Oneshoot Zero x Hizumi (D'espairsRay)

Jest to shot, który pisałam najdłużej ze wszystkich - przez kilka miesięcy! (najzwyczajniej zaczęłam go pisać, potem o nim zapomniałem, jeszcze później nie wiedziałam, jak skończyć, aż w końcu dziś się zmobilizowałam i zakończyłam go).

Dobrze się to czyta przy akompaniamencie piosenki The GazettE "D.L.N" lub "Calm Envy"

Tytuł: „Dążąc do szczęścia trzeba pamiętać, że…”
Paring: Zero x Hizumi (D’espairsRay)
Typ: oneshoot
Gatunek: ?
Beta: -

Wytarłem włosy ręcznikiem, odrzucając go na fotel, a następnie sam rozwaliłem się na kanapie. Włączyłem telewizor mając zamiar chwilę się zrelaksować. Dzisiejszy dzień był naprawdę ciężki: najpierw pięciogodzinna próba, wysłuchiwanie kolejno kłótni Hizumiego i Karyu, następnie Tsukasy i Hizumiego, a na samym końcu moja kłótnia z Karyu. Z rudzielcem byłem w związku jakieś… pół roku, może trochę więcej, jednak dziś odbyła się nasza pierwsza poważna kłótnia, której rezultatem było to, że Matsumura wyprowadził się ode mnie – znaczy nie tak na dobre. W pośpiechu spakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy, po czym wybiegł z domu, trzaskając drzwiami i krzycząc, że porozmawiamy dopiero wtedy, kiedy pojmę swój błąd. Owym błędem było stanięcie po stronie Hizumiego podczas ich kłótni.
Zaczynałem już przysypiać, kiedy nagle dobiegło mnie pukanie; ale wcale nie do drzwi. Zdziwiony podszedłem do okna, które następnie otworzyłem na oścież i wychyliłem się, rozglądając. Przez chwilę myślałem, że to dzieciaki mieszkające po drugiej stronie ulicy rzucały kamieniami w moje okno (wspaniała zabawa, już kiedyś tak się bawiły), jednak po chwili z ciemności wyłoniły się czarne, mokre i potargane włosy, a za ich pasmami ukryta, zdawało mi się, że niemal biała twarz.
- Miej serce… - od razu rozpoznałem głos Hizumiego - …i weź przenocuj kumpla w potrzebie… - jęknął żałośnie, wspinając się na palce, aby dosięgnąć wysokiego parapetu.
- Jaki z ciebie kumpel? – prychnąłem. – Przez ciebie pokłóciłem się z Karyu!
- A czy ja prosiłem, żebyś mnie bronił? – rozłożył ręce. – Teraz za to cię proszę, błagam na kolanach, żebyś mnie przenocował… - pociągnął nosem.
- Co? Tsukasa wyrzucił cię z domu? – uśmiechnąłem się okropnie. – Nie ma mowy, żebym cię wpuścił do domu – chciałem zamknąć okno, ale wokalista wsunął między nie a framugę dłoń, którą mu przyciąłem.
- Ał! – syknął, ale nie zabrał ręki. – No, Zero, litości! Nawet mnie nie zauważysz!
- Oczywiście, że nie zauważę, bo cię nie wpuszczę! – warknąłem.
Nadeszła jesień i nastał ten nieprzyjemny okres słoty. Mżyło i znacznie się ochłodziło, a chłopak miał na sobie jedynie cienką bluzkę. Trząsł się z zimna i rozpaczliwie próbował się rozgrzać, pocierając jedną zgrabiałą z zimna dłonią o zmarznięte ramię; drugą klinował okno, abym go nie zamknął. Ledwo powstrzymywał się od szczękania zębami, a gdy mówił z jego ust wydobywała się para. Był przemoknięty do suchej nitki. Widocznie Tsu wyrzucił go tak, jak stał; nie dał mu się nawet ubrać czy zabrać ze sobą najpotrzebniejszych rzeczy. Wyglądał żałośnie, a zarazem słodko. Zapewne każdy przyjąłby go pod swój dach, ale nie ja – ja jestem złym człowiekiem; bardzo złym.
- Shimizu, błagam! Jest cholernie zimno i ciemno! – pisnął.
Na chwilę odsunąłem się od okna i zaniechałem zmiażdżenia jego dłoni. Podszedłem do niskiego stolika i zgarnąłem z niego paczkę zapałek, którą następnie rzuciłem Yoshidzie.
- Pobaw się w dziewczynkę z zapałkami – parsknąłem śmiechem.
- No weź nie żartuj!
- Niech będzie, że mam serce… - westchnąłem i zauważyłem ten błysk nadziei w oku bruneta. – Możesz spać na wycieraczce – uśmiechnąłem się przesłodko.
- Bardzo śmieszne… - burknął.
- Nie żartuję – wzruszyłem ramionami i zamknąłem okno.
Ponownie rozwaliłem się na kanapie i zgarnąłem pilota z jej oparcia. Przełączałem kanały w poszukiwaniu czegoś ciekawego, jednak jak na złość niczego nie było. Telenowela – litości, wiadomości – nie lubię oglądać złodziei, pogoda – a chuj mnie obchodzi pogoda na jutro, jak wstanę to się dowiem czy pada, czy nie, porno – nie dziś, sport – to na pewno nie dla mnie, koncert muzyczny – nie potrzebuję dobitnego uświadomienia, że jestem świetnym muzykiem, dużo lepszym od tych patałachów, których tam pokazują. Kolejne programy nie odbierały sygnału, z racji tego, że zbierało się na burzę. Po chwili na ekranie było widać jedynie różnokolorowe kwadraty i odbierała tylko jedna stacja, na której akurat nadawano mszę świętą; ironia losu. Stwierdziłem, że bez telewizji będzie mi się nudzić, więc jedyne, co mi pozostaje to pójść spać, co w sumie nie było aż takim złym rozwiązaniem, jednak dlaczego miałbym spać skoro mogę znaleźć sobie ciekawsze zajęcie? I to w dodatku na żywo! Z niechęcią podniosłem się z nagrzanego już miejsca i podszedłem do drzwi. Przekręciłem klucz w zamku i nacisnąłem klamkę.
- Hizumi! – krzyknąłem, wychylając się za próg.
Zauważyłem chudną, drżącą postać, która zdążyła już opuścić moją posesję. Brunet stał już na chodniku i zamierzał skierować się w stronę, z której tutaj przyszedł. Powoli odwrócił się w moją stronę, o czym poinformował mnie odbijający się blask latarni ulicznych w jego oczach.
- Czego? – burknął.
- No chodź tu… - westchnąłem.
- Mam uwierzyć, że nagle zyskałeś serce? Odezwało się w tobie sumienie? Nie jestem aż takim idiotą za jakiego mnie masz – odkrzyknął i ruszył przed siebie.
- Wymagająca ta rozrywka… - mruknąłem pod nosem i chwyciłem pierwsze lepsze okrycie wierzchnie z kapturem i wybiegłem za nim.
Założyłem bluzę, jak się okazało z adidasa, na gołe ciało, gdyż byłem już po kąpieli i przebrałem się w moją prowizoryczną piżamę, którą stanowiły jedynie długie, szare spodnie dresowe. Dogoniłem chłopaka w połowie drogi i złapałem go za lodowatą rękę, jednak nie zatrzymał się. Dopiero kiedy go szarpnąłem stanął w miejscu.
- Oj no nie przesadzaj, Hizu – uśmiechnąłem się, mimo iż nie byłem pewien czy wokalista mógł to dostrzec. – Wiesz, że czasem bywam wredny i lubię się droczyć, ale nigdy nie wyrzuciłbym kumpla na ulicę w taką pogodę.
- Czego ty ode mnie chcesz? Co uknułeś? – ściągnął groźnie brwi. Przejrzał mnie. – Nawet, kiedy cię błagałem byłeś nieustępliwy, a teraz co? Zamierzasz zagonić mnie do jakiejś roboty?
- Nie bądź śmieszny – pociągnąłem go w swoją stronę. – Chodź, bo się przeziębisz.
- Ech, może to wyrok śmierci, ale muszę się na to zgodzić…
- Jestem twoją ostatecznością? – zdziwiłem się. – Reszta znajomych nie chciała przyjąć cię do domu?
- Reszta mieszka w Ikebukuro, a ja na obrzeżach miasta. Myślisz, że będę tyle kilometrów iść na piechotę? Tylko ty mieszkasz w pobliżu… Mam nadzieję, że Karyu mnie nie zabije, kiedy mnie zobaczy…
- Karyu nie ma. Pokłóciłem się z nim – wyznałem, kierując się w stronę mojego domu. – Nie masz pieniędzy nawet na metro czy hotel?
- Tsukasa wypierdolił mnie z domu i nie pozwolił nawet zabrać telefonu – westchnął rozżalony. Czyli tak jak myślałem…
Weszliśmy do środka. Hiroshi zdjął przemoczone buty i chciał wejść w głąb  domu, ale go powstrzymałem, zaciskając dłoń na jego ramieniu.
- Naprawdę mam spać na wycieraczce? – zrobił niemalże okrągłe oczy ze zdziwienia.
- Nie – uśmiechnąłem się łagodnie, jednak z wyrazu jego twarzy zrozumiałem, że on znalazł w tym uśmieszku fałszywą nutę. – Poczekaj tu. Przyniosę ręczniki, bo leje się z ciebie jak z cebra – wyjaśniłem i skierowałem się do sypialni.
Po chwili wróciłem, tak jak mówiłem, z dwoma ręcznikami. Jeden z nich rzuciłem chłopakowi. Hizumi ledwo go złapał drżącymi rękoma – zobaczyłem, że na jednej z nich widnieje rana, na której wciąż nie zaschła krew. Kurwa, a ja mu dałem białe ręczniki…
- Co ci się stało? – wskazałem na uszkodzoną dłoń.
- Jak to co? Przyciąłeś mi rękę oknem! – popatrzył na mnie spod byka.
- Aż tak mocno to zrobiłem? – wzruszyłem ramionami, uśmiechając się kącikami ust. – Upss… Poczekaj tu jeszcze. Pójdę po apteczkę.
Tym razem skierowałem się do łazienki. Z białej skrzyneczki z czerwonym krzyżykiem wyjąłem wodę utlenioną, opatrunki i bandaż. Wróciłem z tymi rzeczami do wokalisty i bez specjalnej delikatności polałem jego ranę dezynfekującym płynem. Brunet skrzywił się i zagryzł wargi z bólu. Następnie przyłożyłem jeden z trzech opatrunków i ciasno obwinąłem dłoń bandażem. Niepotrzebne opatrunki i pozostałą część bandaża odłożyłem na półkę. Chwyciłem ponownie drugi ręcznik i zbliżyłem się do Yoshidy, który jedną ręką wycierał włosy.
- Rozbierz się – poleciłem.
- Co? – zamrugał kilkakrotnie, spoglądając na mnie jakbym był z innej planety.
- No nie patrz tak na mnie – zaśmiałem się. – Nie pozwolę łazić ci w tych mokrych ciuchach po moim domu i przemoczyć wszystko dookoła; szczególnie podług, na których zapewne z twoją drobną pomocą, wypierdolę się i uderzę głową o kant szafki – wytłumaczyłem się, jednak to wciąż nie przekonało Hiroshiego. – Mam ci pomóc?
- No chyba śnisz!
- Jeszcze będziesz błagał, żebym cię dotknął – zachichotałem, szepcząc mu na ucho, które następnie polizałem. – No co? Jesteśmy w moim domu, gdzie panują moje zasady – wyszczerzyłem się ukazując przy tym zęby.
- Więc robię za twoją zabawkę? – upewnił się.
- Coś w ten deseń – pokiwałem głową.
- A… Zero, powiedz szczerze; dlaczego jednak postanowiłeś mnie przyjąć pod swój dach?
- Zrobiło mi się ciebie szkoda – skłamałem.
- A tak naprawdę?
- Chcesz poznać prawdę? Może być dość brutalna lub banalna… Zależy jak dla kogo… - rozłożyłem ręce.
- Chcę poznać prawdę.
- Zbiera się na burzę, przez co w telewizji odbiera jedna stacja, gdzie nadają mszę świętą. Nudziło mi się – wyjaśniłem i chwyciłem za krawędź jego bluzki.
- Naprad… Ej! – krzyknął, odpychając moje ręce.
- No nie bój się! Nie zgwałcę cię, przyrzekam! – podniosłem ręce w obronnym geście.
- Twoje słowo jest nic nie warte – syknął.
Nie zwracając uwagi na jego słowa ponownie chwyciłem bluzkę i mimo tego, że spotkałem się z małym oporem z jego strony, udało mi się ją z niego ściągnąć. Odrzuciłem mokry materiał na bok, po czym zacząłem wycierać Hizumiego. Miękkim ręcznikiem osuszałem najpierw jego barki, następnie tors oraz brzuch. Następnie przysunąłem się do niego tak, że nasze ciała dzieliły milimetry. Objąłem go, aby wytrzeć mu plecy. Kiedy skończyłem spojrzałem na zawstydzonego bruneta, który stał ze spuszczoną głową i zarumienionymi policzkami.
- Przestań… - szepnął.
- Przecież ja ci tylko pomagam, bo sam nie byłeś do tego skory – wzruszyłem ramionami.
Tym razem to naprawdę nie była żadna głupia gra; nie chciałem, żeby łaził mi tu jak jakaś topielica po domu i mył podłogi za długimi nogawkami przemoczonych spodni. Nie miałem po prostu ochoty łazić za nim ze szmatą i ścierać za nim mokrych śladów. Pobawić się nim zamierzałem nieco później – może się nim trochę powysługuję…
 Chwyciłem za jego spodnie i rozpiąłem ich guzik. Chciałem także rozpiąć rozporek, jednak zaraz ponownie dostałem po rękach.
- Przestaniesz w końcu udawać cnotkę? – prychnąłem znudzony. – Zaczynasz mnie irytować…
- Wzajemnie – wywrócił oczyma. – Nie będziesz mnie molestował!
- Hizumi, idioto, ja cię wycieram, bo jesteś mokry!
- Co nie zmienia faktu, że będziesz wracał do tego przez najbliższe dwa lata i przez to stanę się obiektem twoim durnowatych żartów i kąśliwych uwag – osunął się ode mnie. Zadygotał z zimna.
- Nic takiego nie będzie miało miejsca, przysięgam – złożyłem obietnicę.
- Już ci mówiłem, że twoje słowo jest nic nie warte – prychnął i chciał założyć ręce na piersi, jednak złapałem go za nadgarstek i szarpnąłem, przyciągając do siebie.
- Jeśli złamię obietnicę będziesz mógł mi przywalić w twarz; pasuje ci taki układ?
Wiedziałem, że cios od wokalisty nie będzie mocny, ze względu na to, że Yoshida, nawet jeśli zacząłbym się z niego śmiać, miałby wyrzuty sumienia za to, że mnie uderzył, a zresztą do najsilniejszych to on nie należał. Takie to chude, mizerne… Wiatr mocniej zawieje i porwie go kiedyś ze sobą… Tsukasa pewnego razu opowiadał mi, że kiedy zbierało się na burzę, a on wracał do domu na piechotę z Hizu to Hiroshi mało nie wpadł pod samochód, bo tak go zarzuciło; musiał go trzymać przez całą drogę, bo biedak nie mógł normalnie iść. A propos Tsukasy… to znacznie bardziej jego ciosu bym się bał – doskonale wiedziałem, że jeśli tylko jego Hizu-chan pisnąłby, że go molestowałem mógłbym skończyć marnie… naprawdę marnie i to wcale nie skończyłoby się jedynie na jego pałeczkach w moim tyłku; to byłby dopiero początek i w porównaniu do tego, co mógłby mi zrobić później, zapewne wspomnienie tego byłoby dla mnie czystą przyjemnością. Tsu czasem wkurzał się na Hizu i tracił do niego cierpliwość, ale kochał go nad życie i jeśli stałoby mu się coś, zapewne nigdy by sobie tego nie wybaczył. Zapewne także i teraz siedzi, i bije się z własnym sumieniem, zamartwiając się czy Yoshidy gdzieś tam nie zgwałcili albo nie pobili…
- Naprawdę? – zdziwił się.
- Naprawdę – westchnąłem cierpiętniczo. – Więc zgadzasz się? – nieśmiało kiwnął głową. – Uwierz, że jedynie nie chcę żebyś zamoczył mi podług. Wcale cię nie molestuje.
- Nie, wcale – mruknął sarkastycznie, jednak mimo to pozwolił mi zsunąć z siebie spodnie.
- Jeśli takie zachowanie masz za molestowanie to Tsukasa chyba jeszcze pożądnie cię nie zerżną – zachichotałem, widząc jak brunet się rumieni. – Chłopcze – poklepałem go po policzku – jeszcze nie wiesz, co znaczy słowo „molestowanie”, więc nie używaj go nadaremno – zaśmiałem się.
Przykucnąłem i zacząłem wycierać jego nogi. Zdziwiłem się widząc, jakie są zgrabne. Szczerz to Hizumi miał ładniejsze nogi od Karyu… Matsumura w ogóle był budowy tyczki, ale przynajmniej miał fajny charakter i lubiłem się z nim nieraz podroczyć.
Przesunąłem ręcznikiem po jego udzie, spoglądając jednocześnie na niego z dołu. Uśmiechnąłem się krzywo pod nosem.
- Tylko jeszcze sobie nie pomyśl, że się przed tobą kajam czy coś… albo jeszcze gorzej, że jestem na twoich usługach!
Będąc w takiej pozycji naprawdę miałem wrażenie, że jestem jego służącym i to on jest tutaj panem domu, a nie ja. Spodziewałem się, że Hiroshi zaśmieje się szyderczo, jednak on spuścił głowę. Chyba źle się czuł przy takim obrocie sytuacji.
Złapał mnie za ramię, kiedy zbyt mocno podniosłem jego nogę i prawie stracił równowagę. Spojrzałem na tę niezdarę z pewną czułością… przyjacielską, rzecz jasna! Trochę mi się go szkoda zrobiło… Wiem, że to do mnie niepodobne i zapewne z wyrazem współczucia na twarzy musiałem wyglądać jak świnia z siodłem, ale cóż…
Wstałem, kiedy skończyłem osuszać jego nogi. W sumie to nie wiem, dlaczego nie pozwoliłem, aby zrobił to sam, jednak w jakiś dziwny sposób byłem z tego powodu zadowolony. Stanąłem blisko niego, tak samo jak wtedy, kiedy wycierałem mu plecy. Tym razem wsunąłem dłonie pod jego czarne bokserki, dotykając jego pośladków. Chłopak wziął głębszy oddech.
- Więc… Tsukasa naprawdę jeszcze cię nie przeleciał? – zapytałem. Wokalista pokręcił głową, opierając się na mnie. – Więc nie wiesz jakie to uczucie… - szepnąłem mu na ucho, ponownie liżąc je. Hizumi zadrżał. Delikatnie ścisnąłem jego pośladki, jednak udało mi się opanować w ostatniej chwili, zanim zrobiłem coś, czego naprawdę mógłbym żałować. Cholera, co się ze mną dzieje?! Zabrałem ręce z jego ciała, odsuwając się. – Widzisz, to byłoby molestowanie, gdybym ręce przesunął poniżej twojego podbrzusza albo wsunął w ciebie palce – drgnął na te słowa. Kurwa, przecież to już było moletowanie! Nie powinienem go dotykać w taki sposób! – Spokojnie, nie zamierzam tego robić – powiedziałem zarówno do niego, jak i do siebie.
Wziąłem jego mokre rzeczy i wrzuciłem je do łazienki, aby wyschły. Następnie poszedłem razem z nim do sypialni (źle to brzmi!!!) i zacząłem przebierać w ubraniach w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym dać wokaliście. Wygrzebałem z dna szafy najmniejszą koszulkę jaką miałem, jednak na niego i tak była nieco za duża. Pożyczyłem mu również czystą bieliznę.
Kiedy Hizumi był już suchy udaliśmy się do salonu. Wokalista usiadł na fotelu i zawinął się w koc, który na nim leżał. Zrobiłem mu herbatę, za którą podziękował skinieniem głowy. Usiadłem na oparciu fotela, przykrywając go dokładniej.
- Dlaczego Tsu wyrzucił cię z domu? – zapytałem po pewnym czasie.
- Kazał mi przeprosić Karyu, myśląc, że jeśli tego nie zrobię to gitarzysta będzie się na nas wyżywał i będzie przedłużał próby w nieskończoność… i w sumie taka prawda – zaśmiał się ponuro. – Ale ja się uparłem, że nie pójdę do niego i powołałem się na to, że ty stanąłeś po mojej stronie, więc nie mogę nie mieć tak kompletnie racji. Wtedy on nie wytrzymał i wrzasnął, że jak tak bardzo się do ciebie przywiązałem to mam sobie do ciebie iść i nie pokazywać mu się więcej na oczy. Na początku nie chciałem przychodzić tutaj, myśląc, że Matsumura jest w domu, ale… na moje szczęście go nie ma.
- Pewnie siedzi u naszego perkusisty – zaśmiałem się. – Taka wymiana. Ty przeszedłeś do mnie, Karyu do Tsu… Masz przejebane – zachichotałem.
- Niby dlaczego? – nie zrozumiał.
- Bo Karyu w istocie będzie się nad nami pastwił, ale Tsukasa teraz jakimiś uspakajającymi słówkami go udobrucha i ochroni sobie tyłek, ja pójdę z nim do łóżka i się pogodzimy, więc całą złość wyładuje na tobie. Jak wrócisz do domu dostaniesz na poprawkę od swojego chłopaka, a jakby tego było mało przynajmniej na jedną noc utknąłeś ze mną – wyjaśniłem, szczerząc się okrutnie.
- Masz rację… Mam przejebane… Ale jak nie przeżyję tej nocy to przynajmniej kolejnych nieszczęść już nie zaznam – spojrzałem na niego zdziwiony. – A to nie chcesz mnie zabić?
- Nie, no co ty… - uśmiechnąłem się szerzej. – Będę się nad tobą znęcał i doprowadzę cię do agonii, ale uwierz, że będę nabożnie dbał, żebyś przeżył i nie stracił przytomności – zaśmiałem się.
- To ja chyba idę popełnić samobójstwo… - westchnął zrezygnowany.
- Ha, chciałbyś! Teraz to najlepsze, co mogłoby cię spotkać, ale ja ci na to nie pozwolę – wytknąłem mu język.
- Więcej nie będę udzielał się w kłótniach zespołu…
- Słusznie – pokiwałem głową. – Widzisz, ja jestem już na tak dobrym etapie, że wystarczy, iż zaciągnę Karyu do łóżka, a ten zaraz przestaje mnie za cokolwiek winić; ale jak ty jeszcze nie spałeś z Tsukasą to nawet gdybyś chciał mu się sprzedać to dziwnie by to wyglądało. Wybrałbyś złą chwilę, a on zrozumiałby, że chcesz go przekupić i byłby na ciebie jeszcze bardziej wściekły.
- Sprzedać? – powtórzył z niedowierzaniem.
- No bo to nie jest akt miłości; seks, za który coś dostajesz to zwykły handel wymienny, a twój tyłek to zapłata. Więc po prostu się sprzedajesz – rozłożyłem ręce, robiąc przy tym minę, jakbym mówił o najoczywistszej rzeczy na świecie.
- Zero, nie wiem w jakim świecie żyjesz, ale nigdy w życiu nie posunąłbym się do czegoś takiego… - pokręcił głową.
- Mówisz tak, bo jeszcze jesteś dziewicą – pogłaskałem go po głowie. – W dodatku Tsukasa broni cię przed złem tego świata. Jakbyś był ze mną to mógłbyś wiele wynegocjować… - zamyśliłem się, a Hiroshi spojrzał na mnie z przerażeniem. – Spokojnie, jak już raz tak zrobisz to potem stanie się to już dla ciebie oczywiste – machnąłem lekceważąco ręką.
- Przerażasz mnie… - odsunął się ode mnie na tyle, na ile mógł. – Michi, czy ty jesteś seksocholikiem?
- Ja nie, ale Karyu tak. Tsukasa ma na razie celibat, ale jak go już do siebie dopuścisz to zapewne nie da ci tak szybko wyjść z łóżka – uśmiechnąłem się cwaniacko.
- Nie wierzę, że Tsukasa taki jest… - prychnął.
- To sobie nie wierz – zaśmiałem się, wzruszając ramionami. – Przekonasz się.
- Wcale nie! Znam go dłużej od ciebie i wiem, że…
- Że taki nie jest? – przerwałem mu, przybliżając się znacznie. – Wiesz, kumplom nie wszystko się mówi i pokazuje. Dobrze, ty go dłużej znasz, ale to ja z nim sypiałem – wytknąłem mu język.
- Spa… Spałeś z nim? – wydukał, patrząc na mnie oczyma wielkimi jak piłki do tenisa ziemnego.
- Oczywiście. Nie mówił ci? Hm, trudno, no to już się dowiedziałeś… - zrobiłem obojętną minę. – Jak raz wpuściłem tą seksualną bestię do łóżka to potem wykopać go nie mogłem – wywróciłem oczyma.
Yoshida na przemian zamykał i otwierał usta w bezbrzeżnym zdziwieniu, nie wiedząc, jak się zachować; chyba trochę przesadziłem… musiało go to dotknąć.
- On… naprawdę… taki jest?
- Każdy facet chce seksu; jeden z kobietą, drugi z mężczyzną, trzeci i z tym, i z tym. Pytanie tylko, ile chce? Czy tak jak Karyu chce się pieprzyć całą noc aż potem nie może chodzić, czy jak ja, kiedy czuje tylko przemożną chęć i pożądanie. Tsukasa umie się miarkować, ale na początku może być dla ciebie dość… brutalny – starałem się tym razem powiedzieć wszystko dość delikatnie. – Chyba zniszczyłem wyimaginowany, piękny obraz Ooty w twoich oczach, co? – spojrzałem na niego. – Wiesz, tak naprawdę to wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni pod tym względem, więc…
- Wiesz… Tylko, że dla mnie związek niekoniecznie kojarzy się z seksem… - wyznał cichutko.
- Boisz się? – nie odpowiedział. – Hej, porozmawiajmy szczerze. Nie będziemy wyciągać żadnych konsekwencji z tej rozmowy, dobrze? – niepewnie zgodził się i na powrót przysunął do mnie.
- To nie tak, że się boję, tylko… raczej nie chcę…
- Dlaczego?
- Nie wiem… Po prostu nie chcę… Tsukasa już zachęcał mnie kilka razy, ale…
- Nie chcę nic sugerować, ale może nie czujesz się przy nim wystarczająco bezpiecznie – objąłem go po przyjacielsku. – Albo po prostu nie jesteście dla siebie… albo inaczej, ty nie czujesz tego, co on by chciał, abyś do niego czuł. Może wywiera na ciebie jakąś presję? Lub… nie kochasz go, po prostu.
- Kocham go…!
- Kochasz czy tylko to sobie wmawiasz na zasadzie „skoro on mnie kocha to wypadałoby, żebym ja też go kochał”? – spojrzał na mnie zdziwiony. – Wybacz jeśli znów przesadziłem, jedynie spekuluję… - Hizumi rozpłakał się i wtulił we mnie. Bez zastanowienia objąłem go i zacząłem gładzić uspakajająco po plecach.
- Ja… Może masz rację… Nie czuję się przy nim bezpiecznie… Ale jak mam się czuć bezpiecznie przy osobie, która wrzuca mnie z domu w nocy, w deszcz, dlatego, że pokłóciłem się z gitarzystą naszego zespołu? To nie była jego sprawa…
- I pewnie nie taka pierwsza, co? – zgadywałem, a jego jednoznaczne milczenie, jedynie utwierdziło mnie w tym, że trafiłem w samą dziesiątkę. – Boisz się od niego odejść?
- Nawet nie mam gdzie i jak! Kredyt na nasze wspólne mieszkanie wziąłem ja, więc z mojej pensji odchodzą pieniądze na raty. Nie spłaciłem tego, a co dopiero mówić o tym, żebym odszedł i znalazł sobie coś innego… - wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić.
- Moim zdaniem nie chodzi tu o pieniądze – spojrzał na mnie uważnie. – Boisz się, że jeśli dziś wyrzucił cię z mieszkania, to jeśli odejdziesz od niego, zrobi ci krzywdę, mam rację? – znów to wymowne milczenie. – Tu cię akurat pocieszę. Tsu nie jest taki. Bywa zaborczy i czasem wtyka nos w nieswoje sprawy, dodatkowo dolewając oliwy do ognia, ale cóż… Ciesz się, że Tsukasa nie jest mną. Wtedy miałbyś dopiero piekło – zaśmiałem się, aby podnieść go nieco na duchu.
- Szczerze to wolałbym ciebie… - powiedział ledwo słyszalnie, spuszczając głowę i rumieniąc się.
- Nie wiesz, co mówisz – pokręciłem głową.
- Ty również nie jesteś szczęśliwy z Karyu, prawda? Choćby przez to przekupywanie seksem… - zrozumiałem, jak ciężko jest się do tego przyznać, dlatego łatwiej po prostu nie odpowiedzieć. Stąd ta wymowna cisza…
- Gdybyś tylko wiedział, co dzieje się w tym domu… - pokręciłem głową.
- Aż tak źle?
- Widać jedziemy na jednym wózku… - uśmiechnąłem się niewesoło.

***

Po jakiejś kolejnej godzinie i dwóch butelkach wina wypitych przy akompaniamencie mszy świętej i chóralnych śpiewach, atmosfera znacznie się rozluźniła. Na początku Hizu nie chciał pić, ale kiedy wymyśliłem zabawę w „małych kapłanów”, która polegała na tym, że piliśmy wino w tym samym momencie, co ksiądz na ekranie… a potem dowiedzieliśmy się, że ksiądz pije tylko raz wino podczas mszy i okazało się, że moja zabawa była niewypałem. My jednak nie przestawiliśmy bawić. Na słowa: „amen”, „gloria” bądź „chwała na wysokości” piliśmy – ale po pewnym czasie uznaliśmy, że wierni i duchowny za rzadko wypowiadają te słowa, a zaraz potem msza w telewizji się skończyła, więc po prostu wplataliśmy te zwroty do naszej rozmowy; a kiedy to już się stało, piliśmy.
- Czemu ja mam takiego pecha? – jęknął brunet.
- Bo związałeś się nie z tym facetem, co powinieneś – odpowiedziałem.
- Amen! – krzyknął, a wtedy obaj chwyciliśmy kieliszki i opróżniliśmy je. Odstawiliśmy puste naczynia na stolik, a ja sięgnąłem po kolejną butelkę. Jako że żadnemu z nas nie chciało szukać się korkociągu, najzwyczajniej w świecie wepchnąłem korek do środka i ponownie rozlałem wino do kieliszków.
- Ale nie bój się! – odezwałem się. – Ja ci pomogę!
- Niby jak? – Yoshida spojrzał na mnie sceptycznie.
- Trochę cię poinstruuję, ty moja niepokalana dziewico – zachichotałem. – Najpierw z nim pogadaj. Tak otwarcie. Nie myśl o konsekwencjach, bo od teraz masz już zaplecze. Jak następnym razem Tsukasa cię wyrzuci z domu to przyjdź do mnie.
- A co z Karyu?
- Mam małą kawalerkę w centrum, o której Karyu nie wie. To tak na wszelki wypadek – ewentualność na ten najczarniejszy scenariusz. Jak cię Tsu wyrzuci to przyjdź. Dam ci klucze, będziesz mógł tam się wprowadzić na jakiś czas.
- O dzięki ci, mój dobry samarytaninie – Hiroshi uśmiechnął się błogo i spojrzał na mnie z niewypowiedzianą wdzięcznością. Przysunął się bliżej mnie i oparł głowę na moim ramieniu.
- Niczym się nie martw! Rock’n’roll, chwała na wysokości i do przodu! – i kolejny raz wychyliliśmy po lampce wina.

***

Hizumi nad ranem wrócił do siebie. Z początku był nieco oporny, chciał zostać dopóki Karyu nie wróci, jednak niemalże siłą wyrzuciłem go z domu, powtarzając, że odwleka to, co nieuniknione. Siedząc przed telewizorem i rozmasowując obolałe skronie, rozmyślałem o wokaliście. Bałem się, że coś spieprzy, że zrobi coś nie tak, a ja potem będę musiał go wyciągać z gówna, w które sam się wpakuje. Próbowałem postawić się na jego miejscu i odgadnąć, co też Hiroshi mógłby powiedzieć Tsukasie, aby szybko i sprawie opanować sprawę, a najlepiej od razu ją zażegnać. Byłem tak pochłonięty myślami, że nawet nie zauważyłem, kiedy do domu wrócił Matsumura. Zdawało się, że nie dosłyszałem trzaśnięcia drzwi wejściowych ani pogardliwego prychnięcia, które wydał rudzielec na mój widok. Nie wywarło na mnie wrażenia również jego mrożące krew w żyłach spojrzenie, do którego przez czas, przez jaki byliśmy razem, zdążyłem już przywyknąć. Yoshitaka szturchnął mnie w ramię, co dopiero wywołało u mnie jakąkolwiek relację. Spojrzałem na niego nieobecnym wzrokiem. Chłopak opadł z westchnięciem na kanapę i założył ręce na piersi. Wciąż był obrażony i po jego minie mogłem wywnioskować, że nie zamierza się do mnie odzywać. Przewróciłem oczyma, po czym również westchnąłem, podnosząc się z fotela. Podszedłem do gitarzysty i złapałem go za zimną dłoń. Przeszedł mnie dość nieprzyjemny dreszcz…
Pociągnąłem Matsumurę ze sobą, jak łatwo się domyślić, do sypialni. Popchnąłem go na łóżko, po czym usiadłem obok niego. Zawahałem się. Poczułem pewnego rodzaju wstręt – nie do kochanka, a do samego siebie. Może Hizumi miał rację? Może ten świat niekoniecznie musi sprowadzać się do tak typowo zwierzęcych instynktów jak puste pożądanie? Może zwyczajnie zapomniałem, że jeśli coś nie podoba mi się w moim życiu to mam prawo to zmienić; bo w końcu szczęście nie jest zarezerwowane tylko dla wybranych jednostek…Wczoraj próbowałem pouczać wokalistę, a kiedy przyszło co do czego, okazało się, że w istocie to on nauczył mnie, a raczej przypomniał, o wiele więcej.
Rudzielec zniecierpliwiony brakiem poczynań z mojej strony przyciągnął mnie do siebie, a następnie pchnął na plecy. Zawisł nade mną i uśmiechnął się bardziej do siebie niż do mnie.
- Wiesz, że kara musi być, prawda? – upewnił się.
- Wiem – odpowiedziałem bez emocji w głosie.
Moją karą miało być „zdetronizowanie” z pozycji seme. Naprawdę nie lubiłem być na dole…
Karyu zaczął całować mnie po szyi. Odchyliłem głowę do tyłu. Chłopak nie bawił się ze mną długo – to nie byłoby w jego stylu. Po naprawdę niedługiej chwili znudził się i wysoko podwinął moją bluzkę. Językiem zataczał koła wokół sutków, a następnie zaczął je drażnić. Kiedy poczułem zęby na skórze z moich ust wydostało się stłumione westchnienie. Karyu zaśmiał się pod nosem, odrywając od mojego ciała.
- Nie zaszczycisz mnie nawet cichym jękiem? – zapytał retorycznie.
Nie odpowiedziałem, co poskutkowało tym, że jego dłoń znalazła się na moim kroczu. Mocno je ścisnął, po czym zaczął masować. Nie mogłem już dłużej opanować odgłosów więznących mi w gardle. Rudy ponownie uśmiechnął się i przyssał do mojej skóry, wciąż nie przestając mnie pobudzać.
- Yoshi… - wyszeptałem między kolejnymi westchnięciami. – Yoshi…. – zamknąłem oczy i całkowicie oddałem się fali przyjemnych doznań, na powrót zapominając o ty, co przypomniałem sobie dzięki Hizumiemu…Właśnie, Hizumi… – Yoshida… (dla niezorientowanych – Karyu nazywa się Yoshitaka, więc myślał, że Zero zdrabniał jego imię, kiedy w istocie Shimizu chodziło o Yoshidę; jest to dwuznaczne zdrobnienie, którego można użyć zarówno do wokalisty jak i gitarzysty od aut.).
Matsumura podniósł głowę i spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami z niedowierzania… a może nie tylko z niedowierzania?

***

- Jak myślisz, Michi, dlaczego ludzie boją się zmian? – zapytał Hizu wpatrzony w nocne niebo, na które spoglądał przez okno dachowe kawalerki, w której razem pomieszkiwaliśmy od jakiegoś czasu.
- Uważam, że ludzie są pesymistami – odpowiedziałem. – Boją się, że zmiany przyniosą coś złego, dlatego wolą zostać przy starych śmieciach w myśl, że zawsze może być jeszcze gorzej. To głupie – skrzywiłem się.
- Moim zdaniem to nie takie głupie. Dobrze jest doceniać to, co się już ma, ale kiedy jest możliwość sięgnięcia po coś więcej, dlaczego nie spróbować? Oczywiście, nie wszystkie próby się udają; na niektórych można wiele stracić, jednak przy odrobinie pomyślunku można równie wiele zyskać.
- Masz rację – przytaknąłem. – Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że nie każdy docenia to, co ma. Nie każdy potrafi… jak choćby Tsukasa – podałem przykład.
- I Karyu – dodał. - Lepiej patrzeć na niebo przez okno dachowe niż nie widzieć go wcale – rzucił lekko, przy czym uśmiechnął się delikatnie.
- Masz rację. Jak zwykle masz rację… - pokiwałem głową, a następnie przysunąłem się do niego i objąłem czule. Hiroshi wtulił się we mnie i ułożył głowę na moim ramieniu. Musnąłem delikatnie jego wargi.
- Szczęście jest na wyciągnięcie ręki – powiedział, patrząc mi prosto w oczy.
- Dążąc do szczęścia trzeba pamiętać, że to my sami kierujemy swoim życiem. W większości przypadków sami jesteśmy winni swoim nieszczęściom – choćby przez brak umiejętności docenienia tego, co się posiada. Czasem trzeba zaryzykować, jednak nie można też iść na ślepo. Wszystko należy robić z rozwagą i głową. Niekiedy wystarczy mały krok by całkiem odmienić swoje życie.
- Tym razem to ty masz rację – zgodził się. – Zapomniałeś jednak uwzględnić, że potrzeba odwagi, aby wykonać ten krok, gdyż zwłaszcza ten pierwszy jest nierzadko bardzo ciężko wykonać – zauważył.
- Hiroshi, ciężko to jest rower pod górę pchać – spojrzałem na niego ciepło. - Człowiek, który nie potrafi znaleźć w sobie tej odwagi jest nieudacznikiem; do niczego w życiu nie dojdzie. Teraz, kiedy oboje wykonaliśmy już ten krok, kiedy porównuję, to co miałem wcześniej i co zyskałem obecnie, jestem pewien, że nieważne, ile razy miałbym szansę wrócić do przeszłości, i tak nie podjąłbym innej decyzji. Dla ciebie mogę brnąć przez życie choćby czołgając się aż do śmierci – wyznałem.
Hizu podarował mi jeszcze jedno głębokie spojrzenie, którym, zdawało mi się, potrafił uraczyć tylko on. Potarł nosem o mój policzek, a następnie złączył nasze usta w namiętnym pocałunku.

Życie przypomina nieco matematykę – dwa minusy dają plus; w tym wypadku dwóch nieszczęśliwych ludzi stworzyło szczęśliwy związek… a ci ludzie przestali być już nieszczęśliwi…

Horror a'la Hizumi cz.2 (mini-seria)

A tak na Hallowen macie "horrorek" o Hizu xD
Propo; ktoś się wybiera na słodycze czy jestem jedyną tak dziecinną (i zachłanną) osobą? ;p




Tak, jestem genialna i potrafię natchnąć sama siebie xD Ten shot został zainspirowany poprzednią częścią „horror a’la Hizumi” oraz tym zdjęciem, które znalazłam gdzieś w czeluściach mojego dysku ;p

Tytuł: „Horror a’la Hizumi” cz.2
Typ: mini-seria
Gatunek: komedia (?)
Beta: -

- Jak to możliwe? – Zero przyjrzał się dokładniej zdjęciu na ekranie komputera, nie chcąc i nie mogąc uwierzyć, że przedstawia ono ich wokalistę. – To naprawdę Hizumi? – powtórzył to pytanie chyba dziesiąty raz.
- Podpis na to wskazuje – mruknął Karyu, który mimo iż musiał przyznać, że Hizu wyglądał na tym zdjęciu słodko to jednak zachowywał sceptycyzm. W końcu to był Hizumi.
Hizumi.
Hizumi.
Nie!
Hizumi nie jest słodki!
Hizumi jest straszny!
Gitarzystę przeszły dreszcze.
- Skąd wytrzasnąłeś to zdjęcie? – spytał basista, przekręcając laptopa „do góry nogami”, jakby to miałoby mu w czymś pomóc.
- Z jakiegoś forum o muzyce metalowej. Ktoś rozpoczął dyskusję na nasz temat; na początku kilka słów o muzyce, dyskografia, a potem włączyły się fangirle i zaczęły się teksty typu: „jaki to Tsukasa jest umięśniony i seksowny”, „jaki to Zero jest cudowny i seksowny”, a zaraz po tym… „jaki to Hizumi jest KAWAII i seksowny” i dołączone to zdjęcie. Rozumiesz to? Kto normalny nazwałby Hizumiego KAWAII?!
- Fangirl to fangirl. Zrozum to. One wszystkie nazywają swoich idoli kawaii. Nawet Kyo według nich jest kawaii – szatyn nie wydawał się być tym wstrząśnięty.
- Dobra, może nie znam się za dobrze z Kyo, ale przyznaj… Hizumi jest straszniejszy… - szepnął rudzielec, któremu nagle głos uwiązł w gardle.
- Prawda. Hizu jest szczególnie straszny z makijażem – Zero przełknął głośno ślinę (odsyłam do zdjęcia zamieszczonego przy pierwszej części „Horror a’la Hizumi” od aut.), ale zaraz się opanował, kiedy dołączył do nich Tsukasa. Perkusista usiadł na łóżku obok Michiego i zajrzał mu przez ramię, spoglądając na monitor.
- Ale kawaii chłopczyk! – wykrzyknął Tsu, wyrzucając ręce w powietrze. Na jego twarzy momentalnie namalował się uśmiech. – Kto to jest?
- Czytać nie umiesz? – Shimizu wskazał palcem na różowy (!) podpis na zdjęciu. – Czekaj, czekaj… Karyu, a na tym forum nie było nic wspomniane o tobie? – dociekał szatyn.
- No właśnie nie… - burknął gitarzysta, a Zero już rozumiał przyczynę dzisiejszego złego humoru rudzielca. Yoshitaka został urażony tym, że fanki nie zachwycały się nim tak, jak pozostałą częścią zespołu.
Michi westchnął i zignorował to, że Matsumura ponownie spochmurniał. Znów skupił się na zdjęciu, które prawdopodobnie przedstawiało Hizumiego. Ponownie chciał przekręcić laptopa na kolanach, kiedy kątem oka dostrzegł minę perkusisty. Wytrzeszczone oczy, otwarte usta, wysoko podniesione brwi… Zdaniem basisty była to mina, która pasowałaby do sytuacji, gdyby Oota nakrył jego i Karyu masturbujących się do tego zdjęcia, a nie do samego zerknięcia na nie.
- To. Nie. Jest. Hizumi. – wydusił z siebie, dobitnie oddzielając każde słowo. – Jestem. Tego. Tak. Pewien. Że. Dałbym. Sobie. Za. To. Rękę. Uciąć.
- W takim razie straciłbyś jedynie rękę. Nie umiesz czytać ze zrozumieniem? – zganił go gitarzysta.
- Daj spokój! – oburzył się perkusista. – Napisać można wszystko! Gdyby ktoś napisał pod zdjęciem rudowłosej modelki na wybiegu „Yoshitaka Matsumura”, a pod zdjęciem Świętego Mikołaja z supermarketu „Shimizu Michi” też byś w to uwierzył? – Kenji spojrzał na gitarzystę jak na osobę niespełna rozumu. – To pewnie ktoś inny, tylko jakiś fangirl dorobił napis „Hizumi” i wstawił do Internetu!
Po wykładzie Tsukasy nastała chwila ciszy i konsternacji, podczas której napięcie między muzykami zelżało; i to znacznie. Wszyscy czuli, jakby kamień spadł im z serca. To tylko photoshop. Ich wokalista wciąż jest straszny i tak pozostanie na wieki. I tak ma być, bo… w sumie to przyzwyczaili się już do tego Hizu, który został niemalże wyciągnięty żywcem z horroru, i takiego go chyba właśnie pokochali; bo choć Yoshida był straszny to jednak z czasem się z nim zżyli – zresztą, nie można zaprzeczyć, że był z niego dobry przyjaciel.
Po tej pokrzepiającej myśli, że Hiroshi wciąż jest niezmiennie straszny nawet Michi pozwolił sobie na delikatny uśmiech pod nosem. W jednej chwili wszyscy wypuścili głośno powietrze i na powrót uspokoili się.
W tym oto momencie Hizumi zdążył także wyjść z łazienki po długiej i gorącej kąpieli. Kiedy tylko otworzył drzwi kłęby białej pary uleciały do ich wspólnego pokoju. Pary było tak dużo, że siedząca na łóżku trójka przez chwilę widziała jedynie zarys postaci ciemnowłosego. Karyu zadrżał, gdyż ten widok przypominał mu scenę z horroru, jaki niedawno oglądał. W ów horrorze wampir wychodził ze swojej krypty z cmentarza w obłokach gęstej mgły – w tym wypadku nie miało znaczenia czy to rzeczywiście wychodził wampir z krypty czy Yoshida z łazienki; oba przypadki były tak samo straszne.
Na szczęście para o wiele szybciej rozniosła się w powietrzu niż mgła, więc chwilę potem muzycy dostrzegli wokalistę. Hizumi miał umyte, wysuszone i jedynie rozczesane włosy – nie tak jak zawsze natapirowane – nie miał makijażu, a ubrany był jedynie w za duży, czarny podkoszulek oraz bokserki. Miał zaróżowione policzki od wysokiej temperatury panującej w łazience jak i od własnej wysokiej temperatury, bo zaziębił się i miał gorączkę. Uchylił usta, gdyż chciał coś powiedzieć, jednak głos uwiązł mu w gardle, albowiem ból i drapanie w nim nasiliło się. Hiroshi przeklął w myślach; nienawidził chorować.
Jednak w oczach Karyu, Zero i Tsukasy Hizu wcale nie wyglądał na chorego. On wyglądał słodko. Wyglądał… KAWAII…!
Matsumura zląkł się jeszcze bardziej i zwinął w kulkę, uciekając pod samą ścianę i bujając się w przód i w tył, aby się uspokoić. Shimizu mało nie zasłabł na ten widok. Laptop spadł mu z kolan, ale nikt się tym nie przejął. Michi pobladł gwałtownie i chwycił się za serce, które nagle odmówiło posłuszeństwa i, zdawało mu się, że przestało bić.  Jedyny, któremu udało się zachować względny spokój był Oota.
Hiroshi znów nie wiedział, co go ominęło, jednak po ostatnim incydencie w restauracji przy śniadaniu, wiedział, że wypytywanie gitarzysty i basisty to tylko strata czasu. Zwrócił się więc do perkusisty:
- Co im się stało? – wykrztusił z siebie zachrypniętym głosem, próbując nie poddawać się nieopisanemu bólowi zdartego i zainfekowanego gardła.
Przy tak słodkim wyglądzie głos wokalisty był jeszcze bardziej przerażający niż normalnie. Szczególnie, że akurat w tej chwili nie był normalny, a zachrypnięty i niższy; Tsu przypomniało się anime, które ostatnio oglądał – występował tam seryjny morderca, którego seiyuu* miał właśnie taki głos. Nie mógł już dłużej walczyć z przemożną chęcią ucieczki, więc… po prostu wybiegł z pokoju jak oparzony.
Yoshida spojrzał ze zdziwieniem na zamykające się z trzaskiem drzwi za Tsukasą. Przez chwilę jeszcze stał w bezruchu i próbował zrozumieć, co za sytuacja miała tu miejsce, jednak odpuścił. Uznał, że nigdy nie zrozumie pozostałej trójki i… najzwyczajniej w świecie poszedł spać.


*osoba podkładająca głos pod anime

Closer to Ideal cz.6

Ostrzegam, nie wiem, co sobie myślałam pisząc ten tekst. W każdym razie odzwierciedla on mój nastrój - raz zabawnie, groteskowo, raz lament i wypłakiwanie oczu. Jestem zjechana jak koń po westernie, nie wiem nawet dlaczego, więc naprawdę... wybaczcie... ;_;
Idę czytać o D.gray-man (ha, już wiecie, że to moja mania xD)

Ach, no i muszę podziękować Yuuko Mariko Misaki za te wszystkie "+1" :) Wielkie Arigatou i ukłony :D
W kolejnych dniach (bliżej weekendu) może pojawić się coś na moi drugim blogu (gdyż ostatnio tam halny wieje), jednak niczego nie obiecuję. Wszystko zależy od mojej motywacji, która gdzieś jak na razie wyparowała.



„Closer to Ideal” cz.6

Wystarczy postawić na lodówce przeterminowany serek, a po miesiącu nie dość, że ożyje, odzyska zapach, barwy i sprężystość, to na dodatek sam do nas przyjdzie. Gdy zaś poczekamy kolejny miesiąc serek ten przemówi do nas w ludzkim języku, a przy odrobinie ćwiczeń nad modulowaniem głosem z pewnością także dla nas zaśpiewa… by następnie wygryźć zdesperowanego wokalistę z jego miejsca w zespole… a przynajmniej ja miałem takie właśnie poglądy, które udało mi się sklarować, kiedy siedziałem trzecią godzinę w kuchni własnego mieszkania i przechylony niebezpiecznie mocno na krześle, z nogami na blacie stołu i głową wychyloną za oparcie owego krzesła, przyglądałem się odwróconemu widokowi jogurtu, który miał być moim śniadaniem… jakiś tydzień temu.
Tak, nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić ani gdzie się podziać.
Normalnie w takim nastroju zapewne wziąłbym się za pisanie piosenek, ale od pewnego czasu już nie musiałem tego robić. Nie było sensu w tym, abym angażował się w cokolwiek, co choćby pośrednio wiązało się z muzyką. Nie należałem już do zespołu, więc mogłem zająć się czymś zupełnie innym. Teoretycznie wizja super – doczytałem w końcu książki, których jak na złość nigdy nie mogłem skończyć, pierwszy raz od niepamiętnych czasów wziąłem tak długą i relaksacyjną kąpiel, nawet posprzątałem w mieszkaniu, ba! Miałem tyle czasu, że wziąłem się pierwszy raz w życiu za sprzątanie w szafie! Oprócz tego mógłbym także poświęcić czas wolny na… no nie wiem, powiedzmy naukę gotowania, rozpoczęcie nauki języka obcego, pomoc starszej sąsiadce, sprzątanie po psach, które przyozdobiły pobliski, mały park „niespodziankami”, szukaniem dowodów na istnienie UFO, przebranie się za jednego ze Spartan i ganianie półnago w stroju odpowiadającym Leonidasowi po mieście, zacząć studiować medycynę w specjalizacji genetyki, aby następnie podjąć się zadania zrekonstruowania mamuta, mógłbym także osiodłać świnię i nauczyć się na niej jeździć jak na koniu, dzięki czemu zyskałbym o niebo tańszy niż samochód środek transportu, a w dodatku znalazłbym się na pierwszych stronach gazet; kto wie, może nawet jakiś dyktator mody uznałby mnie za ciekawą indywiduę i wszyscy zaczęliby mnie naśladować… Owszem, mógłbym to wszystko zrobić, ale ja za to wolałem siedzieć w domu i gapić się na ten cholerny jogurt. Dlaczego? Ano dlatego, że wszystko, co jest dobre w teorii, zazwyczaj jest źle interpretowane i wykorzystywane przez ludzi w rzeczywistości.
Dobra, przyznaję trochę zaczęło mi odbijać.
Minęły trzy dni odkąd ostatni raz widziałem się z Shimizu. Przez owy czas nie wyszedłem z mieszkania ani razu. Nie spotkałem się z żadnym człowiekiem. Ignorowałem wszystkie telefony aż w końcu bateria rozładowała się i komórka zamilkła na dobre. Kilka razy ktoś pukał do drzwi, kilkanaście razy ktoś dzwonił domofonem, ale nie pofatygowałem się, aby otworzyć. Zwyczajnie nie miałem ochoty, by z kimkolwiek się widywać. Nie chciałem widzieć żadnej żywej duszy wokół siebie. Potrzebowałem spokoju, aby ułożyć myśli i postanowić, co powinienem zrobić dalej.
Jedyną żywą istotą oprócz mnie w mieszkaniu była mucha. Wkurwiała mnie, więc opuściłem własną sypialnię, którą upodobał sobie owad. Przymknąłem oczy i oddałem się rozmyślaniom, kiedy nagle… Bzzzzz… No szlag jasny by człowieka trafił! Cholerna mucha, mało jej miejsca w sypialni? Musiała tutaj za mną przylecieć? A może zrobiła to specjalnie; żeby jeszcze bardziej mnie zdenerwować? Ta myśl mnie naprawdę rozwścieczyła…
Otworzyłem oczy i spojrzałem na sufit, pod którym latał nieznośny insekt. Powoli wstałem i sięgnąłem po zestaw noży, który w specjalnym drewnianym stojaku stał koło zlewu i nie został przeze mnie użyty chyba ani razu. Usiadłem na blacie i jak opętany zacząłem ciskać nożami w sufit, aby zabić muchę. Niestety, noże jedynie odbijały się od sklepienia i z brzdękiem spadały na podłogę. W akcie rozpaczy wysunąłem pierwszą szufladę i bez zastanowienia wyciągałem wszystko, co nawinęło mi się pod rękę – jeszcze więcej noży, widelce, łyżeczki do herbaty, nożyczki, nożyce, szczypce, drewniane łopatki, łyżki, chochle… Bzzzzz… A mucha jak żyła, tak żyła sobie w spokoju dalej, gdyż żaden z moich pocisków jej nie trafił. Najwidoczniej jedynie zniechęciłem ją do wycieczki krajoznawczej po kuchni, gdyż zaraz usłyszałem jak bzyczenie cichnie i oddala się. Owad zapewne wycofał się z powrotem do sypialni, a ja zostałem w kuchni z obdrapanym sufitem i niezłym pobojowiskiem.
- Kurwa mać! – wrzasnąłem na cały głos, będąc rozwścieczonym.
Sapnąłem wściekle i odetchnąłem głęboko. Nagle zrobiłem się bardzo zmęczony tym napadem furii, jednak zrzuciłem ten objaw na to, iż dziś jeszcze nie piłem kawy. Aby nieco się rozbudzić nastawiłem wodę w elektrycznym czajniku, ignorując nieporządek. Wyjąłem kubek i wsypałem do niego cztery czubate łyżeczki kawy rozpuszczalnej, a następnie usiadłem na blacie. Spuściłem głowę, oddychając głęboko i powoli uspokajałem się.
Usłyszałem cichutki szmer, jakby szczęk metalu o metal, ale zignorowałem to. Uznałem, że to zapewne sąsiad majstruje coś na korytarzu czy w swoim mieszkaniu. Jak można było się spodziewać, źle oceniłem sytuację. Szczęk stawał się coraz głośniejszy i wydawało mi się, że dochodził z przedpokoju. Kierowany przeczuciem udałem się tam, przez co w następnej chwili mało nie oberwałem drzwiami! Drzwi (które uprzednio zamknąłem na klucz, jestem tego pewien!) nagle otworzyły się z hukiem i uderzyły z wielką siłą o ścianę; uderzyły tak mocno, że klamka uszkodziła ścianę i pozostawiła na niej widoczny ślad.
Ja natomiast straciłem równowagę i wylądowałem na podłodze jak długi, przez co łyżka do odcedzania makaronu wbiła mi się w plecy. Jak widać miałem szerokie pole rażenia, a jeden z pocisków doleciał aż tutaj.
Na domiar złego w drzwiach stanął nikt inny jak Zero. Chłopak zamknął małą skrzynkę z narzędziami, do której uprzednio schował dwa wytrychy, młotek i śrubokręt, po czym wszedł raźnym krokiem do mojego mieszkania.
- Zamek zapadkowy. Myślałem, że dłużej mi to zajmie – mruknął bardziej do siebie niż do mnie.
Przez chwilę leżałem otępiały i wpatrywałem się w chłopaka, ale w końcu udało mi się odzyskać rezon. Wyjąłem spod własnych pleców tę przeklętą łyżkę i odrzuciłem ją jak najdalej od siebie. Brzdęk metalowego akcesoria kuchennego zwrócił uwagę basisty, który przestał przyglądać się drzwiom i spojrzał w moją stronę. Wyciągnął do mnie rękę w geście pomocy. Przez moment wahałem się, jednak w końcu złapałem jego dłoń i pozwoliłem mu wywindować się do pozycji stojącej. Michi zamknął drzwi kopnięciem i rozejrzał się dookoła. Na całe nieszczęście przedpokój był bezpośrednio połączony z kuchnią, przez co miał stąd doskonały widok na pobojowisko, jakie sam uczyniłem.
- Cześć – odezwał się w końcu, ponownie wyciągając rękę w moją stronę tym razem w geście przywitania.
- „Cześć”? – prychnąłem. – Tylko tyle masz mi do powiedzenia po tym jak włamałeś się do mojego mieszkania? – spojrzałem na niego groźnie, mimo iż zdawałem sobie sprawę, iż musiało to wyglądać komicznie, z racji tego, że stałem przygarbiony i trzymałem się jedną ręką za obolałe plecy, a drugą wspierałem się na kolanie; mówiąc prościej przyjąłem klasyczną pozycję dziadka, który szykuje się do zrzędzenia na dzisiejszą młodzież.
- A ty co powiesz mi o tym, co miało miejsce w kuchni? – odbił piłeczkę.
- Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć. To mój dom i mogę w nim robić, co mi się żywnie podoba – prychnąłem. Zero wbił we mnie ponaglające spojrzenie, jednak postanowiłem trzymać się twardo. Niestety moje postanowienie uleciało chwilę po tym, jak usłyszałem cichy trzask oznaczający, że woda właśnie się zagotowała. – Próbowałem zabić muchę – wyznałem.
- Ta, a ja początkowo chciałem przylecieć do ciebie na tęczowym jednorożcu, ale zapomniałem, że oddałem go do serwisu, bo ostatnio coś oprócz brokatem zaczął również srać srebrnymi monetami, a wiesz, łatwiej jest wynieść wór brokatu niż ciężkich monet i…
- Skończyłeś ze mnie kpić? – warknąłem.
- Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie – wzruszył ramionami. – Jak ty robisz ze mnie idiotę to ja z ciebie też.
- Trzymając się tego jakże pouczającego powiedzonka; uważasz, że w ramach zemsty byłoby stosownym, abym oblał cię wrzątkiem? – zapytałem, sięgając po czajnik z zagotowaną wodą i zalewając nią kawę. Nie byłem na tyle uprzejmy, aby zapytać nieproszonego gościa, czy chce może coś do picia.
- Ej no, nie przesadzaj, Hiroshi… - podniósł ręce w obronnym geście. Widocznie naprawdę się zląkł. – Krwawisz – zmienił temat i zbliżył się do mnie. Bez pytania czy ostrzeżenia podniósł materiał mojej białej bluzki i przyjrzał się ranie na plecach. – Co ci się stało?
- Nadziałem się na łyżkę – powiedziałem prawdę. Chłopak w pierwszej chwili otworzył usta, ale zaraz je zamknął i zacisnął wargi w poziomą kreskę.
- Nie będę tego kontynuował – pokręcił głową. – Nie chcesz mi powiedzieć, co ci się stało, to nie – spasował. – Gdzie trzymasz wodę utlenioną i opatrunki?
- Mówię prawdę, ale jeśli nie chcesz mi wierzyć, to nie – wzruszyłem ramionami. – Ostatnia szuflada w komodzie w przedpokoju.
Szatyn wrócił się do wcześniejszego pokoju, a ja dosłodziłem kawę połową łyżeczki cukru i zamieszałem napój. Następnie podniosłem kubek do ust i po uprzednim względnym ostudzeniu, upiłem spory łyk. W tym czasie Michi wrócił z medykamentami. Ponownie stanął za mną i podwiną bluzkę. Rana mieściła się mniej więcej na wysokości krzyża. Zwilżył jeden gazik wodą utlenioną i przytknął go do krwawiącego miejsca, jednocześnie tamując krwawienie. Szczypało. Skrzywiłem się i syknąłem. Oparłem się o blat i zacisnąłem na nim mocno dłonie. Po oczyszczeniu rany, Shimizu zakleił ją niewielkim opatrunkiem. Pogładził go, aby dobrze przyczepił się do skóry i nie spadł. Gładził mnie jeszcze przez chwilę po plecach aż w końcu objął mnie ciasno w pasie i przylgnął do mnie całym ciałem. Ułożył głowę na moim ramieniu i ukrył twarz w moich włosach. Zaciągnął się kilkakrotnie moim zapachem, po czym szepnął ledwo słyszalnie:
- Przepraszam…
Sięgnąłem do tyłu i pogładziłem go po głowie, zaplątując palce w jego włosach. Zagryzłem wargi, aby powstrzymać napad histerii, ale nie mogłem już dłużej tego w sobie tłumić.
- Nienawidzę cię, imbecylu – odpowiedziałem również szeptem, po czym odwróciłem się do niego przodem i mocno wtuliłem. Najzwyczajniej w świecie rozpłakałem się jak małe dziecko.
Zacisnąłem dłonie na jego koszulce, bezwiednie obejmując go… A może jedynie usprawiedliwiałem się sam przed sobą? Może doskonale wiedziałem, co robiłem… Może…
Poczułem się słabo. Byłem wykończony. Z pewnością upadłbym, gdyby nie szybka reakcja Zero i jego mocny uścisk. Szatyn spojrzał na mnie przestraszony.
- Co się dzieje, Hiroshi? – zapytał z przejęciem.
- Źle się czuję – oparłem głowę na jego barku.
- Jesteś blady… - przytknął rękę do mojego czoła.
- Nic mi nie jest. Po prostu muszę odpocząć – broniłem się i wierzchem dłoni otarłem łzy.
- Nie wątpię – przytaknął, po czym bez najmniejszego problemu wziął mnie na ręce.
 Ponownie, ufnie się w niego wczepiłem i pozwoliłem zanieść się do sypialni, gdzie na szczęście żadnych much już nie było (tym bardziej, że nie miałem już żadnych sztućców ani akcesoriów kuchennych, aby z nimi walczyć).
Shimizu położył mnie na łóżku, a następnie na chwilę wyszedł. Wrócił ze szklanką z napojem, który musował. Podał mi go. Spojrzałem z niesmakiem na zawartość i skrzywiłem się.
- Co to? – zapytałem dla pewności.
- Magnez. Wypij, pomoże na chroniczne zmęczenie – odpowiedział.
Zrobiłem to, co mi kazał, a następnie ostawiłem pustą już szklankę na szafkę nocną. Siedziałem na łóżku i wpatrywałem się w ciemną pościel, nie wiedząc, jak się zachować. Michi siedział na brzegu i uważnie mnie obserwował. Nasze relacje były takie… dziwne… Wystarczy przeanalizować nasze dzisiejsze spotkanie… Takie irracjonalne, wręcz głupie dla bezstronnego, biernego obserwatora…
- Dlaczego się do mnie włamałeś? – zapytałem po dłuższej chwili.
- Bałem się, że coś ci się stało. Nie odbierałeś telefonów, nie odpisywałeś na maile, nie otwierałeś drzwi… więc sam je sobie otworzyłem – powiedział otwarcie.
- Wisisz mi kasę za naprawę zamka w drzwiach – chciałem nadać mojemu głosowi oskarżycielski ton, ale nie udało mi się. Wyszło jakoś tak… bezuczuciowo, obojętnie…
- Oczywiście – uśmiechnął się pod nosem i usiadł bliżej.
Pogładził mnie po dłoni, po czym zdjął czarną bluzę, w którą był dzisiaj ubrany. Spojrzałem na niego zaciekawiony. W następnej chwili chłopak położył się i gestem ręki zaprosił mnie do siebie, jednak byłem oporny.
- No chodź tutaj – przyciągnął mnie bliżej siebie.
Wylądowałem wprost na jego torsie. Chciałem się podnieść, ale basista zamknął mnie w stalowych objęciach. Przez chwilę się z nim siłowałem, jednak w końcu i tak się poddałem. Stwierdziłem, że… w sumie jest mi naprawdę dobrze. Ułożyłem się na Zero jeszcze wygodniej i rozkoszowałem się ciepłem jego ciała. Wsunąłem dłonie pod jego bluzkę, ogrzewając je. Shimizu nie zaprotestował; wręcz przeciwnie. Pocałował mnie w czubek głowy, a ja zamknąłem oczy… i zasnąłem.

***

Obudziłem się dopiero późnym wieczorem, o czym poinformowała mnie tarcza elektrycznego zegarka, na której ukazana była godzina dwudziesta pierwsza dwadzieścia dziewięć. Zasłony były zaciągnięte, jednak Zero nie było nigdzie w pobliżu. Powoli i dość niechętnie podniosłem się z nagrzanego miejsca, orientując się, że jestem przykryty kocem. Miękkim, polarowym, przyjemnym w dotyku kocem, który z pewnością nie należał do mnie. Usiadłem w siadzie skrzyżnym i przetarłem pięściami oczy. Kiedy ponownie je otworzyłem przede mną stał Zero z papierosem w dłoni.
- Nie pal w moim mieszkaniu, ignorancie. To, że ty niszczysz sobie zdrowie, nie oznacza, że musisz je psuć także mnie – fuknąłem.
- Wybacz – wycofał się zamiast rzucić jakimś zgryźliwym tekstem, co nie powiem, zdziwiło mnie. Chłopak zgasił papierosa w popielniczce, którą trzymał w drugiej ręce, a następnie odłożył ją na szafkę stojącą przy wejściu. – Jak się czujesz? – usiadł blisko mnie i przytknął dłoń do mojego czoła.
- Traktujesz mnie jak dziecko – odtrąciłem jego rękę.
- A ty o siebie nie dbasz – zauważył.
- Skąd wziął się tutaj ten koc? – zmieniłem temat.
- Kiedy spałeś wybrałem się na zakupy, gdyż dziewięćdziesiąt dziewięć procent rzeczy, które znajdowały się u ciebie w mieszkaniu były przeterminowane. W dodatku zdążyłem się zorientować, że twoja szafa jest prawie pusta, a większość mebli zbiera jedynie kurz. Pozwoliłem sobie oprócz uzupełnienia ci lodówki przynieść parę przydatnych rzeczy – wyjaśnił. Wziąłem rąbek koca do ręki i powąchałem go. Śmierdział nowością (wiem, że dla niektórych ten zapach jest przyjemny, jednak dla mnie nie, dlatego napisałam, że „śmierdział” a nie „pachniał” nowością od aut.).
- Jest nowy – zauważyłem. – Jesteś moją opiekunką? Może jeszcze zaczniesz mnie karmić? – prychnąłem.
- Nie planowałem tego, ale jeśli nie zaczniesz jeść to prawdopodobnie włożę ci do przełyku gumową rurkę i na siłę będę w ciebie wciskał jedzenie – wzruszył ramionami. Mówił spokojnie, jakby to był zwyczajny, neutralny temat, o którym rozmawia się zarówno na korytarzu w pracy jak i na eleganckim bankiecie przełożonego. Wzdrygnąłem się. Nie spodobała mi się ta wizja.
- Zamierzasz potraktować mnie jak kaczkę? – spojrzałem na niego jak na idiotę. (taki zabieg nazywa się „kluskowaniem” i stosuje się je na kaczkach, aby te szybko zwiększyły swoją masę od aut.).
- To ty to powiedziałeś – zaśmiał się pod nosem.
Na chwilę zapadła między nami cisza, którą przerwałem po uporaniu się z rozterkami wewnętrznymi i zrozumieniu, dlaczego Michi robi to… co robi. A przynajmniej mnie się zdawało, że odkryłem jego pobudki…
- To już koniec? – zapytałem znienacka.
- Koniec czego? – spojrzał na mnie z niezrozumieniem.
- Czy to już koniec tego żałosnego przedstawienia? – jego mina niewiele się zmieniła, dlatego kontynuowałem. – Daj spokój, mam uwierzyć, że będziesz się mną opiekował do końca życia? Zresztą… niby dlaczego miałbyś to robić? Nie jestem kaleką, weteranem wojennym czy kimkolwiek innym, kogo można byłoby pożałować. Nigdy nie byliśmy w zbyt dobrych relacjach i nie spoufalaliśmy się, a ty nagle wpieprzasz się w moje życie z butami i najpierw wycierasz o mnie podeszwy, a teraz mnie czyścisz. Pytam się czy w końcu twoje wyrzuty sumienia zostały uciszone i czy zostawisz mnie w spokoju – powiedziałem najjaśniej jak tylko potrafiłem.
Po twarzy Shimizu przebiegło kilka różnych emocji, niektóre nawet jednocześnie znalazły odzwierciedlenie w jego minie. Kiedy to już się stało, szatyn pokręcił głową i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Naprawdę myślisz, że robię to z wyrzutów sumienia? – prychnął. – Nie oszukujmy się, obaj nie jesteśmy zbyt empatycznymi typami. Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że obaj nie mamy sumienia. Ustaliliśmy już, a raczej ja rozgryzłem, jakie zachowania były twoją metodą obronną. Udawałeś duszę towarzystwa, chciałeś stać się chodzącą definicją gwiazdy rocka po to, aby uciszyć swoje kompleksy. Chciałeś spojrzeć w lustro i zobaczyć w nim kogoś zupełnie innego. Nie potrafisz się zaakceptować i teraz jesteś tak przybity; nie ze względu na to, że straciłeś zespół; ponieważ zdałeś sobie sprawę, że skoro ja potrafiłem dostrzec, jaki jesteś naprawdę, a w dodatku cię złamać, to twoja maska nie była wcale taka idealna. Nie tylko ja mogłem spostrzec, że to, co pokazywałeś to jedynie wystudiowana gra aktorska. Ale ty to ty; ja nie kieruję się aż tak samolubnymi pobudkami, jak myślisz. Fakt, empatia jest mi obca, dlatego źle rozegrałem pierwsze podejście i niepotrzebnie mieszałem w to osoby trzecie takie jak Karyu, Tsukasa i Osamu, ale cóż… Może cię to zdziwi, ale ktoś mojego pokroju dwa lata studiował psychologię. Potem rzuciłem to w cholerę i zająłem się muzyką. Potrafię cię rozgryźć, bo znam twoje obawy. Trochę się przez te dwa lata nauczyłem, wiesz? Rozumiem, co próbujesz zrobić; chcesz wmówić sobie, że wszyscy są samolubni i to, co robiłeś przez wiele lat nie jest złe. Chcesz wierzyć, że interesuję się tobą tylko po to, aby uciszyć sumienie, a kiedy w końcu uda mi się to, odejdę i zniknę z twojego życia. To właśnie na to ostatnie czekasz z utęsknieniem; jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że mogę być jedyną osobą zdolną ci pomóc. Boisz się mnie, a z drugiej strony pragniesz mojej obecności. Wszystko mi to dobitnie pokazałeś. Jednak wracając do mojego tematu, prawda jest taka, że moje pobudki są dużo prostsze; ale ty jesteś „closer to ideal”, że tak zabłysnę znajomością języków obcych; i jesteś zamknięty w swoich ideałach do tego stopnia, że nie chcesz zobaczyć, co tak naprawdę mnie popycha ku tobie.
- Piękne słowa, milordzie – prychnąłem. – Zamiast zostać psychologiem czy muzykiem powinieneś zacząć pisać dramaty. Z twojego monologu można byłoby zrobić już jedną sztukę – „Och, Julio, boisz się mnie, a zarazem potrzebujesz. Jestem tym, który może cię zgubić lub wnieść ku chwale” – udawałem aktora w teatrze nie szczędząc sobie hiperboli i prześmiewania.
- Kpij sobie do woli, jednak wiesz, że tak jest – rzucił mi pełne powagi spojrzenie.
W jego oczach odbijało się światło dobiegające z korytarza. Jego wejrzenie było głębokie; miałem wrażenie, że nie mogę się przed nim uchronić. Nie mogłem odwrócić od niego wzroku.
Cholera, jak bardzo wiedziałem, że Michi ma rację! Byłem wściekły na siebie, za to, że dałem się rozgryźć; byłem wściekły na niego, za to, że mnie przejrzał, jednak nie dałem tego po sobie poznać. Poczułem, jakby coś we mnie pękło. Miałem ochotę coś roznieść w drobny pył, jednak… wciąż siedziałem w miejscu jak słup soli. Moje ciało zdawało się zwrócić przeciwko mnie, gdyż zamiast rzucenia się na Zero z zamiarem uduszenia go… przysunąłem się do niego, kładąc dłonie na jego barkach.
- Proszę, pomóż mi… - wyszeptałem, jednak nim się zorientowałem, co powiedziałem, było już za późno. Po mojej twarzy spłynęła pojedyncza łza, którą basista starł wierzchem dłoni.
- Obiecuję – przyrzekł.
Nachylił się nade mną, po czym musnął moje wargi. Szatyn przewalił mnie na plecy, smakując delikatnie moich ust, a ja nie mogłem mu się oprzeć. Pozwoliłem mu… na wszystko…

***

- Hizu, jest już południe. Wypadałoby już się podnieść, wiesz? – odezwał się Shimizu leżąc na boku, podpierając głowę na dłoni i uporczywie wpatrując się w moje plecy.
- Nie – warknąłem.
- A to niby dlaczego, szanowny książę, nie chce ruszyć tyłka z łóżka?
- Bo mnie ten tyłek boli! To wszystko przez ciebie! – oskarżyłem szatyna.
- Przeze mnie?! No pewnie, najlepiej zrzucać winę na niewinnych  basistów! – prychnął, na co ja aż odwróciłem się do niego przodem. Posłałem mu nienawistne spojrzenie, robiąc przy tym minę człowieka, który w każdej chwili może stać się seryjnym mordercą.
- Niewinnych? – powtórzyłem z niedowierzaniem. Jeszcze bardziej zagrzebałem się w pościeli, gdyż zrobiło mi się zimno. Zero, widząc to, przysunął się do mnie i chciał mnie objąć, jednak ja go odepchnąłem. – Niewinnych?!
- No dobra, dobra, biorę na siebie połowę odpowiedzialności… - westchnął cierpiętniczo.
- Połowę?! – naciskałem. – To WSZYSTKO przez ciebie!
- Ej, nie wszystko! W końcu to ty zapytałeś: „To może mnie jeszcze wykopiesz z łóżka?”. Mówisz, masz – wzruszył ramionami. – Dostałeś to, czego chciałeś.
- To było pytanie retoryczne, deklu, które miało ci zasugerować, żebyś się tak nie rozkładał, bo to w końcu MOJE łóżko! – prychnąłem śmiertelnie obrażony, po czym znów odwróciłem się do niego tyłem.
- W takim razie następnym razem wyrażaj się jaśniej – odpowiedział niczym niezgorszony.
- A ty się do mnie nie dobieraj! – zastrzegłem. – Przysięgam, że jeśli jeszcze raz to zrobisz to zaśpiewasz naprawdę wysooko, – specjalnie przeciągnąłem ostatnie słowo – wyciągniesz najwyższe tonacje – zagroziłem.
- Nie dobierałem się do ciebie! – bronił się.
- Dobierałeś!
- Nie!
- Tak!
- Nie!
- Tak!
- Przestańmy się w końcu kłócić jak dzieci! – zakończył ten bezsensowny spór. – Nie dobierałem się do ciebie i kropka. Gdybym to robił z pewnością pamiętałbym o tym – podsumował.
- A ja tam wiem, o czym ty pamiętasz, a o czym nie?! – krzyknąłem, a w moim głosie odbiła się nutka strachu.
No cóż… ładnie mówiąc, nie należałem do tego typu mężczyzn, który byli jakoś wybitnie aktywni seksualnie. Od dawna wiedziałem o odmiennej orientacji Michiego i nie przeszkadzało mi to, jednak… Najzwyczajniej w świecie przeszkadzała mi choćby myśl o tym, że ktoś, kogo nie kocham, mógłby się do mnie zbliżyć w tak intymny sposób. Nazwijcie mnie cnotką, ale taka była prawda. Nieważne czy to chłopak, czy dziewczyna; tak samo przeszkadzało mi to, że mógłbym znaleźć się w sytuacji, kiedy musiałbym (lub zwyczajnie nie byłbym tego świadom) kochać się fizycznie z kimś, kogo w realnym pojęciu, nie darzyłem miłością.
- Pamiętasz, kiedy wstąpiłeś do pierwszego zespołu? – zmienił znienacka temat.
- Pamiętam. Bo co? – burknąłem.
- To było twoje marzenie, założyć zespół, prawda? – potwierdziłem kiwając głową. Już miałem zapytać, co ma, przysłowiowo, piernik do wiatraka, jednak chłopak uprzedził mnie i zaczął wyjaśniać. – Więc widzisz; nieważne jak dawno temu spełniłeś swoje marzenia. I tak będziesz o tym pamiętał – uśmiechnął się cwaniacko, a moje oczy zrobiły się trzy razy większe.
- Nie mów mi, że… że ty… ty chcesz… w sensie mnie? – dukałem, nie umiejąc złożyć poprawnego zdania.
- Teraz rozumiesz moje pobudki? – uśmiechnął się szerzej i cmoknął mnie w policzek.
 Ten całus był dla mnie niczym wymierzony cios. Momentalnie odepchnąłem od siebie Shimizu, a następnie kopnięciem posłałem go na podłogę, rewanżując się przy okazji za to, co miało miejsce w nocy. Niech sobie nie myśli, że tylko on może wyrzucać ludzi z łóżka.
- Precz z mojego mieszkania, ty seksoholiku jeden! Niewyżyta, zboczona męska świnio bez krzty przyzwoitości! – wrzasnąłem na całe gardło.
- Krzyczysz jak spanikowana dziewica – przewrócił oczyma, podnosząc się z pozycji leżącej do siedzącej. Oparł się o ramę łóżka i dotknął obolałego brzucha.
- Jeśli jeszcze raz się do mnie zbliżysz, wiedz, że wtedy trafię i oberwiesz między nogi, a nie w brzuch! – syknąłem, odsuwając się na krawędź łóżka i zawijając w kołdrę niczym w kokon.
- Daj spokój, Hiroshi, przecież wiesz, że żartowałem. Nie jestem jakimś zboczeńcem. Wyobraź sobie, że mam uczucia… - słysząc to zląkłem się do tego stopnia, że na chwilę zapomniałem jak się oddycha.
- Won! – wrzasnąłem.
- Co…? – zdziwił się szatyn.
- Won! Wynoś się! – rzuciłem w niego poduszką i od razu sięgnąłem po drugą, przymierzając się do następnego rzutu. – Nie chcę cię widzieć!
Basista przez chwilę stał otępiały w miejscu i nie wiedział, jak się zachować, jednak w końcu zreflektował się i wyszedł, zostawiając mnie w sypialni samego. Opadłem z powrotem na jedną z poduszek (druga wciąż leżała na podłodze) i objąłem się ramionami. Moim ciałem wstrząsnął zimny dreszcz. Nie mówcie mi, że on… on naprawdę się we mnie… zakochał? Ta myśl nie mogłam do mnie dotrzeć. To dlatego chciał mi pomóc? Dlatego pocałował mnie wczorajszego wieczoru? Przesunąłem opuszkiem kciuka po wargach, a następnie je zagryzłem, usilnie próbując przypomnieć sobie smak warg Shimizu.
WE MNIE?!
Nie mógł wybrać kogokolwiek innego? Ma do dyspozycji siedem miliardów ludzi na świecie i musiał wybrać akurat mnie? Ta myśl trochę mnie… przerażała. Dobra, przyznaję trochę bardzo. Bałem się tego, dlatego iż… zwyczajnie miłości nie da się udawać – a przynajmniej nie w świecie, w którym ja żyłem. Potrafiłem grać duszę towarzystwa, zadowolonego, pijanego młodego człowieka, gwiazdę rocka, której wszyscy mogą pozazdrościć; potrafiłem uśmiechać się, kiedy nie miałem na to najmniejszej ochoty, hamować łzy, mimo iż cisnęły mi się same do oczu… ale udawać miłość? To było dla mnie niemożliwe. Prędzej uwierzyłbym, że gdybym wyskoczył z siedemnastego piętra wieżowca, uratowałby mnie batman, superman albo wyrosłyby mi skrzydła. Tak jak już wspomniałem wcześniej sprawy miłosne były dla mnie… obcym tematem. Jako że przez większość życia udawałem kogoś, kim w rzeczywistości nie byłem, ludzie tak naprawdę mnie nie znali – lubili, szanowali i kochali moją zewnętrzną powłokę, nie wiedząc, co jest wewnątrz… aż tu nagle zjawia się Zero, który w bezpośredni i dobijający sposób informuje mnie, że wie, kim jestem naprawdę, a w dodatku… zakochał się we mnie. Nie w zewnętrznej powłoce – we mnie, w tym prawdziwym mnie.
Mówiąc obrazowo przypominałem nieco cukierek – złoty cukierek w pięknym papierku, który chciało się zjeść od samego patrzenia, jednak kiedy już wzięło się go do ust przeżywało się wielkie rozczarowanie, albowiem cukierek nie był słodki, tak jak się można było tego spodziewać, a gorzki. Pod powłoką zabawnego „zwierzęcia imprezowego” krył się zakompleksiony melancholik, który nie potrafił poradzić sobie sam ze sobą. Mam uwierzyć, że Michi niby zakochał się w moim prawdziwym obliczu? Nie oszukujmy się, nawet ja miałem siebie dość, więc niby z jakiej racji on miałby ze mną wytrzymać, a co dopiero zakochać się we mnie…
Chyba, że to była jego kolejna gra. Może on tak naprawdę nie chce mi pomóc, a dosłownie mnie zniszczyć. Może jest naprawdę dobry w tych psychologicznych grach… Może przejrzał mnie dużo wcześniej niż myślałam – pierwszym ciosem, który mi zadał było wyrzucenie z zespołu, który był moją formą wyrażenia myśli i prawdziwych odczuć, drugim ma być zabawa moimi uczuciami? Skoro przejrzał mnie na wylot to z pewnością nie omieszkał dojść do tego, co jest moją słabą stroną – zamierzał to wykorzystać przeciwko mnie?
Spojrzałem w stronę okna. Niebo było popielate. Duże krople deszczu rytmicznie uderzały w szybę; od samego patrzenia zrobiło mi się jeszcze zimniej, dlatego szczelniej opatuliłem się kołdrą. Nie zamierzałem dzisiaj ruszać się z sypialni. Nie dopóki szatyn jest w moim mieszkaniu lub nie dojdę do ładu z wewnętrznymi rozterkami.
Jak łatwo zauważyć, byłem osobą nieufną – do tego stopnia, że bałem się pokazać swoje prawdziwe „ja” przed kimkolwiek. Zawsze przyjmowałem postawę obronną; i jak można się domyślać, teraz również zachowałem się identycznie. Z góry wybrałem najgorszy scenariusz, który zakładał, że Zero zamierzał mnie złamać. Co prawda ja nie studiowałem przez dwa lata psychologii, jednak przez kilkanaście lat życia nauczyłem się dużo – dlatego postanowiłem odpowiedzieć ogniem na ogień. Zamierzałem złamać Shimizu, tak jak on to próbował uczynić ze mną.
Niech wygra silniejszy.

„Migotanie spadającej gwiazdy, ruletka życzeń,
Magia pokusy, którą zna tylko Bóg,
Zaczynamy szaleć przez jej blask.
Psychiczne gry.
Raz… INFEKCJA.
Dwa… UZALEŻNIENIE.
Skok w brak grawitacji, na krawędź limitów,
(…)”*


*tekst piosenki „Love is dead” – w następnej części rozwinę ten wątek.