.
- Och, pewnie, jasne! Tylko ja jakoś nie mam ochoty odstawiać razem z tobą tej całej błazenady – fuknął. – Co więcej, czym chcesz rzucać, co? Stołem? Wieszakiem? Kanapą? Przecież Karyu i Tsu zabrali nasze rzeczy! – prychnął Zero. – Ja już zostałem w jednym bucie, drugiego nie zamierzam poświęcić!
- No to co ci zrobię? – rozłożył bezradnie ręce brunet. – Jakżeś imbecyl, to żeś wyrzucił własnego buta – Hizu uśmiechnął się krzywo.
Tej zniewagi Michi nie mógł puścić płazem. W akcie desperacji sięgnął po drugiego buta, który w krótkiej chwili również stał się pociskiem. Niestety w ostatnim czasie Yoshida wykazywał się nienaganną zwinnością, a więc i tym razem uniknął ciosu, przez co na trawniku przed studiem leżały już dwa buty - a Shimizu pomimo odgrażania się, został na boso. Jednak.
Nastała cisza. Basista tym razem obraził się nie na żarty, głównie z tego powodu, że teraz marzły mu stopy na zimnych kafelkach. Przeklinając, na czym świat stoi, sięgnął po kolejnego papierosa, zajmując całą sofę dla siebie. Zgarnął ze stolika jakiś szmatławiec, przelotnie i bez zainteresowania przyglądając się fotografiom. Yoshida w tym czasie wciąż siedział na swoim miejscu na parapecie, jednak po dłuższym czasie zdecydował się zamknąć okno, gdyż zrobiło się chłodno i zanosiło się na deszcz.
- Musisz tyle palić? – warknął w końcu Hiroshi.
- A co? To też ci przeszkadza, księżniczko? – ironizował szatyn.
- No cóż, wyobraź sobie, że ja jakoś nie mam ochoty psuć sobie przez ciebie i te twoje fajki zdrowia – fuknął.
- Zawsze możesz wyjść – sarknął młodszy.
- Oj, doprawdy, jakiś ty jesteś zabawny – skrzywił się wokalista. – Ale teraz tak serio pytam… czemu ty aż tyle palisz? – zainteresował się.
- Trzeba mieć jakieś przyjemności w życiu, nie? – basista uśmiechnął się półgębkiem.
- Używki to nie wszystko. Są przecież ważniejsze rzeczy.
- Tak? Na przykład jakie? – chłopak podniósł nonszalancko jedną brew.
- No… - Hizumi zająknął się. – Uczucia… na przykład…
- Daj spokój – machnął lekceważąco ręką. – Fajki są tańsze – zaśmiał się niewesoło. Yoshida zamilkł na chwilę, jakby porażony tą odpowiedzią.
- Tak mówisz… a… a co w takim razie z tobą i Karyu? – wydusił z siebie w końcu.
- Co? – zdziwił się. – Nie wiem, co z nami – wzruszył ramionami, jakby było mu to obojętne. – Yoshitaka… to trudny gość… - wydukał z trudem. Brunet przytaknął mu głębokim mruknięciem.
- Kochasz go? – wypytywał dalej.
- A ty co? Wywiad jakiś uskuteczniasz czy jak? – fuknął, znów ściągając gniewnie brwi. – A może sam chcesz do niego startować? – spojrzał z wyższością na swojego rozmówcę.
- Jeszcze czego – prychnął wokalista. – Masz zegarek? – zapytał po chwili.
- Mam, ale ci nie dam – odparł szybko. Widząc zdziwienie malujące się na twarzy chłopaka, dodał. – Bo go jeszcze wyrzucisz…
- Nie wyrzucę. Powiedz mi tylko, która godzina – poprosił. – Mój telefon został w torbie… tej wyniesionej przez te dwie hieny – syknął wściekle.
- Podobnie jak i mój – odparł niewzruszony basista, rzucając okiem na swój przegub, na którym znajdywał się owy zegarek. – Dochodzi dziewiętnasta – poinformował „współwięźnia”. Hiroshi zaklął pod nosem, wymierzając cios pięścią parapetowi. – Co jest?
- Już za późno! – jęknął rozżalony chłopak. – O siedemnastej przychodzi sprzątaczka, która mogłaby nam otworzyć drzwi, ale teraz jest już za późno! – westchnął cierpiętniczo.
- Cholera… Może oni to serio zaplanowali? – mruknął Zero, ciężko uwalając się na kanapie. – Ej, jaki dziś dzień?
- Piątek, bo c…? - nagle urwał Yoshida. – No nie! Nie mów mi, że utknęliśmy tu na cały weekend! Zabiję tych pacanów! – zaczął wygrażać.
W tym samym czasie burza rozszalała się za oknem na dobre. Wielkie krople w szybkim, jakby marszowym tempie uderzały o szybę. Rwące potoki płynęły ulicami i chodnikami, a temu wszystkiemu z góry przyglądał się Hizu. Wtem nagle światło zaczęło mrugać, żeby po chwili zgasnąć zupełnie, pozostawiając dwóch mężczyzn pogrążonych w całkowitej ciemności.
- Serio? Teraz nawet światło wysiadło? – jęknął Michi. – Powiedz, że to się nie dzieje naprawdę!... – niestety starszy uparcie milczał. Milczał, jednak przejawił swą aktywność życiową w inny, bardziej uciążliwy dla szatyna sposób. Wstał i przesiadł się na kanapę, zrzucając przy tym nogi basisty z miękkiego posłania. – Co ty robisz? – warknął Shimizu. – Już, wracaj mi tam do siebie! – muzyk machnął ręką, jakby odganiał się od wyjątkowo natrętnej muchy.
- Ale tam jest zimno…
- A co mnie to obchodzi? – prychnął młodszy.
- Wal się – syknął w odpowiedzi wokalista, kuląc się w sobie i próbując nieco rozgrzać. – Głodny jestem…
- Och, jasne! – Zero klasnął w dłonie. – A cóżby jaśnie pan sobie życzył na kolację? Jambalaya z owocami morza czy farfalle ze szparagami i wędzonym łososiem? – ironizował. W odpowiedzi usłyszał jedynie ciężkie sapnięcie. – Ja też jestem głodny… - przyznał w końcu Michi.
Hizumi mocniej wcisnął się w oparcie sofy, podczas gdy teraz to basista „wyruszył na żer”. Jego zadanie było utrudnione z tej racji, że nie widział, dokąd idzie, przez co wielokrotnie potykał się o rozstawione statywy, nogi softbox’ów, krzesła, stoły… W tym momencie on również zaczął głęboko wierzyć w tezę, że najmniejszy palec u nogi został stworzony tylko przez złośliwość ewolucji po to, aby człowiek mógł się w niego uderzyć i cierpieć. Co gorsza nie posiadał także obuwia, które mogłoby zamortyzować uderzenie, przez co odczuwał ból ze zdwojoną siłą.
Yoshida już przysypiał, kiedy z przyjemnych objęć snu wyrwał go triumfalny krzyk  jego towarzysza, a następnie ciężar, który wylądował na jego kolanach.
- Patrz, co znalazłem!
- Gdybyś chciał wiedzieć, to gówno widzę w tej ciemności, więc… - Shimizu, zapobiegając słowotoku „współwięźnia” wcisnął mu do ręki swoje znalezisko. Ten przesuwał palcami po chłodnym metalu, rozpoznając kształt. – To piersiówka! – wykrzyknął zdumiony.
- A co jeszcze lepsze, pełna piersiówka! – Zero wyszczerzył się od ucha do ucha.
Obaj zaczęli pokrzepiać się znalezionym trunkiem, przekazując sobie wzajemnie piersiówkę. Jako, że obaj pili na, tak zwany, „pusty żołądek”, nie potrzeba było im wiele, aby zamiast ludzką mową zacząć porozumiewać się przeciąganymi monosylabami. Co więcej obaj w krótkim czasie zaczęli studiować nocną mapę gwiazd, pomimo iż sufit uniemożliwiał im zobaczenie nieboskłonu, które i tak zaciągnięte było ciężkimi chmurami. Brunet nie lubował się w podobnych napojach wysokoprocentowych, toteż jeszcze szybciej niż Zero doprowadził się do stanu sztucznej nieważkości czy, jak kto woli, stanu upodlenia absolutnego.
- Gdzieś… gdzieś ty to w ogóle znalazł? – mruknął Hiroshi, opierając się twarzą o ramię towarzysza.
- W kamizelce tego fotografa – odparł dumny z siebie szatyn.
- To niezłe ziółko z tego całego fotografa… - wybełkotał niewyraźnie. – Ej, ej! Oddawaj! Teraz moja kolej! – zbulwersował się, kiedy tylko dostrzegł, że basista korzystając ze stanu, w jakim znajdował się drugi muzyk, pozwalał sobie wypić nieco więcej niż starszy.
Niestety, piersiówka nie miała zbyt dużej pojemności, a więc źródełko szybko wyschło. Nieużyteczny już, pusty pojemnik wylądował gdzieś z brzdękiem na podłodze. Niekoniecznie świadom swoich czynów Hizumi zaczął pchać się na Shimizu, co z punktu widzenia tego drugiego wyglądało tak, jakby chciał go powalić i położyć się na nim, może nawet przytulić.
- Co ty wyprawiasz?! – zbulwersował się młodszy.
- Posuń się… - mruknął Yoshida. – Zagarnąłeś całą sofę dla siebie… - wcisnął się pomiędzy oparcie kanapy a plecy muzyka, kładąc się wygodnie. Zepchnął przy tym nieco drugiego chłopaka ze swojego siedzenia. Michi poczuł, jak ręce bruneta obejmują go w pasie.
- Ty sobie nie pozwalaj na… - urwał, słysząc dość chrapliwy, równomierny oddech „współwięźnia”.
Szatyn zorientował się, że Hizu zasnął. Jego oczy były już przyzwyczajone do ciemności, toteż blade, sztuczne światło latarni ulicznych, które wpadało do sali przez okno, wystarczyło mu, aby przyjrzeć mu się uważnie. Basista bronił się przed tym, jak mógł, jednak musiał przyznać, że Hiroshi ze zmierzwionymi włosami, lekko zaróżowionymi policzkami od alkoholu i delikatnie rozchylonymi, zwilżonymi ustami wyglądał naprawdę uroczo. Stwierdził kwaśno, że Matsumura nigdy nie wyglądał słodko. Ten facet przerażał, ale miał też w sobie coś magnetycznego, podczas gdy wokalista… Yoshida był zupełnie inny. Zaczął się zastanawiać, skąd wzięła się ta ich głęboka nienawiść.
Właściwie… właściwie to nie było żadnego konkretnego powodu, dla którego mogliby skakać sobie do gardeł, a przecież robili to przy każdym spotkaniu – a tych z kolei było dużo z tej racji, iż grali w jednym zespole.
Właściwie… właściwie to przecież nic nie miał do tego chłopaka. Hizumi był uzdolnionym muzykiem, świetnym tekściarzem, a ponad to odznaczał się nieprzeciętną pomysłowością, toteż dlatego został również dyrektorem kreatywnym ich zespołu.
Właściwie… właściwie to niemal mógł powiedzieć, że go podziwia… Co więcej, brunet był… no cóż, całkiem niebrzydki, a i charakter miał ciekawy, czego często dawał świadectwo basiście. Potrafił być nie tylko cyniczny czy ironiczny, ale także po prostu zabawny, był opiekuńczy i miły, ale nie pozwalał po sobie deptać. Miał silną osobowość i klarowne cele, do których uparcie dążył. Shimizu z czystym sumieniem mógł stwierdzić, że jego obecny towarzysz był siłą napędową D’espairsRay.
Właściwie… właściwie to całkiem niezły był z niego facet…
Jakby instynktownie, w zaprzeczeniu logice i rozumowi, Zero przesunął opuszkami palców po gładkim policzku wokalisty jedną ręką, podczas gdy drugą gładził jego splecione palce na własnym podbrzuszu. Był niemal rozczulony.
Niemal.
Nagle jakby otrząsnął się z letargu. Z naganą dla samego siebie potrząsnął głową, odrzucając od siebie wszelkie wcześniejsze myśli i zrzucając za nie winę na alkohol, który w siebie wlał. W końcu nie od dziś wiadomo, że po pijaku ludzie bredzą… prawda?
Wyplątał się z objęć starszego mężczyzny i znów obijając się o wszelkie przeszkody (w tym wypadku również przez alkohol), przy czym narobił niemało hałasu, dotarł ponownie do wieszaka, na którym spoczywała niepozorna skarbnica dóbr wszelakich w postaci kamizelki fotografa. Przeszukał jej wszystkie kieszenie, mając nadzieję na znalezienie jeszcze jednej piersiówki lub czegoś podobnego, jednak tym razem zawiódł się. Jedyne, co tym razem udało mu się „upolować”, była paczka jakiś dziwnych papierosów o podejrzanym zapachu i wyglądzie.
- Pewnie jakieś ruskie… - mruknął do siebie, oglądając w słabym świetle opakowanie, z którego nie umiał rozszyfrować nawet nazwy napisanej w innym alfabecie. – Przynajmniej będzie na potem – dodał, przypominając sobie, że w jego paczce ostała się już tylko jedna używka. – Taki z tego pożytek…
Znalezisko, jak się okazało, zrodziło kolejne znalezisko, gdyż w paczce oprócz podejrzanych używek znajdywała się jeszcze zapalniczka – notabene z nadrukiem w gołe panienki. Było to wielkim szczęściem dla basisty, który niestety zapodział gdzieś w ciemnościach swoją zippo, wypuszczając ją z drżących dłoni. Usatysfakcjonowany tym zapalił swojego ostatniego papierosa, stwierdzając, że znaleźne zostawi na potem, kiedy będzie już wystarczająco zdesperowany, aby po nie sięgnąć.
- Daj macha… - jęknął Hizu, który obudzony hałasem, zdążył już wywindować się do pozycji siedzącej.
- Przecież ty nie palisz – rzucił Michi, kierując się na parapet.
Nagle niczym olśnienie przypomniała mu się prośba Yoshidy o to, aby przy nim nie palić – to właśnie dlatego skierował się do okna, które następnie otworzył na oścież. Wpatrywał się w ścianę deszczu, która przysłaniała nocną panoramę miasta, rozmazując ją; szczególnie w oczach Shimizu, którego ostrość widzenia nagle spadła… nieco, delikatnie rzecz ujmując. Wpatrując się tak w strugi wody, zastanawiał się, co go podkusiło do tego, aby jednak usłuchać wokalisty. Co go skłoniło, aby tym razem pójść mu na rękę? Przecież to nielogiczne!
Nielogicznym okazało się być także zachowanie Hiroshiego, który najpierw narzekał na to, że szatyn go truje dymem tytoniowym, a następnie sam przysiadł się do niego, kiedy ten oddawał się swojej małej przyjemności życiowej. Brunet zadrżał z zimna, kiedy lodowaty podmuch wiatru smagnął jego odsłoniętą skórę na ramionach. Młodszy spojrzał z jakimś dziwnym rozczuleniem na ten obraz, za co chwilę później sam sobie sprzedał niezłą naganę.
„Co się ze mną dzieje?!” – wrzasnął na siebie w myślach, nie mogąc pojąć własnego zachowania.
- Daj macha… - jęknął ponownie starszy.
- Nie – odparł twardo basista.
- No daj… Nie bądź taki… - chłopak był nieustępliwy.
- Nie. Wystarczy ci już na dziś to, że się upiłeś… mimo iż ponoć również nie pijesz – zauważył z cierpkim uśmiechem na ustach.
- A weź się odwal, co? – prychnął Hizumi. – Spędzam całe dnie i noce w towarzystwie, które nie szczędzi sobie alkoholu ani tym bardziej papierosów, więc trudno ostać się jedyną osobą, która nie pije i nie pali, wiesz?! – zirytował się. – Zresztą bierne palenie szkodzi bardziej niż czynne! A wy, cała wasza przeklęta trójka, zaserwowała mi już takiego raczka, że… - zadrżał kolejny raz z zimna. – Uch, nie pitol tylko dawaj tego papierosa! Sam wyhodowałeś u mnie tego raczka, więc teraz go karm!
- Yoshi…
- Nakarm raczka! – wokalista nie dał dojść do słowa swojemu „współwięźniowi”. – Raczek głodny! Nakarm raczka! – powtórzył nieustępliwym tonem.
- Cholera, chyba już ci nic gorzej na mózg paść nie może, więc…?
Wciąż słabo przekonany podał starszemu używkę, który zaciągnął się i… zaczął się krztusić! Łzy napłynęły mu do oczu, a gardło zaczął rozrywać ból, jakby ktoś kłuł je milionem maleńkich igiełek. Trudno było mu zaczerpnąć powietrza, jednak na całe szczęście ten problem szybko rozwiązał się sam. W tym czasie Zero również zaszkliły się oczy – jemu jednak ze śmiechu, gdyż naśmiewał się z muzyka bezlitośnie, aż zleciał z parapetu. Niemniej nawet to nie przerwało jego maniakalnej salwy śmiechu.
- Ty sieroto!… - wydyszał, wskazując bruneta palcem.
Yoshida założył ręce na piersi i nogę na nogę, będąc śmiertelnie obrażonym. Jego honor ucierpiał… ale to nic. Obiecał sobie, że przyjdzie jeszcze czas, w którym Michi mu za to zapłaci. Podwójnie. Potrójnie. Albo nawet popiątnie. Nieważne. W każdym razie jeszcze tego pożałuje…
- Nawet nie umiesz się zaciągnąć!  - młodszy nie mógł się uspokoić.
Hizumi naburmuszył się. W jednej chwili zawinął się na swoim poprzednim miejscu przy oknie, które uprzednio zamknął z trzaskiem. Tym razem chłód mu jednak nie doskwierał. Rozgrzewał go gniew, który w nim buzował, ale także zawstydzenie, które w szczególności rozgrzewało jego policzki – do tego stopnia, aż te stały się czerwone. W tym momencie brunet cieszył się, że światło zgasło, gdyż inaczej Zero z pewnością nie dałby mu również spokoju z powodu rumieńców, które wykwitły na jego twarzy.
Wokalista zamilkł. Nie odzywał się, nawet kiedy szatyn go nawoływał, próbował sprowokować do jakiejś ciętej, chamskiej riposty – za każdym razem odpowiadała mu głucha cisza, każda jego próba kończyła się fiaskiem. Właściwie zawzięte milczenie jego towarzysza było jeszcze gorsze od jego docinek; basista zdał sobie z tego sprawę po jakiś dwudziestu minutach, kiedy i on już kipiał złością, podczas gdy Hiroshi popadł w absolutną apatię lub przynajmniej został mistrzem medytowania… tak przynajmniej zdawało się Shimizu, który nie mógł dostrzec jego twarzy kryjącej się w ciemności. Ignorowanie ze strony muzyka bolało Michiego jeszcze bardziej niż obrażanie, gdyż żeby kogoś obrazić, najpierw trzeba zwrócić na niego uwagę, zdenerwować się, wybrać odpowiednie poniżające słowa i skierować je do danej osoby – słowem, zauważyć go. Ignorowanie natomiast było próbą wymazania faktycznego faktu egzystencji drugiej osoby z własnej rzeczywistości. Co więcej zdawało się, że Hizu naprawdę wkładał całą swoją silną wolę, aby tego dokonać. Irytowało i drażniło to szatyna niezmiernie, jednak postanowił odpowiedzieć ogniem na ogień, a więc także zaczął ignorować swojego „współwięźnia”, ewakuując się na „swoją” sofę.
Skoro zdecydował się udawać, że Yoshida nie istnieje choćby na te kilkadziesiąt minut, młodszy nie miał się teraz do kogo odezwać, z kogo pożartować. Szybko zaczęła doskwierać mu nuda. Rozłożył się na kanapie i wpatrywał w ciemny sufit. Wypalił do końca swojego ostatniego papierosa. Z braku laku i lepszego zajęcia chwycił za podejrzaną paczkę znalezioną w kamizelce fotografa. Odpalił używkę i zaciągnął się… dym miał inny zapach oraz smak niż ten ze zwykłych tytoniowych papierosów. Z początku Zero chciał odrzucić od siebie to świństwo, będąc pełnym politowania dla gustu fotografa, ale po kilku kolejnych machach zaczął się rozluźniać. Złość szybko ustępowała miejsca błogiemu poczuciu odprężenia i spokoju. Nagle świat jakby się rozjaśnił, a noc przestała być czarno-szara; nastąpiła eksplozja kolorów, która znacznie poprawiła mu humor.
- Hiroshi… Hiro-chan… - zaintonował śpiewnie szatyn wychylając się zza oparcia sofy po wypaleniu kolejnych kilku papierosów. Zaczął wymachiwać paczką w stronę bruneta.
- Czego? – warknął wokalista.
- Chodź no tu do mnie… - szatyn śmiał się sam do siebie jak głupi.
- Niby po co? – starszy wciąż pozostawał podejrzliwy. Ta nagła zmiana nastroju u drugiego muzyka była nazbyt podejrzana, żeby można było ją od tak zbagatelizować. Z pewnością ten czart w ludzkiej skórze przyszykował dla niego coś okropnego i to z tego tak się cieszył.
- No chodź, chodź… Pokażę ci coś… Spodoba ci się… - uśmiechnął się niewyraźnie, po czym zsunął się po oparciu bezwładnie, gdyż nagle zabrakło mu sił, by się na nim utrzymać.
Yoshida zaniepokojony tym nagłym „zniknięciem” chłopaka ruszył się ze swojego miejsca, aby sprawdzić czy wszystko z nim w porządku. Niemniej wciąż był ostrożny, domyślając się, że to kolejny głupkowaty żart ze strony basisty.
Nagle coś łupnęło. Hizu aż podskoczył ze strachu.
Ostrożnie wychylił się zza kanapy, szykując się do szybkiego uniku w razie, gdyby szatyn zamierzał cisnąć w niego czymś ciężkim – gdyż na te tory myślenia nakierował go owy hałas – jednak jak się okazało muzyk niczego nie szykował. Sam zleciał z sofy, lądując przy tym z impetem na podłodze.
- Nic ci nie jest? – zapytał przezornie. W odpowiedzi Shimizu uniósł wyprostowaną rękę, w której ściskał paczkę (prawdopodobnie) ruskich papierosów. – Ha-ha, bardzo śmieszne – prychnął znów rozgniewany. – Wciąż zamierzasz się ze mnie nabijać? – warknął, odwracając się na pięcie. A on głupi myślał, że temu baranowi naprawdę coś się stało…
- Czekaj… - wybełkotał Michi, łapiąc swojego towarzysza za kostkę. – Weź spróbuj… Tylko powoli… Nauczę cię, jak się zaciągać – obiecał.
Hiroshi wiedział, że Zero palił wcześniej, mimo iż go nie widział. Wyczuwał dym unoszący się w powietrzu, ale nie otworzył okna, gdyż tym samym skazałby się na katusze lodowatych podmuchów powietrza z zewnątrz. Wtedy byłby nie tylko wściekły, ale także zmarznięty – a to najgorsze połączenie dla bruneta. W takim wypadku mógłby nawet rozpętać się Armagedon – za jego sprawą, rzecz jasna. A bądź, co bądź lubił swoje życie takim, jakie było… no może z tym małym wyjątkiem takiego jednego wkurzającego basisty, ale to nie oznaczało, że zamierzał je jakoś drastycznie zmieniać; z tej właśnie racji nie zamierzał jeszcze przeistoczyć się w niosącą śmierć i zagładę siłę nieczystą i postanowił nie otwierać okna. Skazany więc był na wdychanie drażniącego, nieprzyjemnego dymu, jednak dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo zadymiony był ten kąt, w którym ulokował się Zero. Było tu wręcz duszno. W normalnej sytuacji Yoshida wydarłby się za takie zachowanie na swojego „współwięźnia”, ale tym razem postanowił się pohamować. Zresztą… jemu też się nudziło. Nie miał nic do roboty, więc może wykorzystałby ten czas na naukę tej trudnej sztuki palenia? Cóż, kiedyś w życiu wszystkiego trzeba spróbować, nie?
Usiadł więc bez sprzeciwów koło Shimizu na podłodze i obserwował jak ten wkłada najpierw używkę do ust, a następnie odpala ją i zaciąga się. Jej końcówka zapłonęła pomarańczowo-czerwonym blaskiem tlącego się (prawdopodobnie) tytoniu. Po tych zabiegach podał fajkę brunetowi.
- Spróbuj wziąć głęboki wdech – zaczął go instruować. – Powoli, tak, żeby się nie zakrztusić. Postaraj się na moment wstrzymać oddech, a potem wypuścić dym – wokalista zauważył, że szatyn jakoś dziwnie kołysze się na przemian to w przód i w tył, to na boki w jakimś tylko jemu znanym rytmie i mówi coraz mniej wyraźnie. Jego półprzymknięte oczy były przesnute delikatną mgiełką… albo może to tylko w pomieszczeniu znajdywało się już tak wiele dymu, iż Hiroshi odniósł takie wrażenie?
Starszy spróbował raz, drugi i trzeci… z każdą kolejną próbą dochodził do coraz lepszej wprawy. Owych prób było tak wiele, iż nim się obejrzał, znajdował się w podobnym stanie co jego towarzysz. Obaj śmieli się w głos z mało znaczących rzeczy. Ich ciała stały się nagle niesamowicie ciężkie, podczas gdy głowy zdawały się być przyjemnie puste i lekkie. Obydwu ogarnęła błoga euforia.
- Ej, Hizu… - mruknął po pewnym czasie młodszy.
- No?
- A coś ty się tak dzisiaj do mnie kleił, co? – wyseplenił z trudem. – To się przesiąść nie chciałeś, to na mnie właziłeś i się przytulałeś, to jęczałeś, żeby ci papierosa dać… a zawsze to tak uciekasz ode mnie – zauważył.
- Bo mnie wkurzasz, melepeto jeden! – Hizumi wykonał nieskoordynowany ruch ręką. – A zresztą… czy to nie oczywiste?
- Co jest takie oczywiste, bo nie nadążam za twoim tokiem myślenia – wyznał szczerze szatyn.
- No to – wyjął chłopakowi z ust używkę i sam się zaciągnął. – Przecież to taki… pośredni pocałunek, nie? – uśmiechnął się głupkowato.
- Pocałunek? – zdziwił się Michi. – To ty chcesz się ze mną całować? – uniósł wysoko brwi w wyrazie głębokiego zdumienia.
Chłopcy siedzieli blisko siebie, toteż nie była potrzebna już odpowiedź. Yoshida jedynie wpatrywał się w Shimizu, podczas gdy to właśnie ten wykonał pierwszy ruch. Wyciągnął dłoń i przesunął opuszkami palców po szyi bruneta, którą ten eksponował, odchylając głowę do tyłu na siedzenie kanapy. Od tego się zaczęło. Starszy muzyk przyciągnął za przód koszulki do siebie drugiego, łącząc ich usta w pocałunku. Nieprzygotowany na taki obrót wydarzeń Zero, którego poziom koordynacji ruchowej w obecnym stanie znajdywał się na poziomie ujemnym, przewalił wokalistę, tak, że teraz obaj wylądowali na podłodze. Brunet zaplótł ręce na karku chłopaka, podczas gdy ten z trudem utrzymywał się na rękach nad nim. Wkrótce jednak poddał się i przygniótł całym ciężarem ciała swojego partnera, odbierając mu tym samym oddech. Całowali się niespiesznie i namiętnie. Szatyn przesunął językiem po wargach wokalisty, który chętnie rozchylił je w zapraszającym geście. Ich języki splotły się na pograniczu ich ust. Ręka młodszego powędrowała w dół, znajdując się nagle na udzie drugiego chłopaka, które zaczął gładzić, przesuwając przy tym dłoń znacznie za wysoko, przez co od czasu do czasu muskał opuszkami palców krocze partnera.
Basista zaczął obsypywać pocałunkami szyję bruneta, na co ten odpowiadał mu cichymi pomrukami aprobaty. Dłonie Hizumiego wsunęły się pod koszulkę chłopaka, przez co mógł poczuć rozgrzaną skórę na torsie szatyna oraz jego delikatnie zarysowane mięśnie na brzuchu. W końcu, z drobną pomocą Michiego, pozbył się uciążliwego ubrania, dzięki czemu mógł teraz nie tylko dotykać, ale także zobaczyć swojego partnera. Przesunął palcami po napiętym brzuchu i twardym podbrzuszu, zatrzymując się na linii spodni oraz uśmiechając się przy tym perwersyjnie.
Shimizu nachylił się nad nim, raz jeszcze całując go w usta, kiedy niespodziewanie Hizu odezwał się.
- A co z Karyu? – wydyszał między kolejnymi pocałunkami.
I nagle cały czar prysł.
Zero w odpowiedzi jedynie wydał z siebie zduszony jęk i opadł na tors starszego muzyka. Na moment ukrył twarz w zagłębieniu jego szyi, zaciągając się jego zapachem i tuląc go do siebie.
- Naprawdę umiesz zrąbać atmosferę, wiesz, Hiroshi? – mruknął, niechętnie podnosząc głowę z ramienia „współwięźnia”.
Yoshida bez słowa zepchnął z siebie szatyna i odetchnął głośno. Młodszy chłopak, mimo iż z nadwagą się nie borykał, to jednak swoje ważył. A co do sytuacji, do której między nimi doszło… wokalista z chęcią by to przemilczał, jednak drugi muzyk nie był na tyle uprzejmy, aby chcieć siedzieć cicho.
- Hiroshi… - zaczął znowu. – Ty… „lubisz” mnie, prawda? – zapytał otwarcie.
Był środek nocy, a Michi z pewnością wciąż był jeszcze pijany i ujarany tym (prawdopodobnie) ruskim świństwem, a mimo to w jakiś niezrozumiały sposób udało mu się zachować zdolność łączenia faktów – nawet tych najdrobniejszych elementów, które wyszły na światło dzienne tylko i wyłącznie przez to, że Yoshida stracił na chwilę fason i opuścił gardę. „Cholera, jak to było możliwe?!” – zachodził w głowę wokalista.
- Idę do kibla – odparł dyplomatycznie brunet. – Był tu gdzieś kiedyś jakiś, nie?
- Ano był… - przytaknął basista.
A więc Hizumi ruszył przed siebie w poszukiwaniu toalety. Potykał się o przedmioty, których nie był w stanie dostrzec w ciemności, o ściany, kiedy te niespodziewanie wyskakiwały mu przed twarzą. Zaniepokojony Shimizu wsłuchiwał się w te głuche odgłosy uderzeń, dochodząc do wniosku, że nazajutrz rano obaj zapewne będą mogli znaleźć na swoich ciałach całe kolekcje siniaków, które zostaną z nimi na dłużej, przypominając o tej nieszczęsnej nocy.
W końcu dało się usłyszeć ten charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi, co dowodziło, że brunet podołał zadaniu… prawdopodobnie – o ile pomieszczenie, do którego wszedł wokalista w istocie było łazienką.
Minęła długa chwila, podczas której dla odmiany nie było  słychać nic – Zero zaniepokoiła ta dziwna cisza, która wydała mu się być tak drastyczna w porównaniu z hałasem, jakiego źródłem był jeszcze tak niedawno jego krążący w poszukiwaniu toalety towarzysz. Nerwowo poprawił się na siedzeniu, przyszykowując się na najgorsze.
- Cholera! Michi, ratuj! – nagle rozległ się wrzask spanikowanego starszego muzyka.
- Już biegnę! – szatyn zerwał się na równe nogi w równie niespodziewanym przypływie empatii. – Kuźwa, gdzie ty jesteś?!
- W łazience!
- A gdzie jest łazienka?!
- Matko, to ma macki! – pisnął brunet.
Kierując się wrzaskami Yoshidy, basista w końcu odnalazł łazienkę. Wbiegł do pomieszczenia, wpadając wprost na chłopaka. Niewiele myśląc chwycił go w pasie i chciał wyprowadzić, jednak ku jego zdziwieniu poczuł, że coś próbuje odciągnąć Hiroshiego w drugą stronę – i bynajmniej nie był to on sam, gdyż brunet uczepił się Shimizu, próbując przeciwstawić się nieznanej sile.
- Co to, do cholery, jest?! – krzyknął szatyn.
- A ja wiem?! – odpowiedział mu drżący ze strachu głos. – Czymkolwiek to jest, jest w cholerę silne!
Połączonymi siłami udało im się jednak odzyskać Hizumiego. Obaj muzycy wylądowali na podłodze, kiedy uścisk na udzie bruneta nieco zelżał. Hizu upadł na swojego wybawcę, przygniatając go. Nie myśląc wiele, kiedy tylko wokalista był już wolny, obaj wycofali się z łazienki na czworaka i zatrzasnęli drzwi. Wtem dało słyszeć się żałosny jęk, jakby rannego zwierzęcia, który odbił się echem od ścian toalety.
- CO TO BYŁO?! – ryknął przestraszony nie na żarty Zero. – Czy ciebie nawet nie można puścić samego do kibla?!
- Nie wiem, co to było!... ale porwało mi portki… - zaszlochał wokalista.
Basista przytulił swojego „współwięźnia”, pozwalając mu wypłakać się na własnym ramieniu. Buty szatyna, które wylądowały za oknem, piersiówka fotografa oraz jego (prawdopodobnie) ruskie, dziwne papierosy, a teraz potwory z toalety, które porwały spodnie wokalisty i próbowały wciągnąć go do kanalizacji miejskiej… tego po prostu było za dużo jak na jedną noc.
Michi gładził bruneta uspakajająco po głowie, dopóki ten nie przestał trząść się ze strachu w jego ramionach. Zmęczeni przeżyciami, jakich mieli nieprzyjemność doświadczyć podczas zaledwie jednej nocy w studiu, zasnęli wtuleni w siebie.

***

Karyu przekręcił klucz w zamku i pchnął drzwi. Widok, jaki za nimi zastał, wprawił go w niemałe osłupienie. Już dawno nie widział takiego bałaganu – ta dwójka urządziła sobie tutaj niezły poligon. Widząc miejsce pobojowiska, gitarzysta zaczął rozglądać się za rannymi czy może nawet już dogorywającymi, toteż bardzo zdziwił go obraz wtulonych w siebie pod drzwiami toalety, śpiących niczym małe dzieci największych wrogów. Nie umknął mu fakt, że Shimizu był bosy, a Yoshida miał zniszczone spodnie – czyli jednak nie było znowu AŻ tak miło, jak mógłby sugerować ten słodki obrazek, z jakiego, jak się wydawało, została żywcem wyciągnięta ta dwójka muzyków.
Swoją drogą, kiedy wchodził razem z Tsukasą do studia, zwrócił uwagę na porzucone obuwie zalegające na trawniku… Tak mu się wydawało, że nie bez przyczyny wyglądało na znajome…
Rudzielec ruszył w głąb pomieszczenia. Im bliżej podchodził do basisty i wokalisty, tym więcej widział na ich ciałach sińców i zadrapań. Czy oni naprawdę wczoraj bili się tutaj? Doprawdy, jak małe dzieci…
- Ej – szturchnął przyjaciół. – Wstawać, kretyni – przywitał się „uprzejmie”.
Chłopcy powoli się rozbudzali, wracając do rzeczywistości. Pomocnym w tym okazał się być perkusista, który wręczył każdemu z nich papierowy kubek z wciąż gorącą kawą.
- Widzę, że obaj żyjecie, więc jakoś musieliście się dogadać, nie? – zaśmiał się Tsu już w znacznie lepszym humorze niż wczoraj.
- O, wy też tutaj? – do sali wszedł także fotograf. – Zapomniałem wczoraj kilku rzeczy – usprawiedliwił się, czując od razu na sobie pytające, świdrujące spojrzenie Yoshitaki. – A was, co tu sprowadza? – zainteresował się.
Ledwo zdążył skończyć zdanie, a do pomieszczenia wpadła także policja, która aresztowała go za posiadanie marihuany (którą ukrywał w paczkach po ruskich papierosach), a także nielegalnego alkoholu z przemytu oraz przetrzymywanie groźnych zwierząt w pomieszczeniach, które nie były do tego przystosowane. Zeznania złożone przez Hiroshiego i Shimizu miały zostać wykorzystane przeciwko mężczyźnie na rozprawie sądowej.
- A więc upiliście się, naćpaliście, zrobiliście demolkę, a potem walczyliście z potworami z kibla? – upewnił się Matsumura.
- Dokładnie – przytaknął Zero. Jedyną odpowiedzią, jaką dostał w zamian było pogardliwe prychnięcie i przewrócenie oczyma ze strony rudego.
- Nieważne, chodźmy do domu – zaproponował Oota. – W końcu jest weekend, nie? – rozłożył ręce. – Chociaż chwila… Hizumi, skąd masz te malinki na szyi? – zapytał, zatrzymując wokalistę, który właśnie próbował go wyminąć.
- Co? – zdziwił się brunet.
Karyu nie był tak zdziwiony jak Yoshida. On już dobrze wiedział, skąd te malinki się wzięły – z tegoż powodu posłał miażdżące spojrzenie Michiemu, który nic sobie z tego nie zrobił. Gitarzysta stał się zazdrosny; to było jasne. Było to także jednoznaczne z tym, że życie basisty przez ten fakt w najbliższym czasie stanie się o wiele trudniejsze, ale chłopak tym także nie przejął się za bardzo. Wzrok szatyna wciąż był utkwiony w postaci Hizu.
- Idziemy, Shimizu – warknął Yoshitaka i pociągnął muzyka w stronę wyjścia.
Kiedy basista mijał bruneta, musnął delikatnie jego dłoń, na moment splatając z nim palce. Już w progu drzwi odwrócił się do niego przodem i uśmiechnął pięknie, na co Hiroshi odpowiedział mu tym samym. Czuł, że serce znacznie przyspieszyło mu w piersi; poczuł jak przyjemne ciepło rozchodzi się po całym jego ciele wraz z coraz szybciej płynącą w jego żyłach krwią.
- Hej, Yoshi-kun? – zagadnął Kenji. – Co właściwie zaszło między wami tej nocy? – zapytał ciekawsko.
- Oj, długo by o tym opowiadać… - zaśmiał się wokalista.

Tsukasa nie drążył już dłużej tematu. Pokiwał ze zrozumieniem głową i poklepał przyjaciela po plecach, rozumiejąc, że wydarzenia ubiegłej nocy zostaną małą tajemnicą tej dwójki.

Ogłoszenia parafialne~!

Okej, robaczki! (znaczy… niby jest to zdrobnienie, ale… pozostawia taki trochę niesmak, jak się za dużo nad tym rozkminia, nie? =.=’’) Obiecałam ogłoszenia parafialne, toteż takowe właśnie będą:
Więc zaczynajmy!
Nie powiem, żeby te dwa miesiące zrobiły jakiś przełom w moim życiu. Powodem, dla którego w ostatnim czasie wszystko idzie mi jak krew z nosa, nie jest to, że „wypaliłam się zawodowo” a to, że mam zbyt dużo czasu wolnego. Owszem, ta „pauza” w pisaniu pozwoliła mi dojść do takiego wniosku, ale nie pomogła mi w jakiś magiczny sposób zregenerować sił… „pisarskich”? Serio, jak to głupio brzmi xD W każdym razie, tak, oto stoi (znaczy siedzi) przed wami osoba, która narzeka na nadmiar czasu wolnego. W zbyt dużej ilości jest on bardzo szkodliwy i źle wpływa na Szanownego Wena. Odkryłam, że nie mając czasu na nic, byłam naprawdę człowiekiem szczęśliwym i przede wszystkim produktywnym – bo zamiast spożytkować czas wolny na pisanie czy czytanie, to siedzę przed kompem i robię… w zasadzie nic. Opitalam się i podziwiam moje ściany całe umorusane w sylikonie (fachowe remonty w takim stylu przeprowadza się tylko w Krainie Deszczowców ^^). Więc to właśnie był (czy może jest dalej) powód mojego „kryzysu twórczego”. Pomyślałam, że warto się z tego wytłumaczyć na początku, gdyż to chyba najważniejszy punkt całego tego wywodu.
Drugą rzeczą, którą chciałam poruszyć, jest to moja „produktywność”. Wspominałam już chyba kiedyś o tym, że pisanie co niedziela to próba zrobienia z siebie maszyny, ale z drugiej strony takie chaotyczne dodawanie notek może skończyć się tym, że będę wrzucać coś raz na miesiąc, bo nie będę czuła już tej motywacji i „powinności”. Niby niektóre autorki tak robią i żyją, i ich blogi mają się dobrze, ale nie wiem czy chciałabym prowadzić podobną „działalność”. Moje osobiste guru też tak robi, ale… cóż, na jej prace warto czekać te trzy miesiące C’’: (nie są to opowiadania yaoi, jakby co). Niestety poziom moich umiejętności jest daleki od mojej „sensei”, toteż nie myślę, że po takiej przerwie ktoś z entuzjazmem podchodziłby do lektury moich wypocin – co więcej mam już tak wiele rozpoczętych serii, że sama się w tym gubię i nie wiem, co i jak… a gdybym pisała tak rzadko? Prawdopodobnie zrobiłby się tu jeszcze większy misz-masz niż jest teraz (/.-)’’.
No i właśnie… te wszystkie serie… Myśl o nich aż sprawia, że czuję się winna T_T Tyle tego… przyznam szczerze, że mam w zanadrzu jeszcze dwie serie, których nie publikowałam nawet jednego wersu, skrobię tam sobie mega-shota (choć nie wiem, co z tego wyjdzie) i parę części do rozpoczętych opowiadań, ale muszę przyznać, że… nie wiem jak je kontynuować! Kryzys ten jako pierwszy dopadł „Geisha no Furin”, gdyż mimo iż mam jasny, klarowny (i zajebisty jak nigdy – serio, nawet mnie się on podoba) pomysł, to nie umiem przelać go na papier. Nie wiem, co się w ostatnim czasie ze mną dzieje! Myślałam nad zawieszeniem wszystkich niedokończonych prac i zaczęciem z „nową kartą”, ale uznałam, że byłoby to nie fair z mojej strony, gdybym nie skonsultowała tego z wami. Myślę, że ta liczba zaczętych i nieskończonych tworów mnie po prostu przerosła i gdzieś zgubiłam wątki, sama się w tym poplątałam… Niemniej zamierzam jeszcze wręcz zmusić się do dokończenia „Geisha no Furin” (bo to jest zajebisty pomysł! On nie może się zmarnować!) oraz dwóch-trzech tytułów, które mi podrzucicie – toteż z tego właśnie racji ogłaszam głosowanie na serię, którą chcecie, abym dokończyła (znaczy typujcie, proszę, tak właśnie po dwa-trzy, góra cztery tytuły)~! Odpowiedzi, rzecz jasna, w komentarzach
Czy ja coś jeszcze chciałam? Huh, zapewne, ale już nie pamiętam xD Sklerotyk ze mnie… Jak mi się jeszcze coś przypomni to najwyżej zrobię „Ogłoszenia parafialne vol.2” xp
Liczę na waszą pomoc~! ~(^-^)~
Do zobaczenia (przeczytania?) następny raz w niedziele~!


~Kita-pon (z Krainy Deszczowców, wciąż bez sombrera)

OFICJALNY POWRÓT + gra Halloweenowa

Oficjalny powrót - więcej informacji na ten temat w najbliższych ogłoszeniach parafialnych.
Tymczasem~...
Kolejna gra.
Bo ja lubię gry J
Tym razem coś bardziej specyficznego, gdyż przedstawiam wam grę Halloweenową.

Zasady: Proste jak budowa cepa – mianowicie: czytacie część „opowiadania” wdrażającego was w sytuację, a następnie wybieracie jedną z opcji, która ma wpływ na dalsze wydarzenia i przechodzicie do wskazanej, następnej części „opowiadania”.
Ciekawa jestem, której z was uda się przeżyć – bo tak, jest to gra „z dreszczykiem”, gdyż w końcu ma odpowiadać nastrojowi mojego ulubionego święta Halloween

A więc zaczynajmy~!

Start [ Sama nie wiedziałaś jak to się stało. Miałaś nadzieję na najzwyczajniejszą w świecie imprezę z okazji Halloween, jednak sytuacja nabrała jakiegoś dziwnego tempa i obrotu. Oczywiście wiedziałaś, że spotkanie ma odbyć się na przedmieściach w tym starym, opuszczonym domu, aby dodać mu nieco „charakteru”. Nie oponowałaś, kiedy ktoś z twoich znajomych rzucił ten pomysł. Zgodziłaś się, gdyż w gruncie rzeczy było ci to obojętne.
Mieliście spotkać się w dużej grupie. Mieli przyjść nie tylko twoi przyjaciele, ale także ich znajomi i znajomi ich znajomych – słowem, liczyłaś na nawiązanie nowych znajomości. Niemniej nie spodziewałaś się jednak, że liczba imprezowiczów tak drastycznie zmaleje, kiedy na ostatnią chwilę wyszło, że ktoś ma szlaban, ktoś został zmuszony do opieki nad młodszym rodzeństwem podczas zbierania cukierków i tak dalej… W gruncie rzeczy doszło do tego, że zostałaś sam na sam z tymi czterema kompletnie nieznanymi ci gośćmi.
To, co mogłaś powiedzieć o nich od razu to, to że stanowili dość ekstrawagancką ekipę. Pierwszy z nich był wysoki, dobrze zbudowany. Miał długie, czarne włosy oraz ostre rysy twarzy, wąskie usta… Jego wyraz twarzy zdradzał jedynie chłód, za którym nie mogłaś zgadnąć, co się kryło – złość, zniecierpliwienie, rozczarowanie?... Zagadka…
Drugi był nieco niższy tleniony blondyn o, podobnie jak i jego poprzednik, długich włosach. Był szczupły, bardzo przystojny. Jasne oczy w ciemnej oprawie długich, gęstych rzęs lustrowały wszystko bystrym, ostrym spojrzeniem. Pełne usta układały się w niepokojący uśmieszek, który napawał cię jakimś dziwnym przeczuciem, iż ten chłopak może coś kombinować…
Kolejnym z szeregu był podobny wzrostem do blondyna brunet o włosach sięgających mniej więcej ramion. Również był szczupły i przystojny; miał też równie niepokojący wyraz twarzy. Niemniej w jego grymasie oraz szeroko otwartych oczach, w których tkwiły kolorowe soczewki o dziwnie hipnotyzującym kolorze, dopatrywałabyś się prędzej szaleństwa niżby przebiegłości. Ukazywał białe zęby w krzywym uśmiechu, który na pierwszy rzut oka mógł wyglądać dość przyjaźnie, jednak po chwili dało wypatrzeć się w nim coś, co kazało ci trzymać się od tego faceta z daleka…
No i ostatni był najniższy brunet z włosami sięgającymi połowy torsu. Jedno oko zakryte miał przepaską, co zwróciło twoją uwagę. Z nich wszystkich wyglądał najzwyczajniej. Był spokojny, może nawet nieco nieśmiały. Uciekał wciąż gdzieś spojrzeniem, wyłamywał palce ze stawów w nerwowym geście, przebierając przy tym nogami. Zagryzał co jakiś czas pełne wargi, aż w końcu te przybrały kolor dorodnej czerwieni. Niemniej w jego zachowaniu mogłaś również dopatrzeć się czegoś dziwnego. Nie umiałaś jeszcze określić, co właściwie wzbudzało u ciebie takie podejrzenia, ale byłaś pewna, że ten chłopak nie może być dużo „normalniejszy” od pozostałej trójki.
Doborowe towarzystwo, nieprawdaż?
Ale w końcu przebyłaś szmat drogi, żeby się tu dostać, a ponad to wydałaś już pieniądze na nocne bilety, więc nie zamierzałaś od razu uznać wszystkiego za stracone. Może oni po prostu byli tak samo zdziwieni i zdezorientowani jak ty? Może wystarczyło im trochę czasu, aby się „rozruszać”? Bądź co bądź miałaś ochotę nawiązać nowe znajomości, a teraz miałaś ku temu możliwość.
Weszliście do środka, ignorując tabliczkę, która tego zabraniała. W domu oczywiście było ciemno (z racji pory dnia). Nikt z was nie miał jednak przy sobie latarki czy innego źródła oświetlenia, gdyż z listy, która ówcześnie została przygotowana, wychodziło na to, iż każde z was miało przynieść coś innego.
- Trzeba znaleźć korki – rzuciłaś pomysł. – Może coś jeszcze będzie działać… - mruknęłaś z nadzieją.
- Niegłupie – skwitował blondyn. – Trzeba byłoby się rozejrzeć.
- Sprawdzę piwnicę – odezwał się najniższy z chłopców. – Co? Może jest tu układ jak w amerykańskich domach… - wzruszył ramionami. Na to wyjaśnienie wszyscy bez większego entuzjazmu skinęli głowami.
- Ja przeszukam parter – ponownie odezwał się blondyn.
- Biorę pierwsze piętro – oświadczył długowłosy brunet.
- To mnie zostaje strych? – westchnął brunet z kolorowymi soczewkami. – No cóż, niech będzie… - jęknął. – Przy takim podziale załatwimy wszystkie poziomy – zauważył. – W takim razie, z kim ty idziesz? – zapytał ciebie.
- Idę…
Twoja odpowiedź:
a) …sprawdzić piwnicę (z najniższym brunetem). [ przejdź do „sekcji”
b) …sprawdzić parter (z blondynem). [ przejdź do „sekcji”
c) …sprawdzić pierwsze piętro (z długowłosym brunetem). [ przejdź do „sekcji” [ ”sekcja” niestety niedostępna z powodu braku pomysłu… przepraszam T_T
d) …sprawdzić strych (z brunetem z kolorowymi soczewkami). [ przejdź do „sekcji”

„Sekcja”
- Idę sprawdzić piwnicę – oświadczyłaś.
Reszta skinęła ci głową w geście, który miał wyrażać aprobatę twojej decyzji. Na twarzy twojego towarzysza nie odmalowała się żadna emocja, która mogłaby zdradzić to czy ten ucieszył się z dokonanego przez ciebie wyboru, czy raczej nie było mu to na rękę. Pomimo tego razem ruszyliście w głąb domu.
- Jak się nazywasz? – zapytałaś, chcąc nieco poznać swojego partnera w zadaniu.
- Karma – odparł lakonicznie. – A ty?
Odpowiedziałaś mu równie zwięźle. W tym momencie wasza rozmowa urwała się. Wyglądało na to, że brunet nie należał do najbardziej rozmownych osób, jakie miałaś okazję poznać w swoim życiu.
Przez dłuższą chwilę kręciliście się po parterze, aż w końcu blondyn, który miał go przeszukać, wskazał wam wejście do piwnicy, które mieściło się w kuchni. Spojrzałaś niepewnie na drewniane schody, których w ciemności na dobrą sprawę mogłaś dostrzec jedynie dwa pierwsze stopnie. Obawiałaś się, że spróchniałe drewno może nie wytrzymać pod twoim ciężarem. Co więcej najobrzydliwsze rzeczy zawsze kryły się na strychu lub w piwnicy… Ta myśl sprawiła, iż zaczęłaś poważnie zastanawiać się nad tym czy dokonałaś trafnego wyboru, jeśli chodzi o kondygnację do sprawdzenia…
- Chcesz iść pierwsza? – zapytał obojętnie Karma. Nie wyglądał na przestraszonego czy choćby zdegustowanego. – Mnie jest to obojętne, jednak kultura nakazuje, żeby przepuścić kobietę w drzwiach pierwszą… choć biorąc pod uwagę okoliczności… - zawiesił głos, spoglądając na ciebie pytająco.
Twoja odpowiedź:
a)     – Idę pierwsza! [ przejdź do punktu u
b)     – Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli będę szła za tobą… prawda? [ przejdź do punktu j

Punkt u
- Idę pierwsza! – odpowiedziałaś odważnie i ruszyłaś przed siebie, wprost w objęcia mroku.
Szybko zorientowałaś się, że schody są kręte, a w dodatku nie mają poręczy. Dla asekuracji trzymałaś się wilgotnej ściany. Czułaś pod palcami jej chropowatą fakturę. W duchu modliłaś się, aby w istocie to, czego dotykałaś dłonią, okazało się tylko i wyłącznie ścianą, z której miejscami poodpadał tynk. Tak bardzo nie chciałaś myśleć o tym, iż cała piwnica zapewne jest pokryte grubą warstwą grzyba… co więcej to, co początkowo chciałaś uznać za wodę ściekającą z murów, było lepkie… Fuj – wzdrygnęłaś się z obrzydzenia.
W końcu jednak stanęliście na twardym gruncie. Stanęłaś koło chłopaka, próbując nie stracić go z pola widzenia w tych egipskich ciemnościach.
- Co teraz? – zapytałaś nieco zdezorientowana.
- Rozejrzyjmy się – mruknął.
Twoja odpowiedź:
a)     Trzymaj się blisko Karmy. [ przejdź do punktu v
b)     Odejdź w zupełnie innym kierunku – dzięki temu poszukiwania będą szybsze i dużo bardziej efektowne. [ przejdź do punktu k

Punkt j
– Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli będę szła za tobą… prawda? – zapytałaś nieśmiało.
Brunet bez słowa ruszył przed siebie. Szybko zorientowałaś się, że trzeszczące pod wami złowieszczo schody są kręte i nie posiadają poręczy, przez co chwyciłaś swojego towarzysza za ramię. Bądź co bądź nie miałaś ochoty macać ściany, na której nie wiadomo co już zdążyło urosnąć. Chłopak nie protestował. Powoli schodził, zawsze czekając aż za nim nadążysz; zachowywał się niczym prawdziwy gentelman. W chwili, kiedy zachwiałaś się, podał ci asekuracyjnie rękę, dzięki czemu bez większych rewelacji udało wam się zejść i stanąć na stałym gruncie, który nie wydawał już z siebie żadnych podejrzanych odgłosów.
- Co teraz? – zapytałaś nieco zdezorientowana.
- Rozejrzyjmy się – mruknął.
Twoja odpowiedź:
a) Trzymaj się blisko Karmy. [ przejdź do punktu v
b) Odejdź w zupełnie innym kierunku – dzięki temu poszukiwania będą szybsze i dużo bardziej efektowne. [ przejdź do punktu k

Punkt v
Zdecydowałaś się trzymać blisko Karmy. W końcu było tu ciemno i… dość nieprzyjaźnie. Klimat tego miejsca sprawiał, iż włoski jeżyły ci się na karku, toteż choćby dla własnego komfortu psychicznego wolałaś stać za plecami swojego towarzysza.
Piwnica była zagracona, przez co musieliście poruszać się ostrożnie. Niemniej i tak nie obyło się bez małych potknięć i szturchnięć. Raz zdarzyło ci się kopnąć czubkiem buta w wieżę z poustawianych na sobie kartonów. Z tego powodu ze szczytowego pudła wyskoczył przerażony kot i wybiegł przez wybite okno znajdujące się niemal pod samym sufitem. Przerażona nagłym hałasem doskoczyłaś do Karmy, w locie chwytając i ściskając jego dłoń.
- Boisz się? – zapytał.
Twoja odpowiedź:
a)     – Nie, nie… to przecież nic takiego! Tylko kot! – próbowałaś uspokoić tymi słowami samą siebie. [ przejdź do punktu w
b)     – Um… Chyba niepotrzebnie zdecydowałam się na poszukiwanie korków w jednym z najstraszniejszych miejsc w całym domu… - przyznałaś się. [ przejdź do punktu l

Punkt w
– Nie, nie… to przecież nic takiego! Tylko kot! – próbowałaś uspokoić tymi słowami samą siebie.
- Doprawdy? – mruknął. – Wiesz… a ja myślę, że kłamiesz – rozłożył bezradnie ręce. – A ja bardzo nie lubię ludzi, którzy kłamią; szczególnie kłamliwych kobiet. Wiesz, że to bardzo niekulturalne zachowanie? – wycelował w twoim kierunku oskarżycielsko palcem.
Cała jego dłoń nie przypominała już jednak normalnej ludzkiej kończyny, gdyż nie pokrywała jej skóra, mięśnie czy ścięgna. Pozostały same kości. Przerażona i zszokowana  przypatrywałaś się, w jaki sposób poruszają się paliczki, które bez pomocy innych tkanek nie powinny tego robić.
Brunet szturchnął kilka kolejnych kartonowych wież, które za nim stały. Te pod wpływem jego działania runęły, wzbijając tym samym w powietrze tuman kurzu. Od początku coś śmierdziało tutaj nieprzeciętnie, jednak uznałaś, że nie jest to nic nadzwyczajnego. Zatęchłe powietrze, grzyb, wilgoć – tak to sobie tłumaczyłaś. Teraz jednak miałaś okazję przekonać się, jak bardzo się myliłaś. Kartony zasłaniały wyrwę w ścianie, w której powieszone na hakach rzeźniczych wisiały truchła kobiet. Niektóre musiały wisieć tu naprawdę długo, gdyż dosiągł ich już proces gnilny. Kiedy „zasłona” runęła, smród uderzył w twoje nozdrza ze zdwojoną siłą, przez co mało nie zwymiotowałaś. Do oczu napłynęły ci łzy. To był jakiś koszmar…
- Kiedyś ludzi karano za to, co ich występki boleśniej, przez co ci mieli nauczkę na przyszłość i więcej tego nie robili – kontynuował swój wywód wypranym z wszelkich emocji głosem. – Za kradzież karano obcięciem ręki, za plotkarstwo ucięciem języka… Za kłamstwo najczęściej obcinano ucho, jednak mnie wyłupano oko – powoli zbliżał się do ciebie, a przy tym zmieniał się, stawał się coraz straszniejszy. Rozwiązał przepaskę, która bezwładnie opadła na podłogę. Dzięki temu mogłaś dostrzec, iż brunet w istocie nie ma lewego oka. Oczodół zionął pustą czernią. Brakujący narząd zwisał smętnie na nerwach wzrokowych obijając się przy tym o jego policzek i brudząc część twarzy krwią. – I zobacz; już więcej tego nie robię – uśmiechnął się obłąkańczo. – Przynajmniej się czegoś nauczyłem – wyszczerzył się w chory sposób. – Teraz karci się słowem… ale to nic nie daje. Przykładem tego możesz być ty; jak wiele razy pomimo ciągłego wysłuchiwania, że nie wolno kłamać, ty wciąż to robiłaś? – zachichotał. – No właśnie… - mruknął nie czekając na twoją odpowiedź. Powoli zaczęłaś się cofać, próbując trafić na schody. – Dlatego właśnie ja teraz też cię czegoś nauczę…
Odwróciłaś się i momentalnie chciałaś wbiec z powrotem na piętro, jednak nim zdążyłaś się choćby ruszyć, Karma pojawił się przed tobą, jakby wyrósł spod ziemi.
- Nie tak szybko, moja piękna pani… - wyciągnął w twoim kierunku trzy kościste palce. – Najpierw lekcja dobrego zachowania…
Nie mogłaś się ruszyć, nie miałaś dokąd uciec. Za twoimi plecami była tylko ściana, a chłopak tarasował ci drogę ucieczki. Chwilę potem po opuszczonym domu rozległ się twój wrzask i ciche plaśnięcie odrzuconego, skrwawionego narządu.
- A teraz dołączysz do swoich niegrzecznych koleżanek…  - mruknął brunet, przerzucając cię sobie przez ramię, kiedy ty przykładałaś obie dłonie do krwawiącego, pulsującego niewyobrażalnym bólem miejsca i zalewałaś się łzami. Cała drżałaś i nie mogłaś się ruszać. – Może wyciągniesz z tego lekcję na następny raz… - ostatnim obrazem, który zapamiętałaś był jego szalony uśmiech.
Z kolei ostatnim odgłosem, który zapisał się w twojej świadomości był okropny trzask łamanej kości potylicznej przez rzeźnicki hak, na którym zawisłaś.

THE END – no tak… twoje wybory nie okazały się być najlepsze… może będziesz miała z tego jakąś nauczkę na następny raz? xD

Punkt l
– Um… Chyba niepotrzebnie zdecydowałam się na poszukiwanie korków w jednym z najstraszniejszych miejsc w całym domu… - przyznałaś się.
- Masz rację – chłopak skinął głową. – Dobrze, że przynajmniej umiesz się do tego przyznać – cofnął się kilka kroków i szturchnął kilka kartonowych wież, które za nim stały.
Te runęły, odsłaniając wyrwę w ścianie, w której powieszone na hakach rzeźniczych wisiały truchła kobiet. Niektóre musiały wisieć tu już naprawdę długo, gdyż dosiągł ich już proces gnilny. Kiedy „zasłona” runęła, smród uderzył w twoje nozdrza ze zdwojoną siłą, przez co mało nie zwymiotowałaś. Od początku coś śmierdziało tutaj nieprzeciętnie, jednak uznałaś, że nie jest to nic nadzwyczajnego. Zatęchłe powietrze, grzyb, wilgoć – tak to sobie tłumaczyłaś. Teraz jednak miałaś okazję przekonać się jak bardzo się myliłaś. Do oczu napłynęły ci łzy. To był jakiś koszmar…
- Nie lubię kłamstwa – wyznał. – Szczególnie kobiet, które kłamią – ciągnął. – To takie niekulturalne zachowanie… - westchnął. – Całe szczęście ty nie kłamiesz – podrapał się po policzku kościstym palcem, który nie miał już zbyt wiele wspólnego z normalną ludzką kończyną; bowiem w jednej chwili zniknęła skóra, mięśnie i ścięgna okrywające paliczki, zostawiając sam goły szkielet. – Ja niestety nie byłem tak dobrze wychowany od początku – powoli ruszył w twoim kierunku. – Więc musiałem odbyć swoją lekcję – jego twarz zaczęła się zmieniać, zniekształcać. – Za kłamstwo swego czasu wyłupano mi oko – na potwierdzenie swoich słów zrzucił przepaskę z oka, dzięki czemu mogłaś zauważyć, iż w istocie Karma nie posiadał lewego oka. Z oczodołu zionęła na ciebie pusta czerń. Z niej z kolei wychylały się jedynie nerwy wzrokowe, na których smętnie bujał się wyłupany narząd, obijając się o jego policzek oraz zostawiając na nim krwawe ślady. – Ale przynajmniej coś z tego wyniosłem… - nachylił się nad tobą. Wasze twarze dzieliły zaledwie milimetry. Byłaś tak sparaliżowana strachem, iż nie mogłaś się ruszyć. Kiedy brunet delikatnie przekrzywił głowę, przyglądając ci się jednym okiem, to drugie dotknęło twojej skóry, przez co wzdrygnęłaś się. Zagryzałaś wargi do krwi, żeby nie krzyczeć. Z twoich oczu płynęły łzy. – Uciekaj – szepnął ci na ucho. – I pamiętaj, nigdy nie kłam – powiedział na odchodne.
Odsunął się, pozwalając ci wybiec z piwnicy. W ekspresowym tempie pokonałaś spróchniałe schody, a następnie wypadłaś z opuszczonego domu. Kiedy wypadłaś na podwórze, wpadłaś na jedną ze swoich koleżanek, która jednak nieco spóźniona postanowiła dołączyć do zabawy.
- Nie idź tam! – wrzasnęłaś, łapiąc ją za ramiona.
- Co? – dziewczyna zmarszczyła brwi w niezrozumieniu. – Ach, rozumiem… to taka zagrywka, tak? Miałaś mnie wystraszyć? – zaśmiała się.  – Super, ale ja się nie nabiorę. Puść mnie – zażądała.
Nastolatka wyrwała się z twojego uścisku i pewna siebie otworzyła drzwi opuszczonego domu. W progu zastała Karmę – niemniej nie takiego, jakiego zobaczyłaś go po raz pierwszy, a od razu w swojej prawdziwej postaci. Twoja koleżanka stanęła jak wryta.
- Boisz się? – zapytał brunet.
- N-nie… - wydukała dziewczyna.
- Nie lubię kłamstwa… - mruknął chłopak, po czym wbił trzy kościste palce w jej oczodół, wyciągając z niego narząd wzrokowy. Dziewczyna krzyknęła przeraźliwie i upadła na ziemię, zalewając się łzami i krwią. Chłopak raz jeszcze spojrzał na ciebie. – Uciekaj – powtórzył, a ty zerwałaś się z miejsca i czym prędzej opuściłaś parcelę pustostanu.

THE END – tym razem udało ci się szczęśliwie przetrwać Halloween C: Gratuluję. Mam nadzieję, że zapamiętasz „lekcję” Karmy na długo xp

„Sekcja”
- Idę sprawdzić parter – oświadczyłaś.
Reszta skinęła ci głową w geście, który miał wyrażać aprobatę twojej decyzji. Na usta twojego towarzysza wpłynął nonszalancki uśmiech, który zdradzał, jakby chłopak tylko czekał aż go wybierzesz. Wszyscy rozeszli się w swoim kierunku; w tym również ty, podążając za blondynem. Przyspieszyłaś kroku, doganiając go. Bądź co bądź nie miałaś ochoty zostawać sama w tych egipskich ciemnościach.
- Jak się nazywasz? – zapytałaś, chcąc nieco poznać swojego partnera w zadaniu.
- Aryu – odparł zwięźle. – A ty? – odpowiedziałaś na pytanie równie lakonicznie jak i on. – Więc? – zaczął. – Dlaczego ja? – zaciekawił się.
- „Dlaczego ja” co? – powtórzyłaś z niezrozumieniem.
- Dlaczego mnie wybrałaś? – zapytał otwarcie.
- Słucham? – zdziwiona jego zachowaniem aż przystanęłaś w miejscu. Chłopak jednak ani myślał się zatrzymywać. Brnął wciąż przed siebie ciemnym korytarzem.
- To słuchaj uważnie – uśmiechnął się szerzej. – Dlaczego wybrałaś akurat mnie? – odwrócił się przez ramię, aby na ciebie spojrzeć. W mroku błysnęły jego oczy. – No co? Mam uwierzyć, że naprawdę wybierałaś jedynie poziomy domu, które chcesz sprawdzić, a nie chłopaka, który ci się spodobał? – zachichotał. – Więc jak jest naprawdę, co? – podszedł do ciebie powolnym, rozkołysanym krokiem. – Po prostu wydałem ci się najbardziej interesujący z tego marnego towarzystwa? – uniósł nonszalancko jedną brew. – Czy może chcesz się umówić, hm? – mruknął. – Możemy też od razu potraktować to spotkanie jako randkę, jeśli chcesz – szepnął ci na ucho kuszącym tonem.
Twoja odpowiedź:
a)  – Rób co chcesz… - odpowiedziałaś, przewracając oczyma. [ przejdź do punktu u
b) – Odbiło ci? – zapytałaś, spoglądając na niego jak na skończonego kretyna. [ przejdź do punktu j

Punkt u
– Rób co chcesz… - odpowiedziałaś, przewracając oczyma.
- Zapamiętam – posłał ci piękny uśmiech, po czym odwrócił się na pięcie i ponownie ruszył przed siebie.
Przez moment stałaś z miejscu osłupiała. Zdecydowanie był to dziwny gość… ale przynajmniej nieszkodliwy… przynajmniej na razie.
Źle się czułaś, chodząc tak kilka kroków za Aryu po opuszczonym domu. Obawiałaś się, że w końcu któraś z desek z drewnianego stropu nie wytrzyma pod twoim ciężarem i pęknie. Słyszałaś jak pozostali chłopcy chodzili po wyższych piętrach, o czym świadczyło donośne skrzypienie i roznoszące się echo. Nigdy wcześniej nie przyglądałaś się zbyt dokładnie temu przybytkowi, toteż dopiero teraz zdałaś sobie sprawę z tego, jaki jest wielki. Ponad to zastanawiałaś się czy wasza obecność tutaj nie jest przypadkiem łamaniem prawa… dopiero teraz zaczęłaś się nad tym zastanawiać; wcześniej jakoś zdawało się to uciec twoim myślom, nie przejmowałaś się tym. A co jeśli ktoś zadzwoni na policję, zgłaszając waszą obecność w opuszczonym budynku? Nie wątpiłaś, że funkcjonariusze mogliby was wywlec stąd choćby dla waszego własnego bezpieczeństwa; nie wątpiłaś także, że po „akcji ratunkowej” zapewne zafundowaliby wam „wycieczkę” na komisariat, gdzie musielibyście wytłumaczyć się z waszego nierozważnego zachowania, a co gorsza po tym wszystkim musieliby odebrać was stamtąd rodzice.
Blondyn zdawał się nie borykać z podobnymi problemami jak ty. Stawał pewnie na przegniłych deskach, utrzymując szybkie, marszowe tempo, zupełnie tak jakby wiedział dokąd idzie. Może był tu nie pierwszy raz…?
Natknęliście się na kuchnię. Nic interesującego jednak tam nie znaleźliście. Obchodząc dookoła szeroki blat, próbowałaś niczego nie dotknąć. Bądź co bądź mrok i klimat tego miejsca działały na ciebie w ten sposób, iż włoski jeżyły ci się na karku. No i było tu brudno… nie dało się ukryć, że gosposia tu raczej nie zaglądała regularnie.
Ruszyliście dalej przed siebie. Chłopak zatrzymał się przed drzwiami, których ty w ciemności nawet nie zauważyłaś i z pewnością pominęłabyś je. Bez wahania nacisnął na klamkę. Kiedy tylko między framugą a drzwiami pojawiła się szpara, coś z piskiem wyleciało z niej, wzbijając przy tym twoje włosy w powietrze. Przestraszona…
Twoja odpowiedź:
a) …doskoczyłaś do Aryu. [ przejdź do punktu v
b) …odskoczyłaś jak najdalej. [ przejdź do punktu k

Punkt j
– Odbiło ci? – zapytałaś, spoglądając na niego jak na skończonego kretyna.
Chłopak jedynie prychnął i spojrzał na ciebie z góry. Jego oczy zalśniły nieludzko w słabym świetle dochodzącym z latarni ulicznej wpadającym tutaj przez wybite okno.
Nim zdążyłaś się zorientować, blondyn nagle zniknął z twojego pola widzenia – zupełnie tak, jakby rozmył się w powietrzu. Zdezorientowana zaczęłaś się rozglądać, szukając go spojrzeniem, jednak niczego nie mogłaś dostrzec. Twoje serce zabiło mocniej. Gardło ścisnęło się, przez co z trudem przełykałaś ślinę. Nieśmiało ruszyłaś przed siebie na własną rękę. Szłaś korytarzem, ostrożnie ważąc każdy krok. Patrzyłaś pod nogi, aby o nic się nie przewrócić; a potencjalnych przeszkód było tu wiele. Po podłodze walały się puste butelki, gdzieniegdzie pojedyncze, zniszczone części garderoby, jakieś śmieci… wyglądało na to, że nie wy pierwsi wpadliście na pomysł, aby zorganizować tu imprezę.
Rozmyślając o poprzednich imprezowiczach straciłaś czujność. Nie zauważyłaś bladej ręki, która wyłoniła się z jednego z najgłębszych cieni i sięgnęła twojego ramienia. Wystraszona aż podskoczyłaś w miejscu i pisnęłaś, momentalnie się odwracając – tym samym stając także twarzą w twarz z chłopakiem. Wasze twarze w tej chwili dzieliła jedynie minimalna odległość. Czułaś jego gorący oddech na swoich ustach, mocny zapach jego perfum… Widziałaś jego pełne usta rozciągnięte w delikatnym uśmiechu.
- Tędy – pociągnął cię w stronę, z której przyszedł; przez ten ruch niemal wasze usta spotkały się, jednak w porę udało ci się zrobić unik, odwracając głowę.
Blondyn przystanął przed drzwiami, których ty w ciemności nawet nie zauważyłaś i prawdopodobnie przeoczyłabyś je. Bez wahania nacisnął na klamkę. Kiedy tylko między framugą a drzwiami pojawiła się szpara, coś z piskiem wyleciało z niej, wzbijając przy tym twoje włosy w powietrze. Przestraszona…
Twoja odpowiedź:
a) …doskoczyłaś do Aryu. [ przejdź do punktu v
b) …odskoczyłaś jak najdalej. [ przejdź do punktu k

Punkt v
Przestraszona doskoczyłaś do Aryu. Odruchowo chwyciłaś jego ramię, chowając się za jego plecami przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Chłopak zachichotał, spoglądając na ciebie ukontentowany.
- To tylko nietoperz – wyjaśnił.
Pięknie, jeszcze tylko nietoperzy tutaj brakowało…
Jak się okazało nie był to najlepszy wybór; bowiem znaleźliście się w jakimś pokoju, który swego czasu mógł pełnić rolę sypialni. Ledwo zdążyłaś rozejrzeć się po pomieszczeniu, już zostałaś pchnięta na łóżko. Nie widziało ci się wylegiwać na prawdopodobnie przegniłym materacu, co więcej nie chciałaś nawet myśleć o tym, co też może go zamieszkiwać, dlatego też próbowałaś się momentalnie podnieść zdjęta obrzydzeniem, jednak blondyn nie pozwolił ci na to, przytrzymując za ramiona. Nachylił się nad tobą uśmiechając zwycięsko. W jego oczach pojawił się jakiś niezdrowy błysk, co wzbudziło u ciebie niepokój. To nie były jakieś głupie żarty… jemu naprawdę odbiło! Chwytając się pościeli i próbując się na niej podciągnąć, starałaś się od niego odpełznąć, jednak twoje próby spełzły na niczym. W tym samym czasie zauważyłaś także, że przegniła i przemoknięta pościel nie powinna mieć tak przyjemnej faktury… Aryu widząc twoje zdziwienie tym faktem, przystąpił do wyjaśnień:
- Widzisz… nie przypadkiem pojawiłaś się tutaj jako jedyna kobieta – szepnął ci na ucho uwodzicielskim tonem. – Zaplanowałem dla naszej dwójki ekscytujący wieczór – zachichotał i polizał cię za uchem.
- Co? – ściągnęłaś brwi w niezrozumieniu. – Złaź ze mnie i się nie wydurniaj! – zaoponowałaś.
- I po co się szarpiesz? – prychnął. – Przecież dobrze wiesz, że to i tak bez sensu… - wyszczerzył się diabolicznie. – Sam fakt, iż wybrałaś mnie na swojego towarzysza, brak oporu z twojej strony, kiedy powoli się do ciebie zbliżałem… No i w końcu te kilka kluczowych ruchów, którymi sama sugerowałaś, że chcesz się znaleźć bliżej mnie – przesunął opuszkami palców po twojej szyi. – Przy mnie nie musisz się niczego bać; możesz się być spokojna… - gładził twój policzek kciukiem. – Tej nocy i tak nie spotkasz już nic gorszego ode mnie – jego uśmiech nagle wydał ci się być nienaturalnie szeroki.
Blondyn… on… zmienił się – w sposób fizyczny. Nie potrafiłaś dokładnie określić w jaki sposób, gdyż rysy twarzy niby wciąż pozostawały te same, tak samo jego gabaryty, jednak… w jakiś niezrozumiały sposób wydał ci się być nagle o wiele silniejszy. Zdawał się znacznie dominować nad tobą. Niemniej najgorszym szaleństwem w tym wszystkim było to, iż tak samo nagle chłopak zaczął wydawać ci się dużo atrakcyjniejszy niż wcześniej. Zapach jego perfum, które tak idealnie wpasowywały się w twój gust, wydał ci się silniejszy, jego oczy bardziej hipnotyzujące, usta ponętniejsze, a ciało warte grzechu… Stał się kuszący jak nikt nigdy wcześniej. Zawładnęło tobą ogromne pożądanie; wcześniej nawet nie podejrzewałabyś samą siebie o to, iż mogłoby zrodzić się w tobie takie dzikie i nieokrzesane uczucie.
- Jak nie będziesz się opierać, nie zaboli – obiecał przeciągając nosem po twojej szyi oraz składając na niej kilka drobnych pocałunków. – Mam nadzieję, że przeszkadza ci za bardzo fakt, iż nie jesteś moją pierwszą; jak zapewne zauważyłaś na korytarzu wciąż walają się ślady po wizytach poprzednich podobnych ci gości – zachichotał, po czym sięgnął twoich ust.
Całował cudownie, jak nikt inny. Robił to idealnie, z wyczuciem… do tego stopnia, że aż nie mogłaś opisać słowami, ile taka drobna pieszczota mogła sprawić przyjemności.
- Czym… ty… jesteś? – wydukałaś pomiędzy kolejnymi pocałunkami.
- Inkbuem – wyjaśnił bez ogródek. – Ale nie zaprzątaj tym sobie teraz tej ślicznej główki – uśmiechnął się szeroko. – Mam dla ciebie dużo ciekawszych rzeczy, na których powinnaś się skupić.
Twoja odpowiedź:
a) Pozwalasz inkubowi dalej działaś, gdyż jest to przyjemne. [ przejdź do punktu w
b) Odpychasz go, gdyż tak nakazuje ci zdrowy rozsądek. [ przejdź do punktu l

Punkt k
Przestraszona odskoczyłaś jak najdalej. W jakiś dziwny sposób twoje zachowanie podziałało mu na nerwy. Blondyn chwycił cię za rękę i szarpnął, wciągając do pokoju. Zamknął drzwi z trzaskiem, przez co włoski na karku ponownie stanęły ci dęba. Nie miałaś czasu nawet zorientować się, gdzie dokładnie się znalazłaś, kiedy nagle zostałaś pchnięta na łóżko. Nie widziało ci się wylegiwać na prawdopodobnie przegniłym materacu, co więcej nie chciałaś nawet myśleć o tym, co też może go zamieszkiwać, dlatego też próbowałaś się momentalnie podnieść zdjęta obrzydzeniem, jednak blondyn nie pozwolił ci na to, przytrzymując za ramiona. Nachylił się nad tobą uśmiechając krzywo. W jego oczach pojawił się jakiś niezdrowy błysk, co wzbudziło u ciebie niepokój. To nie były jakieś głupie żarty… jemu naprawdę odbiło! Chwytając się pościeli i próbując się na niej podciągnąć, starałaś się od niego odpełznąć, jednak twoje próby spełzły na niczym. Niemniej dzięki temu zorientowałaś się, że przegniła i przemoknięta pościel nie powinna mieć tak przyjemnej faktury… Aryu widząc twoje zdziwienie tym faktem, przystąpił do wyjaśnień:
- Widzisz… nie przypadkiem pojawiłaś się tutaj jako jedyna kobieta – warknął. Jego ton nie był już tak przyjazny jak wcześniej. – Jak zapewne się już domyślasz nie jesteś pierwszą, którą tu sprowadziłem – wyglądało na to, iż jego cierpliwość do ciebie została wyczerpana na dziś. – Zaplanowałem dla naszej dwójki ekscytujący wieczór – na jego twarz wpłynął krzywy grymas.
- Co? – ściągnęłaś brwi w niezrozumieniu. – Złaź ze mnie i się nie wydurniaj! – zaoponowałaś.
- Oj, ucisz się wreszcie – sapnął poirytowany. – Dziś naprawdę nie mam ochoty bawić się w kochającego Romea – parsknął. – Za bardzo mnie irytujesz, kobieto… - przewrócił oczyma. – Widzisz, gdybyś od początku ładnie się zachowywała, mogłabyś czerpać z tego dużo więcej przyjemności – wyszczerzył się krzywo.
Przyszpilił twoje nadgarstki do materaca, unieruchamiając cię tym samym. Złożył kilka krótkich pocałunków na twojej szyi, ostentacyjnie szybko kierując się w stronę twojego dekoltu, którego nie zapomniałaś wyeksponować przy pomocy dość szerokiej bluzki – nie było to wulgarne zachowanie z twojej strony, jednak nawet to w tej chwili zdawało ci się być jakieś gorszące. Próbowałaś odepchnąć od siebie Aryu, jednak ten jakby nagle urósł w siłę. Wydał ci się być przeciwnikiem nie do pokonania. Górował nad tobą, a ty nie mogłaś mu się przeciwstawić. Nie obchodził się z tobą najdelikatniej, jednak kłamstwem by było, gdybyś powiedziała, że nie odczuwałaś swojego rodzaju przyjemności z jego poczynań. Zdrowy rozsądek bił się z ludzkim pragnieniem, instynktem i pożądaniem, które nagle zrodziło się w tobie.
            Twoja odpowiedź:
a) Pozwalasz inkubowi dalej działaś, gdyż jest to przyjemne. [ przejdź do punktu w
b) Odpychasz go, gdyż tak nakazuje ci zdrowy rozsądek. [ przejdź do punktu l

Punkt w
Pozwalasz inkubowi dalej działaś, gdyż jest to przyjemne.
Bardzo przyjemne…
Zatracasz się w tej przyjemności…

   Halloweenowe przyjęcia to świetna okazja do zabawy i odstresowania się, jednak należy pamiętać o rozsądku i bezpieczeństwie – szczególnie, jeśli planujemy zabawę dla naszych dzieci. Upewnijmy się, że wiemy, gdzie nasze pociechy spędzą najbliższą noc oraz w jakim towarzystwie. W przeciwnym razie przyjemny wieczór może przeobrazić się w najgorszy koszmar; przez takie piekło musi teraz przechodzić rodzina [twoje imię], która nie przyszła na umówione spotkanie ze znajomymi i zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach.” – powiedziała prezenterka wiadomości, na co twoja mama zaszlochała donośnie.

THE END – dla ciebie niestety zabawa Halloweenowa nie skończyła się najlepiej. Miejmy nadzieję, że kiedyś jednak uda się cię odnaleźć… w jednym kawałku, rzecz jasna. Powodzenia C:

Punkt l
Odpychasz go, gdyż tak nakazuje ci zdrowy rozsądek. W przypływie nadludzkiej siły udało ci się wyrwać spod blondyna i w ekspresowym tempie dopaść drzwi. Otworzyłaś je i wybiegłaś na korytarz, aby momentalnie zostać oślepiona przez białe światło. Zatrzymałaś się, mrużąc oczy.
- Hej, co ty tu robisz? – w mroku błysnęły jasne elementy policyjnego munduru. Dzięki Bogu!
- On… On… - dukałaś, wskazując na pomieszczenie, z którego wypadłaś niczym oparzona.
Funkcjonariusz skierował snop światła pochodzący z latarki we wskazanym przez ciebie kierunku, jednak nikogo tam nie było. Wyglądało na to, że chłopak jakby zapadł się pod ziemię. Nie było tu żadnej szafy czy innego mebla, za którym mógłby się ukryć. Nie było także żadnych innych drzwi, przez które mógłby się w czas ewakuować. Pod ścianą stało jedynie łóżko z aksamitną, teraz skotłowaną przez ciebie pościelą i nic więcej.
- Znalazłem dziewczynę – odezwał się policjant nad twoją głową, zwracając się do swojego kolegi po fachu, który właśnie kierował się w waszą stronę.
- Sprawdziłem resztę domu. Nikogo więcej tu nie ma – zakomunikował drugi.
- W każdym razie dobrze, że cię znaleźliśmy – odezwał się mężczyzna z latarką. – Ciesz się, że dostaliśmy to wezwanie i ktoś, kto mieszka w pobliżu był na tyle miły, aby zainteresować się twoim bezpieczeństwem – skarcił cię. – Przed domem jest tabliczka informująca o tym, iż nie wolno tu wchodzić, gdyż grozi to zawaleniem budynku; nie wiedziałaś jej?
Nie odpowiedziałaś. W panice rozglądałaś się dookoła, jakby obawiając się, że chłopak zaraz wyskoczy z któregoś kąta i ponownie cię porwie.  Nie mogłaś uwierzyć, że nikogo więcej tutaj nie było… A co z pozostałą trójką? Czy to była tylko twoja wyobraźnia? Niemożliwe! Przecież wszystko było zbyt wyraźne… Wciąż pamiętałaś palący dotyk ust Aryu na swoim ciele…
- Chodźmy stąd – odezwał się drugi funkcjonariusz. – Nie ma sensu spędzać tu więcej czasu niż to potrzebne. Nie mam ochoty oberwać którąś z belek konstrukcyjnych w łeb – fuknął, kierując się do wyjścia.
- Pójdziesz z nami – zakomunikował ten, który cię złapał.
Bez oporów dałaś się wyprowadzić i usiadłaś na tylnej kanapie radiowozu. Kiedy odjeżdżaliście, ostatni raz odwróciłaś się, spoglądając na opuszczony dom. Wtem w jednym z okien pojawiła się aż nazbyt dobrze znana ci postać, która napisała palcem na zaparowanym oknie: „Wrócę”. Serce zabiło ci mocniej – aż skuliłaś się w sobie ze strachu.
- Co cię tak właściwie podkusiło, żeby wchodzić do tej rudery? – zapytał kierujący autem policjant.
- Szczerze powiedziawszy… teraz to już sama nie wiem… - szepnęłaś zduszonym głosem, wciąż wpatrując się w postać, która pomachała ci na odchodne.
Odetchnęłaś z ulgą, kiedy wyjechaliście na dobrze oświetloną ulicę. Oparłaś głowę na zagłówku, wzdychając. Próbowałaś nie rozmyślać o ostatnich wydarzeniach, skupiając się na czymś innym. Rzuciłaś okiem na przednią szybę, orientując się, gdzie jesteś. Wtem jednak twoją uwagę zwróciło lusterko wsteczne, w którym pojawiło się odbicie blondyna. Przerażona spojrzałaś w bok, aby właśnie ujrzeć Aryu, który siedział koło ciebie z szerokim, obłąkańczym uśmiechem na ustach.
- To co? Rozumiem, że jedziemy do ciebie? – zapytał, przy czym niemal w tej samej chwili wbił długi metalowy szpikulec w kark kierowcy. Zaostrzony koniec przebił jego gardło na wylot, wystając teraz smętnie z jego grdyki. Policjant nawet nie zdążył krzyknąć, tylko od razu zalał się krwią.
- Co do…?! – wrzasnął drugi zszokowany do granic możliwości obecnością kogoś jeszcze w radiowozie. Odruchowo chwycił za kierownicę, próbując odzyskać panowanie nad samochodem.
W tym samym momencie chłopak wymierzył w mężczyznę bronią, którą jakimś cudem wcześniej zręcznie wyjął mu z kabury. Niestety nogi trupa już nie pracowały sprawnie, przez co nie dało już panować się nad prędkością pojazdu. Funkcjonariusz siedzący z boku próbował wymijać innych uczestników ruchu drogowego, jednak na próżno. Przed wami właśnie pojawiła się rozpędzona ciężarówka nadjeżdżająca z przeciwnego kierunku. Kierowca trąbił na radiowóz, jednak już nic nie dało się zrobić. Przerażona, oczekując wypadku, huku, bólu i w końcu śmierci, zacisnęłaś powieki i skuliłaś się w sobie.
Nagle ktoś pogłaskał cię uspakajająco po głowie. Eksperymentalnie otworzyłaś jedno oko, orientując się, że znów znajdujesz się w opuszczonym domu, a nad tobą góruje inkub.
- Nie ma sensu przede mną uciekać – szepnął ci na ucho. – Już jesteś moja – ucałował cię za uchem, jednocześnie przesuwając dłońmi po twoim ciele.

THE END – tak, to jest to lepsze zakończenie xp Z początku chciałam zostawić to tak, że wybiegasz na korytarz, gdzie znajduje cię policjant i wszystko kończy się dobrze, ale potem stwierdziłam, że to byłoby zbyt infantylne xD

„Sekcja”

Sekcja niedostępna z powodu braku pomysłu i przegrzania zwojów mózgowych ;_;

„Sekcja”
- Idę sprawdzić strych – oświadczyłaś.
Reszta skinęła ci głową w geście, który miał wyrażać aprobatę dla twojej decyzji. Podeszłaś do swojego towarzysza, którego wyraz twarzy nie zmienił się ani trochę i wciąż wyrażał jedynie szaleństwo.
- Jak się nazywasz? – zapytałaś, chcąc dowiedzieć się czegoś o swoim partnerze w zadaniu.
- Yoshiatsu – odparł lakonicznie. – A ty? – odparłaś równie zwięźle co i on. – Ciekawe… - mruknął ruszając przed siebie zdecydowanym krokiem, zupełnie tak jakby wiedział, dokąd zmierza.
Razem weszliście po skrzypiących schodach na pierwsze piętro. Za wami ciągnął się długowłosy brunet, jednak nie wyglądał na zainteresowanego nawiązaniem znajomości. Bez słowa wspięliście się na piętro, a następnie wasze drogi rozeszły się. Zostałaś sama ze swoim nowym, dość niepokojącym znajomym o kolorowych oczach.
Chłopak zatrzymał się pod klapą w suficie, która również i twoim zdaniem mogła okazać się wejściem na strych. Nie widziałaś jednak niczego, co mogłoby wam pomóc dosięgnąć jej – na całe szczęście okazało się, że brunet widział dużo lepiej w ciemności niż ty. Wypatrzył leżący na podłodze w pobliżu okna karnisz, którego użył jako dźwigni. Podważył klapę, która następnie otworzyła się, rozkładając przed wami drabinę, którą notabene mało nie oberwałaś, uskakując przed nią w ostatniej chwili.
- Nieźle… - skomentowałaś.
Twój towarzysz odpowiedział ci jedynie uśmiechem. Dopadł drabiny i pierwszy zaczął się po niej wspinać. Niedługo potem poszłaś w jego ślady.
Wtem trafiło do ciebie to, jak bardzo bezsensowne było to, co właśnie robiliście. Kto o zdrowych zmysłach montuje korki na strychu?
Twoja odpowiedź:
a)     Mówisz o swoich spostrzeżeniach Yoshiatsu. [ przejdź do punktu u
b)     Ignorujesz swoje spostrzeżenia i bez słowa podążasz za Yoshiatsu. [ przejdź do punktu j

Punkt u
Postanowiłaś podzielić się swoimi spostrzeżeniami z Yoshiatsu.
- Nie uważasz, że to, co robimy jest bezcelowe? Kto przy zdrowych zmysłach zamontowałby korki na strychu? – odezwałaś się.
- Wiesz… racjonalne myślenie nie zawsze wychodzi na zdrowie – mruknął skwaszony. – Czasem trzeba być kreatywnym. Poza tym warto sprawdzić wszelkie zakamarki, żeby być pewnym, iż nic nie pominęliśmy – odparł dość chłodno.
Nie skomentowałaś jego wypowiedzi. Ciągnęłaś się za nim, analizując znaczenie jego słów. Bądź co bądź brzmiał dziwnie rozsądnie jak na szaleńca… za którego go wzięłaś, oczywiście.
Wdrapaliście się wspólnie na strych, stając pośród prawdziwego cmentarzyska rupieci. Gdzieś tam stał stół bez jednej nogi, w kącie znajdował się połamany parasol, obok niego zakurzony gramofon i parę pożółkłych ze starości książek. Byle tu tyle śmieci, iż ledwo co dało się poruszać. Co więcej kolejnym uniedogodnieniem okazała się być wysokość sklepienia, przez co żadne z was nie mogło się wyprostować. Było tu jeszcze ciemniej niż na korytarzu na parterze czy pierwszy piętrze. Jedynym źródłem światła było tutaj niewielkie, okrągłe okienko, przez które wpadało światło latarni ulicznych. Chłopak jakby zapominając o waszym zadaniu (do którego wdrapanie się na strych pewnie i tak nijak nie było potrzebne) zajął się przeglądaniem zgromadzonych tu przedmiotów. Zaczęłaś zastanawiać się, czym ty powinnaś się zająć,.
Twoja odpowiedź:
a)     Uznajesz, że i tak nie ma tu nic ciekawego, dlatego wracasz piętro niżej.
b)     Przeciskasz się do okrągłego okienka, żeby przez nie wyjrzeć.

Punkt j
Zignorowałaś swoje spostrzeżenia i bez słowa podążyłaś za Yoshiatsu. Może wasze działanie wydawało ci się być nieco bezsensowne, ale zachowałaś to dla siebie. Wdrapaliście się wspólnie na strych, stając pośród prawdziwego cmentarzyska rupieci. Gdzieś tam stał stół bez jednej nogi, w kącie znajdował się połamany parasol, obok niego zakurzony gramofon i parę pożółkłych ze starości książek. Byle tu tyle śmieci, iż ledwo co dało się poruszać. Co więcej kolejnym uniedogodnieniem okazała się być wysokość sklepienia, przez co żadne z was nie mogło się wyprostować. Było tu jeszcze ciemniej niż na korytarzu na parterze czy pierwszy piętrze. Jedynym źródłem światła było tutaj niewielkie, okrągłe okienko, przez które wpadało światło latarni ulicznych. Chłopak jakby zapominając o waszym zadaniu (do którego wdrapanie się na strych pewnie i tak nijak nie było potrzebne) zajął się przeglądaniem zgromadzonych tu przedmiotów. Wyglądał na dziwnie zadowolonego i pochłoniętego podziwianiem kolejnych pamiątek z przeszłości. Zaczęłaś zastanawiać się, czym ty powinnaś się zająć,.
Twoja odpowiedź:
a) Uznajesz, że i tak nie ma tu nic ciekawego, dlatego wracasz piętro niżej. [ przejdź do punktu v
b) Przeciskasz się do okrągłego okienka, żeby przez nie wyjrzeć. [ przejdź do punktu k

Punkt v
Uznałaś, że i tak nie ma tu nic ciekawego, dlatego postanowiłaś wrócić piętro niżej. Już stawałaś na szczytowych stopniach drabiny, kiedy usłyszałaś głos bruneta.
- Dokąd idziesz? – zapytał zdziwiony.
- Uch, tu i tak nic nie ma – wywróciłaś oczyma. – Powinniśmy lepiej poszukać włącznika światła, a nie marnować czas na… - zająknęłaś się. - …na bezproduktywne ślęczenie na zakurzonym poddaszu? – skrzywiłaś się.
Właściwie to nie wiedziałaś, dlaczego sama wybrałaś strych. Myślałaś, że co tam znajdziesz? Niestety chyba wychodziło na to, że w momencie podejmowania przez ciebie decyzji, którą z kondygnacji chcesz sprawdzić, nie miałaś zbyt dobrego kontaktu ze swoim mózgiem…
Poza tym nie rozumiałaś też, dlaczego on chciał tu siedzieć. Po co w ogóle tu włazić? Nie lepiej by było, żeby jedno z was przyłączyło się do blondyna, który przeszukiwał parter, a drugie do któregoś z brunetów, którzy kolejno przeszukiwali piwnicę i pierwsze piętro? Tak przynajmniej zrobilibyście jakiś postęp w waszym poszukiwaniu.
Yoshiatsu wydał ci się być w jakiś niezrozumiały sposób zawiedziony twoją odpowiedzą i zachowaniem. Przez jego twarz przebiegł grymas niezadowolenia, jednak nie zamierzałaś się tym długo przejmować. Zsunęłaś się w dół drabiny, próbując wyczuć pod stopą kolejny stopień, jednak w tym samym czasie chłopak wykonał jakiś błyskawiczny ruch, na moment zniknął z twojego pola widzenia, a chwilę potem klapa od strychu ponownie się zamknęła, a drabina złożyła, zrzucając cię jednocześnie z siebie. Z hukiem wylądowałaś przez to na mieszczących się niedaleko walizkach. Jęknęłaś z bólu.
- Co to miało być?... – burknęłaś do siebie, gramoląc się z powrotem do pozycji stojącej.
– Mam tylko jedno pytanie – odezwał się ponownie brunet, stając przed tobą w oka mgnieniu, zupełnie tak jakby nagle wyrósł spod ziemi. - Powiedz… - mruknął, wyjmując z stojącego nieopodal kufra starą suknię. - …podoba ci się? – zapytał.
Twoja odpowiedź:
a) - Naprawdę ładna – przyznałaś zgodnie z prawdą. [ przejdź do punktu w
b) - Zabierz ode mnie to stare, śmierdzące, przeżarte przez mole paskudztwo! – krzyknęłaś z obrzydzeniem. [ przejdź do punktu l



Punkt k
Przecisnęłaś się do okrągłego okienka, żeby przez nie wyjrzeć. Jakoś zaciekawiła cię szyba składająca się ze złączonych ze sobą pomniejszych kawałków szkła, które w zabawny sposób rozmazywały widok na zewnątrz. Poza tym poduszki, którymi był wysłany niewielki parapet układający się w półkole, mimo iż zakurzone, to wciąż wyglądały na wygodne. Nie myśląc wiele usadowiłaś się na swoim upatrzonym siedzisku. Przez chwilę obserwowałaś załamania światła na szkle, którego poszczególne kawałki zdawały się lśnić niczym kryształ górski. Po pewnym czasie chwyciłaś za pobliskie książki ułożone w stos i bez większego zainteresowania przerzucałaś ich kolejne stronice. Ze zdziwieniem odkryłaś, iż niektóre z nich zostały spisane w nieznanym ci języku. Przez twoją ciekawskość w powietrzu unosił się teraz tuman kurzu – niemniej nawet pojedyncze pyłki zdawały się być czymś wyjątkowo pięknym oświetlonym przez refleksy bijące od okna. Przez moment wpatrywałaś się, jak kolejne drobiny osiadają na twoim ubraniu, aby następnie dostrzec także to, iż chłopak z podobnym zafascynowaniem wpatruje się w ciebie.
Brunet uśmiechał się pod nosem, jednak jego wyraz twarzy nie zdradzał już niczego niepokojącego. Wyglądał na niemal rozczulonego. Z jego uśmiechu biło takie ciepło, jakiego jeszcze chyba nigdy nie miałaś okazji doświadczyć ze strony żadnego innego człowieka.
- Coś się stało? – zapytałaś, spoglądając na niego niepewnie.
- Taka sama… - mruknął. – Wciąż jesteś niezmiennie taka sama… - mruknął pod nosem.
- Co proszę? – zdziwiłaś się.
- Nic takiego – zaśmiał się dźwięcznie i pokręcił głową. Z jego oczu wciąż wyzierało to ciepło, które nagle niemal wydało ci się być czymś intymnym, czymś, czym można było obdarować ukochaną osobą a nie byle pierwszą poznaną osobę, przez co się zmieszałaś. – Powiedz… - mruknął, wyjmując ze stojącego nieopodal kufra starą suknię. - …podoba ci się? – zapytał.
Twoja odpowiedź:
a) - Naprawdę ładna – przyznałaś zgodnie z prawdą. [ przejdź do punktu w
b) - Zabierz ode mnie to stare, śmierdzące, przeżarte przez mole paskudztwo! – krzyknęłaś z obrzydzeniem. [ przejdź do punktu l

Punkt w
- Naprawdę ładna – przyznałaś zgodnie z prawdą.
Na tą odpowiedź Yoshiatsu uśmiechnął się ciepło. Odrzucił stary materiał i podszedł do ciebie powoli. Poderwał cię na równe nogi i przytulił mocno. Ukrył twarz w zagłębieniu twojej szyi, przesuwając po niej nosem i zaciągając się twoim zapachem.
- Minęło tyle lat… - mruknął niskim, wibrującym głosem. – Ale ja o tobie nie zapomniałem… a ty się nie zmieniłaś – kątem oka mogłaś zobaczyć, jak się uśmiecha. Nie wiedząc, co się dzieje, stałaś w jego uścisku niczym kołek, czekając na samoistny rozwój wydarzeń. – Wciąż jesteś moją słodką [twoje imię]… - wtulił się w ciebie mocniej. – To nie przypadek, że znów się spotkaliśmy; to nie przypadek, że znów wybrałaś mnie, że znów stoimy w naszym ulubionym miejscu w naszym wspólnym domu – przeczesał zimną dłonią twoje włosy. – Instynktownie znów chciałaś znaleźć się blisko mnie – szepnął ci na ucho.
- O… O czym ty mówisz? – wydusiłaś z siebie z trudem, zastanawiając się czy z nim na pewno wszystko w porządku.
- Spokojnie – odsunął się od ciebie minimalnie, aby móc spojrzeć ci w twarz. – Tym razem nie dam ci odejść – uśmiechnął się, ukazując przy tym długie kły. – I obiecuję, że kupię ci nową suknię ślubną – przesunął kciukiem po twoim policzku. – Tym razem zostaniesz ze mną na zawsze… - szepnął, po czym wpił się namiętnie w twoje usta.

THE END – udało ci się szczęśliwie dotrwać do końca Halloweenowego wieczoru; mam nadzieję, że rola narzeczonej wampira przypadła ci do gustu C:

Punkt l
- Zabierz ode mnie to stare, śmierdzące, przeżarte przez mole paskudztwo! – krzyknęłaś z obrzydzeniem.
Chłopak westchnął ciężko i odrzucił stary materiał. Widocznie był zawiedziony… tylko czym? Liczył, że nałożysz na siebie to paskudztwo?! Do cholery, z nim naprawdę było coś grubo nie tak!
- Może i wyglądasz jak ona… - mruknął. – Ale z pewnością już nią nie jesteś… - momentalnie znalazł się przy tobie, windując się do pozycji stojącej. – Kochałem cię przez tyle lat… ale ty się zmieniłaś. Nie będziesz już nigdy więcej moja – w jego oczach mogłaś odnaleźć smutek. – Nie myśl, że przychodzi mi to łatwo – zacisnął dłoń na twoim gardle z taką siłą, iż z trudem mogłaś nabrać oddechu. Odruchowo zacisnęłaś ręce na jego nadgarstku, próbując się od niego uwolnić, ale brunet był od ciebie dużo silniejszy. – Cóż… możliwe, że zmarnowałem te lata na próżno – westchnął. – Możliwe, że już dawno temu mogłem uwolnić się od demonów przeszłości… dzięki temu przynajmniej nie musiałbym teraz tak cierpieć – desperacko walczyłaś o każdy oddech. – Uwierz, mnie to boli bardziej – uśmiechnął się krzywo. – Może… - zająknął się.  – Może wtedy, w przeddzień naszego ślubu powinienem był dać ci umrzeć na dobre… i spalić tę suknię… zacząć życie od nowa, a nie poświęcać je raz jeszcze dla ciebie, kiedy ty nie potrafiłaś już mnie wybrać po raz drugi! – ściągnął groźnie brwi. – Jesteś już innym człowiekiem… - syknął, obnażając przy tym długie kły.
Jednym szarpnięciem przyciągnął cię do siebie, aby owymi ostrymi, wampirzymi kłami rozpłatać twoje gardło. Nasycony twoją krwią, odrzucił twoje martwe ciało od siebie. Otarł niedokładnie usta wierzchem dłoni.
- Ludzie… co za żałosne istoty – prychnął, po czym skierował się z powrotem w stronę drabiny.

THE END – niestety dla ciebie to Halloween nie zakończyło się zbyt dobrze… Zapomniałaś o wampirzym narzeczonym sprzed lat… Och, jak mogłaś! xD Miejmy nadzieję, że będziesz miała jeszcze kiedyś okazję celebrować w jakiś sposób Halloween i to następne skończy się dla ciebie dużo lepiej xp


Posłowie:

Mam nadzieję, że zabawa wam się podobała. Huh, wiem, że jest niedopracowana, ale cóż… w ostatnim czasie wszystko robię na „pół gwizdka”, więc proszę raz jeszcze, wybaczcie mi (/.-)’’