"Nowy Świat" cz.8

Kurde, komentowanie idzie wam teraz jak burza xD To jest już mój ostatni tekst pisany "na zapas", więc będę musiała siąść nad klawiaturą i coś naskrobać dla fana Alexa ^^ Cieszy mnie to, bo wasze uznanie naprawdę dużo dla mnie znaczy C:
No... może przydałoby się też porwać na coś innego niż historia Alexa, co? W końcu muszę dokończyć shota z Hiro x Crena, "Vampire Depression" cz.3 i "Dorośnij!"... no i "Monsters" by się przydało, ale na to naprawdę nie mam weny, a myślę o tym codziennie... no i jeszcze mam shota Zero x Hizumi, którego nie skończyłam od jakiegoś pół roku... no tak, trochę tego jest... i dlaczego każde zdanie zaczynam od "no"? Ale wieśniak ze mnie... =.=''

A, a tak w ogóle to jeszcze 73 komentarze i na tym blogu ogólnie będzie ich opublikowanych 2000~! ♥ Ktoś ma pomysł, jak można to uczcić? ~(^-^~)~(^-^)~(~^-^)~

Dobra, a teraz wyznanie:
Kurde, źle się czuję pisząc o Crenie… Wpisując jego imię i nazwisko w google od razu znalazłam link do swojego bloga i to mnie trochę niepokoi… Dlaczego? Ano dlatego, że z nim piszę (ma się te znajomości na fb), wiem, że on ma dzieci (dwie córki - jedna ma 3 lata, a druga kilka miesięcy), a ja tu robię z niego homoseksualistę… To trochę takie… nie na miejscu, nie uważacie? No i już to widzę, jak może (mam nadzieję, że jednak nie), ogarnie, że jakaś nie do końca normalna dziewczyna pisze o nim yaoi w dodatku w paringu z nieistniejącą postacią… Chyba nieźle mi odpierdzieliło… (/.-)’’ Już widzę tego maila ze skargą…
Crena: „Bitch, why are you writting about me yaoi?!”
Kita: „Cause I can. U’re public person and u must be ready for more text like this…”
 C: „Fuck…”
K: „Don’t use this word…”
C: „Why?”
K: „Cause… U musn’t use this word and dot, ok.? I know, u don’t like me now but I really please u, don’t use this word cause it isn’t good for you. Fangirls associate it with… u know what I mean?”
C: „$%^&*(„
K: „Yeah, yaoi everywhere.”

Chyba nie czuję się ostatnio za dobrze… (/.-)’’

No dobra, to jeszcze z innej beczki; oj już obiecuję, że nie będę bardziej zniewieściała (istnieje takie słowo? O.o'') Alexa, ale już nie narzekajcie proszę. Kto wie, może zrobię go trochę bardziej męskiego?...

Alex i tak jest lepszy od Shindi'ego z Anli Pollicino, przy którym nawet ja, która od co najmniej 5 lat jest zapoznana z wyglądem japońskich muzyków sceny visual-kei musiałam zastanawiać się czy to nie jest dziewczyna...


„Nowy świat” cz. 8

Ziewnąłem rozdzierająco i przeczesałem palcami włosy. Zamknąłem książkę i odłożyłem ją na biurko. Skończyłem – książkę, rzecz jasna, nie godziny pracy. Spojrzałem na zegar na monitorze laptopa i westchnąłem ciężko. Pięknie, po prostu pięknie. Czekają mnie dwie godziny nic nie robienia i gapienia się w sufit; była dopiero piąta, a moja zmiana kończyła się o godzinie siódmej. Cudnie…

***

Głowa strasznie mi ciążyła na ręce, którą ją podpierałem. Miałem wrażenie, że łokieć owej ręki niedługo zespoli się z plastikowym oparciem krzesła w jednolitą całość, jeśli nie zmienię pozycji, jednak moje ciało było tak ociężałe, a ja sam tak ospały, że zwyczajnie nie miałem na to siły. Właściwie to już zaczynałem przysypiać, kiedy z odrętwienia, które zawsze poprzedza zapadnięcie w sen, wyrwał mnie ten charakterystyczny odgłos otwieranych drzwi. Zmusiłem swoje zdrętwiałe mięśnie do nadludzkiego wysiłku, dzięki czemu udało mi się usiąść prosto. Jeśli to potencjalny klient, należy się jakoś prezentować, nie?
Wychyliłem się zza kamiennego blatu, przywołując na usta kolejny sztuczny uśmiech.
- Dzień dobry – przywitałem się pogodnie.
Do hallu wszedł mężczyzna; w zasadnie to chłopak, zapewne niewiele starszy ode mnie. Był dość niski, albowiem mierząc go na oko, stwierdziłem, że jest mniej więcej mojego wzrostu. Ubrany był w długi granatowy płaszcz, którego poły ciągnęły się za nim niczym ciemne smugi, kiedy ten kroczył sprężystym i energicznym krokiem w moją stronę. Moją uwagę zwróciło jego obuwie - glany sięgające do kolan. Elegancki płaszcz i glany? – cóż, najwidoczniej kolejny awangardzista na mojej drodze; choć w zasadzie muszę przyznać, że wyglądało to całkiem nieźle.
Z jednego z korytarzy, zapewne zwabiony odgłosem otwieranych drzwi, wyłonił się Fujimaru, host. Już chciał się witać z gościem, już przywołał na usta ten sam sztuczny uśmiech, co ja, kiedy nagle zatrzymał się w pół kroku i zamarł; jakby się w sobie skulił.
- Genshō… - wyszeptał, patrząc na zmierzającego w stronę recepcji chłopaka.
Czyżby jakiś stały bywalec? – zastanawiałem się. W tej samej chwili chłopak podszedł do kontuaru. Przyglądał mi się uważnie, ciekawsko, podobnie jak i ja jemu. Chciałem wyjechać ze standardowym tekstem dotyczącym oferty hotelu, jednak pod naciskiem jego spojrzenia głos jakby uwiązł mi w gardle; mrożącego krew w żyłach spojrzenia. Potrafiłem jedynie stać i z uchylonymi ustami bezmyślnie wpatrywać się w niego.
Genshō miał jasne, niemalże białe włosy sięgające łopatek. Miał jasną, cerę, powiedziałbym, że pergaminową, gdyż spod niej prześwitywała drobna, sina siateczka naczyń krwionośnych. Drobny, lekko zadarty nos znaczyła na nasadzie niewielka blizna, jednak tym, co najbardziej rzucało się w oczy… były właśnie jego oczy. Były… niepokojące. Źrenice były jakby nienaturalnie zwężone, przez co wyglądały niczym ziarenko piasku otoczone z każdej strony przez intensywnie niebieskie bezdenne jeziora. Błękit jego oczu był zimny niczym wszystkie lodowce Antarktydy; wydawał się wręcz fluorescencyjny ze względu na to, że białka jego oczu nie były wcale białe a czarne. Nie ulegało wątpliwości, że to tylko soczewki, jednak… Dobra, przyznam się otwarcie, że nieco się przestraszyłem. Spojrzenie jego oczu było twarde, zimne niczym zamieć śnieżna, podczas gdy antagonistycznie jego usta rozciągnięte były w delikatnym uśmiechu, przez co wyraz jego twarzy wydawał się być dość pogodny. Niestety, nie był to wcale przyjemny uśmiech; nie był nawet prześmiewczy czy wyzywający… tylko niepokojący – jak i sam jego właściciel.
Świdrował mnie spojrzeniem, którym, miałem wrażenie, że bezpośrednio może dotknąć mojej duszy. Zadrżałem. Przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze.
Chłopak już szykował się, aby coś powiedzieć, już rozchylił wargi, kiedy nagle z głębi korytarza doszedł nas kobiecy głos.
- Genshō! Nareszcie jesteś! – wykrzyknęła pani Yukimoto.
Blondyn odwrócił się w jej stronę. Rzucił mi ostatnie spojrzenie przez ramię, po czym bez słowa ruszył do gabinetu właścicielki hotelu. Kiedy zniknął z mojego pola widzenia, odetchnąłem z niewyobrażalną ulgą. Opadłem ciężko na krzesło i przywołałem do siebie gestem ręki Takarę.
- Kto to jest? – zapytałem szeptem; tak na wszelki wypadek.
- Jak to, nie wiesz? – zdziwił się. – To Genshō Ryūdōin, bratanek pani Yukimoto i twój zmiennik – wyjaśnił.
- Mój zmiennik? – powtórzyłem. No tak… dopiero teraz dotarło do mnie, jak dziwnym jest to, że aż do tej pory nie widziałem mojego zmiennika. – On jest… niepokojący… - mruknąłem.
- To mało powiedziane – skwitował host. Było to niespotykanym zjawiskiem, gdyż Fujimaru był miłym chłopakiem i nigdy wcześniej nie słyszałem, aby wypowiadał się na czyjkolwiek temat niepochlebnie.
- Pani Yukimoto nie ma żadnych obiekcji odnośnie jego wyglądu? – dopytywałem. – Wiesz, te oczy…
- Może ma, może nie ma – brunet wzruszył ramionami. – Ale to w końcu rodzina, nie? A rodzinie zawsze więcej się wybacza. Zresztą… Postaw się na jej miejscu. Nawet jeśli byłbyś jego ciotką, pracodawcą, powiedziałbyś mu, że ma zmienić swój image choćby na czas pracy?
- Pewnie nie… - przyznałem. – On mnie… przestraszył… - wyznałem.
- Nie ciebie pierwszego i nie ostatniego – prychnął host. Pierwszy raz widziałem, żeby był taki oschły. – Widzisz, zatrudnianie rodziny w spółce ma swoje plusy i minusy. Plusem dla Genshō jest to, że może sobie na więcej pozwolić, ale minusem dla pani Yukimoto jest z kolei to, że najzwyczajniej w świecie głupio jest jej porosić bratanka o zmianę wyglądu czy, nie wspominając już o sytuacji, gdyby chciała go zwolnić… Wiesz, to mogłoby wpłynąć na jej relacje z rodziną; i z pewnością nie byłby to dobry wpływ. A po co się kłócić? – rozłożył ręce. – Z tego właśnie powodu, zdaje mi się czasem, że to Ryūdōin dyktuje tu warunki, a nie pani Yukimoto…
- Mówisz, jakby była to jakaś mafia… - zauważyłem.
- W każdym razie coś na podobieństwo – chłopak wzruszył ramionami, po czym odszedł w swoim kierunku, zostawiając mnie ponownie samego.
Mimo iż moje godziny pracy dobiegły już końca, to nie mogłem zostawić stanowiska pustego. Musiałem czekać kolejne półgodziny zanim Genshō łaskaw był ponownie się pojawić. Wszedł na recepcję już w uniformie i spojrzał na mnie przepraszająco – aż dziw, że te lodowate oczy mogą mieć taki wyraz! Delikatny uśmiech wciąż błąkał się na jego ustach, choć wcale nie był przyjemny. Przez moment przeszło mi przez myśl, że możliwym jest to, iż zbyt szybko, zbyt powierzchownie go oceniłem. Może on po prostu wygląda… średnio przyjaźnie, powiedziałbym delikatnie, a w rzeczywistości jest to miły chłopak?
- Cześć – ustąpiłem mu miejsca, uprzednio zabierając książkę z biurka. – Nie mieliśmy okazji wcześniej się poznać. Jestem Alexander Wright – przedstawiłem się i wyciągnąłem rękę w jego stronę, którą on uścisnął. Skinął mi głową, a uśmiech na jego ustach na chwilę pogłębił się, jednak blondyn nie odezwał się.
Najwidoczniej małomówny z niego typ… ale w takim razie, dlaczego pracuje na recepcji?

***

- Wróciłem… (chodziło mi o to charakterystyczne japońskie „Tadaima” od aut.) – mruknąłem, jednocześnie serdecznym kopniakiem zamykając za sobą drzwi.
Zrzuciłem z siebie kurtkę i buty, po czym wszedłem do kuchni, gdzie krzątali się Saitou i Daisuke, którzy dopiero szykowali się do wyjścia do pracy i szkoły.
- Jak tam w pracy? – zainteresował się blondyn.
- Tak sobie – przyznałem, nalewając sobie do szklanki soku. – Skończyłem czytać książkę i dwie godziny siedziałem bezczynnie – wyznałem.
- Ależ ty masz w tej pracy urwanie głowy – prychnął Ochida. – Żebyś się tylko nie przepracował – fuknął.
- Dai! – skarcił go Ito. – Co ty się tak czepiasz Alexa, co? Nie pracuje – źle, pracuje – też źle. Skoro nie musi się przemęczać, to niby dlaczego miałby to robić? – zapytał,  jednocześnie napychając usta płatkami z mlekiem.
Nie odpowiedziałem na zaczepkę bruneta. Już nawet nie chodziło o to, że coś do niego czuję. Nie mogłem przestać myśleć o Ryūdōinie… Dziwny z niego chłopak… Trochę się go bałem…
Usiadłem przy stole z tą nieszczęsną szklanką, która zdradzała, jak bardzo trzęsą mi się ręce. Im więcej myślałem o Genshō, tym bardziej drżały mi dłonie i przechodziły mnie dreszcze. Moja siostra zapewne powiedziałaby, że ten chłopak wysyła jakieś złe fluidy…
Wokalista Kagerou odłożył pałeczki i spojrzał na mnie uważnie. Podparł dłońmi głowę, przekrzywiając ją odrobinę w prawo, jakby oglądał ciekawe zwierzę w klatce w zoo, a nie współlokatora w rozsypce.
Zakochałem się w cholernym tetryku, a we mnie z kolei, żeby było śmieszniej, zakochał się szczery aż do bólu dziwak, no i na dokładkę teraz pojawił się on – Genshō Ryūdōin, który zamrażał wszystko spojrzeniem i już przy pierwszym naszym spotkaniu potrafił sprawić, że mój żołądek skurczył się do minimalnych rozmiarów, fikał koziołki, przy okazji przybijając „piątki” ze zdjętym trwogą sercem, które zachowywało się jakby dostało arytmii, chcąc wysłać mnie do Krainy Wiecznego Uśmiechu za sprawą zejścia na zawał.
Cudnie.
Po prostu zajebiście.
Co za chora sytuacja… Czy to jakieś cholerne opowiadanie dla nastolatek?!
- Jesteś blady i masz dreszcze – zauważył muzyk. – Ostatnio miałeś też gorączkę. Zdaję mi się, że jesteś chory. Powinieneś pójść do lekarza.
- Nic mi nie jest… - mruknąłem.
- No pewnie, że nie! – prychnął. – Posłuchaj, Alex, możesz starać się otrzymać tę prestiżową plakietkę pracownika miesiąca – wywrócił oczyma – ale nie polecam ci przy tym ignorować własnego zdrowia. Odbije się to na tobie, zobaczysz. Pamiętaj, że wszystkie poważne choroby zaczynają się od zwykłego przeziębienia. A! No i jeszcze jedno, ja do ciebie z kwiatkami do szpitala jeździć nie będę, wybij to sobie z głowy! – zastrzegł. – A twój pogrzeb biorę na siebie tylko jeśli zejdziesz na zawał, tak jak rozmawialiśmy o tym wcześniej, jasne?
Spojrzałem na niego zdziwiony. W jednej chwili przypomniałem sobie naszą niecodzienną rozmowę w łazience… Cóż, w każdym razie, dobrze jest czasem wysłuchać takich motywujących słów, prawda?
- Normalnie zaraz pomyślę, że się o mnie martwisz… - uniosłem nonszalancko jedną brew.
- Śnij dalej – Daisuke prychnął, po czym podniósł się od stołu i skierował do przedpokoju. Jego miejsce momentalnie zajął Saitou.
- Stało się coś? – zainteresował się.
- Nie nic – machnąłem lekceważąco ręką. – Tylko spotkałem dzisiaj wcielenie diabła i dowiedziałem się, że jest on moim zmiennikiem – zaśmiałem się nerwowo.
- Serio? Jest aż tak źle? – zdziwił się, jednocześnie wymownie wskazując kciukiem za siebie kierunek, w którym udał się Dai.
- Uwierz mi, Daisuke to przy nim naprawdę miły człowiek – skwitowałem, nie martwiąc się tym czy wokalista Kagerou może to usłyszeć, czy też nie.
Z przedpokoju odpowiedziało mi jedynie głośne prychnięcie, a chwilę potem jeszcze głośniejsze trzaśnięcie drzwiami.

***

Ochida usadził mnie na kanapie. Niepewnym spojrzeniem omiotłem to, co stało na stoliku przede mną. Brunet bez skrępowania sięgnął po jedną ze szklanek, a drugą wcisnął mi w ręce.
- No nie patrz się na to jak na jakiś kwas – wywrócił oczyma. – Chociaż… chwila. W zasadzie to jest kwas… - spojrzał, jakby dla upewnienia się czy mówi prawdę, na zawartość swojej szklanki; a na nią składała się, rzecz jasna, wódka i cola.
-A myślałem, że Japończycy preferują słabsze alkohole, takie jak sake czy wino śliwkowe… - mruknąłem do siebie.
- Ta, jasne. Bo my wszyscy jak jeden mąż; gustujemy w tym samym, ba!, nawet sramy tym samym! Jesteśmy jak z taśmowej produkcji! – sarknął, łypiąc na mnie nieprzychylnie. – Weź ty użyj czasem tej mózgownicy, co Alex? Każdy człowiek jest inny, więc każdy może gustować w czym innym. Ja akurat lubię mocne alkohole… ale skoro ty jesteś gaijinem, to powinieneś mieć mocną głowę, nie? – prześmiewczo naśladował ton, którym wypowiedziałem wcześniejsze pytanie.
- Niekoniecznie… - przyznałem z niechęcią.
- Abstynent? – zdziwił się.
- No nie, no… Aż tak źle nie jest – westchnąłem.
Nigdy przesadnie nie ciągnęło mnie do alkoholu. Możliwe, że przyczyną tego było to, że po każdej libacji alkoholowej na następny dzień umierałem na kaca-giganta. Raz zdarzyło się nawet, że targały mną torsje i migreny przez dwa dni (to było po tym, jak mieszałem i nieco eksperymentowałem, co oczywiście nie mogło skończyć się dobrze…); wtedy myślałem, że zwrócę nie tylko treść żołądkową, ale i sam żołądek. No i królowa Bon ze swoją migreną mogła się schować, bo mnie głowa po prostu napierdalała, jakby ktoś mi wewnątrz czaszki umieścił tę cholerną, irytującą małpę, która bezlitośnie nawala talerzami, a sam łeb miałem 3:8 (skala od aut.) i naprawdę obawiałem się, że szwy mi pękną…
- A mogę dowiedzieć się, cóż to za święto, że postanowiłeś się ze mną napić? – zapytałem, upijając pierwszy łyk.
Lód. Zdecydowanie przydałby się lód.
- To nie ja piję z tobą, tylko ty ze mną.
- Co? – spojrzałem na niego z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
- Po ciężkim dniu w pracy przyda ci się coś, co pomoże ci się odstresować – rozsiadł się wygodniej. – No, ale picie w samotności nie jest jednak dobrze postrzegane; kojarzy się raczej z desperacją niż odpoczynkiem – rzucił mi głębokie spojrzenie, od którego przeszły mnie dreszcze. – Dlatego jesteś skazany na mnie. Saitou jest niepełnoletni – przypomniał.
- Gdybyś jeszcze nie był taki despotyczny, to uznałbym, że to miły gest z twojej strony…
W odpowiedzi zostałem potraktowany morderczym spojrzeniem. Już otwierałem usta, aby ponownie się odezwać, jednak szybko przekalkulowałem, że nie opłaca mi się. Kurde, znów coś chlapnę i Dai gotów jeszcze się na mnie obrazić…
To ja może pójdę po ten lód…

***

Ogromna piłka na przemian odbijała się od sufitu i podłogi. Skakała tak po całym pokoju, aż w końcu zaczęła zbliżać się w moim kierunku. Chciałem się odsunąć, żeby mnie nie trafiła, jednak ona wtedy jakby ominęła łóżko i trzasnęła tuż przed drzwiami szafy, które jak na komendę, rozsunęły się. Zza połyskującego szkła w chabrowym kolorze wyłonił się krowi łeb. Zwierzę postąpiło kilka kroków do przodu, stukając racicami o drewniany parkiet. Wyszło z szafy mniej więcej do połowy, by zaraz potem zamuczeć przeraźliwie głośno. Krówsko wlepiło we mnie spojrzenie tępych ślepi, które w dodatku mrugały niezależnie od siebie (krowy naprawdę tak mają od aut.).
Środek Tokio.
Blok.
Trzecie piętro.
Krowa.
Skąd tu się, kurwa, wzięła krowa?!
Taa, to nie jest możliwe… To zapewne jedno z moich pijackich urojeń. Ciekawe, co Daisuke dosypał mi do tych drinków? Kuźwa, wiedziałem, żeby tego nie pić… Śmierdziało od tego podstępem na kilometr!

***

Przeczesałem palcami włosy, które opadały mi na twarz. Chwyciłem się mocniej futryny drzwi, kiedy świat zawirował mi przed oczami. Chwiejnie ruszyłem do przodu.
- Jak się spało, śpiący królewiczu? – doszedł mnie złośliwy komentarz z kuchni.
Niechętnie oderwałem spojrzenie od własnych stóp, co stawiało mnie w sytuacji zwiększonego ryzyka upadku, ale przecież nie mogłem kontemplować własnych nóg podczas rozmowy z wokalistą Kagerou. Jeszcze gotów pomyśleć, że stałem się pokorny! Spojrzałem na niego nienawistnie, jednak mój wzrok szybko stał się pobłażliwy, kiedy dostrzegłem jak brunet nieudolnie próbuje ukryć przede mną opakowanie leków przeciwbólowych za cukierniczką. Więc on też miał porządnego kaca – pomyślałem niemalże triumfalnie, co, o dziwo, poprawiło mi nieco humor.
- To wszystko twoja wina – warknąłem.
- Jak zwykle – wzruszył ramionami. – Kogoś musi być, nie? – zgarnął z kuchennego blatu kubek, z którego uprzednio dopił kawę i wstawił naczynie do zmywarki.
- Zrobiłeś to specjalnie – syknąłem.
- Niby co?
- Upiłeś mnie!  - wycelowałem w niego oskarżycielsko palcem. – Nie poszedłem do pracy – zorientowałem się, że moja dzisiejsza zmiana już dawno się zaczęła, spoglądając na cyfrowy zegarek wbudowany w piekarnik. – Chcesz, żebym stracił robotę?! Najpierw ględzisz, że jestem nierobem, a teraz chcesz, żeby wyrzucili mnie z pracy?! – byłem wściekły.
Wymowna cisza.
Sapnąłem ciężko.
- A co jeśli powiem, że w rzeczywistości zrobiłem to celowo? – spojrzał na mnie zagadkowo. – Alex, przecież wiem, że uwielbiasz narzekać i zrzucać winę za wszelkie zło tego świata na mnie – przysunął się tak blisko, że czułem zapach jego mocnych perfum i słabo wyczuwalną nutę przetrawionego alkoholu, którym wciąż od niego trąciło; zapewne za sprawą wczorajszych ubrań... – Wiem, że tak naprawdę o nic mnie nie obwiniasz. Po prostu dajesz ujście swojej frustracji, wyładowując się na mnie – spoglądałem na niego zszokowany. – Chcesz wiedzieć, dlaczego to zrobiłem? Och, oczywiście, że chcesz – zachichotał. Nachylił się nade mną i zaczął mi szeptać do ucha. – Chciałem cię mieć dziś dla siebie – powiedział wprost, po czym pocałował mnie za uchem, wyprostował się i bez słowa skierował do salonu.
Stałem skołowany i nie bardzo wiedziałem, co mam myśleć, a co dopiero mówić o jakimkolwiek działaniu. Czyżbym znów wybiegł zbyt daleko myślami? Nie… Sięgnąłem do miejsca, które ucałował mężczyzna i przesunąłem po nim opuszkami palców.
On naprawdę mnie pocałował.
Daisuke mnie pocałował…
Poczułem nagły napad mdłości. Cóż, pech chciał, że bliżej miałem do kosza na śmieci, który mieścił się pod ścianą niż do zlewu, jaki znajdował się w przeciwległym kącie kuchni. Nachyliłem się nad śmietnikiem, jednak nie zwymiotowałem. Czułem w gardle palący kwas, łzy zebrały mi się w kącikach oczu, ale udało mi się opanować torsje. Odetchnąłem z ulgą.
Tym, co zwróciło moją uwagę była zawartość kosza. Nic ciekawego, można by powiedzieć, ani tym bardziej godnego opisywania, jednak uwzględnię, że pojemnik był pusty i znajdował się w nim czysty worek. No… pojemnik był prawie pusty. Na jego dnie dostrzegłem podarty arkusz papieru, a z jednego ze strzępów odczytałem: „Wrig…”. To było coś adresowanego do mnie? Jakim cudem znalazło się to w śmietniku? Nie przypominam sobie, żebym coś podobnego wyrzucał… Chociaż z drugiej strony mogę wiele rzeczy nie pamiętać…
Sięgnąłem po owy papier. Maiłem szczęście, że został porwany jedynie na czworo, przez co łatwo mogłem go złożyć w spójną całość. Rozłożyłem skrawki na blacie i dopasowałem je do siebie. Udało mi się złożyć kopertę, która niezaprzeczalnie była zaadresowana do mnie oraz krótki list, który się w niej znajdował:

„Dawno się już nie wiedzieliśmy, prawda? Myślę, że dobrze byłoby to w końcu zmienić, bo liczę, że propozycja Naszego spotkania wciąż jest aktualna. Przyjeżdżam dzisiaj około godziny jedenastej, więc mam nadzieję, że uda mi się złapać Cię jeszcze dziś. Mam Ci wiele do powiedzenia, ale na rozmowie skupimy się, kiedy już się spotkamy. Tymczasem przesyłam Ci pały prezent. Mam nadzieję, że Ci się spodoba.
PS. Przez pewne „nieścisłości” mój poprzedni numer telefonu trafił do sieci i musiałem go zmienić. Zadzwoń do mnie, kiedy znajdziesz czas: 555 462 122 (wpiszcie sobie tu swój numer, licząc, że Alex zadzwoni xD A tak serio to potraktowałam was trochę jak idiotów, to znaczy jak Amerykanów, bo tam w filmach wszelkie numery zaczynają się od „555”, żeby nikt na nie nie dzwonił ;p od aut.)”

Nadawca nie podpisał się, jednak nie ulegało wątpliwościom, że tylko jedna osoba mogła zaadresować do mnie podobny list – Crena. Swoją drogą, ciekawe cóż to za „nieścisłości, jak to nazwał…?
Zajrzałem jeszcze raz do śmietnika. Wygrzebałem z jego dna dość masywny pierścień fikuśnie wijący się srebrnymi ramionami wokół palca. Jego zwieńczeniem było duże, szafirowe oko pośrodku jego długości, które… nie wiem jak to opisać, ale wydawało mi się być tak pogodne jak i sam jego nadawca. Jego błękit kojarzył mi się z uśmiechem Ketsuekiego i budził we mnie jakieś bliżej nieokreślone pozytywne uczucia, których nie umiałem nazwać…
Kurde, mam nadzieję, że to nie jest kamień szlachetny!... Gdyby Dai go wyrzucił, byłoby szkoda…
Właśnie, Daisuke. Tylko on był w domu. Ito dawno temu wyszedł do szkoły, biorąc pod uwagę, że dochodziła dwunasta. Zresztą blondyn nie znał Creny. Tylko Ochida go widział i od początku dawał mi do zrozumienia, że go nie lubi. Kazał mi się trzymać od niego z daleka. To z pewnością musiała być jego sprawka…
Spojrzałem w stronę, w którą udał się muzyk, jakby stamtąd miała nadejść odpowiedź – ale, rzecz jasna, nie nadchodziła. Przezornie z powrotem wrzuciłem podarte kartki do śmietnika, ale pierścień zachowałem.
Jaki był jego cel? Dai powiedział kiedyś, że mimo iż nie jestem jego protegowanym, to martwi się o mnie tak samo jak i o Saitou. Czy kierowało nim coś na kształt troski rodzicielskiej, poczucia odpowiedzialności za mnie? Wokalista Kagerou widział Ketusekiego raz i od tamtego momentu usilnie próbuje namówić mnie do zerwania z nim wszelkich kontaktów. To nieco… nie na miejscu. Tak jakby… przemawiała przez niego zazdrość? Nie – pokręciłem głową – chyba znów zbyt wiele sobie wyobrażam…
Przesunąłem palcem wskazującym po pierścieniu, który wsunąłem na palec serdeczny drugiej ręki. W takim stanie wątpię, aby dobrze przyjęto mnie w pracy… Cóż, skoro Ochida chciał nie dopuścić do mojego spotkania z Creną, będzie musiał za to zapłacić. Nie chciał, żebym się z nim spotykał? – no to teraz w dodatku będzie go znosił we własnym domu. Wygrzebałem telefon z kieszeni (bo oczywiście po pijaku nie pomyślałem o tym, aby pozbyć się jeansów) i napisałem do niego krótkiego sms’a na nowy numer z prośbą o spotkanie u mnie. Mam nadzieję, że trafi bez problemu…
Zauważyłem, że mam nieodebraną wiadomość. Wszedłem w skrzyknę odbiorczą. Od Fujimaru? Dziwne… Jego akurat spodziewałbym się w tej chwili najmniej…

„Wziąłem twoją zmianę. Nie wiem, gdzie jesteś ani co robisz, ale jesteś moim dłużnikiem.”


Oj, z pewnością – uśmiechnąłem się do siebie. O dzięki ci Buddo, że na tym świecie są jeszcze tacy dobrzy ludzie jak ten host!

Przerywnik "artystyczny" do "Nowego Świata" IV


To tak w gwoli ścisłości - odpowiedź, dlaczego wszyscy brali Alexa za kobietę, kiedy ten spiął włosy; stał się jeszcze bardziej zniewieściały~!... a sama myślałam, że to już niemożliwe,,, kurde, jeszcze trochę i zrobi z niego babę... (/.-)''

A tu macie sobie arta, jakby komuś wyobraźnia szwankowała ^^'' To tylko szkic, bo nie chciało mi się kolorować (ja-leń; ale mimo wszystko możecie wierzyć mi na słowo, że z tym jest właśnie najwięcej roboty, dlatego tak tego nie znoszę) - może kiedyś się zmotywuję... albo znajdę czas. Taa, to drugie też by się przydało... =.=''

"Nowy Świat' cz.7

Wszyscy chcieli Holendra, a w gruncie rzeczy wyszedł Polako-Norweg. Nie będę już przedłużać, bo widzę, że wszyscy czekali na kolejną część (co mnie niezmiernie cieszy! ^^). Pwiem tylko, że Polako-Polak nie dostał żadnego głosu, Polako-Holender zyskał 22%, a Polako-Norweg aż 88% głosów. Zresztą do Alexa bardziej Norweg pasuje, bo i takie imię i wygląd... Holendrzy są za wysocy! A pamiętajcie, że Alex, w gruncie rzeczy, to niziołek xD

A tak z innej beczki:
○ znacie jakiś fajny blog z opowiadaniem nawiązującym do "Final Fantasy" (obojętnie której części)?
○ który film z "Final Fantasy" podobał się wam najbardziej?
○ no i poszukuję czegoś ciekawego z Noctisem... czegokolwiek - opowiadania, filmu... co macie to dajcie :)
Tak, tak, fazuję na "Final Fantasy". Dobrze zgadłyście ^^''

„Nowy Świat” cz.7

Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena. Daisuke. Crena.
Daisuke.
Crena.
Cholera! Dlaczego zachowuję się jak rozmarzona nastolatka? Dlaczego jestem taki niepoważny? Czy ja naprawdę nie mam innych zmartwień?
Odpowiedź jest jasna: tych dwóch facetów absolutnie zawróciło mi w głowie…
Jeden z nich jest bezpośredni, wiecznie uśmiechnięty. Jasno dał mi do zrozumienia, że podobam mu się i chce mnie przelecieć, choć w tamtej chwili nie znaliśmy się dłużej niż dwadzieścia cztery godziny. Mimo wszystko zaznaczył dobitnie, że nim zaciągnie mnie do łóżka, chce mnie dobrze poznać i zakochać się we mnie. Zachowuje się niecodziennie, nieprzewidywalnie; zapewne powiedziałbym, że brakuje mu piątej klepki, gdybym się w nim nie zadurzył
 No i drugi; wieczny melancholik, zgryźliwy tetryk, który potrafi rozpętać piekło z  tak błahego powodu jak ten, że w łazience nie ma ręcznika do wycierania rąk. Ogółem przez większość czasu próbuje zabić mnie wzrokiem. Wepchnął mnie w objęcia swojego kolegi-seksoholika, usprawiedliwiając się tym, że rzekomo znalazł mi pracę w postaci prywatnej niańki. Jeszcze niedawno życzyłem mu wszystkiego, co najgorsze i z chęcią sam przyczyniłbym się do wysłania go do Krainy Wiecznego Uśmiechu, jednak teraz to się zmieniło. Dowiedziałem się, że ma problemy zdrowotne i zrobiło mi się go żal… Zauroczyłem się w nim, nawet jeśli ten nie jest mną zainteresowany i właściwie to odnoszę wrażenie, że robi wszystko, aby mnie do siebie zniechęcić – ale ja i tak w jakiś niewytłumaczalny sposób przywiązałem się do niego i czuję do niego niepokojący, niegasnący pociąg.
Dobra, jeszcze rozumiem, żebym zauroczył się w Crenie – w końcu jest taki nieszablonowy, inni niż wszyscy, których do tej pory dane było mi poznać, a przy tym wyraził zainteresowanie moją osobą – ale w Daim? Na litość wszystkich bożków shinto! Co jest ze mną nie tak? Przecież ten człowiek ma nierówno pod sufitem! Już przy naszym pierwszym spotkaniu kazał mi się rozbierać, jest władczy, nieustannie się drze, ma tendencje do bezceremonialnego włażenia mi do łazienki, kiedy się kąpię i masowania mi pleców (co akurat wychodzi mu perfekcyjnie, ale cii…), i…
Po chwili dłuższego zastanowienia dochodzę do wniosku, że to, iż Ochida nie jest zbyt normalny, w jakimś stopniu pokrywa się z tym, że również na swój wybuchowy i nieznośny sposób jest nieszablonowy, podobnie jak i Ketsueki. Problem polega na tym, że wokalista Kegerou jest inni niż wszyscy, ale w gorszym tego słowa znaczeniu – jest chamski, grubiański, wredny, ma manię wielkości i…
… i…
…i jest zajebiście przystojny, ma fantastyczny uśmiech i…
Stop!
Alex, otrząśnij się!
Wróć do rzeczywistości i porzuć te senne mrzonki!
No ale pytam na poważnie – czy nie jest logicznym to, że zakochujesz się w osobie, która cię pragnie; odpowiadasz na to, co ona czuje do ciebie? Czy nie tak zawsze było we wszelakich harlequinach i dramach? Więc dlaczego, mimo iż Crena zdeklarował, że się mną interesuje, to ja wciąż delikatnie spycham go na drugi plan, gdyż pierwszy zajmuje ten cholerny tetryk? Dlaczego wywyższam ponad osobę, która wykazała mną zainteresowanie, kogoś kto jest po prostu zimnym i zajebiście przystojnym draniem?
Chora sytuacja.
Jakby tego było mało to ta sytuacja robi się jeszcze bardziej chora, kiedy uwzględni się, że z Ketsuekim spędziłem jeden dzień, mam jedynie jego wizytówkę, a on z kolei ma dziewczynę i mieszka w Fukanace, która jest odległa od Tokio o tysiące kilometrów. Za ścianą mam tego zdziadziałego choleryka, o którym nie mogę przestać myśleć w kontekście wybiegającym poza sferę, w której można byłoby uplasować przyjaciela, przez co czuję się cholernie niezręcznie; zupełnie tak, jakby on mógł usłyszeć te wszystkie nieprzyzwoite myśli.
Zwariuję…
Nagle drzwi otworzyły się energicznie, przerywając mój monolog wewnętrzny. Odwróciłem głowę na poduszce, aby móc zobaczyć, kto zawitał w moje progi.
- Długo zamierzasz się jeszcze wylegiwać w tym łóżku? – w progu drzwi stanął brunet z rękami założonymi na piersi. – Wstawaj, nierobie jeden! – prychnął.
W normalnej sytuacji zapewne rzuciłbym jakąś kąśliwą uwagę, przewrócił się na drugi bok i na złość zakopał pod kołdrą, ale od pewnego czasu nasze relacje z Daim zmieniły się; albo, uściślając, to moje nastawienie zmieniło się, gdyż jego zachowanie względem mnie wciąż pozostawało takie samo. Bez słowa sprzeciwu wywindowałem się do pozycji siedzącej i odgarnąłem niesforne kosmyki włosów z twarzy. Udało mi się stłumić rozdzierające ziewnięcie. Ostatnio przez te wewnętrzne rozterki nie mogłem spać…
- Wyglądasz paskudnie; jakby ci ktoś oczy podbił – stwierdził. Ta, nie ma to jak komplement z samego rana, prawda? I ja się w nim zadurzyłem? Sam nie mogę w to uwierzyć… - Co ty robisz po nocach, że z rana zawsze jesteś niewyspany? Od kilku dni muszę cię budzić, bo zapewne, gdyby nie moja interwencja, to nie podniósłbyś się z łóżka do wieczora – cmoknął z niezadowoleniem.
Nie odpowiedziałem. Podniosłem się z trudem z materaca i chwiejnym krokiem ruszyłem do szafy. Rozsunąłem jej przesuwane drzwi i utkwiłem spojrzenie w stosie spodni i t-shirtów, byleby tylko nie musieć spoglądać w te czekoladowe otchłanie – jeszcze bym się zapomniał i chlapnąłbym coś głupiego!
- Nie podoba mi się twoje zachowanie – muzyk zbliżył się do mnie. Niepewnie spojrzałem na niego kątem oka. Był tak blisko, że czułem ciężki zapach jego mocnych perfum. – Co się z tobą dzieje? Zmieniłeś się… Stałeś się nieco anemiczny… i małomówny… Coś cię gryzie? – dopytywał. Pierwszy raz widziałem takie zainteresowanie z jego strony; aż się zdziwiłem.
- Nie, wszystko w porządku – odparłem beznamiętnie i chwyciłem pierwsze lepsze czyste ubrania, po czym skierowałem się do łazienki.

***
Obecność Ochidy z pewnością nie wpływa na mnie zbyt dobrze – przykładem może być choćby to, że teraz paradowałem jak idiota w turkusowych spodniach i czarnej, półprzezroczystej koszuli z a’la skórzanymi rękawami – kuźwa, skąd takie coś wzięło się w mojej szafie? Chyba Saitou znów się pomylił, roznosząc wyprasowane przeze mnie ubrania na swoje miejsca…
Ślęczałem już półgodziny nad kubkiem zielonej herbaty, który był dziś moim śniadaniem. Nie, wcale nie chodzi o to, że nie mogłem jeść z miłości, nie. Właściwie to zamarzyła mi się kanapka. Wiecie, taka zwykła, ot co – ale to Japonia, a więc ciężko tu dostać zwykły chleb pszenny. Japończycy mianem „chleba” nazywają wyrób z ciasta drożdżowego, w którego środku kryje się nadzienie ze słodkiej aż do bólu zębów fasoli. Ech, nigdy nie pomyślałbym, że zatęsknię za taką błahą rzeczą jak kanapki… Naprawdę, kiedy zbyt długo siedzisz w domu i nie masz, co robić, zaczynasz myśleć o pierdołach… Właśnie! Może gdybym w końcu znalazł pracę, wróciłaby mi zdolność jasnego myślenia i minęłaby ta chora fascynacja chłopakiem, którego ledwo znam i gbura, który przez większość czasu ma minę, jakbym ośmielił się zrobić filety z jego ukochanej złotej rybki?

***
- Nie wierzę… - wydusił z siebie wokalista Kagerou. – A już myślałem, że zaraz zaczniesz ode mnie żebrać na utrzymanie… - wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami.
- Ha, ha – skwitowałem. – Uśmiałem się jak nigdy – burknąłem.
- Olej go, Alex-chan! – Ito objął mnie po przyjacielsku ramieniem. – Trzeba uczcić to, że w końcu udało ci się znaleźć pracę! Musimy to oblać! – wykrzyknął radośnie, jednak zaraz się zreflektował pod naciskiem miażdżącego spojrzenia Daisuke. - …soczkiem, rzecz jasna – dodał, uśmiechając się przy tym przesłodko.
- Dopóki nie będziesz pełnoletni, zapomnij o oblewaniu czegokolwiek – warknął brunet, po czym skierował się w głąb korytarza.
- Dobra, mniejsza z Daim! – blondyn machnął lekceważąco ręką. – Powiedz, gdzie wyczaiłeś tę ofertę pracy? – zainteresował się.
- Bezkres Internetów – odparłem rzeczowo.
Tak, moi mili, koniec słodkiego lenistwa, którego, notabene, od pewnego czasu miałem już dość, gdyż miałem wrażenie, że od nieróbstwa robią mi się odleżyny na dupie. Nawet zajmowanie się obowiązkami domowymi, takimi jak sprzątanie, nie było w stanie przezwyciężyć myśli, że jestem bezrobotny. Niepotrzebny. Ja po prostu lubię mieć coś do zrobienia. Lubię tę świadomość, że jestem przydatny, że ktoś na mnie liczy, że coś ode mnie zależy.
Dobra, ale przejdźmy do sedna rzeczy – oczywiście podstawowe pytanie brzmi: cóż to za praca? Czego się spodziewacie? Wysokie stanowisko programisty w znanym koncernie technologicznym w rodzaju Asusa czy Toshiby? Dobrze płatna robota grafika komputerowego tworzącego reklamy telewizyjne, za które spółki płacą krocie? No to w takim razie przeliczyliście się; i to grubo. Posada jaką objąłem nie była żadną górnolotną. W zasadzie to tylko po części dotyczyła tego, o czym tak naprawdę miałem pojęcie - a więc informatyki. Aby już nie przedłużać napięcia, powiem wprost, że zostałem po prostu recepcjonistą w trójgwiazdkowym hoteliku jakich pełno. W ogłoszeniu było napisane, że potrzebują kogoś młodego, dyspozycyjnego, znającego dobrze języki obce oraz posiadającego wiedzę na temat komputerów – no to viòla, oto jestem ja! Bez zarzutu znam angielski, liznęło się trochę w szkole niemieckiego, choć przyznam, że germanistą nie jestem. Moja wymowa pozostawia wiele do życzenia, gdyż mam tendencje do wciskania w niemieckie słówka tego charakterystycznego angielskiego „ł”, przez co wychodzi mi między innymi: „ałwidełzejn”. Umiem też całkiem nieźle po francusku, norwesku no i oczywiście po japońsku, a dodatkowo mam wykształcenie informatyczne, więc można powiedzieć, że jestem, może nie idealnym kandydatem, ale w gruncie rzeczy, od biedy nadającym się. Niestety nie mogłem pochwalić się żadnym certyfikatem czy ukończoną szkołą pod kierunkiem turystycznym, dlatego przewidywałem, że w najbliższym czasie, żeby zachować posadę, będę musiał kopsnąć się na jakieś kursy uzupełniające, a może nawet pokwapić się o studia zaoczne…
Umowa-zlecenie.
Moja pierwsza praca w Kraju Kwitnącej Wiśni.
Właściwie to już nie mogę się doczekać.
- Alex-chan? – z zamyślenia wyrwał mnie głos nastolatka. Spojrzałem na niego pytająco. – Wiesz… Może dość dziwnie to zabrzmi, ale już od dłuższego czasu cisnęło mi się to na usta… - nieco się zmieszał.
- O co chodzi? – dociekałem.
- No… Mówiąc wprost, to cię podziwiam.
- Mnie? – zdziwiłem się. – Niby za co?
- Za zdolność szybkiego dopasowywania się do nowego otoczenia – powiedział otwarcie. Spuścił wzrok, nie chcąc patrzeć mi w oczy. Był zawstydzony. – No bo… dla mnie początki są zawsze trudne. Nawet kiedy zmieniałem szkoły, pierwsze półrocze było dla mnie okresem „kwarantanny”, że tak to nazwę… a ty… a ty tak szybko ze wszystkim się oswajasz. Jest to dla mnie coś niesamowitego, bo kiedy myślę o tym, że niestety kiedyś przyjdzie mi skończyć szkołę średnią i będę zmuszony ruszyć na studia, i kolejny raz przeżyć tę „kwarantannę”, to aż robi mi się słabo; a przecież to zmiana szkoły, tylko szkoły. Ty wyjechałeś do innego kraju, gdzie panuje zupełnie inna kultura; w ogóle wszystko jest inne! Nie miałeś tu żadnych znajomych, prawdę mówiąc, pojechałeś w ciemno, a życie postanowiło cię nie oszczędzać. Najpierw problemy z lokum, potem Daisuke, sponsa mówiący po starojapońsku… Właściwie to jestem zszokowany tym, że tak szybko przyzwyczaiłeś się do Daiego. Akihito odwiedza mnie od ponad roku i wciąż się go panicznie boi…
- Właściwie to ja się nie przyzwyczaiłem do Ochidy – wyznałem.
- Co? – blondyn aż podniósł głowę, przestając krytycznie kontemplować swoje białe, rodem z reklamy Persila, skarpetki.
- No to, co słyszałeś – wzruszyłem ramionami. – Szczerze powiedziawszy, to ja też się go trochę boję... czasami… – dodałem dobitnie.
- No ale… ale nawet to jak się zachowujesz tutaj; zawsze moi lokatorzy przez pierwsze miesiące byli cisi, bali się cokolwiek zrobić samemu, a ty… ty zachowujesz się, jakbyś był tu od dawna. Jakby to był twój dom od zawsze, tylko po prostu wyjechałeś na bardzo długi czas i po powrocie potrzebowałeś dosłownie chwilki na zaklimatyzowanie się z powrotem w japońskich realiach codzienności – spoglądał na mnie niczym szczeniak na nową zabawkę.
- Jak ty to ładnie ująłeś – zachichotałem pod nosem. - Cieszę się, że taki obraz udało mi się zbudować w twoich oczach – uśmiechnąłem się niewesoło. Ruszyłem w stronę salonu, gdzie następnie rozsiadłem się na fotelu, który najczęściej okupowany był przez muzyka. – Niestety, nie jest on prawdziwy.
- Alex?
- Hm? – podniosłem wzrok na chłopaka, który ślęczał nade mną.
- Nie tęsknisz za rodziną?
Minęła długa chwila nim zebrałem się na odpowiedź.
- Tęsknię – przyznałem cicho. – Tęsknię jak cholera – przełknąłem nerwowo ślinę.
- Nigdy nie wspominałeś o domu… Utrzymujesz kontakty z rodziną? – zainteresował się.
- Przede wszystkim z siostrą. Piszę krótkie wiadomości, ona z kolei wysyła mi całe referaty zawierające uwzględnienia najmniejszych pierdół; łącznie z tym, ile sierści wypadło naszemu psu – zaśmiałem się, choć wcale nie było mi do śmiechu.
- Naprawdę?
- Nie no – machnąłem ręką. – Przesadzam. Po prostu… chyba chce, abym wciąż był na bieżąco, jeśli chodzi o to, co dzieje się w domu – wzruszyłem ramionami.
- A dlaczego z nią nie porozmawiasz? Przecież lepiej jest mówić niż pisać; rozmowa lepiej się klei, no i więcej można przekazać… - zauważył.
Minęła kolejna, tym razem jeszcze dłuższa chwila nim udało mi się opanować, przełknąć zbierającą się w gardle gulę i wydusić z siebie:
- Wolę pisać. Nie chcę rozmawiać z nią twarzą w twarz, nawet jeśli dochodzi do tego pośrednictwo jakiś internetowych programów jak Skype. Jestem pewien, że gdybym ją zobaczył, rozpłakałbym się jak małe dziecko – uśmiechnąłem się pod nosem, zwieszając głowę. – Naprawdę tęsknię…
W tym momencie dałbym sobie rękę uciąć, że z korytarza doszedł mnie cichy odgłos, podobny do tego, który towarzyszy gwałtownemu wciągnięciu powietrza. Spojrzałem w tamtym kierunku, jednak nieskazitelny mrok panujący w tamtej części mieszkania zdawał się być niezmącony przez żadną nieczystą duszę. Ciemności zebrało się na westchnięcia, co? Uśmiechnąłem się kwaśno pod nosem.
- Słuchaj… a właściwie to jakiej ty jesteś narodowości? – blondyn zadał to pytanie, jakby było czymś absolutnie normalnym.
- Chwila… Saitou, chcesz mi powiedzieć, że mimo iż mieszkamy ze sobą tyle czasu, to ty jak do tej pory wiedziałeś tylko jak się nazywam? – spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
- No i jak wyglądasz! – dodał, jakby to coś miało zmienić. Pacnąłem się otwartą dłonią w czoło. Boże, co za idiota… - No więc? – dopytywał. – Co z tą twoją narodowością?
- Jestem półpolakiem-półnorwegiem.
- Co? – zdziwił się.
- Jajco – warknąłem. – Po prostu moi rodzice nie pochodzą z tego samego kraju. Matka jest z Polski, a ojciec z Norwegii, przez co mam też podwójne obywatelstwo – wyjaśniłem.
- Podwójne? – powtórzył niczym zacięta płyta. – Znaczy polskie i norweskie?
- Nie, mozambickie i czeczeńskie – przewróciłem oczami.
- Serio? – aż otworzył oczy szerzej ze zdumienia. – Chwila… Żartujesz sobie ze mnie, prawda? – spojrzał na mnie krytycznie.
- No brawo… - westchnąłem ciężko. – Saitou, proszę, powiedz mi, czy wy macie tu w Japonii w szkole taki przedmiot jak wiedza o społeczeństwie albo coś w ten deseń? Wiesz, że uczysz się o regulacjach prawnych obowiązujących w twoim kraju i na świecie…  i tak dalej…
- No mamy – przyznał. – Ale co to ma do rzeczy?
- Rozumiem, że nie chodzisz na te lekcje?
- Chodzę – wzruszył ramionami. – Ale nic na nich nie robię.
            - Widać.. - uśmiechnąłem się pobłażliwie.

***
Jeśli miałbym coś powiedzieć na temat pracy zaledwie po przepracowaniu kilku dni, to określiłbym ją dwoma słowami: zajebiście nudna. Właściwie to nie robię nic oprócz silenia się na sztuczne uśmiechy, od których bolą mnie już policzki, podaję klucze i odbieram telefony (notabene telefon na recepcji ma strasznie irytujący dźwięk. Rozważałem takową możliwość, że po wysłuchaniu jakiegokolwiek dzwonka miliony razy dziennie, każdy denerwowałby mnie do granic możliwości, ale to nie jest istotne). Moje stanowisko pracy nie było jakieś fenomenalne – ot siedziałem na wysłużonym, trzeszczącym złowrogo pod moim ciężarem (a raczę przypomnieć, że nie ważyłem dużo więcej niż przeciętny Japończyk) głębokim fotelu obrotowym obitym powycieraną, czarną skórą. Na równie wysłużonym biurku wykonanym z jasnego drewna czy raczej sklejki obklejonej powłoką, która miała imitować drewno, stał komputer stacjonarny. Nie był najnowszy, ale podejrzewam, że szanowny patriarcha Abraham także go nie używał, więc ogólnie nie było aż tak źle. Poprawiłem jego wydajność pozbywając się kilku trojanów, plików-śmieci i naprawiając błędy dysku C, więc w zasadzie mogłem powiedzieć, że funkcjonował całkiem przyzwoicie. Za moimi plecami znajdował się wysoki regał, do którego półek zostały poprzybijane niewielkie haczyki, na których z kolei wisiały klucze do kolejnych pokoi. Przed sobą, oprócz biurka, miałem wysoki kontuar z kamiennym blatem w dziwnym zielonkawym odcieniu. Leżały na nim rozłożone ulotki z reklamami oraz ofertami hotelu, w którym zostałem zatrudniony, póki co na okres próbny. Recepcja sama w sobie zajmowała jedynie niewielki kąt w dość obszernym, ale urządzonym w kiczowatym stylu hallu, do którego bezpośrednio wchodziło się z ulicy. Na podłodze leżała czerwona wykładzina w złote wzroki, która śmierdziała starością. Pod przeciwną ścianą do tej, pod którą znajdywało się moje miejsce pracy, stała kanapa na wysokich, drewnianych nóżkach z obiciem w kremowo-różowe pasy oraz kilka krzeseł do kompletu porozstawianych między niskimi, masywnymi stolikami, których blaty zakrywały identyczne broszury jak na kontuarze. Ściany oklejone były jasną tapetą w brzoskwiniowe wzory, które ja nazywałem „crazy-fantazy” (czyt. krejzi-fantejzi od aut.). Ogółem, ktoś chciał, aby tchnęło z tego pomieszczenia majestatem i przepychem rodem z końca XIXw., jednak wyszło kiepsko, biorąc pod uwagę, że meble były zapewne kupowane na bazarze staroci, a wykładzina i tapety po przecenie, czyli były towarami, które zalegały na składzie, ewentualnie właścicielka mogła je dostać w spadku od jakiegoś znajomego, który się przeprowadzał…
Jaka była moja szefowa? Była to miła kobieta po czterdziestce; przynajmniej takie wrażenie zrobiła na mnie podczas rozmowy o pracę oraz tych naprawdę nielicznych chwil, które przyszło nam ze sobą spędzić, choćby mijając się na zapleczu, mieszczącym się w pomieszczeniu za recepcją. Właścicielka, pani Yukimoto, przesiadywała w swoim gabinecie, który mieścił się na końcu korytarza na parterze i, jak zgadywałem, zapewne usilnie próbowała wiązać koniec z końcem. Gości było niewiele, dlatego ciężko zapewne było wyjść z podobnym interesem na plus. Na czterdzieści trzy pokoje zajętych było osiem. Dużo osób dzwoniło, jednak po usłyszeniu oferty, szybko dziękowali za informacje i rozłączali się.
Najgorzej było w nocy. Dlaczego? Głównie dlatego, że strasznie mi się nudziło. Siedziałem w pustym hallu i gapiłem się w sufit. Nigdy nie lubiłem grać w pasjansa, a z kolei nie chciałem grać w choćby jakieś gry przeglądarkowe, bo niby jak miałbym się z tego wytłumaczyć z tego, gdyby pani Yukimoto nakryłaby mnie? Jakby nie patrzeć, byłem w pracy i nie miałem prawa robić takich rzeczy. W każdym razie nudziło mi się nieprzeciętnie, a nawet mimo najszczerszych chęci nie udałoby mi się wytrwać całej nocy gapiąc się w sufit i nie zajmując się czymkolwiek innym, dlatego też zacząłem nosić do pracy książki; szczególnie, kiedy trafiała mi się nocka. W końcu zacząłem korzystać z tej ogromnej biblioteczki, która zajmowała całą ścianę w moim pokoju. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o książki, przede wszystkim powieści, to mogłem podać sobie rękę z Daisuke (gdyż nie ulegało wątpliwości, że są to własności Ochidy, albowiem Saitou czytał jedynie mangi i stronił od tradycyjnych książek). Aż dziw, że mogę mieć coś wspólnego z tym zdziadziałym tetrykiem… Chociaż w sumie to dobrze. Będę musiał porozmawiać z nim o literaturze. Możliwe, że wspólny temat pomoże nam się jakoś do siebie zbliżyć, co z czasem może zaowocować tym, że w końcu moje nieprzyzwoite myśli względem muzyka ziszczą się…
Skrzywiłem się nieznacznie pod nosem i poczułem ucisk w żołądku, kiedy tylko pomyślałem o wokaliście Kagerou. Dziwnie się czułem, kiedy rozmyślałem o nim w ten sposób… Wciąż nie mogłem oswoić się z myślą, że zauroczyłem się w nim. To było takie… nie na miejscu… Jest dużo starszy ode mnie, wredny, cyniczny, a w dodatku nasze relacje są ciężkie do określenia, jednak z pewnością nie są zdrowe. Ten człowiek w ogóle jest dziwny… a może właśnie to jest przyczyną tego, że się w nim zadurzyłem?
Przygryzłem wewnętrzną część policzka, aby wyrwać się z wiru myśli o brunecie. Im mniej o nim myślałem, tym lepiej. Od pewnego czasu zacząłem go także unikać, gdyż w jego obecności dostawałem skłonności do oddawania się czynnościom, które przeczyły zasadom zdroworozsądkowym, co dziwiło nawet mnie. Jednocześnie ciągnęło mnie do niego i odpychało – cóż za paradoks…
Skupiłem się ponownie na przerwanym w środku akapicie. Materiał mojego uniformu, na który składały się czarne spodnie, biała koszula oraz kamizelka; z przodu bordowa - z tyłu czarna – szeleścił nieprzyjemnie, kiedy poprawiałem się na krześle. Odrzuciłem do tyłu włosy, które opadały mi na twarz i przysłaniały tekst.
- Alex-san? – usłyszałem za sobą głos.
Ponownie przerwałem lekturę. Odwróciłem się na krześle i podniosłem głowę, aby spojrzeć na wysokiego Japończyka o kruczoczarnych włosach sięgających szczęki i alabastrowej cerze, która kontrastowała z kolorem jego włosów. Co mnie zdziwiło, tęczówka w jego prawym oku miało barwę brązową, a w lewym zieloną. Nie wyglądało to jednak tak sztucznie jak u Ketsuekiego – kolory jego oczu były bardziej naturalne. Przypatrywałem mu się uważnie, jednak nie dostrzegłem tych ledwo widocznych, błękitnawych zarysów soczewek, co nakierowało mnie na to, że chłopak musiał cierpieć na heterochromię (heterochromia jest to przypadłość, która objawia się tym, że dany człowiek ma jedno oko danego koloru, a drugie drugiego od aut.).
- Cześć – przywitał się dość sztywno i postąpił w moją stronę kilka kroków. Chciałem uśmiechnąć się na powitanie, aby nieco go ośmielić, jednak zaraz skrzywiłem się paskudnie, kiedy coś nieprzyjemnie strzeliło mi w szczęce.
- Au… - jęknąłem, łapiąc się za obolałą żuchwę.
- Wiedzę, że nie jesteś jeszcze wprawiony – zaśmiał się. – Jestem Fujimaru Takara – przedstawił się – i jestem tu hostem... no i w zasadzie to równocześnie boyem hotelowym.
- Miło mi cię poznać, Fujimaru-san – odłożyłem książkę na biurko, wstałem i wyciągnąłem rękę w jego stronę, którą on mocno uścisnął.
- Słyszałem, że niedawno pojawił się nowy pracownik, więc chciałem cię poznać… - mruknął. – Byłem ostatnio na zwolnieniu lekarskim, więc nie miałem okazji zobaczyć cię wcześniej, a… znaczy, nie spodziewałem się, że będzie to ktoś twojego pokroju…
- Chodzi ci o to, że jestem obcokrajowcem? – zmarszczyłem delikatnie brwi, nie chcąc pokazać swojego niezadowolenia, choć szczerze powiedziawszy, źle przyjąłem jego słowa.
- Nie, nie – podniósł ręce w obronnym geście. – Raczej… o twój wygląd…
- To znaczy? – spojrzałem na niego podejrzliwie. – Co ci się nie podoba w moim wyglądzie?
- Nic! – zaoponował ostro. – Właśnie podoba mi się!
- A więc podobam ci się? – zdziwiłem się. O dobry Buddo, tylko nie mówcie mi, że to ktoś pokroju Creny, bo drugiego takiego awangardzisty nie zniosę…
- Co? – uniósł brwi. – Ale nie w takim sensie! Nie jestem tobą zainteresowany w sensie seksualnym! Przecież nie jestem gejem! – ostatnie zdanie wypowiedział jakby było ono rzeczą oczywistą, bo przecież to nienormalne interesować się tą samą płcią…
- Przepraszam, ale masz jakiś problem z akceptowaniem homoseksualistów? – rzuciłem mu nieprzychylne spojrzenie. – Jeśli tak, to wybacz, ale masz problem, ponieważ ja nim jestem – rozłożyłem ręce, podkreślając, że jeśli w rzeczywistości jest nastawiony na „anty”, to nasza rozmowa dobiegła końca. Nie zamierzałem zadawać się z homofonami; bądź co bądź przeszedłem też wiele nieprzyjemnych chwil głośno przyznając się do swojej odmiennej orientacji seksualnej i wolałem sobie tego zaoszczędzić…
- Nie! – pokręcił energicznie głową. – Nie rozumiemy się! Chodzi mi o to, że bardzo podobają mi się twoje włosy! – wyjaśnił.
- Och… - zreflektowałem się.
Takara postąpił kolejne kilka kroków w moją stronę i ujął w dwa palce pasmo moich włosów, przyglądając się mu z zainteresowaniem.
- Naturalne? – zapytał. – Jak długo je zapuszczałeś? – dociekał.
- Tak, tak, naturalne; niedoczepiane, niefarbowane… Myślę, że zapuszczałem je około siedmiu lat… - przekalkulowałem szybko w pamięci.
- To naprawdę długo! – zdumiał się. – Nigdy jeszcze nie spotkałem się z kimś, kto miałby naturalnie tak jasne włosy – uśmiechnął się nieznacznie. – Naprawdę, niesamowite…
Szczerze powiedziawszy poczułem się nieco niezręcznie, kiedy ktoś tak otwarcie wychwalał, nie kryję, że sam również tak uważałem, jeden z moich największych atutów.
- Ee… - zająknąłem się. – Dziękuję.
W tym momencie odezwał się mój telefon. Korzystając z tego, że byliśmy tu sami, pozwoliłem sobie na odebranie połączenia.
- Skarbie – odezwał się głos po drugiej stronie, nim zdążyłem choćby się przywitać czy wypowiedzieć standardowego „moshi, moshi” („moshi, moshi” to odpowiednik polskiego „halo” od aut.) – ostatnio zauważyłem, że dużo czasu spędzasz w jakimś hotelu. Czy ty straciłeś dach nad głową?
- Crena? – zdziwiłem się, gdyż nie zdążyłem nawet rozpoznać numeru na wyświetlaczu nim odebrałem. – Skąd ty…?
- Oj, kochanie, jako informatyk chyba powinieneś wiedzieć, że na podstawie sygnału, jaki nadaje twoja komórka, bez problemu mogę ustalić twoje obecne położenie – zachichotał słodko; niczym szarlatan.
- Ty mnie śledzisz?! – wykrzyknąłem; sam nie wiem czy w tej chwili byłem zły, czy po prostu zdziwiony do granic możliwości.
- Oj tam, zaraz śledzisz – niemalże usłyszałem, jak macha lekceważąco ręką. – Czy to źle, że chcę wiedzieć, gdzie podziewa się mój ukochany podczas mojej nieobecności?
- Crena, ja ci przypominam, że ty masz dziewczynę – warknąłem. – Chyba, że już z nią… - zreflektowałem się.
- Nie, jeszcze jej nie rzuciłem, bo ty oficjalnie nie zdeklarowałeś, że chcesz ze mną być – wciąż chichotał radośnie, a ja nie wiedziałem, co jest powodem jego uciechy.
- Co cię tak bawi?
- Po prostu cieszę się, że mogę porozmawiać z moich skarbem – cmoknął do słuchawki, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że pragnie mnie pocałować.
- Nie nazywaj mnie tak… - westchnąłem.
- A jak wolisz? Alex-chan brzmi lepiej?
- Niech będzie – z powrotem opadłem na swoje siedzisko.
- No, nie odpowiedziałeś na moje pytanie – przypomniał. – Więc jak jest z twoim zakwaterowaniem? Jeśli masz jakieś problemy, to dzwoń do mnie! Możesz zamieszkać ze mną! Właściwie rozejrzałem się trochę za ofertami pracy pod twoim kątem i znalazłem kilka ofert, które mógłbyś rozpatrzeć, ale rzecz jasna wszystko w Fukanace, więc musiałbyś się do mnie przenieść i…
- Crena – przerwałem jego monolog – ja właśnie pracuję w tym hotelu.
- Naprawdę? – zdziwił się.
- Nie na niby – żachnąłem.
- Nie rozumiem...
- No oczywiście, że naprawdę, imbecylu! – sapnąłem z politowaniem.
- Ja tu do ciebie z czułościami, a ty mnie wyzywasz – westchnął z rozżaleniem. – Ale i tak cię lubię – zaśmiał się.
- Lubisz? – powtórzyłem niepewnie.
- Alex-chan, sam przyznałeś, że ledwo co się znamy; ja też potrzebuję czasu, aby się w tobie zakochać… co jednak nie zmienia faktu, że mnie pociągasz! – znów ten szarlatańczy chichot.
- Jasne… - mruknąłem nieco zmieszany. Znów poczułem ucisk w żołądku, a w sercu pustkę wywołaną niepewnością. Przeszło mi przez myśl, że jestem niesprawiedliwy. Crena mnie lubi; przynajmniej lubi. A Dai? Ochida z wielką chęcią zamordowałby mnie na miejscu; mimo wszystko to jednak jego bardziej pożądam… To… takie nielogiczne… - Coś jeszcze chciałeś? – zapytałem rzeczowo.
- Oj, jakiś ty oschły – cmoknął z niezadowoleniem. – Mógłbyś się trochę postarać, wiesz? – prychnął. – Czy to źle, że martwię się o ciebie i interesuję tym, czy masz gdzie mieszkać?
- No… nie – przyznałem w końcu. – Dziękuję za troskę.
- Już lepiej – byłem pewien, że się uśmiechnął. – Aa… Skoro pracujesz w hotelu, to może załatwiłbyś mi pokój, co, skarbie? Niedługo znów przyjeżdżam na nagrania, a jeśli jest możliwość, żeby spotykać się z tobą prawie non stop, to chcę ją koniecznie wykorzystać.
- Kiedy dokładnie przyjeżdżasz?
- Jakoś w przyszłym tygodniu. Wszystko jeszcze zależy od tego, kiedy zmobilizują się chłopaki z grupy technicznej; dam ci jeszcze znać, okej? Ale masz tam jakiś wolny termin?
- Jasne. Właściwie to większość pokojów stoi pusta, więc możesz sobie przebierać w nich i wybrzydzać – zaśmiałem się pod nosem.
- Jeszcze lepiej! – odpowiedział mi tym samym. – No to do zobaczenia niebawem, kochanie! Kolorowych i zboczonych snów; rzecz jasna tylko i wyłącznie o mnie! – zachichotał.
- Crena… - warknąłem.
- Alex – nagle spoważniał, co nieco mnie zaniepokoiło.
- Słucham.
- Właściwie to mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
- Jaką?
- Obiecaj mi coś – wziął głębszy wdech. – Obiecaj mi, że kiedy przyjadę, kiedy się spotkamy, pocałujesz mnie; z własnej woli, dobrze? Liczę na długi i namiętny pocałunek, zgoda? – przez dłuższą chwilę milczałem. – Obiecasz mi to? Proszę… - kolejna chwila. – Alex, może cię to zdziwi, ale twoje uczucia są dla mnie ważne. Jeśli coś do mnie czujesz, nawet jeśli jest to najmniejsza iskierka uczucia, proszę, okaż mi to. Jest to dla mnie takie ważne, ponieważ chcę wiedzieć, że nie jest to jednostronne zainteresowanie… - i znów cisza. – Alex…
- Obiecuję… - szepnąłem.
- Dziękuję – z pewnością uśmiechnął się ponownie.
Rozłączyłem się. To było piękne pożegnanie; aż mi się ciepło na sercu zrobiło. Właściwie to w życiu nie posądziłbym Ketsuekiego o to, że może być taki romantyczny… Zagryzłem wargę.
- Ktoś cię nachodzi? Prześladuje? – zapytał niepewnie Fujimaru, który przez cały czas przysłuchiwał się moim odpowiedziom.
- Mniej więcej…
- W takim razie powinieneś zgłosić to na policję i…!
- Nie – przerwałem mu, kręcąc głową.
- Dlaczego? – zdziwił się.
- Bo kocham tego wariata – uśmiechnąłem się do siebie pod nosem. – Chyba...
Coś czuję, że Crena nie da mi w spokoju poczytać książki…