Oneshoot "Perfekcyjny" cz.2 MiA x Tsuzuku (Mejibray)

Już dawno temu to napisałam, ale dopiero teraz wstawiam T.T
Tak wiem, jestem genialna pisząc część drugą oneshoota... x.x

A tak odbiegając od tematu mam pytanie: przeczytałybyście fanfick z zespołem RedRum (rzecz jasna mam na myśli japoński zespół nie amerykański). Jeśli go nie znacie to zapraszam do przesłuchania piosenki, która mi osobiście najbardziej przypadła do gustu (kilik).

Poza tym to... do tego zainspirowała mnie Aoi, choć w sumie to złe określenie... Najzwyczajniej w świecie to od niej ściągam, ale naprawdę interesuje mnie to czy jest tu jakiś czytelnik płci męskiej? Proszę nie bać się ujawnić, w końcu w internecie jesteśmy anonimowi. W każdym razie przypomina mi się komentarz pod ostatnią częścią Liceum, który został napisany przez użytkownika o pseudonimie Ren - to męskie imię; poza tym w komentarzu zostały użyte męskie formy czasowników, więc... jakoś mnie to ciekawi.
Jeśli moje wypociny czyta jakiś chłopak to bardzo przepraszam za to, że zawsze w komunikatach piszę w liczbie mnogiej, ale używając rodzaju żeńskiego!



Tytuł: Perfekcyjny cz.2
Paring: MiA x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: oneshoot
Gatunek: ?
Beta: -

Siedząc w studiu sam na sam z gitarzystą, popijając drugą z rzędu kawę i przyglądając się jak chłopak stroi gitarę, zgrzytnąłem zębami. Byłem wściekły! Cholera, Bóg sam raczy wiedzieć, jak Mia mnie irytował! Był taki perfekcyjny! Jego twarz była tak symetryczna, że wyglądała jakby została narysowana od cyrkla i linijki – wcześniej myślałem, że miał operację plastyczną jednak poprzedniego wieczoru po wycieczce krajoznawczej do szpitala i udostępnieniu mi swoich dokumentów, udowodnił, że nie przeszedł choćby jakiegokolwiek zabiegu upiększającego! Zresztą… co tam jego wygląd, to jeszcze da się znieść… ale charakter i usposobienie?! Kuźwa, pokażcie mi drugiego takiego, któremu się wszystko udaje! „Mia, napisz piosenkę” – napisał; obecnie jest to jeden z największych naszych singli. „Mia, mógłbyś mi pomóc przy naprawie samochodu?” – a pewnie, że pomógł; odsunął mnie, dwa razy uderzył młotkiem w osłonę silnika i nagle wszystko zaczęło działać tak jak powinno – łącznie z elektroniką! „Mia, zrób sushi!” – wtedy specjalnie go podpuściłem, wiedząc, że w lodówce nie ma ryby; już byłem pewien zwycięstwa, kiedy… nagle chłopak przyniósł mi talerz pełen ryżowo-rybnych spłaszczonych kulek zawiniętych w nori. No przecież nie było ryby, więc skąd ją wytrzasnął? Dodam, że nie wychodził z mieszkania, a w pobliżu nie było choćby żadnego akwarium! Wyczarował? Trzymał w kieszeni w kurtce na czarną godzinę? Kurde, jestem pewien, że jakbym kazał mu zamienić się w spiderman’a i latać po mieście w czerwono-niebieskim lateksowym stroju i bujać się na pajęczej nici przyklejonej do budynków, zrobiłby to. Nie wiem jakim cudem, ale zrobiłby to…
- Mia, a mógłbyś zamienić się w spider… - już chciałem go o to poprosić, aby mieć stu procentową pewność, że on, jako jedyny człowiek na Ziemi potrafiłby to zrobić, kiedy niespodziewanie do sali weszli Koichi i Meto, przerywając mi.
- Coś chciałeś, Tsuzu-kun? – spojrzał na mnie wyczekująco, jednak ja jedynie machnąłem ręką.
- Nieważne… - mruknąłem, spoglądając spod byka na basistę i perkusistę. W ich obecności zbłaźnienie się takim pytaniem miało jakiś bardziej dotkliwy wydźwięk…
- Oj, nasz Tsuzu-chan chyba nie ma dzisiaj humorku – zaszczebiotał różowowłosy, siadając naprzeciw mnie. – Mia, co mu wczoraj zrobiłeś?
- Nic – odparł chłopak, którego obecnie najbardziej interesowały struny jego gitary.
Wczoraj, po przegranym zakładzie, kiedy to gitarzysta udowodnił mi, że nie miał żadnej operacji plastycznej ukarał mnie tym, czego normalnie nigdy bym nie zrobił z własnej woli – pocałunkiem. Cholera, całowałem się z facetem! I PODOBAŁO MI SIĘ TO! Z czasem to właśnie ta druga sprawa zaczęła mnie martwić… Na myśl o tym, co czułem podczas tamtych chwil przeszły mnie dreszcze (zapraszam do powtórki oneshoota „perfekcyjny” od aut.)…
- Jak nic, jak do tej pory się trzęsie! – klasnął w dłonie uradowany basista. – Oj no powiedz! Chcę wiedzieć!
- Jak ja zaraz tobą zatrzęsę to cię ten twój Ryoga nie pozna… - warknąłem, szykując się do pierwszego, ale z pewnością nie ostatniego morderstwa w moim życiu.
- A ty to zawsze taki brutalny… - Koichi przewrócił oczyma i przywłaszczył sobie moją kawę, upijając z kubka spory łyk.
- Zaraz brutalny… - prychnąłem. – Po prostu mam nieodpartą chęć wciśnięcia cię do kubła na śmieci i wyrzucenia przez okno – uśmiechnąłem się przesłodko, rozkładając ręce, jakbym mówił o najoczywistszej rzeczy na świecie. – Ewentualnie gdybyś jakimś niefartem przeżył upadek z szóstego piętra rzuciłbym cię na tory wprost pod pędzące metro – wyszczerzyłem się drapieżnie, a różowowłosy podniósł jedną brew spoglądając na mnie z niepokojem. Zamrugał kilkakrotnie, po czym zatrząsł się. – No, patrzcie! Trzęsie się na samą myśl o tym, co mogę mu zrobić! – klasnąłem w dłonie niby uradowany, tak jak on to zrobił wcześniej, po czym wróciłem do mojej poprzedniej, kwaśnej miny, która była wspaniałym odwzorowaniem mojego samopoczucia.
- Daj spokój, Koichi – uciszył go Meto, widząc, że różowowłosy szykuje się do kontrataku. – Może Tsuzuku ma po prostu kaca…
- Po dwóch piwach? – spojrzałem na niego sceptycznie.
- A ja wiem co ci tam dosypali do tych piw?
- Masz rację, Meto… jesteś jedynym, z którym można się tutaj zadawać – na pokaz przysunąłem się w stronę perkusisty, odsuwając jednocześnie od basisty, który śmiertelnie obrażony prychnął i założył ręce na piersi oraz nogę na nogę.
- Znów psujesz atmosferę, Tsuzuku! – huknął na mnie Tęczowy Kucyk Pony. – Mia, Tsuzu chyba naprawdę znów chce się założyć! I przegrać… - dodał ciszej, wystawiając mi język. – Daj mu tym razem jakąś straszliwą karę… - „szepnął” do gitarzysty w taki sposób, że wszyscy to usłyszeli.
- O co chcesz się założyć? – wypalił „pan symetryczny jak cholera” nie wyczuwając w tym sarkazmu.
- Zamknij się… - syknąłem wściekły.

***

Próba jakoś minęła… Naprawdę; ledwo „jakoś”, gdyż docinków było bez liku; głównie ze strony różowowłosego, który wciąż był na mnie obrażony za to, że „wolałem” zadawać się z Meto niż z nim.
Dziś specjalnie czekałem na Mia; czekałem aż ten odniesie wszelkie sprzęty muzyczne na zaplecze (rzecz jasna nie pomogłem mu, nawet się nie ruszyłem i stałem, opierając się o stół). Czekałem na odpowiedni moment, kiedy ponownie byliśmy sami. Teraz właśnie chciałem poprosić go o to, aby przemienił się w spiderman’a; chciałem pojąć jakimi nadludzkimi mocami dysponuje ten chłopak, że jest taki perfekcyjny?
- Mia? – zagadnąłem.
- Tak? – gitarzysta odgarnął grzywkę z czoła; nawet niespoconego czoła! Mimo ciężkiej pracy fizycznej wciąż wyglądał tak samo pięknie i pociągająco… chwila, chwila; jakiego jak drugiego określenia użyłem? Dobra, nie ma czasu nad tym rozmyślać; w końcu muszę zadać pytanie, bo chłopak powoli zaczynał się niecierpliwić.
- Mógłbyś zamienić się w spiderman’a? – wypaliłem prosto z mostu.
Mia nie odpowiedział. Spojrzał na mnie jak na osobę niespełna rozumu i zamrugał kilkakrotnie. Na przemian zamykał i otwierał usta, jednak spomiędzy nich nie wydobył się żaden dźwięk… Podrapał się po karku, a następnie wybuchnął gromkim śmiechem.
- Ach… Rozumiem; mam zamienić się w spiderman’a i jak na dobrego super bohatera przystało mam cię uratować i podwieźć na mojej pajęczej sieci do domu, co?
- No jeśli już oferujesz podwózkę to jakoś tak głupio nie skorzystać – rozłożyłem ręce, wzruszając ramionami i uśmiechając się pod nosem.
A nie mówiłem, że mu się uda?! No dobra… udało się tak po części, jednak to zawsze lepsze niż cosplay spiderman’a w wykonaniu jakiegoś bisko dwustukilogramowego Amerykanina, nie? Zresztą… rzeczywiście, jak na super bohatera jest bardzo domyślny i pomaga przeciętnym ludziom; tylko tej pajęczej sieci i lateksu brakuje… ale z tym wszystkim sobie poradzimy! Po pajęczyny pójdziemy do Koichiego na strych, a lateksowy strój sceniczny gitarzysty z czarnego przefarbujemy (biorę pod uwagę plakatówki lub farbę do włosów) na niebiesko-czerwono… Chyba jestem geniuszem… (Oj tak, Tsuzu; widać, kto cię szkolił xD od aut.)
Wyszliśmy z naszej sali, a następnie ze studia. Kierowaliśmy się na parking, gdzie stał samochód gitarzysty, kiedy niespodziewanie odezwałem się:
- Loda.
- Co? – zdziwił się Mia, odwracając się do mnie przodem.
- Kup mi loda – wskazałem za siebie, gdzie stał wózek na kółkach, przy którym młoda dziewczyna sprzedawała lody na patyku.
- A sam sobie nie możesz kupić? – westchnął.
- Ale ja jestem taki nieśmiały! – powiedziałem przesadnie głośno, wymachując rękami.
- Taki nieśmiały, że kiedy jesteśmy w klubie zarywasz do wszystkich ładnych dziewczyn, a kiedy wypijesz odpowiednio dużo to również do tych mniej urodziwych i to zazwyczaj z tymi drugimi lądujesz w łóżku…
- Dobra, starczy tych sarkazmów i umoralniania – machnąłem lekceważąco ręką, po czym stanąłem za chłopakiem i popchnąłem go w stronę wózka. – No kup mi loda! – jęknąłem żałośnie.
- Tsuzu, czy ty masz kaca? A może jeszcze nie wytrzeźwiałeś po tych dwóch piwach? Może Meto miał jednak rację… - spojrzał na mnie wymownie, jednak mimo wszystko skierował się w stronę, gdzie można było zakupić mrożone słodkości.
- Mów i myśl, co chcesz tylko kup mi tego loda – mruknąłem pod nosem.
- Dziwnie się dziś zachowujesz… Choć w sumie jesteś tak samo władczy jak zwykle – wzruszył ramionami. – Jaki smak?
- Czekoladowe.
Sprzedawczyni wyjęła z zamrażarki loda zapakowanego w niebieskie opakowanie, na którym widniał czekoladowy prostokąt na patyku obsypany orzechami.
- A nie ma innych? On ma uczulenie na orzechy – spojrzałem zdziwiony na „pana perfekcyjnego”. Cholera, skąd on o tym wiedział? Nigdy mu o tym nie mówiłem… a bynajmniej nie przypominałem sobie tego… To tylko utwierdzało mnie w tym, że Mia jest perfekcyjny… zbyt perfekcyjny…
Dziewczyna wyjęła z drugiej komory zamrażarki inny przysmak. Odebrałem go, a gitarzysta zapłacił. Ukontentowany rozerwałem opakowanie i z zadowolony z tego, że udało mi się nakłonić go na zakup słodyczy dla mnie, spojrzałem na chłopaka, który nic sobie nie robił z mojej zwycięskiej miny. Wzruszyłem ramionami, nie tracąc dobrego humoru.
Wsiedliśmy do auta. Mia włożył kluczyk do stacyjki, a ja próbowałem zapiąć pasy jedną ręką, gdyż w drugiej trzymałem loda. To nie było takie proste! Cholera, kto wymyślił, żeby pasy same zaciskały się? W sensie… Zdaję sobie sprawę z tego, że to właśnie dzięki temu podczas wypadku samochodowego nie wypadnę przez przednią szybę, nie zmienię się w żywy pocisk, a następnie poharataną, martwą kupę mięsa i kości (z czego jedno od drugiego będzie ciężko odróżnić), ale przez to, że pas wyślizgiwał mi się spomiędzy palców nie mogłem go zapiąć. Uparcie wracał na swoje miejsce między oknami. Doszedłem do wniosku, że lepiej byłoby gdyby ten pas się nie ruszał samoistnie – wtedy mógłbym go zapiąć; co prawda nie byłby już tak skuteczny w ratowaniu życia, kiedy ktoś go już zapiął, ale… właśnie przez to, że nie mogłem go zapiąć, nie zrobiłem tego. Obraziłem się. A tak gdyby się nie ruszał to bym go zapiął i przynajmniej miałbym jakąkolwiek ochronę; ale w wypadku, kiedy go nie zapiąłem szanse na to, że stanę się tym żywym pociskiem wypadającym przez przednią szybę, a następnie wielkim kawałkiem mięsa ze zmiażdżonymi kościami przeznaczonym do utylizacji w postaci skremowania wynosiły 99% - ten pozostały 1% to umiejętności gitarzysty, dzięki którym mielibyśmy dojechać bezpiecznie na miejsce. Kuźwa, Tsuzu, chyba za dużo słoneczka… O czym ja myślę? Naprawdę mi odbija… Chyba przez to, że znów przefarbowałem włosy na ciemny kolor, który przyciągał promienie słoneczne zaczynałem pieprzyć farmazony… i kacabaje… Chyba powinienem przestać myśleć…
Po zjedzeniu słodkiego, zamrożonego kremu w moich ustach został tylko drewniany patyczek, który pozostawiał na języku obrzydliwy smak. Mimo to i tak go gryzłem, z racji tego, że nie miałem nic lepszego do roboty. Szorowałem zębami po drewnie, przez co drobne drzazgi kuły moje podniebienie.
- Przestań, to irytujące… - westchnął Mia.
- Co jest irytujące? – nie zrozumiałem. – To? – dla upewnienia się znów zacząłem szorować zębami po patyczku. Chłopak zacisnął szczęki, ale w końcu nie wytrzymał. Kiedy stanęliśmy na światłach wyrwał mi drewienko z ust, uchylił szybę i wyrzucił je przez okno. – No ej! I czym ja mam się teraz zająć?
- Czymś kreatywnym… - burknął.
- Ale to było kreatywne zajęcie! Skąd wiesz, może ten patyczek jeszcze natchnąłby mnie do napisania piosenki! – zbulwersowałem się.
- I o czym by ona miała być?
„Ooo, pogryzłem patyczek po lodzie, choć to już nie jest w modzie.
Teraz mam na języku drzazgi, z mojego mózgu zostały miazgi.
Od tego smaku zaraz zwymiotuję i kable w radiu zlutuję.
Zachowuję się dziś jak bachor, tak powiedział mi znachor.
Jestem rozkapryszonym egoistą, nie zostanę mentalistą” (taka moja inwencja twórcza, chyba nie powinnam pisać piosenek xD od aut.) – ironizował, rymując i podśpiewując do piosenki „Don’t worry, be happy”. Spojrzał na mnie z ukosa, krzywiąc usta.
- No właśnie coś w ten deseń bym napisał… - mruknąłem.
- To lepiej w najbliższym czasie nie bierz się za pisanie piosenek – zganił mnie.
- Ale to ty to wymyśliłeś!
- Parodiowałem cię! – wytłumaczył się i pokręcił głową z politowaniem. – Tsuzuku, ty dzisiaj nie myślisz…
- Nie myślę od wczorajszej nocy po powrocie ze szpitala – powiedziałem poważnie, przestając robić z siebie idiotę. Mia otworzył usta ze zdziwienia, spoglądając na mnie zdziwiony. Chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliłem mu na to. – Jedź. Masz zielone – mruknąłem mało przyjaźnie. Reszta drogi upłynęła nam w ciszy.

***

- Dzięki za podwiezienie – powiedziałem, wysiadając z auta gitarzysty, który podjechał pod sam mój dom. – Wejdziesz na chwilę? – zaproponowałem.
- Myślałem, że tym stwierdzeniem, że przestałeś myśleć od wczorajszego pocałunku chcesz mi dać do zrozumienia, że nie masz zamiaru widywać się ze mną już tak często i mam ci zejść z drogi – zwiesił głowę.
Oparłem jedną dłoń na tablicy rozdzielczej, kolano położyłem na fotelu, po czym nachyliłem się, zbliżając do chłopaka. Mia chyba wystraszył się, gdyż zaraz odsunął się, jednak ja nawet nie zamierzałem go dotykać. Wyłączyłem silnik, po czym wyjąłem kluczyk ze stacyjki i wysunąłem się z samochodu, prostując się i zamykając za sobą drzwi. Następnie obszedłem auto dookoła i otworzyłem drzwi od strony kierowcy, gdzie wciąż siedział zdziwiony gitarzysta.
- Chodź. Musimy pogadać – złapałem go za rękę i niemalże siłą wyciągnąłem.
W kieszeni odnalazłem pęk kluczy i wybrałem odpowiedni, otwierając drzwi. Wpuściłem chłopaka przodem, po czym sam wszedłem zaraz za nim. Ściągnęliśmy buty i przeszliśmy do salonu. Mia z westchnieniem usiadł na kanapie, a na pytanie czy chce może coś do picia lub jedzenia, odpowiedział:
- Wytłumacz mi – założył nogę na nogę. – Wytłumacz mi swoje zachowanie i to, co miałeś namyśli, mówiąc, że nie myślisz od wczorajszej nocy. Niech ta rozmowa się nie przedłuża. Chcę po prostu wiedzieć czy przesadziłem wczoraj i czy nie naruszyłem tym naszej przyjaźni… - powiedział cicho.
Opadłem na miejsce obok niego, opierając się o oparcie i zakładając na nim ręce.
- Moje zachowanie jest trudne do wytłumaczenia. Wiesz, że ja do tych najnormalniejszych nie należę…
- Tsuzu…
- Nie przerywaj mi, bo wcale się teraz nie droczę ani nie wymyślam. No taka jest prawda… Mam swoje humorki, zazwyczaj jestem chamski, a zaakceptowanie czegoś nowego idzie u mnie jak krew z nosa – powoli i niezbyt przyjemnie. Jestem egoistą i to jest fakt. Przechwalam się i czasem poniżam innych, choć niczego nie robię perfekcyjnie… Oczywiście nie będę się teraz nad sobą użalał i czekał aż zaczniesz mnie pocieszać, wciskając kity, że jestem wspaniały i tak dalej… Są pewne rzeczy, które robię lepiej niż inne, jednak jakby się uprzeć to zawsze do mojej pracy można się przyczepić. Myślałem, że to normalne; nie wiem jak to wytłumaczyć… ułomnością ludzką czy jakoś tak… W każdym razie uważałem, że nie ma osób idealnych, dlatego nie mam się czym przejmować. Ktoś jest lepszy ode mnie w gotowaniu i będzie mnie wyśmiewał z tego powodu, że potrafię nawet wodę spalić w elektrycznym czajniku, ale ja mogę być od tego kogoś lepszy w śpiewaniu i mogę go wyśmiać z tego powodu, że nie umie wyciągnąć tego czy innego dźwięku… To było dla mnie logiczne i pasowało do siebie jak puzzle; ktoś czegoś nie umie – ale ja to umiem i vice versa. Myślałem, że na tym świcie nie ma ludzi idealnych, perfekcyjnych…
- Bo nie ma…
- Są. A właściwie to jest. Jest taki jeden chłopak – zrobiłem przerwę, aby nabrać tchu i ostatni raz zdecydować czy chcę to powiedzieć. – I jesteś nim ty – Mia zrobił wielkie oczy, spoglądając na mnie jakbym był z innej planety.
- Ja? – zapytał z niedowierzaniem.
- Tak, ty. Poczynając od tego, że twoja twarz jest idealnie symetryczna, twój współczynnik BMI jest wzorowy tak samo jak i wszystkie twoje wyniki uzyskane w badaniach.
- Tsuzu-chan, to że jestem zdrowy i moja masa ciała w stosunku do wzrostu jest prawidłowa to chyba jedynie moje szczęście, a nie powód, żeby myśleć, że jestem idealny. Zresztą nie mam wcale symetrycznej twarzy, mam wady, choćby bliznę pod…
- Proszę, nie przerywaj – złapałem go za rękę i przysunąłem się do niego. – To jeszcze nie wszystko. Jesteś miły, pomocny, zaradny, opanowany, przyjazny, ładny, szczupły, seksowny, inteligentny, oczytany, punktualny, utalentowany, masz dobry gust… jeszcze tylko brakuje, żeby wszystko czego dotkniesz zamieniało się w złoto! I… moje zachowanie chyba można wytłumaczyć jedynie zazdrością… Powiedziałem, że od wczoraj nie myślę, bo taka jest prawda; bo jedyne o czym mogę myśleć to, to że nawet zajebiście całujesz, a mnie, homofobowi, jak ich mało, podobało się to…! – westchnąłem. – Chyba trochę mnie poniosło…
- Tak, Tsuzuku, poniosło cię i to mocno… - pokręcił głową. – Wcale nie jestem taki idealny jak ci się wydaje. Wiele osób uważa, że wyglądam sztucznie; i mają rację. Czy osoba perfekcyjna miałaby kompleksy? Chyba nie, prawda? A ja je mam… Ty uważasz, że jestem opanowany, a ja uważam, że jestem nieśmiały. Czasem chciałbym powiedzieć wszystko tak otwarcie jak ty. Uważasz, że jesteś chamski, jednak dla mnie jesteś po prostu otwarty i zawsze mówisz wszystko to, co myślisz. Przynajmniej dzięki temu nie jesteś kłamliwy i można ci zaufać. Potrafisz powiedzieć wprost, co ci się nie podoba i zaproponować ewentualne zmiany, przez co ludzie liczą się z twoim zdaniem. Ja tak nie potrafię. A bynajmniej nie zawsze… Boję się, że przez to wyjdę na nachalnego i zaraz zaczynam się martwić, co druga osoba sobie o mnie pomyśli, przez co często jedynie kiwam głową na potwierdzenie, kiedy nie odpowiada mi wiele rzeczy i męczę się z tym. Boję się, że ludzie mnie odrzucą i będę wyrzutkiem – ty nie masz takich obaw. To towarzystwo ma się dopasować do ciebie, a nie ty do niego; jesteś urodzonym przywódcą – podziwiam cię za to, bo nie potrafię się tak zachować. Uważasz, że jestem punktualny… jeśli ktoś każe mi skomponować na jutro piosenkę, zrobię to – będę siedział z gitarą całe popołudnie i noc, porozcinam sobie palce strunami, ale to zrobię – podczas gdy ty powiesz, że masz za mało czasu, masz jeszcze inne obowiązki i nie dasz sobie wejść na głowę. Ja… Ja daję sobą pomiatać… Nie wiem jak ktoś taki jak ja może uchodzić w twoich oczach jako perfekcyjny. Dla mnie to tobie jest bliżej do ideału – czujesz się swobodnie wśród ludzi i to ja ci zazdroszczę. Często zachowuję się tak, jak zachowywać się nie chcę, ale robię to tylko dlatego, żeby dopasować się do innych…
- No i w dodatku skromny – uśmiechnąłem się pod nosem, ściskając mocniej jego dłoń.
-Przestań – wywrócił oczyma. – Naprawdę nie rozumiem, co jest we mnie takiego perfekcyjnego…
- Mam powtórzyć to wszystko jeszcze raz? – podniosłem jedną brew, nie przestając się uśmiechać. – Mia, dla mnie jesteś perfekcyjny i nie zmieni tego nic; ani twoje, ani niczyje słowa. Jeśli zostałbyś seryjnym mordercą wciąż utrzymywałbym, że jesteś idealny… Nie wiem dlaczego, ale po prostu… nie mogę myśleć inaczej. To dlatego nie myślę od wczoraj – bo nie chcę. Wypełniłeś moją głowę doszczętnie i nie jestem w stanie skupić się na niczym innym, jak tylko i wyłącznie na tobie. Analizowałem dosłownie wszystko – począwszy od twojego stylu chodzenia, przez sposób w jaki układasz włosy i trzymasz gitarę, po ulubioną kawę i płyn do kąpieli, kiedy nagle zdałem sobie sprawę… że to nie w porządku myśleć tak o przyjacielu…
- Więc… nie jestem już dla ciebie przyjacielem? – jego oczy zrobiły się szkliste.
- Powiedziałem, że jestem zagorzałym homofobem, a podobało mi się jak wczoraj mnie całowałeś… - przysunąłem się do niego i wolną rękę położyłem na jego kolanie. Nasze twarze dzieliły centymetry. – Nie znam się zbytnio na homoseksualnych związkach ani nic z tych rzeczy, ale mam nadzieję, że chociaż zrekompensuję ci się za wczoraj – szepnąłem, a następnie pocałowałem go.
 Złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku. Smakowałem jego miękkich i ciepłych warg; na początku nieśmiało, jednak z czasem zacząłem pragnąć coraz więcej. Położyłem płasko dłoń na jego torsie i zacząłem na niego napierać, aż w końcu gitarzysta położył się pode mną. Nie spodziewał się tego, dlatego ratując się przed upadkiem objął mnie za szyję i pisnął, jednak ów pisk zatonął w moich ustach. Oparłem się dłońmi po obu stronach jego głowy i polizałem jego dolną wargę. Chłopak uchylił drżące usta, w które wsunąłem język. Pieściłem jego podniebienie, przejeżdżałem koniuszkami po zębach. Zahaczałem o jego język, prowokując go do zabawy. W końcu zaczął oddawać pocałunek. Uwięziłem jego język między dwoma częściami mojego i bawiłem się z nim. Mia mruczał zadowolony, przez co przechodziły mnie przyjemne dreszcze. Objął mnie mocniej przyciągając do siebie. Przygryzłem jego wargę, na co odpowiedział mi tym samym. Chłopak zachichotał. Odsunęliśmy się od siebie dopiero w momencie, kiedy zabrakło nam tchu. Obaj byliśmy zarumienieni, a nasze usta spuchnięte od pocałunków.
- Więc tak wygląda prawdziwy Mia – uśmiechnąłem się pod nosem. – W takim razie do tych wszystkich zalet, które wymieniłem wcześniej powinienem dodać jeszcze słodki – pogłaskałem go wierzchem dłoni po policzku. – Przy mnie nie musisz udawać…
- Wiem. Ufam ci – delikatnie masował mój kark.
- Wiesz… - nawinąłem sobie na palec kosmyk jego włosów, przyglądając mu się z czułością. – To chyba nie była zazdrość… To jednak miłość sprawia, że kochana osoba wygląda w naszych oczach na perfekcyjną – uśmiechnąłem się.
- To również wiem. Doszedłem do tego już dawno temu – cmoknął mnie w usta. – Bo już dawno temu zakochałem się w tobie… - powiedział znacznie ciszej.
- W takim razie wybacz, że musiałeś czekać – uśmiechnąłem się łagodnie i przyłożyłem czoło do jego. – Kocham cię.
- Ja ciebie również – ponownie złączyliśmy usta w pocałunku.

I może Mia nie zostanie spiderman’em, a menager nie pozwoli mi przefarbować jego stroju scenicznego to nie zmienia faktu, że jest dla mnie perfekcyjny; perfekcyjny, bo mnie w sobie rozkochał; perfekcyjny, bo mój.


Oneshoot Hazuki x Yusuke (Lynch.) "Z kochankiem tak samo jak z psem"


Dobra, do pisania czegokolwiek z "Code Geass" skutecznie mnie zdemotywowałyście. Dla was seria jest nudna, ale ja strasznie utożsamiam się z Lelouchem. Zachowywałabym się tak samo jak on (tak, tak - w tym momencie wszyscy chórkiem mówicie, że to tylko anime i nikt by się tak nie zachował, ale tu was zaskoczę [wiem, że i tak nie uwierzycie]; jestem naprawdę zua i tym bardziej jeśli chodziłoby o moją młodszą siostrę to byłabym idealnym odwzorowaniem profilu psychologicznego Leloucha.
Nie to nie.

Skarżycie się, że za dużo oneshootów... Cóż, musicie jeszcze trochę przetrwać, gdyż nie mam ostatnio czasu na pisanie dłuższych serii i nawet zaczynam zapominać, o czym są poszczególne serie. Nauki mam full (gdybym oddała książki na makulaturę zapewne zostałabym "papierowym królem" i bogaczem), a dodatkowo mam teraz na głowie planowanie wyjazdu, więc urwanie głowy na całego. Tak, zdecydowałam się (a raczej wybłagałam zgodę rodziców) na samodzielny wylot - huh, i masz babo placek, roboty z tłumaczeniami i rezerwacjami od zatrzęsienia i jeszcze trochę...
Dobra, ale koniec skarżenia się. postaram się coś napisać - jak tylko znajdę czas.

Tak, spokojnie, pamiętam o czymś z ViViD!

A tak jeszcze na koniec to poproszę o podanie w komentarzu (o ile ktoś się na niego szarpnie) o podanie dwóch japońskich, męskich imion, które wam się podobają. Nie postaci, tylko imion, które wam się podobają. Te, które i mi przypadną do gustu wykorzystam w kolejnym opku :)

Tytuł: “Z kochankiem tak samo jak z psem”
Paring: Hazuki x Yusuke (Lynch.)
Gatunek: komedia (?)
Typ: miniaturka
Beta: -


Nie wyobrażacie sobie jak bardzo cieszy mnie bycie gwiazdą rocka – posiadanie fanek, przekazywanie słuchaczom swoich głębszych myśli ukrytych w zgrabnych metaforach w tekście piosenki, praca z przyjaciółmi, z którymi dzielę wspólną pasję, możliwość robienia tego, co kocham… Naprawdę, ta robota ma niezliczoną ilość plusów, którą gdybym chciał wypisać na kartce to zapewne musiałbym ściąć wszystkie lasy Amazonki, żeby starczyło mi papieru, jednak ma też jeden jedyny minus. Dość duży, dający w kość minus – męczy. Ta praca męczy jak cholera… Po koncercie zazwyczaj jestem tak zmęczony, że dwoi, a nawet troi mi się w oczach i bez pomocy ludzi z obsługi technicznej zapewne nigdy o własnych siłach nie doszedłbym do pokoju hotelowego – i to zaledwie po jednym koncercie, więc możecie sobie jedynie wyobrazić jak jestem zmęczony po trasie koncertowej, którą notabene niedawno zakończyliśmy, a ja spędziłem dopiero pierwszą noc we własnym łóżku.
Błąkałem się wciąż gdzieś pomiędzy słodką krainą snów a realnym światem i wciąż do końca nie byłem pewien czy chcę się obudzić. Mięśnie bolały, głowa była ciężka niczym walizka pełna brudnych ciuchów, która cierpliwie czekała pod ścianą aż łaskawie ją otworzę i w końcu wrzucę jej zawartość do pralki. Eksperymentalnie otworzyłem jedno oko, a pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy była wyświetlacz elektronicznego budzika, który stał na szafce nocnej. Zegarek wskazywał za piętnaście czternastą. No ładnie…
Wciąż posługując się jedynie jednym okiem przeniosłem wzrok na kubek, jaki chyba przez nieuwagę zostawiłem na biurku, przez co w magiczny sposób zielona herbata zamieniła się w zielony basen dla martwych insektów, które pływały na jego powierzchni. Następnie dostrzegłem pokaźną, wszechobecną warstwę kurzu na meblach, przez co jasne, drewniane blaty stały się niespodziewane szare. Na koniec spojrzałem na tą nieszczęsną walizkę i westchnąłem ciężko. Zamiast wymarzonego odpoczynku czekała mnie jeszcze jazda na mopie, przejażdżka na odkurzaczu oraz „przygoda” ze ścierką – w skrócie mówiąc, gruntowne sprzątanie. Westchnąłem ciężko będąc zniechęcony tą myślą. Migając się od obowiązków najzwyczajniej w świecie zamknąłem oczy i przewróciłem się na drugi bok, postanawiając poleżeć jeszcze „pięć minutek”, a w duchu mając nadzieję, że ów pięć minutek w istocie rozciągnie się do jakiś dwóch godzinek, ewentualnie dwóch i pół…
Na powrót znalazłem się na pograniczu snu i jawy, kiedy poczułem jak ktoś zwinnie wskakuje na materac, który ugina się pod ciężarem gościa. Zignorowałem to i spałem w najlepsze, jednak nowoprzybyły zdawał się być poirytowany moją ignorancją. Chcąc zwrócić na siebie moją uwagę zaczął lizać mnie po szyi.
- Ach… Yusuke, przestań… – westchnąłem, próbując odepchnąć od siebie natręta.
- Mam przestać? – prychnął chłopak, kładąc się na mnie i zaczynając mnie podgryzać. – Przecież w nocy tak bardzo ci się podobało… - owiał ciepłym oddechem moje ucho.
Racja, punkt dla niego. W sumie… jeśli wciąć pod uwagę to, co miało miejsce dzisiejszej nocy to wyjaśnienie, dlaczego bolą mnie prawie wszystkie mięśnie, nasuwa się samo…
- Jeszcze ci mało? – uśmiechnąłem się pod nosem, jednak wciąż nie otwierałem oczu. Wplątałem palce w półdługie włosy muzyka.
- Jeszcze się pytasz – zaśmiał się i teraz z kolei liznął mnie po policzku. – Gdybym mógł nie wypuszczałbym cię z łóżka, Hazu-chan – powiedział rozbrajająco szczerze, tak jak miał to w zwyczaju.
- Aleś ty sprośny, Yu – mocniej wtuliłem się w poduszkę i nie dawałem mu się sprowokować. – Złaź rzesz w końcu ze mnie, bo ciężki jesteś! – zacząłem się żalić.
- Nie narzekaj – wywrócił oczyma i wznowił zaczepki, jednak nadal nie reagowałem. Chłopak w końcu zrozumiał, że takim zachowaniem nic nie wskóra, więc zaczął się na mnie wiercić i trącać mnie. Z początku to również próbowałem zignorować, ale Yusuke stał się strasznie nachalny. Odwróciłem się do niego tyłem, jednak to również nic nie dało.
- No przestań w końcu! – warknąłem.
- Przestanę jak się obudzisz i pozwolisz mi się namiętnie pocałować… ewentualnie coś więcej… - ostatnie słowa powiedział przesadnie słodko, przez co brzmiał komicznie.
- Jesteś niewyżyty!
- Oczywiście, że tak! Nie oddałeś mi się przez ponad trzy miesiące, przez które trwała trasa koncertowa! – powiedział niemalże z wyrzutem. – A co ja zrobię, że jesteś tak cholernie seksowny i pociągający? – uśmiechnął się pięknie i cmoknął mnie w odsłonięte ramię. – Och, Hazuki, nie daj się prosić! Doskonale wiem, że ty też tego pragniesz – powiedział jak zwykle pewny siebie.
- Ty mnie najzwyczajniej w świecie molestujesz! Daj mi się choćby wyspać, zboczeńcu! – jęknąłem żałośnie.
- Oddaj mi się jeszcze raz, a pozwolę ci się wyspać! – obiecał.
- Kłamiesz!
- Nie kłamię!
- Kłamiesz!
- Nie kłamię!
- Nie kłóć się ze mną jak dziecko! – zganiłem go. – Raz cię człowiek wpuści do łóżka to już potem wykopać cię z niego nie idzie! – prychnąłem niby obrażony, choć tak naprawdę odpowiadało mi to, że Yu tak o mnie zabiega.
Chłopak najwidoczniej stracił do mnie cierpliwość, gdyż zamiast kłapać dziobem wziął się do roboty. Zaczął ściągać ze mnie kołdrę, którą byłem zakryty po samą szyję. Im mocniej ciągnął, tym bardziej broniłem się i próbowałem zatrzymać zakrycie – głownie z tego powodu, że miałem w zwyczaju sypiać nago, co wiązało się z tym, że chłopak od razu mógłby się na mnie rzucić, gdyby tylko udało mu się wyrwać mi kołdrę. Zaciekle walczyłem o moją jedyną zasłonę przed jego pożądliwym wzrokiem. Nie miałem nic przeciw kochaniu się z nim, gdyż… zwyczajnie go kochałem, ale… Yusuke ostatnio zaczął przesadzać, gdyż na za dużo mu pozwalałem. Chciał uprawiać seks dużo częściej, nawet w miejscach publicznych, co było dla mnie nie do pomyślenia, stał się strasznie sprośny i wciąż powtarzał mi jak wielką ma na mnie ochotę, jaki jestem seksowny ect. Prawdę mówiąc nie przeszkadzało mi to jakoś przesadnie, ale wiedziałem, że jeśli nic z tym nie zrobię on naprawdę nie wypuści mnie z łóżka! Musiałem mu wyznaczyć granice, których miał się trzymać. Z kochankiem tak samo jak z psem – był żądny pieszczot i uwagi, trzeba chodzić z nim na spacery, sprzątać po nim, dawać mu jedzenie, tresować i trzymać w ryzach, aby nie zaczął szaleć… Dużo z nim zachodu, ale warto.
Po pewnym czasie chłopak westchnął ciężko, ale doskonale wiedziałem o tym, że to jeszcze nie koniec. Nie poddałby się tak łatwo.
- Widzę, że muszę zmienić taktykę, prawda skarbie? – zapytał kusząco.
Przez chwilę nie działo się nic, więc zacząłem się nieco obawiać. Uchyliłem powieki i spojrzałem Yu prosto w oczy, gdyż okazało się, że kochanek zawisł nade mną opierając ręce po obu stronach mojej głowy.
- Zamknij oczy… - polecił i sam zamknął swoje, zbliżając się do mnie.
Wykonałem jego polecenie. Oczekiwałem czułego pocałunku, kiedy nagle poczułem gorący oddech na twarzy – i nie był to ten z rodzaju tych przyjemnych. Ledwo powstrzymałem się od kaszlu i dławienia się.
- Nie chcę psuć nastroju, ale, Yu, czy ty, do cholery, myjesz zęby?! – warknąłem, odsuwając od siebie chłopaka.
I dlaczego śmierdzi mu z ust karmą dla psa?!
Otworzyłem ponownie oczy by spojrzeć prosto na pysk mojego psa; wilczura o długiej sierści. Zamrugałem kilkakrotnie zanim zorientowałem się, co tak naprawdę miało miejsce… albo tak naprawdę go nie miało. Rozejrzałem się dookoła, jednak nigdzie nie znalazłem w pokoju śladów obecności drugiej osoby. Odrzuciłem kołdrę i upewniłem się, że byłem… zupełnie czysty. Nie uprawiałem seksu z Yusuke… To wszystko było… snem erotycznym?
Tak, tak, możecie się zacząć ze mnie śmiać. Ja, Hazuki, gwiazda rocka, idol i bożyszcze nastolatek mam sny erotyczne o jednym z członków mojego zespołu – i to w dodatku już nie pierwszy raz.
Tak, zakochałem się w nim…
Wywindowałem się do siadu i spojrzałem spode łba na psa, który usiadł na materacu i szczęśliwy zaczął machać ogonem, ciesząc się, że udało mu się mnie obudzić. Potarłem dłonią po szyi i…
- Poważne? – wywróciłem oczyma. – Musiałeś mnie obślinić? – fuknąłem na wilczura, który za nic nie tracił dobrego humoru i szczeknął radośnie. – Złaź, bydlaku, z mojego łóżka! – zepchnąłem czteronoga z materaca, który zręcznie i zwinnie stanął na czterech łapach, a w następnej chwili zaczął krążyć po sypialni. Przyniósł mi kapcie, które jakimś cudem znajdowały się w przeciwległych kątach pokoju; jeden pod drzwiami, drugi, nie wiem dlaczego, wystawał ze śmietnika stojącego koło biurka.
Przeciągnąłem się i ziewnąłem rozdzierająco, kiedy nagle zdałem sobie z czegoś sprawę… Przecież nie mogłem zostawić psa na ponad trzy miesiące bez opieki w zamkniętym mieszkaniu! Wszyscy z mojego zespołu oddawali pod opiekę swoje zwierzaki bratu Yusuke, gdyż ten był weterynarzem i miał ośrodek dla zwierząt na obrzeżach Tokio, gdzie tresował psy. Nie ma mowy, żeby mój czteronożny przyjaciel spędził w zamknięciu trzy miesiące! Co jak co, ale nie zapomniałbym o takiej rzeczy! Przez chwilę intensywnie myślałem nad tą sprawą, jednak na myśl nasunęło mi się tylko jedno logiczne wyjaśnienie – ktoś musiał przyprowadzić tutaj mojego psa, kiedy spałem. Jednak doskonale pamiętałem, że wieczorem, kiedy wróciłem do domu, zamknąłem za sobą drzwi na klucz; więc osoba, która odprowadziła mojego podopiecznego tutaj musiała mieć klucz do mojego mieszkania, a jedyną taką osobą jest…
- O, widzę, że już się obudziłe… - Yusuke urwał w połowie słowa i gwałtownie zatrzymał się w progu drzwi, kiedy zobaczył mnie siedzącego nago na środku łóżka. Momentalnie zdając sobie sprawę z tego w jak żenującej sytuacji się znalazłem, zarumieniłem się obficie i zakryłem na powrót kołdrą, udając, że nic się nie stało. Muzyk zagwizdał i uśmiechnął się cwaniacko. – No, no, ładne widoki z samego rana… choć w sumie powinienem powiedzieć popołudnia – zachichotał, a ja byłem tak speszony, że nie miałem odwagi spojrzeć mu w twarz i wciąż uporczywie wpatrywałem się w moje jedyne okrycie. – Nie wstydź się – podszedł i usiadł obok mnie, obejmując jedną ręką w pasie. – Przecież już widziałem cię nago – cmoknął mnie w policzek.
- Niby kiedy?! – wrzasnąłem wystraszony.
Chłopak nie odpowiedział i zachichotał pod nosem, po czym pogładził mnie po głowie w pobłażliwym geście, zupełnie tak jakby obchodził się z rozkapryszonym dzieckiem.
- Zrobiłem ci śniadanie – poinformował mnie i wstał, jednak pech chciał, że guzik pościeli, w którą była obleczona kołdra zaczepił się o jego ciężki pasek z misternymi i fikuśnymi metalowymi ozdobami. Skutkiem tego oczywiście było to, że ponownie zostałem obnażony. Spąsowiałem jeszcze bardziej i kuląc się w sobie próbowałem ukryć się przed nachalnym spojrzeniem.
- Nie gap się! – wydusiłem z siebie zawstydzony i zażenowany tak jak jeszcze nigdy w życiu.
- Wiesz… - westchnął Yusuke wciąż patrząc na mnie z góry. Odrzucił kołdrę, pod którą ponownie próbowałem się ukryć, na podłogę i uśmiechnął się przebiegle. – W sumie to śniadanie może poczekać – pchnął mnie tak, że wylądowałem na poduszkach.
On sam usiadł na mnie okrakiem i nachylił się nade mną, całując w usta. W tym samym czasie sięgnął po moją dłoń i splótł nasze palce, mocno je ściskając – i to właśnie ten uścisk dobitnie utwierdził mnie w tym, że tym razem to nie był żaden erotyczny sen…


Closer to Ideal cz.5

Wydaje mi się, że spieprzyłam tę część, ale cóż... Nie wypowiadam się na ten temat; same to ocenicie.
Ale ja nie o tym; jak zgaduję doskonale wiecie, że jestem otaku pełną gębą. Słucham j-rocka, piszę yaoi, czytam mangi i oglądam anime - i w tym momencie chciałabym się skupić na tej ostatniej rzeczy. Aktualnie oglądam drugi sezon "Code Geass: Lelouch od the Rebellion" i wpadłam na genialny pomysł na opowiadanie! Sęk w tym, że byłoby ono dłuższe (nie byłby to ani one-shoot ani jakaś mini-seria) i NIE byłoby to yaoi. Więc moje pytanie brzmi czy ktoś kojarzy to anime, a może nawet dobrze je zna? Ale uwaga, bo to tylko pytanie poboczne - właściwe pytanie brzmi czy ktoś przeczytałby to opowiadanie (nawet jeśli go nie zna - bo planuję przedstawić w telegraficznym skrócie postacie oraz akcję mającą miejsce w tych dwóch sezonach)?

Closer to Ideal cz.5


Opuściłem salę, a następnie studio, w jednej chwili orientując się, że właśnie stałem się bezrobotny…

Przez dłuższy czas kręciłem się po mieście bez celu. Nie zwracałem uwagi na ludzi, którzy co chwila szturchali mnie, przeciskając się przez tłum, goniąc za czymś… dla mnie czas jakby się zatrzymał. Pogrążony w chaotycznych myślach dałem ponieść się nogom, uważnie lustrując chodnik. Głowę trzymałem nisko, zwieszoną między ramionami; podniosłem ją dopiero, kiedy pierwsze, drobne krople spłynęły po mojej twarzy. Spojrzałem w ciężkie, popielate niebo. Zaczęło mrzeć. Westchnąłem ciężko, a zaraz potem wstrzymałem oddech, orientując się, gdzie zaszedłem. Znalazłem się w starej dzielnicy, w której niegdyś mieszkałem jeszcze jako dzieciak. Dzielnica ta nie cieszyła się dobrą sławą; ja też nie miałem żadnych ciepłych wspomnień związanych z tym miejscem. Jako dziecko nie byłem lubiany w szkole; byłem cichy i spokojny, nie interesowałem się sportem. Byłem odzwierciedleniem książkowej definicji popychadła. Nie umiałem się postawić, a wiele osób potrafiło to wykorzystać – w tym również mój starszy brat. Teoretycznie starsze rodzeństwo ma przywilej dokuczania, wykorzystywania, jednak kiedy przyjdzie co do czego, broni młodszego; ale to tylko teoria, więc nie każdy się do niej stosuje. Mój brat był właśnie tym, który nie lubił podlegać stereotypom, a wykorzystując mój uległy charakter dodatkowo zyskiwał naprawdę wiele. Przede wszystkim wyręczał się mną w pracach domowych, przez co w wieku jedenastu lat potrafiłem zrobić dwudaniowy obiad, naprawić cieknący kran i sprzątałem lepiej niż niejedna gospodyni domowa. Potem moja matka, która pracowała dnie i noce, aby utrzymać dwóch synów, poznała dobrze usytuowanego finansowo sprzedawcę nieruchomości, który w późniejszym czasie stał się moim ojczymem. Rodzicielka wykorzystała pierwszą lepszą okazję i wyprowadziła się ze mną i moim bratem z Tokio do prefektury Taunoku. Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum i nagle zyskałem nowe życie. Zacząłem obracać się wśród totalnie nieznajomych mi osób, którym, na dobrą sprawę, mogłem wcisnąć każdą historyjkę, aby stać się tym „fajnym” – i tak też zrobiłem. Nagle zyskałem kilkunastu przyjaciół, dziewczynę oraz wiele sprzętów załatwianych po znajomości. Stworzyłem wokół siebie piękną iluzję kłamstwa, przez co inni patrząc na mnie widzieli otwartego, zabawnego chłopaka, który wie, czego chce i potrafi o to zawalczyć; mimo iż w środku wciąż byłem tym nieśmiałym i cichym chłopaczkiem, który nie chciał nigdy nikomu wadzić w jakikolwiek sposób. Trwałem w zakłamaniu do tej pory i wcale mi to nie odpowiadało. Próbowałem okłamać sam siebie, ale nie potrafiłem, dlatego tak bardzo męczyłem się sam ze sobą. Denerwowało mnie to, że sam byłem kłamcą, podczas gdy najgorszą wadą jaką potrafiłem dostrzec w człowieku była kłamliwość. Byłem niezadowolony z tego, że nie potrafię zaakceptować samego siebie i otaczam się „przyjaciółmi”, dzięki którym opinia, że „jestem tym, z którym warto się zadawać” wciąż się utrzymywała; oprócz tej korzyści nie otrzymywałem od nich nic. Nie mieliśmy wspólnych zainteresowań, tematów… udawałem, że zgadzam się z ich punktem widzenia, aby nie odstawać od reszty. Prosty przykład, o którym już niegdyś wspomniałem: często byłem zapraszany na imprezy, na którym alkohol lał się strumieniami, jednak ja wylewałem go za kołnierz, gdyż nie lubiłem pić. To nie było w moim stylu. Nie podobały mi się te huczne imprezy, od których jedynie bolała mnie głowa; ale chodziłem na nie, żeby wciąż być tym „cool”, gdyż nie chciałem znów spaść na szary koniec, gdzie stałbym się ponownie ubezwłasnowolnionym popychadłem… choć jakby z drugiej strony na to spojrzeć, to wciąż nim byłem, ponieważ nadal nie potrafiłem głośno wyrazić swojego zdania. Bałem się tego. Bałem się odrzucenia, dlatego powtarzałem jedynie po innych. Jedyną formą, w jakiej mogłem się wyrazić była muzyka.
Znalazłem się na placu zabaw, który pamiętałem aż nazbyt dobrze. To tu zawsze przychodziłem, aby pomyśleć, odizolować się od innych. Nigdy zbyt wiele dzieciaków tutaj nie gościło – większość chodziła na boisko pograć w koszykówkę lub piłkę nożną. Zdziwiony byłem, jak wszystko się tutaj pozmieniało. Drzewa, które pamiętałem jeszcze jako sadzonki dziś miały grube pienie i bujne korony, obsypane zielonymi, soczystymi liśćmi, które drżały na porywistym wietrze. Zimne podmuchy powietrza bujały huśtawki i kręciły karuzelę, które skrzypiały żałośnie. Z nich wszystkich płatami odchodziła stara farba olejna. W próchniejącym już dachu wieży ze zjeżdżalnią pojawiła się dziura, przez którą do środka wpadało słabe, mdłe światło. Na zjeżdżalni pojawiły się wyraźne zęby korozji. Dróżka biegnąca przez plac zabaw pozapadała się. Z jakimś dziwnym sentymentem ostrożnie usiadłem na jednej z huśtawek, uprzednio upewniając się, że wytrzyma ona pod moim ciężarem. Deszcz z każdą chwilą wzmagał się, mocząc mi ubranie i włosy. Wiatr również przybierał na sile.  Zapowiadało się na porządną burzę.
Odgarnąłem włosy z twarzy, którymi targał wiatr. Zacząłem zastanawiać się, czym teraz, do cholery, mam się w życiu zająć, kiedy nagle dobiegł mnie donośny głos:
-Yoshida!
Niechętnie podniosłem ponownie głowę i spojrzałem na rozwścieczonego chłopaka, który w jednej chwili znalazł się koło mnie. Zero spojrzał na mnie z jakimś zawodem w oczach, a następnie wymierzył mi siarczystego policzka, przez co mało nie spadłem z huśtawki.
- Jak mogłeś się tak poddać?! – wrzasnął na mnie.
- Nie udawaj, że cię to nie cieszy… - burknąłem, łapiąc się za obolały policzek.
Shimizu złapał mnie za przód bluzki, a następnie szarpnął. Poderwał mnie na równe nogi, przyciągając do siebie. Czułem jak jego klatka piersiowa szybko naprzemiennie unosi się i opada, dotykając mojej. Szatyn spojrzał mi w oczy – jego źrenice były nienaturalnie wielkie, a na ich dnie znalazłem tylko wielki zawód i czystą rozpacz. Zgłupiałem; nie cieszył się z tego, że jego chłopak wygrał miejsce wokalisty w D’espairsRay?
- Czy wyglądam, jakbym się z tego cieszył? – syknął. – To nie tak miało być! – odepchnął mnie, przez co wylądowałem na mokrej trawie. – Miałeś się nie poddawać! Miałeś walczyć i zrozumieć! Miałem pokonać cię twoją własną bronią! – wyrzucił ręce w powietrze.
- O czym ty gadasz?! – fuknąłem na niego, a następnie kopnąłem go w piszczel, odwdzięczając się za takie szarganie mną. – I z łaski swojej nie miotaj mną na wszystkie strony tego świata… - dodałem ciszej, krzywiąc się.
Michi również znalazł się na ziemi po kopnięciu, jakim go potraktowałem. Deszcz zaczął zacinać, przez co siedzieliśmy niemal w samym błocie. Basista rzucił się na mnie i przewalił. Zawisł nade mną, przyszpilając moje ręce nad głową.
- O tym, że miałeś w końcu przestać się wyniszczać! – krzyknął, a ja dostałem deja vu. To samo powiedział mój senny Shimizu, który śnił mi się w czasie, kiedy byłem pijany. – Cholera, miałeś w końcu zacząć żyć normalnie! Przestać udawać, że spędzanie czasu z tymi „przyjaciółmi” sprawia ci przyjemność, a ty jesteś awanturnikiem-pijakiem! Nie mogę dłużej patrzeć na to, jak okłamujesz sam siebie i wszystkich wokół! – jego słowa zaskakująco pokrywały się z monologiem, jakim zostałem potraktowany w moim śnie… a może to wcale nie był sen?
- Po prostu chciałeś mnie wyrzucić z zespołu, przyznaj to wreszcie! – wrzasnąłem mu prosto w twarz, a następnie uderzyłem go kolanem w brzuch i wykorzystując tę chwilę słabości, przewróciłem go na plecy i usiadłem na nim, obezwładniając go. – Udało ci się! Nie jesteś już częścią mojego życia, więc odwal się ode mnie!
- Nie udawaj, że jesteś debilem! Nie przy mnie! – jako że byłem dużo lżejszy od niego, chłopak bez trudu, uniósł biodra, na których wciąż mu siedziałem, a następnie złapał mnie w pasie, uwalniając ręce spod moich kolan i przerzucił mnie nad sobą, a następnie złapał na ręce, wykręcając mi je boleśnie. Jęknąłem z bólu. – Wcale nie chciałem cię wyrzucić z zespołu! Chciałem pokonać cię twoją własną bronią…! – zaczynał mówić coraz spokojniej. – Myślałem, że jesteś na tyle silny, żeby stawić temu czoła… a przy okazji chciałem cię ukarać za to, że kazałeś również i mi cierpieć…
- O czym ty…? – burknąłem, a on nie zważając na to, kontynuował.
- Osamu to nie jest mój chłopak. To mój kolega z drużyny koszykarskiej. Potrafi jedynie grać na gitarze akustycznej; wcale nie potrafi śpiewać! Ten występ to była podpucha! Puściłem to nagranie z playbacku! Ukryłem pilot pod bluzą, żeby nikt nie zauważył tego, że puściłem tą piosenkę z urządzenia – wyjaśnił, a mnie przypomniało się, jak w istocie Michi chował coś pod bluzą, nacisnął kilka przycisków, a chwilę potem Żyrafa zaczął śpiewać… - Ćwiczyłem to z Osamu przez jakieś dwa tygodnie, żeby wypadło wiarygodnie!... Jak widać poszło aż za nadto… - poluźnił nieco uścisk, dzięki czemu mogłem wyrwać się mu. Kopnąłem go w spot słoneczny, odsuwając się od niego na kilka metrów. Chłopak wygiął plecy w łuk, mając problemy z nabraniem tchu.
- Po cholerę przyprowadziłeś go, skoro on nie potrafi śpiewać?! Chciałeś mnie tym wkurwić? I co na to Tsukasa i Karyu?! – byłem naprawdę wściekły za to, że to zrobił… a tym bardziej, że nie rozumiałem, dlaczego.
- Chciałem, abyś doświadczył na własnej skórze, jak twoje ignoranckie i aroganckie zachowanie jest irytujące! Chciałem, abyś w końcu docenił to, co masz! Abyś zrozumiał, że wśród nas możesz być sobą, a ta udawanka, w którą wciąż się bawisz oddziałuje również na twoich najbliższych; w tym wypadku jestem to ja, Karyu i Tsukasa, gdyż z nami spędzasz najwięcej czasu; a to oddziaływanie wcale nie jest pozytywne! Kiedy nie przyszedłeś na jedną z prób, Karyu naprawdę zamierzał cię wyrzucić. Tracił już do ciebie cierpliwość, a ja to wykorzystałem i…
- Uknułeś plan przeciwko mnie! – ryknąłem wściekły, rzucając się na niego. Zaczęliśmy się szamotać i bić na mokrej trawie i błocie. Byłem zły za to, że posunął się do tak drastycznego kroku, jednak przede wszystkim przerażała mnie myśl, że ten chłopak mnie rozgryzł. Musiał mnie bacznie obserwować od dłuższego czasu, interesować się mną, aby dostrzec, że coś jest nie tak… Zresztą, uważałem, że w udawaniu doszedłem już do perfekcji, jednak znalazł się ktoś, kto potrafił dostrzec prawdę. Przerażało mnie to, że Michi musiał mnie znać na wylot… Zawsze byłem osobą skrytą, więc to, że ktoś mnie tak znał, wywołało u mnie paniczny strach, który z kolei pobudził w moim mózgu ośrodki walki; musiałem jakoś odreagować.
Basista był ode mnie silniejszy, więc złapał mnie za nogę i przyciągnął do siebie. Objął mnie ciasno, uniemożliwiając jakikolwiek ruch; ograniczał moje ręce i nogi jednocześnie. Zacząłem się szamotać, rozpaczliwie próbując się wyswobodzić.
- Przestań się szarpać, bo próbuję ci się wytłumaczyć! – warknął. – Nie gryź! – strzelił mnie po głowie, a następnie zacieśnił uścisk. Zrozumiałem, że nie mam z nim szans, dlatego poddałem się… i tym razem. – Miałem dość twojego zachowania i obracając gniew Karyu w swoją siłę, wykorzystałem okazję i umiejętność Osamu gry na gitarze. Już od dawna planowałem jakoś się na tobie odegrać i ustaliłem wszystko z Osamu dużo wcześniej. Czekałem tylko na moment aż w końcu mógłbym wprowadzić mój plan w życie. Właśnie wtedy, kiedy Matsumura się na ciebie wściekł dostrzegłem okazję i wykorzystałem ją. Tsukasa i Karyu nie wiedzieli o tym, że to taka… maskarada. Myśleli, że Osamu naprawdę jest muzykiem. Wszystko, co mówił o szkołach, które skończył, o innych muzykach, z którymi grał… to było kłamstwo. Lider i perkusista wiedzieli jedynie o tym, że Osamu specjalnie zachowuje się tak chamsko w stosunku do ciebie, gdyż ja mu kazałem tak właśnie się zachowywać. Pozwolili na to, dlatego iż wytłumaczyłem się tym, że chcę w końcu nauczyć cię pokory… choć tak naprawdę liczyłem na to, że pojmiesz, iż agresją i kłamstwem nic nie zyskasz; że zaczniesz naprawdę się przykładać do muzyki, kiedy postawię ci ultimatum; że przestaniesz zwracać uwagę na opinię innych i wyjdziesz z tego „kokonu” kłamstwa, przestaniesz się wyniszczać i poczujesz jaka to ulga znów być sobą. Melodię do piosenki, którą niby zaśpiewał Osamu skomponowałem ja. W sumie… ta piosenka miała być dla ciebie takim drogowskazem, że się tak wyrażę – obrócił mnie w swoich ramionach i spojrzał w oczy. – Bo… ten głos wcale nie należał do Osamu ani do mnie, ani do Karyu czy Tsu…
- W takim razie, kto to zaśpiewał? – zapytałem cichutko.
- Ty – odpowiedział dobitnie, a ja spojrzałem na niego zaskoczony. – To była nasza pierwsza piosenka, którą zagraliśmy jako D’espairsRay; jeszcze za czasów, kiedy występowaliśmy jedynie w klubach. Nagraliśmy ją wieki temu w tym „polowym” studiu w domu Yoshitaki… Mając do dyspozycji obecny sprzęt byłem w stanie wyodrębnić twój głos. Nie rozpoznałeś własnego utworu… - posmutniał trochę. – Powiedz mi, naprawdę masz taką niską samoocenę?
- A co ma do tego moja samoocena?
- To, że od razu uznałeś, że twoje piosenki były gorsze i wyrzuciłeś je, wychodząc ze studia; że nie rozpoznałeś własnej piosenki, z góry zakładając, że to ktoś inny musiał ją napisać, gdyż w twoim świecie plagiat, a i owszem, istnieje, jednak nikt nie splagiatowałby twoich utworów, gdyż uważasz je za zbyt błahe… to, że udawałeś złość, kiedy tak naprawdę byłeś zrozpaczony. Swoją rozpacz zawarłeś w piosenkach; jak każde swoje uczucie. Naprawdę myślałem, że jeśli położę na szali coś tak ważnego dla ciebie jak muzyka, opamiętasz się i dostrzeżesz, gdzie popełniłeś błąd, gdyż wiem, że jesteś bardzo spostrzegawczy i inteligentny…
- Dlaczego teraz prawisz mi komplementy, kiedy wcześniej potrafiłeś mnie tylko wyzywać? – Zero w czułym geście odgarnął moje mokre włosy, które przykleiły mi się do czoła i skroni.
- Może trochę za mocno na ciebie naskoczyłem… Byłem dla ciebie taki okropny, bo… chciałem cię zranić – spuścił głowę. -… tak jak ty to zrobiłeś mnie – dokończył. – Nawet nie wiesz, jak swoimi kłamstwami mnie ranisz. Patrzeć na to, jak doprowadzasz do własnej autodestrukcji naprawdę nie jest przyjemne. Nie jesz, nie śpisz, siedzisz jedynie na parapecie w swojej kuchni, ciężko wzdychając i pisząc piosenki… Ten widok naprawdę jest bolesny… - powiedział tak cicho, że ledwo usłyszałem go przez szmer bębniących wielkich kropel deszczu, które uderzały o liście, dachy, chodnik…
Mój świat wywrócił się do góry nogami. Mój największy wróg okazał się być najlepszym przyjacielem, który prawdopodobnie zna mnie lepiej niż ja sam.
- Dlaczego… Dlaczego się mną tak zainteresowałeś? – wydukałem.
- Bo jesteś dla mnie ważny i zależy mi na tobie… bardzo zależy mi na tobie – odpowiedział, a moje oczy zrobiły się dwa razy większe. Szatyn uśmiechnął się ciepło, gładząc mnie po plecach. – Chyba powinienem był obrać inną taktykę…


***


Właśnie wyszedłem z łazienki, wycierając mokre włosy ręcznikiem. Po bójce podczas burzy obaj byliśmy brudni jak święta ziemia i przemoczeni do suchej nitki. Wziąłem długi, gorący prysznic, aby ogrzać się. Na samo wspomnienie przyjemnego uczucia, kiedy zmarznięte dłonie i stopy w końcu poczuły trochę ciepła, a moje mięśnie rozluźniły się, ogarniała mnie ponownie błogość. Wszedłem do sypialni, gdzie czekał na mnie właściciel mieszkania; Shimizu. Michi zabrał mnie do siebie, tłumacząc się tym, że z placu zabaw do jego mieszkania było znacznie bliżej, a ja byłem tak pochłonięty analizowaniem wszystkiego tego, co mi powiedział, że nawet nie zauważyłem, kiedy się tutaj znalazłem. Basista dał mi czystą koszulkę i bieliznę (dziwnie się czułem chodząc w jego bokserach, ale cóż… wszystkie moje ciuchy były doszczętnie przemoczone), co miało być moim odpowiednikiem piżamy – w sumie w domu też tak spałem, więc nie był to dla mnie żaden eksces. Bluzka chłopaka była na mnie za duża i sięgała mi do połowy uda – była szeroka i wygodna. Usiadłem na krawędzi łóżka i odrzuciłem ręcznik, nie patrząc nawet gdzie, a po chwili poczułem jak ciepłe ramiona Zero przyciągają mnie do siebie.
- Połóż się. Jesteś zmęczony – szepnął mi do ucha, delikatnie układając mnie w pozycji leżącej.
Ułożyłem się wygodnie. Jedną noc miałem spędzić u Shimizu z racji tego, że kolejna podróż w burzę jakoś mi się nie uśmiechała. Poza tym w istocie byłem zmęczony. Wciąż zżerała mnie niepewność. Czułem się oszukany i obwiniałem za to szatyna, mimo iż sam oszukiwałem i nie miałem czystego sumienia. Ale… przecież nie mogłem zostawić tak tej sprawy! Zacząłem obmyślać kolejne scenariusze i plany na dzień jutrzejszy, kiedy niespodziewanie… zasnąłem, ukołysany przez rytmiczne uderzanie kropli deszczu w szybę…


***


- Jesteś zły? – zapytał basista, sięgając po kolejną grzankę. Właśnie jedliśmy wspólnie śniadanie, choć tak naprawdę pokusiłbym się o stwierdzenie, że on jadł, a we mnie wmuszał jedzenie…
- Skąd ten pomysł? – mruknąłem cicho.
- Nie odzywasz się, próbujesz wywinąć się z samego rana z mojego mieszkania, jesteś przygnębiony…
- Zdaje ci się – zakończyłem jego monolog w zarodku.
- To co ci jest?
- Wiesz, ciężko jest przyswoić w jeden wieczór to, że ktoś kogo nienawidziłeś przejrzał cię na wylot i knuje jakieś intrygi…
- Mówiłem ci, że to nie była żadna intryga…
- To jak nazwać plan, w którym zamierzałeś albo bardzo brutalnie uświadomić mnie, że mnie rozgryzłeś, albo wyrzucić z zespołu? Ani jedno, ani drugie nie jest dla mnie pocieszające… a borykam się teraz i z jednym, i z drugim… - spojrzałem na niego przelotnie.
- Przecież tłumaczyłem ci, że jedynie dałem ci zasmakować tego, jak „przyjemne” było twoja zachowanie względem mnie. Byłeś dla mnie tak samo chamski i nieprzyjemny, jak ja i Osamu dla ciebie. Co prawda nas było dwóch na ciebie jednego, jednak… Osamu miał być jedynie konkurencją dla ciebie, która miała ci uświadomić, że sztucznością nic nie wskórasz. Przewidywałem, że możesz się załamać, bo samo udawanie ideału gwiazdy rocka i osoby towarzyskiej kosztuje cię wiele nerwów, jednak nie liczyłem się z tym, że zaraz sam odejdziesz z zespołu…
- Skoro przewidywałeś, jak to się wszystko potoczy, to niby co zamierzałeś z tym później zrobić? Zamierzałeś mnie złamać, co udało ci się zresztą, i co dalej?
- Po prostu zamierzałem zjawić się u twojego boku jak dobra wróżka i wyjaśnić wszystko; że to było ukartowane. Liczyłem, że w tym momencie zreflektowałbyś się i przestał udawać, gdyż zawsze jest przynajmniej jedna osoba, która widzi więcej niż inni…
- Czyli najpierw chciałeś mnie złamać, potem pocieszyć i liczyć na happy end, który miałby wyniknąć sam z siebie, przez to, że znów ujawniłbym swoje prawdziwe „ja”?
- Coś w ten deseń…
- Jesteś naiwny… - prychnąłem, rysując ciemnym sosem sojowym wzory pałeczką na białym talerzu.
- Dlaczego tak uważasz?
- Powiedziałeś, że widzisz więcej niż wszyscy, tak? – wstałem i podszedłem do niego, nachylając się nad nim.
- Tak – odpowiedział, spoglądając na mnie uważnie.
- W takim razie powinieneś również był dostrzec to, że nie udaję od wczoraj, a od bardzo długiego czasu… To jest mój nawyk, jak twoim to, że w stresujących sytuacjach sięgasz po papierosy. Ciężko jest rzucić palenie, prawda? Tak samo ciężko jest zmienić swoje zachowanie… Kiedy przyzwyczaisz się, że kłócisz się z jednym z sąsiadów, trudno potem jest mu powiedzieć kurtuazyjnie „dzień dobry” na ulicy; szczególnie, kiedy jego pies nasika ci na wycieraczkę. Kiedy przyzwyczaisz się do samotności i tego bólu, który wywołuje to, iż musisz kontrolować się na każdym kroku, wymuszać uśmiechy i nie masz nawet jednej osoby, której możesz przekazać swoje myśli, ciężko nagle jest otworzyć się na świat; tym bardziej, kiedy jesteś przyzwyczajony do poniewierania i gryzienia się w język za każdym razem – dotknąłem delikatnie jego ramienia, rzucając mu spojrzenie bez wyrazu.
- Chcesz powiedzieć, że masz depresję i jedno głupie posunięcie, którym dodatkowo, na to kurtuazyjne „dzień dobry”, jeszcze bardziej skrzywdziłem cię, nie pomoże ci się otworzyć i wrócić do normalności? – spojrzał na mnie bystro.
- Nie – oddaliłem się od niego i skierowałem się do przedpokoju. Shimizu podążył za mną, a ja zacząłem zakładać buty. – Nie mam  depresji; bynajmniej jeszcze nie. Nikt nie ma depresji dopóki jedna myśl potrafi go pocieszyć – sięgnąłem po kurtkę.
- W twoim przypadku, jaka to jest myśl? – zapytał, opierając się o ścianę i przyglądając się każdemu mojemu ruchowi.
- Że wszystko kiedyś się kończy – rzuciłem mu ostatnie spojrzenie, po czym wyszedłem, cicho zamykając za sobą drzwi.


Monsters cz.12

Dziś zanudzę was trochę medycyną... Wiem, jestem taka "oryginalna"... aż żal mi samej siebie (/.-)'' Gomene...

Mam dla was w zanadrzu jeszcze: oneshoota Kanda x Allen (D.gray-man), oneshoota Nezumi x Shion (No.6), część drugą "Horror a'la Hizumi", część drugą oneshoota "Perfekcyjny" Tsuzuku x MiA (Mejibray), część piątą "Closer to Ideal" oraz pierwszą część kolejnej serii x D'Ray (choć nie wiem czy powinnam ją publikować, bo mam zaczętych tyle serii... x.x)
W każdym razie... co sobie życzycie? A może macie zamówienia specjalne na jakieś paringi? ostatnio rozmyślam nad napisaniem kolejnego oneshoota z Matenrou Opera lub Lynch., ale nie mam jeszcze pomysłu. Co o tym sądzicie?


MONSTERS CZ.12





Do czasu następnego etapu konkursu Karyu trzymał mnie, przysłowiowo, na muszce. Za cholerę nie dał mi nawet chwili spokoju. Wciąż ślęczał nade mną i pilnował, abym tym razem wyrobił się na czas z napisaniem tekstów piosenek. Średnio co trzydzieści minut zaglądał mi przez ramię na zeszyt, w którym pisałem i rzucał któreś z utartych pytań: „Skończyłeś już?”, „Jak ci idzie?”, „Może mógłbyś się pospieszyć, panie poeto?”, „Długo jeszcze będziemy czekać na twoje wypociny?”.
Docinki słowne były wkurzające, mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, jednak najgorszy był nadzór jaki mi nałożył. Łaził za mną krok w krok dosłownie wszędzie! Rudzielec był niezadowolony, kiedy opuszczałem nasz pokój hotelowy, więc za wszelką cenę próbował mnie tam zatrzymać, jednak nie zawsze mu się to udawało – w końcu ja również musiałem jeść i schodzić na posiłki do restauracji lub zwyczajnie chciałem się przejść, gdyż po dłuższym czasie nawet bogato zdobiona hotelowa tapeta o kolorze brzoskwiniowym przyprawiała mnie o mdłości, a tyłek zaczynał mnie boleć od nieustannego siedzenia na łóżku. Kiedy stało się już to „nieszczęście”, a lider musiał w końcu wywlec się z pokoju zaraz za mną dopiero wtedy rozpoczynał się prawdziwy Armagedon. Nie dość, że zasypywał mnie w krótkich odstępach czasowych wciąż tymi samymi pytaniami to w dodatku uczepił się mnie, jak rzep psiego ogona. W dodatku za każdym razem robił mi awanturę, kiedy tylko odłożyłem zeszyt na bok. Gdy wychodziłem zeszyt był pierwszą rzeczą, jaką bezpardonowo wciskał mi w ręce, abym, broń Boże, go nie zapomniał ze sobą wziąć!
Karyu zaczął przeszkadzać nie tylko mi, ale także Zero. Shimizu denerwował się, kiedy Tyczka odsuwał go ode mnie na siłę, twierdząc, że marnuję swój czas na „kizianie się” zamiast na coś kreatywnego; co rzecz jasna jednoznacznie oznaczało, że mam znów zająć się pisaniem.
- No, starczy tej rozpusty. Jeszcze będziecie mieć czas na przytulanie się i całowanie – machnął ręką gitarzysta, stając pomiędzy mną a basistą. – Hizu, czas do roboty – spojrzał na mnie dość groźnie. Chyba wciąż nie wybaczył mi poprzedniej improwizacji.
- Jak Boga kocham, zaraz zrobię ci krzywdę… - warknął Michi na najwyższego z naszej trójki.
- Zero, nie obnażaj tak zębów, spoglądając na mnie  w ten dziwny sposób, bo wyglądasz jak dzikie zwierzę – mruknął znudzony rudzielec.
- Do cholery, to jest mój chłopak! – zbulwersował się szatyn. Na potwierdzenie swoich słów przyciągnął mnie do siebie i mocno objął w pasie. – Nie będziesz wyliczał, ile możemy spędzić wspólnie czasu.
- Ja tylko dbam o to, aby twój chłopak – w tym momencie wywrócił oczyma – znów nie dał plamy – prychnął. Shimizu przez chwilę milczał mierząc się wzrokiem z Matsumurą, po czym wybuchnął jeszcze głośniej niż poprzednio, kiedy Yoshitaka zamierzał złapać mnie za ramię i odciągnąć od szatyna.
- Łapy precz! – wrzasnął. – Nie wiem, co ty kombinujesz, ale nie oddam ci go!
Razem z liderem popatrzyliśmy na basistę, jak na człowieka niespełna rozumu. Matsumura zrobił minę, jakby chciał powiedzieć: „Ty to tak na poważnie?”, a ja odchrząknąłem znacząco, przypominając dwóm obecnym, że ja również tutaj jestem.
- Zero, chyba nieco się zapędziłeś… - odezwałem się cicho.
- A ja wiem, jakie mu chodzą kosmate myśli po tym rudym łbie?! – oburzył się mój ukochany.
- Wiesz… Mimo wszystko myślę, że to nie tak jak myślisz – kontynuowałem. – Karyu, jesteś świetnym liderem i naprawdę należy ci się jakaś nagroda za to nadzorowanie mnie, ale zrozum, że tak na zawołanie nic nie wymyślę. W dodatku te twoje ciągłe pytania i docinki rozpraszają mnie. No i w istocie Zero ma rację, nie możesz ograniczać nam naszego wspólnego czasu…
- Ty i ryby głosu nie mają – warknął rudzielec. – Raz nawaliłeś, wystarczy. Odsuń się Zero, a ty, panie poeta, siadaj na dupie i zacznij w końcu pisać, bo czas ucieka!
- Nie ma mowy! – Michi mocniej mnie do siebie przycisnął. – Nie będziesz traktował go jak jakiegoś niewolnika! Nie będziesz mu rozkazywał, a tym bardziej już ja go nie zostawię w spokoju!
Znów zmierzyli się spojrzeniami. Gdyby wzrok mógł zabijać, obaj padliby martwi. Zapadła niespodziewana cisza, która wydała mi się być niemalże nienaturalną, gdyż jeszcze chwilę temu darli się na siebie nawzajem. Matsumura sapnął wściekle, Shimizu zgrzytnął zębami, a Tsukasa ziewnął rozdzierająco i przewrócił kolejną stronę książki, którą aktualnie czytał. Perkusista zdawał się być niczym niewzruszony i miał nas w głębokim poszanowaniu. Przewrócił się z pleców na brzuch i przeczesał palcami włosy, odgarniając przydługie kosmyki, które wpadały mu do oczu. To się nazywa „zamknąć się w swoim świecie”.
- Siad – warknął Karyu, kierując ten rozkaz do mnie.
- Stój – odpowiedział równie nieprzyjemnie Michi.
Kolejna chwila ciężkiej ciszy wypełniona gromami, jakimi traktowali się lider i basista oraz ziewaniem Ooty. Przez chwilę stałem jak słup soli nie wiedząc jak się zachować, jednak oprzytomniałem w chwili, kiedy obaj otwierali usta, aby wydać mi sprzeczne względem siebie komendy.
- Zamknąć się! Obaj! – wrzasnąłem. – Do cholery, nie jestem jakimś pieprzonym psem, żeby tak się do mnie zwracać! – oburzyłem się. – Michi, cieszę się, że o mnie dbasz, ale to już podchodzi pod nadopiekuńczość. Cieszę się również, że się mną interesujesz i ci na mnie zależy, dlatego stałeś się zazdrosny, ale naprawdę dałeś porwać się swojej fantazji. Karyu jedynie wypełnia swoje obowiązki, jako lider zespołu, jednak również nieco zbyt nadgorliwie – obrzuciłem lodowatym spojrzeniem gitarzystę. – Jeśli chcesz, żebym coś napisał to musisz mi dać wolną rękę! Nie jestem robotem! Nie mam przycisku „napisz piosenkę” ani opcji „drukuj” czy coś w tym stylu… Rozumiem, ostatnio nawaliłem i masz podstawy, aby obawiać się, że i tym razem nie pójdzie mi lepiej, ale jeśli mam coś napisać to nie możesz wciąż zaglądać mi przez ramię i mnie popędzać, jasne? – westchnąłem, po czym wywinąłem się z objęć Zero i chwyciłem zeszyt, który leżał na łóżku. Bez słowa skierowałem się do drzwi. Zanim jeszcze przekroczyłem ich próg Tsu rzucił mi na pożegnanie:
- Bye, bye! – i pomachał mi, po czym wrócił do swojej przerwanej lektury.
Uśmiechnąłem się słabo pod nosem, po czym wyszedłem. Cicho zamykając za sobą drzwi i pozostawiając lidera oraz basistę w bezbrzeżnym zdziwieniu.


***


Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się zawędrować pod zupełnie inny hotel. Cholera, chyba pomyliłem drogi... W sumie to chyba na pewno pomyliłem drogi… Rozejrzałem się dookoła, jednak nic z otoczenia nie wydało mi się być znajome. Przekląłem w myślach, ale postanowiłem nie panikować. Wziąłem głębszy oddech i przysiadłem na najbliższej ławeczce, aby dokładnie zastanowić się, gdzie popełniłem błąd, wybierając drogę powrotną, kiedy nagle ktoś mnie zaczepił. Poczułem delikatny dotyk na ramieniu, a zaraz potem ów osoba, która mnie zaczepiła, przysiadła się.
- Hiroshi, musimy poważnie porozmawiać…
- Mama? – zdziwiłem się widząc moją rodzicielkę. – Co ty tu robisz?
- Przyjechałam, aby sprawdzić, jak mój syn sobie radzi – uśmiechnęła się, jednak nie był to zbyt wesoły uśmiech. – I… Przy okazji chciałabym z tobą coś wyjaśnić…
- Co takiego?
- Ulica to nie jest dobre miejsce na takie rozmowy…
Pociągnęła mnie za rękę, czym nakazała mi podążać za sobą. Przeszliśmy przez ulicę, a następnie udaliśmy się do małej kafejki, w której było niewiele osób. Moja mama wybrała ustronny stolik w rogu lokalu. Zasiedliśmy na głębokich, granatowych fotelach. Matka oparła smukłe dłonie o kościstych palcach na kremowym blacie małego stolika. Podeszła do nas kelnerka, u której złożyliśmy zamówienie na dwa espresso.
- W sumie… Nie wiem od czego zacząć – wbiła wzrok w cukiernicę, która stała na środku stolika. – Chciałam ci już dawno o tym powiedzieć, jednak… Bałam się twojej reakcji…
- Reakcji na co? – drążyłem temat.
- W końcu uznałam, że jeśli nie będzie to koniczne to nie wyjawię ci tego nigdy, gdyż uważałam, że i tak przeszedłeś już w życiu przez wiele… jednak od pewnego czasu, dokładnie to odkąd wróciłeś z Japonii, zachowywałeś się dość dziwnie… Wypytywałeś mnie o jakiegoś Shimizu Michi, jednak ja nikogo takiego nie znam… Nie wiem czy to twój dawny kolega, nauczyciel czy ktoś zupełnie inny, bo… nie było mnie przy tobie w tamtych czasach…
- W tamtych czasach? – powtórzyłem nic z tego nie rozumiejąc. – Czyli… dokładnie kiedy?
- Hiroshi, ja… nie znałam cię przed wypadkiem samochodowym, przez który doznałeś amnezji, a bynajmniej nie znałam cię tak jak teraz. Nasze relacje nie opierały się na płaszczyźnie syn-matka.
- Co…? – spojrzałem na kobietę tak, jakby kaktus wyrósł jej na środku czoła. – Ale mamo…
- No właśnie nie jestem pewna czy powinieneś nazywać  mnie „mamą”… - westchnęła, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Uwierz, że dla mnie to też jest bardzo trudne… Zawsze traktowałam cię jak syna, więc twoje zachowanie naprawdę dało mi do myślenia, dlatego zaczęłam zastanawiać się czy… czy będąc w Japonii nie spotkałeś jej…
- Jakiej znowu „jej’? – totalnie zgłupiałem.
- Twojej prawdziwej matki. Prawda jest taka, że cię adoptowałam. Byłam przyjaciółką twojej matki i zawsze zazdrościłam jej tak utalentowanego i mądrego syna. Ja… ja nie mogę mieć dzieci, mimo iż bardzo tego pragnęłam. Traktowałam cię jak własnego syna. Często zostawałeś pod moją opieką po śmierci twojego ojca, kiedy twoja matka nie mogła się tobą zająć, jednak… Trzy miesiące przed twoim wypadkiem u twojej matki stwierdzono chorobę prionową – jego przyczyną jest zmutowana postać prionu (kodowanego genetycznie czynnika białkowego od aut.). Choroba prionowa przyjmuje przeróżne postacie: począwszy od Kuru (choroba głównie dotycząca mieszkańców Ameryki Południowej i Afryki, gdzie w praktykach religijnych podczas pogrzebu zmarłego zjadało się jego mózg. Tak, dosłownie zjadało. Spożycie mózgu zainfekowanego prowadziło do tego, że kolejny kanibal również się zarażał i tak to popadło w błędne koło od aut.) po śmiertelną bezsenność rodzinną (bardzo rzadka i nieuleczalna choroba przekazywana genetycznie. Przyczyną są mutacje w genie PRNP. Śmierć następuje w czasie 7-36 miesięcy. Objawy są takie jak przy zaawansowanej bezsenności: napady paniki, demencja, odizolowanie się od społeczeństwa, utrata wagi, często towarzyszy temu również choroby psychiczne, które spowodowane są przez bezsenność i napady lękowe od aut). U twojej matki dopatrzono się zespołu Gerstmanna-Strauslera-Scheinkera (GSS), który objawia postępującym otępieniem oraz ataksją, gąbczastymi zwyrodnieniami w korze, móżdżku i jądrach podkorowych, zaburzeniami równowagi oraz kłopotami z koordynacją, a także problemami z pamięcią. Choroba rozwijała się u niej latami, ale objawiła się w poważnym stadium. Na początku objawy były niegroźne, ale z czasem nasilały się i twoja matka obawiała się, że wkrótce może nie być już w stanie opiekować się tobą; a nawet może stać się dla ciebie ciężarem. W tym samym czasie ja dostałam propozycję przeniesienia się do Ameryki, co wiązało się z lepszą płacą, podczas gdy ze względu na stan zdrowia twoja matka została zwolniona. Dostawała rentę dla inwalidów, jednak to nie były pieniądze, za które mogłaby utrzymać standard życia do jakiego cię przyzwyczaiła. Wkrótce potem nastąpił twój wypadek, a utrata pamięci, brzydko mówiąc, była dla ciebie szansą na powrót do normalnego życia. Twoja matka zrzekła się praw rodzicielskich i przekazała mi je. Stałam się twoim opiekunem prawnym i zabrałam cię ze sobą do Ameryki, gdzie starałam się dać ci wszystko, co tylko mogłam. Co prawda umowa między mną, a twoją matką była taka, że miałam powiedzieć ci prawdę, jednak… było mi cię szkoda. Hiroshi, proszę zrozum mnie; jedynie próbowałam cię chronić. Tak jak już mówiłam, wiele przeszedłeś w życiu, więc nie chciałam cię „dobijać” prawdą…
- Ja… Tkwiłem w kłamstwie… przez tyle lat? – otworzyłem szerzej oczy w bezbrzeżnym zdziwieniu.
- Chciałam dla ciebie jak najlepiej! Zresztą… tak bardzo chciałam mieć syna… Zawsze chciałam mieć synka… - po jej policzkach spłynęły łzy. – po wyjeździe do Ameryki straciłam kontakt z twoją matką. Możliwe, że już nie żyje…
- Więc dlatego że chciałaś mieć bachora, postanowiłaś podszywać się pod moją matkę?! – wrzasnąłem, gwałtownie wstając od stołu.
- Dałam ci wszystko, co mogłam…
- Okłamałaś mnie! Okłamywałaś mnie przez tyle lat! Okłamałaś mnie i moją matkę, rzekomo twoją przyjaciółkę!
- Ty… więc ty jednak się z nią nie widziałeś…- chlipnęła.
- Gdybyś o tym wiedziała pozwoliłabyś mi dalej trwać w kłamstwie?! – zapytałem, mimo iż już znałem odpowiedź.
- Tak – szepnęła tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
Zerwałem się z miejsca, jak oparzony i wybiegłem z kafejki. Po moich policzkach spłynęły gorzkie łzy. Przez tyle lat żyłem w kłamstwie! Zwracałem się „mamo” do zupełnie obcej mi kobiety, z którą nie miałem żadnych więzów krwi; do kłamczyni! Oszukała mnie i moją prawdziwą matkę… Nie zamierzała mi nigdy wyjawić prawdy… To dlatego zawsze miałem problem z dokumentami, ścigały mnie nieścisłości z formalnościami… Zwyczajnie nie byłem świadom tego… Teoria „spisku” pierwszego, która zakładała, że moja matka wywiozła mnie ze względu na Michiego, który zmienił moją orientację seksualną to przy tym naprawdę nic… Dopiero teraz zrozumiałem, co to znaczy zrobić komuś „wodę z mózgu”.
Ta kobieta, która podawała się za moją matkę, najzwyczajniej w świecie przywłaszczyła mnie sobie, a jako usprawiedliwienie podała to, ze nie może mieć dzieci, a bardzo tego chciała?! Do cholery, czy to jakaś kiepska telenowela?!
Parłem naprzód, idąc szybkim krokiem, nie zważając na to dokąd tak naprawdę zmierzam. Przeciskałem się między ludźmi, a moje myśli skotłowały się i splątały jak nigdy dotąd. Z moich oczu wylewały się kolejne łzy. Byłem zmęczony; zmęczony psychicznie. Ile jeszcze będę musiał przejść zanim w końcu będę mógł chwilę odpocząć; mieć chwilę spokoju?
Szedłem tuż przy ścianach budynków, niekiedy nawet ocierałem się ramieniem o szyby witryn sklepowych. Nagle poczułem mocne szarpnięcie za ramię, które ściągnęło mnie w jedną z bocznych uliczek. Następnie czyjaś ręka zakryła mi usta.
- Tylko mi tu nie piszcz jak jakaś spanikowana panienka – rozpoznałem ten kpiący głos, jednak… teraz było w nim trochę więcej… współczucia niż cynizmu? Odepchnąłem kościstą dłoń od ust i odwróciłem się spoglądając na rudzielca.
- Śledziłeś mnie? – zapytałem cicho.
- Nie schlebiaj sobie – powiedział niby niezbyt miło, jednak jego mina wcale nie wskazywała na to, że się ze mną droczy czy mnie wyśmiewa. W jego oczach mogłem znaleźć niewypowiedziany żal.
- Ty… Słyszałeś to wszystko? – zapytałem z lekkim przestrachem.
- Tak - odpowiedział bez skrupułów.
- Ale… jak?
- Nie trudno cię znaleźć… Dość… Rzucasz się w oczy – wzruszył ramionami i pociągnął mnie za rękę w przeciwnym kierunku niż ten, w którym zmierzałem. – Wystarczyło, że zapytałem kilka osób czy cię widziało i zaraz wskazali mi kierunek, w którym się udałeś. Przechodząc ulicą zauważyłem cię z jakąś kobietą w kafejce, więc usiadłem niedaleko i pozwoliłem sobie podsłuchać waszą rozmowę… Wybiegłem zaraz za tobą i wyprzedziłem cię, a następnie tutaj ściągnąłem, aby… - zaciął się.
- Powiedzieć, że idę nie w tą stronę?
- Zostańmy przy tej wygodnej wersji – uśmiechnął się kwaśno.
- Dlaczego podsłuchiwałeś?! – uderzyłem go w ramię, wypowiadając te słowa z wyrzutem.
- Szczerze? Byłem ciekawy, co to za kobieta…
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy. Karyu wciąż trzymał mnie za nadgarstek i ciągnął za sobą. Przystanęliśmy dopiero przed wejściem do hotelu. Wtedy właśnie zrównałem krok z Karyu i spojrzałem na niego śmiertelnie poważnie.
- Nie mów nic o tym, co słyszałeś Michiemu.
- Nie chcesz, aby się o tym dowiedział? – zdziwił się. – Dlaczego?
- Mam dość tego, że Michi dzieli ze mną wszelkie problemy. Zarzucam go moimi sprawami… I tak już mi wystarczająco pomógł, a ja wystarczająco go zmartwiłem i wylałem wystarczająco dużo łez w jego koszulkę. Chcę, żeby miał choć raz… wolne od nieswoich problemów
- Jak… litościwie – prychnął. – Jesteś głupi – uderzył mnie z otwartej dłoni w głowę. – Ale uszanuję twoją decyzję, mimo iż myślałem, że zaraz po powrocie do hotelu rzucisz się na Zero i wszystko mu opowiesz.
- To nie jest sprawa, w której Shimizu mógłby mi pomóc. Są pewne sprawy, które należy zakończyć samemu – powiedziałem ostro.
- Czy mi się tylko zdaje, czy ty masz jakiś plan? – Matsumura podniósł jedną brew.
- Powiedzmy. Ten plan obejmuje to, że masz siedzieć z gębą na kłódkę, jasne?
- Jak słońce, mój panie i władco – ukłonił się, kpiąc ze mnie.
- Świetnie – puściłem mimo uszu jego zniewagę. – Jako zespół musimy zająć się konkursem. Teraz to jest najważniejsze.
- Czy twój genialny plan obejmuje także to, że zamierzasz udawać, że nic się nie stało i wmieszając się w wir codziennych zajęć, będziesz próbował o tym najzwyczajniej w świecie zapomnieć?

- Nie twój interes. Ty masz po prostu siedzieć cicho – warknąłem, choć nie wiem skąd nagle wziął się we mnie ten gniew. Tyle emocji i odczuć się teraz we mnie kotłowało…
- Tylko ostrzegam, ale uwierz mi, że to nie jest rzecz, o której będziesz mógł kiedykolwiek zapomnieć…
- Zamiast bawić się w psychologa może już lepiej zaczniesz mnie pilnować, abym napisał piosenkę, co? – prychnąłem w końcu decydując się by przekroczyć próg hotelu.
- Rozgryzłem cię! – wykrzyknął triumfalnie.
- Chciałbyś – wywróciłem oczyma i skierowałem się w stronę wind.


***


Po kolejnych dwóch godzinach, zjedzonym litrowym sorbecie czekoladowym i pół litrze sorbetu cytrynowego skończyłem w końcu piosenkę. Walczyłem  z odruchem wymiotnym, gdyż jeszcze w życiu chyba nie zjadłem tyle na raz, ale powiedzmy, że dzięki temu czułem się nieco lepiej. Tak, postanowiłem zjeść ten stres. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że to rozwiązanie na dłuższą metę w istocie nie jest żadnym rozwiązaniem, ale cóż… obecnie myślałem jak przeżyć „teraz”, ten moment.
Aby odgrodzić się od pozostałych wyszedłem na balkon. Kilka samotnych łez jeszcze spłynęło po mojej twarzy, jednak nie poddałem się szlochowi. Było ciężko, ale ostatecznie przelałem swoje myśli na papier, co również w nieznacznym stopniu mi pomogło. Miałem wrażenie, że w obecnych czasach słowo „prawda” straciło swoją wartość. Czułem się źle z myślą, którą podsunął mi Zero; że moja matka wykorzystała moją amnezję, aby odsunąć nas od siebie. Wtedy czułem się oszukany, ale teraz? Nie umiem nawet sprecyzować, jak się czułem… Okazało się, że moja matka to tak naprawdę nie moja matka! Kiedy w końcu dowiedziałem się prawdy myśl, że moja prawdziwa matka lub ta kobieta, która podawała się przez tyle lat za moją matkę mogłaby mnie wywieźć z Japonii do Ameryki ze względu na mój homoseksualny związek z Shimizu wydawała mi się wręcz głupia i błaha. Michi był przekonany przez wiele lat, że to przez niego opuściłem swoją ojczyznę nawet nie wiedząc o tym; ale to było wytłumaczenie, które on sam sobie znalazł. Nic nie zostało mu wyjaśnione, po prostu nagle zniknąłem z jego życia, więc patrząc z jego punktu widzenia to rzeczywiście było jedyne wyjaśnienie, jakie nasuwa się na myśl, jednak teraz kiedy wszystko przeanalizowałem, doszedłem do wniosku, że ani moja prawdziwa matka, ani ta obca mi kobieta nie brały go pod uwagę. Nasz młodzieńczy związek był dla nich może nieco niewygodnym, ale w istocie nic nieznaczącym epizodem – to tak jakbym zobaczył człowieka z podobizną Boba Marleya na bluzce; nie lubię reagge, ale to, że ten dany człowiek słucha tego gatunku muzyki nie ma żadnego wpływu na moje myślenie, poglądy, zachowanie… życie.
Piosenka, którą napisałem nosiła nazwę „Trickster” (ang. oszust od aut.). Patrzyłem z wysokością balkonu na przewijających się niczym film na szpuli ludzi na chodniku i krzywiłem się. Zdałem sobie sprawę, że mimo iż ich nie znam, to już ich nie lubię. Ot tak po prostu. Nie ufałem im, a co ważniejsze nawet nie chciałem spróbować. Straciłem wiarę w ludzi.
Ta kobieta chciała mnie chronić, a tak naprawdę wyrządziła mi jeszcze większą krzywdę. Gdyby o wszystkim powiedziała mi wcześniej… może bym to zaakceptował. Może nauczyłbym się z tym żyć. Może przyswoiłbym to na swój sposób… Zrozumiałbym, że matka, prawdziwa matka była chora i niezdolna do opiekowania się mną; chcąc mojego dobra oddała mnie pod opiekę przyjaciółki, która zapewniła mi rozwój, dach nad głową i spełniała większość moich zachcianek. Może podświadomie tęskniłbym za prawdziwą rodzicielką, może snułbym wyobrażenia, jak mogłoby wyglądać nasze życie gdyby mnie nie oddała… ale uważam, że w końcu i tak doszedłbym do wniosku, że oddanie własnego dziecka pod cudzą opiekę z pewnością nie przyszło jej łatwo, a zrobiła to wszystko, bo mnie kochała. Teraz ta myśl do mnie nie docierała. Nie wiem czy to dlatego, że negatywne emocje stanowiły w mojej głowie pewien mur, przez który nie mogła się przebić ów myśl czy to dlatego, że nie chciałem wierzyć… w nic. Ani w Boga, ani w lepsze jutro, a tym bardziej w takie wytłumaczenie, mimo iż było ono logiczne – jednak logiczne wydawało się dopiero wtedy, kiedy przeprowadziło się zimna kalkulację nad tą sprawą, a ja jeszcze nie potrafiłem przeprowadzić ów kalkulacji. Zbyt wiele gorących myśli i uczuć przelewało się we mnie – były tak gorące, że nawet półtora litra lodów i temperatura piętnastu stopni powietrza nie zdołały ich ostudzić.
Złapałem klasycznego doła.
Czułem się nie dość, że oszukany przez tą kobietę to w dodatku porzucony przez matkę. Ot, kiedy natrafiła się okazja zostałem przekazany z rąk do rąk – a bynajmniej ja widziałem tak czarno tą sytuację w danej chwili.
Byłem tak pochłonięty myślami, że nawet nie zauważyłem, kiedy Zero wślizgnął się na balkon i usiadł obok mnie, obejmując jedną ręką. Spojrzałem na niego przelotem, a on uśmiechnął się delikatnie, pięknie, tak jak to miał w zwyczaju.
- Przepraszam za tamto – szepnął w moje włosy, a następnie je ucałował.
- Mhm… - mruknąłem mało wyraźnie.
- Wciąż jesteś zły? – objął mnie ciaśniej.
- Nie, tylko, na litość Boską, nie ściskaj mnie tak mocno! – odepchnąłem jego rękę od siebie. Szatyn poluzował uścisk i spojrzał ponad moim ramieniem na opakowania po sorbetach, które stały za mną.
- Zjadłeś to wszystko w tak krótkim czasie? – zdziwił się.
- Mhm…
- I jeszcze nie zwymiotowałeś? Podziwiam cię… - zaśmiał się.
- Spokojnie, chyba zaraz właśnie się zrzygam – przytknąłem sobie dłoń do ust. Niezrażony moimi słowami chłopak i tak jeszcze bardziej przysunął się do mnie i ułożył moją głowę na swoim barku.
- Nie wiedziałem, że masz taki pociąg do słodyczy.
- Szczerze powiedziawszy to ja też nie… - oparłem się o niego wygodnie, a Michi sięgnął mojej dłoni i splótł nasze palce.
Więcej już nie powiedział nic, a ja byłem mu za to wdzięczny. Odetchnąłem głęboko i ścisnąłem delikatnie jego rękę. Co jak co, ale w niego wiary nie straciłem. Basista był indywiduą, która wypracowała sobie moje zaufanie.
Po dość długiej chwili milczenia dotarła do mnie pewna myśl, przez którą aż poderwałem się z miejsca – po takich przeżyciach i z takim nastawieniem idealnie pasowałem do „Monsters”… Tylko problem polegał na tym, że „Monsters” już nie ma. Teraz jest „D’espairsRay” – dobra, jest ta desperacja, ale gdzie ten promień? (ang. ray – promień)