Gra Halloweenowa 2017

Dobra, trochę się spóźniłam, bo makijaże Halloweenowe, których notabene wykonałam dziś chyba z 10 trochę mnie zaabsorbowały, ale niemniej, endżoj!

Gra Halloweenowa 2017


Witam w kolejnej grze z okazji Halloween! Kto już się cieszy? C:
No, to teraz ostudzę Wasz entuzjazm. Bo wcale nie powinnyście się cieszyć. W tym roku byłam naprawdę okrutna i postanowiłam się nad Wami trochę poznęcać C’’: Tym razem zostałyście porwane i ktoś będzie musiał Was uratować. Kto będzie Waszym wybawcą? I czy faktycznie będzie to wybawca czy zamienicie siekierkę na kijek, wejdziecie z deszczu pod rynnę, zamieniając jednego oprawcę na drugiego? Przekonajmy się razem!


Instrukcja:
Tradycyjnie, kawałek kartki lub czegoś innego, po czym możecie gryzmolić (jak dla mnie to może być ściana albo nawet gliniana tabliczka, obojętnie, nie wiem, co tam Wam najbliżej leży pod ręką wyznawczynie szatańskiego święta xD) i coś do gryzmolenia (długopis, ołówek, kredka, kreda, węgiel, krzepnąca, świńska posoka etc.) mogą okazać się przydatne do notowania odpowiedzi na kolejne pytania, aby następnie finalnie móc podliczyć ilość zdobytych punktów.

  1. Obudziłaś się skołowana, obolała i zmarznięta. Przełknęłaś z trudem i rozlepiłaś opuchnięte, zaropiałe oczy. Dźwignęłaś się na łokciach, unosząc głowę wraz z klatką piersiową, rozglądając się po nieznanym, ciemnym pomieszczeniu, w którym przyszło Ci się znaleźć. Zimno bijące od betonowej posadzki było przejmujące i sprawiało, że Twoje kończyny wydawały się być wręcz zmartwiałe. Nie miałaś pojęcia, jak się tutaj znalazłaś ani tym bardziej, z jakiego powodu. Co robisz?
  1. Niepewnie winduję się do pozycji siedzącej. Zmarznięta otulam ramionami własne kolana, rozglądając się po pomieszczeniu, szukając detali, które mogłyby mi podpowiedzieć, gdzie się znajdowałam. Jednocześnie próbowałam przebić się przez obezwładniającą ścianę bólu powstałą w moim umyśle, usiłując przypomnieć sobie, co robiłam i gdzie byłam zanim się tutaj znalazłam. Póki co nie zamierzałam ruszać się z miejsca. Musiałam to wszystko jakoś sobie poukładać i opracować plan działania.
  2. Mimo mocnych zawrotów głowy winduję się do pozycji stojącej i zaczynam krążyć po pomieszczeniu w poszukiwaniu wyjścia. Przecież muszą tu być jakieś drzwi, nie?!
  3. Siadam i rozglądam się, ale dookoła widzę tylko ciemność. Z oddali dochodzi mnie odgłos kapiącej wody, jednak żadnych hałasów świadczących o cudzej obecności. Mimo wszystko i tak nabieram tchu w płuca i krzyczę donośnie: „Halo, jest tu kto?!”.
  4. Siadam i drżę z zimna. To jakiś koszmar. Jak tak banalny, nierealny scenariusz mógł przytrafić się takiej osobie jak mi? No nie wierzę! Do oczu zaczynają napływać mi łzy. Gardło zaciska się, zaczynam ciągać nosem. Ocieram oczy brudnymi rękawami bluzy. Siedzę i nie ruszam się z miejsca. Nie wiem, dokąd mam iść. Będę czekać na ratunek. Ktoś kiedyś zacznie mnie szukać, prawda? A najlepszym wyjściem, kiedy jesteś zagubionym, to zostać w miejscu, żeby nie minąć się ze swoim wybawcą.


  1. Po pewnym czasie budzi się w tobie promyk nadziei, kiedy słyszysz odgłosy otwieranych ciężkich, zapewne metalowych drzwi szorujących po posadzce, kroki, przyciszoną, luźną rozmowę prowadzoną między dwoma mężczyznami, ich urywane śmiechy. Co robisz?
  1. Nie wiem, gdzie są te pieprzone drzwi, bo w tej ciemności nic nie widać, ale decyduję się walić pięściami w najbliższą ścianę, mając nadzieję, że ci mnie usłyszą. „Hej, mógłby mnie ktoś stąd wypuścić?!” – krzyczę najgłośniej jak potrafię.
  2. Promyk nadziei tak szybko jak się pojawił, tak szybko też we mnie obumiera. Momentalnie spinam się i staram zachowywać jak najciszej. W końcu nie wiem, kim są ci goście. Może to za ich właśnie sprawką się tutaj znalazłam? Lepiej dmuchać na zimne. Nie chciałam dodatkowo pogarszać swojej sytuacji.


  1. W końcu drzwi znajdujące się w miejscu, w którym najmniej mogłabyś się ich spodziewać, otworzyły się z potępieńczym jękiem. W ich progu stanęła dwójka rosłych mężczyzn w strojach, które w normalnych warunkach z pewnością byś wyśmiała. Wyglądały jak jednoczęściowe piżamy w gwiazdki i różne inne, astralne wzorki ze spiczastymi kapturami. Sytuacja nie była jednak zabawna ani trochę w Twojej opinii, gdyż „piżamy” nieznajomych nosiły ślady krwi – burgundwe plamy od razu rzuciły Ci się w oczy w słabym, chorobliwie żółtym świetle dochodzącym z korytarza. „A teraz czas na atrakcję główną, bez której cała impreza w ogóle by się nie odbyła.” – odezwał się jeden z mężczyzn z cwaniackim, krzywym uśmiechem na oszpeconej bliznami, noszącej ślady wiekowego brudu i kilkutygodniowego zarostu mordzie. Co robisz?
  1. Nie podobają mi się ci goście. Nie wyglądają raczej na kogoś przysłanego z firmy „aniołki i spółka”. To zdecydowanie jakieś podejrzane typy, od których lepiej trzymać się z daleka. Niestety, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Pomieszczenie jest stosunkowo niewielkie, zdaje się, że zupełnie nieumeblowane, więc nie mam, dokąd uciec, gdzie się skryć. Odruchowo jedynie cofam się o kilka kroków do tyłu naiwnie licząc, że ich intencje są jednak lepsze niż prezencja.
  2. Nieznajomi nie zyskali sobie mojego zaufania. Spinam się, zaciskam szczęki. Szybko rozglądam się, ale nawet w smudze nikłego światła nie dostrzegam niczego, co mogłoby mi posłużyć jako broń, nie widzę też innego wyjścia. Staram się wyjść z jakimś planem, jednak emocje biorą nade mną górę w chwili, kiedy oprychy ruszają w moją stronę. Nie mogąc wymyślić nic innego, po prostu rzucam się na nich, mając nadzieję przecisnąć się między nimi, wykorzystać efekt zaskoczenia, a następnie zwiać dalej korytarzem… gdziekolwiek ten mnie zaprowadzi.
  3. „O jakiej imprezie tak w ogóle mówimy?” – pytam nieśmiało, starając się panować nad własnym, drżącym głosem. Zdaje mi się, że ichne „piżama-party” może skończyć się dla mnie stosunkowo mało przydatnie, więc staram się załagodzić nieuniknione konsekwencje. Chciałam negocjować, rozpocząć jakąś rozmowę, dogadać się lub przynajmniej czegoś dowiedzieć, jednak mężczyźni nie mieli ochoty wdawać się ze mną w żadne dysputy.
  4. Przełykam z trudem zbryloną ślinę, czuję jak w gardle zbiera mi się nieznośna gula. Obserwuję, jak wyszczerzone typy zbliżają się do mnie niczym dwa drapieżniki ku swojej ofierze na komendę: „Podano do stołu!”. Ten milczący posuwa się do przodu szybciej, wyciąga silne, zniszczone ręce w moim kierunku, jednak ja odskakuję jak oparzona. Mężczyzna marszczy groźnie brwi i próbuje mnie dosięgnąć raz jeszcze, jednak tym razem nie mam już gdzie uciec, gdyż za moimi plecami znajduje się ściana. W takim wypadku nie zostaje mi nic innego jak samoobrona! Uchylam się przed pędzącą w moim kierunku dłonią, która zatrzymuje się na ścianie z hukiem. Oprych mamrocze pod nosem przekleństwa pod moim adresem i syczy z bólu, a ja korzystam z chwili jego nieuwagi. Staję mu na nogę, następnie wyprowadzam cios w szczękę i poprawiam jeszcze kolanem w krocze. Na całe moje nieszczęście jego towarzysz nie ma zamiaru jedynie stać i biernie obserwować, toteż po krótkiej chwili ściska mnie już od tyłu, wykręcając boleśnie moje ręce.


  1. Oprychy w końcu wyprowadzają Cię skrępowaną z zamknięcia. Twoje nadgarstki są spętane, ręce wykręcone do tyłu, jeden z nieznajomych kontrolnie trzyma Cię za kark, który, jakby się wydawało, mógłby pęknąć jak sucha zapałka w jego masywnych dłoniach. Po wystroju wnętrz możesz wywnioskować, że znajdujecie się w jakiś podziemiach, prawdopodobnie piwnicy opuszczonego budynku. Mężczyźni kierują Cię schodami na jeszcze niższy poziom. Co robisz?
  1. Grzecznie daję się prowadzić, mimo iż serce mi łomocze w klatce piersiowej, po plecach spływa zimny pot. Nie ma sensu, żeby stawiać opór. I tak nie uda mi się im uciec. Nie znam planu budowy budynku, nie wiem, gdzie jestem, a poza tym jestem przynajmniej dwa razy mniejsza od prowadzących mnie goryli, którzy mogliby nagle nabrać fantazji zrobienia mi krzywdy, gdybym okazała się nieposłuszna. Mam silne przeczucie, że na niższym piętrze nie czekają na mnie wszyscy moi znajomi z transparentami i confetti, przygotowani do przyjęcia urodzinowego-niespodzianki w bardzo dziwnym, niecodziennym i mocno niepokojącym stylu, jednak obawiam się, że pochopnym działaniem mogłabym tylko dodatkowo pogorszyć swoją sytuację.
  2. Gorzej i tak już być nie może, więc zaczynam krzyczeć i wołać o pomoc. Mam tylko nadzieję, że budynek, w którym się znajdowaliśmy nie mieścił się wedle starej, horrorowej tradycji na jakimś bezludziu i ktoś jednak mógł mnie usłyszeć i ściągnąć pomoc. Szybko jednak zostałam uciszona ostrym ciosem pod żebra wymierzonym łokciem nieznajomego, który jak do tej pory kroczył luźno obok mnie, strofując mnie zimnym spojrzeniem oraz bezdusznym poleceniem: „Zamknij się!”.
  3. Mimo iż oprychy górują nade mną siłą fizyczną, nie poddaję się. Kręcę i wiercę się, próbując odzyskać wolność. Wierzę, że gdybym tylko się wyswobodziła, wszystko jakoś by się już ułożyło. W końcu byłam znacznie zwinniejsza i prawdopodobnie szybsza od tych młotków, więc może udałoby mi się zwiać. Niestety, moje próby zostają ukrócone, kiedy facet za mną brutalnie ciągnie mnie za włosy, odginając moją głowę do tyłu i wzmacniając uścisk na moim karku, przez co krzywię się boleśnie. „Nie kręć się, wszo jedna.” – burczy ostrzegawczo, posyłając mi mrożące krew w żyłach spojrzenie.
  4. Przez chwilę daję prowadzić się w ciszy, próbując obmyślić, co powinnam robić dalej. Wtem doznaję olśnienia. Porywam się na moje zdolności teatralne szlifowane podczas prób wymigania się od pójścia do szkoły pod pretekstem nagłej choroby, która zwaliła mnie z nóg. Wywracam oczy białkami do góry i udaję omdlenie najlepiej, jak tylko potrafię. Moje „bezwładne” ciało obija się boleśnie o podłoże, ale to nie wybija mnie z mojej roli. Miałam nadzieję, że taka zagrywka sprawi, że mój „dozorca” puści pęta, tym samym dając mi możliwość do natychmiastowego odskoczenia i pognania w przeciwną stronę korytarzem nawet ze wciąż związanymi rękami, jednak moi oprawcy nie przejmują się moim stanem tak, jakbym sobie tego życzyła. „No i patrz… Taka się teraz delikatna ta dzisiejsza młodzież porobiła…” – mruknął jeden, na co drugi odpowiedział mu parsknięciem śmiechem. Oprych bez ani krzty współczucia dla mojej pokiereszowanej osoby ciągnie mnie za sznur jak jakiś worek ziemniaków.


  1. Docieracie na niższy poziom, gdzie znajduje się całkiem spora liczba osób ubrana w podobne „piżamy”. Ich miny mówią jednak, że biorą tę sytuację całkiem na serio. Wszędzie dookoła palą się świece. W powietrzu da się wyczuć wilgoć, topiącą się stearynę i metaliczny zapach krwi. Na podłodze został wyrysowany białą kredą okrąg z różnymi, dziwnymi symbolami, który niepokojąco przypomina pentagram. „Co chcecie ze mną zrobić?!” – pytasz spanikowana, jednak nikt Ci nie odpowiada. Zebrani zaczynają coś mruczeć, co brzmi jak klepany pod nosem pacierz wypowiadany śpiewnym, rytmicznym tonem. Jeden z goryli siłą wpycha Cię do okręgu, a następnie przymocowuje końce sznura do metalowych okręgów, które do złudzenia przypominały pierścienie cumownicze. Śpiewy stały się głośniejsze. O czym myślisz?
  1. „To chyba niemożliwe… nie mówcie mi, że mam stać się ofiarą jakiejś pokręconej grupy satanistów?! To koty to już dla nich za mało?!”
  2. „Zginę… Jak nic nie wyjdę z tego cało i w jednym kawałku…”
  3. „Jeszcze nie wszystko stracone! Musi być jakieś wyjście z tej porypanej sytuacji, po prostu musi być! To nie może się tak skończyć!”
  4. Przez mój umysł przebiega zbyt wiele myśli, żeby skupić się na każdej z nich z osobna. W mojej głowie panuje totalny chaos napędzany strachem. Jak w amoku zaczynam się szarpać i krzyczeć niczym zwierzę złapane w pułapkę.


  1. Zakapturzona postać podchodzi do Ciebie od tyłu. W splecionych, wzniesionych ponad głowę dłoniach trzyma złoty, zakrzywiony sztylet. Próbuje zadać Ci nim śmiertelny cios, jednak w porę udaje Ci się uchylić, przez co ostrze przecina jedynie powietrze. Twój niedoszły kat nie zniechęca się i próbuje jeszcze raz. Znów uskakujesz, jednak wiążące Cię liny mocno ograniczają swobodę Twoich ruchów, przez co tym razem nie udaje Ci się odsunąć wystarczająco daleko, a nóż przecina Twoje przedramię. Na posadzkę spływają pierwsze krople krwi. Co czujesz?
  1. Ból! Czy to nie oczywiste?! Przecież zostałam zraniona! To boli jak cholera!
  2. Złość! Wpadam w furię! Jakim cudem ci popaprańcy mają w ogóle czelność dybać na moje życie?! Jeżeli w istocie istnieją jakieś zaświaty, a mnie uda się do nich dotrzeć, to przecież aż wstyd będzie się przyznać, przez kogo przyszło mi wyruszyć na wycieczkę krajoznawczą do Krainy Po Drugiej Stronie Tęczy! W obecnej chwili jestem tak wściekła, że gdybym tylko miała okazję, odpłaciłabym im się pięknym za nadobne – sama wybiłabym ich w pień!
  3. Towarzyszy mi poczucie krzywdy. Dlaczego to wszystko musiało się przydarzyć właśnie mnie? I co to w ogóle za pojedynek – kupa ludzi przeciwko bezbronnej jednostce? Gdzie jest sprawiedliwość w tym świecie?! Czy choć raz, chociażby w chwili mojej śmierci, tej pięknej idei nie mogłoby się zachcieć ruszyć swojego szanownego tyłka, żeby mi towarzyszyć?!
  4. Strach! Boję się – bólu, śmierci, tego co będzie później! Nie chcę jeszcze umierać!
  5. Smutek i żal. Nawet w takiej chwili potrafię myśleć o innych, o martwiącym się ojcu, o odchodzącej od zmysłów matce… Miałam jeszcze przecież tyle planów i marzeń do zrealizowania!
  6. Nie czuję nic. Czuję się pusta, jakbym wyzbyła się wszelkich uczuć i emocji, jakby moje serce zamieniło się w kamień albo jakbym stała się robotem. Niech ten spiczastogłowy debil podejdzie jeszcze bliżej, a przekona się, że w jednej chwili wyzbyłam się także sumienia – i to nie są czcze pogróżki deklarowane w trybie przypuszczającym. Nie poddaję się!


  1. Krąg zaczyna lśnić własnym, widmowym blaskiem o fluorescencyjnym, zielonkawym kolorze. Pojawiła się nad nim także delikatna, półprzezroczysta mgła o dusząco słodkim zapachu. Coś zaczyna się dziać. Z całą pewnością coś niedobrego, jednak Ty byłaś zbyt zaabsorbowana uskakiwaniem przez uzbrojonym oprychem i nie miałaś zbyt wiele czasu na głowienie się nad tym z całą pewnością niecodziennym fenomenem. Czego teraz potrzebujesz?
  1. Pomocy! Ratunku! Halo, przecież oni chcą mnie tu pokroić na dzwonki!
  2. Broni! Dajcie mi tylko coś, czym mogłabym się bronić, a już ja sama najlepiej zadbam o siebie! Jeszcze gorzko pożałują, że zadarli właśnie ze mną!
  3. Siły! Gdybym była tylko wystarczająco silna, mogłabym się uwolnić i przebić siłą do wyjścia!
  4. Swobody ruchów! Niczego innego do szczęścia mi nie potrzeba! Niech no tylko ktoś przetnie te sznury, a osobiście i to gołymi rękami zajmę się wszystkimi z osobna, którzy ośmielili się tak potwornie spartolić mi ten dzień!

No to teraz czas na wyniki! Kto będzie Twoim wybawcą z opresji?



a
b
c
d
e
f
1
2 pkt
10 pkt
5 pkt
0 pkt
-
-
2
10 pkt
0 pkt
-
-
-
-
3
0 pkt
2 pkt
5 pkt
10 pkt
-
-
4
0 pkt
5 pkt
10 pkt
2 pkt
-
-
5
2 pkt
0 pkt
5 pkt
10 pkt
-
-
6
2 pkt
5 pkt
0pkt
0 pkt
2 pkt
10 pkt
7
0 pkt
2 pkt
5 pkt
10 pkt
-
-

Odpowiedzi:
Twoim wybawcą z opresji będzie:


  1. 0 – 12 pkt Dobry Wróżek – Mahiro/Dandy Maro (Kiryu, My Dragon)
Twoim wybawcą będzie Dobry Wróżek, jako że jesteś dobrą i nieskalaną duszyczką, której po prostu przydarzyło się wielkie nieszczęście! Dobry Wróżek ściągnięty Twoimi rozpaczliwymi, choć niezaprzeczalnie wciąż czystymi myślami oraz zapachem słodkiej krwi postanowił Ci pomóc, ratując Cię z nieciekawej sytuacji, nie raniąc przy tym nikogo. Co za szkoda… A mogło być tak ciekawie…
  1. 13 – 19 pkt Wampir – Hyde (L’arc~en~Ciel, VAMPS)
Twój impulsywny, waleczny, ale jednocześnie dystyngowanych sposób bycia zwrócił uwagę wampira, ku którego chwale została zorganizowana cała ceremonia. Wampiry cenią sobie dobrą krew, ale ponad wszystko cenią sobie także dobre towarzystwo, dlatego tym razem wampir wyrolował swoich wyznawców czy raczej, jak też sam preferował ich określać, służących. Zamiast postawić na jeden, mały posiłek dobrej jakości zdecydował się na gigantyczną kolację jakości a’la fast food, zabijając przy tych wszystkich, którzy chcieli cię skrzywdzić. Jego zainteresowanie Twoją osobą chwilowo odwiodło go od pomysłu wyssania całej Twojej krwi, jednak uważaj! Wampiry bywają kapryśne! Musisz dobrze rozegrać następną, kluczową partię, pamiętając, że ten szczególny wampir nie zna umiaru i nie wie, co to znaczy „kontrolować swoje porcje posiłków”. Tak samo jak może okazać się Twoim wybawcą, szybko może przeobrazić się w kata.


  1. 20 – 26 pkt Duch – Karma (ex AvelCain)
Twoja przestraszona, wręcz zmartwiała postawa przyciągnęła uwagę ducha nieszczęśnika, który miał tę nieprzyjemność być Twoim poprzednikiem. Duch ten wyjątkowo nie znosi niesprawiedliwości i żywi głęboką urazę do swoich ciemiężycieli, a teraz nadarzyła mu się okazja do wzięcia odwetu za Twoim pośrednictwem. Wstąpił zatem w Twoje ciało i pozbył się wszystkich zakapturzonych postaci, wybijając ich przy pomocy Twoich własnych dłoni. Użyczył Ci swojej siły, szybkości i zwinności, ale czy ta historia zakończy się happy endem? Czy młodzieniec, którego żywot zakończył się przedwcześnie będzie chciał od tak po prostu odejść bez wynagrodzenia, zostawiając Cię w spokoju? Uważaj, możliwe, że będzie próbował Cię opętać, aby przejąć Twoje ciało i pozyskać je dla siebie, tworząc sobie namiastkę i iluzję życia, z którym tak niechętnie się rozstał i za którym wciąż mu tak tęskno!


  1. 27 – 33 pkt Clown – Yoshiatsu (DADAROMA)
Kto powiedział, że clowny nie są straszne? Są. Nawet bardzo. Bywają nawet przerażające.
Clown, którego widziałaś tamtej nocy wcale nie przypominał tych wesołych przebierańców ze zdjęć sugerowanych przez wujka Google. Był przerażający, miał rozmazany, spływający makijaż i… głowę przyszytą grubą nicią do reszty ciała? Tak, na to właśnie wyglądało.
Clown szczerząc upiornie swoje ostre, drobne, trójkątne zęby i obserwując otoczenie głęboko osadzonymi, pełnymi szaleństwa oczami o przeraźliwie intensywnie pomarańczowej barwie szybko rozprawił się z grupą porywaczy. Sypał różnorodnymi broniami z obszernych rękawów zniszczonego stroju – sztyletami, szpikulcami przypominającymi senbon, gwoździami, a nawet widelcami, które latały po pomieszczeniu niczym przerażająca, siejąca zamęt i śmierć szarańcza. Różne metalowe części wystawały to z czoła, to z oka, z różnych innych części ciała członków nawiedzonej grupy, która chciała Cię złożyć w imieniu wyznawanych przez siebie sił. Na koniec zatrzymał się przy Tobie, uklęknął i podarował Ci najzwyczajniejszy w świecie, pojedynczy, czerwony balon. Uśmiechnął się ciepło i szeroko, po czym odszedł w tylko sobie znanym kierunku. Zamierzasz jeszcze kiedyś odwiedzić wesołe miasteczko, żeby oglądać przedstawienia clownów?


  1. 34 – 40 pkt Shinigami – Ricko (Jiluka)
Shinigami przyszedł po Twoją duszę, wyczuwając, że wkrótce nadejdzie Twój kres. Rozsiadł się wygodnie i znudzony, może odrobinę zniesmaczony przyglądał się całemu przedstawieniu, w którym wbrew własnej woli zostałaś zmuszona odegrać główną, tragiczną rolę. Będąc już bliską rozstania się z tym padołem łez, dostrzegłaś go. Rozpaczliwie wyciągnęłaś ręce w jego kierunku, prosząc o pomoc. Shinigami przekalkulował całą tę sytuację w głowie dwa razy. Znalazł się tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że był głodny, gdyż bożkowie śmierci żywili się ludzkimi duszami. Miałaś to nieszczęście natrafić na byt, który miał obedrzeć Cię z możliwości czerpania wiecznego spokoju w zaświatach i który niezależnie od tego czy byłaś dobrą, czy też złą osobą i w co wierzyłaś, miał sprowadzić na ciebie kompletną, pośmiertną nicość.
Ale chwila… czy to jednak nie było szczęście w nieszczęściu? Idąc z Tobą na układ mógł pozbyć się całej grupy satanistów – a taki posiłek brzmiał przecież znacznie bardziej syto niżby jedna mała, chuderlawa duszyczka, prawda? Tym razem miałaś szczęście, gdyż shinigami postanowił być dla ciebie łaskawy i zadziałać na Twoją korzyść. W ostateczności wyszedł z tej imprezy najedzony (zasada: „głodny to zły” działa nawet w zastosowaniu do bytów wyższych), dlatego pozwolił Ci odejść w spokoju. Ponad to byłaś jego wytłumaczeniem, jakie zamierzał przedstawić przełożonemu, kiedy zostanie wezwany na dywanik, aby wyjaśnić swoje pobudki i działanie.
Tym razem shinigami był dla Ciebie dobroduszny (mimo tego, że jako istota żywiąca się duszami innych sam jej nie posiadał). Jaki jednak okaże się następnym razem, podczas waszego następnego spotkania, kiedy będziesz umierać po raz drugi?


  1. 41 –  47 pkt Czarnoksiężnik – Yo-ka (DIAURA)
Zapach krwi ściąga różne istoty. Niektóre z nich mogą być złe. Inne z kolei zwyczajnie wkurzone.
Metalowe odrzwia niespodziewanie otwarły się z hukiem, a w nich stanął na pierwszy rzut oka wyglądający bardzo normalnie, przystojny mężczyzna. Na jego twarzy malował się czysty gniew, niemal furia. W duchu zaczęłaś się modlić, żeby to był jakiś detektyw, który już zaczął cię szukać albo przynajmniej tropił grupę satanistów od pewnego czasu…
„To ja tu sobie żyły wypruwam, żeby oczyścić terytorium, żeby móc odprawić rytuał przyzwania, a ktoś mi tu pod nosem sra na własny trawnik?!” – ryknął wściekle od progu z miejsca niszcząc twoje wszystkie nadzieje. Nie brzmiał jak detektyw ani chociażby posterunkowy. W ogóle to nie brzmiał poważnie. Przeszło Ci przez myśl, że właśnie miałaś przed sobą kolejnego porypanego dziwaka do kolekcji. Pięknie. Najwyraźniej ściągałaś ich jak magnes.
Porypany dziwak lub przynajmniej osoba, którą w podobny sposób skwalifikowałaś na „dzień dobry”, szybko jednak okazała się być znacznie niebezpieczniejsza niżbyś mogła przypuszczać.  Młody mężczyzna zaczął rzucać zaklęciami na prawo i lewo, rażąc jednych wyładowaniami elektrycznymi, innych niepohamowanymi językami płomieni, mrucząc coś złowieszczo pod nosem o wyrywaniu dolnych kończyn, fekaliach zamiast mózgu i darmowej wycieczki ekspresem do władcy piekieł, skoro zebrani tutaj byli takimi wielkimi fanami owej persony. Przez cały ten czas potrafiłaś jedynie struchlała, zszokowana wpatrywać się w czarnoksiężnika, który zwrócił na Ciebie uwagę dopiero w momencie, gdy rozprawił się już z resztą bytów ożywionych w piwnicy. Spojrzał na Ciebie i podniósł rękę w pierwszej chwili zamierzając wyeliminować Cię w podobny sposób jak i pozostałych. Przerażona zacisnęłaś mocno powieki, jednak otępiająca fala bólu nie nadchodziła. Po ciągnącej się w nieskończoność chwili poczułaś w końcu rękę mężczyzny, która spoczęła na Twojej głowie. „Chodź.” Rozkazał. „Możesz się jeszcze na coś przydać.” Zawyrokował. Tej nocy udało Ci się przetrwać dzięki interwencji czarnoksiężnika, ale co może zadziać się dalej? Jakie zadania miał dla Ciebie Twój wybawca i czy w krótkim czasie ten nie przeistoczy się w kata? Czy dane Ci będzie poznać magiczne arkana i zostać jego ukochaną uczennicą, czy staniesz się zwyczajną ofiarą potrzebną do przeprowadzenia kolejnego rytuału?


  1. 48 – 54 pkt Demon – Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE)
Pentagram, w którym zostałaś umieszczona rozjarzył się słabym, mdłym światłem, reagując w odpowiedzi na Twoją krew. W jednej chwili stało się duszno, a wszędzie dookoła rozpełzł się gryzący dym o nieprzyjemnym zapachu siarki. Zaczęłaś mocno kaszleć, mając trudności z oddychaniem. Oczy zaczęły Ci łzawić, jednak mimo to udało Ci się dostrzec wysoką postać, która zbliżała się do Ciebie spokojnym, rozkołysanym krokiem. Wypatrzyłaś wśród oparów długowłosego bruneta o popielatej skórze i wręcz niemożliwie zielonych oczach, które lśniły pośród szarego całunu dymu niczym dwie miniaturowe, jadeitowe latarnie morskie. Mężczyzna spojrzał na Ciebie i uśmiechnął się szelmowsko. „Jak mogę Ci służyć, pani?” Zaśmiał się krótko, zginając w pas w prześmiewczym geście. „Proś, o co chcesz. Spełnię każde Twe życzenie… za niewielką opłatą.” Dodał znacząco. W tej chwili nie przejmowałaś się jednak kwestią płatności. Bez zastanowienia rozkazałaś mu pozbyć się grupy twoich prześladowców i zabrać Cię w bezpieczne miejsce. Demon nie zwlekał i zabrał się do roboty z uśmiechem, z zapałem. Wyrżnął wszystkich w pień, a następnie porwał Cię na ręce, obiecując bezpiecznie odeskortować do domu.
Tego wieczoru Twoim wybawicielem okazał się być demon. Za cenę życia na Ziemi przyszło ci zapłacić nieśmiertelną duszą, która od tego pamiętnego dnia należała już do demona. Pozostawało tylko pytanie, co ten zamierzał z nią zrobić i co stanie się po Twojej śmierci? Czy będziesz cierpieć wieczne katusze w piekle? Czy staniesz się służącą demona? A może życie (tudzież nieżycie) napisze Ci zgoła odmienny scenariusz?


  1. 55 – 61 pkt  Diabeł – Mikaru (ex Dio -Distraught Overlord-, G.L.A.M.S.)
No i masz, sataniści dopięli swego! Chcieli wywołać prawdziwego władcę piekieł, no to się doczekali!
Krwi na posadce wciąż nie było zbyt wiele, jednak już tyle wystarczyło, żeby pentagram zareagował. Diabeł po drugiej stronie przejścia musiał się widocznie nudzić lub mieć coś pilnego do załatwienia w świecie śmiertelników, skoro skorzystał z ledwo uchylonego tunelu, przeciskając się w dopiero co powstałej, wąskiej szczelinie międzywymiarowej. Pan piekielnych czeluści objawił się w strugach gryzącego, cuchnącego siarką dymu. „Cholernym bachorom znów zaczęło się nudzić!” Burknął poirytowany i bez mrugnięcia okiem wciął się za, jak to sam określił, „sprzątanie śmieci”, gdyż taka w gruncie rzeczy była jego praca – uwalnianie tego świata od zdegenerowanych jednostek, z których nikt i tak nie miałby już żadnego pożytku. Nie umknęłaś jego uwadze również ty, jednak z początku ten zamierzał darować Ci życie i puścić Cię wolno, gdyż zdawał sobie sprawę, że nie uczestniczyłaś w czarnej mszy z własnej woli. Zamierzał zostawić Cię samej sobie, nie pomagając Ci ani w żaden sposób także nie przeszkadzając, jednak kiedy skończył już swoją „robotę” i zamierzał wrócić do siebie przez przejście, które teraz było zionącą wyrwą w podłożu, naszła go pewna myśl i zmienił zdanie. Postanowił wciąć Cię ze sobą.
Tym razem uratował Cię diabeł, zabijając przy tym swoich własnych wyznawców. Niestety jednak z jakiejś racji władca piekieł postanowił zaciągnąć Cię do czeluści. W jakim celu? Czy dostrzegł w tobie na tyle zła, iż postanowił, że musiałaś zacząć swoją pokutę już teraz, żeby zdążyć przed końcem świata i wyjść z czystym sumieniem? Może zwyczajnie okrucieństwo leżało w jego naturze? A może za tym wszystkim stał jakiś odmienny powód?


  1. 62 – 68 pkt Wilkołak – Hiro (NOCTURNAL BLOODLUST)
Zapach krwi przyciągnął pewną nieludzką istotę – i o dziwo tym razem nie wyszła ona wcale z pentagramu, ale wprosiła się bez zapowiedzi, wskakując do zatęchłej wraz z metalowymi odrzwiami, które do niej prowadziły. W ferworze walki gigantyczny, rozwścieczony zwierz przypominający co nieco wilka rzucił się na Twoich oprawców, rozszarpując ich na strzępy przy użyciu własnych zębów i pazurów. Rozprawił się z grupą nawiedzonych wyznawców jakiś przeklętych sił w mgnieniu oka. Zdyszany zatrzymał się kilka metrów od Ciebie, wpatrując się w Twoją postać idealnie czarnymi ślepiami. Był tak zgrzany, że w niskiej temperaturze panującej w piwnicy aż od niego parowało, a mokra, zlepiona potem sierść kładła się gładko na jego bokach i masywnym karku. Spięłaś się i na czworaka zaczęłaś cofać, kiedy bestia ruszyła w Twoim kierunku. Na Twoje nieszczęście szybko dotarłaś do ściany, która ograniczyła Twoje pole manewru i zamknęła wszelką drogę ucieczki. Ku Twojemu zdziwieniu jednak przerośnięty wilk nie rzucił Ci się do gardła z zamiarem przegryzienia tchawicy, ale przemienił się w postawnego, muskularnego młodego mężczyznę o długich, kruczoczarnych włosach, który zmęczony ułożył głowę na Twoich kolanach i ziewnął rozdzierająco. Sparaliżowana strachem bałaś się poruszyć chociażby o milimetr. Po chwili słyszałaś już tylko miarowy oddech wilkołaka, który jak się zdawało… zasnął?
Tego feralnego dnia zostałaś wybawiona przez wilkołaka. Jednak czy faktycznie było to znowu aż takie szczęście? Czy zmiennokształtny stwór okaże się być przyjazny także w momencie, kiedy się obudzi? I co zamierzał zrobić z Tobą dalej? Bo nie wyglądało na to, jakby miał pozwolić Ci zwyczajnie odejść. Z jakiejś racji wyglądał na przywiązanego do Ciebie. Zamierzał zabrać Cię do swojej watahy i przetrzymywać tam siłą? A może zabierze Cię do siedliska własnego stada tylko po to, żeby podzielić się posiłkiem z krewnymi? A może, kto wie, użycie jakiekolwiek siły i okrucieństwa nie będzie w ogóle wymagane?


  1. 69 – 70 pkt Mumia – Daisuke Ochida (ex Kagerou)
Grupa odziana w niecodzienne piżamy zdołała zbudzić mumię ze swojego wiekowego snu. Jak można się łatwo domyśleć, nikt nie jest zbyt zadowolony, kiedy przedwcześnie się go obudzi i tak też było w przypadku naszego umarlaka. Rozwścieczona mumia wzięła krwawy odwet na tych, którzy ośmielili się zakłócić jej spokojny sen. W powstałym zamieszaniu próbowałaś ratować się ucieczką do wyjścia, jednak zostałaś unieruchomiona nim dotarłaś do drzwi. Z przerażeniem obejrzałaś się, żeby zdać sobie sprawę, że Twoja lewa noga została obwiązana cuchnącymi rozkładem bandażami. Mumia pociągnęła za opatrunki, w których została pochowana, przyciągając Cię z powrotem do siebie. Wrzasnęłaś przerażona, próbowałaś chwycić się czegoś rękami i zaprzeć się, jednak Twoje wysiłki okazały się daremne. Umarlak obwiązał się bandażami od pasa w dół, unieruchamiając przy tym także Twoje ręce, które teraz nieruchomo tkwiły na Twoich biodrach, a następnie wciągnął Cię do swojego sarkofagu i nakrył was kamiennym, niemożliwie ciężkim wiekiem.

Z rąk szaleńców wyratowała Cię mumia, jednak w zamian miałaś podzielić jej los, pozostając zamknięta na wielki w kamiennej trumnie. To się nazywa wpaść z deszczu pod rynnę, prawda?

"Książę z bajki" cz.10

No... ten, tego... Kto się wkurzy, jeśli otwarcie przyznam się, że na moim komputerze ostatnia data edytacji tego pliku widnieje jako 14 KWIETNIA tego roku, a ja najzwyczajniej w świecie zapomniałam, że napisałam tę część? >.<'' Huh, how is life...


Na potrzeby tego rozdziału musiałam dokarmić swój mózg cukrami prostymi, przez co wchłonęłam niepojętą ilość krówek i mało nie wyszło mi to bokiem (albo raczej nie bokiem; nieco inną częścią ciała, ale tego już nie będę opisywała), więc proszę, uszanujcie moje poświęcenie dla tej serii x’’D

„Książę z bajki” cz.10

- Hm… - mruknąłem, wypuszczając szary obłok dymu z płuc. – Skoro jest tak źle, to powinieneś dać temu odejść – wyraziłem swoją opinię.
- Serio tak uważasz? Po prostu powinienem odpuścić? – upewnił się, że dobrze zrozumiał.
W ostatnim czasie spotykałem się z Creną coraz częściej. Oczywiście fakt ten wiązał się z tym, iż chłopak za każdym razem usilnie próbował wyciągnąć ze mnie jakieś informacje „tajne/poufne”, aby, jak twierdził, lepiej mnie zrozumieć. Ponad to, był także święcie przekonany, że w ten sposób w końcu zmusi mnie do otworzenia się nieco bardziej na ludzi. Dzięki temu z kolei miało mi się udać wreszcie zrzucić z siebie ciążące mi od lat problemy i miało mi to pozwolić stać się pogodniejszym, inaczej spojrzeć na świat… Ta, scenariusz przypominał nieco ten pisany przez Setsuko, choć akurat Ketsueki nie uwzględnił w swoim tworze różowego pałacu z tęczową fosą, jednorożca i naszego ślubu… a w każdym razie nie przyznał się do tego otwarcie – w końcu nie wiadomo, co tam naskrobał w didaskaliach, nie?
Suma summarum zacząłem spędzać z nim dużo czasu, przez co brunet mógł realizować swój przesłodzony plan działania. Już mu nawet nie wypominałem, że moja przemiana z księcia Mordoru w pląsającą radośnie po łące rusałkę jest tak prawdopodobna jak to, że Święty Mikołaj coroczną akcję roznoszenia prezentów używa tylko jako przykrywkę do rozpowszechniania sprzedaży narkotyków na skalę światową, ale cóż… Powiedzmy, że zdążyłem już przywyknąć do myśli, że do tego chłopaka trafia naprawdę niewiele logicznych argumentów. Postanowiłem dać mu wolną rękę, pozwalając robić to, na co miał ochotę. Najwyżej później spotka go jedynie rozczarowanie, kiedy w końcu uświadomi sobie, że tacy ludzie jak ja są niereformowalni.
Jako że jednak nasza relacja miała ludzki wydźwięk, a nie totalnie sztuczny tak jak, na przykład, sesje u psychologa, rozmowa nie kręciła się tylko wokół mojej osoby. Wokalista otwierał się przede mną i opowiadał historie ze swojego życia, pytał o rady – tak jak właśnie w tej chwili – choć przychodziło mu to znacznie łatwiej niż mnie. Z grubsza można było stwierdzić, że zachowywaliśmy się, jakbyśmy byli przyjaciółmi.
- A co, jeśli on ma po prostu jakiś gorszy okres? – znów podjął temat. – Może znów się zmieni w osobę, w której się zakochałem? – zapytał z nadzieją. – Czy nie powinienem mu pomóc, zamiast odwracać się do niego plecami? Może on właśnie potrzebuje i czeka na tę pomoc? – przejęty zaczął żywo gestykulować rękami. – Czy to byłoby w porządku z mojej strony, żebym w takiej chwili zostawił go sobie samemu i po prostu odszedł? – dopytywał.
- Słuchaj – westchnąłem, odchylając się na oparcie parkowej ławki. – Problem związków polega na tym, że my, jako ludzie, nigdy do końca nie jesteśmy szczerzy. Na początku zawsze udajemy. Zawsze – podkreśliłem, tym samym nie dając mu dojść do słowa, gdyż już widziałem, jak otwierał usta, żeby zaprzeczyć. – W jakimś stopniu – wzruszyłem ramionami. – Szczerzymy się jak głupi, udając, że bawią nas nieśmieszne żarty, że smakuje nam dziwnie wyglądająca potrawa zaserwowana na obiad u nowopoznanej osoby… Na początku staramy pokazać się z jak najlepszej strony. I wtedy bang! – klasnąłem w dłonie. – Ktoś taki jak ty zakochuje się – przewróciłem oczyma. – Zakochuje się w osobie, której nie zna lub która nawet nie istnieje. Z czasem dopiero zaczynają wychodzić ukryte wady tego drugiego człowieka i okazuje się, że książę wcale nie jest księciem, a księżniczka księżniczką – prychnąłem. – Lista wad, która wcześniej była ukryta zmienia to, w jaki sposób zapatrujesz się na daną osobę i wydaje ci się, że ona się zmieniła – przedstawiłem swój punkt widzenia. – Ale niekoniecznie musi tak być. Jasne, ludzie mogą się zmienić, jednak to nie zawsze tutaj leży problem – pokręciłem głową. – Czasem ci ludzie po prostu przestają udawać – wziąłem głębszy oddech. Crena wpatrywał się we mnie zszokowany. – Jeśli jest ci źle w tym związku, to moim zdaniem powinieneś go zakończyć – oświadczyłem oschle. – Możesz siedzieć na tyłku i nic nie robić, czekając aż ten twój ukochany znów „wróci” do tej jego „wersji”, w której się zakochałeś, ale tak samo prawdopodobne jak to, że to zrobi, jest to, że tego nie zrobi – zgasiłem niedopałek na poręczy ławki i odrzuciłem go gdzieś za siebie. – Jasne, kochasz go, więc zerwanie nie przyjdzie ci łatwo. Będzie ci przykro, trochę wypijesz, pożalisz się, ale w końcu ci przejdzie. Niektórzy mówią, że czasem nawet należy zostawić osobę, na której ci zależy. Ponoć w ten sposób ta może zdać sobie sprawę z tego, co straciła, docenić to jeszcze raz i wrócić na klęczkach z bukietem róż, czekoladkami i najszczerszymi słowami przeprosin oraz mocną obietnicą poprawy. Nie wiem czy życie faktycznie tak działa, bo póki co to widziałem podobny scenariusz tylko w amerykańskich serialach, ale zawsze możesz podnieść się na duchu choćby i tą marną nadzieją, jeśli będzie ci naprawdę źle z tym, co zrobiłeś – rozłożyłem ręce. – A nawet jeśli to nie zadziała, to przynajmniej odzyskasz swoją wolność, żeby znów móc ją oddać w cudze ręce. Następnym razem jednak będziesz już wiedział, czego unikać. Radosne początki nowego związku wzmogą produkcję endorfiny i zapomnisz o byłym – zakończyłem obojętnie.
Tak, Ketsueki miał problemy sercowe. Skarżył mi się na swojego chłopaka, który, jego zdaniem, zmienił się nie do poznania, przez co ten nie mógł już znaleźć w nim tej osoby, w której się zakochał. Zdziwieni, że brunet miał kogoś? Cóż, przyznam szczerze, że ja też się zdziwiłem. Właściwie to nie na żarty. Nie ruszyło mnie to jednak za bardzo w żaden inny sposób. Nie czułem się przez to dotknięty czy zdradzony. Przyjąłem to bez zbędnych rewelacji. W moim własnym mniemaniu to właśnie ten chłopak miał prędzej powody do oburzania się niżby ja, gdyż, jakby nie patrzeć, wokalista Bird as Omen przespał się ze mną. To trochę burzyło w moich oczach obraz zakochanego do szaleństwa muzyka, który gotów był na poświęcenia dla swojej drugiej połówki. Z jednej strony niby nie chce go opuścić nawet, kiedy im się nie układa i zarzeka się, jak on to go rzewnie kocha, a z drugiej jednak go zdradza. Nie pasowało mi to do siebie. Albo wóz, albo przewóz. Dla mnie to były dwie kompletnie wykluczające się sprawy, ale cóż… jak już ustaliliśmy wcześniej, ja pojmowałem naszą rzeczywistość w nieco inny sposób. Postawa Creny uświadamiała mnie tylko w przekonaniu, że ludzie potrafią być naprawdę dziwni i ja chyba już nigdy ani ich nie zrozumiem, ani się do nich nie dopasuję…
Zresztą to i tak nie moja sprawa, więc nie muszę się tym przejmować…
No właśnie, niby nie musiałem, a jednak z jakiś powodów chciałem to zrozumieć i nie mogłem powstrzymać się od prób znalezienia rozwiązania na własną rękę. Może faktycznie było tak, jak to założyłem na samym początku, a więc brunet, idąc ze mną do łóżka, nie traktował tego jako zdrady, ale jako „pracę”. Może był cwańszy niż mogłem to przewidzieć… Zaproponował mi wspólną noc, żeby mieć jakiś pretekst do zbliżenia się do mnie. Potem udawał radosną wróżkę z krainy elfów i kolejną ofiarę mojego okropnego usposobienia, zranioną duszyczkę, którą trzeba było przygarnąć i pocieszyć. W ten sposób wzbudził współczucie i zaufanie u pozostałych członków mojego zespołu. U mnie ruszył poczucie winy, przez co ostatecznie poszedłem w jego sprawie do własnego menagera, żeby dać mu szansę nagarnia video do pierwszego singla jego zespołu. Udawał duże, rozemocjonowane dziecko, przez co nawet nie połapałem się, że to on pociągał za sznurki, a nie ja. Mój zespół już się wybił, mieliśmy sławę i rozgłos, a ja byłem typowym samcem alfa, który był zbyt tępy i zbyt pewny siebie, żeby dopuścić do siebie myśl, że chociaż raz to nie wszyscy inni podporządkowują się jego woli, ale tym razem to właśnie on jest tym, który tańczy, jak mu zagrano. Byłem idealnym kandydatem na kozła ofiarnego, na przepustkę do świata sławy i luksusu dla początkującego muzyka…
Spojrzałem na towarzyszącego mi chłopaka. Siedział pochylony w rozkroku, opierając przedramiona na kolanach. Miał zatroskaną minę i nieobecne spojrzenie. Wyglądał jakby naprawdę się martwił. Może faktycznie kogoś kochał, a teraz odczuwał wyrzuty sumienia w związku z tym, na co się porwał? Może jeszcze jakaś część jego człowieczeństwa nie obumarła? A może zwyczajnie udawał?... Jakby się tak nad tym zastanowić to, to miało głębszy sens… Z pewnością nie mógł przewidzieć, że zamiast od razu dać mu to, czego chce, będę próbował odwieść go od pomysłu pchania się w przemysł muzyczny. Musiał się nieźle za mną nachodzić, żeby osiągnąć swój cel, ale ostatecznie dałem mu wszystko, czego potrzebował. W chwili, kiedy już myślał, że jednak wybrał sobie zbyt upartego imbecyla, ja postanowiłem złożyć broń i ugiąć hardy kark, bez słowa załatwiając mu nagranie. To było całkiem sprytne…
Pytanie tylko czego teraz ode mnie chciał? Czemu teraz nie odwrócił się i nie odszedł? Może chciał dalej grać dobrego dzieciaka. Może jego gra aktorska wybiegała nieco dalej – nie polegała tylko na tym, aby odwalić show i iść do domu. Chciał zostawić po sobie dobre wrażenie, żeby później móc wrócić do ręki, która już raz go wykarmiła. Może chciał, żebym zapoznał go z innymi, sławniejszymi od niego muzykami, żeby mógł ugruntować swoją pozycję, znaleźć znajomości i kontakty. Może…
Wytłumaczenie to było dobre jak każde z tysiąca innych, które przychodziły mi do głowy. Mimo tych wszystkich pięknych słów i gestów ze strony bruneta, ja wciąż nie mogłem pogodzić się z faktem, że ludzie na tym świecie potrafili być od tak po prostu dobrzy. Wciąż pozostawałem chorobliwie podejrzliwy. W myślach, już tak przezornie, wyzywałem się od łatwowiernych idiotów.
- No… nie wiem… - mruknął w końcu.
- Zrobisz, co będziesz uważał za słuszne – wzruszyłem ramionami. – W końcu to twoje życie. Ja tylko powiedziałem ci, co sam o tym myślę – skwitowałem, na co Ketsueki spojrzał na mnie jakoś tak przeraźliwie, z tak autentycznym bólem, że aż się wzdrygnąłem.
Czy coś podobnego można byłoby udawać?...
- A co… Co gdybym jednak zdecydował się z nim zostać? – zapytał niemrawo. – Myślisz, że mógłby to docenić? – spojrzał na mnie niczym zbity szczeniak.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Nie znam gościa – odwróciłem wzrok nie mogąc wytrzymać jego spojrzenia. – Ciężko jest mówić o ludziach w ogólnikach. Wszyscy jesteśmy inni – przypomniałem mu.
- No właśnie o to chodzi, że go znasz… - burknął pod nosem, przez co wnioskowałem, że zapewne miałem nie usłyszeć tego komentarza.
- Jeśli z nim zostaniesz na przekór wszystkiemu zapewne będziesz cierpiał – udałem, że nie dosłyszałem jego wypowiedzi, jednak w mojej głowie zaczęła się kolejna gonitwa myśli, z kim też to brunet mógł się związać, skoro znałem tę osobę… Nie mieliśmy raczej wspólnych znajomych. Chociaż jakby nie patrzeć w ostatnim czasie mocno zbliżył się do siebie z Cazquim…
- Jestem silny psychicznie. Może udałoby mi się to przetrwać – argumentował.
- Jasne – parsknąłem rozbawiony jego stwierdzeniem.
- No co? – obruszył się, spoglądając na mnie z niemą urazą.
- Nic – machnąłem lekceważąco ręką, nie mogąc przestać się głupkowato śmiać.
- Bawi cię to? – naburmuszył się. – Kpisz ze mnie? Uważasz, że jestem słaby?
- Tego nie powiedziałem – zaoponowałem.
- Ale pomyślałeś – założył ręce na piersi.
- Nie wiesz, co pomyślałem – spuściłem z tonu. – Nie próbuj zgadywać, bo i tak ci się nie uda, a możesz jedynie wyciągnąć błędne wnioski – pouczyłem go.
- Więc o co ci chodzi? – nie dawał za wygraną. – To takie śmieszne, że ktoś wierzy w siebie? – podniósł nonszalancko jedną brew.
- Właśnie – sięgnąłem po następnego papierosa. – Ty tylko wierzysz, że jesteś silny psychicznie – odezwałem się już poważnie. – Siła psychiczna nie jest czymś, co można zmierzyć. Nie można też tego przetestować w obiektywny sposób. Siłę fizyczną można łatwiej sprawdzić. Możemy pójść na siłownię i przekonać się, kto potrafi podnieść więcej ciężaru, szybciej przebiec dany dystans, przebiec większy dystans… ale na siłę psychiczną nie ma miarodajnej skali – odpaliłem używkę. – Nie możesz twierdzić, że jesteś silniejszy psychicznie w porównaniu do kogoś, bo nie wiesz, jaki bagaż doświadczeń ciągnie za sobą dana osoba. Bierze się to stąd, że ludzie nie mają w zwyczaju mówić o wielu rzeczach wprost. Szczerzymy się i suszymy pełne garnitury uzębienia, bo tak „wypada”, bo to jest w „dobrym tonie”. Często pomijamy to, co nas boli. Dlatego właśnie możesz znać kogoś latami i zorientować się, że właściwie nie wiesz kompletnie nic o tej osobie. Poza tym zostaje jeszcze kwestia różnego postrzegania tych samych rzeczy. Ludzie są różni i różnie radzą sobie z różnymi problemami, różnie na nie reagują. To, co może ciebie bardzo dotykać, mnie może właściwie nie obejść. To, co mnie zepchnie na skraj wytrzymałości dla ciebie może okazać się czymś mniej bolesnym. Z tej racji nie możesz też powiedzieć, że problemy innych są prozaiczne w porównaniu do twoich. Nie możesz tak powiedzieć, bo po prostu w tych słowach nie ma obiektywizmu. Jedyne, co możesz robić to wierzyć, że jesteś silny lub słaby, że twoje problemy są bardziej dotkliwie niż innych lub nie. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a punkt zaczepienia od twoich przekonań i rzeczy, w które chcesz wierzyć – z jakimś niezdrowym zainteresowaniem wpatrywałem się w tlącego się papierosa.
- Więc co? Mam nie wierzyć w siebie? – zapytał z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
- Nie – zaprzeczyłem. – Nie ma nic złego w wierze w siebie. W zasadzie to dobra rzecz. Daje ci powód i motywację do działania. Chodzi mi jedynie o to, że nie możesz stwierdzać jak faktu, że jesteś silny psychicznie lub że wycierpiałeś w życiu więcej niż inni. Bo wiara nie jest czymś jednoznacznym i oczywistym, co można potwierdzić jak badania naukowe – uśmiechnąłem się krzywo sam do siebie. – Wiara jest po prostu… wiarą. Opiera się na twoich pragnieniach – wzruszyłem ramionami.
- Nie spodziewałem się po tobie takiego kazania… - przyznał zdziwiony. – Muszę powiedzieć, że dziś rozgadałeś się jak nigdy – zauważył. – Zazwyczaj zbywałeś mnie półsłówkami – spojrzał na mnie z lekką przyganą.
- Nie spodziewałeś się, że mogę porwać się na podobną mowę, bo jestem ksenofobicznym bucem, któremu myślenie idzie, jak krew z nosa; powoli i boleśnie? – zapytałem jadowicie.
- Nie – odparł bez cienia kpiny. – Bo uważałem, że nie lubisz dzielić się z innymi swoimi przemyśleniami i bronisz się przed tym tak, jak to tylko możliwe – wyznał. – Bo w sumie tak próbowałeś mi wmówić… - uśmiechnął się niewesoło półgębkiem. – Teraz jednak wiem, że jest trochę inaczej niż próbowałeś mi wbić do głowy – poklepał mnie po ramieniu i wstał, odchodząc bez słowa pożegnania.

***

Tego dnia wyjątkowo nie musiałem robić nic. Tak jakoś wypadło. Masa miał wizytę u dentysty, Dai zajmował się Setsuko, Natsu odwiedzała siostra, Cazqui oddawał się radości zakupów w galerii handlowej, a ja… Cóż, ja dopiero wygrzebywałem się z łóżka, jeśli mam być szczery. Był to dla mnie fenomen, gdyż przywykłem do wstawania bladym świtem, a nawet jeszcze wcześniej, zanim świt w ogóle jeszcze pomyślał o tym, żeby rozjaśnić nocne niebo. Na całe moje szczęście nadchodziła jednak wiosna, a wraz z nią robiło się widno coraz szybciej – toteż za tą sprawą, kiedy odsłoniłem żaluzje o godzinie dziewiątej, oślepiająca jasność za oknem niemal mnie odrzuciła, wprawiając w osłupienie i niemy zachwyt. Błękit nieba w jednej chwili wydał mi się czymś niepomiernie pięknym, godnym pisania pieśni pochwalnych i opiewania w zachwyty. Przez dłuższą chwilę po prostu stałem w oknie, opierając się o jego futrynę i zachwycałem się pięknem bijącym z niewielkiego parku mieszczącym się przed moim blokiem, który głównie był użytkowany przez członków wspólnoty mieszkaniowej posiadających czteronożnych pupilów, a może raczej przez właśnie owe zwierzaki, które traktowały go jako publiczny, zbiorowy wychodek. Tak, wiem. Brzmi świetnie. Niemniej, taka właśnie była prawda. Więc prawdą było, że w gruncie rzeczy nie było czym się zachwycać. Ale ja wciąż tam stałem. I się gapiłem. Zachwycałem. Zupełnie jakby było czym.
Zauważyłem także, że na przydrożnym pasku zieleni pojawiły się pierwsze niewyraźne z racji dzielących mnie od nich odległości, biało-żółte kropki stokrotek i innych kwiatów polnych, których nazwać nie potrafiłem, gdyż ich nazwy nigdy nie uczepiły się mojego umysłu wystarczająco mocno, żeby pozostać w nim na dłużej. Nakrapiany dywan trawy wyglądał jak skóra ogromnego gada z innego, bajkowego świata, a nie jak naturalna przeszkoda, która tylko brudziła ci buty, kiedy chciałeś przejść z jednej strony chodnika na drugą – czyli tym, czym był w istocie. Wszystko nagle nabrało barw i życia, i tylko ja poczułem się jak martwy lub przynajmniej obumierający przedmiot zamknięty w pudełkowym mieszkaniu. Zapragnąłem stać się częścią tego żywego przedstawienia, a właściwie to improwizacji natury, która właśnie rozgrywała się na moich oczach.
Żeby być dokładnym, to przecież podobne sceny miały miejsce non-stop na niemal każdym moim kroku. Dlaczego zatem wcześniej pozostawałem na nie ślepy i nie potrafiłem ich dostrzec? Dlaczego pozostawałem obojętny na ich przejmujące piękno i jakąś niewytłumaczalną radość i siłę, którą nagle mnie natchnęły?
Z jednej strony czułem przymus, żeby zjednoczyć się z tym wszystkim, co widziałem przed sobą jak najszybciej – coś wręcz rwało się we mnie i jakby próbowało wyskoczyć z krępującego je ciała i skóry – jednak pomimo tego do kuchni udało mi się dotrzeć powoli i bezpiecznie. Zaparzyłem sobie dzbanek mocnej, czarnej kawy, a następnie sięgnąłem po głęboko ukryte na czarną godzinę słodycze w najniższej szufladzie kredensu. Nagimanstykowałem się przy tym, więc przy okazji mogłem także odhaczyć poranne ćwiczenia. W towarzystwie kawy i słodyczy wyszedłem na balkon, gdzie na zewnętrznej części parapetu czekała już na mnie paczka papierosów i zapalniczka. Usiadłem na krześle ogrodowym (mimo iż, co śmieszne, ogrodu samego w sobie nie posiadałem) i nalałem sobie aromatycznego, mocnego napoju. Odpaliłem używkę i zaciągnąłem się, a następnie sięgnąłem po najbliższego łakocia. Nie musiałem głowić się nad wyborem, gdyż cała ta kopa cukrów prostych mogła zostać łatwo sklasyfikowana jako rzeczy, za które dałbym się pokroić. Niezależnie od tego, na co padłby wybór i tak byłbym ukontentowany.
A walić tą dietę, liczenie kalorii, białka, węglowodanów, cukrów i tłuszczy – tych nasyconych i tych nie – a kurczak niech udławi się tym ryżem, na który nie mogłem już patrzeć od dłuższego czasu!
Niech to wszystko idzie do diabła!
Kiedy wyszedłem na balkon wszystko to, co widziałem przez okno stało się jeszcze bardziej realne. Stało się tak za sprawą tego, iż teraz nie dzieliła mnie już żadna bariera, nawet tak banalna jak witryna okienna, od obserwowanego przeze mnie świata zewnętrznego. Odgłosy i zapachy nie były już dłużej tłumione. Teraz mogłem już czerpać w nieograniczony sposób wszystkimi pięcioma zmysłami z tego, co miało miejsce przede mną i dookoła mnie. Mogłem się tym delektować i brać w tym czynny udział.
Albo po prostu siedzieć w samych gaciach na balkonie, palić papierosa, pić kawę i zażerać się słodyczami na śniadanie niczym główna bohaterka jakiegoś dennego serialu młodzieżowego, która została odrzucona przez miłość swojego życia. W wieku lat trzynastu. Lub przynajmniej coś koło tego. A aż wstyd się przyznać, ale trzeba było powiedzieć, że ja niechlubnie liczyłem już sobie nieco więcej wiosen…
Odrzuciłem kolejny papierek do popielniczki i przymknąłem na moment powieki, wystawiając twarz ku słońcu. Przyjemne ciepło rozpełzało się po mojej skórze, kreując doznanie podobne do delikatnego masażu oraz napełniając mnie spokojem.
W powietrzu niosły się odgłosy miasta. Klaksony samochodowe, warkot silników, kakofonia ludzkich głosów, muzyka dochodząca z trzewi przeróżnych sklepów, syreny ambulansu… Nie mam pojęcia, jak to wszystko kiedyś mogło mnie nie obchodzić, a może nawet irytować. Przecież to wszystko było jedynie dowodem na to, że byłem otoczony przez wykwitające zewsząd i z każdej strony życie.
W powietrzu unosiły się także spaliny samochodowe, które mieszały się z przyjemnym, świeżym zapachem prania wywieszanym przez moją sąsiadkę, aromatami dochodzącymi z ulicznych kramów z jedzeniem, perfumerii, tytoniową nutą sączącą się szarym obłokiem z mojego papierosa i słodką wonią kwitnących kwiatów, roślinności budzącej się do życia. Zapach życia. Wszędzie. Nawet w publicznym, zbiorowym wychodku dla zwierzaków przed moim blokiem. Dokładnie wszędzie.
Więc wszędzie było właśnie owo życie. I to dzisiaj wydało mi się być nadzwyczaj piękne. Piękniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Ludzie często mówią, że pogoda ma ogromny wpływ na nasz humor. Póki co byłem święcie przekonany, iż była to jedynie wymówka osób słabych, które nie potrafiły dojść ze sobą do ładu i próbowały obarczyć winą za swoje niepowodzenia innych – nawet jeśli pod tym terminem kryć się miały podmioty nieosobowe lub nawet te nieożywione. Teraz jednak zdałem sobie sprawę, że faktycznie wystarczy zaledwie kilka promieni słonecznych z samego rana, żeby człowiek poczuł się w jednej chwili zupełnie inną osobą. To przecież było tak niewiele, a mogło zmienić tak wiele.
Choć jakby się tak jednak nad tym zastanowić trochę głębiej i sięgnąć wspomnieniami do ostatnich wydarzeń… czy faktycznie miałem prawo kogoś krytykować? Czy przypadkiem sam nie zaliczałem się już do tej niesławnej grupy ludzi, którzy nie radzili sobie sami ze sobą?
Cóż… prawdopodobnie tak.
Ale czy mi to przeszkadza?
Sięgnąłem po kolejnego słodycza, rozkoszując się pustymi kaloriami i cukrami prostymi na języku i podniebieniu.
Nie, ani trochę mi to nie przeszkadza.
Koniec końców przynajmniej dzięki temu, że byłem właśnie taki, a nie inny, mogłem szukać banalnych rozwiązań i zasłaniać się nimi, próbując uciekać od odpowiedzialności za własne czyny i decyzje.
Jeżeli bycie słabym mogło pozwolić mi zachować tę radość czerpaną z tak prozaicznych rzeczy jak blask słońca czy widok kwitnących roślin, wtedy tak, naprawdę chciałem pozostać słabym. Bo jaki sens miałoby bycie silnym? Czy nie lepiej czasami było zejść jeden stopień niżej, ale cieszyć się prostotą, spokojem i małymi rzeczami niemal na każdym kroku, zamiast doszukiwać się prawie że cudów, żeby przywołać na twarz chociażby cień uśmiechu?
Ano właśnie.
Sięgnąłem po kolejnego cukierka, nagle ze zgrozą odkrywając jakże szokujący fakt, że foliowa torebka ze słodyczami była już pusta i teraz mogła jedynie smętnie powiewać na wietrze, przyciśnięta popielniczką. No i masz ci los. W tym epicentrum rozkwitu życia coś musi też zawsze zostać poświęcone; coś musi zginąć. W tym wypadku była to moja dieta, mocne postanowienia i łakocie na czarną godzinę. W takim razie nie pozostawało mi nic innego jak przymusowe, jeszcze bliższe zintegrowanie się z tym piejącym w życie światem za sprawą eskapady do osiedlowego po zapas cukrów prostych w razie „W”.
Zadziwiające jak w jednej chwili problemy całego świata i ból egzystencjonalny mogą przestać cię dotyczyć w jednej, krótkiej chwili, kiedy napchasz sobie żołądek słodyczami. I znowu; tak niewiele mogło zmienić tak wiele.

***

Siedziałem na ławce z nogami wyciągniętymi przed siebie, rozkoszując się promieniami słonecznymi ogrzewającymi moją twarz, słodkim zapachem kwitnących drzew i krzewów unoszącym się w powietrzu oraz kolejną drobną przekąską, na którą sobie pozwoliłem. Rozglądałem się przy tym dookoła i chłonąłem całe otoczenie. Powiew wiatru niosący ze sobą swąd spalin oraz odgłosy ruchliwej ulicy. Błękitne niebo upstrzone puchatymi, białymi obłokami. Nawet pieska zastygłego w napiętej pozie podczas wykonywania wiadomej czynności. Czemu było się jednak dziwić? W końcu niejako wybrałem się do publicznego, zwierzęcego wychodka, więc dziwnym by było doczekać się innych widoków, prawda?
Ale mnie to nie przeszkadzało.
Ponownie popadłem w stan niewzruszonej oazy spokoju. Człowiek najedzony to człowiek spokojny. Albo przynajmniej spokojniejszy. Może co najwyżej trawiony przez lekkie wyrzuty sumienia. Ale co po tym komu? Jutro idę na siłownię. Nie ma, czym się przejmować.
No właśnie. Nie ma, czym się przejmować.
Chłonąc całe to otoczenie odniosłem silne wrażenie, że w ten właśnie sposób myśleli ludzie. W ogólniku. Bo wszak nie dało się ukryć, że zwierzęta same się nie wyprowadzały i ktoś musiał je pilnować – zatem ludzie również byli częścią składową kontemplowanego przeze mnie otoczenia. Elementem, który ciężko było pominąć lub zwyczajnie pozostać na niego ślepym.
Obserwowani przeze mnie ludzie nie przejmowali się. Sobą wzajemnie. Pozostawali ślepi na innych przedstawicieli tej samej rasy i gatunku, nawet jeśli mnie wydawało się to praktycznie niemożliwe do wykonania. Wiadomo jednak, opinie mogły być podzielone. W końcu opinie z natury same w sobie były subiektywne, więc moja ocena może i nie była jakiś wyznacznikiem złożoności tego zadania. Niemniej jednak nie zmieniało to faktu, iż nie mogłem wyjść z podziwu dla tego, z jakim powodzeniem udawało im się wzajemnie ignorować i pozostawać biernym względem innych. Nie przejmować się. Właściwie to niczym.
Oczywiście można było założyć, że jakimś dziwnym przypadkiem akurat trafiłem na grupę osób, które wyjątkowo nie przejmowały się faktem istnienia innych podmiotów ożywionych na tym samym padole łez w tej samej rzeczywistości, wymiarze i czasie, niezależnie od złożoności ogółu Wszechświata, drgań strun, membran materii i cząstek czy czego tam jeszcze tylko… ale prawdą było, że ta wybiórcza grupa ludzi była zaledwie statystycznym wzorcem wykrojonym z ogółu społeczeństwa. Na podobnych grupach przeprowadza się przecież eksperymenty, na podstawie których wyciąga się generalizujące wnioski w odniesieniu do ogółu. Więc ja również miałem prawo generalizować. Niezależnie od tego, jakim zbitkiem indywiduów były moje „króliki doświadczalne”, miałem prawo generalizować. Owe eksperymenty często przeprowadzało się na podstawie obserwacji. A ja właśnie obserwowałem. Nie trzeba było w końcu być wielkim uczonym, żeby rozejrzeć się, przyjrzeć się bardziej interesującym przypadkom i zachowaniom, i wyciągnąć z tego wszystkiego jakieś konkluzje. Zanotować. Podzielić się z innymi rezultatami, jeśli uznasz to za stosowne. Ja póki co nie zamierzałem jednak upubliczniać moich „badań” ani ich efektów końcowych, jednakowoż nie oznaczało to, iż zamierzałem je zbagatelizować.
Ludzie nie przejmowali się sobą nawzajem. Starali się unikać spojrzeń nieznajomych, schodzić sobie wzajemnie z drogi. Szli ze spojrzeniami utkwionymi w drodze lub odległym punkcie, do którego się kierowali, lub też, co było najpopularniejszym wariantem, w ekrany telefonów. Nie patrzyli na siebie. Nie zaczynali spontanicznych rozmów. Przemykali koło siebie, jakby starali się zniknąć z pola widzenia tej drugiej osoby tak szybko, jak to tylko było możliwe.
Ale to wciąż nic. Mało ważne. Ciekawie robiło się dopiero, kiedy dochodziło już do jakiś konfrontacji międzyludzkich. Ludzie znów jedynie z rzadka na siebie spoglądali. Rozmawiali krótko, o rzeczach błahych i mało zobowiązujących. Po zaledwie kilku zdaniach coś zazwyczaj szło nie tak. Pojawiała się pionowa zmarszczka niezadowolenia między brwiami, jeden z kącików ust wędrował ku dołowi, szczęki zaciskały się. Rozmowa się kończyła. Nie mieli cierpliwości, żeby ze sobą rozmawiać. Najlepiej widoczne było to, kiedy jedna ze stron jasno dawała do zrozumienia, że coś jest nie tak. Wyraz twarzy zdradzający smutek lub długoterminowe zmęczenie, zahaczające o chorobę. Oczywiście padały standardowe pytania: „Co z tobą?”, „Wszystko w porządku?”, „Co ci jest?”. Nikt jednak nie czekał z napięciem na odpowiedź. To było pytanie zadane niemal z przymusu. Taki kanon kulturalny, który należało kontynuować, bo tak nauczyła mama. Niezależnie od podanej odpowiedzi, zainteresowanie z czasem tylko spadało, żeby nie powiedzieć obrazowo, że leciało na łeb, na szyję. Dlaczego? Bo nie było widać oznak świadczących o poprawie. Jedno proste pytanie to stanowczo za mało, żeby okazać wystarczającą ilość uwagi i troski, żeby podnieść kogoś na duchu i go wesprzeć. My jednak nie mieliśmy wystarczająco cierpliwości, żeby bawić się w drążenie w temacie, delikatne krążenie wokół problemu. Przyzwyczajeni do obcowania z technologią niżby z innymi przedstawicielami tego samego gatunku zaczęliśmy oczekiwać wymiernych rezultatów w określonym czasie. Szybko. Najlepiej natychmiast. Tak samo, jak irytowaliśmy się, kiedy jakaś strona internetowa ładowała się zbyt długo, irytowaliśmy się również kiedy pomimo poświęconego czasu drugiej osobie, tej się nie polepszało, żeby już nie wspominać o tym, że ta z wdzięczności nie padała nam do stóp. A przecież powinna. W końcu poświęciłem ci caluśkie dwie sekundy mojego wolnego czasu i ogólnie czasu, jaki został mi dany na tym świecie; czasu, jaki został przeznaczony na moją egzystencję. Zadałem pytanie. Zapytałem, w czym tkwił problem. Podobnie jak i kliknąłem na link. Kliknąłem, prawda? Kliknąłem. Więc dlaczego, do cholery, ładowanie tej strony zajmuje tak długo?! Przecież to niedopuszczalne! Żyjemy w XXIw.! W dobie rewolucji technologicznej i postępu naukowego! W świecie, w którym ludzie niemal kompletnie zaprzepaścili swoje zachowania socjalne na rzecz przywiązania do gadżetów i urządzeń, z którymi nieraz łączyła nas silniejsza więź niżby z osobami dookoła.
Za dobry przykład mógłby mi tu posłużyć Cazqui. Gitarzysta mojego zespołu spędzał mnóstwo czasu przed komputerem, składając ścieżki dźwiękowe, projektując okładki nowych płyt lub po prostu próbując znaleźć jakąś rozrywkę. W ogólnym pojęciu nie było w tym nic złego. Nierzadko zdarzało mu się gadać do laptopa czy telefonu. Bywało też, że wydarł się na jedno z urządzeń, kiedy te nie spełniało jego wymogów. Kiedy, dla przykładu, właśnie ta nieszczęsna strona ładowała się zbyt długo. A co z relacjami międzyludzkimi? No z tym to już bywało różnie… Nierzadko zdarzało mu się kontaktować z jednym z członków zespołu przez internetowe komunikatory, nawet jeśli osoba, do której właśnie pisał wiadomość siedziała od niego zaledwie parę metrów dalej. Ale w sumie, co ja się wymądrzam? W końcu to ja tu miałem opinię i nosiłem tytuł Władcy Mordoru, do którego nijak nie dało się dotrzeć, prawda? To ponoć ja tu byłem tym, z którym utrzymywanie kontaktu było katorżniczym zadaniem łamiącym wszelką pozostałą wiarę w ludzkość w nieszczęśliwym delikwencie, który z jakiś nieznanych przyczyn w odruchu masochistycznym postanowił się do mnie zbliżyć.
A przecież ludzie nie byli jednak maszynami. Nie mieli przełączników i przycisków, za których pomocą moglibyśmy nimi sterować. No, przynajmniej na razie…
Przenosiliśmy nasze szorstkie obycie, które zmuszeni byli znosić nasi najlepsi przyjaciele, to znaczy elektroniczne gadżety, na innych ludzi, oczekując, że ci będą zachowywać się tak samo niezawodnie jak telefony, tablety, laptopy i inne… Zapominaliśmy, że ci jednak mieli uczucia. Czasami chcieli, żeby ktoś się nimi zainteresował i spędził więcej niż dwie sekundy nad ich problemem. Żeby dopytywał. Żeby zwyczajnie okazał trochę zaangażowania. Czy to coś złego? Cóż, mnie wydawało się, że nie. Uważałem to nawet za coś naturalnego, ale co ja tam mogę w końcu o tym wiedzieć. Jako istota reprezentująca siły mroku na Ziemi prawdopodobnie nie powinienem mieć w tej kwestii prawa głosu.
Zamykamy się w sobie. Nie mamy cierpliwości do innych. Poświęcamy więcej uwagi przedmiotom nieożywionym niżby innym ludziom. A mimo to wciąż mamy w hipokrytycznym odruchu czelność wymagać lub przynajmniej życzyć sobie, żeby ktoś zainteresował się nami i naszymi problemami i pragnieniami w ludzki sposób. Mając na uwadze to, że jesteśmy osobą, a nie przedmiotem. Bez przycisków. Bez guzików. Sami nie potrafimy okazać tej swojej bardziej ludzkiej strony innym, a jednak wymagaliśmy tego od innych.
To było… smutne.
Jeszcze smutniejszym wydało mi się to, kiedy zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie jestem jedną z nielicznych osób, które to zauważyły i którym to przeszkadzało. Bo niezależnie od tego, jaką wartością zła byłem w istocie lub za jaką wartość zła byłem powszechnie uważany, wraz z tymi wszystkimi moimi wadami, które były mi wypominane na każdym kroku, wciąż starałem się pozostać człowiekiem i dostrzec człowieka w człowieku stojącym naprzeciwko mnie lub przechodzącym obok. Jasne, czasem miewałem gorsze okresy, w których moje wysiłki wydawały mi się bezsensowne i mogłem wydawać się niemniej szorstki niż reszta społeczeństwa, która prawdopodobnie posiadała już metalowe serca i zamknięty obwód utkany z kabli i przedwodów zamiast układu krwionośnego. Ale przynajmniej się starałem.
Choć same starania w dzisiejszych czasach to było znacznie za mało, żeby zostać docenionym.

Próbując walczyć ze złem kultywowanym przez całą resztę globu sam wyszedłem na tego złego, co w ostateczności doprowadziło mnie do niezłej nerwicy, może nawet choleryzmu. Ale co zrobisz? Antagoniści zazwyczaj nie mieli zbyt dobrej opinii wśród społeczeństwa.